Wilczyca 21-30
----- WILCZYCA -----
Rozdział XXI - W blasku Księżyca
Prom Stena Line, Sylwester 2023/2024
Michał siedział na brzegu łóżka i przez chwilę wpatrywał się w rozświetlony ekran telefonu. Litery rozjeżdżały się, linijki traciły sens. Whisky, którą wypił wcześniej, zaczęła działać z opóźnieniem, ale zdecydowanie — ciężko, bezlitośnie. W głowie pojawił się nieprzyjemny ucisk, jakby ktoś powoli dokręcał śrubę. Pokój zaczął się poruszać, najpierw ledwie zauważalnie, potem coraz wyraźniej. Żołądek ścisnął się gwałtownie.
Wstał z trudem, chwytając się krawędzi stołu, i przeszedł kilka chwiejnych kroków do łazienki. Ledwo zdążył uklęknąć przy toalecie. Skurcze były gwałtowne, oddech rwał się, a świat zwęził do białej porcelany i szumu w uszach. Trwało to krótką chwilę, ale wystarczająco długo, by poczuł wstyd, słabość i to nieprzyjemne poczucie utraty kontroli. Gdy w końcu było po wszystkim, oparł się plecami o ścianę. Drżały mu ręce. Odkręcił wodę, nachylił się nad umywalką i obficie obmył twarz. Zimna woda była jak uderzenie — przywracała ostrość, ale nie siły. Wypłukał usta, sięgnął po szczoteczkę, mył zęby z przesadną dokładnością, jakby chciał zetrzeć posmak wymiocin. W lustrze zobaczył bladą jak ściana twarz. Oparł dłonie o brzeg umywalki i przez chwilę patrzył na swoje odbicie, oddychając głęboko, nierówno.
– Lady Fenriss… – powtórzył cicho, niemal bezgłośnie, jak zaklęcie, które miało go utrzymać w pionie.
Usłyszał ruch za plecami. Drzwi do kajuty otworzyły się gwałtownie. W progu pojawiła się Anka, a zaraz za nią stanęła Paulina. Poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu wzdłuż kręgosłupa na jej widok. Coś w jej obecności zawsze wyostrzało mu zmysły — nawet teraz, gdy ledwo trzymał się na nogach. Zmusił się, by wyprostować plecy i odwrócić się do nich spokojnie.
– Michał, co się stało? Jesteś strasznie blady – powiedziała żona, podchodząc bliżej, z autentyczną troską w głosie.
Paulina przyjrzała mu się uważnie.
– Choroba morska? – zapytała w końcu spokojnie.
Zebrał się w sobie. Przełknął ślinę, poprawił koszulę, jakby to mogło przywrócić mu resztki kontroli.
– Nie – odpowiedział szybko. – Wszystko w porządku. Chyba po prostu… za dużo emocji jak na jeden wieczór.
Spróbował się uśmiechnąć. Wyszedł z tego grymas, ale wystarczyło.
– No to chodźmy z powrotem na salę, impreza trwa w najlepsze! – Anka uśmiechnęła się zachęcająco, nie zauważając napięcia, które jej mąż starał się ukryć.
Paulina rzuciła mu jeszcze jedno, krótkie, ale przenikliwe spojrzenie, jakby próbowała wyczytać coś więcej z jego twarzy. Nie skomentowała jednak niczego, tylko delikatnie pokiwała głową.
Gdy wyszli z kajuty na wąski, kołyszący się korytarz, kobiety niemal jednocześnie chwyciły go za dłonie. Stało się to naturalnie, bez słów, jakby było oczywiste, że teraz nie powinien iść sam. Anka po jednej stronie, Paulina po drugiej — i już był pomiędzy nimi, prowadzony naprzód.
Wciąż był niespokojny po tym, co przed chwilą odkrył. Żołądek miał ściśnięty, myśli biegły zbyt szybko. Czuł w dłoni ciepło żony — jej ręka była lekko wilgotna, spocona od tańca i emocji, znajoma do bólu. Druga dłoń była zupełnie inna: chłodniejsza, delikatniejsza, a jednocześnie zaskakująco mocna. Palce Pauliny zaciskały się pewnie, jakby dokładnie wiedziała, dokąd idą i po co.
Zerknął na nią ukradkiem. Blond włosy opadały jej na ramiona, odsłaniając plecy — nagie, gładkie, niemal nienaturalnie jasne w sztucznym świetle. Skóra miała porcelanowy odcień, kontrastujący z ciemnością sali. Jej twarz była spokojna, skupiona, jakby wszystko wokół było pod kontrolą.
Lady Fenriss — pomyślał, czując, jak to jedno imię wystarcza, by znów poczuć dreszcz. Idzie obok. Trzyma mnie za rękę.
Sala balowa przyjęła ich hałasem i światłem. Muzyka uderzała nisko, podłoga drżała pod stopami tańczących. Michał próbował się w to wtopić — uśmiechnąć się, odpowiedzieć na czyjeś pytanie, kiwnąć głową w rytm. Wiedział jednak, że jest tylko pozornie obecny. Myślami wciąż wracał do tego, co przed chwilą odkrył, do konsekwencji, których jeszcze nie potrafił nazwać.
Anka ścisnęła jego dłoń mocniej, jakby chciała przywołać go do porządku. Paulina zrobiła to samo — bez spojrzenia, bez gestu, samym naciskiem palców. Ich uścisk był pewny, zdecydowany. Prowadziły go dalej, w głąb sali, w sam środek ruchu i dźwięku, jakby chciały wyrwać go z tej chwilowej nieobecności i wciągnąć z powrotem w wir wieczoru.
Dziewczyny, każda na swój sposób, zaczęły go delikatnie wprowadzać w rytm muzyki. Choć wciąż czuł ciężar wcześniejszych emocji, powoli pozwolił się ponieść atmosferze. Z każdą chwilą jego nieobecność zaczęła ustępować miejsca zabawie.
Nagle przez tłum przedarł się Łukasz. Pojawił się obok Pauliny i z czułością pochylił się, składając delikatny pocałunek na jej karku.
– Tu jest moja piękna bogini – próbował przekrzyczeć muzykę, jego głos był cichy, ale pełen uwielbienia.
Paulina uśmiechnęła się lekko, odchylając głowę, by spojrzeć na niego przez ramię. Jej oczy zabłysły w świetle reflektorów, ale reakcja pozostała powściągliwa – jakby wiedziała, że ten rodzaj adoracji jest dla niej czymś naturalnym i oczekiwanym.
Północ zbliżała się nieubłaganie, a atmosfera na sali balowej stawała się coraz intensywniejsza. Podekscytowani goście oczekiwali odliczania, a muzyka nabierała tempa, przygotowując wszystkich na kulminacyjny moment wieczoru.
Łukasz nie odstępował Pauliny na krok. Cały czas trzymał ją przy sobie, jakby bał się, że znowu zniknie, jeśli tylko spuści ją z oczu. Jego spojrzenie było pełne czułości – była dla niego centrum świata, jego gwiazdą przewodnią.
W pewnym momencie światła rozbłysły mocniej, a muzyka nagle przycichła. Zapanowała chwila ciszy. Na podwyższeniu pojawił się kapitan promu. Z mikrofonem w dłoni, przemówił do zgromadzonych.
– Szanowni Państwo, dziękuję, że spędzacie z nami ten wyjątkowy wieczór. Niech Nowy Rok przyniesie wam szczęście, zdrowie i spełnienie wszystkich marzeń!
Salę wypełniły brawa i radosne okrzyki. DJ przejął mikrofon i rozpoczął odliczanie.
– Dziesięć… dziewięć… osiem…
Tłum dołączył, krzycząc z ekscytacją.
– Siedem… sześć… pięć…
– Cztery… trzy… dwa… jeden!
Rozległ się huk — korki od szampanów wystrzeliły, a sala na moment wypełniła się suchym trzaskiem i głośnymi okrzykami. Ktoś się roześmiał, ktoś inny uniósł kieliszek, muzyka na chwilę zeszła na drugi plan.
Paulina odwróciła się w stronę Łukasza. Spojrzała na niego, jakby sprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu. Nie szukała bliskości — raczej potwierdzenia obecności. Jej dłoń na moment dotknęła jego ręki, lekko, niemal mimochodem.
Wokół wszyscy świętowali. Śmiech, życzenia składane na szybko, pocałunki. Na tym tle ich dwoje wyglądało inaczej: on trzymający ją nieco zbyt mocno, ona przyjmująca to z opanowaniem, bez oporu, ale też bez oddania się tej chwili.
Po chwili podeszli Ania i Michał.
– Wszystkiego najlepszego – powiedziała kobieta, obejmując serdecznie Paulinę, a potem Łukasza. – Niech ten rok będzie dla was dobry.
Michał uśmiechnął się i dołączył krótkie życzenia. Jego głos był poprawny, uprzejmy, lecz pozbawiony naturalności. W jego spojrzeniu czaiło się coś niespokojnego, jakby myślami wciąż był gdzie indziej. Paulina to zauważyła. Zawsze zauważała takie rzeczy.
Pojawiały się kolejne pary, kolejne uściski, kolejne kieliszki szampana. Wszyscy świętowali, chcąc by ten moment trwał możliwie jak najdłużej.
DJ zwiększył głośność muzyki, parkiet znów się zapełnił, światła zatańczyły nad głowami gości.
Około godziny trzeciej nad ranem sala zaczęła powoli pustoszeć. Zmęczenie dawało się we znaki wszystkim obecnym. Goście zaczynali się rozchodzić – jedni kierowali się jeszcze do stolików, inni w stronę swoich kabin, szepcząc do siebie, ziewając, tuląc się w objęciach lub zataczając.
Michał, mimo że wypił zdecydowanie za dużo, wciąż próbował trzymać fason. Teraz jednak wyraźnie tracił siły. Twarz miał bladą, spojrzenie przygaszone, a ruchy coraz wolniejsze, jakby ciało przestawało nadążać za myślami. Nie potrafił już ukryć wewnętrznego rozedrgania — napięcia, które narastało w nim od chwili, gdy wszystkie elementy zaczęły układać się w jedną, niepokojącą całość. Gasł coraz bardziej.
Anki nie było od kilkunastu minut. Paulina spojrzała na Łukasza.
– Znajdź proszę Anię. Ja zajmę się Michałem.
Skinął głową i odszedł w stronę stolików.
Kiedy zostali sami, Michał podniósł wzrok. W jego oczach było coś nerwowego, niemal rozpaczliwego — potrzeba ucieczki, choćby na kilka minut. Odezwał się półgłosem, z wyraźnym drżeniem:
– Paulina… potrzebuję powietrza. Może wyjdziemy gdzieś na pokład?
– Dobrze – odpowiedziała spokojnie. – Ale jest strasznie zimno, nie bądźmy tam długo.
Poszli w stronę schodów. Korytarze były już prawie puste, oświetlone tylko nielicznymi lampami. Ich kroki odbijały się echem, tworząc delikatny rytm nocy. Na górze otworzył drzwi prowadzące na pokład. Zimne, mroźne powietrze natychmiast uderzyło w ich twarze. Chciał zrobić kilka kroków naprzód, ale złapała go za ramię.
– Zostaw drzwi tylko lekko uchylone – powiedziała stanowczo. – Nie wychodź bo przeziębisz się. Tyle ci wystarczy.
Przez uchylone drzwi widać było księżyc zawieszony wysoko nad czarną taflą zimowego nieba. Nie był już pełny — z jednej strony jakby lekko nadkruszony — ale wciąż jasny, dominujący. Jego światło kładło się na wodzie szeroką smugą, srebrzystą i niespokojną, rozbitą przez wzburzone morze.
Michał patrzył na ten widok dłuższą chwilę, w milczeniu, jakby próbował w nim coś doczytać. W końcu odezwał się, z nienaturalną powagą:
– To już mamy po pełni… a jednak wciąż tak jasno.
Zawahał się na moment, po czym dodał ciszej:
– Do takiego księżyca też wyją wilki. Może nawet częściej. Kiedy światło zaczyna słabnąć… Myślisz, że Fenrir też wył?
Jego spojrzenie nie odrywało się od wody, jakby odpowiedź mogła pojawić się właśnie tam, w tej nierównej, srebrnej poświacie.
Zawahał się na moment, a potem dodał z lekkim uśmiechem: – A Ty, Paulino… a może Fenriss? Czy siostra Fenrira też wyłaby z nim do Księżyca?
Nie odpowiedziała od razu. Milczała, patrząc w bezkres nocy. W końcu odezwała się cicho, z napięciem:
– Więc wiesz? Skąd.
– Tak, Lady Fenriss – odpowiedział bez zawahania. – Już wiem.
Nie odwrócił wzroku gdy ich spojrzenia się spotkały. Nagle zza zakrętu korytarza dobiegł dźwięk kroków. W drzwiach stanął Krzysiek, lekko zdyszany.
– Anka nie może przyjść – powiedział. – Zajmuje się teraz Agą. Za dużo wypiła i potrzebuje wsparcia, wyrzuciły mnie z kajuty.
– Dziękuję – odezwała się spokojnie. – Znajdź proszę Łukasza i przekaż mu, że ma natychmiast przynieść mój płaszcz. I coś ciepłego dla Michała.
Krzysiek kiwnął głową. – Jasne, już idę.
Po kilku minutach Łukasz wrócił z płaszczem, czapką i szalem. .
– Dziękuję – powiedziała cicho.
Następnie podszedł do Michała i okrył go kocem. Poczuł przyjemne ciepło, które powoli rozpraszało chłód. Na twarzy zagościł cień ulgi.
– Zostanę tutaj z Michałem – powiedziała Paulina, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Dobrze mu zrobi świeże powietrze. Ty sprawdź, co z Agą, i powiedz Ani, że wszystko w porządku.
Łukasz przytaknął i bez słowa zniknął w korytarzu.
– Otwórz drzwi szerzej – powiedziała Paulina, kiedy zostali znów sami.
Spełnił jej prośbę. Przeszywający chłód wdarł się do środka.
Przez dłuższą chwilę patrzyli w milczeniu na srebrne fale. Michał wziął głęboki oddech.
– Jak mnie tam znalazłeś? – zapytała nagle.
– Od dawna odwiedzam różne strony femdom – odparł. – Fascynuje mnie to od lat. Rozmawialiśmy o tym, przecież.
Nie odpowiedziała, czekała.
– Kiedy Anka wspomniała o twoim doktoracie z psychologii, coś kliknęło mi w głowie. Wszystko zaczęło się układać. Twoja kontrola, spojrzenia, sposób, w jaki stoisz, w jaki milczysz… To wszystko wskazywało na to, kim jesteś. Połączyłem fakty. Wiele razy odwiedzałem stronę Domini. Paulina, ty naprawdę... naprawdę jesteś właścicielką tego miejsca?
Spojrzała na niego, zmrużyła lekko oczy.
– Tak, w osiemdziesięciu procentach. Jestem mimo wszystko pod wrażeniem twojej dedukcji. Mocno dbałam o to aby ukryć swoją tożsamość. Gratuluję. Nie powinnam była się chwalić tym wykształceniem, ale to już w sumie nie ma to teraz większego znaczenia.
Po chwili dodała:
– I co zrobisz z tą wiedzą?
– Nie powiem nikomu – odpowiedział Michał. – To zostanie między nami. Obiecuję. Słowo harcerza. Ale… chciałbym… chciałbym spotkać się z Tobą jako Lady Fenriss.
– Jeśli dobrze znasz stronę, to wiesz, że już nie przyjmuję nowych uległych.
– Tylko tobie chcę służyć. Nikomu innemu. Proszę. Będę posłuszny. Strasznie mi zależy. – szepnął Michał.
– A masz w ogóle jakieś doświadczenie?
– Nie. Tylko teoretyczne. Jedna nieudana sesja z jakąś gówniarą. Jestem pustą kartą. Możesz ją zapisać swoim charakterem pisma.
Spojrzała w dal, zamyśliła się.
– Zastanowię się. Ale niczego nie obiecuję, dobrze? Nie jestem kimś odpowiednim dla osoby bez doświadczenia.
– Dziękuję.
– Jeszcze nie powiedziałam „tak” – przypomniała.
– Wiem, ale jestem wdzięczny, że w ogóle rozważasz to.
– A Łukasz… on wie?
– Nie. I nie może dowiedzieć się. To inny świat. Proszę cię o dyskrecję.
– Możesz na mnie liczyć, Paulino… Lady Fenriss – powiedział z szacunkiem. – Obiecuję. A jak mam się do Ciebie w ogóle zwracać? Czuję się całkowicie onieśmielony teraz.
– Normalnie, nie wymyślaj nic. Jestem po prostu Pauliną dla ciebie. Przynajmniej na razie. A teraz wracajmy już.
Na końcu korytarza pojawiła się Anka.
– Kryzys zażegnany, Aga doszła do siebie – powiedziała z ulgą.
– Cieszę się – odparła Paulina. – Michałowi też znacznie lepiej. Morska bryza czyni jednak cuda.
– To dobrze. Dziekuję, że zajęłaś się nim. Dobranoc! A ty marsz spać – powiedziała i objęła męża, prowadząc go do kabiny.
Paulina patrzyła za nimi przez moment. W jej oczach wciąż lśniło światło księżyca.
Wróciła do kabiny. Gdy tylko weszła, Łukasz uniósł wzrok i spojrzał na nią z ciepłem i oddaniem.
– Masaż stóp, kochanie? – zapytał z łagodnym uśmiechem, gotów spełnić każde jej życzenie, zanim jeszcze je wypowie.
Westchnęła lekko, z ulgą po długim, intensywnym wieczorze, i odpowiedziała z cieniem zmęczenia w głosie:
– Aaaa, w sumie chętnie. Tylko się wykąpię.
