Wilczyca 21-30


  

----- WILCZYCA -----


Część 3 (rozdziały XXI–XXX)

Rozdział XXI - W blasku Księżyca


Prom Stena Line, Sylwester 2023/2024

Michał siedział na brzegu łóżka  i przez chwilę wpatrywał się w rozświetlony ekran telefonu. Litery rozjeżdżały się, linijki traciły sens. Whisky, którą wypił wcześniej, zaczęła działać z opóźnieniem, ale zdecydowanie — ciężko, bezlitośnie. W głowie pojawił się nieprzyjemny ucisk, jakby ktoś powoli dokręcał śrubę. Pokój zaczął się poruszać, najpierw ledwie zauważalnie, potem coraz wyraźniej. Żołądek ścisnął się gwałtownie.
Wstał z trudem, chwytając się krawędzi stołu, i przeszedł kilka chwiejnych kroków do łazienki. Ledwo zdążył uklęknąć przy toalecie. Skurcze były gwałtowne, oddech rwał się, a świat zwęził do białej porcelany i szumu w uszach. Trwało to krótką chwilę, ale wystarczająco długo, by poczuł wstyd, słabość i to nieprzyjemne poczucie utraty kontroli. Gdy w końcu było po wszystkim, oparł się plecami o ścianę. Drżały mu ręce. Odkręcił wodę, nachylił się nad umywalką i obficie obmył twarz. Zimna woda była jak uderzenie — przywracała ostrość, ale nie siły. Wypłukał usta, sięgnął po szczoteczkę, mył zęby z przesadną dokładnością, jakby chciał zetrzeć posmak wymiocin. W lustrze zobaczył bladą jak ściana twarz. Oparł dłonie o brzeg umywalki i przez chwilę patrzył na swoje odbicie, oddychając głęboko, nierówno.
– Lady Fenriss… – powtórzył cicho, niemal bezgłośnie, jak zaklęcie, które miało go utrzymać w pionie.
Usłyszał ruch za plecami. Drzwi do kajuty otworzyły się gwałtownie. W progu pojawiła się Anka, a zaraz za nią stanęła Paulina. Poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu wzdłuż kręgosłupa na jej widok. Coś w jej obecności zawsze wyostrzało mu zmysły — nawet teraz, gdy ledwo trzymał się na nogach. Zmusił się, by wyprostować plecy i odwrócić się do nich spokojnie.
– Michał, co się stało? Jesteś strasznie blady – powiedziała żona, podchodząc bliżej, z autentyczną troską w głosie.
Paulina przyjrzała mu się uważnie.
– Choroba morska? – zapytała w końcu spokojnie.
Zebrał się w sobie. Przełknął ślinę, poprawił koszulę, jakby to mogło przywrócić mu resztki kontroli.
– Nie – odpowiedział szybko. – Wszystko w porządku. Chyba po prostu… za dużo emocji jak na jeden wieczór.
Spróbował się uśmiechnąć. Wyszedł z tego grymas, ale wystarczyło. 
– No to chodźmy z powrotem na salę, impreza trwa w najlepsze! – Anka uśmiechnęła się zachęcająco, nie zauważając napięcia, które jej mąż starał się ukryć.
Paulina rzuciła mu jeszcze jedno, krótkie, ale przenikliwe spojrzenie, jakby próbowała wyczytać coś więcej z jego twarzy. Nie skomentowała jednak niczego, tylko delikatnie pokiwała głową.
Gdy wyszli z kajuty na wąski, kołyszący się korytarz, kobiety niemal jednocześnie chwyciły go za dłonie. Stało się to naturalnie, bez słów, jakby było oczywiste, że teraz nie powinien iść sam. Anka po jednej stronie, Paulina po drugiej — i już był pomiędzy nimi, prowadzony naprzód.
Wciąż był niespokojny po tym, co przed chwilą odkrył. Żołądek miał ściśnięty, myśli biegły zbyt szybko. Czuł w dłoni ciepło żony — jej ręka była lekko wilgotna, spocona od tańca i emocji, znajoma do bólu. Druga dłoń była zupełnie inna: chłodniejsza, delikatniejsza, a jednocześnie zaskakująco mocna. Palce Pauliny zaciskały się pewnie, jakby dokładnie wiedziała, dokąd idą i po co.
Zerknął na nią ukradkiem. Blond włosy opadały jej na ramiona, odsłaniając plecy — nagie, gładkie, niemal nienaturalnie jasne w sztucznym świetle. Skóra miała porcelanowy odcień, kontrastujący z ciemnością sali. Jej twarz była spokojna, skupiona, jakby wszystko wokół było pod kontrolą.
Lady Fenriss — pomyślał, czując, jak to jedno imię wystarcza, by znów poczuć dreszcz. Idzie obok. Trzyma mnie za rękę.
Sala balowa przyjęła ich hałasem i światłem. Muzyka uderzała nisko, podłoga drżała pod stopami tańczących. Michał próbował się w to wtopić — uśmiechnąć się, odpowiedzieć na czyjeś pytanie, kiwnąć głową w rytm. Wiedział jednak, że jest tylko pozornie obecny. Myślami wciąż wracał do tego, co przed chwilą odkrył, do konsekwencji, których jeszcze nie potrafił nazwać.
Anka ścisnęła jego dłoń mocniej, jakby chciała przywołać go do porządku. Paulina zrobiła to samo — bez spojrzenia, bez gestu, samym naciskiem palców. Ich uścisk był pewny, zdecydowany. Prowadziły go dalej, w głąb sali, w sam środek ruchu i dźwięku, jakby chciały wyrwać go z tej chwilowej nieobecności i wciągnąć z powrotem w wir wieczoru.
Dziewczyny, każda na swój sposób, zaczęły go delikatnie wprowadzać w rytm muzyki. Choć wciąż czuł ciężar wcześniejszych emocji, powoli pozwolił się ponieść atmosferze. Z każdą chwilą jego nieobecność zaczęła ustępować miejsca zabawie.
Nagle przez tłum przedarł się Łukasz. Pojawił się obok Pauliny i z czułością pochylił się, składając delikatny pocałunek na jej karku.
– Tu jest moja piękna bogini – próbował przekrzyczeć muzykę, jego głos był cichy, ale pełen uwielbienia.
Paulina uśmiechnęła się lekko, odchylając głowę, by spojrzeć na niego przez ramię. Jej oczy zabłysły w świetle reflektorów, ale reakcja pozostała powściągliwa – jakby wiedziała, że ten rodzaj adoracji jest dla niej czymś naturalnym i oczekiwanym.
Północ zbliżała się nieubłaganie, a atmosfera na sali balowej stawała się coraz intensywniejsza. Podekscytowani goście oczekiwali odliczania, a muzyka nabierała tempa, przygotowując wszystkich na kulminacyjny moment wieczoru.
Łukasz nie odstępował Pauliny na krok. Cały czas trzymał ją przy sobie, jakby bał się, że znowu zniknie, jeśli tylko spuści ją z oczu. Jego spojrzenie było pełne czułości – była dla niego centrum świata, jego gwiazdą przewodnią.
W pewnym momencie światła rozbłysły mocniej, a muzyka nagle przycichła. Zapanowała chwila ciszy. Na podwyższeniu pojawił się kapitan promu. Z mikrofonem w dłoni, przemówił do zgromadzonych.
– Szanowni Państwo, dziękuję, że spędzacie z nami ten wyjątkowy wieczór. Niech Nowy Rok przyniesie wam szczęście, zdrowie i spełnienie wszystkich marzeń!
Salę wypełniły brawa i radosne okrzyki. DJ przejął mikrofon i rozpoczął odliczanie.
– Dziesięć… dziewięć… osiem…
Tłum dołączył, krzycząc z ekscytacją.
– Siedem… sześć… pięć…
– Cztery… trzy… dwa… jeden!
Rozległ się huk — korki od szampanów wystrzeliły, a sala na moment wypełniła się suchym trzaskiem i głośnymi okrzykami. Ktoś się roześmiał, ktoś inny uniósł kieliszek, muzyka na chwilę zeszła na drugi plan.
Paulina odwróciła się w stronę Łukasza. Spojrzała na niego, jakby sprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu. Nie szukała bliskości — raczej potwierdzenia obecności. Jej dłoń na moment dotknęła jego ręki, lekko, niemal mimochodem. 

Przysunął się, objął ramionami i przyciągnął ją do siebie. Czuł zapach jej perfum, ciepło ciała pod cienką warstwą materiału, miękkość włosów przy policzku. Serce przyspieszyło mu. Pozwoliła na ten uścisk, ale nie odwzajemniała go w pełni. Stała spokojnie, opierając się o niego tylko na tyle, na ile było to konieczne. Jej ręce pozostały nisko, przy ciele. Była obecna, lecz zdystansowana — jakby zostawiała między nimi niewidzialną przestrzeń, której nie zamierzała przekraczać.

Wokół wszyscy świętowali. Śmiech, życzenia składane na szybko, pocałunki. Na tym tle ich dwoje wyglądało inaczej: on trzymający ją nieco zbyt mocno, ona przyjmująca to z opanowaniem, bez oporu, ale też bez oddania się tej chwili.
Po chwili podeszli Ania i Michał.
– Wszystkiego najlepszego – powiedziała kobieta, obejmując serdecznie Paulinę, a potem Łukasza. – Niech ten rok będzie dla was dobry.
Michał uśmiechnął się i dołączył krótkie życzenia. Jego głos był poprawny, uprzejmy, lecz pozbawiony naturalności. W jego spojrzeniu czaiło się coś niespokojnego, jakby myślami wciąż był gdzie indziej. Paulina to zauważyła. Zawsze zauważała takie rzeczy.
Pojawiały się kolejne pary, kolejne uściski, kolejne kieliszki szampana. Wszyscy świętowali, chcąc by ten moment trwał możliwie jak najdłużej.
DJ zwiększył głośność muzyki, parkiet znów się zapełnił, światła zatańczyły nad głowami gości.


---

Około godziny trzeciej nad ranem sala zaczęła powoli pustoszeć. Zmęczenie dawało się we znaki wszystkim obecnym. Goście zaczynali się rozchodzić – jedni kierowali się jeszcze do stolików, inni w stronę swoich kabin, szepcząc do siebie, ziewając, tuląc się w objęciach lub zataczając.

Michał, mimo że wypił zdecydowanie za dużo, wciąż próbował trzymać fason. Teraz jednak wyraźnie tracił siły. Twarz miał bladą, spojrzenie przygaszone, a ruchy coraz wolniejsze, jakby ciało przestawało nadążać za myślami. Nie potrafił już ukryć wewnętrznego rozedrgania — napięcia, które narastało w nim od chwili, gdy wszystkie elementy zaczęły układać się w jedną, niepokojącą całość. Gasł coraz bardziej.

Anki nie było od kilkunastu minut. Paulina spojrzała na Łukasza.

– Znajdź proszę Anię. Ja zajmę się Michałem.

Skinął głową i odszedł w stronę stolików.

Kiedy zostali sami, Michał podniósł wzrok. W jego oczach było coś nerwowego, niemal rozpaczliwego — potrzeba ucieczki, choćby na kilka minut. Odezwał się półgłosem, z wyraźnym drżeniem:

– Paulina… potrzebuję powietrza. Może wyjdziemy gdzieś na pokład?

– Dobrze – odpowiedziała spokojnie. – Ale jest strasznie zimno, nie bądźmy tam długo.

Poszli w stronę schodów. Korytarze były już prawie puste, oświetlone tylko nielicznymi lampami. Ich kroki odbijały się echem, tworząc delikatny rytm nocy. Na górze otworzył drzwi prowadzące na pokład. Zimne, mroźne powietrze natychmiast uderzyło w ich twarze. Chciał zrobić kilka kroków naprzód, ale złapała go za ramię.

– Zostaw drzwi tylko lekko uchylone – powiedziała stanowczo. – Nie wychodź bo przeziębisz się. Tyle ci wystarczy.

Przez uchylone drzwi widać było księżyc zawieszony wysoko nad czarną taflą zimowego nieba. Nie był już pełny — z jednej strony jakby lekko nadkruszony — ale wciąż jasny, dominujący. Jego światło kładło się na wodzie szeroką smugą, srebrzystą i niespokojną, rozbitą przez wzburzone morze. 

Michał patrzył na ten widok dłuższą chwilę, w milczeniu, jakby próbował w nim coś doczytać. W końcu odezwał się, z nienaturalną powagą:

– To już mamy po pełni… a jednak wciąż tak jasno.

Zawahał się na moment, po czym dodał ciszej:

– Do takiego księżyca też wyją wilki. Może nawet częściej. Kiedy światło zaczyna słabnąć… Myślisz, że Fenrir też wył?

Jego spojrzenie nie odrywało się od wody, jakby odpowiedź mogła pojawić się właśnie tam, w tej nierównej, srebrnej poświacie.

Zawahał się na moment, a potem dodał z lekkim uśmiechem: – A Ty, Paulino… a może Fenriss? Czy siostra Fenrira też wyłaby z nim do Księżyca?

Nie odpowiedziała od razu. Milczała, patrząc w bezkres nocy. W końcu odezwała się cicho, z napięciem:

– Więc wiesz? Skąd.

– Tak, Lady Fenriss – odpowiedział bez zawahania. – Już wiem.

Nie odwrócił wzroku gdy ich spojrzenia się spotkały. Nagle zza zakrętu korytarza dobiegł dźwięk kroków. W drzwiach stanął Krzysiek, lekko zdyszany.

– Anka nie może przyjść – powiedział. – Zajmuje się teraz Agą. Za dużo wypiła i potrzebuje wsparcia, wyrzuciły mnie z kajuty.

– Dziękuję – odezwała się spokojnie. – Znajdź proszę Łukasza i przekaż mu, że ma natychmiast przynieść mój płaszcz. I coś ciepłego dla Michała.

Krzysiek kiwnął głową. – Jasne, już idę.

Po kilku minutach Łukasz przybiegł z płaszczem, czapką i szalem. .

– Dziękuję – powiedziała cicho.

Następnie podszedł do Michała i okrył go kocem. Poczuł przyjemne ciepło, które powoli rozpraszało chłód. Na twarzy zagościł cień ulgi.

– Zostanę tutaj z Michałem – powiedziała Paulina, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Dobrze mu zrobi świeże powietrze. Ty sprawdź, co z Agą, i powiedz Ani, że wszystko w porządku.

Łukasz przytaknął i bez słowa zniknął w korytarzu.

– Otwórz drzwi szerzej – powiedziała Paulina, kiedy zostali znów sami.

Spełnił jej prośbę. Przeszywający chłód wdarł się do środka. 

Przez dłuższą chwilę patrzyli w milczeniu na srebrne fale. Michał wziął głęboki oddech.

– Jak mnie tam znalazłeś? – zapytała nagle. 

– Od dawna odwiedzam różne strony femdom – odparł. – Fascynuje mnie to od lat. Rozmawialiśmy o tym, przecież.

 Nie odpowiedziała, czekała.

– Kiedy Anka wspomniała o twoim doktoracie z psychologii, coś kliknęło mi w głowie. Wszystko zaczęło się układać. Twoja kontrola, spojrzenia, sposób, w jaki stoisz, w jaki milczysz… To wszystko wskazywało na to, kim jesteś. Połączyłem fakty. Wiele razy odwiedzałem stronę Domini. Paulina, ty naprawdę... naprawdę jesteś właścicielką tego miejsca?

 Spojrzała na niego, zmrużyła lekko oczy.

– Tak, w osiemdziesięciu procentach. Jestem mimo wszystko pod wrażeniem twojej dedukcji. Mocno dbałam o to aby ukryć swoją tożsamość. Gratuluję. Nie powinnam była się chwalić tym wykształceniem, ale to już w sumie nie ma to teraz większego znaczenia.

Po chwili dodała:

– I co zrobisz z tą wiedzą?

– Nie powiem nikomu – odpowiedział Michał. – To zostanie między nami. Obiecuję. Słowo harcerza. Ale… chciałbym… chciałbym spotkać się z tobą jako Lady Fenriss.

– Jeśli dobrze znasz stronę, to wiesz, że już nie przyjmuję nowych uległych. 

– Tylko tobie chcę służyć. Nikomu innemu. Proszę. Będę posłuszny. Strasznie mi zależy. – szepnął Michał.

– A masz w ogóle jakieś doświadczenie?

– Nie. Tylko teoretyczne. Jedna nieudana sesja z jakąś gówniarą. Jestem pustą kartą. Możesz ją zapisać swoim charakterem pisma. 

Spojrzała w dal, zamyśliła się.

– Zastanowię się. Ale niczego nie obiecuję, dobrze? Nie jestem kimś odpowiednim dla osoby bez doświadczenia.

– Dziękuję.

– Jeszcze nie powiedziałam „tak” – przypomniała.

– Wiem, ale jestem wdzięczny, że w ogóle rozważasz to. 

– A Łukasz… on wie?

– Nie. I nie może dowiedzieć się. To inny świat. Proszę cię o dyskrecję.

– Możesz na mnie liczyć, Paulino… Lady Fenriss – powiedział z szacunkiem. – Obiecuję. A jak mam się do Ciebie w ogóle zwracać? Czuję się całkowicie onieśmielony teraz. 

– Normalnie, nie wymyślaj nic. Jestem po prostu Pauliną dla ciebie. Przynajmniej na razie. A teraz wracajmy już.

Na końcu korytarza pojawiła się Anka.

– Kryzys zażegnany, Aga doszła do siebie – powiedziała z ulgą.

– Cieszę się – odparła Paulina. – Michałowi też znacznie lepiej. Morska bryza czyni jednak cuda.

– To dobrze. Dziekuję, że zajęłaś się nim. Dobranoc! A ty marsz spać – powiedziała i objęła męża, prowadząc go do kabiny.

Paulina patrzyła za nimi przez moment. W jej oczach wciąż lśniło światło księżyca.

---

Wróciła do kabiny. Gdy tylko weszła, Łukasz uniósł wzrok i spojrzał na nią z ciepłem i oddaniem.

– Masaż stóp, kochanie? – zapytał z łagodnym uśmiechem, gotów spełnić każde jej życzenie, zanim jeszcze je wypowie.

Westchnęła lekko, z ulgą po długim, intensywnym wieczorze, i odpowiedziała z cieniem zmęczenia w głosie:

– Aaaa, w sumie chętnie. Tylko się wykąpię.

Zsunęła z ramion płaszcz i odwiesiła go starannie na wieszak, jak zawsze dbając o porządek. Następnie skierowała się w stronę łazienki. Patrzył za nią z czułością, nie mogąc oderwać wzroku od jej sylwetki. Wiedział, że bez względu na to, jak potoczy się reszta nocy, jego zadaniem – i przywilejem – będzie sprawić, by czuła się komfortowo, bezpiecznie i wyjątkowo.

Po chwili wyszła z łazienki, otulona jedną ze swoich ulubionych, zmysłowych koszulek nocnych. Cienka tkanina miękko opadała na jej ciało, subtelnie podkreślając delikatne linie figury. Jej skóra lśniła świeżością, pachniała ciepłem kąpieli i drogimi olejkami. W spojrzeniu miała spokój, a w każdym ruchu – klasę i pewność siebie, która działała na Łukasza niemal hipnotyzująco. Bez słowa podeszła do łóżka i położyła się na miękkiej pościeli, przeciągając lekko jak kotka, która właśnie znalazła idealne miejsce do odpoczynku. Łukasz od razu usiadł przy jej stopach. Ujął jedną z nich w dłonie i rozpoczął masaż. Jego ruchy były powolne, pełne skupienia i troski, jakby każde dotknięcie było rytuałem, hołdem składanym jej kobiecości. Zamknęła oczy, rozluźniając się z każdą chwilą. Jej ciało zaczęło poddawać się kojącej sile jego dotyku, a oddech stawał się coraz głębszy i spokojniejszy. Po kilku minutach zmęczenie wzięło górę – zapadła w sen, głęboki i łagodny, otulona ciepłem, spokojem i jego obecnością. Widząc, że zasnęła, okrył ją kołdrą. Przez chwilę jeszcze siedział obok, wpatrując się w jej twarz, potem sam położył się obok i w końcu również zasnął.


---

Michał leżał obok Anki, próbując zmusić się do snu. Choć jej bliskość zwykle działała na niego kojąco, tej nocy było inaczej. Jego myśli wędrowały gdzieś daleko, z dala od łóżka w którym leżał i ciepła znajomego ciała. Jedno imię nieustannie powracało w jego głowie, niczym natrętna melodia.

„Lady Fenriss…”

Szeptał je bezgłośnie, raz po raz, jakby próbował zakląć rzeczywistość, w której istniała. Obraz Pauliny – tej enigmatycznej, chłodnej kobiety o przenikliwym spojrzeniu i nieskrywanej sile – był teraz żywy jak nigdy dotąd. Czuł, jak coś w nim narasta – pragnienie nieznane wcześniej, ale całkowicie absorbujące. Chciałby należeć do niej. Podporządkować się. Oddać w całości i pozwolić, by to ona decydowała o wszystkim. Jakby tylko w jej obecności mógł być naprawdę sobą – nagi nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Poczuł ukłucie wstydu, przypominając sobie, że okłamał ją. Powiedział, że miał tylko jedną nieudaną sesję – to była tylko część prawdy. W rzeczywistości było to pasmo rozczarowań, o których wolałby zapomnieć.

Pamiętał, jak z nadzieją przeglądał profile na jednym z polskich portali BDSM, szukając kogoś, kto obudzi w nim to, czego od dawna pragnął. Wszystko jednak skończyło się groteskowo – szybki przelew blikiem do nieznanej osoby i żadnego spotkania. Jedynie rozgoryczenie i stracone pieniądze.

Później było jeszcze gorzej. Spotkanie z osobą tytułującą się dominą, która na zdjęciach wyglądała całkiem intrygująco, w rzeczywistości okazało się farsą. Zaniedbana kobieta o nieświeżym oddechu, mieszkanie z brudnym dywanem i zapuszczoną łazienką, plastikowe gadżety kupione na Allegro. Nie było w tym ani elegancji, ani grozy – tylko zażenowanie i chęć natychmiastowej ucieczki. Potem jeszcze ta gówniara, żująca wciąż gumę, w brudnej kawalerce na Fordonie, mówiąca o sobie w trzeciej osobie. 

Zdesperowany, zaczął przeglądać strony berlińskich klubów – miejsca, gdzie dominacja miała mieć klasę, styl, rytuał. Za każdym jednak razem, gdy dzielił go zaledwie krok od decyzji, coś go powstrzymywało. Może lęk. Może wstyd. A może… może bał się wyjść na przeciw marzeniom ? Szukał wymówek. Jedna była za wysoka, inna za gruba, jeszcze inna miała głos, który go odpychał. Z żadną nie czuł tego magnetyzmu, tej wewnętrznej gotowości, by uklęknąć. 

W ciszy kabiny czuł, jak ciężar tych wspomnień osiada na nim niczym gruby koc. Czuł się nagi, nie z powodu braku ubrań, ale przez własne myśli, nieudolne próby, zawiedzione oczekiwania. A teraz, nagle, pojawiła się ona – Paulina – jakby los wreszcie podał mu pomocną dłoń, ale postawił warunek: musisz być gotów na wszystko. 

Czy był?

Zamknął oczy, próbując stłumić te myśli, ale pragnienie pulsowało w nim jak obietnica. Wiedział, że jest już za późno, by udawać. Był zbyt blisko czegoś, czego szukał całe życie. Nawet jeśli ona nie wiedziała jeszcze, czy chce go do siebie dopuścić, czuł, że zrobi wszystko, by kiedyś móc uklęknąć przed nią. Gotowy. Posłuszny. Prawdziwy.

Zasypiał niespokojnie, pogrążony w marzeniach o świecie, który dopiero zaczynał się przed nim otwierać.


---

Łukasza obudził delikatny dotyk. Przez chwilę nie potrafił określić, skąd się bierze. Dopiero po chwili poczuł dłonie Pauliny, przesuwające się powoli po jego ramionach i karku, jakby nie chciały go wytrącić ze snu, lecz łagodnie z niego wyprowadzić.
Uśmiechnął się jeszcze zanim otworzył oczy. Gdy uchylił powieki, zobaczył jej twarz pochyloną nad nim — spokojną, rozświetloną miękkim uśmiechem. Wyglądała, jakby ten poranek należał tylko do nich.
– Dzień dobry w nowym roku – wyszeptała.
Jej włosy opadły mu na policzek, muskając skórę lekkim ruchem. Przymknął oczy na moment, jakby chciał zatrzymać to wrażenie.
– Dzień dobry, Paulinko – odpowiedział cicho, jeszcze zaspany, ale już obecny, z tym szczególnym poczuciem szczęścia, które pojawia się wtedy, gdy dzień zaczyna się dokładnie tak, jak powinien.
Nie cofnęła dłoni. Usiadła na nim, a jej palce zaczęły wędrować po jego torsie. Oddychał głębiej, pozwalając, by resztki snu ustąpiły miejsca temu prostemu, intymnemu momentowi. Był jeszcze na granicy jawy, ale czuł już wszystko: jej bliskość, spokój, to ciche przejęcie przestrzeni.
Leżał nieruchomo, pozwalając jej prowadzić. W tej chwili nie potrzebował słów ani ruchu — wystarczała obecność, miękka i pewna zarazem, jak obietnica, że poranek może trwać dłużej, jeśli tylko nikt go nie przerwie.
Siedziała na nim stabilnie, ciężarem ciała dając mu jasno do zrozumienia, że nigdzie się nie ruszy. Jej paznokcie znów dotknęły skóry. Najpierw przesuwała je wolno, z wyczuwalnym naciskiem, rysując po ramionach i klatce piersiowej krótkie bolesne linie. To już zdecydowanie nie była pieszczota. Po chwili nacisk jeszcze się zwiększył. Paznokcie wchodziły głębiej, zostawiając po sobie wyraźne ślady, piekące i gorące. Napiął się odruchowo, szczęka zacisnęła mu się tak mocno, że aż zabolały mięśnie. Wciągnął powietrze przez zęby. 
– Aaa… – wyrwało mu się półgłosem, bardziej jak oddech niż słowo. Chciał jeszcze coś powiedzieć, rzucić jakiś komentarz o jej pazurach, rozładować napięcie. Nie pozwoliła. Pochyliła się i położyła mu dłoń na ustach. Mocno. Bez czułości. Spojrzała na niego chłodno i pokręciła głową.
– Cichutko, nie chcę nic teraz słyszeć.
Drapała go coraz mocniej, jakby sprawdzała, ile jest w stanie wytrzymać. Po chwili dodała szczypanie sutków. Chwytała je końcówkami paznokci i zaciskała. Oddychał ciężko, gardło miał ściśnięte, ciało napięte do granic, ale milczał. Dokładnie tak, jak kazała. Metaliczny chłód klatki chastity przypominał mu o jego miejscu w tej relacji, lecz w tej chwili był tylko tłem. Liczyła się ona – jej ciało, jej zapach, jej dłonie i ból, który stawał się coraz bardziej nieprzyjemny. Pochyliła się niżej. Jej włosy opadły na jego klatkę a usta dotknęły sutka. Przez chwilę drażniła go wargami aż nagle przygryzła. Patrzyła mu prosto w oczy zmysłowym wzrokiem. Jej ciało przesunęło się po nim. Zaczęła ocierać się o niego.
– Czujesz jaka jestem rozgrzana i wilgotna? – zapytała cicho, z ledwie uchwytnym uśmiechem. – Jak bardzo… — Nie dokończyła. Paznokcie znów dały o sobie znać, tym razem ostrzej, jakby sprawdzała, ile jeszcze wytrzyma. Nagle zrobiła nieco przesadnie smutną minę, jakby przypomniała sobie coś istotnego, coś, co mogło zasmucić. Jej udawane zmartwienie było na tyle przekonujące, że Łukasz poczuł niepokój, jakby naprawdę coś się stało.
– Mój drogi... – zaczęła przeciągle, z teatralną nutą dramatyzmu – zapomniałam... Obiecałam ci coś, prawda? Chyba najwyższa pora dotrzymać obietnicy. – Powiedziała zmysłowo, w jej głosie pobrzmiewała nutka wyzwania. Zatrzymała się na moment, pozwalając napięciu narosnąć, a potem znów się poruszyła, jeszcze mocniej, przyciskając do niego. 
Otworzyła zamek. Telefon zawibrował. Łukasz obserwował ją z mieszaniną ulgi i podniecenia. Jego ciało napięło się jeszcze bardziej, gdy poczuł, że mechanizm ustępuje. Paulina, z precyzją, zaczęła zsuwać klatkę. Jej palce, chłodne i zmysłowe, przesuwały się po jego skórze, jakby odczytywały każdy mikrosygnał jego ciała. Gdy członek w końcu odzyskał swobodę, wyprężył się niemal natychmiast. Patrzyła na niego z zainteresowaniem, jakby badała każdy szczegół – jak rośnie, jak pulsuje, jak jego ciało odpowiada na wolność.
– Biedny... zła pani każe go zamykać – powiedziała z udawaną troską, a usta ułożyły się w kpiący, pełen ironii uśmiech. Delikatnie przesunęła palcami po jego udzie, potem trochę wyżej. Każdy dotyk wywoływał w nim dreszcz.
Pochyliła się jeszcze bardziej. Jej piersi, otulone koszulką nocną, dotknęły jego klatki piersiowej. Jedwab ślizgał mu się zmysłowo po skórze, wywołując uczucie przyjemnego chłodu i elektryzującej bliskości. Jego ciało zareagowało natychmiast – napiął się, penis pulsował w rytmie oddechu.
Przybliżyła mu usta do ucha i wyszeptała:
– Masz dwie minuty. Idź do łazienki i zabaw się.
Wstała z niego, pozostawiając po sobie ciepło i pustkę. Spojrzała przez ramię z błyskiem w oku.
– Czas leci, skarbie – dodała z figlarnym uśmiechem.
Poderwał się z łóżka, jakby każde słowo było rozkazem wypowiedzianym wprost do jego nerwów. Wbiegł do łazienki.
Gdy wrócił, oddech miał przyspieszony, ciało napięte, jego członek wciąż był twardy. Na twarzy malował się wstyd, a w oczach – niepewność.
Oparta wygodnie na poduszkach, patrzyła na niego z wyraźnym zadowoleniem.
– Jak było ? – zapytała z udawaną ciekawością, choć jej głos ociekał ironią.
Spuścił wzrok, nie potrafił znieść jej spojrzenia.
– Szybko i byle jak – odpowiedział, niemal szeptem.
Uśmiech Pauliny zniknął natychmiast. Jej twarz stężała, spojrzenie stało się lodowate.
– Czyli nie podobało ci się? Myślałam, ze faceci uwielbiają zabawiać się przy pomocy swojej ręki. Cóż, następnym razem nie pozwolę ci zdjąć klatki, skoro nie potrafisz docenić tego, co dostałeś – powiedziała surowym głosem, z idealnie wyważonym tonem chłodnego rozczarowania.
– Nie, Paulinko, nie to miałem na myśli. Przepraszam cię. Dziękuję... naprawdę. To było... wyjątkowe – powiedział pospiesznie, z desperacją w głosie.
– Kładź się – powiedziała krótko.
Natychmiast ułożył się na plecach, nie próbując się sprzeciwić. Usiadła na jego klatce piersiowej, tym razem tyłem. Czuł ciepło jej ciała, przez jedwabistą koszulkę, która oplatała ją jak druga skóra.
Przed oczami miał plecy – gładkie, zmysłowe, lekko rozświetlone porannym światłem. Koszulka była niemal przezroczysta, kończyła się teraz tuż nad pośladkami, które napięły się przy każdym jej ruchu. Jej stopy delikatnie oparły się o jego żebra.
Pochyliła się, sięgając po klatkę. Czuł każdy dotyk, każdy kontakt chłodnego metalu z ciałem. Aż w końcu – kliknięcie. Klatka znów była zamknięta. Odwróciła się do niego, jej oczy lśniły chłodną satysfakcją.
– Wszystko gotowe i na swoim miejscu, tak, jak lubię – powiedziała, z wyraźną przyjemnością.
Tylko skinął głową. Wiedział, że nie ma potrzeby dodawać nic więcej. Zgrabnie zsunęła się z jego torsu, poprawiając włosy i spoglądając na zegarek.
– Zbierajmy się na śniadanie.