Zsunęła z ramion płaszcz i odwiesiła go starannie na wieszak, jak zawsze dbając o porządek. Następnie skierowała się w stronę łazienki. Patrzył za nią z czułością, nie mogąc oderwać wzroku od jej sylwetki. Wiedział, że bez względu na to, jak potoczy się reszta nocy, jego zadaniem – i przywilejem – będzie sprawić, by czuła się komfortowo, bezpiecznie i wyjątkowo.
Po chwili wyszła z łazienki, otulona jedną ze swoich ulubionych, zmysłowych koszulek nocnych. Cienka tkanina miękko opadała na jej ciało, subtelnie podkreślając delikatne linie figury. Jej skóra lśniła świeżością, pachniała ciepłem kąpieli i drogimi olejkami. W spojrzeniu miała spokój, a w każdym ruchu – klasę i pewność siebie, która działała na Łukasza niemal hipnotyzująco. Bez słowa podeszła do łóżka i położyła się na miękkiej pościeli, przeciągając lekko jak kotka, która właśnie znalazła idealne miejsce do odpoczynku. Łukasz od razu usiadł przy jej stopach. Ujął jedną z nich w dłonie i rozpoczął masaż. Jego ruchy były powolne, pełne skupienia i troski, jakby każde dotknięcie było rytuałem, hołdem składanym jej kobiecości. Zamknęła oczy, rozluźniając się z każdą chwilą. Jej ciało zaczęło poddawać się kojącej sile jego dotyku, a oddech stawał się coraz głębszy i spokojniejszy. Po kilku minutach zmęczenie wzięło górę – zapadła w sen, głęboki i łagodny, otulona ciepłem, spokojem i jego obecnością. Widząc, że zasnęła, okrył ją kołdrą. Przez chwilę jeszcze siedział obok, wpatrując się w jej twarz, potem sam położył się obok i w końcu również zasnął.
Michał leżał obok Anki, próbując zmusić się do snu. Choć jej bliskość zwykle działała na niego kojąco, tej nocy było inaczej. Jego myśli wędrowały gdzieś daleko, z dala od łóżka w którym leżał i ciepła znajomego ciała. Jedno imię nieustannie powracało w jego głowie, niczym natrętna melodia.
„Lady Fenriss…”
Szeptał je bezgłośnie, raz po raz, jakby próbował zakląć rzeczywistość, w której istniała. Obraz Pauliny – tej enigmatycznej, chłodnej kobiety o przenikliwym spojrzeniu i nieskrywanej sile – był teraz żywy jak nigdy dotąd. Czuł, jak coś w nim narasta – pragnienie nieznane wcześniej, ale całkowicie absorbujące. Chciałby należeć do niej. Podporządkować się. Oddać w całości i pozwolić, by to ona decydowała o wszystkim. Jakby tylko w jej obecności mógł być naprawdę sobą – nagi nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Poczuł ukłucie wstydu, przypominając sobie, że okłamał ją. Powiedział, że miał tylko jedną nieudaną sesję – to była tylko część prawdy. W rzeczywistości było to pasmo rozczarowań, o których wolałby zapomnieć.
Pamiętał, jak z nadzieją przeglądał profile na jednym z polskich portali BDSM, szukając kogoś, kto obudzi w nim to, czego od dawna pragnął. Wszystko jednak skończyło się groteskowo – szybki przelew blikiem do nieznanej osoby i żadnego spotkania. Jedynie rozgoryczenie i stracone pieniądze.
Później było jeszcze gorzej. Spotkanie z osobą tytułującą się dominą, która na zdjęciach wyglądała całkiem intrygująco, w rzeczywistości okazało się farsą. Zaniedbana kobieta o nieświeżym oddechu, mieszkanie z brudnym dywanem i zapuszczoną łazienką, plastikowe gadżety kupione na Allegro. Nie było w tym ani elegancji, ani grozy – tylko zażenowanie i chęć natychmiastowej ucieczki. Potem jeszcze ta gówniara, żująca wciąż gumę, w brudnej kawalerce na Fordonie, mówiąca o sobie w trzeciej osobie.
Zdesperowany, zaczął przeglądać strony berlińskich klubów – miejsca, gdzie dominacja miała mieć klasę, styl, rytuał. Za każdym jednak razem, gdy dzielił go zaledwie krok od decyzji, coś go powstrzymywało. Może lęk. Może wstyd. A może… może bał się wyjść na przeciw marzeniom ? Szukał wymówek. Jedna była za wysoka, inna za gruba, jeszcze inna miała głos, który go odpychał. Z żadną nie czuł tego magnetyzmu, tej wewnętrznej gotowości, by uklęknąć.
W ciszy kabiny czuł, jak ciężar tych wspomnień osiada na nim niczym gruby koc. Czuł się nagi, nie z powodu braku ubrań, ale przez własne myśli, nieudolne próby, zawiedzione oczekiwania. A teraz, nagle, pojawiła się ona – Paulina – jakby los wreszcie podał mu pomocną dłoń, ale postawił warunek: musisz być gotów na wszystko.
Czy był?
Zamknął oczy, próbując stłumić te myśli, ale pragnienie pulsowało w nim jak obietnica. Wiedział, że jest już za późno, by udawać. Był zbyt blisko czegoś, czego szukał całe życie. Nawet jeśli ona nie wiedziała jeszcze, czy chce go do siebie dopuścić, czuł, że zrobi wszystko, by kiedyś móc uklęknąć przed nią. Gotowy. Posłuszny. Prawdziwy.
Zasypiał niespokojnie, pogrążony w marzeniach o świecie, który dopiero zaczynał się przed nim otwierać.
Wróciła wypoczęta. Skórę miała ciemniejszą, jeszcze ciepłą, włosy rozjaśnione słońcem i czasem spędzonym nad wodą. W mieszkaniu najpierw otworzyła okna. Powietrze było inne niż tam, cięższe, miejskie, ale znajome. Walizkę postawiła na środku pokoju i otworzyła bez pośpiechu. Rzeczy trafiały do prania jedna po drugiej: lekkie sukienki, kostium kąpielowy, lniana koszula, którą nosiła częściej, niż planowała. Zapach chorwackiego upału mieszał się z proszkiem do prania, kiedy wsypywała go do szufladki pralki.Prysznic zostawiła na później. Najpierw wyszła po zakupy — krótko, konkretnie. Świeże warzywa, jogurt, cytryny, oliwa. Chleb. W sklepie poruszała się spokojnie, jak ktoś, kto nie musi się zastanawiać, czy zdąży. Wracała wolnym krokiem, torba ciążyła przyjemnie.Dopiero wtedy wzięła długi prysznic, zmywając z siebie resztki drogi. Andrzej przyjechał następnego dnia.Wiedzieli, że nie mają wiele czasu. Nazajutrz miał wypłynąć w rejs na Grenlandię — miesiąc na wodzie, z dala od wszystkiego, co ich łączyło. Namawiał ją jeszcze wiosną, snuł wizje ciszy, pokładu o świcie, białych nocy, gór lodowych. W końcu ucięła to jednym, stanowczym: „nie tym razem”, bez tłumaczeń. Potem już do tego nie wracał.Stał teraz przed nią napięty, jakby jego ciało pamiętało wszystko bardziej niż on sam. Podeszła bliżej, przyjrzała mu się uważnie, odnotowując detale, które dla niej miały znaczenie. Zdjęła mu klatkę. To była ulga niemal fizyczna. Osunął się na kolana, ciężko oddychając, jak po długim biegu. Na jego skórze wciąż widniały ślady ich poprzedniego spotkania. Zauważyła je ale nie skomentowała. Spojrzała na niego z lekkim, zaczepnym uśmiechem.– Chcesz to zrobić tu, przy mnie?Potwierdził. Kazała mu uklęknąć, tak blisko, by mógł poczuć jej obecność, ciepło skóry. Nie dotykała go. Nie musiała. Patrzyła, jak napięcie w nim szuka ujścia, jak walczy z własnym oddechem, z resztką kontroli. Jego penis natychmiast nabrzmiał. Zaczął go pocierać. Przyglądała się temu z zaciekawieniem. Doszedł bardzo szybko, szybciej niż spodziewałby się. Wystarczyło, że spojrzał na nią, poczuł jej zapach. Gdy skończył podniósł głowę i uśmiechnął się krzywo. Kazała mu oblizać dłoń, kolejny raz. Nienawidził tego, jeśli cokolwiek go upokarzało, to właśnie to. Sperma była słona. Wskazała mu palcem na podłogę.– Jeszcze tu, dokładnie. Nachylił się i zaczął lizać podłogę. Kiedy skończył spojrzał na nią i podziękował. Obdarzyła go uroczym uśmiechem. – Ty naprawdę potrafisz… – zaczął, szukając słów. – Doprowadzić mnie dokładnie tam, gdzie chcesz. Sprawić, że balansuję na krawędzi i jeszcze mam wrażenie, że to przywilej.– Bo nim jest – odpowiedziała spokojnie. – Dla ciebie to przywilej.Andrzej podniósł wzrok.– Jesteś mistrzynią – powiedział wprost. – Pytam serio… wcześniej na pewno tego nie robiłaś?Paulina spojrzała na niego spokojnie.– Nie. Tylko to co kiedyś z Adamem.– Tym od kabla? – dopytał.Skinęła głową.– Tak. Tym. Ale w porównaniu z tobą to były niewinne igraszki.Uśmiechnął się krótko, bardziej z niedowierzaniem niż dumą.– Jesteś niesamowita. Jedyna w swoim rodzaju. Kiedy jestem na kolanach przy tobie wszystko jest na swoim miejscu. Jakby tak właśnie miało być.– Bo jest. To jest twoje miejsce.Zawiesiła głos na ułamek sekundy.– Jesteś moim poddanym. Moim niewolnikiem. Nigdy tego nie zapomnij.Spuścił wzrok.– Nie zapomnę. Nie potrafiłbym.
Wieczorem, gdy wychodził, życzyła my bezpiecznego rejsu, prosiła aby odzywał się czasem i przesyłał jakieś zdjęcia. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, sięgnęła po telefon. Jestem.Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Kamil pytał, czy może przyjechać.Uśmiechnęła się i odpisała:Nie tak szybko. Jutro po południu. Rano mam sprawy zawodowe do dopięcia.Odłożyła telefon nie sprawdzając czy coś odpisał.---Było gorąco, duszno, jedno z tych popołudni, kiedy ciało samo domaga się prostoty. Wciągnęła krótkie, jasne szorty i cienki top na ramiączkach, który odsłaniał ramiona i fragment brzucha. Nic wymyślnego, a jednak w lustrze trudno było nie zauważyć, jak dobrze to na niej leży.Skóra wyglądała zdrowo, gładko, włosy rozświetlone naturalnie i rozpuszczone. Włożyła klapki, przypięła małe kolczyki, wrzuciła do torby telefon i klucze.To nie był strój, którym chciała zrobić dziś wrażenie. Nie miała na to nastroju, a mimo tego i tak je robiła.Kamil czekał przed domem. Gdy wyszła, od razu uniósł wzrok i uśmiechnął się szerzej, niż planował.– Pięknie wyglądasz – powiedział bez namysłu. – Wakacje ci służą. Jak było? Wyglądasz kwitnąco. Wzruszyła ramionami, jakby to było coś oczywistego.– W porządku...Przez chwilę rozmawiali o drobiazgach: o drodze, o pogodzie, o tłumach turystów, którzy w tym sezonie postanowili zrobić najazd na Trójmiasto. Kamil zerkał na nią co jakiś czas i coraz wyraźniej widział, że coś się nie składa. Paulina odpowiadała rzeczowo, ale krótko. Jakby myślami była gdzie indziej.– Coś się stało? Jak dzisiejsza rozmowa?– zapytał w końcu.Milczała chwilę, patrząc przez okno.– Z tą pracą nie wyszło – powiedziała wreszcie. – Nie tak się umawiałam. Właściciel baru nagle zmienił warunki. Chciał płacić mniej, a połowę napiwków miałam oddawać. Po prostu wyszłam. Trudno. Poszukam czegoś innego.Kamil nie odpowiedział od razu. Zwolnił lekko, jakby potrzebował chwili na myślenie.– A to chujek. Mam pewien pomysł, ale proszę, nie przerywaj mi.Spojrzała na niego zaskoczona.– Recepcjonistka u nas w salonie poszła na zwolnienie lekarskie. Na dłużej, wiadomo o co chodzi. Szukamy kogoś na zastępstwo, na już. Może ty byś chciała?Zmarszczyła brwi.– Ja? W warsztacie? Co ja miałabym tam robić?– Normalne rzeczy i nie w warsztacie a salonie – odpowiedział spokojnie. – Umawianie wizyt, kontakt z klientami, ogarnianie dokumentów, wydawanie kluczyków, wprowadzanie danych do systemu, pilnowanie terminów. A jak będzie trzeba to nawet przyjmowanie samochodów na serwis. Nic skomplikowanego. Nauczymy cię.Nie wyglądała na przekonaną.– To zupełnie nie moja bajka.– Wiem – powiedział łagodnie. – Ale to przecież tymczasowe. Umowa na zastępstwo. Bez zobowiązań. A jeśli o to ci chodzi… możemy udawać, że się nie znamy. W pracy.Spojrzała na niego uważnie. Przez moment ważyła to w myślach, kręcąc palcami pasek torby.– Nie jestem aż tak dziwna, żeby udawać, że cię nie znam – powiedziała w końcu, uśmiechając się.Kamil też się uśmiechnął. Popatrzyła przed siebie, potem znów na niego.– Dobrze – powiedziała powoli. – Zgadzam się. Ale mam jeden warunek.– Jaki? – Nauczysz mnie tańczyć.Zaśmiał się krótko, zaskoczony.– Tylko tyle?– Tylko tyle – potwierdziła.– To jest do zrobienia, nawet z kimś tak opornym jak ty. – Świnia.– Sama wiesz jak jest, startujemy z naprawdę niskiego poziomu.– Padalec.– Wiesz, że jak się wkurzasz jesteś jeszcze piękniejsza?– Spadaj!
Miło tych małych potyczek słownych spędzili naprawdę miłe popołudnie. Najpierw kawa, potem krążenie kabrioletem po okolicy, bez celu, w cieniu drzew i w słońcu, które nie chciało odpuścić. W końcu rozchmurzyła się zupełnie; napięcie zniknęło, jakby ktoś rozplątał niewidzialny węzeł. Śmiała się częściej, mówiła swobodniej, a kiedy Kamil opowiadał o drobiazgach, słuchała go z uwagą, jakby te drobiazgi były ważne właśnie dlatego, że należały do niego.Następnego dnia przyjechała do salonu. Przywitał ją krótko, a potem zaprowadził do kierownika administracyjnego. Rozmowa była rzeczowa i sprawna. Dokumenty do wypełnienia, zgody, oświadczenia; skierowanie na badania lekarskie, harmonogram pierwszych dni. Wszystko uporządkowane, przewidywalne. Zaskoczyło ją to — ten spokój procedur, ich precyzja. Kiedy wspomniała, że zna niemiecki, mężczyzna wyraźnie się ucieszył. Powiedział, że to się przyda: czasem dokumenty, czasem klienci z Niemiec, czasem korespondencja, na którą trzeba odpowiedzieć.Pracę zaczęła następnego dnia. Usiadła za biurkiem w recepcji, blisko wejścia. Przełożony pokazał jej kalendarz wizyt, system rezerwacji, skrzynkę e-mail, grafiki serwisu, listę kontaktów. Wytłumaczył, jak przyjmować samochody, jak zapisywać uwagi, gdzie trafiają dokumenty po podpisach. Pierwsze trzy telefony odebrała przy nim — spokojnie, rzeczowo, bez potknięć. Po trzecim uśmiechnął się i powiedział, że świetnie sobie radzi i że nic tu po nim.Z daleka zobaczyła Kamila. Stał przy przeszklonej ścianie, uśmiechnięty, uniósł kciuk w górę. Odpowiedziała mu ledwie zauważalnym skinieniem głowy.Wkrótce zaczęły się pielgrzymki: koledzy z pracy, którzy mieli pilne sprawy akurat przy recepcji, krótkie pytania, przedstawianie się, ciekawskie spojrzenia. Paulina przyjmowała to z lekkim dystansem, choć uprzejmie. Była skupiona na pracy, szybko łapiąc rytm. Kiedy kończyła, Kamil podwoził ją do domu albo jechali na lekcję tańca. Okazało się, że chodził od wielu lat do jednej ze szkół. Wynajął salę, załatwił instruktorkę. Drewniana podłoga, lustra, ciepłe światło. Gdy stanęła naprzeciwko niego, poczuła krótkie zawahanie, ale zniknęło, kiedy objął ją pewnie i mocno. W jego ramionach czuła się zaskakująco dobrze — bezpiecznie, lekko, jakby ciało szybciej rozumiało zasady niż głowa.Z czasem zaczęli się do siebie zbliżać. Spojrzenia trwały ułamek sekundy dłużej, dotyk nie kończył się natychmiast. Nie pozwalała na zbyt wiele; wyznaczała granice jasno i spokojnie. Kamilowi to wystarczało. Był przy niej szczęśliwy. A kiedy czasem ogarniała ją melancholia — ten cichy rodzaj niepokoju, który pojawia się bez zapowiedzi — mówił po prostu, że jest tu i teraz. Że niech przestanie martwić się tym, że kiedyś wyjedzie. Że dziś tańczą.I to wystarczało. Na razie.