---

W restauracji panował leniwy, spokojny poranek. Sala była niemal pusta – nieliczni goście, których mijali, wyglądali na wyczerpanych po sylwestrowej nocy, jakby nie zdążyli jeszcze położyć się spać lub z trudem poderwali się z łóżek. Jedli w milczeniu, niektórzy tylko popijali kawę, inni wciąż przysypiali z głowami opartymi o dłonie. Paulina ogarnęła wzrokiem salę i niemal natychmiast dostrzegła Ankę, siedzącą samotnie przy stoliku w rogu. Gdy ich spojrzenia się spotkały, kobieta uśmiechnęła się lekko i skinęła dłonią na znak, by do niej podeszli. Przywitały się krótkim uściskiem.

– A gdzie Michał? Nie widzę go nigdzie.
Ania przeciągnęła się lekko, jakby dopiero teraz zaczynała naprawdę budzić się do życia.
– Śpi jeszcze. W nocy długo się kręcił, mówił, że nie może zasnąć. Stwierdziłam, że nie będę go budzić.
Skinęła głową, przyjmując to do wiadomości.  Odwróciła się w stronę Łukasza, który stał obok, gotów wykonać każde polecenie.
– Przynieś mi proszę kawę i coś do jedzenia. Coś lekkiego, ale ciepłego – powiedziała spokojnie, jednak ton jej głosu nie pozostawiał wątpliwości, że to nie prośba, lecz polecenie.
– Oczywiście Paulinko – odpowiedział posłusznie i ruszył w stronę bufetu.
W międzyczasie w restauracji pojawiły się znajome twarze. Gdy przyszła Aga, Anka natychmiast wstała i podeszła do niej z wyraźną troską w oczach.
– Jak się czujesz kochana? – zapytała cicho, dotykając delikatnie ramienia przyjaciółki.
– Już lepiej, naprawdę. Wystarczyło kilka godzin odpoczynku.
Jej twarz wyglądała zdrowiej niż wieczorem, choć oczy nadal były lekko podkrążone. Chwilę później, niemal niezauważony, dołączył do nich Michał. Był blady, zaspany, ale próbował maskować zmęczenie uśmiechem. Mimo to jego oczy zdradzały bezsenną noc, a ruchy były ospałe.
– Cześć wszystkim – rzucił, starając się zabrzmieć rześko, choć głos zdradzał zmęczenie.
Żona ujęła go za ramię i powiedziała cicho:
– Wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spał. Może po śniadaniu jeszcze się położysz na chwilę, dobrze?
– Chyba tak zrobię – odpowiedział cicho, przytakując z wdzięcznością, choć było widać, że bardziej niż snu, potrzebował ucieczki od własnych myśli.
Czas mijał powoli. Prom miał dopłynąć do portu za nieco ponad dwie godziny. W restauracji panowała senna atmosfera. 
Po skromnym śniadaniu wstał i bez słowa wrócił do swojej kabiny. Pojawił się dopiero, gdy prom już stał przy nabrzeżu.
Łukasz również wyglądał na wyraźnie zmęczonego. Choć starał się trzymać, jego oczy zdradzały niedospanie, a ruchy były spowolnione. Gdy zeszli na ląd Paulina, która z kolei sprawiała wrażenie wypoczętej, wyciągnęła dłoń.
– Ja poprowadzę – oznajmiła stanowczo, biorąc od niego kluczyki.
– Jasne – odpowiedział bez zająknięcia, wiedząc, że to najlepsze rozwiązanie. Zabrała go prosto do swojego domu. Droga była cicha, spokojna – radio milczało, a słońce przebijało się przez chmury. Zasypiał na miejscu pasażera, głowa opadała mu na bok, a oddech stawał się coraz głębszy.
Kiedy dotarli, zaprowadziła go do salonu. Pozwoliła mu położyć się na sofie, nie mówiąc nic więcej. Podała mu koc, po czym odsunęła się i usiadła przy stole. Otworzyła MacBooka i wpisała hasło. Przez chwilę zastanawiała się nad czymś, następnie zaczęła pisać – szybko, jakby w jej głowie już od dawna formułowały się słowa, które teraz tylko przelewała na ekran.
Jej skupienie przerwał dzwonek telefonu. Ekran zaświecił znajomym imieniem.
Sygnał obudził również Łukasza. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest — rozpoznawał tylko światło, ostro wpadające przez okno. Dopiero po chwili dotarły do niego dźwięki: cichy, żywy głos, szybka melodia obcego języka. Stała kilka metrów dalej, przy oknie, z telefonem przy uchu. Rozmawiała po niemiecku, swobodnie, naturalnie, z lekkością, która go zaskoczyła. Śmiała się, gestykulowała jedną ręką, jakby rozmówca był tuż obok. Była wyraźnie rozluźniona, niemal radosna — taka, jakiej nigdy wcześniej nie widział.
Patrzył na nią w ciszy, jeszcze nie do końca obecny. Uśmiech na jej twarzy był inny: nie ten krótki, kontrolowany, którym zwykle reagowała na świat, lecz szeroki, szczery, jakby coś w niej właśnie się otwierało. 
Gdy skończyła rozmowę, odwróciła się i dopiero wtedy zauważyła, że nie śpi.
– Wyspałeś się?
Potwierdził. 

Udał się do łazienki, by się odświeżyć. Gdy wrócił, zauważył, że Paulina właśnie zamknęła laptopa. Nie był pewien, czy zrobiła to, by się na nim skupić, czy by coś ukryć. Podszedł cicho i stanął za nią. Bez słowa położył dłonie na karku, zaczynając powolny, delikatny masaż. Skóra była napięta od skupienia, pod wpływem dotyku zaczęła się rozluźniać. Przymknęła oczy, a głowa lekko opadła do tyłu. Westchnęła cicho.
– Jakie mamy plany na najbliższe dni, Paulinko? – zapytał szeptem, nie przerywając masażu.
Milczała chwilę, jakby zastanawiała się, czy warto go wtajemniczać. W końcu uchyliła powieki i spojrzała spod rzęs.
– Muszę wyjechać. Na tydzień, właściwie nawet dwa.
Zamarł w bezruchu.
– Wyjechać? Do Berlina znowu?
– Tak, do Berlina – potwierdziła spokojnie, lecz uważnie śledziła jego twarz.
– Dlaczego dopiero teraz mi mówisz?
– Wiesz, że mam tam swoje sprawy, pracę. To nie pierwszy raz, Łukaszu. Moje życie nie zamyka się w tych ścianach.
– To coś z tą psychologią? Jakaś... praktyka, pani doktor?
Paulina uśmiechnęła się nieznacznie, jakby jego pytanie ją rozbawiło.
– Zdecydowanie tak. Choć przypomnę: doktor to tytuł naukowy, nie zawód – rzuciła z subtelną ironią.
– Będę tęsknił.
– Wiem. Ale ta tęsknota może ci tylko pomóc. Może cię nawet wzmocni? 
– A co z...
– Klatką ? – przerwała mu natychmiast. – Zostaje. Jak sobie to wyobrażałeś? 
– Nie, nic nie wyobrażałem – bąknął.
– Myślałeś, że wyjadę i tym razem zostawię ci wolną rękę? Dosłownie i w przenośni. Że będziesz miał czas na te wszystkie brzydkie rzeczy, których gentlemanowi nie wypada robić?
– Nie, moja pani. Nawet nie myślałem o tych rzeczach – powiedział nerwowo.
Zachichotała cicho, rozbawiona jego odpowiedzią.
– Ach, Łukasz. Faceci tylko czekają na okazję, by sięgnąć po takie rzeczy. Ale nie martw się, dopilnuję, żebyś nie miał okazji. Zostajesz w klatce. I oboje wiemy, że to dla twojego dobra.
Zawstydzony, lecz pełen oddania, pochylił się i pocałował ją delikatnie w kark.
– Tak, moja bogini – wyszeptał.
Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Był taki, jak lubiła – cichy, uległy, lojalny.
Wstała i stanęła przed nim, unosząc podbródek. Głaskała go po ramieniu, jej spojrzenie było miękkie, lecz zdecydowane.
– Jeśli będziesz grzeczny, wynagrodzę ci to, kiedy wrócę – powiedziała cicho. – A może, któregoś dnia odwiedzisz mnie w końcu w Berlinie?
– Z przyjemnością, kochana. Bardzo bym chciał zobaczyć tę część twojego świata.
Po wspólnej kolacji pożegnali się. Łukasz objął ją delikatnie, składając na jej dłoni długi, pełen uczucia pocałunek. 
– Bądź grzeczny – powiedziała cicho.
– Obiecuję, Paulinko.

---

Michał był wyraźnie zmęczony po intensywnej nocy i poranku spędzonym na promie. On i Anka zamienili kilka słów, ale oboje pragnęli jednego – odpoczynku. Postanowili przenocować w hotelu w Gdyni. Od razu zniknął w łazience, gdzie pozwolił sobie na długą, kojącą kąpiel. Ciepła woda przyniosła ulgę ciału, lecz umysł wciąż buzował – myśli krążyły wokół nocnej rozmowy z Pauliną.

Gdy otulony miękkim ręcznikiem, spojrzał w stronę sypialni. Anka już spała – spokojnie, z twarzą wtuloną w poduszkę. Chwycił telefon, starając się nie przyciągnąć jej uwagi. Przez moment wahał się, po czym napisał:

Dziękuję za wczorajszą rozmowę na pokładzie. Proszę, myśl o mnie czasem... lodowato.

Wysłał wiadomość. W jego piersi zadrżało lekkie napięcie – ekscytacja wymieszana z niepokojem. Wiedział, że igra z ogniem. Ale fascynacja Pauliną, Lady Fenriss, była zbyt silna, by ją ignorować.

Kilka minut później telefon zawibrował. Serce przyspieszyło. Otworzył wiadomość:

Lodowato mogę zawsze. 

Chwilę potem pojawiła się druga:

To co lodowate jest najbardziej pociągające, nieprawdaż?

Miał już na końcu języka odpowiedź, gdy kątem oka zauważył, że Anka zaczyna się poruszać. Natychmiast schował telefon pod poduszkę, starając się zachować absolutną naturalność.
Żona przeciągnęła się leniwie, otwierając oczy. Nieświadoma niczego, uśmiechnęła się do niego.

– Dzień dobry, kochanie. Jak się spało?

– Dzień dobry, skarbie. Całkiem dobrze, chociaż chyba jeszcze mógłbym trochę pospać – odpowiedział, zachowując spokój w głosie.

Anka przytuliła się z powrotem do poduszki, nie podejrzewając, że jeszcze chwilę wcześniej pisał do innej kobiety – tej, która nie dawała mu spokoju.

-----



Rozdział XXII – Stypendium


Białka Tatrzańska, luty 2009

Ostatni rok licencjatu okazał się wyjątkowo pracowity. Paulina niemal całkowicie wycofała się z życia towarzyskiego, skupiona na nauce i wymagających treningach, które porządkowały dni równie skutecznie jak plan zajęć. Jej życie uczuciowe właściwie nie istniało. Wolny czas oddawała Andrzejowi, który zajął miejsce szczególne i niepodlegające negocjacjom. Nie zostawało przestrzeni ani na związki, ani nawet na niewinne flirtowanie. Kilka razy dała się wprawdzie zaprosić do kina jednemu z kolegów z klubu lekkoatletycznego, lecz zawsze gdy próbował skrócić dystans, włączała się u niej jakaś reakcja obronna. Zamykała się w sobie i ostatecznie odstraszyła go, potwierdzając łatkę dziwaczki i niewydymki, którą miała już od dawna przyklejoną. Było to dla niej na swój sposób wygodne,  wolała poświęcić opinię o sobie niż pokazać mu swoje prawdziwe oblicze,  co prędzej czy później musiałoby nastąpić.
Po zimowej sesji udało się wyrwać na krótki wyjazd na narty z koleżankami z roku. Wcześniejszy wypad na Mazury sprawił, że dziewczyny wyraźnie się do siebie zbliżyły, dlatego tym razem wynajęły wspólnie dom w Białce Tatrzańskiej. Część przyjechała z chłopakami, część sama; dołączyło też dwóch kolegów z roku. Było głośno, swobodnie, bez zobowiązań. Jeździli na nartach, bawili się na dyskotece w jednym z hoteli,  chodzili na basen i prowadzili długie nocne rozmowy.  Trzymała się  nieco z boku, tańczyć nie lubiła, a właściwie nie za bardzo umiała, alkoholu prawie nie piła. Często wracała szybciej do pokoju, który współdzieliła z Anetą i szła spać, albo rozmawiała z Andrzejem. 
Chłopak Anety nie mógł pojechać, bo zawalił jakiś ważny egzamin na politechnice. Koleżanka była z jednej strony wściekła — bo znowu musiała słuchać tłumaczeń i narzekań — a z drugiej strony nawet trochę zadowolona. Ostatnio wyjątkowo działał jej na nerwy, nawet drobnymi rzeczami, które same w sobie były błahe, ale zbierały się w irytującą całość. Wyjazd bez niego dawał jej coś na kształt oddechu.
Aneta była wysoka, proporcjonalnie zbudowana, z długimi nogami i sylwetką, której — z jakiegoś tylko sobie znanego powodu — nie potrafiła zaakceptować. W jej twarzy było coś nieoczywistego: lekko orientalne rysy, jakby daleki ślad tatarskiej krwi, ledwie zauważalny, ale nadający jej urodzie charakter i głębię. Miała ciemne włosy, najczęściej związane byle jak, i lekko zadarty nos, który dodawał jej twarzy zadziorności. Uparcie twierdziła, że jest za gruba, choć w rzeczywistości miała całkiem niezłą figurę. W efekcie, od lat żyła w rytmie kolejnych diet: najpierw euforia i entuzjazm, planowanie, liczenie kalorii, lista zakupów, zapewnienia, że tym razem wszystko się uda. Potem przychodziło zniecierpliwienie, drobne odstępstwa, a w końcu nieuchronne narzekanie, że organizm się buntuje i że to i tak nie działa. Paulina znała ten schemat aż za dobrze i czasem komentowała go półżartem. Aneta oburzała się na moment, po czym sama zaczynała się z tego śmiać. Nie dała się jednak nigdy namówić na wspólne bieganie, mimo zapewnień Pauliny,  że dostosuje tempo do niej. Ignorowała też uwagi, że w żadnej z jej diet z założenia nie powinno być czekoladowych wafelków. Mówiła to, pokazując jej kolejny papierek w koszu, na co Aneta robiła niewinną minę, mówiąc że ktoś musiał to tu podrzucić.
Drugą najbliższą koleżanką Pauliny była Kasia. Właściwie niczym się nie wyróżniała. Trudno było powiedzieć, czy jest ładna, czy nie — raczej neutralna, jakby stworzona do tego, by nie przyciągać uwagi. Średniego wzrostu, szczupła, z włosami noszonymi zawsze tak samo. Miała jednak pewien dar: szybko zdobywała zaufanie, co sprawiało, że ludzie przy niej mówili więcej, niż planowali, a ona potrafiła słuchać.
Z biegiem dni Paulina coraz częściej wybierała właśnie ich towarzystwo. Przy nich nie musiała niczego udawać ani nadrabiać pozą, a dziewczyny akceptowały, że zawsze jest nieco z boku i czasem trzeba dać jej spokój. Głośne noce i taniec działy się gdzieś obok — ona była gdzie indziej, w swojej ciszy, w rozmowach, które nie potrzebowały muzyki ani alkoholu.

Był jednak epizod, który wymknął się tej logice. Na stoku radziła sobie przeciętnie, dlatego wraz z kilkoma innymi dziewczynami zapisała się na dodatkowe lekcje do szkółki narciarskiej. Jędrek był młodym miejscowym chłopakiem — wysokim, dobrze zbudowanym, z tą charakterystyczną, swobodną pewnością kogoś, kto niemal całe życie spędził na śniegu. Studiował na krakowskiej AWF, mówił niewiele, za to patrzył uważnie. Już po pierwszych zajęciach poczuł, że Paulina jest inna niż większość kursantek.
Nie tylko piękna — choć to zauważył od razu — lecz także skupiona, uważna, zaskakująco opanowana. Nie narzekała na zmęczenie lub kaca, nie skarżyła się na ból nóg, który zwykle pojawiał się u nieprzygotowanych początkujących. Stała stabilnie, szybko łapała równowagę, słuchała poleceń i niemal natychmiast je realizowała. Była wysportowana w sposób, który zdradzał wyczynowe uprawianie sportu.
Podczas lekcji często poprawiał jej ustawienie: kładł dłoń na biodrze, dotykał pleców, przytrzymywał ramię. Na początku były to gesty czysto techniczne, wykonywane z rutyną instruktora. Z czasem jednak zaczął zwracać uwagę na coś więcej — na to, jak reagowała na dotyk, jak patrzyła na niego spod rzęs. Było w tym coś magnetycznego, trudnego do nazwania.
Coraz częściej rozmawiali — najpierw o jeździe, o trasach, o śniegu; potem o studiach, o treningach, o planach. Przyłapał się na tym, że codziennie wypatruje jej na stoku, że czeka na moment, gdy pojawi się w drzwiach szkółki. Ucieszył się, gdy wykupiła jeszcze kilka godzin zajęć indywidualnych,  a kiedy któregoś dnia koleżanka z biura zapisała ją na lekcję do kogoś innego, zirytował się. Zrobił małą aferę — wystarczającą jednak, by od tej pory nie było wątpliwości, że uczy się już tylko u niego.
Szło jej coraz lepiej. Miała niezwykle silne nogi. Kiedy, poprawiając pozycję, dotknął jej uda, poczuł wyraźnie pracę mięśni — napięcie i kontrolę, których nie dało się udawać. To wtedy po raz pierwszy pomyślał, że ta znajomość wykracza poza zwykłą relację instruktora i kursantki oraz, że nie tylko on zdaje sobie z tego sprawę.
Któregoś dnia, gdy stała obok, pochylił się bliżej i szepnął jej do ucha, że chciałby umówić się z nią. Powiedział to cicho, jakby sprawdzał granicę. Zobaczył, jak lekko się rumieni — ledwie zauważalnie — a jednak wystarczająco, by wiedzieć, że dotarło. Chwilę później, jakby od niechcenia, przejechała dłonią wzdłuż jego uda, zatrzymując ją o ułamek sekundy dłużej, niż pozwalałby przypadek. Ten gest był krótki, ale jednoznaczny. Wystarczający.
Od tamtej pory ich lekcje nabrały innego rytmu. Pojawiła się w nich zmysłowość, której nie trzeba było nazywać. Pokazywanie poprawnej pozycji trwało jeszcze dłużej, dotyk był pewniejszy, bliższy, spojrzenia częściej się spotykały i nie uciekały od razu. Wszystko pozostawało w granicach tego, co można było jeszcze tłumaczyć techniką — ale oboje wiedzieli, że to już nie tylko to.
Paulina czuła tę zmianę równie wyraźnie. Wiedziała, że dotyka ją inaczej, z większą atencją, jakby sprawdzał reakcję. Nie spieszyła się jednak. Pozwalała, by napięcie narastało, by dni układały się w serię drobnych sygnałów i niedopowiedzianych obietnic.
Lubiła go peszyć. Raz, z tą swoją zalotną miną, spytała, czy tak samo podrywa wszystkie inne kursantki. Uśmiechała się przy tym niewinnie, jakby to była tylko gra.
Popatrzył na nią uważnie, dłużej niż zwykle. Potem nachylił się lekko, tak żeby tylko ona mogła to usłyszeć.
– Nie – powiedział zaskakująco poważnym tonem. – Niektóre przychodzą nauczyć się jeździć, niektóre na siłę kogoś poderwać, a inne  sprawdzić, czy ktoś zauważy ich urodę, mimo że próbują ją ukryć pod kaskiem, goglami i kominem na pół twarzy.
Nie uśmiechnął się. Nie dodał nic więcej. Odwrócił się i ruszył w stronę wyciągu, zostawiając ją z tym zdaniem — i z ciepłem, które pojawiło się dokładnie tam, gdzie najmniej się go spodziewała.
Na spotkanie zgodziła się jednak dopiero dzień przed powrotem. Jakby wszystko wcześniej było jedynie grą wstępną.
 Poszli na koncert muzyki góralskiej w jednej z restauracji. Pili grzane wino, było ciasno i głośno. Siedzieli blisko. Jędrek nachylał się, mówiąc jej coś do ucha; czuła jego oddech, ciepło, zapach alkoholu i zimowego powietrza. Kiedy wyszli, chłodne powietrze ostudziło na moment gwar sali, ale nie to, co narosło między nimi. Stali blisko, zbyt blisko, jakby każde czekało, aż to drugie zrobi pierwszy ruch. Jędrek spróbował ją objąć — ostrożnie, niemal niepewnie. Nie zdążył. Przyciągnęła go do siebie gwałtownie i wbiła w niego usta, bez zapowiedzi. Pocałunek był krótki, intensywny, wyrywający z równowagi. Objął ją mocno. Spróbowała się odsunąć, bardziej z przekory niż z potrzeby, ale już ją unosił do góry — jednym ruchem, pewnie — i zarzucił sobie na ramię. Zaśmiała się cicho, uderzając go pięściami w plecy, udając sprzeciw.
Mieszkał blisko, u swojej babci. Przeszli przez furtkę i weszli do domu. Postawił ją na podłodze i zamknął drzwi. Niemal bezszelestnie,  wspinali się po schodach, ostrożnie, wstrzymując oddech przy każdym skrzypnięciu desek. Poddasze było niskie, pachniało drewnem i starym grzejnikiem. 
Później było szybko i intensywnie. Zaskoczyła samą siebie własną zachłannością, tym, jak łatwo przejęła inicjatywę. Dosłownie go dosiadła, nie pytając, nie negocjując. Było jej dobrze — inaczej niż z Adamem, prościej, bardziej fizycznie. Mocniej, bardziej zwierzęco, jakby coś, co przez długi czas było uśpione, nagle zerwało się ze smyczy. Była zdumiona własną reakcją, tą gwałtownością, z jaką wszystko w niej eksplodowało. Nie potrafiła się też powstrzymać; podrapała go mocno, zostawiając krwawe ślady, na jego barkach i torsie.
Nie należała do kobiet o wysokim popędzie. Przez długi czas jej potrzeby były niewielkie, łatwe do odsunięcia na bok. Z Andrzejem panowała ścisła granica — nie pozwalała się dotykać, nie dopuszczała go zbyt blisko. Intymność miała dla niej wymiar kontrolowany, niemal teoretyczny. Tamtej nocy hamulce puściły. Po drugim razie przytuliła się, nagle spokojna, spełniona, niemal bezbronna. Jędrek zasnął szybko, ciężko chrapiąc. Leżała jeszcze chwilę nieruchomo, patrząc w ciemność poddasza. Decyzja zapadła sama.

Ubierała się ostrożnie, nasłuchując każdego dźwięku. Schody skrzypiały przy najmniejszym ruchu; każde trzaśnięcie deski wydawało się nienaturalnie głośne. Kiedy była już na dole, z jednego z pokojów dobiegł głos starszej kobiety — szorstki, zaspany.
– Jezu, Jędruś… kaj ty sie po nocach włócys gnido jedna? Znowuś gdzieś łaził? Pewnieś gorzołke pił, co?
Paulina nie odpowiedziała. Zatrzymała się tylko na ułamek sekundy, po czym wyszła na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi najciszej, jak potrafiła. Mróz uderzył w twarz. Pobiegła. Po kilku minutach była już z powrotem w wynajętym domu. W łazience odkręciła prysznic i stanęła pod strumieniem gorącej wody, jakby chciała zmyć z siebie tę noc i jego zapach. Przyszło coś na kształt wstydu. Kac moralny był silniejszy niż zmęczenie. Uporczywa myśl, że puściła się z Góralem, nie dawała spokoju — zbyt prosta, zbyt brutalna, a jednak skuteczna. Kilka godzin później siedziała już ze znajomymi w wagonie pociągu do Sopotu. Po piątym nieodebranym połączeniu telefon wreszcie przestał wibrować. Patrzyła na wygaszony ekran, czując, jak napięcie powoli opada, zostawiając po sobie coś w rodzaju pustki. Nie oddzwoniła. Odłożyła urządzenie ekranem do dołu, jakby ten prosty gest mógł zamknąć całą sprawę. Było w tym ulga i lekki skurcz w żołądku, świadomość, że noc w górach zostanie tam, gdzie powinna — w krótkim, intensywnym fragmencie, który nie domaga się ciągu dalszego. Pozwoliła tej ciszy trwać. Była potrzebna. Zimowe ferie dobiegły końca. 
---
Trójmiasto, maj 2009

Relacja Pauliny i Andrzeja, choć nieformalna, nabrała z czasem głębi i intensywności. Spotykali się regularnie, niemal zawsze w domowym zaciszu — najczęściej u niej, rzadziej u niego. Do miejsc publicznych wychodzili sporadycznie; nie czuli takiej potrzeby. Ich świat był zamknięty, intymny, wystarczający sam w sobie. Żadne z nich nie mówiło o byciu razem, nie o to chodziło, ale dla Andrzeja było oczywiste, że Paulina zajmuje w jego życiu miejsce szczególne. Traktował ją jak boginię. Każde wypowiedziane przez nią zdanie miało dla niego wagę, każda prośba — rangę polecenia. Był obecny, uważny, oddany. Dla dziewczyny, która w tamtym okresie była silnie skoncentrowana na nauce, właśnie ta lojalność i cicha gotowość okazały się bezcenne. Wspierał, gdy potrzebowała spokoju; trwał obok, gdy pisała, analizowała i porządkowała kolejne notatki. Nie doradzał — nie było takiej potrzeby. Był raczej jak cień: dyskretny, zawsze dostępny.
Jej praca licencjacka, poświęcona twórczości Alfreda Döblina i Wolfganga Koeppena, została bardzo wysoko oceniona. Profesor prowadzący nie krył uznania, podkreślając nie tylko solidny warsztat, lecz także świeżość i samodzielność interpretacyjną. Temat, wymagający i nieoczywisty, został przez nią przeprowadzony z dojrzałością, która wyraźnie wykraczała poza poziom typowy dla tego etapu studiów.
Paulina wiedziała, że znajduje się na właściwej drodze — zarówno w życiu akademickim, jak i osobistym. Coraz bardziej świadoma własnej tożsamości, potrzeby kontroli i wewnętrznej siły. Ten porządek działał niemal bezbłędnie, jak dobrze naoliwiony mechanizm, w którym każdy element trafiał na swoje miejsce.
A Andrzej? Był jednym z tych, którzy pomogli jej wydobyć potencjał  — choć sam prawdopodobnie nie do końca rozumiał, jak głęboko i trwale wpisał się w ten proces. Był świadkiem zarówno jej sukcesów, jak i momentów, w których perfekcja okazywała się niewystarczająca, bo pojawił sie jeden zgrzyt. Srebrny medal akademickich mistrzostw w biegu na dziesięć kilometrów.
Dla wszystkich wokół był to sukces. Rodzina gratulowała, znajomi byli dumni, trenerzy klepali po plecach, podkreślali postęp — wynik lepszy niż rok wcześniej, gdy wróciła z brązem. Dla nich było to konsekwencją ciężkiej pracy, potwierdzeniem formy, dowodem rozwoju. Dla Pauliny — porażką. Oczekiwała złota. Przez miesiące trenowała z myślą o pierwszym miejscu i tylko ono miało dla niej znaczenie. Była wściekła i rozczarowana. Mówiła wprost, że ma dość wyczerpujących treningów, że liczyła na zwycięstwo i nie zamierza zadowalać się byciem drugą. Na nic zdały się tłumaczenia trenera: że jest najbardziej pracowitą zawodniczką, jaką zna; że przegrała jedynie z dziewczyną starszą o kilka lat, doświadczoną, startującą na międzynarodowych zawodach; że rywalka z akademickim sportem ma wspólne właściwie tylko nazwisko na liście studentów jednej z uczelni i najpewniej nigdy nie pojawiła się na zajęciach — a być może nawet nie bardzo wiedziała, co studiuje.
To nie miało znaczenia. W głowie Pauliny decyzja zapadła już wcześniej, szybciej niż ktokolwiek zdążył ją zrozumieć. Oznajmiła, że kończy z wyczynowym bieganiem. Od teraz będzie biegać jedynie rekreacyjnie — dla siebie, bez planów startowych, bez presji, bez medali.
Trener próbował jeszcze ratować sytuację. Poprosił nawet jej ojca o rozmowę, o interwencję, o przekonanie córki, by dała sobie czas. Na próżno. Decyzja, która się w niej uformowała, była nieodwołalna.
To było częścią jej natury: jeśli coś przestawało spełniać jej własne, wewnętrzne kryteria sensu i kontroli, potrafiła to odciąć bez sentymentu. Tak przynajmniej zdawało jej się wtedy.
---

Trójmiasto, czerwiec 2009

Dzień rozdania dyplomów nadszedł zaskakująco szybko, choć miała świadomość, że pracowała na tę chwilę przez całe trzy lata. Trzy lata intensywnej nauki, wyrzeczeń i ciężkiej pracy — nie tylko intelektualnej, lecz także emocjonalnej. Czuła wyraźnie, że nie jest już tą samą dziewczyną, gdy po raz pierwszy przekraczała próg wydziału. Teraz była spokojniejsza, dojrzalsza, bardziej świadoma siebie i mechanizmów świata, w którym przyszło jej funkcjonować.
To był ciepły, czerwcowy poranek. Powietrze pachniało bzem, kwitnącym na pobliskich drzewach, a błękitne, niemal bezchmurne niebo otwierało przestrzeń nad miastem. Gdy otworzyła okno, do mieszkania wpadło świeże powietrze i cichy śpiew ptaków. Uśmiechnęła się do siebie. Ten dzień miał należeć do niej — bez pośpiechu i bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Założyła sportowy strój, lekkie buty i wyszła pobiegać. Ruch przychodził jej z zaskakującą łatwością. Od chwili, gdy podjęła decyzję, że nie będzie już startować w zawodach i oficjalnie zakończyła treningi w klubie, bieganie stało się prostą przyjemnością — ruchem dla samego ruchu, bez presji, bez rozliczania się z planów i tabel. A jednak dawne nawyki nie znikły całkiem. Wciąż kontrolowała tempo, sprawdzała  tętno, pozwalała ciału pracować równo i pewnie. Dopiero pod koniec trasy uświadomiła sobie, że jak na poranny jogging biegnie naprawdę szybko. Ta myśl przyniosła cichą satysfakcję. Po powrocie wzięła długi prysznic. Ciepła woda spływała po skórze, zmywając resztki wysiłku i rozproszenia, pozostawiając przyjemne uczucie czystości i lekkości. Nie potrzebowała muzyki ani bodźców z zewnątrz; lubiła te chwile, gdy mogła być wyłącznie ze sobą, skupiona, obecna w każdym drobnym geście. Po prysznicu nałożyła lekkie, pachnące mleczko. Skóra była gładka, rozświetlona, zadbana.
Sukienka czekała już od kilku dni. Wisiała na wieszaku, starannie wyprasowana. Długa, ciemnogranatowa, z miękkiego, lejącego materiału. Prosty, klasyczny krój delikatnie podkreślał talię, rozszerzany dół sięgał niemal do połowy łydki. Rękawy do łokci, lekko bufiaste, dodawały sylwetce elegancji. Dekolt był niewielki, półokrągły — odsłaniał jedynie wąską linię skóry przy obojczykach. Założyła bieliznę, cienkie, cieliste pończochy i klasyczne czarne szpilki, prezent od Andrzeja. Biżuterię ograniczyła do małych, geometrycznych złotych kolczyków, które subtelnie łapały światło przy każdym kroku. Makijaż pozostał stonowany: delikatnie podkreślone oczy i brwi, matowe usta w naturalnym odcieniu. Włosy związała w prosty koński ogon. Gdy spojrzała w lustro, zobaczyła kobietę gotową domknąć jeden etap i przejść do kolejnego — bez lęku, bez nadmiaru emocji. Nie czuła tremy ani euforii. Jeśli czuła cokolwiek, była to raczej cicha duma. Wiedziała, że wszystko, co tego dnia odbierze — dyplom, gratulacje, krótkie uściski dłoni — jest prostym następstwem własnej, ciężkiej pracy. Zeszła przed blok powoli, bez pośpiechu, jakby chciała zapamiętać ten moment. Słońce musnęło jej twarz na krótką chwilę, dokładnie wtedy, gdy poprawiała pasek torby na ramieniu. Wiatr poruszył sukienką, uniósł jej dół i opadł, zostawiając po sobie ledwie wyczuwalny chłód na skórze. Otworzyła samochód, usiadła za kierownicą i zamknęła drzwi z głuchym, znajomym dźwiękiem. Przez moment siedziała nieruchomo, dłonie spoczywały na kierownicy, jakby jeszcze zbierała myśli. Potem przekręciła kluczyk i wyjechała na ulicę, kierując się w stronę Gdańska. Włączyła niemal odruchowo radio. Z głośników popłynął chropowaty, zachrypnięty głos Lemmiego Kilmistera — surowy, bezkompromisowy, jakby zupełnie niepasujący do tego podniosłego poranka. Uśmiechnęła się pod nosem. Silnik mruczał równo, asfalt sunął pod kołami, a muzyka wypełniała wnętrze samochodu, nadając tej drodze prosty, mocny rytm.