---
Mijały kolejne letnie tygodnie. Spędzali ze sobą coraz więcej czasu, choć w pracy Kamil pozostawał zaskakująco powściągliwy. Jak sam mówił, lubił dawać kolegom złudzenie, że mogą u niej coś wskórać — obserwować ich nadzieję i mniej lub bardziej śmiałe próby poderwania jej. Paulinę to bawiło; czasem śmiała się, że kiedyś w końcu da któremuś skorzystać.W szkole tańca szło coraz lepiej. Miała naturalne wyczucie rytmu, a wysportowane ciało szybko zapamiętywało kroki i układy. Instruktorka chwaliła ją, a Kamil patrzył z rosnącym z dnia na dzień zachwytem.Zaczął się sierpień. Któregoś dnia mieli na rano do pracy, skończyli już o 14. Zapadła szybka decyzja - jedziemy do Kuźnicy. Plaża była prawie pusta, dzika — bez krzyku, bez parawanów, bez pośpiechu. Tylko wiatr przesuwający piasek i równy szum morza. Woda, wbrew temu, co sugerował kalendarz, była jednak lodowata. Siedziała na leżaku, z zarzuconym na ramiona pareo. Kamil leżał na kocu obok, z rękoma pod głową, patrzył w niebo, raz po raz przymykając oczy, jakby chciał zapamiętać to światło i ten spokój. Czas płynął wolniej, niemal niezauważalnie, rozciągnięty między oddechem a kolejną falą.Poczuł nagle jej stopę. Najpierw lekko, jak przypadkowy dotyk, potem wyraźniej — gładzącą po udzie, wolno, delikatnie. Zadrżał; erekcja przyszła natychmiast, jak odruch, którego nie dało się powstrzymać myślą. Mając na sobie niewielkie kąpielówki nie był w stanie jej ukryć. Otworzył oczy i spojrzał na nią pytająco. Poruszyła stopą jeszcze raz, jakby sprawdzając, czy to przypadek. Lekko przycisnęła.– Ojej, a co tam masz? Przecież to niemożliwe, żeby taki drobiazg jak moja stopa, tak działał.Kamil prychnął cicho.– Tak, wredoto. I nie udawaj jak zawsze niewiniątka.– Ja? – zapytała z przesadnym zdziwieniem. – Ja tylko sobie tu siedzę.Była wyraźnie rozbawiona. Uśmiech błąkał się jej po ustach, spojrzenie miała prowokujące. Kamil nie wytrzymał. Chwycił jej stopę, najpierw ostrożnie, jakby sprawdzał, czy może sobie na to pozwolić. Powoli przesunął dłonią po gładkiej skórze. Nie cofnęła nogi. Pozwoliła. Przymknęła oczy na moment. Pochylił się i pocałował.– Ej – zaprotestowała słabo, ale śmiejąc się już w tym samym momencie.Nie dał jej dokończyć. Zerwał się nagle, jednym ruchem podniósł ją z leżaka. Krzyknęła zaskoczona, zaczęła uderzać go pięścią w ramię, udając rozpaczliwą obronę, machała nogami, śmiejąc się głośno.– Kamil! Puszczaj padalcu! Zwariowałeś?!– To się okaże – odpowiedział, niosąc ją w stronę wody.Stanął tuż nad linią fal. Trzymał ją pewnie, blisko, czuł, jaka jest lekka, jak łatwo mieści się w jego ramionach. Spojrzała na niego, zmrużyła oczy.– Nawet nie waż się – powiedziała ostrzegawczo.– Bo? – Bo pożałujesz.– Przekonamy się?Pochylił się, tak że prawie dotknęła wody i nagle cofnął ruch. Przytulił ją mocniej, śmiech zniknął z jego twarzy. Trzymał ją nad samą wodą. Fale podchodziły blisko, cofały się, znów wracały. Spojrzała w dół, potem na niego. Zrobiła tę minę, której nie dało się pomylić z żadną inną — bezbronną, niemal dziecięco szczerą.– Naprawdę byś mi to zrobił? – zapytała cicho. – Przecież ta woda jest lodowata.Jej głos był miękki, oczy szeroko otwarte. W słońcu wyglądała nieskazitelnie: jasne, rozświetlone włosy opadały na ramiona, skóra miała ciepły odcień, usta lekko rozchylone, jakby jeszcze nie wiedziały, co za chwilę się wydarzy. Była absolutnie idealna.Pochylił się jeszcze trochę, tak że poczuła chłód powietrza znad morza. Prawie dotknęła wody. I wtedy nagle się cofnął.Przytulił ją jeszcze mocniej. Śmiech zniknął mu z twarzy, jakby ktoś nagle go zgasił. Patrzył uważnie, z bliska — na oczy, na linię policzka, na te jasne pasma włosów, które wiatr podnosił i opuszczał. Spojrzała na niego pytająco. Ich twarze były tuż przy sobie, oddychali tym samym powietrzem. Znów lekko rozchyliła usta, nieświadomie, instynktownie. Spojrzała mu prosto w oczy — i w tym spojrzeniu było wszystko: zgoda, ciekawość, ciche wyzwanie. Ich usta spotkały się same.Pocałunek był długi, głęboki. Bez śmiechu, bez gry. Objęła go za szyję, przyciągając bliżej, jakby bała się, że ta chwila może się rozpaść. Świat na moment zniknął — plaża, wiatr, lodowate morze przestały istnieć.Kiedy w końcu się odsunął, postawił ją ostrożnie na piasku. Spojrzał na nią jeszcze raz, jakby musiał zapamiętać ten obraz, po czym odwrócił się i wbiegł prosto do wody.– Kamil! – zawołała za nim, śmiejąc się. – Co ty wyprawiasz?!Odwrócił się do niej, stojąc już po pas.– Muszę ochłonąć bo zaraz nie wytrzymam – odpowiedział głośno. Zaśmiała się głośno. Stała na brzegu, patrząc, jak fale obmywają mu głowę a zimno odbiera oddech. Wyszedł gwałtownie z wody. Miał gęsią skórkę i ramiona napięte od zimna. Podała mu ręcznik, przytrzymując go chwilę dłużej, niż było to konieczne.– I jak? – zapytała, z wyraźną satysfakcją.Owinął się ręcznikiem, śmiejąc się pod nosem.– Lepiej – przyznał. – Lodowaty Bałtyk potrafi utemperować zbyt rozbuchane pożądanie.Parsknęła śmiechem.– Czyli jednak działa, to dobrze.Bez pośpiechu zaczęli zbierać rzeczy. Plaża zaczynała pustoszeć jeszcze bardziej, światło robiło się miękkie, popołudniowe. W drodze powrotnej do Trójmiasta prowadził spokojnie, z jedną ręką opartą na kierownicy a drugą za oknem.– Wiesz… – zaczął, jakby mimochodem. – Niedługo jest długi weekend. Pomyślałem, że moglibyśmy gdzieś wyskoczyć. Razem.Spojrzała na niego pytająco.– Tata ma kampera – ciągnął. – Mógłbym go pożyczyć. Załatwię, żeby nasze grafiki w pracy to uwzględniły kosztem jakiegoś weekendu. Droga, noclegi na campingu albo gdzieś na dziko. Będzie fajnie.Czekał na jej reakcję, gotów na żart, na unik, na to charakterystyczne przeciąganie chwili.– Dobrze – powiedziała po prostu.Zaskoczyła go tym. Spojrzał na nią, upewniając się, że nie żartuje.– Naprawdę?Skinęła głową.– Naprawdę. Ale nie nocujmy na dziko. Proszę.– Dobrze. Wiesz, cieszę się, że się zgodziłaś.
Odpowiedziała mu uśmiechem i cichym westchnięciem, resztę drogi jechali słuchając muzyki. Podwiózł ją pod blok.– Do zobaczenia jutro w pracy.– Do jutra.Wysiadła, zamknęła drzwi, jeszcze na moment odwróciła się i rzuciła mu zalotne spojrzenie. Odjechał powoli, z uśmiechem, który długo nie chciał zejść mu z twarzy.
Odpowiedziała mu uśmiechem i cichym westchnięciem, resztę drogi jechali słuchając muzyki. Podwiózł ją pod blok.
Niemal od razu po powrocie weszła pod prysznic. Ciepła woda szybko zmyła sól i piasek, skóra odetchnęła. Przebrała się w krótkie spodenki i prosty top na ramiączkach, związując niedbale wilgotne włosy. W kuchni nastawiła patelnię, pokroiła warzywa, nalała wody do czajnika.Telefon zadzwonił nagle, obcy numer. Zawahała się przez sekundę, po czym odebrała.– Hej, tu Olga. Pamiętasz mnie?– Jasne – odpowiedziała odruchowo. – Poznałyśmy się przecież w kancelarii.– Właśnie. Dawid dał mi twój numer. Pomyślałam, że może wyskoczymy na kieliszek prosecco?Paulina uniosła brwi, zaskoczona bezpośredniością.– Kiedy?– Za godzinę. Monciak.Zerknęła na zegarek, potem na deskę z niedokończonym jedzeniem.– Właśnie wróciłam z plaży. Może przełóżmy to na inny dzień?Po drugiej stronie zapadła krótka pauza.– Nie – odparła Olga z lekkim uśmiechem w głosie. – Mam ochotę dzisiaj. Ale jeśli ci nie pasuje, zrozumiem.Paulina uśmiechnęła się do siebie.– Mam lepszy pomysł – rzuciła. – Wpadnij do mnie. Robię właśnie sałatkę.Entuzjazm był natychmiastowy.– Serio? Super. Będę za godzinę. Wyślij adres i zamów jeszcze pizzę na mój koszt, sałatką się nie najemy. Dla mnie jakaś vege.
Dostawca zjawił się punktualnie. Odebrała jeszcze ciepłe pudełka. Zapach bazylii i sera wypełnił pokój. Odstawiła pizzę na stół, rozłożyła talerze, przyniosła miskę z sałatką, którą zdążyła przygotować — prostą, świeżą, z cytrynowym dressingiem. Wszystko było gotowe dokładnie w tej chwili, w której znów zadzwonił domofon.Olga stała w progu. Wyglądała tak, jak Paulina ją zapamiętała — piękna, elegancka, posągowa. Mimo całego dnia w biurze biała koszula miała idealnie ułożony kołnierzyk, ołówkowa spódnica podkreślała sylwetkę, jasne, cienkie pończochy i szpilki dopełniały całości. W jednej dłoni trzymała butelkę prosecco, w drugiej drogą torebkę. Rozejrzała się po mieszkaniu z ciekawością, odstawiła prosecco na stół.– Przepraszam, że tak cię zaskoczyłam, ale dziś naprawdę miałam ochotę napić się i z kimś pogadać. Ciężki dzień w kancelarii. Wiesz… nie mam koleżanek. Baby mnie nie lubią, a faceci się boją. Parsknęła krótkim śmiechem, jakby opowiadała anegdotę, którą zna aż za dobrze.– Dawid wyjechał gdzieś – dodała. – Cud, że udało mi się go złapać. Wysłał mi twój numer. Po tym jak przyjechałaś do nas mówił o tobie jeszcze różne rzeczy i pomyślałam, że musisz być zajebistą dziewczyną.Usiadły przy stole. Paulina podała talerze, Olga pomogła rozłożyć pizzę. Otworzyły alkohol; korek wyskoczył miękko, z lekkim wystrzałem. Pęcherzyki wspinały się powoli po ściankach kieliszków.– Za niespodziewane wieczory – powiedziała Olga, unosząc szkło.– I za spontaniczne pomysły.Przez chwilę rozmawiały o różnych rzeczach. Paulina mówiła o tym, że wyjazd do Berlina wciąż wydaje się tak odległy i abstrakcyjny. Olga opowiadała o skomplikowanej sprawie do której przygotowuje linię obrony. W pewnym momencie Paulina, niemal od niechcenia, ale z wyraźną ciekawością, zapytała:– A ty i Dawid, czy wy coś razem…?Spojrzała na nią uważnie, jakby ważyła odpowiedź, po czym zaśmiała się cicho.– Nie, skąd. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Znamy się ze studiów. Teraz robimy razem tę aplikację, pracujemy w tej samej kancelarii. Może kiedyś otworzymy coś wspólnie, na pewno otworzymy. Już widzę ten szyld - Kancelaria Adwokacka Sobieska i Ritter, ale to wszystko. Nie mamy żadnych innych wspólnych planów, jeśli o to ci chodzi. Dawid to świetny facet. Ciepły, lojalny, bardzo inteligentny. Jeden z niewielu mężczyzn, z którymi naprawdę dobrze mi się rozmawia.Na moment zawiesiła głos, obracając w palcach kieliszek.– Ale nie jesteśmy dla siebie. – Uśmiechnęła się krótko. – On ma bardzo konkretny typ kobiet. I ja się w nim zdecydowanie nie mieszczę.Paulina popatrzyła na nią pytająco, nie przerywając.– Wiesz, lubię mieć sprawy pod kontrolą. Lubię decydować, dominować. Potrzebuję kogoś mówiąc wprost uległego a Dawid… – uniosła kącik ust – Dawid zdecydowanie taki nie jest, to rogata i niezależna dusza, a przy okazji jest bardzo opiekuńczy. Ale bardzo go lubię. Jest moim przyjacielem, jedynym. I jedynym facetem, którego naprawdę traktuję jak równego sobie.Paulina skinęła głową. W tej deklaracji było coś, co natychmiast do niej trafiło. Pewność siebie, podszyta inteligencją i brakiem potrzeby tłumaczenia się, była niezwykle pociągająca.– Wiesz, cieszę się, że cię poznałam.– Ja też. A Berlin będzie dla ciebie dobry, Pauli. Czuję to.Przeniosły się na sofę. Olga zrzuciła szpilki jednym ruchem, z ulgą, jakby dopiero teraz pozwoliła sobie na większe rozluźnienie. Podkurczyła nogi, opierając się bokiem o oparcie. Paulina dolała do kieliszków resztę prosecco; bąbelki były już spokojniejsze, jak rozmowa, która znalazła swój rytm.– Dobrze nam idzie. Gdybym wiedziała, wzięłabym drugą butelkę.Uśmiechnęły się do siebie. – Masz chłopaka? Paulina odchyliła się lekko, jakby szukała właściwej pozycji dla odpowiedzi.– To skomplikowane. Spotykam się z kimś, ale… już niedługo przecież wyjeżdżam. Nie widzę szans, żeby to miało ciąg dalszy. Nie na odległość. Zawahała się, potem dodała ciszej:– A on powtarza, że liczy się to, co jest teraz. Więc tak robię. Żyję dniem i jest cholernie fajnie.Olga pokiwała głową, jakby układała to w sobie, zanim odpowie.– To odważna decyzja. Ludzie często mylą „tu i teraz” z brakiem odpowiedzialności, a to przecież dokładnie odwrotnie. Bierzesz odpowiedzialność za to, co czujesz w tej chwili, zamiast udawać, że kontrolujesz przyszłość albo, że coś musi trwać. Nic nie musi. Jeśli jest prawdziwe teraz, to już ma wartość. – Żeby to wszystko było takie proste. A ty? Skoro nie z Dawidem, jest ktoś? Naprawdę faceci się ciebie boją? – Tak. Onieśmielam ich, jestem zdolna i przemądrzała. Dla większości to za dużo. Jest taki chłopak… mój chłopak. Powiedzmy, że mój. To też skomplikowane. Lubię go, ale jednocześnie… – urwała na chwilę – jednocześnie mam w sobie impuls, żeby go krzywdzić. To nie jest nowe. Od dziecka taka byłam. Kiedy miałam szesnaście lat, w stajni obiłam palcatem chłopaka, bo źle wyczyścił konia. Mój stary sporo musiał się natrudzić, żeby ukręcić łeb sprawie, a ja siedziałem z głupim uśmiechem i powiedziałam, że kolejny raz też bym to zrobiła. Jeździsz konno?– Nie. Chyba się boję koni.– Uczą respektu. I nie ma nic wspanialszego, niż dosiadanie silnego zwierzęcia, czynienie go posłusznym. Musisz spróbować. Koniecznie. Kieliszki opróżniły się niemal jednocześnie. Paulina spojrzała na dno swojego szkła, jakby sprawdzała, czy to już naprawdę koniec.– Mam coś jeszcze – powiedziała po chwili namysłu.Wstała, otworzyła szafkę i wróciła z butelką wina. Etykieta była prosta, trochę staromodna. Olga przyjrzała się jej uważnie, po czym bez słowa wyciągnęła korek i rozlała do kieliszków.Upiła łyk. Skrzywiła się natychmiast.– Jezu. Co to jest?Paulina wybuchnęła śmiechem.– Zostało po moim byłym. Lubił mołdawskie wina.Olga spróbowała jeszcze raz, jakby upewniając się, że pierwsze wrażenie nie było pomyłką. Pokręciła głową.– Straszne gówno i w dodatku przesłodzone – skwitowała bezlitośnie, po czym wzruszyła ramionami i uniosła kieliszek. – Ale ważne, że ma procenty.Stuknęły szkłem o szkło. Tym razem Paulina również skrzywiła się.– A ten chłopak? Opowiesz mi coś więcej o nim?– Studiowaliśmy razem. Teraz jest na aplikacji prokuratorskiej. Kiedyś, na jakimś studenckim wyjeździe, przyłapałam go w dość krępującej sytuacji. Mówiąc wprost: walił konia do jakiegoś sado-maso. Nasza łazienka była zajęta więc poszłam do męskiej. Stał pod prysznicem, za kotarą i trzymał jakąś gazetkę.– Zaczęłam po nim jechać. Straszyłam, że komuś powiem, wiesz, taka zabawa przechodząca w lekki szantaż. Kazałam uklęknąć i prosić. I wiesz co? Jemu się to podobało. Patrzę a on ma wzwód. Okazał się skrajnie uległy. Zamiast go nastraszyć, podnieciłam go.Zamilkła, patrząc w kieliszek. – Jesteś z nim?– Tak i nie. Bardziej tak. Wiesz… on jest bardzo inteligentny, fajny, wrażliwy. A ja… – urwała na moment. – ...czasem mam ochotę coś mu zrobić. Bolesnego. – Co cię powstrzymuje? – zapytała Paulina zaskakująco rzeczowo. – I co właściwie masz na myśli, mówiąc „zrobić coś bolesnego”?Olga nalała wina do kieliszka, wypiła duszkiem i znowu się skrzywiła. Odstawiła szkło z cichym stuknięciem.– Nie wiem – przyznała. – Chyba strach, że to jednak nie na miejscu. Że przekroczę granicę, której nie da się cofnąć. A jednocześnie… – zawahała się – mam w głowie obrazy, impulsy. Intensywne. Takie, które mnie zawstydzają. Mam ochotę rzucić nim o ścianę, wziąć bat i bić go aż... Boże... czemu ja ci to mówię. Przepraszam, nie powinnam. Na policzkach pojawił się jej rumieniec, zdradzający więcej niż słowa.Paulina nie zmieniła tonu.– Jeszcze raz pytam: co cię powstrzymuje?Olga wzruszyła ramionami, próbując obrócić to w żart.– Nie mam bata – powiedziała lekko. – To wszystko.Spojrzała na nią uważnie, bez ocen, jakby właśnie notowała fakt.– Czyli to nie brak chęci, tylko brak narzędzia?– Powiedzmy, że tak.Wstała bez słowa i poszła do sypialni. Po chwili wróciła trzymając czarny, elegancki bat, prosty w formie, z dyskretnie zdobionym uchwytem. Podała go przyjaciółce.Olga otworzyła szeroko oczy.– Okej… – powiedziała powoli. – Tego się nie spodziewałam.Paulina uśmiechnęła się.– Teraz nie będziesz miała wymówki – rzuciła. – Opowiesz mi, jak było i czy bardzo płakał kiedy go biłaś.Przez moment wyglądała na zamurowaną. Trzymała bat w dłoni, patrząc na niego jak zahipnotyzowana. Po chwili jednak uniosła głowę, w jej spojrzeniu pojawił się błysk.– Ty… – zaczęła. – Widzę, że wcale nie jesteś taka niewinna i delikatna, na jaką wyglądasz.Paulina odpowiedziała tylko tym swoim uśmiechem, który niczego nie potwierdzał i niczemu nie zaprzeczał. Olga spróbowała ją podpuścić pytaniami, rzucała uwagi półżartem, półserio, ale Paulina długo pozostawała oszczędna w słowach, jakby sprawdzała, czy naprawdę chce wiedzieć.W końcu wstała.– Chodź.Sypialnia była jasna, uporządkowana. Duża szafa z przesuwnymi drzwiami zajmowała całą ścianę. Przesunęła jedno skrzydło. Obok ubrań wisiał czarny, skórzany catsuit, gładki, dopasowany, lekko połyskujący.Olga westchnęła.