Wjechała na dobrze sobie znany parking przy kampusie i zatrzymała się na jednym z wolnych miejsc pod rozłożystym drzewem, które w majowym słońcu rzucało kojący cień. Czerwony Fiat 500 stał równo między liniami. Zaciągnęła hamulec ręczny, zgasiła silnik i przez moment jeszcze siedziała w środku. Światło odbijało się od przedniej szyby, a przez lekko uchylone okno wpadał zapach wiosny — rozgrzanej ziemi i kwitnących drzew. Spojrzała w lusterko i poprawiła pasmo włosów, które wysunęło się z upięcia. Makijaż wyglądał świeżo; wszystko było na swoim miejscu, jak zawsze. Sięgnęła po torebkę, zamknęła ją jednym, zdecydowanym ruchem i wysiadła z auta. Obcasy cicho stuknęły o asfalt.
Wokół budynku Wydziału Filologii robiło się coraz tłoczniej. Grupki studentów i studentek gromadziły się, witając się uśmiechami, krótkimi uściskami, wspólnymi zdjęciami robionymi w pośpiechu. Szła powoli. Nie musiała się spieszyć — była zawsze punktualna. Kilkoro znajomych z roku zauważyło ją i podeszło, witając się serdecznym uściskiem albo lekkim pocałunkiem w policzek. Choć nigdy nie była duszą towarzystwa, darzono ją szacunkiem — za opanowanie, klasę i cichą, niekwestionowaną pewność siebie.
– Pięknie wyglądasz, Paulina – rzuciła Aneta, poprawiając włosy i przyglądając się jej z uznaniem.
– Dziękuję. Ty też – odpowiedziała z uprzejmym, dyskretnym uśmiechem.
– Słuchaj – dodała koleżanka niemal od razu, jakby nie chciała stracić impetu. – Wieczorem idziemy na miasto. Taka pożegnalna impreza. Musisz być.
– Zobaczę – powiedziała spokojnie. – Jeszcze nie wiem, czy się wyrobię.
– Zawsze tak mówisz – wtrąciła inna z koleżanek, która właśnie podeszła.
Aneta machnęła ręką.
– Nie, nie. Tym razem nie przyjmuję wymówek. Poza wyjazdami na Mazury i na narty nie da się cię nigdzie wyciągnąć. 
– Lubię po prostu spokój i nie umiem tańczyć – odparła Paulina. – Wiecie o tym.
Aneta spojrzała na nią z niedowierzaniem, po czym parsknęła śmiechem.
– Paulina, proszę cię. Taka dziewczyna naprawdę nie musi umieć tańczyć.
– Dokładnie – wtrąciła Kasia. – Wystarczy, że staniesz na parkiecie. Albo nawet obok niego.
– Albo w ogóle nigdzie nie staniesz. I tak każdy facet będzie twój. Czy na parkiecie, czy poza nim.
Paulina zmieszała się lekko. Odruchowo poprawiła pasek torebki, uciekając wzrokiem na chwilę w bok.
– Przesadzacie – powiedziała cicho.
– Wcale nie – odpowiedziała koleżanka już spokojniej. – Po prostu widzimy to, czego ty jak zwykle nie chcesz zauważyć.
Kasia uśmiechnęła się porozumiewawczo.
– Poza tym nikt ci nie każe tańczyć. Możesz siedzieć, patrzeć, pić drinka i udawać, że jesteś ponad tym wszystkim.
– To akurat dobrze mi wychodzi – przyznała  z cieniem uśmiechu.
Aneta od razu podchwyciła.
– No widzisz. Jedno miejsce, jeden drink. Symbolicznie. Ostatni dzień. I nie przyjmuję kolejnego „zobaczę”.
Przez chwilę milczała. W końcu skinęła głową.
– Dobrze. Postaram się.
Uśmiechnęła się blado, wciąż trochę zawstydzona, ale już bez oporu. Wiedziała, że tym razem naprawdę trudno będzie się wymigać.
– Czyli do zobaczenia wieczorem, Sopot o 19, przy kościele  – podsumowała z triumfem jedna z dziewczyn.
Nie zaprzeczyła. Poszły w stronę wejścia i podeszły do większej grupki. Przez chwilę wszyscy stali w  kręgu, rozmawiając o końcu studiów, o tym, co dalej, o pracy i planach.  Z głośnika rozległ się sygnał, że nadszedł czas, by udać się do auli. Paulina szła nieco z boku. Przed wejściem na schody do głównego budynku spojrzała jeszcze raz na kampus — znajome mury, drzewa, ścieżki; wszystko to, co przez ostatnie lata stało się jej codziennością. Na auli było coraz więcej osób. Rzędy krzeseł zapełniały się elegancko ubranymi studentami. Atmosfera była uroczysta, lecz nie sztywna — raczej podniosła, pełna wyczekiwania i emocji, których nikt nie wypowiadał na głos. Usiadła w wyznaczonym rzędzie obok koleżanek z roku.  Z tyłu otworzyły się drzwi. Do środka zaczęli wchodzić profesorowie — w togach, z poważnymi twarzami — zajmując miejsca na podium. Ich obecność wywołała cichy szmer, który szybko ucichł, jakby wszyscy zgodzili się milcząco na powagę chwili. Sala stopniowo cichła; szepty gasły, ruch ustawał, spojrzenia kierowały się ku przodowi.
Siedziała wyprostowana i nieruchoma, patrząc uważnie na dziekana, profesora Biernackiego, który wstał i podszedł do mównicy. Gdy zaczął mówić, słowa rozbrzmiały wyraźnie, odbijając się od ścian przestronnej sali.
– Drodzy absolwenci, drogie absolwentki – rozpoczął, obejmując wzrokiem zgromadzonych. – To szczególny dzień. Dzień, w którym kończy się jeden etap, a zaczyna kolejny. Gratuluję wam ukończenia trzyletnich studiów licencjackich na kierunku filologia germańska. To dla mnie zaszczyt móc dziś świętować razem z wami i waszymi bliskimi.
– Mam także zaszczyt – kontynuował – powitać naszego gościa specjalnego, pana doktora Christopha Meiera, radcę Ambasady Republiki Federalnej Niemiec, który zgodził się dziś być tu z nami.
Z sali rozległy się grzeczne brawa. Paulina, jak wielu innych, skinęła lekko głową. Znała Meiera z jednego z wykładów inauguracyjnych. Zastanowiło ją, dlaczego pojawił się właśnie dziś i czy zdawał sobie sprawę, ile pracy i wyrzeczeń kryje się za każdym z uśmiechów? Ile nocy nad książkami, ile korekt, powtórek, wahań i drobnych, prywatnych zwycięstw.
Dziekan mówił jeszcze przez chwilę o znaczeniu humanistyki, o roli języków obcych we współczesnym świecie, o przyszłości, którą każdy z nich ma we własnych rękach. Zachęcał do kontynuowania nauki na studiach magisterskich. Kiedy skończył, aula na moment wypełniła się cichym szmerem, który niemal natychmiast ustał, gdy na scenę wszedł gość. Wysoki, siwiejący mężczyzna w nienagannym garniturze i o dostojnej postawie podszedł do mównicy, spojrzał na zebranych i przez chwilę milczał, jakby chciał uchwycić wagę tej chwili.
– Szanowni Państwo – zaczął spokojnym, ale wyraźnym głosem, z lekkim akcentem, który nadawał jego polszczyźnie pewnego uroku – to dla mnie wielki zaszczyt móc dziś do was mówić. W imieniu ambasady Republiki Federalnej Niemiec pragnę pogratulować wszystkim absolwentom oraz absolwentkom tego wyjątkowego kierunku.
Zawiesił na chwilę głos, a jego wzrok przesunął się po sali.
– Wasze zainteresowanie kulturą i językiem niemieckim ma dla nas szczególne znaczenie. Bo choć historia naszych narodów bywała trudna, bolesna, to właśnie dzięki takim jak wy, młodym ludziom, którzy chcą rozumieć, poznawać i budować mosty, możemy patrzeć w przyszłość z nadzieją.
Słowa Meiera zabrzmiały zaskakująco szczerze. W jego tonie było coś więcej niż tylko dyplomatyczny obowiązek – jakby naprawdę doceniał fakt, że ktoś poświęca trzy lata życia na zgłębianie języka i kultury jego kraju.
– Język to nie tylko narzędzie – powiedział, zniżając głos – to sposób myślenia, sposób przeżywania świata. Dziękuję, że wybraliście niemiecki. I życzę wam, aby ten wybór prowadził was dalej, ku rzeczom wielkim.
Rozległy się oklaski. Mówca skinął głową i usiadł, ustępując miejsca dziekanowi, który ponownie podszedł do mikrofonu. Na jego twarzy malował się uśmiech.
– Proszę państwa – zaczął – teraz czas na moment szczególny. Każdego roku nasz wydział wyróżnia jedną osobę, która nie tylko osiąga najwyższe wyniki akademickie, ale także wykazuje się dojrzałością, pasją i konsekwencją w pracy naukowej. Spojrzał na salę.
– W tym roku tą osobą jest pani Paulina Ritter.
Rozległy się brawa. Paulina wstała i spokojnym krokiem ruszyła w stronę sceny.  Dziekan wręczył jej dyplom w twardej oprawie oraz niewielkie pudełeczko z symboliczną nagrodą. Pochylił się lekko, by pogratulować, a ona skinęła głową, z uważnym, chłodnym spojrzeniem. Potem obróciła się w stronę auli, nieco z boku, by przez chwilę spojrzeć na zgromadzonych. Było jej niezwykle miło. Choć na twarzy miała opanowany, elegancki uśmiech, w środku czuła, jak rozlewa się coś ciepłego – mieszanina dumy, wzruszenia i głębokiego poczucia spełnienia. Czuła się naprawdę doceniona. Przez trzy lata pracowała ciężko, w skupieniu, bez robienia wokół siebie hałasu. Teraz – ten moment, ten aplauz, to spojrzenie dziekana – wszystko miało sens.
Profesor Biernacki spojrzał na nią z serdecznością.
– Pani Paulino, proszę jeszcze zostać z nami na scenie – powiedział ciepło, kładąc na moment dłoń na jej ramieniu.
Wśród braw, które jeszcze nie zdążyły całkiem ucichnąć, ponownie na scenę wszedł gość z ambasady. Tym razem nie zajął miejsca przy mównicy – w dłoni trzymał elegancką teczkę, przewiązaną wstążką w barwach flagi Niemiec.
– Szanowni Państwo – zaczął, kierując głos już nie tylko do auli, ale wyraźnie do Pauliny. 
– Jako przedstawiciel ambasady Republiki Federalnej Niemiec mam dziś przyjemność wręczyć szczególne wyróżnienie. Nagrodę za najlepszą pracę dyplomową na kierunku filologii germańskiej w tym roku akademickim, w całej Polsce.
Spojrzał na Paulinę z wyraźnym uznaniem.
– Panna Paulina Ritter w swojej pracy zatytułowanej „Obraz miasta w literaturze niemieckiej na przykładzie twórczości Alfreda Döblina i Wolfganga Koeppena” w sposób niezwykle dojrzały i przenikliwy przyjrzała się temu, jak przestrzeń miejska – a zwłaszcza metropolia – staje się nie tylko tłem, ale niemal bohaterem literackim.
Podniósł nieco teczkę, trzymając ją przed sobą.
– Jako monachijczyk nie mogłem pozostać obojętny na fragmenty poświęcone mojemu rodzinnemu miastu. To nie była jedynie analiza tekstów, to była subtelna, wrażliwa i głęboko europejska refleksja o mieście jako przestrzeni pamięci, tożsamości i przemiany.
Zamilkł na moment, jakby pozwalając sali przyswoić te słowa, po czym wręczył Paulinie teczkę.
– W uznaniu jej pracy, rząd federalny postanowił przyznać pannie Ritter stypendium, które umożliwia rozpoczęcie studiów magisterskich na dowolnej uczelni w Niemczech.
Aula ponownie wypełniła się brawami. Paulina przez chwilę pozostała na swoim miejscu, jakby potrzebowała ułamka sekundy, by przyjąć ciężar tej chwili. Delikatnie skłoniła głowę, dziękując za wyróżnienie. Gdy dziekan podał jej mikrofon, na moment zawahała się, poprawiła palce na jego krawędzi. Serce biło jej szybciej, ale twarz pozostała opanowana. Wiedziała, że to tylko kilka zdań — a jednak ta krótka cisza przed pierwszym słowem była dla niej najtrudniejsza. Wzięła spokojny oddech.
– Dziękuję za to wyróżnienie – powiedziała w końcu. Głos miała cichy, lecz wyraźny. – To dla mnie ogromny zaszczyt.
Na chwilę uniosła wzrok jakby upewniała się,  że naprawdę stoi tu, przed wszystkimi.
– Cieszę się, że moja praca mogła stać się małym mostem między kulturami i między językami. Dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie przez te trzy lata.
Zakończyła krótkim skinieniem głowy i niemal od razu cofnęła się o krok. Dopiero gdy rozległy się kolejne brawa, pozwoliła sobie na ledwie zauważalny uśmiech — bardziej z ulgi niż z dumy. Podziękowała, uścisnęła dłonie radcy i profesora, po czym zeszła ze sceny, wracając na swoje miejsce. Serce nadal biło jej szybciej niż zwykle, ale twarz zachowała spokojny, opanowany wyraz. 
Uroczystość dobiegała końca. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie całego rocznika na tle głównego podium auli i mogli rozluźnić się przy drobnym poczęstunku. Podeszła do stołu, nalała sobie wody z cytryną i stanęła nieco z boku. Lubiła obserwować, jak inni cieszą się tą chwilą. Wtedy, z kieliszkiem w dłoni, podszedł do niej Meier. Miał na twarzy ten sam życzliwy uśmiech, co podczas wręczania nagrody.
– Jeszcze raz gratuluję, panno Ritter. Naprawdę wyjątkowa praca.
Paulina skinęła głową z wdzięcznością.
– Dziękuję, doktorze Meier. To wiele dla mnie znaczy.
– Ritter, Ritter… – powtórzył zamyślony, a jego spojrzenie nabrało lekko badawczego wyrazu. 
– Niemieckie nazwisko. Czy ma Pani jakieś korzenie?
– Chyba nie – odparła, po chwili namysłu. – Ale tata i cała jego rodzina pochodzi z Krakowa. Więc może jakaś pamiątka po Austriakach? Ale nigdy nie myślałam o tym, muszę zapytać przy okazji.
Dr Meier uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Ach, więc wszystko możliwe. Wiele takich nazwisk w Galicji, szczególnie w dawnych urzędniczych rodzinach. Czasem historia zostawia ślady w nazwiskach.
– Możliwe – powiedziała Paulina z lekkim uśmiechem, zerkając na swoje nazwisko wypisane na dyplomie. – Ale brzmi dobrze, prawda?
– Zdecydowanie – odparł Meier. – Pasuje do Pani. Zgrabne, mocne i eleganckie. Życzę, by jeszcze nie raz było drukowane na okładkach znakomitych prac naukowych.
– Postaram się nie zawieść – odpowiedziała cicho.
Rozmowa zakończyła się wymianą uścisków dłoni. Została jeszcze chwilę w tym samym miejscu, czując, że świat zaczyna się powoli otwierać przed nią na nowo – tylko tym razem z zupełnie innego poziomu.
– Gratulacje, Paulina! – powiedziała jedna z koleżanek, podchodząc z uściskiem.
– Dziękuję, Kasiu – odpowiedziała Paulina, odwzajemniając objęcie. – Ty też świetnie sobie poradziłaś.
Pojawiło się jeszcze kilka osób. Kolejne objęcia, poklepywanie po plecach, serdeczne słowa, szybka wymiana uprzejmości, jakby wszyscy chcieli zdążyć powiedzieć coś ważnego, zanim ten dzień się rozpłynie. W pewnym momencie zbliżył się do niej Kamil — jeden z kolegów — brunet o lekko zadziornym spojrzeniu, którego Paulina kojarzyła głównie z tylnych rzędów sal wykładowych. Na roku było tylko 50 osób, nie pamiętała jednak, aby chociaż raz rozmawiali przez całe studia. 
– Paulina, naprawdę imponujący wynik. Gratuluję. W pełni zasłużony.
– Dziękuję.
Jego spojrzenie na moment powędrowało w dół, zatrzymało się przy jej butach, po czym wróciło na jej twarz.
– I muszę to powiedzieć – dodał z rozbrajającą szczerością. – Masz zajebiste szpilki.
Uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona. Na chwilę zabrakło jej gotowej riposty.
– To tylko buty – rzuciła w końcu, z uśmiechem, który zdradzał, że komplement jednak do niej dotarł.
– No właśnie nie tylko. Robią wrażenie. Tak jak ty dzisiaj w ogóle. Nie tylko dzisiaj...
Przez moment zapadła krótka cisza, niezręczna, ale nie nieprzyjemna. Wykorzystał ją szybko.
– Słuchaj, będziesz dziś na tej imprezie? Wszyscy o niej mówią. Ostatnia okazja, żeby się zobaczyć w komplecie.
Paulina zawahała się.
– Jeszcze nie wiem. Raczej nie planowałam, ale Aneta nie przyjmuje odmowy.
– Szkoda byłoby, gdybyś się nie pojawiła. Takie momenty zdarzają się tylko raz.
Zawahał się ułamek sekundy, po czym dodał: 
– A jeśli jednak… to może wyskoczymy  chociaż na jakąś kawę? 
Uśmiechnęła się, tym razem trochę bardziej niepewnie.
– Dziś jest dość intensywny dzień. Więc, raczej nie, na pewno nie dziś.
Skinął głową, jakby dokładnie tego się spodziewał.
– Jasne. I tak… jeszcze raz gratulacje.
Gdy odchodził odprowadziła go wzrokiem, po czym upiła łyk wody, poprawiła rąbek sukienki i podeszła do koleżanek, jakby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę stała w miejscu, czując na sobie ciekawskie spojrzenia i własne lekkie zmieszanie. 

Wychodząc z budynku, uniosła twarz ku słońcu – ciepłe, późnomajowe światło odbijało się od szyb zaparkowanych samochodów, a ona czuła, jak napięcie z całej uroczystości zaczyna powoli z niej uchodzić. Szła w stronę swojego Fiata, stąpając lekko, z uśmiechem na twarzy. Nagle, z daleka dostrzegła znajomą sylwetkę – Dawid, jej  brat, stał oparty o drzwi swojego auta. W dłoni trzymał bukiet białych lilii i niebieskich irysów. 
– Gratulacje, Pauli! – zawołał z szerokim uśmiechem, odrywając się od samochodu i ruszając w jej kierunku.
– Dawid… nie mówiłeś, że przyjedziesz – powiedziała z wyraźną nutą wzruszenia w głosie.
– Chcieliśmy ci zrobić ci niespodziankę, ale nie udało się szybciej. Rozprawa się przeciągnęła. A Filip w ogóle utkwił na oddziale, jakaś trudna operacja, w której asystuje profesorowi.  Szybka kawa i ciacho aby uczcić twoje sukcesy?
– Może na chwilę. Chodźmy.
Poszli do pobliskiej kawiarni – niewielkiej, ale dość eleganckiej, z ogródkiem osłoniętym od ulicy zielonymi żywopłotami. Zajęli stolik na zewnątrz. Paulina usiadła naprzeciwko brata, delikatnie odkładając kwiaty na puste krzesło obok siebie. Kiedy kelnerka przyniosła zamówienie – cappuccino dla Dawida i latte dla niej, zerkając na piankę, odezwała się spokojnie:
– Dostałam stypendium rządowe. Mogę studiować w Niemczech, na dowolnym uniwersytecie.
– Wow, Pauli! Zajebiście! – Dawid aż się wyprostował. – To naprawdę duża sprawa. Gratulacje jeszcze raz. I... masz już jakąś uczelnię na oku? Bo chyba nie przepuścisz takiej okazji?
– Dziękuję – odpowiedziała cicho, patrząc w dal. – Jeszcze nie wiem. Nie myślałam, zaskoczyli mnie. Przez ostatnie miesiące byłam skupiona na pracy dyplomowej, sesji, zawodach, wszystkim naraz. Nie myślałam, że ktoś poza profesorem i recenzentami mógłby jeszcze czytać to co napisałam. Pewnie w pośpiechu odhaczyłam jakąś zgodę.
– Widzisz, nauczka, zawsze czytaj co podpisujesz, chociaż tym razem opłaciło się. Niezależnie od tego, co zdecydujesz, jestem z ciebie dumny. Super sprawa z tym stypendium.

Siedzieli przez około godzinę, po czym brat spojrzał na zegarek i powiedział, że ma za 40 minut spotkanie z jakimś klientem. Pożegnali się na parkingu. Krótki uścisk dłoni, ostatni uśmiech, szybki pocałunek w policzek. Potem wsiadła do swojego Fiata, uruchomiła silnik i włączyła klimatyzację, która po chwili zalała wnętrze auta chłodnym powietrzem. Wyjechała powoli z parkingu. Nie zdążyła dobrze włączyć się do ruchu, kiedy telefon po raz pierwszy zawibrował. Filip. Odebrała od razu.
Mówił szybko, zmęczonym głosem, jak ktoś, kto dopiero co zdjął z ramion ciężar kilku godzin skupienia. Przepraszał, że niespodzianka nie wyszła — że naprawdę chciał być, ale dopiero co wyszedł z sali operacyjnej. Był jeszcze w fartuchu, jeszcze myślami przy pacjencie. Gratulował jej, trochę sucho, po swojemu, ale z wyraźną dumą ukrytą pod profesjonalnym tonem. Uśmiechnęła się, słuchając go, i powiedziała, że rozumie. Zawsze rozumiała albo przynajmniej starała się zrozumieć.
Kilka minut później zadzwoniła mama.
Tu było inaczej. Ciepło, wzruszenie, pytania zadawane jedno po drugim: jak było, czy się stresowała, czy ktoś zrobił zdjęcia, czy jest z siebie zadowolona. Paulina odpowiadała spokojnie, skrótowo, pozwalając matce mówić więcej. W jej głosie słychać było ulgę — jakby ten dyplom domykał coś ważnego nie tylko dla niej.
Gdy rozłączyła się na kolejnym skrzyżowaniu, telefon zadzwonił po raz trzeci.
Dziadek. Jego głos był spokojny, lekko zachrypnięty, jak zawsze. Pogratulował jej bez patosu, prostymi, żołnierskimi słowami. Powiedział, że są z babcią dumni. Że wiedzieli, że sobie poradzi i że teraz zaczyna się prawdziwe życie. To zdanie zostało z nią na dłużej. 

Jechała prawym pasem, równym i spokojnym tempem. Na kolejnych światłach, jeszcze zanim skręciła w stronę domu, sięgnęła po telefon i napisała krótką wiadomość:
Wpadniesz?
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast.
Będę za 20 minut.
Odłożyła telefon. Zatrzymała się przy sklepie i zrobiła szybkie zakupy. 
Spotkali się przed blokiem. W milczeniu wjechali windą na górę. Drzwi mieszkania otworzyły się z cichym kliknięciem. Weszła pierwsza do środka, rzuciła klucze na komodę, a potem bez słowa usiadła na sofie. Gestem zaprosiła Andrzeja, by podszedł bliżej. Sięgnęła po teczkę z dokumentami i wręczyła mu ją bez słowa. Andrzej otworzył ostrożnie, z namaszczeniem. Przebiegł wzrokiem po treści, zatrzymując się przy nagłówku z pieczęcią ambasady i logo DAAD. Westchnął z uznaniem.
– Gratuluję. To naprawdę ogromne wyróżnienie, Paulino.
Nie odpowiedziała. Spojrzała na niego cicho, lekko zmrużonymi oczami, w których tliło się napięcie całego dnia. Bez słowa uklęknął przed nią. Z wyczuciem zsunął jej buty. Jej stopy były zmęczone, ale nadal gładkie, zadbane. Zaczął powolny masaż – uciskał delikatnie, z troską, przesuwając kciuki. Przymknęła oczy, opierając głowę o zagłówek kanapy. Oddychała głęboko. Powoli. Pozwoliła sobie na rozluźnienie. Ciepło jego dłoni koiło napięcie. Było jej dobrze.
I wtedy właśnie, przerywając tę ciszę, powiedział cicho:
– Musisz tam jechać.
Otworzyła oczy. Spojrzała na niego zaskoczona, nie do końca rozumiejąc, co usłyszała. Uniosła lekko brwi.
– Co?
Spojrzał na nią z dołu – klęcząc, wciąż trzymając jej stopy w dłoniach.
– Do Niemiec, Paulino. Musisz tam pojechać. Nie możesz zmarnować tej szansy. Nie po tym wszystkim, co osiągnęłaś. Nie po tej pracy. Nie po tym, jak cię dziś nagrodzili i docenili.
W jego oczach nie było presji, tylko spokojna pewność. Przez ponad rok znajomości poznał ją dobrze. Czuł, że była stworzona do większych rzeczy i że czasami potrzebowała tylko, by ktoś jej to powiedział wprost.
– Może masz rację – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego. 
Patrzyła długo, uważnie, jakby próbowała dostrzec coś więcej niż tylko słowa, które wypowiedział. Poczuła w nim prawdziwe wsparcie, które nie próbowało jej zatrzymać dla własnego komfortu, ale popychało ją do przodu, ku temu, co najlepsze dla niej. On, wciąż klęcząc u jej stóp, mówił spokojnie:
– Jesteś młoda i piękna. Masz przed sobą cały świat. Naprawdę. Takie szanse nie zdarzają się często. To będzie twoja droga. Twoja przyszłość.
Odchyliła lekko głowę, opierając ją o kanapę, i zamknęła na chwilę oczy. W ciszy, która między nimi zapadła, kryło się tysiąc niewypowiedzianych słów. W końcu spojrzała na niego poważnie.
– A co z nami? – zapytała cicho.
– Twoja przyszłość jest teraz najważniejsza – odpowiedział bez wahania. – Jeśli chociaż trochę cię obchodzę, to zrozumiesz, że nie możesz być sentymentalna. Niemcy są blisko. To nie koniec świata. Będę mógł do ciebie wpadać co jakiś czas. Kiedy tylko będziesz chciała.
Patrzyła na niego, czując, jak narasta w niej mieszanka ulgi i smutku. Wiedziała, że mówi szczerze, że kocha ją na swój sposób – właśnie w ten, który nie zatrzymuje, nie więzi, ale daje wolność. Poczuła, że decyzja, która jeszcze godzinę temu wydawała się tak trudna i niemal abstrakcyjna, właśnie stawała się trochę łatwiejsza. Spojrzała na niego ciepło, z lekkim drżeniem w głosie powiedziała:
– Jesteś taki mądry i taki wyrozumiały.
Na moment zawahała się, a potem cicho dodała:
– Przytul mnie, proszę.
Nie potrzebował więcej słów. Wstał z klęczek i usiadł obok, obejmując ją ramieniem. Wtuliła się bez słowa, szukając spokoju i bezpieczeństwa, którego teraz najbardziej potrzebowała. W milczeniu spędzili kolejną godzinę. Andrzej głaskał ją powoli, z czułością, bawiąc się kosmykami jej jasnych włosów.
Po dłuższej chwili szepnął jej do ucha:
– Imponujesz. Piękna i mądra, najlepsza studentka germanistyki w Polsce. Jeszcze raz gratuluję.
Mocniej przycisnęła się do jego torsu, zamykając oczy i pozwalając sobie na tę zaskakującą chwilę czułości.
– A może psychologia? – powiedziała, bardziej do siebie niż do niego. – To mogłoby być całkiem interesujące.
Spojrzała uważnie, jakby szukała potwierdzenia, drobnego znaku, który pozwoliłby jej tę myśl osadzić w rzeczywistości. Przytaknął. Patrzył na nią — młodą, piękną, pełną wewnętrznego napięcia i ambicji — i wiedział, że jej miejsce jest tam, gdzie będzie mogła rozwinąć skrzydła. Nie tutaj. Nie przy nim. Nie w bezpiecznym, cichym świecie, który zbudowali.
Czuł, że ją straci. Może nie od razu, może bez dramatycznych gestów i gwałtownych pożegnań, ale był realistą. Widział tę przyszłość wyraźnie: odległość, nowe życie, nowe możliwości. Wiedział też, że relacja na dystans — przy intensywności i pasji, które w niej zawsze dostrzegał — nie przetrwa próby czasu.
A jednak, zamiast próbować ją zatrzymać, zamiast budować wokół niej mur, który miałby ochronić go przed bólem, podjął inną decyzję. Zrozumiał, że musi ją wspierać. Że prawdziwa miłość nie polega na zatrzymywaniu kogoś przy sobie, lecz na dawaniu mu przestrzeni do wzrostu — nawet jeśli ceną będzie samotność.
Była od niego młodsza o ponad dwadzieścia lat, a mimo to zdumiewająco dojrzale rozumiała siebie i świat. Jej uroda nie była jedynie powierzchowna; miała w sobie wewnętrzny blask, który przyciągał uwagę i nie pozwalał o niej zapomnieć. Była zdolna — nagrodzona praca licencjacka była tylko jednym z wielu dowodów. Była inteligentna w sposób rzadki: nie błyskotliwy i efektowny, lecz głęboki, refleksyjny, uważny na niuanse.
Był wdzięczny. Za każdy dzień, który mu podarowała. Za rok wspólnej wędrówki przez marzenia, pragnienia, wzloty i upadki. Za czas, który zmienił go głęboko i nieodwracalnie. Przypominał sobie długie wieczory rozmów — o wszystkim i o niczym — jej śmiech, jej milczenie, i to, że mógł być obok. Przypominał sobie też chwile, gdy potrafiła być zaskakująco twarda; gdy z delikatności wyłaniała się stanowczość, której nie dało się zignorować. W tych momentach czuł, że żyje — obecny, świadomy siebie, a zarazem całkowicie oddany. Biła zaskakująco mocno jak na tak piękną i delikatną istotę. Nie oszczędzała go — uderzenia były, ciężkie i bolesne, ale jednocześnie pojawiała się dziwna, trudna do nazwania przyjemność. Napięcie opadało, myśli się wyciszały, a on czuł, że właśnie tego potrzebował.
To doświadczenie było dla niego jak katharsis — powolne oczyszczenie z pychy i fałszywej pewności siebie. Z czułą surowością przeformowała jego dumę w coś prostszego i prawdziwszego: w pokorne oddanie. Każdy ślad, każde napięcie, każdy trudny moment miał swoje miejsce; wszystkie razem ukształtowały go nie mniej niż czułość i bliskość.
Wiedział, że gdy odejdzie, pozostanie mu nie tylko tęsknota, lecz także głęboka wdzięczność za wszystko, czego dzięki niej się nauczył.
Teraz, siedząc obok siebie na sofie, gdy delikatnie przesuwał palcami po jej włosach, czuł, jak czas zwalnia. Jeszcze przez chwilę mogli być tu — ona przy nim, on przy niej.