– Marzę o czymś takim – powiedziała szczerze. – To jest… perfekcyjne. Piękny.Paulina sięgnęła niżej, wyciągnęła torbę. Otworzyła ją bez pośpiechu. W środku były ułożone baty, trzcinki i różne akcesoria, których przeznaczeniem było zadawanie bólu.– Ale... skąd to wszystko u ciebie?– To dłuższa historia. Muszę jeszcze coś wypić.Zamknęła torbę i spojrzała uważnie.– Pamiętaj – powiedziała spokojnie. – Jest tu i teraz. Masz partnera. Masz ochotę. Masz potrzebę. Nie powstrzymuj się tylko dlatego, że boisz się własnych myśli.Olga uniosła brew.– Przyszła pani psycholog, proszę, proszę. Dobrze ci idzie, wiesz?– Chodź, mam jeszcze jakąś nalewkę. Kiedyś dostałam od dziadka, jak byłam przeziębiona. Musze się napić, zanim dopadnie mnie stres, że to wszystko ci pokazałam. Jesteś jedyną osobą, która wie.Olga roześmiała się krótko.– Dawaj. Pijemy.Alkohol był mocny, rozgrzewał. Palił przy pierwszym łyku, a potem rozlewał się ciepłem, rozluźniając ramiona i język. Paulina zaczęła opowiadać. O Andrzeju. O mężczyźnie starszym o ponad dwadzieścia lat. O relacji, w której role były jasne, a granice sztywno ustalone. O jego uległości, masochizmie i o tym, jak ona sama odkrywała w sobie coś, czego wcześniej nie nazywała wprost.Olga słuchała w absolutnym milczeniu. Nie przerywała. Jej spojrzenie było ciemniejsze, bardziej skupione, jakby każda kolejna informacja układała się w spójną całość.– Jesteś… niesamowicie konsekwentna – powiedziała w końcu cicho. – I wiesz dokładnie, kim jesteś.Paulina wzruszyła lekko ramionami, jakby chciała zdjąć z tych słów zbyt wielki ciężar.– Ciągle to odkrywam i wiesz… te studia z psychologii. Może dzięki nim naprawdę poukładam to wszystko, zajrzę głębiej, znajdę odpowiedzi na pytania, które wracają, nawet jeśli je ignoruję.– To ma sens – odparła po chwili. – Nie po to, żeby się naprawiać. Raczej żeby lepiej zrozumieć.Zawahała się, po czym dodała ciszej:– Wiesz… lubię cię. Imponujesz mi. Czułam, że jesteś kimś kogo chcę poznać i intuicja mnie nie zawiodła. – Ja też cię polubiłam. Nawet bardzo... Uśmiechnęły się do siebie krótko, bez wielkich gestów. Wystarczyło. Wieczór toczył się dalej niespiesznie, a rozmowa – już bez napięcia – płynęła tam, gdzie obie chciały ją poprowadzić.Wypiły sporo. Rozmowa dawno straciła wyraźne kontury, stała się urywana, pełna krótkich pauz i spojrzeń. W pewnym momencie Olga zerknęła na zegarek i wyprostowała się gwałtownie.– Jezu… – powiedziała z niedowierzaniem. – Jest grubo po północy. Muszę lecieć, bo jutro nie wstanę.Sięgnęła po telefon i zadzwoniła po taksówkę, chodząc wolno po pokoju. Kiedy nadeszła chwila pożegnania, objęły się krótko, naturalnie, bez zbędnych słów.– Odezwę się – rzuciła, stojąc już przy windzie.– Jasne. Ja też.Zamknęła za nią drzwi i przez chwilę stała w ciszy. W mieszkaniu unosił się jeszcze zapach alkoholu i pizzy, jak ślad po rozmowie, która wydarzyła się szybciej, niż się spodziewała. Posprzątała tylko tyle, ile trzeba było, umyła zęby i położyła się do łóżka. Na szczęście zaczynała pracę dopiero o dwunastej. Pomyślała z lekkim rozbawieniem, że poranne bieganie raczej się nie wydarzy. Zgasiła światło.Sen przyszedł szybko, ciężki, ale spokojny.
---
Mielno, sierpień 2009
Spakowała się do jednego plecaka. Zeszła na dół. Na parking pod blokiem wjeżdżał właśnie sporych rozmiarów kamper – integralny Hymer na bazie Mercedesa. Wysoka, panoramiczna szyba, czyste linie, lekko kremowy lakier. W środku jasne drewno, eleganckie obicia, nowoczesne oświetlenie. Zanim wsiedli, wyciągnęli z piwnicy jej rower. Kamil rozłożył bagażnik, sprawdził uchwyty. Kliknięcia zapadek zabrzmiały pewnie. Odsunęła się o krok, spojrzała krytycznie.– Nie spadnie? – Nie ma szans – odparł.Zapięli pasy. Silnik ruszył cicho, bez szarpnięcia. Ustawił nawigację i uśmiechnął się, zerkając na nią.– Mielno to Mielno. Będziesz mogła pochwalić się swoją nową umiejętnością tańca.Zaśmiała się krótko.– Aż się boję na samą myśl. Wiesz cieszę się, że jedziemy. Zsunęła klapki, oparła stopy o krawędź siedzenia i leniwie poruszyła palcami.Zerknął na nią kątem oka i westchnął.– Tarantino doceniłby na pewno. A mi każesz patrzeć i cierpieć.Roześmiała się krótko, łobuzersko. Cofnęła jedną stopę o centymetr, drugą wysunęła jeszcze trochę, jakby robiła to zupełnie nieświadomie.– Poświęcenie to część podróży ze mną.– Coś za dużo tych poświęceń...– Oj, no… – Paulina odwróciła głowę w jego stronę. – Ale plusy chyba też jakieś są?Zerknął na nią uważniej, po czym parsknął.– Tak. Najpiękniejsza kobieta na pokładzie. I jeszcze świetnie tańczy.– No widzisz. Mogłeś trafić gorzej.Droga mijała szybko. Z głośników płynęła muzyka, rozmowa urywała się i wracała, krajobraz za szybą zmieniał się niepostrzeżenie. Kiedy zaparkowali na jednym z campingów, od plaży dzielił ich tylko wąski pas wydm. Morze było blisko — czuć je było w powietrzu.Dzień upłynął leniwie. Wypakowali rowery i ruszyli na krótką przejażdżkę po mieście: bez planu, bez celu, tylko żeby się poruszać i zrobić mały rekonesans. Potem kolacja przy kamperze. Rozpalił grilla i pilnował go z namaszczeniem, jakby to była jedyna rzecz na świecie, która wymaga pełnej koncentracji. Ona krążyła obok, kroiła warzywa, popijała coś chłodnego, komentowała, śmiała się.Wieczorem poszli potańczyć. Klub był dokładnie taki, jakiego można się spodziewać — głośny, zatłoczony, pełen wczasowiczów i alkoholu. Kamil mruknął coś o lokalnym folklorze, a Paulina tylko się uśmiechnęła. Wytańczyli się, wypili kilka piw, pozwolili muzyce zagłuszyć wszystko inne.Kiedy wrócili na camping, było już późno. Poszli do łazienki, z ręcznikami przerzuconymi przez ramię. Letnia woda była jak reset po całym dniu. Wrócili do kampera odświeżeni, zmęczeni w pozytywny sposób.Zajął się wnętrzem z tą samą metodycznością, z jaką wcześniej pilnował grilla. Otwierał, składał, przesuwał — przestrzeń powoli zmieniała się z dziennej w nocną. Paulina wyjęła śpiwór z plecaka i rozejrzała się pytająco.– To gdzie ja? – zapytała, udając niewinność.Kamil wskazał w górę.– Tam.Pod samym sufitem znajdowała się wąska wnęka, coś pomiędzy półką a kojcem: materac wsunięty w konstrukcję ledwie metr szerokości, niski prześwit. Trzeba było się wdrapać po wąskiej drabince i wcisnąć bokiem. Intymne lecz klaustrofobiczne.Spojrzała, potem na niego.– Żartujesz sobie.– Nie.– Dlaczego ja mam spać tam, jak jakiś nietoperz?– Bo tak – odpowiedział bez cienia skruchy ścieląc na dole podwójne, małżeńskie łoże.– Aha. Czyli ja na półce, a ty w apartamencie – skomentowała. – To jakaś kara?– Raczej przywilej – rzucił. – Widok na gwiazdy i poczucie przygody i bezpieczeństwo. Nikt cię w nocy przypadkiem nie dotknie.– To zamień się ze mną. Mam długie nogi. I godność.– Godność się zmieści – odparł. – Nogi też. Wystarczy lekko podkurczyć. Koszykarką nie jesteś.– To było niemiłe. Jak podobają ci się koszykarki mogłeś mnie nie zabierać. Dobrze. Ale jak spadnę, to twoja wina.Zaczęła się ostrożnie gramolić na górę. Uderzyła kolanem, mruknęła coś pod nosem, w końcu wcisnęła się do środka i obróciła na bok.– Ciasno.– Ale na pewno przytulnie – odpowiedział, gasząc światło.– I duszno.– Oddychaj spokojnie. Podkręcę klimę.Zapadła cisza. Taka nocna, gęsta, przerywana tylko cichą pracą klimatyzatora i odległym szumem morza, który docierał przez cienkie ściany. Paulina leżała nieruchomo w swojej ciasnej wnęce, patrząc w ciemność kilkanaście centymetrów nad twarzą. Kamil na dole oddychał już spokojniej, jak ktoś, kto jest blisko snu, ale jeszcze w nim nie zniknął.– Kamil… – odezwała się cicho.– Mhm?– Śpisz?– Już nie.Przez chwilę znów było cicho. – Słuchaj… – zawahała się. – Czy ja ci się w ogóle podobam?Poruszył się lekko, jakby zmienił pozycję.– Paulina, no… – powiedział z uśmiechem w głosie. – Przecież wiesz. Jesteś niesamowicie atrakcyjna. Ale spokojnie, nie zamienię się miejscem.Parsknęła cicho.– Dobra, dobra. Ale mam jeszcze jedno pytanie. Możesz nie odpowiadać, serio. Mogę?– No jak musisz… – mruknął.Wzięła spokojny oddech.– Czy ty myślisz o mnie czasem?Nie odpowiedział od razu. Cisza przeciągnęła się o sekundę dłużej, niż powinna.– Tak – powiedział w końcu, już ciszej. – Czasem. Często. Zwłaszcza kiedy jestem sam, a myśli robią się bardziej kosmate i intensywne.– O ty świnko, zboczuchu.Znów cisza, słychać było tylko cichy chichot Kamila. – A o czym dokładnie wtedy myślisz? – zapytała po chwili, tonem niemal obojętnym, jakby pytała o pogodę.– Jezu, no o tobie – odpowiedział w końcu. – Całej. O tym, jak się poruszasz, jak patrzysz. O tym spokoju, który masz, i o tym, że potrafisz być jednocześnie bardzo blisko i bardzo daleko.Odwróciła się na bok, czując, jak w tej ciasnej przestrzeni robi się nagle za ciepło.– Jesteś cudem, istotą nadprzyrodzoną, doskonałością – dodał, już bez żartu.Nie odpowiedziała od razu. Kamper stał cicho, noc trzymała ich w swoich ramach.– Dobranoc, Kamil – powiedziała w końcu.– Dobranoc, wredoto.Tym razem cisza została na jeszcze dłużej.– Kamil… – jej głos był cichy – Chcesz się kochać ze mną?Zapadła cisza. Prawdziwa. Ciężka.– Kamil?– Zastanawiam się… – odezwał się w końcu.– O ty padalcu…Zanim zdążył zareagować, zaczęła gramolić się ze swojej półki. Uderzyła się w głowę o krawędź, zaklęła pod nosem.– Kurwa, jak tu ciasno…Kamil parsknął śmiechem, nie potrafiąc się powstrzymać.– Bardzo romantycznie – zauważył.Nie odpowiedziała. Zsunęła się w dół i w jednej chwili była już w łóżku. Usiadła na nim okrakiem. – I co teraz mi powiesz? – zapytała spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.Uniósł dłonie, jakby chciał ją dotknąć, ale zatrzymał je w połowie drogi.– Paulina… – powiedział wolno. – Marzę o tej chwili od dawna.Jej usta drgnęły w półuśmiechu.– Tak? – nachyliła się odrobinę bliżej. – I zrobisz coś z tym, czy będziesz leżał jak kłoda?Położył dłonie na jej biodrach, w końcu, pewnie, jakby decyzja zapadła właśnie teraz, po czym zsunął je w dół. Materiał spodenek ustąpił pod palcami, uniosła biodra. Chłód nocy dotknął skóry tylko na ułamek sekundy. Wciągnęła powietrze, kiedy ich ciała znalazły wspólny rytm, a ona poczuła w sobie ciepło — gęste, pulsujące. Był bardzo twardy. Zatrzymał się na krótką chwilę, dokładnie tyle, ile trzeba. Ten moment zawieszenia rozciągnął się w niej jak napięta struna. Potem poruszyli się razem. Bez gwałtowności, bez pośpiechu — tak, jakby ciało znało drogę lepiej niż słowa. Poczuła, jak napięcie ustępuje miejsca intensywności. Jak bliskość staje się pełna, fizyczna, nie do odparcia. Jego oddech mieszał się z jej własnym. Każdy ruch był wyraźny, wyczuwalny, prowadzący ją dalej w to jedno jedyne odczucie. Zacisnęła dłonie na jego ramionach. Czuła siłę pod palcami, twardość mięśni, ciepło skóry. Podniecenie wzbierało się falami, coraz krótszymi, coraz gęstszymi. Oddech stracił rytm, stał się urywany, płytki. Wszystko zaczęło skupiać się w jednym punkcie, jakby ciało zwęziło się tylko łona. Uniosła biodra instynktownie, opadając na niego jeszcze bliżej, jeszcze mocniej. Wbiła mu paznokcie ramiona bez kontroli, zostawiając głębokie ślady, nawet nie próbowała powstrzymać się. Jej ciało napięło się nagle, potem drgnęło, jakby fala przeszła przez nią od środka na zewnątrz. Głos ugrzązł w gardle; nie było słów, tylko oddech i ten krótki moment nieważkości.Poczuła, jak reaguje razem z nią — jak jego ciało sztywnieje, jego penis robi się jeszcze twardszy, jak ruch się zatrzymuje, a potem znika w tym samym napięciu. Doszli w tej samej chwili, spleceni nie tylko fizycznie, ale rytmem, który ich dogonił i na moment unieruchomił. Potem wszystko powoli opadło. Ciężar wrócił, oddech się wyrównał. Paulina rozluźniła dłonie, dopiero wtedy zauważając, jak mocno go podrapała. Wciąż na nim siedziała. Położyła głowę na jego torsie, wsłuchując się w oddech i spokojne, miarowe bicie serca. Objął ją ramieniem. Dłoń zaczęła gładzić jej plecy. Przeszedł ją dreszcz — krótki, przyjemny, rozlewający się w dół kręgosłupa. Odetchnęła głębiej, rozluźniając się pod wpływem dotyku.Noc trzymała ich w zamkniętej przestrzeni kampera, a wszystko wokół zwolniło. Myśli rozpłynęły się pierwsze, potem uszło napięcie. Zostało tylko ciepło jego ciała. Zasnęła leżąc na nim, jakby to było jedyne miejsce, w którym tej nocy mogła spokojnie odpocząć.Kamil też usnął. Sen przyszedł ciężko, ale bez niepokoju. Obudził się jednak w środku nocy, w ciszy przerywanej jedynie delikatnym skrzypnięciem kampera, który poruszył się razem z podmuchem z nad morza.Musiała zmienić pozycję we śnie, leżała obok, policzek miała zwrócony w jego stronę, oddech spokojny i równy. Przez chwilę tylko patrzył, upewniając się, że to nie zniknie, jeśli poruszy się zbyt gwałtownie. Sięgnął po kołdrę i podciągnął wyżej, dbając aby była dokładnie przykryta.Poruszyła się, westchnęła cicho, jakby dotyk doszedł do niej przez sen. Cofnął dłoń. Czuł pieczenie w barku — ślady po jej paznokciach były wyraźne, pulsujące, przypominające mu dokładnie, jak blisko byli jeszcze kilka godzin wcześniej, nie chciało mu się jednak wstawać do łazienki aby to obejrzeć.Obudzili się niemal jednocześnie. Światło poranka było jeszcze blade, rozproszone, wpełzało do środka przez okienko dachowe. Otworzył oczy i od razu na nią spojrzał. Leżała blisko, nieco potargana. Patrzył na nią przez chwilę bez ruchu.— Więc to jednak nie był sen.Przesunęła się bliżej, objęła go ramieniem i wtuliła twarz w jego szyję, jakby to było najbardziej oczywiste na świecie. Jedną nogę zarzuciła na niego, udo spoczęło na jego biodrze. Poruszyła się jeszcze trochę, muskając go przypadkiem kolanem— a może nie całkiem przypadkiem. Po chwili poczuła wyraźną erekcję.Uniósł się jej kącik ust. Otworzyła oczy.– No nie… – zaśmiała się cicho. – Ty świnko. O czym ty znowu myślisz?Kamil poruszył się lekko, jeszcze zaspany, ale uśmiechnięty.– Wcale nie muszę myśleć – mruknął. – Wystarczy, że jesteś tak blisko. I że mnie dotykasz.Uniosła głowę i spojrzała na niego z przesadnie poważną miną. Cofnęła się o centymetr, jakby nagle coś ją zaniepokoiło.– Naprawdę? – zapytała, udając zaskoczenie. Znowu przybrała niewinną minę — szeroko otwarte oczy, lekko rozchylone usta — dokładnie tak, żeby było oczywiste, że to gra. Kamil tylko pokręcił głową.– Ty to ciągle robisz specjalnie.– Ja? Przecież ja tylko się przytulam.– Paulina, wiesz jak to na mnie działa... – Ja tylko sprawdzam, czy już się obudziłeś – odpowiedziała, nie przestając go dotykać.Odsunęła się nagle i jednym ruchem zsunęła z niego kołdrę. Zatrzymała się, patrząc w dół, z wyraźnym zainteresowaniem, jakby właśnie potwierdziło się coś, czego się spodziewała. Przez chwilę nic nie mówiła. Kamil leżał nieruchomo, oparty na poduszce, nie próbując niczego zakryć ani tłumaczyć. Nie wyglądał na zawstydzonego.– Masz ładnego penisa, wiesz?– powiedziała nagle. – Proporcjonalny, duży. Podoba mi się.Uśmiechnął się krótko.– Podobno – odparł. – Słyszałem już taką opinię.Nie skomentowała. Zamiast tego pochyliła się bliżej. Jej dłoń była chłodna; dotykała go powoli, sprawdzała reakcję. Zatrzymała się, przesunęła niżej, znów wróciła — drażniąc go samą zmianą nacisku i tempa.– Więc jak to robisz kiedy myślisz o mnie? – zapytała cicho, obserwując go uważnie. – Tak? A może inaczej?Zmieniała ruchy, ledwie zauważalnie, jakby bawiła się samą jego uwagą. Oddychał coraz głębiej. Jej obecność była wystarczająca — chłód palców, bliskość, spojrzenie, które nie opuszczało go ani na chwilę. Spróbował położyć dłoń na jej dłoni, odruchowo, jakby chciał odzyskać kontrolę. Uniosła wzrok i spojrzała na niego ostro, bez uśmiechu.– Zabierz – powiedziała krótko.Zatrzymał się. Cofnął rękę.Oddychał jeszcze głębiej, szybciej, wyraźniej. Po chwili odezwał się z trudem:– Paulina… przestań.Nie odpowiedziała od razu. Jej spojrzenie było uważne, skupione na nim, nie na tym, co robiła.– Mówisz, żebym przestała – powiedziała spokojnie. – Czy żebym dokończyła? Nie podoba ci się?Zamknął oczy na sekundę, potem je otworzył.– Zaraz… teraz już jest za daleko – powiedział cicho. – Ja…Nie dokończył. I wtedy szybko zabrała dłoń. Nagle. Bez zapowiedzi. Leżał bez ruchu, ciężko oddychając, jak ktoś, komu odebrano coś w ostatniej chwili. Powietrze było gęste od napięcia.Zaśmiała się cicho.– Wredota – powiedział, wciąż łapiąc oddech.– Ale chyba kochana. Prawda?– Tak – przyznał. – Kochana. I piękna. Jeszcze żadna kobieta nie zrobiła mi takiej galarety z mózgu.Uśmiechnęła się, zadowolona z efektu, jaki wywarła.