Zamknęła oczy, oddychała spokojnie. Ta chwila należała do nich. Ostatnia bezpieczna przystań, zanim fale życia rozniosą ich ku odległym brzegom.

---

Został do późnego popołudnia. Czas płynął powoli, bez planu, jakby oboje chcieli zatrzymać go jeszcze na chwilę. W pewnym momencie, niemal mimochodem, Paulina powiedziała, że jednak pójdzie na tę imprezę ze znajomymi z roku. Poprosiła go o podwiezienie, do centrum — czerwcowy wieczór był ciepły, ale szpilki nie wybaczają zbyt długich spacerów. Przygotowali szybko coś do jedzenia. Sałatka w stylu greckim, tracąca świeżość bagietka, wspólna chwila przy stole. Poprosiła go aby pozmywał naczynia i poszła pod prysznic. Kiedy wyszła z łazienki, była już myślami gdzie indziej. Sięgnęła po bieliznę — elegancką i prostą. Gładkie linie, dobre proporcje, nic zbędnego. Do tego pończochy: cienkie, czarne, miękko oplatające nogi. Zakładała je spokojnie, bez pośpiechu, jakby ten rytuał porządkował myśli. Usiadła przy lustrze i zrobiła makijaż — odrobinę mocniejszy, wieczorowy. Oczy zyskały głębię, usta wyraźniejszy kolor. Spojrzenie stało się bardziej zdecydowane.
Wybrała czarną, dopasowaną sukienkę sięgającą przed kolano. Odsłonięte ramiona i prosty dekolt dodawały jej elegancji. Założyła szpilki — również prezent od niego — smukłe, wysokie, idealnie wyważone i narzuciła czarną ramoneskę. Była gotowa. Weszła do pokoju.
Gdy tylko ją zobaczył, podszedł i bez słowa uklęknął. Spojrzał w górę, a w jego twarzy było coś pomiędzy podziwem a uległością.
– Jesteś zabójczo piękna – powiedział cicho.
Nie odpowiedziała od razu. Stała przed nim, pozwalając, by chwila się przeciągnęła. Potem poruszyła stopą — ledwie, jakby przypadkiem — muskając czubkiem szpilki jego krocze, sprawiając, że jego oddech na moment się urwał.
– Jak długo? – zapytała spokojnie.
– Trzy tygodnie – odpowiedział bez wahania.
– Trzy tygodnie… – powtórzyła, przeciągając słowa, z wyraźnym uznaniem w głosie. – Pięknie.
Nachyliła się odrobinę, tak, by znalazł się bliżej jej kolan, bliżej jej zapachu, jej obecności.
– Już niedługo coś z tym zrobimy. 
Roześmiała się krótko, nisko — dźwięk był miękki, ale obietnica w nim zawarta nie pozostawiała wątpliwości. Znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że to, co zapowiadała, nie będzie łatwe. I właśnie dlatego poczuł dreszcz.
Cofnęła stopę, poprawiła ramoneskę i spojrzała na niego z góry, jakby już myślami była gdzie indziej.
– Wstawaj – powiedziała łagodnie. – Nie chcę się spóźnić.

-----


Rozdział XXIII - Kamil czyli tu i teraz


Sopot, czerwiec 2009

Andrzej podwiózł ją w okolice kościoła św. Jerzego — tam, gdzie wszyscy umawiali się w Sopocie. Nawet ich pierwsze spotkanie zaczęło się właśnie tutaj, zupełnie zwyczajnie, nieśmiało zapowiadając to, co miało przyjść później.
Zatrzymał samochód przy krawężniku. Pochyliła się ku niemu i pocałowała go w policzek — krótko, ciepło, z tą naturalnością, która zawsze go rozbrajała. Ujął jej dłoń i ucałował.
Wysiadła. Gdy przechodziła przez ulicę, spojrzał jeszcze raz. Zobaczył jej nogi — długie, zgrabne, w czarnych pończochach, zakończone eleganckimi szpilkami. Poczuł jednocześnie wdzięczność i smutek. Był szczęśliwy, że ją zna i boleśnie świadomy, że zbyt wyraźna różnica wieku, zawsze będzie swego rodzaju przeszkodą, że nigdy nie będą razem w tym prostym, oczywistym sensie, że nigdy nie będzie myślała o nim jak o mężczyźnie, potencjalnym partnerze, zawsze będzie tylko jej uległym, niewolnikiem. 
Westchnął głęboko, wrzucił bieg i odjechał, nie szukając już jej odbicia w lusterku wstecznym.

Paulina dołączyła do koleżanek. Były uśmiechy, szybkie objęcia, pierwsze komentarze o miejscu i planach na wieczór. Z każdą minutą pojawiały się kolejne osoby. W końcu przyszedł też Kamil. Zobaczył ją od razu i podszedł.
– Wyglądasz naprawdę pięknie – powiedział, mierząc ją spojrzeniem. – Klasa, styl. Cała ty.
– To impreza na koniec studiów – odparła. – Szkoda, że dopiero teraz to zauważyłeś.
– Lepiej późno niż wcale – rzucił szybko. – Poza tym przecież to jeszcze nie koniec. Przed nami magisterka.
– Raczej nie – odpowiedziała spokojnie. – Skorzystam z tego stypendium.
Na moment zamilkł, ale tylko na moment.
– To jeszcze lepiej – stwierdził z uśmiechem. – Ambitne i piękne dziewczyny są najbardziej interesujące. I najbardziej pociągające.
Spojrzała na niego uważnie, ale już nic nie odpowiedziała.  Ktoś rzucił hasło, że wszyscy już są i można iść. Grupa ruszyła w stronę jednego z sopockich klubów.

W środku było głośno i ciasno. Światła pulsowały w rytm muzyki, bar oblepiony był ludźmi, a powietrze mieszało zapach piwa, perfum i ciepła nagromadzonego po całym dniu. Zajęli miejsce przy długim stole, ktoś od razu zamówił piwa, na blacie wylądowały miseczki z orzeszkami i frytkami.
Kamil  od pierwszej chwili trzymał się blisko. Siedział tuż obok, pochylał się, żeby coś powiedzieć, przyniósł jej piwo, jakby naturalnie należało to do jego roli. Nie był nachalny, raczej konsekwentny — zawsze gotów włączyć się w rozmowę.
Paulina rozmawiała z Anetą i Kasią, śmiejąc się z komentarzy o wykładowcach, o absurdach ostatnich zaliczeń, o tym, kto jak wyglądał dziś na odbiorze dyplomów. Kamil co chwilę dorzucał coś od siebie, a gdy poszedł do baru Paulina pochyliła się do koleżanek.
– Zróbcie z nim coś. Przyczepił się jak rzep.
Aneta parsknęła śmiechem.
– Daj spokój, fajny chłopak – rzuciła. – Może nie geniusz intelektu, ale niejedna by skorzystała.
– Dokładnie – dodała Kasia, sięgając po frytkę. – Może nie jest jakoś wyjątkowo ogarnięty, ale na pewno przystojny i wie, czego chce. No i jeździ fajnym Audi. Pewnie rodziców, ale zawsze.
– To śmiało, dziewczyny. Korzystajcie. Schrupcie to ciacho.
Obie spojrzały na siebie i wybuchnęły śmiechem.
– My byśmy chętnie, ale wiesz, mamy już chłopaków.
– A wiecie, jak błysnął na ćwiczeniach z gramatyki na trzecim roku? W zdaniu podrzędnym postawił czasownik w środku, jak w polskim. Prowadząca aż przerwała i zapytała, czy robi sobie z niej żarty.
– To naprawdę są podstawy – dorzuciła Aneta. – Tego uczą przecież na pierwszym semestrze.
– Zdarza się – odezwała się Paulina spokojnie. – Każdemu. Ja ostatnio namieszałam coś w zdaniu z „weil”. Musiałam trzy razy przeczytać, zanim wyłapałam to.
Kasia spojrzała na nią uważnie.
– O proszę. 
– Co? – zapytała Paulina.
– Nic. Po prostu, bronisz go.
– Nie jego. Tylko faktu, że nawet na trzecim roku można czasem walnąć się.
– Jasne, jasne.
Zaczęły się śmiać.
– Paulina, serio – dodała Aneta – jak ktoś robi taki błąd, a ty od razu go usprawiedliwiasz, to już jest pierwszy symptom.
– Wy naprawdę wszędzie widzicie podteksty.
– Bo wszędzie są, jesteście sobie po prostu przeznaczeni .
– Uważaj, bo jeszcze chwila i sama uwierzysz, że tu coś iskrzy.
Paulina pokręciła głową.
– Wy macie zdecydowanie za dużo wyobraźni.
– A ty za mało dystansu. Poza tym chyba jesteś wolna, co? 
Paulina przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się mimo woli.
– Powiedzmy, że jestem – powiedziała. – Ale to niczego nie zmienia.
– Jak to niczego? – Aneta aż uniosła się na krześle. – To zmienia wszystko.
– No właśnie. Przynajmniej teoretycznie.
– Teoretycznie to ja mogę jutro zostać supermodelką. A w praktyce, raczej nie bardzo, bo zaraz mi powiedzą, że jestem za niska i za płaska nawet jak na modelkę.
Aneta nachyliła się bliżej, wyraźnie rozbawiona.
– Dobra, dobra. Skoro jesteś wolna, to wracamy do tematu Białki. A za niska nie jesteś, dziwne że nikt dotąd nie zaprosił cię na wybieg w Paryżu. Cycki też masz, małe ale fajne.
– Z tą Białką to nie fair – jęknęła Paulina. 
– Dziś wszystko jest fair. Ten Jędrek robił na twój widok tak maślane oczy, że śnieg szybciej topniał.
– Nie zauważyłam. A poza tym taka była jego rola instruktora: patrzeć uważnie.
– Tak, jasne – Aneta machnęła ręką. – A przy okazji ignorować wszystkie inne dziewczyny.
– Serio – dodała Kasia, rozkręcając się coraz bardziej. – Stał tylko przy tobie. Wszystko tłumaczył, wszystko poprawiał, wszystko. Bioderko bardziej w bok, kolanka niżej, ciężar tu, ręce tam, plecki inaczej. 
Aneta roześmiała się głośno.
– I ten jego głos – dorzuciła. – Spokojny, cierpliwy, zupełnie jakby nagle zapomniał, że ma jeszcze grupę.
– Dokładnie. Reszta dziewczyn wywracała się na stoku, a on nawet nie spojrzał. Cała uwaga skupiona na Paulinie. Jakby była jedyną osobą na zajęciach.
– Przesadzacie – próbowała zaprotestować, choć uśmiech zdradzał, że bawi ją ta opowieść.
– Wcale nie. Pamiętasz, jak nagle zrobił się specjalistą od warunków i stwierdził, że stok jest już lekko oblodzony, i że na takich fragmentach lepiej, żebyś pojechała z nim, bo wtedy ma cię pod kontrolą.
– Dokładnie. Oblodzenie dotyczyło oczywiście tylko trasy, na której była Paulina.
– Bardzo odpowiedzialny instruktor – uśmiechnęła się Aneta.
– Bardzo. Bezpieczeństwo ponad wszystko. Zwłaszcza Pauliny.
Paulina tylko pokręciła głową, ale rumieniec na policzkach mówił więcej niż słowa.
– To był po prostu miły facet – powiedziała, ale tym razem ciszej.
– Miły aż do przesady. Maślane oczy, pełne skupienie i zero zainteresowania światem poza tobą.
Aneta spojrzała na Paulinę znacząco.
– I jeszcze ten koncert ostatniego dnia. Przypadek?
Paulina uniosła szklankę.
– Tylko zbieg okoliczności – odpowiedziała, wymijająco.
– Jasne – Kasia uśmiechnęła się szeroko. – Bardzo romantyczny zbieg okoliczności. Poza tym… krążą plotki.
– Jakie plotki? – Paulina spojrzała na nią badawczo.
– Różne, na przykład że ostatniego dnia wróciłaś późno wieczorem.  I że byłaś z Jędrkiem nie tylko na koncercie.
Zapadła krótka cisza.
– To był koncert i spacer. Nic więcej.
– Jasne, jasne – Kasia uśmiechnęła się szeroko. – Spacer, koncert, późny powrót. Klasyka.
– Czyli jednak coś zadziało się – podsumowała Aneta z satysfakcją. – Szkoda, że nie było mnie w pokoju, kiedy wróciłaś. 
– Było… miło – przyznała Paulina. – I tyle. 
– Właśnie dlatego powinnaś się umówić z Kamilem. 
Paulina westchnęła, ale tym razem bez irytacji.
– Wy jesteście niemożliwe. Nie potrzebuję swatek. 
Dziewczyny wybuchły śmiechem. W tym momencie Kamil wrócił z baru, stawiając piwa na stole.
– Widzę, że ominęło mnie coś ważnego – powiedział. – Z czego się tak śmiejecie?
Jedna z dziewczyn spojrzała na niego i roześmiała się jeszcze głośniej.
– Z ciebie. Obgadywałyśmy cię.
– Powinienem się martwić? 
– To się okaże.
Kamil przeniósł spojrzenie na Paulinę.
– Chodź, potańczymy.
Wyciągnął rękę. Zawahała się, spojrzała na niego, potem na koleżanki. Obie uśmiechały się szeroko, z tym rodzajem satysfakcji, który nie pozostawia złudzeń. Zgodnie uniosły kciuki w górę.
Paulina westchnęła, odstawiła szklankę i wstała.
– Tylko ostrzegam – powiedziała, kiedy szli w stronę parkietu. – Ja naprawdę nie umiem tańczyć.
– To nic – odparł. – Serio. Wystarczy, że nie uciekniesz mi.
Parsknęła śmiechem, trochę wbrew sobie.
– Różnie z tym bywało.
Muzyka właśnie zwolniła. Kamil objął ją pewnie, bez szarpania, bez popędzania. Poprowadził ją kilka pierwszych kroków, spokojnie, jakby dawał jej czas. Początkowo była sztywna. Zbyt świadoma własnych ruchów, zbyt skupiona na tym, żeby czegoś nie zepsuć. Kilka razy zgubiła rytm, raz spóźniła krok, raz zrobiła ruch w drugą stronę.
– Okej, stop. Mówiłam, że to nie ma sensu.
– Spokojnie – odpowiedział. – To tylko taniec.
Nic więcej. Bez żartów, bez komentarzy. Po prostu prowadził ją dalej. Nadal się myliła, ale już coraz rzadziej, a kiedy robiła coś źle, on po prostu to korygował, prawie niezauważalnie.
– Lepiej? – zapytał w końcu.
– Trochę – przyznała.
Tańczyli dalej, w tłumie, w półcieniu, bez rozmów. Parkiet był ciasny, ktoś ich szturchnął ramieniem, ktoś przeszedł zbyt blisko, ale Paulina przestała to zauważać. Zorientowała się, że czuje się w jego ramionach zaskakująco dobrze. Pewnie. Spokojnie.
Jego dłonie trzymały ją stabilnie, dokładnie tam, gdzie trzeba — bez prób obmacywania. Prowadził ją tak, jakby wiedział, że właśnie tego się obawiała. Że taniec mógłby szybko zamienić się w coś nachalnego, niechcianego. Nic takiego się nie wydarzyło. Jego dotyk był obecny, wyraźny, ale neutralny w najlepszym możliwym sensie. Ani za słaby, ani za śmiały.
To ją rozluźniło bardziej niż muzyka. Przestała myśleć o tym, czy robi coś źle. Zamiast tego skupiła się na prostym rytmie, na tym, żeby nadążać za ruchem, który narzucało jej ciało Kamila. Zauważyła, że zaczyna oddychać spokojniej.
Kiedy utwór się kończył, nie cofnął się od razu. Zatrzymał się razem z muzyką.
– No widzisz – powiedział. – Przeżyłaś.
Spojrzała na niego i pokręciła głową.
– Nie wiem, czy to się liczy jako taniec.
– Na dziś wystarczy – odparł po prostu.
Odprowadził ją z powrotem do stolika, jakby to było zupełnie naturalne.
Dopiero wtedy dotarło do niej, że zrobił to zaskakująco szybko. Jeden taniec. Ani próby przedłużenia chwili, ani propozycji kolejnego utworu. Przez moment poczuła lekki niepokój, niemal ukłucie wątpliwości — czy było aż tak źle? Czy coś zrobiła nie tak, nie nadążyła, zepsuła rytm? To uczucie jednak szybko zaczęło mijać. Kamil nie zniknął. Przez resztę wieczoru był blisko — nie przyklejony, ale obecny. Siadał obok, czasem nachylał się, żeby coś powiedzieć, przyniósł kolejne piwo, pytał, czy wszystko w porządku. Nie proponował jednak kolejnego tańca. Ze zdziwieniem odkryła, że czuje lekki niedosyt. Chciałaby jeszcze raz i dziwnie się z tym czuła widząc go na parkiecie w towarzystwie innych.
W klubie robiło się jeszcze głośniej i jeszcze ciaśniej. Muzyka przybierała na sile, rozmowy trzeba było prowadzić krzykiem, a każde przejście między stolikami wymagało przeciskania się przez tłum. Siedziała słuchając kolejnych opowieści, śmiejąc się w odpowiednich momentach, ale czuła, że energia wieczoru zaczyna ją męczyć.
– Wiesz, że to chyba pierwsza impreza, na którą faktycznie przyszłaś? – rzuciła w pewnym momencie Aneta, wyraźnie już rozbawiona.
– Nie drąż już – odpowiedziała Paulina. – Przyszłam. To się liczy.
– Historyczny moment, wypijmy za to.
Paulina tylko pokręciła głową i podniosła szklankę. Chwilę później usiadło kilka osób, które wróciły z parkietu. Ktoś pogratulował jej stypendium, ktoś inny powiedział, że trzyma za nią kciuki i życzy powodzenia w Niemczech. Odpowiadała spokojnie, z dystansem, coraz bardziej czując, że chce już wyjść. Ten dzień był długi. Pełen emocji, rozmów, napięcia. Teraz potrzebowała ciszy.
Narzuciła ramoneskę, zarzuciła pasek torebki na ramię i rozejrzała się po klubie. Szukała Kamila. Zobaczyła go na parkiecie — tańczył z dwiema młodymi dziewczynami, których nie kojarzyła. Wyglądał jak w swoim żywiole, wciągnięty w rytm. Po chwili jednak uniósł wzrok i dostrzegł ją. Zatrzymał się, powiedział coś dziewczynom i ruszył w jej stronę.
Podszedł z wyraźnym zaskoczeniem w oczach.
– Już wychodzisz? – zapytał. – Tak szybko?
– Wracam do domu – odpowiedziała. – Jestem zmęczona. To był długi dzień.
– Rozumiem – powiedział, przyglądając jej się uważnie. – Może cię odprowadzę?
– Nie trzeba – odparła odruchowo. – Dam sobie radę.
– Serio? – uśmiechnął się lekko. – I tak myślałem, żeby się już zbierać.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Oczywiście, obtańcowując te małolaty – skomentowała sucho. – Idealny moment.
Zaśmiał się cicho.
– Naprawdę. Mam już dość hałasu.
Przez chwilę wahała się, ważąc tę propozycję w myślach. W końcu skinęła głową.
– Dobrze, to zbieraj się.
Kiwnął głową, szybko pożegnał się z kimś z roku, rzucił krótkie „na razie” w stronę parkietu. Wyszli razem, zostawiając za sobą pulsujące światła, muzykę i śmiech.
Na zewnątrz było chłodniej i ciszej. Paulina wciągnęła głęboko powietrze, z wyraźną ulgą. Hałas został za drzwiami. Muzyka przycichła, nocne powietrze było chłodne i wyraźne. Przez chwilę stali w milczeniu, jakby oboje potrzebowali tego krótkiego zawieszenia. 
– Masz ochotę przejść się na molo? – zapytał, po czym zerknął na jej nogi. – Tylko… dasz radę w tych zajebistych szpilkach?
Nie odpowiedziała. Zamiast tego podeszła do pobliskiej ławki, usiadła i otworzyła torebkę. Wyjęła z niej klasyczne, krótkie Conversy. Szybko zmieniła obuwie. Szpilki postawiła obok, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
Kamil patrzył na nią z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia. Wstała, wzięła buty do ręki i podała mu je.
– Nieś.
Złapał je odruchowo, obejrzał uważniej, obracając w dłoni.
– Gianvito Rossi – przeczytał powoli. – Pierwszy raz widzę tę markę, ale wyglądają na drogie.
– Bo były – odpowiedziała obojętnie, poprawiając ramoneskę.

Gdy weszli na molo, deski pod stopami zaskrzypiały cicho. Morze było ciemne i spokojne, a wiatr niósł lekki chłód, który porządkował myśli. Kamil nie spieszył się z rozmową.  
Dopiero gdy znaleźli się na końcu, Paulina zatrzymała się i oparła o barierkę. Spojrzała w ciemność, potem na niego.
– To bez sensu – powiedziała nagle.
– Co dokładnie? – zapytał spokojnie.
– To, co próbujesz osiągnąć. – Wzięła oddech. – Zdecydowałam, że jadę na studia do Niemiec. Nie chcę niczego na odległość. A jednorazową przygodą też nie jestem. Cokolwiek by… – urwała, zmieszana, jakby powiedziała o jedno zdanie za dużo.
– Cokolwiek by co?
– Nic – rzuciła szybko. – Takie tam plotki. Zapomnij.
– Jakie plotki? – zapytał, bez nacisku, raczej z ciekawością.
Machnęła ręką, próbując zbyć temat, ale po chwili parsknęła śmiechem.
– Dobra, nieważne. Podobno przeleciałam instruktora narciarskiego w Białce.
– Podobno, czy przeleciałaś?
– Oj no... to było głupie i prymitywne.
Kamil patrzył na nią uważnie.
– Nie jestem tu po to aby cię oceniać. I nie chcę niczego głupiego. Po prostu strasznie mi się podobasz. Jesteś nie tylko piękna, jesteś też mądra i zdolna. To drugie pociąga mnie nawet jeszcze bardziej.
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Szkoda, że dopiero teraz to mówisz. Przez trzy lata jakoś mnie nie zauważałeś.
– Zauważałem – odpowiedział od razu. – Tylko byłem w związku. Od liceum. Dopóki byliśmy razem, nie podrywałem innych dziewczyn. To chyba normalne?
Skinęła głową.
– W porządku. Przepraszam. Oczywiście.
Zapadła krótka cisza. Kamil odchrząknął.
– A ty? Widziałem cię kilka razy z takim chłopakiem, z filozofii chyba?
– To już od roku nieaktualne.
Morze szumiało cicho. Stali obok siebie, nie dotykając się, a jednak bliżej, niż byli jeszcze godzinę wcześniej. Cisza wróciła — ale tym razem była inna. Zawrócili w stronę miasta.
W drodze powrotnej Kamil zaczął mówić więcej. Opowiadał o drobiazgach, o tym, że lubi morze i takie nocne spacery, że rozmowy są lepsze niż hałas klubu, że rzadko spotyka kogoś, z kim można po prostu iść i milczeć. Słowa układały się w coś przyjemnego, miękkiego, jakby próbował oswoić przestrzeń między nimi. Paulina słuchała, ale nie dawała się ponieść.
– To naprawdę nie ma sensu – przerwała w pewnym momencie. – Za niespełna cztery miesiące wyjeżdżam. Nie chcę się w nic angażować, nie teraz.
– Wiem – odpowiedział spokojnie. – Mówiłaś.
– I nie zmienię planów – dodała stanowczo. – To nie jest coś, co da się „zobaczyć, jak wyjdzie”.
– Nie próbuję nic zmieniać. Chcę tylko być tu i teraz. Z tobą. I później też. 
Nie odpowiedziała. Szli dalej. Kiedy przeszli przez tunel i mijali budynek sądu, delikatnie objął ją ramieniem. Przez Paulinę przeszedł lekki dreszcz — znała już to uczucie z parkietu. Ten sam spokój, to samo ciepło. Podobało jej się to. Nie dała jednak nic po sobie poznać. Nie przytuliła się, nie cofnęła. Po prostu pozwoliła temu trwać. Pod blokiem zatrzymała się i odsunęła.
– Naprawdę Kamil – powiedziała, patrząc mu w oczy. – Znajdź sobie jakąś fajną, miłą dziewczynę. Ja nie jestem dobrym wyborem. Skrzywdzę cię, bo nie zostanę. Nie zmienię zdania.
Skinął głową.
– Rozumiem – powiedział. – I dziękuję, że mówisz to wprost.
– To powinno wystarczyć.
– A jednak nie wystarcza – uśmiechnął się lekko. – Jestem tego świadomy. I mimo to chcę cię bliżej poznać.
Westchnęła ciężko.
– Będziesz tego żałował. Nie jestem kobietą, której potrzebujesz.
– Tego akurat nie możesz wiedzieć, nie wiesz jakiej kobiety potrzebuję.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, potem pokręciła głową. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.
– Jesteś strasznie uparty.
– Tak mówią. A ty jesteś piękna i zdolna.
Atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Paulina lekko nastawiła policzek. Kamil pochylił się i pocałował ją krótko, bez pośpiechu. Potem podał jej szpilki.
– Czyli nie powiedziałaś „nie”? 
– Nie powiedziałam też „tak”.
Uśmiechnął się.
Drzwi klatki schodowej zamknęły się za nią cicho, zostawiając go samego pośrodku nocy.

---

Następnego dnia, gdy słońce ledwie przedarło się przez poranne chmury, usiadła przy kuchennym stole z filiżanką kawy i wybrała numer do Manfreda Wirtza. Był jej gospodarzem podczas zeszłorocznego pobytu w Schwerinie. Przez tamten wakacyjny miesiąc zaprzyjaźniła się z nim i jego rodziną do tego stopnia, że utrzymywali w miarę częsty kontakt. Pan Wirtz odebrał niemal od razu.
– Guten Morgen, Paulina! – jego głos był jak zawsze ciepły i serdeczny. – Co za niespodzianka!
Opowiedziała mu wszystko – o wczorajszej uroczystości, o wyróżnieniu, o stypendium i o myśli, by rozpocząć studia magisterskie w Niemczech, na którymś z wydziałów psychologii.
– Ach, mein liebes Mädchen, gratuliere dir von Herzen! – zawołał radośnie. – Jestem z ciebie bardzo dumny! Takie stypendium to wielki zaszczyt i ogromna szansa. Pozwól, że zadzwonię do mojego starego przyjaciela, profesora Wessela, który od lat zajmuje się systemem akademickim. On będzie wiedział najlepiej, gdzie powinnaś pójść. Oddzwonię za godzinę, dobrze?
Podziękowała i rozłączyła się, czując lekkie napięcie w piersi. Nie mogła się doczekać odpowiedzi. Dokładnie po godzinie telefon zadzwonił. Odebrała natychmiast.
– Mam dla ciebie kilka opcji – powiedział wyraźnie podekscytowany. – Słuchałem uważnie profesora, pozwól, że ci zreferuję. Zacznę od Berlina. Uniwersytet Humboldta, czyli Humboldt-Universität zu Berlin, ma jeden z najlepszych wydziałów psychologii w całych Niemczech. Program jest bardzo nowoczesny, z silnym naciskiem na badania empiryczne i psychologię społeczną. Mają świetne kontakty międzynarodowe, wymiany, praktyki, no i Berlin to Berlin. Stolica, pełna życia, możliwości, kultury. Nawet koszty życia, choć wyższe niż w mniejszych miastach, będą do opanowania dzięki twojemu stypendium. A do Schwerina masz tylko nieco ponad godzinę drogi, będziesz mogła wpadać do nas na jakiś dobry obiad.  I do domu też blisko. Druga opcja to Lipsk. Również bardzo dobra uczelnia, jedna z najstarszych w Niemczech, z solidnym wydziałem psychologii. Program nieco bardziej teoretyczny niż w Berlinie, mniej nastawiony na nowoczesne trendy. Miasto spokojniejsze, tańsze do życia, ale też mniej dynamiczne, za to pełne zieleni. Dobre miejsce dla kogoś, kto szuka ciszy i stabilności. Trzecia możliwość to Hamburg. Wysoki poziom nauczania, zwłaszcza w dziedzinie neuropsychologii i psychologii klinicznej. Jednak koszty życia są tam znacznie wyższe niż w Berlinie, a uczelnia jest mniej kameralna. Ostatnia propozycja to  Ludwig-Maximilians-Universität w Monachium. Bardzo prestiżowy uniwersytet, fantastyczna kadra. Tyle że konkurencja jest ogromna, koszty życia ekstremalnie wysokie – naprawdę ekstremalnie – i wymagania wobec studentów bardzo surowe. Profesor Wessel powiedział wprost, że dla kogoś zaczynającego studia w Niemczech, to może być bardzo stresujące.
Zawiesił głos, po czym dodał z łagodnym śmiechem:
– Mój skromny wniosek? Berlin to najlepszy wybór. Blisko domu, blisko nas. Dynamiczne środowisko, doskonała uczelnia i świetne możliwości na przyszłość. Zresztą, to miasto pasuje do ciebie. Jesteś ambitna, otwarta i inteligentna. W Lipsku mogłabyś się nudzić, w Hamburgu zagubić, a w Monachium – zmęczyć wyścigiem szczurów. W Berlinie możesz naprawdę rozkwitnąć. Słuchała w milczeniu, ale w jej sercu kiełkowało poczucie ekscytacji. Berlin. Brzmiało to tak naturalnie, tak pociągająco.
– Dziękuję, panie Wirtz – powiedziała cicho, gdy skończył. – Dziękuję za wszystko.
Wiedziała już, że decyzja zapadła – choć jeszcze nie wypowiedziała jej na głos. Nie zamierzała roztrząsać zbyt długo tej sprawy. Berlin był oczywistym wyborem – najbliżej, najlepsze możliwości, najszybsze połączenie z domem. Zdecydowała niemal od razu, kierując się pragmatyzmem i intuicją. Teraz pozostawało tylko poinformować o wszystkim rodziców.
Zadzwoniła do domu późnym popołudniem. Rozmowę zaczęła spokojnie, niemal rzeczowo, jakby chciała najpierw sama usłyszeć własne słowa na głos. Powiedziała mamie, że podjęła decyzję — że chce kontynuować studia w Berlinie, że to dla niej wielka szansa i że na pewno poradzi sobie.
Przez krótką chwilę po drugiej stronie panowała cisza. Potem mama pogratulowała jej ciepło, bez przesadnego entuzjazmu, ale z wyraźnym wsparciem. Mówiła, że cieszy się z jej wyboru, że Berlin to duże miasto i duża szansa, a ona jest wystarczająco mądra i pracowita, by sobie poradzić. Paulina od razu wyczuła ten dobrze znany ton — opanowany, spokojny, pełen zaufania. Mama nigdy nie próbowała zatrzymywać jej decyzji emocjami.
Po chwili do telefonu podszedł ojciec. Usłyszała charakterystyczne szuranie i jego głos, niezmiennie zwracający się do niej tym samym zdrobnieniem, którego używał od zawsze. Powtórzyła mu swoją wiadomość, dodając, że w Berlinie zamierza studiować psychologię.
Zareagował po krótkiej pauzie. Powiedział, że się cieszy, naprawdę się cieszy — choć Paulina bez trudu wychwyciła w jego głosie nutę smutku i niepokoju. Poczuła lekki ścisk w sercu. Wiedziała, że dla niego to nie jest łatwe. Byli blisko, a ona, mimo dorosłości, wciąż pozostawała w jego oczach małą córeczką.
Starała się więc go uspokoić. Tłumaczyła, że to tylko Berlin — sześć godzin pociągiem albo samochodem, zaledwie godzina samolotem. Mówiła lekko, niemal żartobliwie, żeby zdjąć z tej decyzji ciężar rozstania.
Ojciec przyznał jej rację, westchnął i powiedział, że po prostu tak już jest — dziecko zawsze zostaje dzieckiem. Obiecała, że będzie dzwonić, przyjeżdżać, że oni też mogą ją odwiedzać. Odpowiedział cicho, że trzyma ją za słowo. Kiedy odłożyła telefon, przez dłuższą chwilę siedziała bez ruchu, patrząc przez okno na ciepły, czerwcowy wieczór. Czuła jednocześnie ekscytację, niepokój i ulgę. Decyzja została wypowiedziana na głos, przyjęta i oswojona. Nowy etap był już bardzo blisko.
Wieczorem wysłała jeszcze krótką wiadomość do uczelni w Berlinie, potwierdzając swoją gotowość do podjęcia nauki i prosząc o wskazówki.

---

Rano, podczas ubierania się, usłyszała dzwoniący telefon. Spojrzała na ekran – numer był nieznany, ale zaczynał się od niemieckiego kierunkowego. Odebrała. Głos w słuchawce należał do kobiety, brzmiał ciepło i profesjonalnie.
– Dzień dobry, czy rozmawiam z Panną Pauliną Ritter?
– Tak, przy telefonie – odpowiedziała Paulina.
– Dzwonię z sekretariatu Wydziału Psychologii. Chciałam serdecznie pogratulować zdobycia stypendium rządowego i decyzji o studiowaniu właśnie u nas w Berlinie. To dla nas wielka radość mieć wśród studentów kogoś z takimi osiągnięciami. Poczuła lekkie ukłucie dumy. Kobieta kontynuowała:
– Chciałam także krótko opowiedzieć, jak będą wyglądały studia. Program magisterski z psychologii trwa cztery semestry, czyli dwa lata. Studenci kończą go napisaniem pracy magisterskiej, a wcześniej muszą zaliczyć serię obowiązkowych i fakultatywnych kursów z zakresu psychologii klinicznej, społecznej, rozwojowej oraz metodologii badań. Ponieważ Pani licencjat dotyczył filologii, konieczne będzie uzupełnienie podstaw psychologii. Zaproponujemy Pani indywidualny plan, który obejmuje kilka dodatkowych kursów wyrównawczych w pierwszym semestrze. Nic nadzwyczajnego – wielu studentów z interdyscyplinarnych kierunków rozpoczyna studia w ten sposób. Paulina odetchnęła w duchu. Obawiała się komplikacji, ale wszystko brzmiało rozsądnie.
– Wyślemy do Pani maila z ankietą personalną, którą należy wydrukować, wypełnić ręcznie i odesłać do nas pocztą tradycyjną. To nasza standardowa procedura rekrutacyjna.
Podziękowała serdecznie za rozmowę i odłożyła telefon. Przez chwilę siedziała w ciszy, wsłuchując się we własne myśli, z wyraźnym poczuciem, że coś w jej życiu zaczyna się przesuwać na nowe tory. Berlin przestawał być abstrakcyjnym planem, a stawał się namacalną perspektywą. Czekały ją nowe wyzwania — inne studia, nowi ludzie, zupełnie nowy porządek codzienności. Zamiast lęku czuła jednak spokój. Była gotowa.
Już kilka minut po otrzymaniu maila, nie chcąc tracić ani chwili, otworzyła załączoną ankietę i kliknęła „drukuj”. Odpowiedzi miały być formalnością — jednym z tych drobiazgów, które załatwia się od ręki. Zamiast tego drukarka wydała z siebie niepokojący, metaliczny chrobot. Po sekundzie na panelu zapaliły się kontrolki: jedna pulsująca na czerwono, druga na żółto. Urządzenie zapiszczało jeszcze raz, jakby protestowało, po czym całkowicie odmówiło posłuszeństwa.
– Nie teraz… – mruknęła pod nosem.
Podeszła bliżej, szybciej, niż zamierzała. Otworzyła pokrywę, sprawdziła papier, wyszarpnęła pojemnik z tuszem i włożyła go z powrotem, tym razem mniej delikatnie. Wyłączyła drukarkę, włączyła ponownie. Nic. Lampki nadal migały z uporem, jakby urządzenie robiło jej na złość.
– Verdammter Mist… – zaklęła cicho, automatycznie przechodząc na niemiecki.
Przez krótką chwilę stała nieruchomo, z rękami opartymi o biurko, po czym sięgnęła po telefon. Wybrała numer Dawida.
– Hej, mam problem – zaczęła od razu, szybciej, niż zwykle mówiła. – Muszę pilnie wydrukować dokumenty dla uczelni w Berlinie, a moja drukarka właśnie padła. Dasz radę?
– Jasne Pauli, wyślij mi plik na maila, mamy przecież drukarkę w kancelarii…
– Super, zaraz wysyłam i jadę – przerwała mu.
– Tylko pocze—
Nie dała mu dokończyć. Już wysyłała załącznik na jego służbowy adres, jedną ręką szukając kluczyków. Zarzuciła na siebie lekką kurtkę, chwyciła torebkę i niemal wybiegła z mieszkania.
Fiat stał zaparkowany tuż przed domem. Wsiadła, wrzuciła bieg i ruszyła dynamicznie w stronę Gdańska. Myśli pędziły szybciej niż samochód — lista spraw, terminów, maili do odhaczenia. Droga minęła jej zaskakująco sprawnie; mimo sporego ruchu uniknęła większych korków. Wrzeszcz przywitał ją rzędem odnowionych budynków i przystrzyżonych drzew, ciągnących się wzdłuż ulicy. Kancelaria, w której Dawid pracował jako aplikant adwokacki, mieściła się na pierwszym piętrze solidnej, przedwojennej kamienicy. Zaparkowała tuż przy chodniku, poprawiła torebkę na ramieniu i szybkim krokiem weszła do środka. Stare, drewniane schody skrzypiały pod każdym krokiem; zdarta balustrada nosiła ślady dziesiątek lat codziennego użytkowania.
Zatrzymała się przed masywnymi drzwiami z mosiężną tabliczką: „Kancelaria Adwokacka Sobieski, Markiewicz i Partnerzy”.
Zapukała krótko i weszła, wciąż czując lekkie napięcie w karku. Przywitała ją uśmiechnięta sekretarka w eleganckim, granatowym żakiecie.
– Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc? 
– Przyszłam do mojego brata, Dawida Rittera, jest tu aplikantem – Paulina uśmiechnęła się uprzejmie.
– Pan Dawid ma właśnie spotkanie z klientem. Proszę usiąść, nie potrafię powiedzieć kiedy skończy. 
Skinęła głową i powiedziała, że poczeka. Panował lekki półmrok – ściany wyłożono boazerią, a przyciemnione światło sączyło się z eleganckich kinkietów. Kilka miękkich foteli i sofę w ciemnozielonym kolorze ustawiono wzdłuż ścian, a na stoliku w centrum leżały starannie ułożone czasopisma: „Prawo i Gospodarka”, „Palestra”, „Polityka”.
Usiadła na jednym z foteli. Czuła miękkie podparcie pod plecami i delikatny zapach lawendy, unoszący się w pomieszczeniu. Wzięła do ręki jedną z leżących gazet. Bez większego zainteresowania zaczęła przeglądać strony, zerkając od czasu do czasu w stronę zamkniętych drzwi. Nie wgłębiała się w treść artykułów – jej myśli błądziły już wokół Berlina, nadchodzących studiów i tego, jak bardzo zmieni się jej życie już za kilka miesięcy. Czuła narastające podekscytowanie. Zamknęła gazetę, kładąc ją na kolanach, i lekko przymknęła oczy, próbując wyciszyć myśli. Z zamyślenia wyrwał ją cichy dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś wyszedł z jednego z gabinetów i zatrzymał się na moment, spoglądając w stronę poczekalni. Paulina podniosła wzrok.
Wysoka brunetka patrzyła na nią z wyraźnym zaciekawieniem. Zanim zdążyła jednak zapytać, sekretarka odezwała się spokojnie:
– To siostra Dawida. Czeka na niego.
Brunetka skinęła głową i podeszła bliżej.
– Olga Sobieska – przedstawiła się, podając rękę. – Z tych Sobieskich.
Paulina uścisnęła jej dłoń, a w spojrzeniu pojawił się cień pytania.
– Z tych? 
– Tak. To kancelaria mojego taty.
W kobiecie było coś, co natychmiast przywoływało skojarzenie z brytyjską arystokracją — nie tylko w sposobie mówienia i oszczędnych gestach, ale też w wyglądzie. Ubrana była w dopracowany, biznesowy strój: prostą, idealnie skrojoną marynarkę i dopasowaną spódnicę w stonowanym kolorze. Ciemne, gładkie włosy miała starannie ułożone, odsłaniające jasną cerę i wyraziste rysy twarzy. Jej uroda była posągowa, chłodna, niemal klasyczna — taka, która nie potrzebowała dodatków, by robić wrażenie.
– Miło mi, Paulina – powiedziała.
– Również miło – odpowiedziała Olga, podając teczkę sekretarce. – Dawid jeszcze chwilę będzie zajęty. A może ja mogę ci w czymś pomóc?
– Obawiam się, że nie. Wysłałam mu dokument do wydrukowania. Drukarka w domu odmówiła współpracy.
– Coś pilnego?
– Formularz na uczelnię. Dostałam stypendium.
– Jakie stypendium? – dopytała, z wyraźnym zainteresowaniem.
– Rządu niemieckiego. Dla najlepszych studentów – powiedziała spokojnie, jakby mówiła o czymś zupełnie oczywistym.
Na twarzy Olgi pojawił się cień uśmiechu.
– Rozumiem – skinęła głową. – Bycie czempionami to chyba u was rodzinne.
Paulina uśmiechnęła się niepewnie, trochę zawstydzona tym podsumowaniem.
– Dawidowi może to jeszcze chwilę zająć – ciągnęła, zerkając w stronę korytarza prowadzącego do gabinetów. – Chodź ze mną na kawę. Na dole mają naprawdę dobrą. I najlepszy sernik w tej części miasta.
Paulina zawahała się tylko przez moment, po czym wstała z sofy.
– Chętnie – odpowiedziała.
Gdy sięgała po torebkę, dziewczyna spojrzała na nią uważniej.
– Dawid wspominał, że ma utalentowaną siostrę – powiedziała z lekkim rozbawieniem. – Ale nie wiedziałam, że przy okazji tak ładną. Sorry za bezpośredniość, ale taka już jestem.
Poczuła, jak na ułamek sekundy robi jej się ciepło na policzkach.
– Przesadza – odparła, ale uśmiech zdradzał, że komplement jednak ją ucieszył.
Ruszyły w stronę wyjścia, zostawiając za sobą cichy, uporządkowany świat kancelarii.
– Wracamy za kilkadziesiąt minut – powiedziała do sekretarki, która tylko przytaknęła, pochłonięta przeglądaniem dokumentów.
Zeszły po schodach na parter i wyszły na ulicę. Świeże powietrze czerwcowego dnia owiało ich twarze, niosąc zapach kwitnących kasztanów. Kilkadziesiąt metrów dalej, w parterze jednej z kamienic, znajdowała się niewielka cukiernia. Duże okna, kremowo-pastelowe wnętrze i witryna pełna ciast i tortów nadawały temu miejscu przytulny, niemal domowy charakter. Weszły do środka. Wewnątrz pachniało kawą, świeżym pieczywem i cynamonem. Olga od razu skierowała się do stolika przy oknie.
– Nie mam jeszcze swojego gabinetu – powiedziała z uśmiechem, rozpinając marynarkę i siadając na jednym z wygodnych foteli. – Jeszcze nie. Ale spokojnie, wszystko w swoim czasie. Muszę tylko w końcu skończyć tę pieprzoną aplikację. Jeszcze tylko rok.
Paulina zajęła miejsce naprzeciwko, opierając torebkę o nogę krzesła. Uśmiechnęła się, czując wreszcie, że może na chwilę złapać oddech. Zamówiły kawę i dwie małe porcje ciasta. Pachniało cudownie – kremowy ser, nuta wanilii, odrobina skórki cytrynowej. Jednak apetyt nie przyszedł od razu. Przez chwilę tylko patrzyła na deser, trzymając w dłoni widelec.
Jedz. Chyba nie boisz się, że przytyjesz? Dawid mówił, że biegasz.
–– Tak, biegam. Ale już przestałam trenować w klubie – odpowiedziała cicho, ostrożnie nabierając pierwszy kęs sernika. 
– Zdobyłam nawet srebrny medal na akademickich mistrzostwach polski.
– Srebrny? Gratulacje, brzmi zajebiście.
Paulina uśmiechnęła się krzywo.
– Właśnie w tym rzecz. Złoto wzięła dziewczyna, która, nie powinna była w ogóle startować. Jedna z uczelni sportowych wpisała zawodniczę z kadry na listę studentów. Przyjechała, pobiegła swoje i po sprawie. Nie miałam szans, po dwóch kilometrach widziałam już tylko jej plecy i cellulit na udach.
Olga odsunęła talerzyk i parsknęła cicho.
– No jasne. Zawsze się taka znajdzie. – Pokręciła głową. – To jest po prostu świństwo.  Albo mówiąc wprost: kurestwo. Współczuję ci, na pewno ciężko pracowałaś na to, a ktoś poszedł drogą na skróty tylko po to, żeby do zakurzonej uczelnianej gabloty wsadzić puchar. 
Paulina roześmiała się krótko. Podobało jej się to, że Olga nazywa rzeczy po imieniu.
– Wtedy byłam wściekła i bezsilna – przyznała. – A potem pomyślałam, że może to był znak, żeby zamknąć ten rozdział. Biegać dalej, ale już tylko dla siebie, po lesie albo nad morzem.
– I bardzo dobrze – podsumowała Olga, sięgając po filiżankę. – Rób to co sprawia ci przyjemność.  A srebro… – spojrzała na nią uważnie – … przynajmniej było uczciwe. A co z tym stypendium?  
Paulina wzięła niewielki kęs ciasta. 
– To duża zmiana. Jeszcze niedawno nie planowałam niczego takiego.
– Najważniejsze, że masz odwagę. I że potrafisz wyjść poza to, co znane i bezpieczne. Większość ludzi całe życie siedzi na dupie w jednym miejscu i boi się ruszyć.

Po kawie wróciły na górę. Trafiły idealnie na moment, gdy Dawid odprowadzał klienta do drzwi. Zamienili jeszcze kilka zdań i uścisnęli sobie dłonie.
Mężczyzna odwrócił się i zobaczył siostrę stojącą obok koleżanki. Uśmiechnął się szeroko.
– No proszę – rzucił z rozbawieniem. – Widzę, że babskie konszachty już w toku. Poznałaś moją Pauli.
– Byłyśmy tylko na kawie – odpowiedziała spokojnie.
– Tylko? Jak Cię znam, to kawa była dodatkiem do sernika.
Spojrzał na Paulinę.
– A tobie chciałem powiedzieć, że mam spotkanie – dodał. – Ale nie dałaś mi skończyć.
– Wiem – przyznała. – Przepraszam. Byłam trochę w amoku.
Podał jej wydrukowaną ankietę i pozostałe dokumenty.
– Wszystko gotowe.
– Dziękuję. Naprawdę.
– Nie ma sprawy, Pauli.
Pochyliła się i pocałowała go w policzek. Potem zwróciła się jeszcze do Olgi.
– Dzięki za kawę. I za rozmowę. Fajnie było cię poznać.
– Powodzenia w Berlinie – odpowiedziała Olga.
Skinęła głową i poszła w stronę wyjścia. Opuściła kancelarię i zeszła po schodach, czując w sercu dziwną mieszaninę ekscytacji i niepokoju. Usiadła za kierownicą i zaczęła wypełniać dokumenty. Wpisywała kolejne dane starannie, linijka po linijce, jakby każdy znak przybliżał ją do nowego rozdziału życia. Gdy skończyła, upewniła się, że wszystkie dane są kompletne. Włożyła formularze do koperty. Spojrzała przez szybę na ulicę przed sobą – ciepłe, czerwcowe popołudnie, ludzie niespiesznie spacerujący w słońcu. Włączyła silnik, ostrożnie wyjechała na ulicę i ruszyła w stronę najbliższej poczty. Kiedy wchodziła do urzędu, trzymając w rękach kopertę, czuła, jak serce bije jej szybciej niż zwykle. W okienku podała przesyłkę, patrząc, jak urzędniczka nakleja na niej znaczki i stempluje datę. To była ta chwila. Westchnęła głęboko. Nie było już odwrotu. Gdy wychodziła z urzędu, zatrzymała się na moment na schodkach i spojrzała w niebo. Ciepły wiatr rozwiał jej włosy. Była gotowa.

-----

Trójmiasto, lato 2009

Wracała bez pośpiechu. W mieszkaniu było cicho, jeszcze jasno od popołudniowego słońca. Zsunęła buty przy drzwiach, potem skarpetki, rzucając je niedbale obok. Przeszła boso do salonu i opadła na sofę. Przez chwilę leżała nieruchomo, z rękami splecionymi na brzuchu, patrząc w sufit. Myśli krążyły niespiesznie, jakby nie chciały się jeszcze ułożyć w żadną decyzję. Telefon zabrzęczał nagle, wyrywając ją z tego półsnu. Spojrzała na ekran. Nieznany numer. Usłyszała głos Kamila.
– Skąd masz mój numer? – zapytała od razu, bez przywitania się.
Po drugiej stronie zapadła krótka pauza.
– Źródła nie mogę ujawnić. Ale obiecuję, że było legalne.
Westchnęła cicho.
– No dobrze. Czego chcesz?
– Sprawdzić, co u ciebie – powiedział spokojnie. – I czy nadal nie chcesz mnie widzieć.
– Ostrzegałam cię. Nie jestem kobietą dla ciebie.
– Wiem. Mówiłaś to bardzo wyraźnie.
To ją na moment zbiło z tropu.
– I…? Żadnych wniosków? – dopytała.
– I nic. To przecież nie znaczy, że nie mogę zapytać, czy masz ochotę pójść ze mną do kina.
Uniosła się na łokciu, wyraźnie oburzona.
– Do kina? Naprawdę?
– Tak. Do kina. Tylko i aż – powiedział cierpliwie. – Na film. Siedzi się w ciemnej sali, patrzy w ekran. Tyle. Nie zamierzam się oświadczać ale mogę kupić ci pop corn i colę.
– Brzmi podejrzanie niewinnie.
– Bo takie jest. Niczego więcej ci nie proponuję. Nie wciągnę cię w żadne historie, w każdym razie nie teraz. Po prostu film. Jeśli po nim stwierdzisz, że to był błąd, odwiozę cię do domu i zniknę.
Milczała przez chwilę. Słuchała jego głosu, spokojnego, pozbawionego nacisku. Zorientowała się, że napięcie, z którym odebrała telefon, zaczyna powoli ustępować czemuś innemu. Rozczuleniu. Może nawet cieniowi sympatii.
– Jesteś uparty – powiedziała w końcu.
– Raczej konsekwentny.
Uśmiechnęła się, choć nikt tego nie widział.
– Dobrze – westchnęła. – Kino. Nic więcej.
– Umowa stoi – odpowiedział natychmiast. – Obiecuję. W takim razie kiedy? Weekend?
– Nie – odpowiedziała od razu. – W weekend nie mogę. Mam już inne plany.
– To piątek – podsunął bez zawahania. – Pod wieczór.
– Dobrze. Piątek.
– Przyjadę po ciebie – dodał jeszcze, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
– Nie trzeba – zaprotestowała. – Naprawdę. Kino to nie wyprawa na koniec świata. Mam samochód i dojadę.
– Wiem. Ale i tak przyjadę.
– Kamil no… – zaczęła, już z wyraźnym zniecierpliwieniem. – Umawialiśmy się na film, nie na przejażdżkę.
– Umawialiśmy się na kino – poprawił ją łagodnie. – A kino zaczyna się wtedy, kiedy po ciebie przyjadę. 
Westchnęła. Znała już ten ton: bez nacisku, bez proszenia, ale z nieustępliwą konsekwencją.
– Jesteś niemożliwy – mruknęła.
– Podobno, tak mówią.
Przez chwilę milczała, jakby jeszcze próbowała znaleźć argument, który by go powstrzymał. Nie znalazła.
– Dobrze – powiedziała w końcu. – Przyjedź.
– O osiemnastej – dodał od razu.
– O osiemnastej. I wybierz jakiś fajny, luźny film. Bez dramatów.
– Obiecuję. Coś, przy czym można się pośmiać.
– I nie kombinuj. Łapy cały czas przy sobie – dorzuciła.
– Nawet nie zamierzam.
Rozłączyli się. Odłożyła telefon i przez moment siedziała w ciszy, z lekkim poczuciem kapitulacji i ekscytacji. Zwłaszcza ekscytacji.
---
Piątek od rana był nienaturalnie gorący jak nawet jak na czerwiec. Powietrze stało w miejscu, a słońce nie dawało żadnej ulgi. Paulina od początku dnia czuła lekkie napięcie — nie nerwowe, raczej to ciche, które pojawia się wtedy, gdy coś ma się wydarzyć, choć wciąż udaje się przed sobą, że to drobiazg.
Przed wyjściem wzięła szybki prysznic, a potem długo stała przy otwartym oknie, pozwalając skórze wyschnąć w ciepłym przeciągu. Wybrała krótką, letnią sukienkę — bardzo prostą, jasną, kończącą się wysoko nad kolanami. Była lekka, niemal bezwstydnie wakacyjna, idealna na taki wieczór. Nogi natarła cienką warstwą balsamu; skóra zyskała delikatny połysk, jakby wchłonęła trochę słońca. Na stopy wsunęła sandałki na obcasie — smukłe, z cienkimi paskami oplatającymi kostkę, stabilne, ale wyraźnie podkreślające linię nóg. Do tego niewielka torebka, a na ramię narzucona czarna ramoneska — na wypadek, gdyby wieczorem jakimś cudem zrobiło się chłodniej. Spojrzała w lustro jeszcze raz, poprawki nie były konieczne. Gdy zegar wybił osiemnastą, zeszła na dół. 
Kamil czekał, oparty o Audi TT Cabrio — niskie, sportowe, z otwartym dachem. Lakier miał głęboki, grafitowy kolor, który w ostrym świetle dnia przechodził niemal w czerń. Samochód wyglądał jak wyjęty z  folderu.
Odwrócił się, gdy ją zobaczył. Na moment zamilkł, jakby potrzebował chwili, by zebrać myśli.
– Perfekcyjna... nie tylko punktualność – powiedział w końcu, z tym swoim spokojnym uśmiechem.
– Fajny – przyznała, przeciągając ostatnią sylabę. – Ale uprzedzam: na auto mnie nie poderwiesz. Marne zagranie, serio. 
– Spokojnie. Na samochód w ogóle nie zamierzam – odparł. – To tylko środek transportu. Nic więcej. Poza tym nie mój.
– Jasne, kogo chcesz nabrać... – mruknęła, otwierając drzwi.
Ruszyli. Miasto było wciąż rozgrzane po całym dniu, a powietrze wpadające do wnętrza miało w sobie coś lepkiego, letniego. Kamil zerknął w bok, niby odruchowo, niby mimochodem. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej nogach.
Uda były smukłe, lekko opalone, skóra delikatnie połyskiwała od balsamu. Kolana — kształtne, wyraźnie zarysowane, takie, które przyciągają wzrok, nawet jeśli ktoś udaje, że patrzy gdzie indziej. Sukienka kończyła się wysoko, odsłaniając więcej, niż wypadałoby uznać za zupełnie przypadkowe. Jechali w stronę Gdyni z otwartym dachem, wiatr plątał jej włosy, niósł zapach morza i rozgrzanego asfaltu. Przez chwilę milczeli.
W końcu odezwał się spokojnie, jakby kontynuował myśl, której nie wypowiedział wcześniej.
– To nie jest tak, jak myślisz.
Spojrzała na niego kątem oka.
– A co niby mam na myśli?
Uśmiechnął się krótko, bez rozbawienia.
– Że jestem rozpuszczonym bachorem. Kiepskim studentem, który wszystko ma podane pod nos.
Zawiesił głos na moment, po czym dodał już bez ogródek: – Mam w dupie te studia. Chcę tylko papier i dobrze ogarnąć język. Przemęczę się jeszcze te dwa lata na magisterce i tyle.
Paulina nie odpowiedziała, więc mówił dalej.

– Ta naciągana czwórka z licencjatu? I co z tego. Tak naprawdę od dwóch lat pracuję u taty w firmie. Jest dealerem Audi. Kiedy wy kończyliście zajęcia, uczyliście się albo mieliście czas na swoje rzeczy, ja jechałem do salonu. Normalna robota. Sprzedaż, klienci, papierologia, odpowiedzialność. Wracałem do domu, jechałem na siłownię a potem padałem na ryj.
Przez chwilę słychać było tylko szum wiatru. Paulina nagle położyła dłoń na jego udzie, bez zastanowienia, odruchowo.
– Przepraszam – powiedziała cicho. – Znowu oceniłam cię pochopnie.
Pokręcił głową.
– Nie o to chodzi. Nie chcę współczucia. Lubię tę robotę. To moja pasja. Kocham samochody. – Spojrzał na nią krótko. – Chodzi tylko o to, żeby nie oceniać książki po okładce.
Uśmiechnęła się smutno.
– Wiesz, że robisz dokładnie to samo.
– Ja? – uniósł brwi.
– Wydaje ci się, że jestem grzeczną, miłą dziewczyną, która tylko się uczy i wszystko ma poukładane.
– I pięknie wygląda – wtrącił natychmiast.
Parsknęła śmiechem.
– Właśnie. Zawsze umiesz mnie rozbroić.
Po chwili spoważniała. 
– Ale prawda jest taka, że mam w sobie też coś zupełnie innego. Mroczniejszego. Takiego, co potrafi ranić ludzi. I naprawdę nie chcę skrzywdzić akurat ciebie.
Zwolnił nieznacznie, choć droga była pusta.
– Wiem, że wyjedziesz i serio, podziwiam cię za to. Ale czy naprawdę nie możemy choć na chwilę skupić się na tym, co tu i teraz? Jedziemy do kina. Jest ciepło. Jest dobrze. Czemu nie pozwolić sobie po prostu na ten moment?
Westchnęła ciężko i odchyliła głowę, pozwalając wiatrowi owiać twarz. Przez chwilę milczała, słuchając szumu kół i własnych myśli, które coraz trudniej było utrzymać w ryzach.
– Jesteś wredna – powiedział nagle.
– Słucham? – spojrzała na niego z udawanym zdziwieniem.
– Cały czas robisz wszystko, żeby mnie zniechęcić – ciągnął spokojnie. – Mówisz, że to bez sensu, że wyjeżdżasz, że nic z tego nie będzie. A potem ubierasz się tak, że każdy facet by wymiękł po pięciu minutach.
Uśmiechnęła się niewinnie, jakby naprawdę nie rozumiała, o co mu chodzi.
– Przesadzasz. To zwykła sukienka. Gorąco jest.
– Jasne – parsknął. – Zupełnie przypadkiem taka krótka.
– Nie wiedziałam, że mam aż taki wpływ na męską psychikę – powiedziała z powagą, której nie potrafiła do końca utrzymać.
– Właśnie w tym problem, że doskonale wiesz. Udajesz tę grzeczną dziewczynkę, a z mózgu robisz mi mielonkę.
Odwróciła wzrok w stronę drogi, pozwalając, by na ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech. 