Dni mijały beztrosko. Rano rowery i krótkie wypady bez planu, w ciągu dnia plaża, słońce i senność, która przychodziła od wiatru, soli i intensywnych nocy. Wieczorami taniec w jednym z klubów — a potem powroty, zawsze trochę zbyt szybkie, jakby oboje wiedzieli, że noc jeszcze się nie skończyła.Kiedy wracali do kampera, wszystko działo się naturalnie. Kochali się długo, intensywnie, bez pośpiechu. Paulina wprawdzie jeszcze drugiej nocy spróbowała swojej gry — wdrapała się na górne łóżko, udając, że chce spać. Nie zdążyła jednak zająć miejsca na dobre. Kamil chwycił ją za nogę, pociągnął w dół i złapał w ramiona, śmiejąc się cicho. Krzyczała coś o tym, że jest brutalem po to tyko, by już chwilę później dosiadać go.Była przy nim inna, niż się spodziewała. Bardziej obecna, bardziej czuła. Sama była zaskoczona tą intensywnością, bo seks nigdy nie był dla niej centrum świata. Adam był pierwszy; z nim wszystko miało ustalony kształt, powtarzalny rytm, który dawał poczucie kontroli, ale niewiele więcej. Kilka razy udała nawet orgazm, żeby w końcu mieć święty spokój i móc usnąć.Z Kamilem było inaczej. Jakby grali w inną grę, na innym poziomie, w innej lidze. Chciała być na górze, prowadzić, decydować — a jednocześnie wkradał się element niepewności, drobnego przesunięcia ról, momentów, w których nie wiedziała dokładnie, co wydarzy się za chwilę. I to właśnie ta mieszanka — bliskości i zaskoczenia — sprawiała, że była jeszcze bardziej podniecona.Ostatniego wieczora siedzieli przy kamperze do późna, aż powietrze zrobiło się chłodniejsze, a rozmowy na campingu przycichły. Miała na sobie długie dresowe spodnie i bluzę z kapturem, moskitiera chroniła ich przed nieproszonymi gośćmi. Oparła się wygodnie, a stopy położyła mu na kolanach. Gładził je powoli, masował palcami, jakby chciał zapamiętać każdy ruch. Przez chwilę milczeli, słuchając pobliskiego morza.– Mogę cię o coś zapytać? – odezwał się w końcu. – Dlaczego wtedy powiedziałaś, że jesteś złą kobietą?Westchnęła, nie zabierając stóp.– Kamil… jestem inna. – Mówiła spokojnie, bez dramatyzmu. – Jestem sadystką. Prędzej czy później skrzywdzę cię. Raczej prędzej. Będę chciała czegoś, czego mógłbyś nie być w stanie mi dać.Spojrzał na nią uważnie.– A może mógłbym?Uśmiechnęła się krótko.– Mało ci śladów po paznokciach?– No tak… tu nie hamujesz się specjalnie. Ale są do przeżycia.– Podnieca mnie zadawanie bólu. Czasem, kiedy jesteśmy razem, wyobrażam sobie, że robię ci coś złego, że biję cię batem do krwi. I pytam siebie, czy naprawdę chciałbyś takiej kobiety.– Zawsze będę cię chciał – powiedział w końcu cicho. – A jeśli to miałoby cię uszczęśliwić… zgodziłbym się na naprawdę wiele.Paulina wypuściła powietrze.– Na szczęście niedługo wyjeżdżam do Berlina – powiedziała. – Więc nie będziemy musieli się o tym przekonywać.Spojrzał na nią, już bez uśmiechu.– Naprawdę nie widzisz żadnej możliwości, żebyśmy byli razem?Jej twarz spoważniała.– Nie. – Po chwili dodała ciszej: – Ale… jest tu i teraz, prawda?– Prawda – odpowiedział, ciężko wzdychając.Chciał coś jeszcze powiedzieć, zaczął nawet:– Jeśli kiedyś będziesz chciała—– Nie – przerwała mu łagodnie, ale stanowczo. – Nie deklaruj czegoś, czego mógłbyś żałować.Zamilkli. Morze szumiało, noc była spokojna. Wrócił do delikatnego masażu, a ona przymknęła oczy.
---
Giżycko, wrzesień 2009
W połowie września pojechali większą grupą na Mazury. Kilkanaście osób, kilka par, kilka dziewczyn bez towarzystwa, ekipa podobna do zeszłorocznej. Taki wyjazd, który z założenia miał być wspólny i lekki, a w praktyce niósł ze sobą ciche napięcia. Aneta była wyraźnie rozdrażniona — świeże rozstanie wciąż siedziało w niej głęboko, przebijało w tonie głosu, w zbyt szybkich komentarzach, w nagłych momentach milczenia. Paulina jeszcze przed wyjazdem poprosiła Kamila, żeby nikomu nie mówił, że spotykają się od czerwca. Przeprosiła go za to — spokojnie, bez tłumaczeń. Nie chciała plotek, półsłówek, spojrzeń, domysłów, które zaczęłyby żyć własnym życiem. Zrozumiał. Przyjął to bez urazy, z tym swoim cichym dystansem. Ostrzegł ją tylko, że i tak może nocą zgubić się i przypadkiem znaleźć w jej pokoju, jakby zaznaczał, że tajemnica nie zmienia istoty rzeczy.Jechali samochodem z salonu, w którym pracowali — dużym, czarnym Audi Q7. Auto było szybkie i wygodne, stworzone do długich tras. Kamil prowadził pewnie i dynamicznie. Paulina siedziała obok, z nogami lekko podkurczonymi, patrząc na mijany krajobraz. Z tyłu Aneta i jedna z koleżanek z roku, Gosia, rozmawiały o czymś intensywnie. Do przednich foteli docierały tylko pojedyncze słowa.Pierwszy dzień skończył się późno i głośno. Alkohol zaczął krążyć w żyłach szybciej niż rozmowy, muzyka była przesycona niskimi tonami, a parkiet zatłoczony. Kamil chciał tańczyć tylko z Pauliną, choć co chwilę wypychała go delikatnie w bok, śmiejąc się i wskazując wzrokiem inne dziewczyny.– Ooo, zobacz – szepnęła mu do ucha. – Aneta siedzi sama. Może ją pocieszysz.Robił to, o co prosiła. Tańczył, rozmawiał, śmiał się a potem wracał do niej. Dopiero noc, gdy hałas opadł i światła przygasły, uporządkowała role. Wtedy zakradł się do jej pokoju, cicho, bez słów. Każdy centymetr bliskości miał swoją wagę, jakby odmierzał coś, co należy tylko do nich.
Następnego dnia dziewczyny rozsiadły się na leżakach nad jeziorem. Kamil pojawił się w kąpielówkach; na plecach i torsie widać było różne zadrapania. Aneta nachyliła się do Pauliny i Kasi, mrużąc oczy.– Patrzcie – powiedziała tak aby usłyszał. – Nasz Kamil chyba przez żywopłot przechodził.Śmiech przeszedł po dziewczynach jak fala. Uniósł ręce w geście poddania.– Wszedłem z tygrysem do klatki – rzucił.– Bardziej wygląda na pazury wilczycy – odparła leniwie Paulina. – Ale co ja tam wiem.Śmiech wybuchł na nowo. Aneta spojrzała na nią uważniej.– Podrywał cię po tamtej imprezie w Sopocie?– Trochę – odpowiedziała wymijająco. – Ale już za chwilę mnie tu przecież nie będzie.Od tamtej rozmowy Aneta wyraźnie się zmieniła. Nie było w tym nic gwałtownego ani demonstracyjnego — raczej przesunięcie akcentów. Częściej szukała go wzrokiem, częściej zagadywała przy stole, przy ognisku, na pomoście. Jej żarty były głośniejsze, dotyk bardziej swobodny, obecność wyraźniejsza.To ona zaproponowała kajaki. Płynęli razem, wolno, bez pośpiechu, w słońcu odbijającym się od wody. Śmiali się, przekomarzali, kto gorzej wiosłuje. Z brzegu wyglądało to niewinnie — dwoje ludzi korzystających z dnia. Paulina patrzyła bez emocji; rozpoznawała ten mechanizm aż nazbyt dobrze. Nie zareagowała impulsywnie. Wybrała moment, w którym byli sami, i powiedziała to spokojnie, bez cienia prowokacji. Dała mu wolną rękę. Powiedziała, że nie zrobi sceny, że Aneta jest fajną dziewczyną, że rozumie, jego potrzeby. Mówiła rzeczowo, jak ktoś, kto naprawdę dopuszcza taką możliwość.Kamil wysłuchał jej uważnie — i pokręcił głową.– Jeszcze nie wyjechałaś, powiedział. I dopóki jesteś, jesteś tylko ty. Jedyna. Najpiękniejsza. A to z Anetą to tylko niewinny flirt, z resztą to ona jest stroną aktywną, nie ja. – Ależ ty mnie czarujesz tymi słowami…A jednak widziała, że nie rzucał słów na wiatr. Było w nim sporo pryncypialności, której się po nim nie spodziewała. Anetę traktował ciepło, życzliwie, lecz konsekwentnie trzymał dystans. Nawet gdy coraz wyraźniej się do niego kleiła, nie przekraczał granicy, jakby miał ją jasno wyznaczoną i pilnował jej bez wysiłku.Któregoś dnia przyszła do Pauliny wyraźnie przybita. Mówiła o tym, że chyba coś robi nie tak, że może jest zbyt nachalna, że źle to rozgrywa. Wysłuchała jej cierpliwie, nie oceniając.Powiedziała tylko, że pewne rzeczy potrzebują czasu. Że czasem warto odpuścić krok, zrobić miejsce. Że Kamil, jeśli będzie chciał, sam do niej wróci. Na pewno wróci, musi tylko dać mu czas. Spojrzała na nią z ulgą, jakby właśnie dostała pozwolenie, którego potrzebowała. Przytuliła się do niej nagle, mocno.– Jesteś wspaniała – powiedziała. – Prawdziwa przyjaciółka.
Ostatniego wieczoru rozpalili ognisko. Siedzieli w kręgu, blisko siebie, z kubkami i butelkami ustawionymi na ziemi, twarze rozświetlał ogień, a za plecami mieli ciemną taflę jeziora. Jedna z par przywiozła gitary i szybko okazało się, że repertuar krąży w dobrze znanych rejonach — jak to Paulina skomentowała półgłosem, „oazowo-bluesowych”: od piosenek podszytych religijnym uniesieniem po nieco chwiejne próby odtworzenia Dżemu. Było w tym coś rozczulającego i trochę męczącego zarazem.
W pewnym momencie, gdy zrobili przerwę sięgnęła po gitarę. Przesunęła instrument na kolana, ułożyła palce na gryfie i zaczęła grać. Pierwsze takty się rozsypały — pomyliła się, zawahała, przerwała. Uśmiechnęła się krótko do siebie, zaklęła, pochyliła głowę i zaczęła coś stroić, skupiona, jakby ognisko i rozmowy przestały istnieć.
Spróbowała jeszcze raz. Tym razem melodia popłynęła równo. Prosta, oszczędna, ale niosąca w sobie coś, co od razu przyciągało uwagę. Rozmowy ucichły. Ktoś odłożył kubek, ktoś inny przestał grzebać kijem w żarze.
– Co to za melodia? – zapytał jeden z kolegów z drugiego końca kręgu.
Uniosła wzrok.
– Napisałam ją kiedyś – powiedziała spokojnie. – Jeszcze wtedy, gdy grałam w Wolfensteinie.
Ktoś skinął głową, jakby sobie przypomniał. Ktoś inny półgłosem tłumaczył, że kiedyś opowiadała, że grała w jakimś zespole. Padło pytanie, czy to ma słowa.
– Ma – odpowiedziała po krótkiej chwili.
Na moment zamknęła oczy, po czym znów poruszyła palcami po strunach. Melodia nie zmieniła się, ale stała się pewniejsza, jakby teraz już wiedziała, dokąd prowadzi. Jej głos był niski i zaskakujaco zmysłowy, niósł się nad ogniskiem i wodą.
W mojej wieży smutku z kości słoniowej,
uczę się oddychać bez ciebie,
każdy krok brzmi tu jak zdrada,
każde jutro jest zbyt ciche.
Nie wszystkie drogi prowadzą do domu,
nie każda miłość zna słowo „zostań”.
Przez chwilę tylko grała, pozwalając, by dźwięk wybrzmiał. Potem przyszły słowa po angielsku, niemal bez przejścia, jakby ta historia potrzebowała obu języków.
In my ivory tower of sorrows I stand,
with broken maps clutched tight in my hands,
some loves are written to end halfway,
not every fire is meant to stay.
We burn, we learn, we let it go,
happy endings don’t always know our names.
Kiedy skończyła, nie opuściła od razu instrumentu. Ostatni akord wybrzmiał długo, aż zniknął w trzasku ognia.
Ktoś po chwili powiedział cicho, że to piękne ale smutne. Ktoś inny — że prawdziwe. Paulina tylko wzruszyła ramionami i oddała gitarę. Chwilę później ciszę przerwały pierwsze akordy "Whisky moja żono..."