Wieczór naprawdę się udał. Film okazał się lekki, inteligentny, dokładnie taki, jak obiecywał. Paulina śmiała się głośno, bez skrępowania, a Kamil co jakiś czas zerkał na nią z ukosa, jakby bardziej interesowała go jej reakcja niż to, co działo się na ekranie. Kiedy światła się zapaliły, miał wrażenie, że czas minął zbyt szybko.
– Nie kończmy tego jeszcze – zaproponował, gdy wyszli z kina. – Pojedźmy gdzieś.
Nie zaprotestowała. Gdy znów otworzył dach, zarzuciła ramoneskę, a on podał jej bejsbolówkę z logo Audi. Ruszyli przed siebie, bez planu, pozwalając, by droga sama ich poprowadziła. Miasto zostało za nimi, a światła robiły się coraz rzadsze. W Redzie skręcili w stronę Półwyspu.
Zatrzymali się w Rzucewie. Niewielki pomost wychodził cicho w ciemną wodę, a wokół panował spokój, przerywany tylko szumem morza i odległymi dźwiękami wieczora. Usiedli blisko siebie. Rozmawiali długo — o studiach, o wspólnych znajomych, o drobnych, zabawnych sytuacjach z zajęć, które teraz, opowiadane po czasie, brzmiały niemal jak anegdoty z innego życia.
W pewnym momencie Paulina zapytała, niemal mimochodem:
– Dlaczego właściwie rozstałeś się z tą dziewczyną, z którą byłeś tak długo?
Na chwilę zamilkł. W jego twarzy pojawił się cień, którego wcześniej tam nie było.
– Zdradziła mnie – powiedział w końcu. – Z moim dobrym kolegą. Byłym kolegą. Najlepszym...
Nie musiał dodawać nic więcej. Było widać, że to wciąż w nim siedzi. Przysunęła się bliżej, objęła go ramieniem i zaczęła powoli głaskać po karku. 
– Już się z niej wyleczyłem – odezwał się po chwili. – Ale blizna została. Chyba zawsze zostaje.
Spojrzał na nią uważnie.
– A ty? Czemu rozstałaś się z tamtym chłopakiem? Tym z filozofii.
Uśmiechnęła się krótko.
– Bo jestem złą kobietą, a on tego nie udźwignął. Nie rozumiał moich potrzeb. Może nawet nie chciał ich rozumieć. Nie chcę o tym mówić, nie teraz. To trudne.
Zapadła cisza, tym razem inna — cięższa, ale szczera. Nad wodą unosił się chłodniejszy wiatr. Siedzieli jeszcze trochę w milczeniu, aż rozmowa znów zeszła na lżejsze tematy. Kamil zapytał wprost:
– A jakie masz plany na wakacje?
– W niedzielę wyjeżdżam z rodzicami do Chorwacji. Na dwa tygodnie – odpowiedziała. Potem poszukam jakiejś pracy, pewnie tradycyjne wyląduje w jednym z nadmorskich barów. Mam już coś nagrane.
– Z rodzicami? – zdziwił się. – Nie mówiłaś, że jedziesz.
– Bo nie pytałeś – odparła bez wahania. – Poza tym to wyszło dość niespodziewanie. Oni i tak jechali i po prostu mnie zabiorą.
Skinął głową.
– A Mazury, ten wasz rejs z dziewczynami?
– Tym razem płyniemy we wrześniu.
Zamilkł na chwilę, po czym zapytał, jakby rozważał to na głos:
– Myślisz, że jak zapytam Anetę, to zgodzi się, żebym do was dołączył?
– Zawsze możesz zapytać – powiedziała. – Poza tym Aneta ma do ciebie słabość. Na pewno się zgodzi.
– Mam wrażenie, że mnie nie lubi.
– Nieprawda. Jest dokładnie odwrotnie. Chcesz, żebym sama do niej zadzwoniła?
– Nie trzeba – odpowiedział szybko. – Ogarnę to.
– Wierzę w ciebie.

Gdy zatrzymał się pod jej blokiem, zapytał:
– Zobaczymy się po twoim powrocie?
– Pa. Było miło. 
Wysiadła i ruszyła w stronę klatki schodowej, zostawiając go z brakiem odpowiedzi.

Po powrocie do domu była zmęczona. Zrzuciła ubranie, wzięła szybki prysznic i niemal od razu położyła się do łóżka. Telefon zawibrował w chwili, gdy gasiła światło.

Dziękuję za wieczór. Jesteś zajebistą dziewczyną.

Przeczytała wiadomość raz, potem drugi. Odłożyła telefon ekranem do dołu. Nie odpisała.

---

Następnego ranka upał nie odpuszczał ani na chwilę. Powietrze było ciężkie już od wczesnych godzin. Ubrała krótkie dżinsowe spodenki, prosty top na ramiączkach i klapki. Spakowała się bez pośpiechu, jakby wszystko było już ustalone od dawna.

Andrzej był po nią punktualnie o dwunastej. Droga na wieś zajęła im niecałe półtorej godziny. Rozmawiali niewiele; w samochodzie panował ten szczególny spokój, który pojawia się między ludźmi dobrze znającymi swoje role. Gdy dotarli na miejsce i rozpakowali rzeczy, Paulina podeszła do niego bez słowa. Andrzej spojrzał na nią uważnie.
– Twój uśmiech… – powiedział cicho. – Zawsze powoduje u mnie dreszcz.
– To dobrze, tak ma być. Zawsze.
Pochyliła się i wyszeptała mu do ucha jedno krótkie polecenie. Skinął głową i zaczął rozbierać się, 
Kiedy był gotów, Paulina sięgnęła po obrożę i smycz. Przez chwilę patrzyła w milczeniu, po czym powiedziała cicho:
– Chodź, piesku. Pójdziemy na mały spacer.
Chwyciła szpicrutę i ruszyli w głąb ogrodu, w skwarne, nieruchome popołudnie, w którym wszystko zdawało się podporządkowane jednemu rytmowi: jej krokom i jego posłuszeństwu.
Szli powoli. Paulina wyprostowana, spokojna. Głowę miała uniesioną, ramiona rozluźnione. Smycz trzymała luźno, ale wystarczało jedno krótkie szarpnięcie, by przypomnieć o jej obecności.
Andrzej poruszał się na czworakach, ostrożnie, z napięciem w barkach i szyi. Trawa uginała się pod jego dłońmi, ostre źdźbła wbijały w kolana. Musiał pilnować tempa — ani za szybko, ani za wolno. Zatrzymała się nagle. Postawiła stopę, wyprostowała nogę i lekko dotknęła szpicrutą linii swojego kolana.
– To jest twój punkt odniesienia – powiedziała spokojnie. – Nie wolno ci ani zostać z tyłu, ani wyprzedzić. Masz być dokładnie tu.
Przesunęła szpicrutę jeszcze raz i uderzyła go w pośladek. Skinął głową, nie podnosząc wzroku. 
Co kilka kroków szarpała smyczą — krótko, ostrzegawczo. Sprawdzała go. Gdy znalazł się odrobinę za bardzo z przodu, uderzenie spadło natychmiast. Gdy został pół kroku z tyłu — kolejne. Szybkie, suche, bez komentarza.
Z czasem napięcie w jego ruchach stało się bardziej widoczne. Starał się idealnie dopasować, obserwował jej nogę kątem oka. Każdy błąd był karany od razu, jednym lub kilkoma uderzeniami, a potem szła dalej, jakby nic się nie działo. Czasem tylko zerkała w dół, sprawdzając odległość. Szpicruta poruszała się leniwie w jej dłoni, cały czas gotowa do użycia. Smycz naprężała się i luzowała w równym rytmie ich marszu.
– Pilnuj się! – rzuciła krótko, gdy znów się pomylił.
Uderzenia spadły jedno po drugim. Andrzej zacisnął zęby, poprawił pozycję i wrócił dokładnie tam, gdzie kazała. Dłonie wbił mocniej w ziemię, plecy wyprostował na tyle, na ile potrafił. Tym razem udało mu się utrzymać linię przez kilka dłuższych kroków, jednak ani razu nie pochwaliła go choćby słowem.
Odważył się zerknąć w górę tylko na moment. Wystarczyło. Szła wyprostowana, lekka, swobodna. Wyglądała jak młoda dziewczyna na letnim spacerze — roześmiana, pełna energii. Jej nogi poruszały się miękko, sprężyście; smukłe, zgrabne, opalone. Klapki uderzały cicho o kamienie ścieżki, odsłaniając piękne stopy — czyste, zadbane, jakby zupełnie nie należały do tej samej rzeczywistości co on.
Top odsłaniał jej brzuch, lekko umięśniony, napięty przy każdym kroku. Ramiona miała wysportowane, silne, a jednocześnie kobiece. W słońcu wyglądała świeżo, niemal beztrosko. Uśmiechała się — szeroko, naturalnie — jakby wszystko było tylko zabawą.
Ten obraz uderzył go mocniej niż szpicruta.
Bo on był jej przeciwieństwem. Umęczony, nagi, na czworakach. Kolana piekły od kontaktu z ziemią, dłonie miał brudne, śliskie od potu i trawy. 
Jej głos, gdy wydawała polecenia, był ostry, krótki. Bez ciepła. Uderzenia szpicrutą bolały, a ciało reagowało na nie natychmiast. Ale mimo zmęczenia, mimo bólu, mimo upokorzenia, w środku czuł coś, czego nie potrafił nazwać inaczej niż spokojem. Był szczęśliwy. Bo każdy jej śmiech, każdy błysk w jej oczach, każde klaśnięcie w dłonie było dowodem, że robi to dla niej. Że spełnia swoją rolę. Że jeśli będzie wystarczająco uważny, wystarczająco posłuszny, zobaczy znów ten uśmiech na jej pięknej buzi. Zatrzymała się przy ścieżce, schyliła, podniosła patyk i rzuciła go przed siebie.
– Przynieś.
Zareagował natychmiast. Pobiegł szybciej, niż powinien. Gdy wrócił, patyk wypadł mu z ust u jej stóp. Roześmiała się głośno, dziewczęco, klaszcząc w dłonie. Rzuciła znowu. Dalej. 
Biegał, schylał się, wracał. Oddech stawał się coraz cięższy, plecy mokre od potu, ramiona drżały. A ona cały czas się śmiała — lekko, szczerze — jakby ten ogród był tylko miejscem zabawy, a on jej najwierniejszym psem.
Kiedy zwolnił, nie powiedziała nic. Po prostu uderzyła. Krótko, ostro. Szpicruta smagnęła skórę, zostawiając piekący ślad. Krzyknął z bólu, ale pobiegł dalej. Kolejny rzut, kolejny aport. Teraz już częściej czuł uderzenia. Każde było bolesne, precyzyjne. W końcu zatrzymała go ruchem dłoni.
– Dosyć.
Stał przed nią, z pochyloną głową, dysząc ciężko. 
W ustach wciąż trzymał patyk, oblepiony ziemią, ciężki, niewygodny. Ślina spływała mu po brodzie, ale nie myślał o tym. Myślał tylko o niej i o tym aby jak najlepiej wykonywać jej polecenia. Sięgnęła po wąż ogrodowy. Odkręciła kran, strumień uderzył go w tors. Lodowata woda odebrała mu na moment powietrze, przeszyła ciało jak igły. Cofnął się odruchowo.
– Nie ruszaj się.
Wrócił na miejsce natychmiast. Stał sztywno, gdy woda spływała po nim, po śladach uderzeń, po napiętych mięśniach. Zimno mieszało się z pieczeniem, pot z wodą. Polewała go chwilę, bez pośpiechu. Zakręciła zawór. Podeszła i przypięła mu do sutków metalowe krokodylki do zasłon. Andrzej syknął cicho. Stał nieruchomo, z zaciśniętą szczęką, ramiona miał napięte do granic. Każdy najmniejszy ruch ciała powodował ból.
Cofnęła się o kilka kroków. Wzięła bat. Sprawdziła go krótkim ruchem w powietrzu.
– Woda. Szklanka. Cytryna.
Nie dopytywał. Pobiegł natychmiast, każdy krok powodował szarpnięcia zacisków. Gdy wrócił, podał jej szklankę obiema rękami. Nie wzięła jej. Spojrzała na naczynie, potem na niego.
– Klęknij.
Kolana dotknęły chłodnych kamieni. Kazała mu wyciągnąć dłonie przed siebie. Posłuchał. Szklanka drżała lekko, ale trzymał ją pewnie. Obeszła go powoli. Zatrzymała się przed nim.
– Będę chciała się napić – powiedziała spokojnie. – Ale nie teraz.
Pauza była celowa. Ciężka.
– Jeśli wylejesz choć jedną kroplę to pożałujesz.
Klęczał, z wyciągniętymi rękami, skupiony wyłącznie na ciężarze szklanki i własnym oddechu. Każde drżenie mięśni było zdradą, każdy skurcz ciała — ryzykiem.
Cofnęła się o kilka kroków. Świst był cichy, ale wyraźny. Pierwsze uderzenie przyszło nagle. Wciągnął gwałtownie powietrze; plecy napięły się, ale dłonie pozostały nieruchome. Woda w szklance zadrżała, lecz nie uronił ani kropli.
Drugie uderzenie było wolniejsze, dokładniejsze. Trzecie — szybkie i podstępne. Każde z nich wymagało od niego pełnej kontroli nad własnym ciałem. Zęby miał zaciśnięte, ramiona drżały, ale ręce trwały w tej samej pozycji.
Obserwowała go uważnie. Nie mówiła nic. Wystarczało jej to napięcie, ten bezruch, ta walka, którą prowadził sam ze sobą — tylko po to, by spełnić jedno, proste polecenie. Szklanka pozostawała pełna.
Każde kolejne uderzenie było boleśniejsze od poprzedniego. Ból nie przychodził już falą, tylko zostawał — osiadał w ciele, rozlewał się szerzej, wdzierał pod skórę. Andrzej czuł, jak bat czasem owija się zdradliwie, trafiając tam, gdzie nie był gotów; jakby sam wybierał sobie drogę, zostawiając po sobie ostre, piekące linie. Oddech rwał się, plecy napinały, żebra protestowały przy każdym wdechu.
Szklanka w jego dłoniach zaczęła ważyć więcej niż powinna. Palce drżały coraz mocniej. Mięśnie przedramion paliły, ramiona sztywniały, a on skupiał się już tylko na jednym: utrzymać. Nie dopuścić do drgnięcia. Nie pozwolić, by woda poruszyła się choćby o milimetr.
Paulina zrobiła przerwę. Oddychał płytko, ostrożnie, bo każdy głębszy wdech rozciągał ból w klatce piersiowej. Czuł pot spływający po skroniach, czuł, jak kolana wbijają się w kamienie.
Podeszła. Bez pośpiechu wzięła szklankę z jego dłoni. Uniosła ją, upiła niewielki łyk, jakby sprawdzała smak, jakby to był zwykły letni napój. Potem oddała mu ją z powrotem.
– Trzymaj.
Znów wyciągnął ręce. Tym razem było trudniej. Mięśnie miały już dość, ciało było zmęczone i obolałe, a jednak posłuchał. Bat znów przeciął powietrze.
Każde uderzenie przyjmował jak próbę — sprawdzian, czy potrafi. Woda w szklance drżała coraz bardziej, a on walczył z własnym ciałem. Wiedział, że jest na granicy. Wiedział też, że musi wytrzymać. I wtedy zobaczył jej uśmiech.
Nie szeroki, nie głośny — krótki, cichy, skierowany tylko do niego. Stała przed nim piękna, spokojna, pewna siebie. Ten obraz trzymał go w całości. Dawał sens temu wysiłkowi, temu bólowi, temu skupieniu do granic.
Bat spadał dalej. Andrzej trwał. Szklanka pozostała w jego dłoniach. Wiedział, że dopóki widzi jej twarz, dopóty wytrzyma jeszcze jedno uderzenie. I jeszcze jedno.
Stała spokojnie, z lekko rozstawionymi stopami. Bat pewnie leżał w jej dłoni; nadgarstek pracował miękko, niemal bez wysiłku. Nie musiała się spieszyć. Miała czas. Dużo czasu.
Z każdym uderzeniem obserwowała zmiany — drobne, niemal niedostrzegalne. Sposób, w jaki wstrzymywał oddech. Jak jego ramiona twardniały, zanim jeszcze ból zdążył się w nim ułożyć. Jak ciało próbowało uciec, a zaraz potem wracało na miejsce, posłuszne woli silniejszej niż odruch.
To napięcie przechodziło na nią. Nie gwałtownie. Raczej jak ciepło, które narasta powoli, od środka. Czuła je pod skórą, w karku, w dłoniach. Na policzkach pojawił się rumieniec — suchy, wyraźny, nie do pomylenia z niczym innym. Oddychała głębiej, uważniej. Uderzyła mocniej.
Bat nie zawsze trafiał czysto. Czasem zawijał się, zmieniał tor, zostawiając po sobie czerwony ślad. Widziała, jak Andrzej reaguje — jak walczy, by utrzymać pozycję, jak skupia się na ciężarze szklanki, jakby od tego zależało wszystko. To było dokładnie to, czego chciała.
Zatrzymała się na moment. Nie po to, by mu ulżyć. Raczej po to, by spojrzeć. By zapamiętać. Klęczącego, napiętego, trwającego na granicy. Obraz był pełny, domknięty. Znów uniosła rękę. Było w tym coś pierwotnego, ale nie dzikiego. Raczej uporządkowanego. Naturalnego. Jakby dokładnie ten układ — ona stojąca, on klęczący — był jedynym, który w tej chwili miał sens.
– Boli? – zapytała nagle.
Uniósł wzrok na tyle, na ile się odważył. Oddech miał nierówny.
– Tak.
Nie dodał nic więcej. 
Paulina roześmiała się, jakby dokładnie na taką odpowiedź czekała.
– Właśnie to chciałam usłyszeć.
Sięgnęła po szklankę, napiła się powoli. Oddała mu ją z powrotem, wskazując miejsce. Zmieniła bat. Ten był krótszy ale cięższy. Uderzała nim inaczej — z góry na dół, pozwalając końcówce zostawiać długie cięcia na skórze. Ruchy były szybkie, oszczędne. Andrzej zaciskał zęby, wciąż skupiając się na jednym: nie upuścić szklanki. 
Kiedy skończyła, cisza opadła nagle, jak zasłona. Wzięła od niego wodę. 
– Połóż się – powiedziała.
Kamienna posadzka patio była chłodna. Położył się na brzuchu, uważając na klamry na sutkach, oddychając głęboko, pozwalając, by zimno kamienia powoli wchłaniało resztki napięcia. Ramiona opadły ciężko, dłonie rozluźniły się wreszcie bez wysiłku.
Wysunęła stopę z klapka i przesunęła po jego plecach. Była chłodna i gładka, zatrzymała ją na moment, jakby sprawdzała temperaturę.
– Ciepłe – powiedziała.
Dla niego ten chłód był czymś więcej niż ulgą. Był nagrodą. Świadomość, że to właśnie jej stopa dotyka jego pleców, wypełniała go spokojem, jakiego nie znał z żadnego innego doświadczenia. Oddychał wolniej, głębiej, pozwalając, by dotyk rozchodził się po nim, łagodząc ból, zbierając go z powrotem w całość.
Paulina przesuwała ją dalej — wzdłuż kręgosłupa, na boki, niżej, wyżej — zatrzymując się tam, gdzie skóra była najbardziej wrażliwa. Komentowała krótko, rzeczowo, jak ktoś oglądający efekt własnej pracy.
– Jest sporo śladów – zauważyła. – Ładnie się układają.
Przesunęła stopę jeszcze raz, wolniej.
– Piękny widok.
Zamknął oczy. Każdy ruch był dla niego potwierdzeniem: że został zauważony, że to, co zrobił, miało sens. Czuł chłód jej skóry, gładkość i wiedział, że właśnie w tej chwili niczego więcej nie potrzebuje.
Leżał nieruchomo, oddychając równo, z tą cichą, głęboką pewnością, że kolejny raz nie zawiódł. Że jego pani jest zadowolona.
A ona stała nad nim — spokojna, pewna siebie — piękna w tej ciszy, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa.
Zabrała stopę zostawiając po sobie chłód i pustkę.
– Pocałuj  – poleciła.
Posłuchał natychmiast. Leżał nieruchomo, czując kamień pod ciałem i własny oddech, który znów przyspieszył. Stanęła przed nim. Przez chwilę nic się nie działo. Potem zrobił ruch, instynktowny, niemal nieświadomy — przesunął się bliżej, jakby chciał dosięgnąć jej stopy.
Cofnęła się. Zmusiła go do wysiłku, do powolnego czołgania się po kamieniach, centymetr po centymetrze. Nie spieszyła się. Patrzyła. Dopiero po chwili zatrzymała się i pozwoliła mu zbliżyć się na tyle, na ile uznała za stosowne.
Miała na sobie lekkie, eleganckie klapki — cienkie paski układały się na stopach z prostą, wyrafinowaną precyzją. Paznokcie błyszczały głęboką czerwienią. Pozwoliła mu przez chwilę podziwiać. Dotknął ich ostrożnie, z szacunkiem, jakby bał się, że zaraz je zabierze. Szeptem wypowiedział słowo wdzięczności, ledwie słyszalne, ale szczere. Dla niego to wystarczało.
– Dobrze – powiedziała krótko.
Kazała mu uklęknąć. Usiadła w ogrodowym fotelu, swobodnie, z naturalną pewnością kogoś, kto jest dokładnie tam, gdzie powinien być. Spojrzała na niego z góry.
Rzuciła klucz. Upadł na kamień z suchym dźwiękiem. Zerknęła demonstracyjnie na zegarek.
– Masz minutę – powiedziała spokojnie. – Jeśli nie zdążysz, klatka wraca na miejsce.
Andrzej zesztywniał. Serce uderzyło mu szybciej, oddech stał się płytki, niespokojny. Czas nagle przestał być abstrakcyjny — miał wagę, tempo, nacisk. Palce drżały, gdy próbował je opanować. Myśli rwały się, przeszkadzały zamiast pomagać. Każdy ruch wydawał się za wolny, każdy błąd groził powrotem do punktu wyjścia.
Spojrzał na nią tylko raz. Siedziała, obserwując go z szyderczym uśmiechem. To go denerwowało najbardziej.
Gubił rytm, zaczynał od nowa. Pot na skroniach, napięcie w karku, sztywność ramion. Walczył z własnym ciałem, które reagowało tym gorzej im bardziej się spieszył. Sekundy uciekały.
– Szybciej, zostało piętnaście sekund – rzuciła krótko.
To go zebrało. Skupił się, zmusił ciało do posłuszeństwa, odciął wszystko. Ostatnie chwile były chaotyczne, niemal desperackie, ale wystarczyło. Wytrysnął na swoją dłoń, chciał wykonać jeszcze kilka ruchów ale uderzyła go szpicrutą. Zatrzymał się. Podniósł wzrok.
Parsknęła śmiechem. Najpierw cicho, potem głośniej, szczerze, nie kryjąc rozbawienia.
– No proszę – powiedziała. – Jednak potrafisz. Obliż teraz rękę.
Zawahał się tylko przez ułamek sekundy. Czuł na dłoni lepką ciecz. To było dla niego  upokarzające. Wykonał jednak polecenie, z poczuciem, że właśnie o to jej chodziło — o złamanie w nim resztki oporu.
Patrzyła na niego jeszcze chwilę. Rozbawienie powoli gasło, ustępowało spokojowi. Kiedy odezwała się znów, jej głos był już rzeczowy.
– Dobrze. Wystarczy.
Został tak, nieruchomy, z pytaniem w oczach. Nie musiał go wypowiadać. Uśmiechnęła się krótko.
– Już – powiedziała. – Możesz iść. Wykąp się i ubierz.
Podeszła bliżej i sprawnie zdjęła metalowe klamry. Dotyk był krótki, pozbawiony jakiejkolwiek czułości. Poczuł ból, gdy krew z powrotem napłynęła do sutków. 
Poszedł do łazienki. Spojrzał w lustro — plecy, pośladki, boki — gęsta mapa śladów, czerwonych i ciemniejszych, układających się w nieregularne linie. Stał przez chwilę w ciszy, oddychając spokojniej.
Wrócił po chwili. Zatrzymał się przed swoją panią, jakby czekał na znak. Spojrzała na niego krótko, rzeczowo, i założyła mu chastity. Pochylił się i pocałował jej dłoń.
– Jesteś niesamowita – powiedział cicho. – Potrafisz mną tak kierować, doprowadzać mnie dokładnie tam, gdzie chcesz. Sprawiasz, że balansuję na granicy i jeszcze dziękuję za to.
Paulina uśmiechnęła się lekko.
– To ja dziękuję – odpowiedziała spokojnie. – Jestem szczęśliwa dzięki tobie.
– Twoje szczęście bierze się z mojego cierpienia. To… absurdalne. I niewyobrażalne, że tak piękna kobieta potrafi być aż tak okrutna.
– To nie ma nic wspólnego z urodą – powiedziała. – Uroda jest tu tylko narzędziem. Przyznam, że bardzo przydatnym. Ale to co robię wynika z mojej natury, z tego, że widzę, gdzie jesteś słaby i że ty sam chcesz, żebym tam sięgnęła.
Zamilkł na chwilę i jeszcze raz pocałował jej dłoń. Zapytał, czy pójdą się przejść. Zgodziła się. Wyszli w stronę lasu. Droga była spokojna, miękka od igliwia. Potem jezioro — gładkie, ciche. Szli obok siebie, rozmawiając już inaczej, wolniej. Wracali do tego, co się wydarzyło, bez pośpiechu, z dystansem, który pojawia się dopiero po fakcie. Kiedy wrócili do domku, zapytał, czy zostanie na noc.
– Nie – odpowiedziała bez wahania. – Odwieź mnie do domu. Jutro rano wyjeżdżam z rodzicami na wakacje, muszę jeszcze ogarnąć kilka rzeczy.
Po drodze zatrzymali się jeszcze na późny obiad w jednej z kaszubskich karczm przy szosie. Jedli w ciszy, spokojnie, jak ludzie wracający z długiej podróży.

Po powrocie do domu wzięła prysznic. Potem zaczęła się pakować — lekkie ubrania, rzeczy na wyjazd. Chorwacja. Słońce. Wakacje.
Wyjazd okazał się zaskakująco udany. Pojechali daleko na południe, aż do Dalmacji, bez pośpiechu, dzieląc trasę na etapy. Paulina prowadziła na zmianę z tatą i ku własnemu zdziwieniu nie usłyszała ani jednej uwagi. W końcu sama zapytała, czy to zasługa mamy, która prosiła ojca aby nie denerwował jej częstymi radami odnośnie jej sposobu jazdy.
– Nie – odpowiedział wtedy spokojnie. – Po prostu dobrze prowadzisz. Pewnie i bezpiecznie, a my nigdzie nie spieszymy się.
To wystarczyło. Dwa tygodnie minęły im na zwiedzaniu miasteczek nad Adriatykiem, długich obiadach w małych konobach, gdzie czas płynął wolniej, i leniwych popołudniach na plaży. Było słońce, poranne biegi i ciepłe wieczory, rozmowy bez pośpiechu i to przyjemne poczucie, że nic nie trzeba. Odpoczęła. 
---



Rozdział XXIV -  Przed zachodem Słońca

Trójmiasto, lato 2009

Wróciła wypoczęta. Skórę miała ciemniejszą, jeszcze ciepłą, włosy rozjaśnione słońcem i czasem spędzonym nad wodą. 
W mieszkaniu najpierw otworzyła okna. Powietrze było inne niż tam, cięższe, miejskie, ale znajome. Walizkę postawiła na środku pokoju i otworzyła bez pośpiechu. Rzeczy trafiały do prania jedna po drugiej: lekkie sukienki, kostium kąpielowy, lniana koszula, którą nosiła częściej, niż planowała. Zapach chorwackiego upału mieszał się z proszkiem do prania, kiedy wsypywała go do szufladki pralki.
Prysznic zostawiła na później. Najpierw wyszła po zakupy — krótko, konkretnie. Świeże warzywa, jogurt, cytryny, oliwa. Chleb. W sklepie poruszała się spokojnie, jak ktoś, kto nie musi się zastanawiać, czy zdąży. Wracała wolnym krokiem, torba ciążyła przyjemnie.
Dopiero wtedy wzięła długi prysznic, zmywając z siebie resztki drogi. 
Andrzej przyjechał następnego dnia.
Wiedzieli, że nie mają wiele czasu. Nazajutrz miał wypłynąć w rejs na Grenlandię — miesiąc na wodzie, z dala od wszystkiego, co ich łączyło. Namawiał ją jeszcze wiosną, snuł wizje ciszy, pokładu o świcie, białych nocy, gór lodowych. W końcu ucięła to jednym, stanowczym: „nie tym razem”, bez tłumaczeń. Potem już do tego nie wracał.
Stał teraz przed nią napięty, jakby jego ciało pamiętało wszystko bardziej niż on sam. Podeszła bliżej, przyjrzała mu się uważnie, odnotowując detale, które dla niej miały znaczenie. 
Zdjęła mu klatkę. To była ulga niemal fizyczna. Osunął się na kolana, ciężko oddychając, jak po długim biegu. Na jego skórze wciąż widniały ślady ich poprzedniego spotkania. Zauważyła je ale nie skomentowała.  Spojrzała na niego z lekkim, zaczepnym uśmiechem.
– Chcesz to zrobić tu, przy mnie?
Potwierdził. Kazała mu uklęknąć, tak blisko, by mógł poczuć jej obecność, ciepło skóry. Nie dotykała go. Nie musiała. Patrzyła, jak napięcie w nim szuka ujścia, jak walczy z własnym oddechem, z resztką kontroli. Jego penis natychmiast nabrzmiał. Zaczął go pocierać. Przyglądała się temu z zaciekawieniem. Doszedł bardzo szybko, szybciej niż spodziewałby się. Wystarczyło, że spojrzał na nią, poczuł jej zapach. Gdy skończył podniósł głowę i uśmiechnął się krzywo. Kazała mu oblizać dłoń, kolejny raz. Nienawidził tego, jeśli cokolwiek go upokarzało, to właśnie to. Sperma była słona. Wskazała mu palcem na podłogę.
– Jeszcze tu, dokładnie. 
Nachylił się i zaczął lizać podłogę. Kiedy skończył spojrzał na nią i podziękował. Obdarzyła go uroczym uśmiechem. 
– Ty naprawdę potrafisz… – zaczął, szukając słów. – Doprowadzić mnie dokładnie tam, gdzie chcesz. Sprawić, że balansuję na krawędzi i jeszcze mam wrażenie, że to przywilej.
– Bo nim jest – odpowiedziała spokojnie. – Dla ciebie to przywilej.
Andrzej podniósł wzrok.
– Jesteś mistrzynią – powiedział wprost. – Pytam serio… wcześniej na pewno tego nie robiłaś?
Paulina spojrzała na niego spokojnie.
– Nie. Tylko to co kiedyś z Adamem.
– Tym od kabla? – dopytał.
Skinęła głową.
– Tak. Tym. Ale w porównaniu z tobą to były niewinne igraszki.
Uśmiechnął się krótko, bardziej z niedowierzaniem niż dumą.
– Jesteś niesamowita. Jedyna w swoim rodzaju. Kiedy jestem na kolanach przy tobie wszystko jest na swoim miejscu. Jakby tak właśnie miało być.
– Bo jest. To jest twoje miejsce.
Zawiesiła głos na ułamek sekundy.
– Jesteś moim poddanym. Moim niewolnikiem. Nigdy tego nie zapomnij.
Spuścił wzrok.
– Nie zapomnę. Nie potrafiłbym.