Ognisko paliło się dalej, ale rozmowy już nie wróciły do wcześniejszej lekkości. Jakby wszyscy na moment zrozumieli, że są historie, które nie mają happy endu — i że to wcale nie czyni ich mniej ważnymi.
---
Koniec września przyszedł cicho, jak coś, co było zapisane od dawna. Po powrocie z Mazur wiedziała, że wkrótce coś się domknie — nie gwałtownie, raczej jak drzwi, które zamyka się wolno ale do końca.Kamil kupił dwie butelki prosecco. Poszli na plażę, daleko od wejść i barów, blisko granicy z Gdynią, tam gdzie wydmy są wyższe i jest prawie pusto. Siedzieli osłonięci od wiatru. Morze było stalowe, ciężkie, pozbawione już letniego blasku. Pili powoli. Kamil objął ją ramieniem. Mówiła dużo jak na siebie. O tym, że musi jeszcze ogarnąć mieszkanie, że ma do wyboru dwa akademiki, że wstępnie zarezerwowała miejsca, ale jeszcze się waha. O rzeczach praktycznych, terminach, drobiazgach. Jej głos nieco przyspieszał, jakby próbowała zagadać ciszę, nie dopuścić do tego, co czekało pod spodem.Słuchał uważnie. Dopytywał, jak będą wyglądały studia, jakie zajęcia na początku, co zabierze ze sobą do Berlina. Pytał spokojnie, rzeczowo, jakby trzymał się tego jedynego porządku, który jeszcze dawał się utrzymać.I wtedy to zobaczył.Łzy spływały jej po policzkach cicho, bez szlochu, jakby ciało zaczęło reagować szybciej niż ona sama. Spróbował ją przyciągnąć, ale wyrwała się nagle. Wstała, zrobiła kilka kroków w stronę wody, potem wróciła i stanęła przed nim. Sztywna, roztrzęsiona.– Wiedziałam – powiedziała. – Wiedziałam, kurwa, że to bez sensu. Wiedziałam…Głos jej się załamał.– Bałam się, że cię pokocham i…Nie dokończyła.– Kurwa no!Kamil wstał i objął ją odruchowo. Przez moment pozwoliła, po czym spróbowała się wyszarpnąć.– Zostaw mnie – rzuciła. – Nie chcę już słuchać, że jest tu i teraz. Nie ma już „teraz”, rozumiesz? Jutro wyjeżdżam i—Przerwał jej, obejmując ją jeszcze raz, tym razem mocniej, zdecydowanie, tak żeby nie mogła się wyrwać. Trzymał ją blisko, aż napięcie w jej ciele zaczęło pękać.– I co narobiłeś… – wyszeptała, już naprawdę płacząc.Jej ramiona drżały. Płacz w końcu znalazł ujście. Kamil nie mówił nic. Gładził ją po plecach, powoli, jednostajnie, jakby chciał przekonać jej ciało, że może się zatrzymać, że nie musi uciekać ani walczyć.Plaża była pusta. Wiatr niósł ich głosy w stronę wydm. Morze nie reagowało. A oni stali tak długo, aż łzy straciły ostrość, a rozpacz — kształt.
Długo milczał, zanim w końcu przemówił. Głos miał opanowany. Powiedział, że przeżyli piękne cztery miesiące. Najpiękniejsze w jego życiu. Że ma nadzieję, że ona też zapamięta je w taki sposób — nie jako błąd, nie jako pomyłkę. Prosił, żeby spróbowała spojrzeć na to z tej strony. Że nie chciał namieszać jej w głowie. Że jest najwspanialszą i najpiękniejszą kobietą, jaką poznał. Że nigdy wcześniej nie przeżył czegoś takiego i wie, że już nie przeżyje. Mówił to bez patosu, jakby opisywał fakt, z którym dawno się pogodził.Powiedział w końcu, że ją kocha. Że pokochał od pierwszej randki.– Kamil… no… przestań już… – przerwała mu, łzy wróciły z całą mocą.– To może jednak dajmy sobie szansę?Nie odpowiedziała od razu. Kiedy w końcu uniosła głowę, była skupiona i zimna. – Nie – powiedziała krótko. – Tak będzie lepiej. Dla mnie, dla ciebie. Dla nas. Zrobiła krok w jego stronę i pocałowała go w usta. Wbiła się w niego mocno a po chwili chwyciła zębami wargę i przygryzła. Jęknął z bólu, odruchowo cofając głowę. Dotknął twarzy i spojrzał na dłoń — była na niej krew. Stała naprzeciwko ciężko oddychając, oblizała lekko usta.– Pa, Kamil – powiedziała. – Było cudownie. Najcudowniej. Kocham cię. Bardzo. Muszę już iść. Nie szukaj mnie. Nigdy. Proszę. Chwyciła torbę i pobiegła w stronę Sopotu, nie oglądając się za siebie. Został tam, gdzie stał. Nawet nie próbował jej gonić. Biegła naprawdę szybko. Wiatr szczypał twarz, a łzy znów napłynęły do oczu, rozmywając światło latarni sopockiego molo.Kamil...
---
Po niespodziewanej wizycie Olgi ich kontakt stał się czymś naturalnym, niewymuszonym. Często pisały do siebie bez żadnej okazji. Gdy Olga pierwszy raz użyła bata na swoim chłopaku, pierwsze co zrobiła był telefon do Pauliny. Opowiadała jej z ekscytacją co czuła i jak było. Spotkały się w Sopocie i uczciły to butelką wina. Od tego czasu były prawie nierozłączne, jakby znały się od lat. Paulina próbowała nawet ją wciągnąć w bieganie. Zwolniła tempo, ale nowa przyjaciółka już po dwóch próbach kręciła głową z uśmiechem. Mówiła, że to nie dla niej i że jest stworzona aby przemieszczać się na grzbiecie konia. Ewentualnie mogła być joga. I faktycznie — zabrała Paulinę kilka razy na zajęcia. Było w tym coś nowego: cisza i skupienie.Tamtego wieczora, po rozstaniu z Kamilem, nogi poprowadziły ją bez wahania właśnie do niej. Biegła długo, niemal automatycznie. Piasek w Jelitkowie był wilgotny, twardy, morze ciemne i obojętne. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy zabrakło jej tchu nie od biegu, lecz od emocji. Wyjęła telefon drżącymi palcami wybrała numer.– Zrobiłam to... Boże, jaka ze mnie idiotka, co ja narobiłam.I wtedy głos znów jej się załamał. Powiedziała jeszcze, gdzie jest. Olga mieszkała blisko. Była przy niej po kilku minutach, bez pytań, bez komentarzy. Wzięła ją po prostu w ramiona, jakby to było oczywiste.Pojechały do jej mieszkania. Paulina leżała z głową na jej kolanach, skulona, zmęczona, zupełnie pusta. Olga gładziła ją po włosach, jakby chciała uspokoić nie tylko ją, ale i cały świat wokół. Mówiła cicho, spokojnie. Utwierdzała ją w tym, że dobrze zrobiła. Że Kamil, choć był świetnym mężczyzną, byłby tylko kotwicą. Mówiła, że Paulina jest piękna i zdolna. Że przed nią otwiera się świat, że Berlin ją wchłonie. Da jej nowe życie, nowe tempo, nowe pytania i na pewno nowe odpowiedzi.Słuchała, z zamkniętymi oczami. Nie płakała już, został tylko ciężki oddech i to szczególne zmęczenie, które przychodzi po nieodwracalnych decyzjach. Leżała tak jeszcze długo. W końcu wstała, poprawiła włosy i powiedziała, że już jej przeszło. Prawie.
-----
Rozdział XXV - Wschód
Trójmiasto, wrzesień 2009
Kilka dni po rozstaniu z Kamilem, wróciła z biegania, wzięła szybki prysznic i usiadła na balkonie z wysoką szklanką wody z cytryną. Ciało miała jeszcze rozgrzane, myśli spokojne i poukładane. Telefon zadzwonił, gdy właśnie opierała stopy o balustradę. Na wyświetlaczu pojawiło się: Manfred Wirtz. Odebrała niemal od razu. Mówił swoim charakterystycznym, ciepłym tonem, bez pośpiechu, jak ktoś, kto ma dobrą wiadomość i chce ją odpowiednio podać. Tłumaczył, że razem z Ingrid zastanawiali się nad jej sytuacją i doszli do wniosku, że mogą jej coś zaproponować. W Berlinie mają mieszkanie — co prawda w zwykłym bloku we wschodniej części miasta, ale za to trzy pokoje i całkiem blisko Alexanderplatz, skąd będzie miała dobre połączenie na zajęcia. Opowiadał, że to ich stare mieszkanie, a potem mieszkali tam ich synowie w czasie studiów. Paulina bez trudu przypomniała sobie Maxa: wysokiego blondyna z trójką żywiołowych synów i zawsze pogodną, serdeczną żoną. Wirtz kontynuował. Zaproponował, żeby tam zamieszkała — zamiast akademika albo nerwowego szukania czegoś na własną rękę w ostatniej chwili. Wystarczy, że będzie opłacała czynsz i dorzuci symboliczne sto euro miesięcznie. Gdy żartował, że to „na piwo”, w tle wyraźnie było słychać głos żony, która natychmiast go skarciła, przypominając, że lekarz kazał mu ograniczyć alkohol, i że tylko by chlał, gdyby miał pretekst. Dodał jeszcze, że mieszkanie jest umeblowane, gotowe do zamieszkania — może nie nowoczesne, ale zadbane i przytulne. Zaprosił ją, aby wpadła do Schwerina po klucze. Słuchała w milczeniu, czując, jak napięcie, które nosiła w sobie od tygodni, zaczyna powoli puszczać. Przez chwilę walczyła z odruchem skrępowania, ale myśl o własnym kącie — bez zgiełku i tymczasowości akademika, była jak głęboki oddech. Odpowiedziała w końcu, ciszej, z wyraźnym wzruszeniem, że nie bardzo wie, jak ma dziękować. Wirtz powiedział krótko, żeby po prostu dobrze wykorzystała swoją szansę i że są z niej dumni. Kiedy się rozłączyli, jeszcze długo siedziała nieruchomo na balkonie, wpatrując się w jasne popołudniowe światło. Przed chwilą jej plany przestały być abstrakcją. Berlin przestał być odległym hasłem, a stał się konkretnym adresem. Wstała w końcu, wciąż trzymając telefon w dłoni, i przeszła powoli przez mieszkanie. W głowie zaczęły układać się konkretne sprawy: pakowanie, formalności, terminy. A obok lekkiej nostalgii pojawiło się coś nowego — spokojna, dorosła ekscytacja. To miało się naprawdę wydarzyć.
Dzień przed wyjazdem zorganizowała małą pożegnalną imprezę. Czuła, że jeśli tego nie zrobi, wyjedzie z poczuciem, że coś zostało urwane w pół zdania. Popołudnie było ciepłe, takie, które pachnie jeszcze latem, choć kalendarz już temu przeczy. Tata rozłożył stół w ogrodzie i nakrył go obrusem. Kilka krzeseł, talerze — nic szczególnego, a jednak wszystko dokładnie na swoim miejscu. Mama krzątała się przy jedzeniu, co chwilę zwracając Paulinie uwagę, że za grubo kroi warzywa.Przyjechali ci, których chciała mieć obok. Kasia z trochę spiętym chłopakiem, Aneta — pogodna, choć z tym cieniem w oczach, który Paulina już dobrze znała. Dawid i Filip przywieźli karton piwa. Była też Olga — jak zawsze elegancka i posągowa. Pojawił się nawet dziadek. Trochę niespodziewanie, ale gdy już usiadł przy stole, od razu zaczął opowiadać różne historie. Kiedy usłyszał, że Paulina zamieszka we wschodnim Berlinie, wyraźnie się ożywił. Stwierdził, że gdy wpadnie do niej, odwiedzi dawnych towarzyszy, a ją koniecznie zabierze do Café Moskau — powiedział to z takim przekonaniem, jakby to było oczywiste, że właśnie tam zaczyna się prawdziwy Berlin. Było wesoło, śmiech pojawiał się naturalnie, rozmowy toczyły się bez wysiłku, ale pod tym wszystkim płynęła delikatna nostalgia — nie smutna, raczej ciepła. Taka, która pojawia się wtedy, gdy wszyscy wiedzą, że to jedno z tych spotkań, które zostają w pamięci dłużej niż inne. Mówiła niewiele. Wolała patrzeć: na braci, na przyjaciółki, na rodziców. I pomyślała, że to pożegnanie jest dokładnie takie, jakie miało być — zwyczajne, prawdziwe, bez nadęcia. Jutro wszystko się przesunie. Dziś jeszcze było na swoim miejscu. Wróciła do domu późno w nocy. W przedpokoju stały 3 walizki i kilka kartonów. Pakowanie tego zajęło kilka długich godzin. Choć przez lata starała się nie gromadzić zbyt wielu rzeczy, dopiero teraz uświadomiła sobie, jak wiele tego miała. Czekało ją jeszcze jedno pożegnanie. Przez ponad rok nikt się nie dowiedział. Ani przyjaciele, ani rodzina. Tylko Olga. A przecież Andrzej nie był człowiekiem z nikąd – starszy od niej o ponad dwadzieścia lat, mężczyzna o silnej osobowości, z którym łączyło ją coś znacznie głębszego niż zwykłe spotkania. Zresztą, słowo "spotkania" wydawało się nieodpowiednie. Ich relacja daleko wykraczała poza schematy klasycznych randek. Nie było wspólnych kolacji w restauracjach, wyjść do kina czy romantycznych weekendów nad morzem. Ich "randki" były wyjątkowe, intymne, zamknięte w czterech ścianach. To były najczęściej godziny wypełnione jego bólem i bezgranicznym uwielbieniem. Wiedziała, że dla niego była kimś więcej niż tylko młodą dziewczyną. Była jego przewodniczką, wyzwolicielką ukrytych pragnień, których do niedawna nawet sam przed sobą nie potrafiłby nazwać. Dla niej zaś był oparciem – kimś, kto nie próbował jej zmieniać, nie chciał jej kształtować według własnych wyobrażeń, ale akceptował ją taką, jaka była: silną, wymagającą, nieprzewidywalną. Wciąż pamiętała tamte pierwsze spotkania, nieporadne i pełne emocji. Jak Andrzej uczył się jej potrzeb, a ona – jego oddania. Jak krok po kroku budowali coś, czego nie dało się łatwo nazwać. I teraz, choć ich drogi miały się rozejść, nie odczuwała żalu. Była wdzięczna za ten czas. Za to, że mogła być sobą. Za to, że miała kogoś, kto bez słów rozumiał, kim naprawdę była.Obiecał, że będzie ją odwiedzał w wybrane weekendy i ta deklaracja w zupełności jej wystarczyła.Była gotowa na kolejny krok. Przygotowywała się do niego od czterech miesięcy. Widywali się rzadziej ale wciąż intensywnie. Wakacje, jej relacja z Kamilem, jego rejs, czas z w towarzystwie Olgi. To wszystko powodowało, że nauczyli się planować i wykorzystywać do maksimum każdą wspólną chwilę. Przyjechał w nocy. Pożegnanie było krótkie, wiedzieli że niedługo zobaczą się. Życzył jej powodzenia, prosił aby dała znać gdy bezpiecznie dojedzie.
---
Tata pojawił się u niej z samego rana.– No cóż, Pauli, do twojego Fiata to byśmy włożyli co najwyżej jedną walizkę – powiedział z uśmiechem, otwierając olbrzymi bagażnik swojego Citroëna C5 w wersji kombi. – A tak pakuj ile wlezie a zobaczysz, że i tak zostanie miejsce. Uśmiechnęła się z wdzięcznością.– Dzięki, naprawdę nie dałabym rady sama.Zaczęli znosić na dół kartony i walizki. Tata od razu przejął dowodzenie, ustawiał rzeczy w bagażniku z precyzją, jakby pakowanie było osobną sztuką a on miał w niej czarny pas. Podawała mu kolejne pudła, czasem żartując, czasem tylko stojąc i patrząc, jak jej życie znika w przestrzeni bagażnika. Kiedy wszystko było już na miejscu, ojciec jeszcze raz sprawdził ułożenie, zamknął klapę i dopiero wtedy podał jej kluczyki.– No. Gotowe – powiedział, ocierając czoło. – Spokojnie dojedziesz. Na pewno nie chcesz, żebym pojechał z tobą?– Nie, dam radę – odpowiedziała. – A wy i tak wpadniecie niedługo.Kiwnął głową, ale zamiast od razu się cofnąć, sięgnął do kieszeni kurtki. Wyjął cienkie kartonowe etui i podał jej je bez zbędnych komentarzy.– To na drogę – powiedział. – Ułożyliśmy to z Filipem i Dawidem. Ja to… no… jak to się mówi… wypaliłem.Zawahał się na sekundę.– Pod czujnym okiem Filipa – dodał szybko.– Jesteście kochani. A co tam jest?– Spodoba ci się – powiedział przytulając ją i całując.– Jak coś się będzie działo, dzwoń od razu. Pamiętaj tylko, żeby tankować olej napędowy, błagam, nie pomyl się – powiedział jeszcze, wręczając jej komplet dokumentów.– Dziękuję, tato. Kocham cię.Wiedziała, że się o nią martwi, choć bardzo się starał tego nie pokazywać. Samodzielny wyjazd do obcego kraju, nowy etap życia — to nie było dla niego „po prostu”. Umówili się, że po tygodniu rodzice przyjadą do niej z wizytą: zobaczyć, jak się urządziła, pomóc, jeśli będzie trzeba. Przy okazji wymienią się samochodami — odda Citroëna i zabierze z powrotem swojego małego Fiata.Gdy pożegnali się i kiedy ostatni raz spojrzała na blok, wsiadła za kierownicę. Silnik ruszył miękko. Kiedy wyjechała na drogę w stronę Gdyni, na pierwszym prostszym odcinku wsunęła płytę do systemu audio. Przez ułamek sekundy było cicho, potem głośniki ożyły charakterystycznym, galopującym rytmem. The Trooper uderzył od pierwszych taktów, bez ostrzeżenia. Parsknęła śmiechem. Po chwili śpiewała już razem z Brucem Dickinsonem. Przy refrenie rozpuściła włosy i pozwoliła im zatańczyć w rytmie muzyki — dokładnie tak, jak na koncertach. Na moment zabrała jedną rękę z kierownicy, a palcami drugiej zaczęła w powietrzu odgrywać linię basu. Droga złapała właściwy rytm. Asfalt sunął pod kołami jak taśma, a ona wybijała tempo lewą stopą, wciąż kołysząc głową. Na prostych odcinkach podkręcała głośność. Wnętrze Citroëna wypełniła surowa, dobra energia.Było w tym coś oczyszczającego. Stare dobre metalowe granie, bas, który prowadził jak kompas, i głos wokalisty Iron Maiden, który zawsze brzmiał mocno i donośnie. Paulina śpiewała, grała w powietrzu, uśmiechała się sama do siebie.
---
Berlin, wrzesień 2009
Podróż minęła szybciej, niż się spodziewała. Samochód prowadził się znakomicie – był cichy, stabilny, a zawieszenie idealnie tłumiło większość nierówności. Wjechała już do Niemiec z mieszanką ekscytacji i lekkiej niepewności, z każdym kilometrem coraz bardziej czując, że rozpoczyna nowy etap swojego życia. Przyspieszyła.Gdy zbliżała się do zjazdu na Rostock, zadzwonił telefon. Wyświetlił się Max Wirtz.– Hallo? – odebrała niepewnie.– Cześć, Paulina, tu Max. Miałem twój numer jeszcze z zeszłego roku – głos był ciepły, przyjazny. – Jestem właśnie z Leonem w Schwerinie. Tata wszystko mi powiedział, wiem że jesteś już w drodze do nas. Pomyślałem, że może pomożemy ci. My ruszamy zaraz do Berlina na mecz, jedź tam od razu, damy ci klucze na miejscu.Umówili się tak, że Max z synem przyjadą pod mieszkanie, dadzą klucze i pomogą z rozładunkiem. Dotarła na miejsce po niespełna pięćdziesięciu minutach jazdy. Zaparkowała samochód na wyznaczonym miejscu i przez chwilę po prostu siedziała w aucie. Okolica wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażała. Stare bloki z czasów NRD miały w sobie surową elegancję: wysokie, masywne, ustawione z rozmachem, nieprzytłaczające. Szerokie chodniki, dużo zieleni, stare drzewa pamiętające inne dekady. Elewacje były czyste, odnowione, w jasnych kolorach — nic krzykliwego, raczej porządek i solidność. Widać było, że kiedyś mieszkali tu ludzie ważni dla dawnego reżimu: urzędnicy, inżynierowie, kadra naukowa, dla której przestrzeń miała znaczenie. Fontanny na niewielkich skwerach, równo poprowadzone alejki, logiczny układ ulic — wszystko sprawiało wrażenie przemyślanego i spokojnego. Telefon zawibrował. Krótka wiadomość: Nawigacja pokazuje jeszcze godzinę.Zamknęła auto i poszła się przejść, rozprostować nogi po jeździe, oswoić miejsce. Przeszła przez mały park, minęła plac zabaw, gdzie kilkoro dzieci bawiło się na niewielkiej zjeżdżalni. Z balkonów dobiegały urywki rozmów, gdzieś w oddali szczęknęły naczynia. Normalne życie. W pobliskim sklepie kupiła opakowanie winogron i gazetę — wybrała Der Spiegel. Na okładce dominował duży temat polityczny: kryzys finansowy wciąż rozlewał się po Europie, obok zapowiedzi artykułów o Angeli Merkel, o przyszłości Unii, o zmianach na rynku pracy i o odszkodowaniach dla ofiar eksperymentów z czasów wojny, których wypłatę obiecał nowy prezes Hagen Pharma. Wróciła do samochodu, otworzyła bagażnik i usiadła pod uniesioną klapą, opierając się plecami o jeden z kartonów. Winogrona opłukała wodą z butelki, strząsnęła krople i zaczęła powoli jeść, kartkując gazetę. Czytała fragment o tarciach w koalicji rządowej i o walce frakcji w CDU. Dalej był reportaż o bezrobociu w Brandenburgii i jakichś neonazistach, którzy namalowali zakazane symbole na budynku urzędu w jednym z małych miasteczek blisko granicy z Polską. Co jakiś czas odrywała wzrok od tekstu i patrzyła przed siebie. Czuła coś pomiędzy spokojem a lekkim napięciem. Godzina szybko minęła.
– Witamy w Berlinie! – powiedział Max z szerokim uśmiechem, wysiadając ze srebrnego Mercedesa. Paulina przywitała się, dziękując za pomoc i uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem.W trójkę szybko zabrali się za rozładunek samochodu. Kartony, walizki i torby wnosili sprawnie – dzięki windzie, która choć trochę wysłużona, działała bez zarzutu. Mieszkanie znajdowało się na dziewiątym piętrze.Kiedy weszli do środka, rozejrzała się z ciekawością. Było zaskakująco przestronne i jasno. Wnętrze miało klasyczny układ z czasów NRD: trzy pokoje, duży przedpokój, oddzielna kuchnia i łazienka z oknem. Nosiło ślady przeszłości – solidne drewniane podłogi, tapeta w kwiatowy wzór i meble pokryte błyszczącą politurą. Jednocześnie widać było próby unowocześnienia – nowa armatura w łazience, świeżo malowane sufity i nowoczesna, jasna kuchnia, odświeżona kilka lat temu. Salon był największym pomieszczeniem – miał ogromne okno, przez które wpadało mnóstwo światła, oraz balkon z widokiem na Alexanderplatz. Dwa mniejsze pokoje były idealne na sypialnię i pokój gościnny. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko teraz będzie jej nowym domem.– Jest naprawdę świetne – powiedziała z entuzjazmem, kiedy ustawili ostatni karton w salonie.Max uśmiechnął się szeroko. – Cieszymy się, że ci się podoba. Wiesz, tata powiedział mi tylko jedno: pomóż jej tak, jakbyś pomagał własnej córce. Córki nie mam, tylko tych trzech potworów, których już poznałaś rok temu. Więc tym bardziej. Roześmiali się i wyszli na balkon. Dziewiąte piętro dawało oddech — nie było tu już ulicznego hałasu, tylko równy szum miasta, jak tło, do którego można się przyzwyczaić. Paulina niepewnie oparła dłoń o balustradę i spojrzała przed siebie. Wieża telewizyjna była blisko, niecały kilometr w linii prostej. Dominowała nad okolicą, jasna, smukła, niemal elegancka. Jej kula łapała popołudniowe słońce i odbijała je szeroką plamą światła.Max stanął obok i uniósł rękę.– Widzisz to? – zapytał, wskazując palcem. – Jak słońce pada pod odpowiednim kątem, na tej kuli zawsze wychodzi krzyż.Zmrużyła oczy. Faktycznie — linie światła układały się w wyraźny znak, którego nie dało się pomylić z niczym innym.– Nazywają to „zemstą papieża.” Budowali symbol świeckiego państwa, potęgi socjalizmu, nowoczesności… a wyszło jak wyszło.Uśmiechnął się krzywo.– Kiepsko, co? Całe NRD starało się wyprzeć religię, a ich największa wizytówka codziennie rysowała na niebie krzyż i to bez zgody partii.Patrzyła jeszcze chwilę na wieżę. Było w tym coś przewrotnego, bardzo berlińskiego — historia, która nie daje się zamknąć w jednym porządku, symbole, które wymykają się intencjom.– To miasto ma do tego talent – powiedziała w końcu. – Do ironii.Skinął głową.– Fajnie, że tu trafiłaś. Berlin lubi takich ludzi jak ty. Słuchaj, a może jesteś głodna? Niedaleko jest najlepszy currywurst w tej części Berlina. Czy może jesteś zbyt zmęczona?Mimo kilkugodzinnej jazdy, była wciąż pełna wrażeń i energii. Pokręciła głową.– Nie, nie jestem. Chętnie coś zjem.– Zawsze zdążysz się rozpakować. A teraz chodź, zobaczysz coś zupełnie innego.Zjechali na dół windą i weszli w niewielką alejkę między blokami, przy której ciągnął się rząd garaży. Paulina zawsze zastanawiała się, dlaczego niemieckie garaże były niemal identyczne – te same szare lub beżowe bramy. Inaczej niż w Polsce, gdzie każdy wyglądał, jakby był oddzielnym światem właściciela. Tutaj panował porządek.Max podszedł do jednego z garaży i otworzył bramę. Skrzypnęła lekko, odsłaniając wnętrze. Natychmiast uderzył ich specyficzny zapach – mieszanka starej benzyny, oleju i czegoś jeszcze, jakby lekkiej nuty spalonego smaru. Zapach starego, wysłużonego silnika dwusuwowego, nie do pomylenia z niczym innym. Wypełniał ciasną przestrzeń garażu, jak mgła wspomnień o minionych czasach.W głębi, w blasku światła wpadającego przez otwartą bramę, stał on – żółty Wartburg 353, model z końca lat 80. Samochód o kanciastych kształtach, który mimo wieku wyglądał, jakby ktoś wciąż traktował go z czułością.– To Wartburg mojego dziadka – powiedział, z wyraźnym sentymentem w głosie. – Zostawiliśmy go po jego śmierci. Dziadek odebrał go w 1988 roku z salonu w Schwerinie. Przez lata jeździł tylko do nas, do Berlina, albo do sanatorium w Bad Elster.Podeszła bliżej. Karoseria, choć w niektórych miejscach przykurzona, wciąż błyszczała. Kolor był soczysty, słoneczny, kontrastujący z szarością betonowych ścian.– A może się przejedziemy? – zaproponował, wyciągając z kieszeni niewielki pęk kluczyków z plastikowym breloczkiem. – Pokażemy ci trochę wschodniego Berlina.Otworzył maskę. W tym czasie Paulina z ciekawością przyglądała się wnętrzu – prostemu, niemal siermiężnemu. Mężczyzna sprawdził poziom płynu chłodniczego.– Jeździłem nim jakieś trzy miesiące temu – powiedział, zamykając maskę z charakterystycznym trzaskiem. – Mam nadzieję, że odpali.Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił go. Rozrusznik zawył niskim, przeciągłym tonem, przez chwilę ciszę przeszywało tylko ciężkie kręcenie się silnika. I wtedy – nagle – rozległo się, nierówne burczenie, a z rury wydechowej wystrzeliła kłębiasta chmura niebieskawego dymu, która na chwilę spowiła całą okolicę. Cofnęła się odruchowo o krok, śmiejąc się przy tym. Ten zapach, ta woń spalonego oleju zmieszana z benzyną – to była kwintesencja dawnej epoki.Silnik prychał, ale utrzymywał pracę. Przegazował lekko – samochód odpowiedział typowym dla dwusuwów nierównym, dźwięcznym odgłosem i kolejnym kłębem dymu.– I oto on – powiedział z dumą, wskazując na miejsce pasażera – Witaj w prawdziwym NRD.Zaśmiała się. Mimo całej egzotyki sytuacji, czuła się cudownie lekka, jakby rzeczywistość na moment przestała być poważna.– No, wsiadasz? – zapytał Max, otwierając jej drzwi.Wartburg delikatnie drżał na biegu jałowym, gotowy do podróży w przeszłość Berlina, którego duch dawnej epoki wciąż unosił się w niektórych zakamarkach. Ostrożnie usiadła w fotelu Wartburga, uważając, by nie ubrudzić jasnych spodni o próg drzwi. Siedzenie, obite sztuczną skórą w odcieniu beżowej żółci, zaskrzypiało cicho. Leon rozsiadł się wygodnie na środku miękkiej tylnej kanapy.Max wrzucił bieg i spokojnie ruszył. Silnik charakterystycznie warczał, a cały samochód lekko wibrował przy przyspieszeniu.Wjechali na szeroką aleję otoczoną monumentalnymi budynkami. Paulina rozpoznała nazwę na jednej z tablic – Karl-Marx-Allee.– Witamy na alei Karola Marksa – powiedział kierowca z uśmiechem. – Jednej z najbardziej prestiżowych ulic wschodniego Berlina. To tu, po wojnie, NRD budowało swoją wizję idealnego socjalistycznego miasta.Rozejrzała się. Wysokie budynki z jasnego kamienia, ozdobione kolumnami i mozaikami, przypominały architekturę pałacową, ale w wersji socrealistycznej. Wszystko było ogromne, masywne, z symetrycznymi fasadami i szerokimi chodnikami.– To się nazywało "Stalinowskie Baroko" – kontynuował, przemykając między kolejnymi skrzyżowaniami. – Każdy blok miał być trochę jak pałac dla ludu. Duże mieszkania, wysokie sufity, szerokie ulice idealne na defilady, ale wiadomo – kto mieszkał tutaj, ten nie należał do przeciętnych robotników.Chłonęła każde słowo, patrząc na budynki z fascynacją. Ich ogrom i dziwna mieszanka przepychu oraz surowości robiły niesamowite wrażenie.– A tam przed nami – wskazał – jest Frankfurter Tor. Widzisz te dwie wieże? Wzorowane były na berlińskim Domu Inwalidów, ale w wersji proletariackiej. Trochę przepychu, trochę wielkiej ideologii, no i obowiązkowo miejsce na przemarsze wojskowe. Za dawnych czasów, wszystkie większe imprezy zaczynały się właśnie tutaj. Jeśli była jakaś wielka parada 1 maja albo rocznica rewolucji październikowej, defilady startowały stąd. Zobacz, na bloku zostały jeszcze stare neony.Mówił z pasją, jak przystało na architekta, ale w jego opowieściach pobrzmiewała także nuta ironii.– Widzisz tę kawiarnię tam w głębi? – wskazał na narożny lokal z neonem Café Moskau. – Kiedyś to było jedno z nielicznych miejsc, gdzie można było wypić kawę w zachodnim stylu – cappuccino albo espresso – ale oczywiście tylko dla wybranych. Byłeś kimś to miałeś wstęp. Reszta patrzyła przez szybę.Paulina uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie słowa dziadka.– No i tu – skręcił lekko w lewo – zaczyna się Alexanderplatz. Inny świat. Gdybyś tu była w latach 80., zobaczyłabyś morze betonu i Centrum-Warenhaus. Teraz jest tu więcej szkła i wieżowców, ale duch Wschodu jeszcze nie całkiem zniknął.Minęli wieżę telewizyjną, której charakterystyczna srebrna kula wciąż błyszczała w popołudniowym słońcu, niezmiennie rysując krzyż na swojej powierzchni. Ten Berlin, którego fragmenty pokazywał jej Max, był inny niż obraz wielkiej metropolii z przewodników. Był pełen kontrastów, anegdot, historii zapisanej w architekturze. Leon z tylnego siedzenia wtrącił z entuzjazmem:– Tata pokazał mi kiedyś zdjęcia, jak wyglądała ta aleja w latach osiemdziesiątych – powiedział. – Wszędzie Trabanty i Wartburgi! Max pokiwał głową.– Tak było. Ale jak wiesz, ja lubię te nasze stare miejsca. Może nie są najpiękniejsze ale mają duszę.Samochód powoli toczył się przez ulice, a niebieska smuga dymu z rury zostawiała za nimi ślad, niczym niewidzialna nitka łącząca przeszłość z teraźniejszością. Kilku przechodniów pomachało im, ktoś zrobił zdjęcie. Zatrzymał się na niewielkim parkingu nieopodal Alexanderplatz, gdzie między budynkami przetrwał mały, niepozorny bar serwujący currywurst. Drewniana budka z prostym, czerwonym szyldem, pachniała przyprawami, smażoną kiełbasą i lekko przypalonym ketchupem — zapach był intensywny, pobudzający kubki smakowe. Wysiadł pierwszy, po czym otworzył drzwi Paulinie, która nie mogła poradzić sobie z klamką.– No, teraz czas na coś autentycznego – uśmiechnął się, prowadząc ich w stronę baru.Zamówili trzy porcje currywurst i frytki. Zapłacił za wszystko, machając ręką, kiedy próbowała sięgnąć po portfel. Usiadła z nimi przy jednym z kilku plastikowych stolików ustawionych pod parasolami.– No dobra. Opowiadaj. Jak to z tymi studiami? Tata coś wspominał, ale chciałbym usłyszeć od ciebie.Przełknęła pierwszy kęs, po czym otarła usta serwetką.– Dostałam stypendium – powiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała lekka nuta dumy. – Będę studiować psychologię. Trochę się martwiłam, bo mój licencjat był przecież z filologii, ale uczelnia ma specjalny program wyrównawczy, dodatkowe zajęcia na pierwszym roku, żeby nadrobić różnice.Skinął głową, wyraźnie pod wrażeniem.– Bardzo mądrze. Psychologia to świetny wybór. Ludzie zawsze będą potrzebować kogoś, kto ich wysłucha i zrozumie.– A ty, Max? – zapytała po chwili. – Skąd się wziąłeś na drugim końcu Niemiec?Westchnął z lekkim uśmiechem.– Studiowałem architekturę tutaj, w Berlinie. Miałem szczęście, bo moja uczelnia miała renomę nawet po zjednoczeniu. Wiesz, kiedy upadał mur, miałem prawie dwadzieścia lat. Ale mimo wszystko... – zawahał się – mimo że dla mnie NRD to głównie młodość to i tak w pracy w Stuttgarcie długo czułem, że jestem "Ossi".– Naprawdę?Pokiwał głową.– Ludzie niby mówią, że wszystko jedno, że minęło tyle lat, ale różnice w mentalności są. W Zachodnich Niemczech długo jeszcze patrzyli na nas jak na "tych ze Wschodu". Trochę jakbyś zawsze był ciut gorszy, nawet jeśli nie mówili tego wprost.– Musiało być ciężko – powiedziała cicho.Wzruszył ramionami.– Nauczyłem się, że nie warto się przejmować. Robisz swoje. W Stuttgarcie miałem świetną ofertę pracy, poznałem Katherine. Ale zawsze tęskniłem za Berlinem. I staram się tu bywać, czasem z chłopakami potrafimy przyjechać specjalnie na mecz Herthy. A dziś mogę jeść currywurst z tobą i moim pierworodnym – mrugnął w stronę Leona, który właśnie pochłaniał kolejną porcję frytek.Paulina roześmiała się cicho.– No i mamy miasto pełne skomplikowanej historii na wyciągnięcie ręki – dodała.– Dokładnie – przytaknął. – Berlin jest jak żywa książka. Codziennie odkrywasz coś nowego. Zazdroszcze ci, wszystko przed tobą. A na mecz kiedyś musimy cię zabrać. Jeśli choć trochę lubisz piłkę, to pokochasz naszą Starą Damę. Tylko tacie nie mów, dla niego ten klub jest zbyt zachodni.– Nigdy nie interesowałam się, ale trzymam was za słowo i chętnie wybiorę się.Siedzieli jeszcze chwilę, delektując się pysznym jedzeniem i rozmawiając o tym, co Berlin ma do zaoferowania. Czuła, że znalazła swoje miejsce. Nowy rozdział życia właśnie się zaczynał.