Wieczorem, gdy wychodził, życzyła my bezpiecznego rejsu, prosiła aby odzywał się czasem i przesyłał jakieś zdjęcia. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, sięgnęła po telefon. 
Jestem.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Kamil pytał, czy może przyjechać.
Uśmiechnęła się i odpisała:
Nie tak szybko. Jutro po południu. Rano mam sprawy zawodowe do dopięcia.
Odłożyła telefon nie sprawdzając czy coś odpisał.
---
Było gorąco, duszno, jedno z tych popołudni, kiedy ciało samo domaga się prostoty. Wciągnęła krótkie, jasne szorty i cienki top na ramiączkach, który odsłaniał ramiona i fragment brzucha. Nic wymyślnego, a jednak w lustrze trudno było nie zauważyć, jak dobrze to na niej leży.
Skóra wyglądała zdrowo, gładko, włosy rozświetlone naturalnie i rozpuszczone. Włożyła klapki, przypięła małe kolczyki, wrzuciła do torby telefon i klucze.
To nie był strój, którym chciała zrobić dziś wrażenie. Nie miała na to nastroju, a mimo tego  i tak je robiła.
Kamil czekał przed domem. Gdy wyszła, od razu uniósł wzrok i uśmiechnął się szerzej, niż planował.
– Pięknie wyglądasz – powiedział bez namysłu. – Wakacje ci służą. Jak było? Wyglądasz kwitnąco. 
Wzruszyła ramionami, jakby to było coś oczywistego.
– W porządku...
Przez chwilę rozmawiali o drobiazgach: o drodze, o pogodzie, o tłumach turystów,  którzy w tym sezonie postanowili zrobić najazd na Trójmiasto. Kamil zerkał na nią co jakiś czas i coraz wyraźniej widział, że coś się nie składa. Paulina odpowiadała rzeczowo, ale krótko. Jakby myślami była gdzie indziej.
– Coś się stało? Jak dzisiejsza rozmowa?– zapytał w końcu.
Milczała chwilę, patrząc przez okno.
– Z tą pracą nie wyszło – powiedziała wreszcie. – Nie tak się umawiałam. Właściciel baru nagle zmienił warunki. Chciał płacić mniej, a połowę napiwków miałam oddawać. Po prostu wyszłam. Trudno. Poszukam czegoś innego.
Kamil nie odpowiedział od razu. Zwolnił lekko, jakby potrzebował chwili na myślenie.
– A to chujek. Mam pewien pomysł, ale proszę, nie przerywaj mi.
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Recepcjonistka u nas w salonie poszła na zwolnienie lekarskie. Na dłużej, wiadomo o co chodzi. Szukamy kogoś na zastępstwo, na już. Może ty byś chciała?
Zmarszczyła brwi.
– Ja? W warsztacie? Co ja miałabym tam robić?
– Normalne rzeczy i nie w warsztacie a salonie – odpowiedział spokojnie. – Umawianie wizyt, kontakt z klientami, ogarnianie dokumentów, wydawanie kluczyków, wprowadzanie danych do systemu, pilnowanie terminów. A jak będzie trzeba to nawet przyjmowanie samochodów na serwis. Nic skomplikowanego. Nauczymy cię.
Nie wyglądała na przekonaną.
– To zupełnie nie moja bajka.
– Wiem – powiedział łagodnie. – Ale to przecież tymczasowe. Umowa na zastępstwo. Bez zobowiązań. A jeśli o to ci chodzi… możemy udawać, że się nie znamy. W pracy.
Spojrzała na niego uważnie. Przez moment ważyła to w myślach, kręcąc palcami pasek torby.
– Nie jestem aż tak dziwna, żeby udawać, że cię nie znam – powiedziała w końcu, uśmiechając się.
Kamil też się uśmiechnął. Popatrzyła przed siebie, potem znów na niego.
– Dobrze – powiedziała powoli. – Zgadzam się. Ale mam jeden warunek.
– Jaki? 
– Nauczysz mnie tańczyć.
Zaśmiał się krótko, zaskoczony.
– Tylko tyle?
– Tylko tyle – potwierdziła.
– To jest do zrobienia, nawet z kimś tak opornym jak ty. 
– Świnia.
– Sama wiesz jak jest,  startujemy z naprawdę niskiego poziomu.
– Padalec.
– Wiesz, że jak się wkurzasz jesteś jeszcze piękniejsza?
– Spadaj!

Mimo tych małych potyczek słownych spędzili naprawdę miłe popołudnie. Najpierw kawa, potem krążenie kabrioletem po okolicy, bez celu, w cieniu drzew i w słońcu, które nie chciało odpuścić. W końcu rozchmurzyła się zupełnie; napięcie zniknęło, jakby ktoś rozplątał niewidzialny węzeł. Śmiała się częściej, mówiła swobodniej, a kiedy Kamil opowiadał o drobiazgach, słuchała go z uwagą, jakby te drobiazgi były ważne właśnie dlatego, że należały do niego.
Następnego dnia przyjechała do salonu.  Przywitał ją krótko, a potem zaprowadził do kierownika administracyjnego. Rozmowa była rzeczowa i sprawna. Dokumenty do wypełnienia, zgody, oświadczenia; skierowanie na badania lekarskie, harmonogram pierwszych dni. Wszystko uporządkowane, przewidywalne. Zaskoczyło ją to — ten spokój procedur, ich precyzja. Kiedy wspomniała, że zna niemiecki, mężczyzna wyraźnie się ucieszył. Powiedział, że to się przyda: czasem dokumenty, czasem klienci z Niemiec, czasem korespondencja, na którą trzeba odpowiedzieć.
Pracę zaczęła następnego dnia. Usiadła za biurkiem w recepcji, blisko wejścia. Przełożony pokazał jej kalendarz wizyt, system rezerwacji, skrzynkę e-mail, grafiki serwisu, listę kontaktów. Wytłumaczył, jak przyjmować samochody, jak zapisywać uwagi, gdzie trafiają dokumenty po podpisach. Pierwsze trzy telefony odebrała przy nim — spokojnie, rzeczowo, bez potknięć. Po trzecim uśmiechnął się i powiedział, że świetnie sobie radzi i że nic tu po nim.
Z daleka zobaczyła Kamila. Stał przy przeszklonej ścianie, uśmiechnięty, uniósł kciuk w górę. Odpowiedziała mu ledwie zauważalnym skinieniem głowy.
Wkrótce zaczęły się pielgrzymki: koledzy z pracy, którzy mieli pilne sprawy akurat przy recepcji, krótkie pytania, przedstawianie się, ciekawskie spojrzenia. Paulina przyjmowała to z lekkim dystansem, choć uprzejmie. Była skupiona na pracy, szybko łapiąc rytm. Kiedy kończyła, Kamil podwoził ją do domu albo jechali na lekcję tańca. Okazało się, że chodził od wielu lat do jednej ze szkół. Wynajął salę, załatwił instruktorkę. Drewniana podłoga, lustra, ciepłe światło. Gdy stanęła naprzeciwko niego, poczuła krótkie zawahanie, ale zniknęło, kiedy objął ją pewnie i mocno. W jego ramionach czuła się zaskakująco dobrze — bezpiecznie, lekko, jakby ciało szybciej rozumiało zasady niż głowa.
Z czasem zaczęli się do siebie zbliżać. Spojrzenia trwały ułamek sekundy dłużej, dotyk nie kończył się natychmiast. Nie pozwalała na zbyt wiele; wyznaczała granice jasno i spokojnie. Kamilowi to wystarczało. Był przy niej szczęśliwy. A kiedy czasem ogarniała ją melancholia — ten cichy rodzaj niepokoju, który pojawia się bez zapowiedzi — mówił po prostu, że jest tu i teraz. Że niech przestanie martwić się tym, że kiedyś wyjedzie. Że dziś tańczą.
I to wystarczało. Na razie.

---

Mijały kolejne letnie tygodnie. Spędzali ze sobą coraz więcej czasu, choć w pracy Kamil pozostawał zaskakująco powściągliwy. Jak sam mówił, lubił dawać kolegom złudzenie, że mogą u niej coś wskórać — obserwować ich nadzieję i mniej lub bardziej śmiałe próby poderwania jej. Paulinę to bawiło; czasem śmiała się, że kiedyś w końcu da któremuś skorzystać.
W szkole tańca szło coraz lepiej. Miała naturalne wyczucie rytmu, a wysportowane ciało szybko zapamiętywało kroki i układy. Instruktorka chwaliła ją, a Kamil patrzył z rosnącym z dnia na dzień zachwytem.
Zaczął się sierpień. Któregoś dnia mieli na rano do pracy, skończyli już o 14. Zapadła szybka decyzja - jedziemy do Kuźnicy.  Plaża była prawie pusta, dzika — bez krzyku, bez parawanów, bez pośpiechu. Tylko wiatr przesuwający piasek i równy szum morza. Woda, wbrew temu, co sugerował kalendarz, była jednak lodowata. Siedziała na leżaku, z zarzuconym na ramiona pareo. Kamil leżał na kocu obok, z rękoma pod głową, patrzył w niebo, raz po raz przymykając oczy, jakby chciał zapamiętać to światło i ten spokój. Czas płynął wolniej, niemal niezauważalnie, rozciągnięty między oddechem a kolejną falą.
Poczuł nagle jej stopę. Najpierw lekko, jak przypadkowy dotyk, potem wyraźniej — gładzącą po udzie, wolno, delikatnie. Zadrżał; erekcja przyszła natychmiast, jak odruch, którego nie dało się powstrzymać myślą. Mając na sobie niewielkie kąpielówki nie był w stanie jej ukryć.  Otworzył oczy i spojrzał na nią pytająco. Poruszyła stopą jeszcze raz, jakby sprawdzając, czy to przypadek. Lekko przycisnęła.
– Ojej, a co tam masz? Przecież to niemożliwe, żeby taki drobiazg jak moja stopa, tak działał.
Kamil prychnął cicho.
– Tak, wredoto. I nie udawaj jak zawsze niewiniątka.
– Ja? – zapytała z przesadnym zdziwieniem. – Ja tylko sobie tu siedzę.
Była wyraźnie rozbawiona. Uśmiech błąkał się jej po ustach, spojrzenie miała prowokujące. Kamil nie wytrzymał. Chwycił jej stopę, najpierw ostrożnie, jakby sprawdzał, czy może sobie na to pozwolić. Powoli przesunął dłonią po gładkiej skórze. Nie cofnęła nogi. Pozwoliła. Przymknęła oczy na moment. Pochylił się i pocałował.
– Ej – zaprotestowała słabo, ale śmiejąc się już w tym samym momencie.
Nie dał jej dokończyć. Zerwał się nagle, jednym ruchem podniósł ją z leżaka. Krzyknęła zaskoczona, zaczęła uderzać go pięścią w ramię, udając rozpaczliwą obronę, machała nogami, śmiejąc się głośno.
– Kamil! Puszczaj padalcu! Zwariowałeś?!
– To się okaże – odpowiedział, niosąc ją w stronę wody.
Stanął tuż nad linią fal. Trzymał ją pewnie, blisko, czuł, jaka jest lekka, jak łatwo mieści się w jego ramionach. Spojrzała na niego, zmrużyła oczy.
– Nawet nie waż się – powiedziała ostrzegawczo.
– Bo? 
– Bo pożałujesz.
– Przekonamy się?
Pochylił się, tak że prawie dotknęła wody i nagle cofnął ruch. Przytulił ją mocniej, śmiech zniknął z jego twarzy. Trzymał ją nad samą wodą. Fale podchodziły blisko, cofały się, znów wracały. Spojrzała w dół, potem na niego. Zrobiła tę minę, której nie dało się pomylić z żadną inną — bezbronną, niemal dziecięco szczerą.
– Naprawdę byś mi to zrobił? – zapytała cicho. – Przecież ta woda jest lodowata.
Jej głos był miękki, oczy szeroko otwarte. W słońcu wyglądała nieskazitelnie: jasne, rozświetlone włosy opadały na ramiona, skóra miała ciepły odcień, usta lekko rozchylone, jakby jeszcze nie wiedziały, co za chwilę się wydarzy. Była absolutnie idealna.
Pochylił się jeszcze trochę, tak że poczuła chłód powietrza znad morza. Prawie dotknęła wody. I wtedy nagle się cofnął.
Przytulił ją jeszcze mocniej. Śmiech zniknął mu z twarzy, jakby ktoś nagle go zgasił. Patrzył uważnie, z bliska — na oczy, na linię policzka, na te jasne pasma włosów, które wiatr podnosił i opuszczał. Spojrzała na niego pytająco. Ich twarze były tuż przy sobie, oddychali tym samym powietrzem. Znów lekko rozchyliła usta, nieświadomie, instynktownie. Spojrzała mu prosto w oczy — i w tym spojrzeniu było wszystko: zgoda, ciekawość, ciche wyzwanie. Ich usta spotkały się same.
Pocałunek był długi, głęboki. Bez śmiechu, bez gry. Objęła go za szyję, przyciągając bliżej, jakby bała się, że ta chwila może się rozpaść. Świat na moment zniknął — plaża, wiatr, lodowate morze przestały istnieć.
Kiedy w końcu się odsunął, postawił ją ostrożnie na piasku. Spojrzał na nią jeszcze raz, jakby musiał zapamiętać ten obraz, po czym odwrócił się i wbiegł prosto do wody.
– Kamil! – zawołała za nim, śmiejąc się. – Co ty wyprawiasz?!
Odwrócił się do niej, stojąc już po pas.
– Muszę ochłonąć bo zaraz nie wytrzymam – odpowiedział głośno. 
Zaśmiała się głośno. Stała na brzegu, patrząc, jak fale obmywają mu głowę a zimno odbiera oddech. 
Wyszedł gwałtownie z wody. Miał gęsią skórkę i ramiona napięte od zimna. Podała mu ręcznik, przytrzymując go chwilę dłużej, niż było to konieczne.
– I jak? – zapytała, z wyraźną satysfakcją.
Owinął się ręcznikiem, śmiejąc się pod nosem.
– Lepiej – przyznał. – Lodowaty Bałtyk potrafi utemperować zbyt rozbuchane pożądanie.
Parsknęła śmiechem.
– Czyli jednak działa, to dobrze.
Bez pośpiechu zaczęli zbierać rzeczy. Plaża zaczynała pustoszeć jeszcze bardziej, światło robiło się miękkie, popołudniowe. W drodze powrotnej do Trójmiasta prowadził spokojnie, z jedną ręką opartą na kierownicy a drugą za oknem.
– Wiesz… – zaczął, jakby mimochodem. – Niedługo jest długi weekend. Pomyślałem, że moglibyśmy gdzieś wyskoczyć. Razem.
Spojrzała na niego pytająco.
– Tata ma kampera – ciągnął. – Mógłbym go pożyczyć. Załatwię, żeby nasze grafiki w pracy to uwzględniły kosztem jakiegoś weekendu. Droga, noclegi na campingu albo gdzieś na dziko. Będzie fajnie.
Czekał na jej reakcję, gotów na żart, na unik, na to charakterystyczne przeciąganie chwili.
– Dobrze – powiedziała po prostu.
Zaskoczyła go tym. Spojrzał na nią, upewniając się, że nie żartuje.
– Naprawdę?
Skinęła głową.
– Naprawdę. Ale nie nocujmy na dziko. Proszę.
– Dobrze. Wiesz, cieszę się, że się zgodziłaś.
Odpowiedziała mu uśmiechem i cichym westchnięciem, resztę drogi jechali słuchając muzyki. Podwiózł ją pod blok.
– Do zobaczenia jutro w pracy.
– Do jutra.
Wysiadła, zamknęła drzwi, jeszcze na moment odwróciła się i rzuciła mu zalotne spojrzenie. Odjechał powoli, z uśmiechem, który długo nie chciał zejść mu z twarzy.

Niemal od razu po powrocie weszła pod prysznic. Ciepła woda szybko zmyła sól i piasek, skóra odetchnęła. Przebrała się w krótkie spodenki i prosty top na ramiączkach, związując niedbale wilgotne włosy. W kuchni nastawiła patelnię, pokroiła warzywa, nalała wody do czajnika.
Telefon zadzwonił nagle, obcy numer. Zawahała się przez sekundę, po czym odebrała.
– Hej, tu Olga. Pamiętasz mnie?
– Jasne – odpowiedziała odruchowo. – Poznałyśmy się przecież w kancelarii.
– Właśnie. Dawid dał mi twój numer. Pomyślałam, że może wyskoczymy na kieliszek prosecco?
Paulina uniosła brwi, zaskoczona bezpośredniością.
– Kiedy?
– Za godzinę. Monciak.
Zerknęła na zegarek, potem na deskę z niedokończonym jedzeniem.
– Właśnie wróciłam z plaży. Może przełóżmy to na inny dzień?
Po drugiej stronie zapadła krótka pauza.
– Nie – odparła Olga z lekkim uśmiechem w głosie. – Mam ochotę dzisiaj. Ale jeśli ci nie pasuje, zrozumiem.
Paulina uśmiechnęła się do siebie.
– Mam lepszy pomysł – rzuciła. – Wpadnij do mnie. Robię właśnie sałatkę.
Entuzjazm był natychmiastowy.
– Serio? Super. Będę za godzinę. Wyślij adres i zamów jeszcze pizzę na mój koszt, sałatką się nie najemy. Dla mnie jakaś vege.

Dostawca zjawił się punktualnie. Odebrała jeszcze ciepłe pudełka. Zapach bazylii i sera wypełnił pokój. Odstawiła pizzę na stół, rozłożyła talerze, przyniosła miskę z sałatką, którą zdążyła przygotować — prostą, świeżą, z cytrynowym dressingiem. Wszystko było gotowe dokładnie w tej chwili, w której znów zadzwonił domofon.
Olga stała w progu. Wyglądała tak, jak Paulina ją zapamiętała — piękna, elegancka, posągowa. Mimo całego dnia w biurze biała koszula miała idealnie ułożony kołnierzyk, ołówkowa spódnica podkreślała sylwetkę, jasne, cienkie pończochy i szpilki dopełniały całości. W jednej dłoni trzymała butelkę prosecco, w drugiej drogą torebkę. Rozejrzała się po mieszkaniu z ciekawością, odstawiła prosecco na stół.
– Przepraszam, że tak cię zaskoczyłam, ale dziś naprawdę miałam ochotę napić się i z kimś pogadać. Ciężki dzień w kancelarii. Wiesz… nie mam koleżanek. Baby mnie nie lubią, a faceci się boją. Parsknęła krótkim śmiechem, jakby opowiadała anegdotę, którą zna aż za dobrze.
– Dawid wyjechał gdzieś – dodała. – Cud, że udało mi się go złapać. Wysłał mi twój numer. Po tym jak przyjechałaś do nas mówił o tobie jeszcze różne rzeczy i pomyślałam, że musisz być zajebistą dziewczyną.
Usiadły przy stole. Paulina podała talerze, Olga pomogła rozłożyć pizzę. Otworzyły alkohol; korek wyskoczył miękko, z lekkim wystrzałem. Pęcherzyki wspinały się powoli po ściankach kieliszków.
– Za niespodziewane wieczory – powiedziała Olga, unosząc szkło.
– I za spontaniczne pomysły.
Przez chwilę rozmawiały o różnych rzeczach. Paulina mówiła o tym, że wyjazd do Berlina wciąż wydaje się tak odległy i abstrakcyjny. Olga opowiadała o skomplikowanej sprawie do której przygotowuje linię obrony. W pewnym momencie Paulina, niemal od niechcenia, ale z wyraźną ciekawością, zapytała:
– A ty i Dawid, czy wy coś razem…?
Spojrzała na nią uważnie, jakby ważyła odpowiedź, po czym zaśmiała się cicho.
– Nie, skąd. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Znamy się ze studiów. Teraz robimy razem tę aplikację, pracujemy w tej samej kancelarii. Może kiedyś otworzymy coś wspólnie, na pewno otworzymy. Już widzę ten szyld - Kancelaria Adwokacka Sobieska i Ritter, ale to wszystko. Nie mamy  żadnych innych wspólnych  planów, jeśli o to ci chodzi.  Dawid to świetny facet. Ciepły, lojalny, bardzo inteligentny. Jeden z niewielu mężczyzn, z którymi naprawdę dobrze mi się rozmawia.
Na moment zawiesiła głos, obracając w palcach kieliszek.
– Ale nie jesteśmy dla siebie. – Uśmiechnęła się krótko. 
– On ma bardzo konkretny typ kobiet. I ja się w nim zdecydowanie nie mieszczę.
Paulina popatrzyła na nią pytająco, nie przerywając.
– Wiesz, lubię mieć sprawy pod kontrolą. Lubię decydować, dominować. Potrzebuję kogoś mówiąc wprost uległego a Dawid… – uniosła kącik ust – Dawid zdecydowanie taki nie jest, to rogata i niezależna dusza, a przy okazji jest bardzo opiekuńczy. Ale bardzo go lubię. Jest moim przyjacielem, jedynym. I jedynym facetem, którego naprawdę traktuję jak równego sobie.
Paulina skinęła głową. W tej deklaracji było coś, co natychmiast do niej trafiło. Pewność siebie, podszyta inteligencją i brakiem potrzeby tłumaczenia się, była niezwykle pociągająca.
– Wiesz, cieszę się, że cię poznałam.
– Ja też. A Berlin będzie dla ciebie dobry, Pauli. Czuję to.
Przeniosły się na sofę. Olga zrzuciła szpilki jednym ruchem, z ulgą, jakby dopiero teraz pozwoliła sobie na większe rozluźnienie. Podkurczyła nogi, opierając się bokiem o oparcie. Paulina dolała do kieliszków resztę prosecco; bąbelki były już spokojniejsze, jak rozmowa, która znalazła swój rytm.
– Dobrze nam idzie. Gdybym wiedziała, wzięłabym drugą butelkę.
Uśmiechnęły się do siebie. 
– Masz chłopaka? 
Paulina odchyliła się lekko, jakby szukała właściwej pozycji dla odpowiedzi.
– To skomplikowane. Spotykam się z kimś, ale… już niedługo przecież wyjeżdżam. Nie widzę szans, żeby to miało ciąg dalszy. Nie na odległość. 
Zawahała się, potem dodała ciszej:
– A on powtarza, że liczy się to, co jest teraz. Więc tak robię. Żyję dniem i jest cholernie fajnie.
Olga pokiwała głową, jakby układała to w sobie, zanim odpowie.
– To odważna decyzja. Ludzie często mylą „tu i teraz” z brakiem odpowiedzialności, a to przecież dokładnie odwrotnie. Bierzesz odpowiedzialność za to, co czujesz w tej chwili, zamiast udawać, że kontrolujesz przyszłość albo, że coś musi trwać. Nic nie musi. Jeśli jest prawdziwe teraz, to już ma wartość. 
– Żeby to wszystko było takie proste. A ty? Skoro nie z Dawidem, jest ktoś? Naprawdę faceci się ciebie boją? 
– Tak. Onieśmielam ich, jestem zdolna i przemądrzała. Dla większości to za dużo. Jest taki chłopak… mój chłopak. Powiedzmy, że mój. To też skomplikowane. Lubię go, ale jednocześnie… – urwała na chwilę – jednocześnie mam w sobie impuls, żeby go krzywdzić. To nie jest nowe. Od dziecka taka byłam. Kiedy miałam szesnaście lat, w stajni obiłam palcatem chłopaka, bo źle wyczyścił konia. Mój stary sporo musiał się natrudzić, żeby ukręcić łeb sprawie, a ja siedziałem z głupim uśmiechem i powiedziałam, że kolejny raz też bym to zrobiła. Jeździsz konno?
– Nie. Chyba się boję koni.
– Uczą respektu. I nie ma nic wspanialszego, niż dosiadanie silnego zwierzęcia, czynienie go posłusznym. Musisz spróbować. Koniecznie. 
Kieliszki opróżniły się niemal jednocześnie. Paulina spojrzała na dno swojego szkła, jakby sprawdzała, czy to już naprawdę koniec.
– Mam coś jeszcze – powiedziała po chwili namysłu.
Wstała, otworzyła szafkę i wróciła z butelką wina. Etykieta była prosta, trochę staromodna. Olga przyjrzała się jej uważnie, po czym bez słowa wyciągnęła korek i rozlała do kieliszków.
Upiła łyk. Skrzywiła się natychmiast.
– Jezu. Co to jest?
Paulina wybuchnęła śmiechem.
– Zostało po moim byłym. Lubił mołdawskie wina.
Olga spróbowała jeszcze raz, jakby upewniając się, że pierwsze wrażenie nie było pomyłką. Pokręciła głową.
– Straszne gówno i w dodatku przesłodzone – skwitowała bezlitośnie, po czym wzruszyła ramionami i uniosła kieliszek. – Ale ważne, że ma procenty.
Stuknęły szkłem o szkło.  Tym razem Paulina również skrzywiła się.
– A ten chłopak? Opowiesz mi coś więcej o nim?
– Studiowaliśmy razem. Teraz jest na aplikacji prokuratorskiej. Kiedyś, na jakimś studenckim wyjeździe, przyłapałam go w dość krępującej sytuacji. Mówiąc wprost: walił konia do jakiegoś sado-maso. Nasza łazienka była zajęta więc poszłam do męskiej. Stał pod prysznicem, za kotarą i trzymał jakąś gazetkę.
– Zaczęłam po nim jechać. Straszyłam, że komuś powiem, wiesz, taka zabawa przechodząca w lekki szantaż. Kazałam uklęknąć i prosić. I wiesz co? Jemu się to podobało.  Patrzę a on ma wzwód. Okazał się skrajnie uległy. Zamiast go nastraszyć, podnieciłam go.
Zamilkła, patrząc w kieliszek. 
– Jesteś z nim?
– Tak i nie. Bardziej tak. Wiesz… on jest bardzo inteligentny, fajny, wrażliwy. A ja… – urwała na moment. – ...czasem mam ochotę coś mu zrobić. Bolesnego. 
– Co cię powstrzymuje? – zapytała Paulina zaskakująco rzeczowo. – I co właściwie masz na myśli, mówiąc „zrobić coś bolesnego”?
Olga nalała wina do kieliszka, wypiła duszkiem i znowu się skrzywiła. Odstawiła szkło z cichym stuknięciem.
– Nie wiem – przyznała. – Chyba strach, że to jednak nie na miejscu. Że przekroczę granicę, której nie da się cofnąć. A jednocześnie… – zawahała się – mam w głowie obrazy, impulsy. Intensywne. Takie, które mnie zawstydzają. Mam ochotę rzucić nim o ścianę,  wziąć bat i bić go aż... Boże... czemu ja ci to mówię. Przepraszam, nie powinnam. 
Na policzkach pojawił się jej rumieniec, zdradzający więcej niż słowa.
Paulina nie zmieniła tonu.
– Jeszcze raz pytam: co cię powstrzymuje?
Olga wzruszyła ramionami, próbując obrócić to w żart.
– Nie mam bata – powiedziała lekko. – To wszystko.
Spojrzała na nią uważnie, bez ocen, jakby właśnie notowała fakt.
– Czyli to nie brak chęci, tylko brak narzędzia?
– Powiedzmy, że tak.
Wstała bez słowa i poszła do sypialni. Po chwili wróciła trzymając czarny, elegancki bat, prosty w formie, z dyskretnie zdobionym uchwytem. Podała go przyjaciółce.
Olga otworzyła szeroko oczy.
– Okej… – powiedziała powoli. – Tego się nie spodziewałam.
Paulina uśmiechnęła się.
– Teraz nie będziesz miała wymówki – rzuciła. – Opowiesz mi, jak było i czy bardzo płakał kiedy go biłaś.
Przez moment wyglądała na zamurowaną. Trzymała bat w dłoni, patrząc na niego jak zahipnotyzowana. Po chwili jednak uniosła głowę,  w jej spojrzeniu pojawił się błysk.
– Ty… – zaczęła. – Widzę, że wcale nie jesteś taka niewinna i delikatna, na jaką wyglądasz.
Paulina odpowiedziała tylko tym swoim uśmiechem, który niczego nie potwierdzał i niczemu nie zaprzeczał. Olga spróbowała ją podpuścić pytaniami, rzucała uwagi półżartem, półserio, ale Paulina długo pozostawała oszczędna w słowach, jakby sprawdzała, czy naprawdę chce wiedzieć.
W końcu wstała.
– Chodź.
Sypialnia była jasna, uporządkowana. Duża szafa z przesuwnymi drzwiami zajmowała całą ścianę. Przesunęła jedno skrzydło. Obok ubrań wisiał czarny, skórzany catsuit, gładki, dopasowany, lekko połyskujący.
Olga westchnęła.
– Marzę o czymś takim – powiedziała szczerze. – To jest… perfekcyjne. Piękny.
Paulina sięgnęła niżej, wyciągnęła torbę. Otworzyła ją bez pośpiechu. W środku były ułożone baty, trzcinki i różne akcesoria, których przeznaczeniem było zadawanie bólu.
– Ale... skąd to wszystko u ciebie?
– To dłuższa historia. Muszę jeszcze coś wypić.
Zamknęła torbę i spojrzała uważnie.
– Pamiętaj – powiedziała spokojnie. – Jest tu i teraz. Masz partnera. Masz ochotę. Masz potrzebę. Nie powstrzymuj się tylko dlatego, że boisz się własnych myśli.
Olga uniosła brew.
– Przyszła pani psycholog, proszę, proszę. Dobrze ci idzie, wiesz?
– Chodź, mam jeszcze jakąś nalewkę. Kiedyś dostałam od dziadka, jak byłam przeziębiona. Musze się napić, zanim dopadnie mnie stres, że to wszystko ci pokazałam. Jesteś jedyną osobą, która wie.
Olga roześmiała się krótko.
– Dawaj. Pijemy.
Alkohol był mocny, rozgrzewał. Palił przy pierwszym łyku, a potem rozlewał się ciepłem, rozluźniając ramiona i język. Paulina zaczęła opowiadać. O Andrzeju. O mężczyźnie starszym o ponad dwadzieścia lat. O relacji, w której role były jasne, a granice sztywno ustalone. O jego uległości, masochizmie i o tym, jak ona sama odkrywała w sobie coś, czego wcześniej nie nazywała wprost.
Olga słuchała w absolutnym milczeniu. Nie przerywała. Jej spojrzenie było ciemniejsze, bardziej skupione, jakby każda kolejna informacja układała się w spójną całość.
– Jesteś… niesamowicie konsekwentna – powiedziała w końcu cicho. – I wiesz dokładnie, kim jesteś.
Paulina wzruszyła lekko ramionami, jakby chciała zdjąć z tych słów zbyt wielki ciężar.
– Ciągle to odkrywam i wiesz… te studia z psychologii. Może dzięki nim naprawdę poukładam to wszystko, zajrzę głębiej, znajdę odpowiedzi na pytania, które wracają, nawet jeśli je ignoruję.
– To ma sens – odparła po chwili. – Nie po to, żeby się naprawiać. Raczej żeby lepiej zrozumieć.
Zawahała się, po czym dodała ciszej:
– Wiesz… lubię cię. Imponujesz mi. Czułam, że jesteś kimś kogo chcę poznać i intuicja mnie nie zawiodła. 
– Ja też cię polubiłam. Nawet bardzo... 
Uśmiechnęły się do siebie krótko, bez wielkich gestów. Wystarczyło. Wieczór toczył się dalej niespiesznie, a rozmowa – już bez napięcia – płynęła tam, gdzie obie chciały ją poprowadzić.
Wypiły sporo. Rozmowa dawno straciła wyraźne kontury, stała się urywana, pełna krótkich pauz i spojrzeń. W pewnym momencie Olga zerknęła na zegarek i wyprostowała się gwałtownie.
– Jezu… – powiedziała z niedowierzaniem. – Jest grubo po północy. Muszę lecieć, bo jutro nie wstanę.
Sięgnęła po telefon i zadzwoniła po taksówkę, chodząc wolno po pokoju. Kiedy nadeszła chwila pożegnania, objęły się krótko, naturalnie, bez zbędnych słów.
– Odezwę się – rzuciła, stojąc już przy windzie.
– Jasne. Ja też.
Zamknęła za nią drzwi i przez chwilę stała w ciszy. W mieszkaniu unosił się jeszcze zapach alkoholu i pizzy, jak ślad po rozmowie, która wydarzyła się szybciej, niż się spodziewała. Posprzątała tylko tyle, ile trzeba było, umyła zęby i położyła się do łóżka. Na szczęście zaczynała pracę dopiero o dwunastej. Pomyślała z lekkim rozbawieniem, że poranne bieganie raczej się nie wydarzy. Zgasiła światło.
Sen przyszedł szybko, ciężki, ale spokojny.