--- Berlin, jesień / zima 2009
Początek roku akademickiego był dla Pauliny niczym zanurzenie w innym świecie – intensywnym, wymagającym, ale i ekscytującym. Mimo że miasto tętniło życiem, oferowało nieskończoną paletę bodźców, wydarzeń i możliwości, od początku wiedziała, po co tu przyjechała. Skupiła się na nauce z niemal ascetyczną dyscypliną. Jej dni były wypełnione wykładami, seminariami, godzinami w bibliotece i wieczornym przesiadywaniem nad podręcznikami.Nowe otoczenie – berliński kampus, wykładowcy, nowe koleżanki i koledzy – z jednej strony fascynowało, z drugiej wymagało ogromnego skupienia i szybkiego przystosowania. Program wyrównawczy dla studentów bez wcześniejszego przygotowania psychologicznego był intensywny, a ona – ambitna jak zawsze – chciała nie tylko nadążyć, ale koniecznie być najlepsza. Studiowanie psychologii w języku niemieckim, z całą jej terminologią i subtelnościami pojęciowymi, było wymagające, ale też pasjonujące. Każdy wykład, każdy rozdział z podręcznika otwierał przed nią nowe obszary myśli i wiedzy.Jedynym oderwaniem od tej rutyny były wizyty jej rodziców. Przez pierwsze tygodnie przyjeżdżali regularnie, co dwa tygodnie, przywożąc ze sobą kawałek domu. Mama – z domowym ciastem, zapasami polskich produktów. Tata – z ciepłem, spokojem, czasem z lekką zadumą w oczach, gdy rozglądał się po mieszkaniu, jakby nadal nie mógł uwierzyć, że jego córka już tu mieszka, w tym wielkim mieście, z dala od ich codzienności. Chodzili razem na spacery na Kreuzberg, odwiedzali muzea, raz poszli nawet na targ staroci przy Ostbahnhof, gdzie ojciec długo przeglądał stare winyle, a mama z rozbawieniem przyglądała się jakimś dziwnym bibelotom. Te wizyty były pełne miłości, ale i zrozumienia – pozwalali jej wracać do nauki, nie zabiegając o zbyt wiele uwagi.Zupełnie inaczej wyglądała pierwsza wizyta Andrzeja. Przyjechał pewnego piątkowego popołudnia, jesień w Berlinie była złota i ciepła. Wieczór spędzili przy kolacji. Pili wino, rozmawiali długo siedząc przy stole, patrząc na roświetlającą się panoramę miasta. Słuchał uważnie, jak zawsze, wtrącając krótkie, ale trafne komentarze. Chwalił ją, gratulował wyboru kierunku. Pytał o szczegóły – o to, co najbardziej ją ciekawi, jakich wykładowców polubiła, jakie ma plany.Potem poszli na długi spacer wzdłuż rzeki, w stronę East Side Gallery. Przeszli mostem na Kreuzberg. Mijali leniwe światła kawiarni i restauracji. Berlin nocą był inny niż za dnia – bardziej intymny. Nie trzymali się za ręce, nie przytulali – ich relacja nie potrzebowała tego rodzaju gestów. Ich bliskość była cicha, głęboka, niewerbalna.Kiedy wrócili do mieszkania, byli zmęczeni – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, po całym tygodniu pracy i nauki. Paulina przebrała się w miękki dres, Andrzej wziął prysznic. Powiedziała, że musi chwilę odpocząć. Położyli się obok siebie, w ciszy. On delikatnie pogładził ją po karku, powiedział tylko:– Odpoczywaj, nic nie musimy robić. Uśmiechnęła się i zasnęła niemal natychmiast.Jego kolejne wizyty wyglądały podobnie. Paulina była tak przemęczona, że zasypiała na siedząco. Nie planowali nic. Andrzej cieszył się, że ją widzi, proponował spacer lub zakupy. Paulina przepraszała go, prosiła o zrozumienie, śmiała się, że kiepska z niej sadystka, bo nawet nie ma siły go wychłostać. Przestrzegała, że to nie znaczy, że stała się lagodna. Śmiali się oboje, Andrzej klękał i mówił, że zawsze będzie do dyspozycji.
W ten sposób minęły pierwsze dwa miesiące jej nowego życia. Monotonne dla kogoś z zewnątrz, a dla niej przede wszystkim pełne sensu, choć wyczerpujące. W grudniu postanowiła wynagrodzić mu swoją niewielką aktywność i ciągłe zmęczenie. Postanowili wybrać się do jednego z berlińskich klubów na klimatyczną imprezę. Pomysł wyjścia wyszedł od niego. To on natknął się gdzieś na informację o tej imprezie i zaproponował jej udział. Zgodziła się niemal od razu. Miała poczucie, że taki wieczór dobrze zrobi im obojgu — a jej samej pomoże wyrwać się z rytmu zajęć, dojazdów i zmęczenia, które wciąż odkładało się w ciele. Zaczęła przygotowania już po południu. Wzięła prysznic, wysuszyła włosy i upięła je ciasno, gładko, bez żadnych luźnych pasm. Lubiła ten efekt: odsłoniętą szyję, wyraźną linię karku. Makijaż zrobiła mocniejszy niż zwykle — podkreślone oczy, ciemna kreska, usta w chłodnym, głębokim odcieniu. Założyła starannie dobraną bieliznę: czarną, gładką, bez zbędnych ozdób, oraz cienkie rajstopy. Dopiero potem sięgnęła po czarny, skórzany catsuit. Wsuwając w niego nogi, poczuła znajomy chłód satynowej podszewki, który po chwili ustąpił ciepłu ciała. Zasunęła zamek do końca, sprawdzając w lustrze, czy linie układają się równo, bez najmniejszego przesunięcia. Do tego dobrała długie rękawiczki, które sięgały powyżej łokci. Na koniec kozaki. Wysokie, eleganckie, z miękkiej skóry, perfekcyjnie wyprofilowane — prezent od Andrzeja na jej urodziny w maju. Do tej pory nie miała okazji ich założyć. Teraz pasowały idealnie. Obcas był wysoki, ale stabilny, a cholewka obejmowała nogę dokładnie tak, jak powinna. Wyglądała zjawiskowo i budziła niesamowity respekt. Gdy wyszła z sypialni natychmiast padł przed nią na kolana. Podeszła do niego bez słowa. Uniosła dłoń i lekko, pewnym gestem podniosła jego podbródek, zmuszając, by spojrzał jej w oczy. Przez chwilę trwało między nimi to ciche napięcie, w którym nie było już miejsca na wahanie.– Dziękuję, że jesteś, Fenriss – powiedział cicho.
Odpowiedziała tylko uśmiechem, krótkim, niemal niedostrzegalnym.
– Chodźmy.
Odwróciła się, a on sięgnął po płaszcz. Długi, czarny, z ciężkiej wełny — ten, który kupiła sobie w Zarze z myślą o zimowych chłodach. Pomógł jej wsunąć ramiona w rękawy, poprawił kołnierz.
Wyszli i wsiedli do taksówki. Zerkał na nią ukradkiem: na linię szyi odsłoniętą ciasnym upięciem włosów, na piękny profil, na sposób, w jaki siedziała wyprostowana, niewzruszona. Czuł zapach jej perfum — ciepły, ciężki, niosący się w zamkniętej przestrzeni auta.
Wchodząc do klubu, zgodnie z zasadami miejsca, rozebrał się do naga i założył czarną, welurową maskę na twarz. Uśmiechnęła się i wyjęła z torebki dwie klamry połączone łańcuszkiem. Przypięła mu je do sutków, mówiąc, że to pomoże skupić mu się tylko na tym, kto jest jego panią. Przypięła smycz do jego obroży i szarpnęła. Klub był industrialny, przestronny, oświetlony w przyciemnionych, czerwonych i fioletowych barwach. Z głośników leciała nastrojowa muzyka, a powietrze przesycone było zapachem skóry i dymiących tu i ówdzie kadzidełek. W różnych częściach odbywały się sceny pokazowe – dominujące kobiety tresowały swoich uległych, niektórzy klęczeli, inni wisieli przypięci do skomplikowanych konstrukcji. Wszystko odbywało się z klasą, choć nieco teatralnie. Paulina prowadziła swojego towarzysza przez kolejne pomieszczenia z zaskakującą pewnością siebie. Przyglądała się z ciekawością innym, czasem przystawała, aby popatrzeć na torturowanego właśnie niewolnika. Po jakimś czasie zauważyła, że Andrzej zaczął się trochę wycofywać. Stał pochylony a w jego oczach pojawiło się napięcie. Nie chodziło o to, że ktoś go dotykał – bo nikt tego nie robił – ale o atmosferę, która stawała się dla niego zbyt gęsta. Za dużo bodźców, za dużo intensywności, zbyt wiele ludzi wokół. Spojrzała mu prosto w oczy przez otwory w masce i zapytała cicho:– Co się dzieje? Źle się czujesz?– Czuję się trochę przytłoczony tym wszystkim naraz. Przepraszam. Kazała mu uklęknąć, ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała lekko w czoło.– Jeśli nie czujesz się dobrze, wracajmy do domu. – Jesteś pewna? Może pójdę na chwilę do łazienki, umyję twarz zimną wodą?– Nie, nic na siłę. Ale nie myśl, że ten wieczór szybko się skończy.Skinął głową, czując ulgę i wdzięczność. Bez pośpiechu wyszli z klubu. Powietrze grudniowego Berlina było chłodne i orzeźwiające. Wezwali taksówkę.
Kiedy tylko drzwi mieszkania zamknęły się za nimi, zdjęła płaszcz i bez słowa odwróciła się do uległego. Wciąż miała na sobie czarny, błyszczący catsuit, który idealnie opinał jej ciało. W świetle lamp jej sylwetka wyglądała jeszcze bardziej zjawiskowo – jednocześnie elegancka, surowa i niepokojąco piękna.– Rozbieraj się – powiedziała spokojnie, ale ton jej głosu nie pozostawiał miejsca na nawet najmniejsze wątpliwości. Znał go aż za dobrze. Posłusznie wykonał polecenie, powoli i starannie zdejmując ubrania, jakby każdy ruch miał znaczenie. Podeszła do komody, wyjęła jeden z ulubionych pejczy – cienki, pleciony, starannie wykonany. Wskazała mu miejsce koło ściany. Uklęknął.Zapanowała cisza, którą przerywał jedynie świst skóry przecinającej powietrze i cichy, powtarzalny dźwięk uderzeń. Paulina biła go powoli, równym rytmem ale niemal od początku bardzo mocno. Nie odzywała się, nie komentowała. Wiedziała, że on oddaje się jej w pełni – że to dla niego coś więcej niż ból. To było oczyszczenie. Potwierdzenie jego oddania. Czasem jęknął, czasem zacisnął dłonie w pięści, czasem zadrżał. Nie prosił o przerwę. Chciał to wytrzymać. Dla niej. Nie liczyła ile razy go uderzyła, była jednak pewna, że przekroczył sto. Kiedy odkładała pejcz leżał na podłodze drżąc i wijąc się z bólu. Wskazała palcem buty.– ZdejmijChwycił ostrożnie za nogę i delikatnie, z ogromnym szacunkiem, zaczął rozpinać zamek. Zdjął jeden but, potem drugi, po czym wziął jej stopy w dłonie i bez słowa zaczął masaż. Stopy były ciepłe, drobne, idealnie zadbane. Każdy dotyk był dla niego formą nagrody. Zamknęła oczy i odchyliła głowę, opierając ją o tył fotela. Jej oddech uspokajał się, a mięśnie rozluźniały. W ciszy słychać było tylko ciche westchnienia, przeciągłe ruchy dłoni na jej skórze i oddech Andrzeja – spokojny, rytmiczny.Po kilkunastu minutach masażu otworzyła oczy i spojrzała na niego z góry.– Wystarczy – szepnęła.Usiadł przy nogach, opierając głowę o jej kolana. Pogładziła go po włosach. Przez dłuższą chwilę siedzieli tak w ciszy, jak dwoje ludzi, których łączy coś więcej niż słowa. Jej palce bawiły się jego kosmykami, a spojrzenie błądziło gdzieś poza ściany mieszkania.– Dobrze spisałeś się, wiesz jak mnie uszczęśliwić – powiedziała w końcu.Nie odpowiedział. Zamknął oczy. Wiedział, że w tym jednym zdaniu zawarte było wszystko.
---
Ostatniego wieczoru rozpalili ognisko. Siedzieli w kręgu, blisko siebie, z kubkami i butelkami ustawionymi na ziemi, twarze rozświetlał ogień, a za plecami mieli ciemną taflę jeziora. Jedna z par przywiozła gitary i szybko okazało się, że repertuar krąży w dobrze znanych rejonach — jak to Paulina skomentowała półgłosem, „oazowo-bluesowych”: od piosenek podszytych religijnym uniesieniem po nieco chwiejne próby odtworzenia Dżemu. Było w tym coś rozczulającego i trochę męczącego zarazem.
W pewnym momencie, gdy zrobili przerwę sięgnęła po gitarę. Przesunęła instrument na kolana, ułożyła palce na gryfie i zaczęła grać. Pierwsze takty się rozsypały — pomyliła się, zawahała, przerwała. Uśmiechnęła się krótko do siebie, zaklęła, pochyliła głowę i zaczęła coś stroić, skupiona, jakby ognisko i rozmowy przestały istnieć.
Spróbowała jeszcze raz. Tym razem melodia popłynęła równo. Prosta, oszczędna, ale niosąca w sobie coś, co od razu przyciągało uwagę. Rozmowy ucichły. Ktoś odłożył kubek, ktoś inny przestał grzebać kijem w żarze.
– Co to za melodia? – zapytał jeden z kolegów z drugiego końca kręgu.
Uniosła wzrok.
– Napisałam ją kiedyś – powiedziała spokojnie. – Jeszcze wtedy, gdy grałam w Wolfensteinie.
Ktoś skinął głową, jakby sobie przypomniał. Ktoś inny półgłosem tłumaczył, że kiedyś opowiadała, że grała w jakimś zespole. Padło pytanie, czy to ma słowa.
– Ma – odpowiedziała po krótkiej chwili.
Na moment zamknęła oczy, po czym znów poruszyła palcami po strunach. Melodia nie zmieniła się, ale stała się pewniejsza, jakby teraz już wiedziała, dokąd prowadzi. Jej głos był niski i zaskakujaco zmysłowy, niósł się nad ogniskiem i wodą.
W mojej wieży smutku z kości słoniowej,
uczę się oddychać bez ciebie,
każdy krok brzmi tu jak zdrada,
każde jutro jest zbyt ciche.
Nie wszystkie drogi prowadzą do domu,
nie każda miłość zna słowo „zostań”.
Przez chwilę tylko grała, pozwalając, by dźwięk wybrzmiał. Potem przyszły słowa po angielsku, niemal bez przejścia, jakby ta historia potrzebowała obu języków.
In my ivory tower of sorrows I stand,
with broken maps clutched tight in my hands,
some loves are written to end halfway,
not every fire is meant to stay.
We burn, we learn, we let it go,
happy endings don’t always know our names.
Kiedy skończyła, nie opuściła od razu instrumentu. Ostatni akord wybrzmiał długo, aż zniknął w trzasku ognia.
Ktoś po chwili powiedział cicho, że to piękne ale smutne. Ktoś inny — że prawdziwe. Paulina tylko wzruszyła ramionami i oddała gitarę. Chwilę później ciszę przerwały pierwsze akordy "Whisky moja żono..."
Ognisko paliło się dalej, ale rozmowy już nie wróciły do wcześniejszej lekkości. Jakby wszyscy na moment zrozumieli, że są historie, które nie mają happy endu — i że to wcale nie czyni ich mniej ważnymi.
– Dziękuję, że jesteś, Fenriss – powiedział cicho.
Odpowiedziała tylko uśmiechem, krótkim, niemal niedostrzegalnym.
– Chodźmy.
Odwróciła się, a on sięgnął po płaszcz. Długi, czarny, z ciężkiej wełny — ten, który kupiła sobie w Zarze z myślą o zimowych chłodach. Pomógł jej wsunąć ramiona w rękawy, poprawił kołnierz.
Wyszli i wsiedli do taksówki. Zerkał na nią ukradkiem: na linię szyi odsłoniętą ciasnym upięciem włosów, na piękny profil, na sposób, w jaki siedziała wyprostowana, niewzruszona. Czuł zapach jej perfum — ciepły, ciężki, niosący się w zamkniętej przestrzeni auta.

Komentarze
Prześlij komentarz