---

Mielno, sierpień 2009

Spakowała się do jednego plecaka. Zeszła na dół. Na parking pod blokiem wjeżdżał właśnie sporych rozmiarów kamper – integralny Hymer na bazie Mercedesa. Wysoka, panoramiczna szyba, czyste linie, lekko kremowy lakier. W środku jasne drewno, eleganckie obicia, nowoczesne oświetlenie. 
Zanim wsiedli, wyciągnęli z piwnicy jej rower. Kamil rozłożył bagażnik, sprawdził uchwyty. Kliknięcia zapadek zabrzmiały pewnie. Odsunęła się o krok, spojrzała krytycznie.
– Nie spadnie? 
– Nie ma szans – odparł.
Zapięli pasy. Silnik ruszył cicho, bez szarpnięcia. Ustawił nawigację i uśmiechnął się, zerkając na nią.
– Mielno to Mielno.  Będziesz mogła pochwalić się swoją nową umiejętnością tańca.
Zaśmiała się krótko.
– Aż się boję na samą myśl. Wiesz cieszę się, że jedziemy. 
Zsunęła klapki, oparła stopy o krawędź siedzenia i leniwie poruszyła palcami.
Zerknął na nią kątem oka i westchnął.
– Tarantino doceniłby na pewno. A mi każesz patrzeć i cierpieć.
Roześmiała się krótko, łobuzersko. Cofnęła jedną stopę o centymetr, drugą wysunęła jeszcze trochę, jakby robiła to zupełnie nieświadomie.
– Poświęcenie to część podróży ze mną.
– Coś za dużo tych poświęceń...
– Oj, no… – Paulina odwróciła głowę w jego stronę. – Ale plusy chyba też jakieś są?
Zerknął na nią uważniej, po czym parsknął.
– Tak. Najpiękniejsza kobieta na pokładzie. I jeszcze świetnie tańczy.
– No widzisz. Mogłeś trafić gorzej.
Droga mijała szybko. Z głośników płynęła muzyka, rozmowa urywała się i wracała, krajobraz za szybą zmieniał się niepostrzeżenie. Kiedy zaparkowali na jednym z campingów, od plaży dzielił ich tylko wąski pas wydm. Morze było blisko — czuć je było w powietrzu.
Dzień upłynął leniwie. Wypakowali rowery i ruszyli na krótką przejażdżkę po mieście: bez planu, bez celu, tylko żeby się poruszać i zrobić mały rekonesans. Potem kolacja przy kamperze. Rozpalił grilla i pilnował go z namaszczeniem, jakby to była jedyna rzecz na świecie, która wymaga pełnej koncentracji. Ona krążyła obok, kroiła warzywa, popijała coś chłodnego, komentowała, śmiała się.
Wieczorem poszli potańczyć. Klub był dokładnie taki, jakiego można się spodziewać — głośny, zatłoczony, pełen wczasowiczów i alkoholu. Kamil mruknął coś o lokalnym folklorze, a Paulina tylko się uśmiechnęła. Wytańczyli się, wypili kilka piw, pozwolili muzyce zagłuszyć wszystko inne.
Kiedy wrócili na camping, było już późno. Poszli do łazienki, z ręcznikami przerzuconymi przez ramię. Letnia woda była jak reset po całym dniu. Wrócili do kampera odświeżeni, zmęczeni w pozytywny sposób.
Zajął się wnętrzem z tą samą metodycznością, z jaką wcześniej pilnował grilla. Otwierał, składał, przesuwał — przestrzeń powoli zmieniała się z dziennej w nocną. Paulina wyjęła śpiwór z plecaka i rozejrzała się pytająco.
– To gdzie ja? – zapytała, udając niewinność.
Kamil wskazał w górę.
– Tam.
Pod samym sufitem znajdowała się wąska wnęka, coś pomiędzy półką a kojcem: materac wsunięty w konstrukcję ledwie metr szerokości, niski prześwit. Trzeba było się wdrapać po wąskiej drabince i wcisnąć bokiem. Intymne lecz klaustrofobiczne.
Spojrzała, potem na niego.
– Żartujesz sobie.
– Nie.
– Dlaczego ja mam spać tam, jak jakiś nietoperz?
– Bo tak – odpowiedział bez cienia skruchy ścieląc na dole podwójne, małżeńskie łoże.
– Aha. Czyli ja na półce, a ty w apartamencie – skomentowała. – To jakaś kara?
– Raczej przywilej – rzucił. – Widok na gwiazdy i poczucie przygody i bezpieczeństwo. Nikt cię w nocy przypadkiem nie dotknie.
– To zamień się ze mną. Mam długie nogi. I godność.
– Godność się zmieści – odparł. – Nogi też. Wystarczy lekko podkurczyć. Koszykarką nie jesteś.
– To było niemiłe. Jak podobają ci się koszykarki mogłeś mnie nie zabierać. Dobrze. Ale jak spadnę, to twoja wina.
Zaczęła się ostrożnie gramolić na górę. Uderzyła kolanem, mruknęła coś pod nosem, w końcu wcisnęła się do środka i obróciła na bok.
– Ciasno.
– Ale na pewno przytulnie – odpowiedział, gasząc światło.
– I duszno.
– Oddychaj spokojnie. Podkręcę klimę.
Zapadła cisza. Taka nocna, gęsta, przerywana tylko cichą pracą klimatyzatora i odległym szumem morza, który docierał przez cienkie ściany. Paulina leżała nieruchomo w swojej ciasnej wnęce, patrząc w ciemność kilkanaście centymetrów nad twarzą. Kamil na dole oddychał już spokojniej, jak ktoś, kto jest blisko snu, ale jeszcze w nim nie zniknął.
– Kamil… – odezwała się cicho.
– Mhm?
– Śpisz?
– Już nie.
Przez chwilę znów było cicho. 
– Słuchaj… – zawahała się. – Czy ja ci się w ogóle podobam?
Poruszył się lekko, jakby zmienił pozycję.
– Paulina, no… – powiedział z uśmiechem w głosie. – Przecież wiesz. Jesteś niesamowicie atrakcyjna. Ale spokojnie, nie zamienię się miejscem.
Parsknęła cicho.
– Dobra, dobra. Ale mam jeszcze jedno pytanie. Możesz nie odpowiadać, serio. Mogę?
– No jak musisz… – mruknął.
Wzięła spokojny oddech.
– Czy ty myślisz o mnie czasem?
Nie odpowiedział od razu. Cisza przeciągnęła się o sekundę dłużej, niż powinna.
– Tak – powiedział w końcu, już ciszej. – Czasem. Często. Zwłaszcza kiedy jestem sam, a myśli robią się bardziej kosmate i intensywne.
– O ty świnko, zboczuchu.
Znów cisza, słychać było tylko cichy chichot Kamila. 
– A o czym dokładnie wtedy myślisz? – zapytała po chwili, tonem niemal obojętnym, jakby pytała o pogodę.
– Jezu, no o tobie – odpowiedział w końcu. – Całej. O tym, jak się poruszasz, jak patrzysz. O tym spokoju, który masz, i o tym, że potrafisz być jednocześnie bardzo blisko i bardzo daleko.
Odwróciła się na bok, czując, jak w tej ciasnej przestrzeni robi się nagle za ciepło.
– Jesteś cudem, istotą nadprzyrodzoną, doskonałością – dodał, już bez żartu.
Nie odpowiedziała od razu. Kamper stał cicho, noc trzymała ich w swoich ramach.
– Dobranoc, Kamil – powiedziała w końcu.
– Dobranoc, wredoto.
Tym razem cisza została na jeszcze dłużej.
– Kamil… – jej głos był cichy – Chcesz się kochać ze mną?
Zapadła cisza. Prawdziwa. Ciężka.
– Kamil?
– Zastanawiam się… – odezwał się w końcu.
– O ty padalcu…
Zanim zdążył zareagować, zaczęła gramolić się ze swojej półki. Uderzyła się w głowę o krawędź, zaklęła pod nosem.
– Kurwa, jak tu ciasno…
Kamil parsknął śmiechem, nie potrafiąc się powstrzymać.
– Bardzo romantycznie – zauważył.
Nie odpowiedziała. Zsunęła się w dół i w jednej chwili była już w łóżku. Usiadła na nim okrakiem. 
– I co teraz mi powiesz? – zapytała spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.
Uniósł dłonie, jakby chciał ją dotknąć, ale zatrzymał je w połowie drogi.
– Paulina… – powiedział wolno. – Marzę o tej chwili od dawna.
Jej usta drgnęły w półuśmiechu.
– Tak? – nachyliła się odrobinę bliżej. – I zrobisz coś z tym, czy będziesz leżał jak kłoda?
Położył dłonie na jej biodrach, w końcu, pewnie, jakby decyzja zapadła właśnie teraz, po czym zsunął je w dół. Materiał spodenek ustąpił pod palcami, uniosła biodra. Chłód nocy dotknął skóry tylko na ułamek sekundy. Wciągnęła powietrze, kiedy ich ciała znalazły wspólny rytm, a ona poczuła w sobie ciepło — gęste, pulsujące. Był bardzo twardy. Zatrzymał się na krótką chwilę, dokładnie tyle, ile trzeba. Ten moment zawieszenia rozciągnął się w niej jak napięta struna. Potem poruszyli się razem. Bez gwałtowności, bez pośpiechu — tak, jakby ciało znało drogę lepiej niż słowa. Poczuła, jak napięcie ustępuje miejsca intensywności. Jak bliskość staje się pełna, fizyczna, nie do odparcia.  Jego oddech mieszał się z jej własnym. Każdy ruch był wyraźny, wyczuwalny, prowadzący ją dalej w to jedno jedyne odczucie. Zacisnęła dłonie na jego ramionach. Czuła siłę pod palcami, twardość mięśni, ciepło skóry.  Podniecenie wzbierało się falami, coraz krótszymi, coraz gęstszymi. Oddech stracił rytm, stał się urywany, płytki. Wszystko zaczęło skupiać się w jednym punkcie, jakby ciało zwęziło się tylko łona. Uniosła biodra instynktownie, opadając na niego jeszcze bliżej, jeszcze mocniej. Wbiła mu paznokcie ramiona bez kontroli, zostawiając głębokie ślady,  nawet nie próbowała powstrzymać się. Jej ciało napięło się nagle, potem drgnęło, jakby fala przeszła przez nią od środka na zewnątrz. Głos ugrzązł w gardle; nie było słów, tylko oddech i ten krótki moment nieważkości.
Poczuła, jak reaguje razem z nią — jak jego ciało sztywnieje, jego penis robi się jeszcze twardszy, jak ruch się zatrzymuje, a potem znika w tym samym napięciu. Doszli w tej samej chwili, spleceni nie tylko fizycznie, ale rytmem, który ich dogonił i na moment unieruchomił. Potem wszystko powoli opadło. Ciężar wrócił, oddech się wyrównał. Paulina rozluźniła dłonie, dopiero wtedy zauważając, jak mocno go podrapała.  Wciąż na nim siedziała. Położyła głowę na jego torsie, wsłuchując się w oddech i spokojne, miarowe bicie serca. Objął ją ramieniem. Dłoń zaczęła gładzić jej plecy. Przeszedł ją dreszcz — krótki, przyjemny, rozlewający się w dół kręgosłupa. Odetchnęła głębiej, rozluźniając się pod wpływem dotyku.
Noc trzymała ich w zamkniętej przestrzeni kampera, a wszystko wokół zwolniło. Myśli rozpłynęły się pierwsze, potem uszło napięcie. Zostało tylko ciepło jego ciała. Zasnęła leżąc na nim, jakby to było jedyne miejsce, w którym tej nocy mogła spokojnie odpocząć.
Kamil też usnął. Sen przyszedł ciężko, ale bez niepokoju. Obudził się jednak w środku nocy, w ciszy przerywanej jedynie delikatnym skrzypnięciem kampera, który poruszył się razem z podmuchem z nad morza.
Musiała zmienić pozycję we śnie, leżała obok, policzek miała zwrócony w jego stronę, oddech spokojny i równy. Przez chwilę tylko patrzył, upewniając się, że to nie zniknie, jeśli poruszy się zbyt gwałtownie. Sięgnął po kołdrę i podciągnął wyżej, dbając aby była dokładnie przykryta.
Poruszyła się, westchnęła cicho, jakby dotyk doszedł do niej przez sen. Cofnął dłoń. Czuł pieczenie w barku — ślady po jej paznokciach były wyraźne, pulsujące, przypominające mu dokładnie, jak blisko byli jeszcze kilka godzin wcześniej, nie chciało mu się jednak wstawać do łazienki aby to obejrzeć.
Obudzili się niemal jednocześnie. Światło poranka było jeszcze blade, rozproszone, wpełzało do środka przez okienko dachowe. Otworzył oczy i od razu na nią spojrzał. Leżała blisko, nieco potargana. Patrzył na nią przez chwilę bez ruchu.
— Więc to jednak nie był sen.
Przesunęła się bliżej, objęła go ramieniem i wtuliła twarz w jego szyję, jakby to było najbardziej oczywiste na świecie. Jedną nogę zarzuciła na niego, udo spoczęło na jego biodrze. Poruszyła się jeszcze trochę, muskając go przypadkiem kolanem— a może nie całkiem przypadkiem. Po chwili poczuła wyraźną erekcję.
Uniósł się jej kącik ust. Otworzyła oczy.
– No nie… – zaśmiała się cicho. – Ty świnko. O czym ty znowu myślisz?
Kamil poruszył się lekko, jeszcze zaspany, ale uśmiechnięty.
– Wcale nie muszę myśleć – mruknął. – Wystarczy, że jesteś tak blisko. I że mnie dotykasz.
Uniosła głowę i spojrzała na niego z przesadnie poważną miną. Cofnęła się o centymetr, jakby nagle coś ją zaniepokoiło.
– Naprawdę? – zapytała, udając zaskoczenie. 
Znowu przybrała niewinną minę — szeroko otwarte oczy, lekko rozchylone usta — dokładnie tak, żeby było oczywiste, że to gra. Kamil tylko pokręcił głową.
– Ty to ciągle robisz specjalnie.
– Ja? Przecież ja tylko się przytulam.
– Paulina,  wiesz jak to na mnie działa... 
– Ja tylko sprawdzam, czy już się obudziłeś – odpowiedziała, nie przestając go dotykać.
Odsunęła się nagle i jednym ruchem zsunęła z niego kołdrę. Zatrzymała się, patrząc w dół, z wyraźnym zainteresowaniem, jakby właśnie potwierdziło się coś, czego się spodziewała. Przez chwilę nic nie mówiła. Kamil leżał nieruchomo, oparty na poduszce, nie próbując niczego zakryć ani tłumaczyć. Nie wyglądał na zawstydzonego.
– Masz ładnego penisa, wiesz?– powiedziała nagle. – Proporcjonalny, duży. Podoba mi się.
Uśmiechnął się krótko.
– Podobno – odparł. – Słyszałem już taką opinię.
Nie skomentowała. Zamiast tego pochyliła się bliżej. Jej dłoń była chłodna; dotykała go powoli,  sprawdzała reakcję. Zatrzymała się, przesunęła niżej, znów wróciła — drażniąc go samą zmianą nacisku i tempa.
– Więc jak to robisz kiedy myślisz o mnie? – zapytała cicho, obserwując go uważnie. – Tak? A może inaczej?
Zmieniała ruchy, ledwie zauważalnie, jakby bawiła się samą jego uwagą. Oddychał coraz głębiej. Jej obecność była wystarczająca — chłód palców, bliskość, spojrzenie, które nie opuszczało go ani na chwilę. Spróbował położyć dłoń na jej dłoni, odruchowo, jakby chciał odzyskać kontrolę. Uniosła wzrok i spojrzała na niego ostro, bez uśmiechu.
– Zabierz – powiedziała krótko.
Zatrzymał się. Cofnął rękę.
Oddychał jeszcze głębiej, szybciej, wyraźniej. Po chwili odezwał się z trudem:
– Paulina… przestań.
Nie odpowiedziała od razu. Jej spojrzenie było uważne, skupione na nim, nie na tym, co robiła.
– Mówisz, żebym przestała – powiedziała spokojnie. – Czy żebym dokończyła? Nie podoba ci się?
Zamknął oczy na sekundę, potem je otworzył.
– Zaraz… teraz już jest za daleko – powiedział cicho. – Ja…
Nie dokończył. I wtedy szybko zabrała dłoń. Nagle. Bez zapowiedzi.  Leżał bez ruchu, ciężko oddychając, jak ktoś, komu odebrano coś w ostatniej chwili. Powietrze było gęste od napięcia.
Zaśmiała się cicho.
– Wredota – powiedział, wciąż łapiąc oddech.
– Ale chyba kochana. Prawda?
– Tak – przyznał. – Kochana. I piękna. Jeszcze żadna kobieta nie zrobiła mi takiej galarety z mózgu.
Uśmiechnęła się, zadowolona z efektu, jaki wywarła. 

Dni mijały beztrosko. Rano rowery i krótkie wypady bez planu, w ciągu dnia plaża, słońce i senność, która przychodziła od wiatru, soli i intensywnych nocy. Wieczorami taniec w jednym z klubów — a potem powroty, zawsze trochę zbyt szybkie, jakby oboje wiedzieli, że noc jeszcze się nie skończyła.
Kiedy wracali do kampera, wszystko działo się naturalnie. Kochali się długo, intensywnie, bez pośpiechu. Paulina wprawdzie jeszcze drugiej nocy spróbowała swojej gry — wdrapała się na górne łóżko, udając, że  chce spać. Nie zdążyła jednak zająć miejsca na dobre. Kamil chwycił ją za nogę, pociągnął w dół i złapał w ramiona, śmiejąc się cicho. Krzyczała coś o tym, że jest brutalem po to tyko, by już chwilę później dosiadać go.
Była przy nim inna, niż się spodziewała. Bardziej obecna, bardziej czuła. Sama była zaskoczona tą intensywnością, bo seks nigdy nie był dla niej centrum świata. Adam był pierwszy; z nim wszystko miało ustalony kształt, powtarzalny rytm, który dawał poczucie kontroli, ale niewiele więcej. Kilka razy udała nawet orgazm, żeby w końcu mieć święty spokój i móc usnąć.
Z Kamilem było inaczej. Jakby grali w inną grę, na innym poziomie, w innej lidze. Chciała być na górze, prowadzić, decydować — a jednocześnie wkradał się element niepewności, drobnego przesunięcia ról, momentów, w których nie wiedziała dokładnie, co wydarzy się za chwilę. I to właśnie ta mieszanka — bliskości i zaskoczenia — sprawiała, że była jeszcze bardziej podniecona.
Ostatniego wieczora siedzieli przy kamperze do późna, aż powietrze zrobiło się chłodniejsze, a rozmowy na campingu przycichły. Miała na sobie długie dresowe spodnie i bluzę z kapturem, moskitiera chroniła ich przed nieproszonymi gośćmi. Oparła się wygodnie, a stopy położyła mu na kolanach. Gładził je powoli, masował palcami, jakby chciał zapamiętać każdy ruch. Przez chwilę milczeli, słuchając pobliskiego morza.
– Mogę cię o coś zapytać? – odezwał się w końcu. – Dlaczego wtedy powiedziałaś, że jesteś złą kobietą?
Westchnęła, nie zabierając stóp.
– Kamil… jestem inna. – Mówiła spokojnie, bez dramatyzmu. – Jestem sadystką. Prędzej czy później skrzywdzę cię. Raczej prędzej. Będę chciała czegoś, czego mógłbyś nie być w stanie mi dać.
Spojrzał na nią uważnie.
– A może mógłbym?
Uśmiechnęła się krótko.
– Mało ci śladów po paznokciach?
– No tak… tu nie hamujesz się specjalnie. Ale są do przeżycia.
– Podnieca mnie zadawanie bólu. Czasem, kiedy jesteśmy razem, wyobrażam sobie, że robię ci coś złego, że biję cię batem do krwi. I pytam siebie, czy naprawdę chciałbyś takiej kobiety.
– Zawsze będę cię chciał – powiedział w końcu cicho. – A jeśli to miałoby cię uszczęśliwić… zgodziłbym się na naprawdę wiele.
Paulina wypuściła powietrze.
– Na szczęście niedługo wyjeżdżam do Berlina – powiedziała. – Więc nie będziemy musieli się o tym przekonywać.
Spojrzał na nią, już bez uśmiechu.
– Naprawdę nie widzisz żadnej możliwości, żebyśmy byli razem?
Jej twarz spoważniała.
– Nie. – Po chwili dodała ciszej: – Ale… jest tu i teraz, prawda?
– Prawda – odpowiedział, ciężko wzdychając.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, zaczął nawet:
– Jeśli kiedyś będziesz chciała.
– Nie – przerwała mu łagodnie, ale stanowczo. – Nie deklaruj czegoś, czego mógłbyś żałować.
Zamilkli. Morze szumiało, noc była spokojna.  Wrócił do delikatnego masażu, a ona przymknęła oczy.

---

Giżycko, wrzesień 2009

W połowie września pojechali większą grupą na Mazury. Kilkanaście osób, kilka par, kilka dziewczyn bez towarzystwa,  ekipa podobna do zeszłorocznej. Taki wyjazd, który z założenia miał być wspólny i lekki, a w praktyce niósł ze sobą ciche napięcia. Aneta była wyraźnie rozdrażniona — świeże rozstanie wciąż siedziało w niej głęboko, przebijało w tonie głosu, w zbyt szybkich komentarzach, w nagłych momentach milczenia. 
Paulina jeszcze przed wyjazdem poprosiła Kamila, żeby nikomu nie mówił, że spotykają się od czerwca. Przeprosiła go za to — spokojnie, bez tłumaczeń. Nie chciała plotek, półsłówek, spojrzeń, domysłów, które zaczęłyby żyć własnym życiem. Zrozumiał. Przyjął to bez urazy, z tym swoim cichym dystansem. Ostrzegł ją tylko, że i tak może nocą zgubić się i przypadkiem znaleźć w jej pokoju, jakby zaznaczał, że tajemnica nie zmienia istoty rzeczy.
Jechali samochodem z salonu, w którym pracowali — dużym, czarnym Audi Q7. Auto było szybkie i wygodne, stworzone do długich tras. Kamil prowadził pewnie i dynamicznie. Paulina siedziała obok, z nogami lekko podkurczonymi, patrząc na mijany krajobraz. Z tyłu Aneta i jedna z koleżanek z roku, Gosia, rozmawiały o czymś intensywnie. Do przednich foteli docierały tylko pojedyncze słowa.
Pierwszy dzień skończył się późno i głośno. Alkohol zaczął krążyć w żyłach szybciej niż rozmowy, muzyka była przesycona niskimi tonami, a parkiet zatłoczony. Kamil chciał tańczyć tylko z Pauliną, choć co chwilę wypychała go delikatnie w bok, śmiejąc się i wskazując wzrokiem inne dziewczyny.
– Ooo, zobacz – szepnęła mu do ucha. – Aneta siedzi sama. Może ją pocieszysz.
Robił to, o co prosiła. Tańczył, rozmawiał, śmiał się a potem wracał do niej. Dopiero noc, gdy hałas opadł i światła przygasły, uporządkowała role. Wtedy zakradł się do jej pokoju, cicho, bez słów. Każdy centymetr bliskości miał swoją wagę, jakby odmierzał coś, co należy tylko do nich.

Następnego dnia dziewczyny rozsiadły się na leżakach nad jeziorem. Kamil pojawił się w kąpielówkach; na plecach i torsie widać było różne zadrapania. Aneta nachyliła się do Pauliny i Kasi, mrużąc oczy.
– Patrzcie – powiedziała tak aby usłyszał. – Nasz Kamil chyba przez żywopłot przechodził.
Śmiech przeszedł po dziewczynach jak fala. Uniósł ręce w geście poddania.
– Wszedłem z tygrysem do klatki – rzucił.
– Bardziej wygląda na pazury wilczycy – odparła leniwie Paulina. – Ale co ja tam wiem.
Śmiech wybuchł na nowo. Aneta spojrzała na nią uważniej.
– Podrywał cię po tamtej imprezie w Sopocie?
– Trochę – odpowiedziała wymijająco. – Ale już za chwilę mnie tu przecież nie będzie.
Od tamtej rozmowy Aneta wyraźnie się zmieniła. Nie było w tym nic gwałtownego ani demonstracyjnego — raczej przesunięcie akcentów. Częściej szukała go wzrokiem, częściej zagadywała  przy stole, przy ognisku, na pomoście. Jej żarty były głośniejsze, dotyk bardziej swobodny, obecność wyraźniejsza.
To ona zaproponowała kajaki. Płynęli razem, wolno, bez pośpiechu, w słońcu odbijającym się od wody. Śmiali się, przekomarzali,  kto gorzej wiosłuje. Z brzegu wyglądało to niewinnie — dwoje ludzi korzystających z dnia. Paulina patrzyła bez emocji; rozpoznawała ten mechanizm aż nazbyt dobrze. Nie zareagowała impulsywnie. Wybrała moment, w którym byli sami, i powiedziała to spokojnie, bez cienia prowokacji. Dała mu wolną rękę. Powiedziała, że nie zrobi sceny, że Aneta jest fajną dziewczyną, że rozumie, jego potrzeby. Mówiła rzeczowo, jak ktoś, kto naprawdę dopuszcza taką możliwość.
Kamil wysłuchał jej uważnie — i pokręcił głową.
–  Jeszcze nie wyjechałaś, powiedział. I dopóki jesteś, jesteś tylko ty. Jedyna. Najpiękniejsza. A to z Anetą to tylko niewinny flirt, z resztą to ona jest stroną aktywną, nie ja. 
– Ależ ty mnie czarujesz tymi słowami…
A jednak widziała, że nie rzucał słów na wiatr. Było w nim sporo pryncypialności, której się po nim nie spodziewała. Anetę traktował ciepło, życzliwie, lecz konsekwentnie trzymał dystans. Nawet gdy coraz wyraźniej się do niego kleiła, nie przekraczał granicy, jakby miał ją jasno wyznaczoną i pilnował jej bez wysiłku.
Któregoś dnia przyszła do Pauliny wyraźnie przybita. Mówiła o tym, że chyba coś robi nie tak, że może jest zbyt nachalna, że źle to rozgrywa. Wysłuchała jej cierpliwie, nie oceniając.
Powiedziała tylko, że pewne rzeczy potrzebują czasu. Że czasem warto odpuścić krok, zrobić miejsce. Że Kamil, jeśli będzie chciał, sam do niej wróci. Na pewno wróci, musi tylko dać mu czas. Spojrzała na nią z ulgą, jakby właśnie dostała pozwolenie, którego potrzebowała. Przytuliła się do niej nagle, mocno.
– Jesteś wspaniała – powiedziała. – Prawdziwa przyjaciółka.

Ostatniego wieczoru rozpalili ognisko. Siedzieli w kręgu, blisko siebie, z kubkami i butelkami ustawionymi na ziemi, twarze rozświetlał ogień, a za plecami mieli ciemną taflę jeziora. Jedna z par przywiozła gitary i szybko okazało się, że repertuar krąży w dobrze znanych rejonach — jak to Paulina skomentowała półgłosem, „oazowo-bluesowych”: od piosenek podszytych religijnym uniesieniem po nieco chwiejne próby odtworzenia Dżemu. Było w tym coś rozczulającego i trochę męczącego zarazem.

W pewnym momencie, gdy zrobili przerwę sięgnęła po gitarę. Przesunęła instrument na kolana, ułożyła palce na gryfie i zaczęła grać. Pierwsze takty się rozsypały — pomyliła się, zawahała, przerwała. Uśmiechnęła się krótko do siebie, zaklęła, pochyliła głowę i zaczęła coś stroić, skupiona, jakby ognisko i rozmowy przestały istnieć.

Spróbowała jeszcze raz. Tym razem melodia popłynęła równo. Prosta, oszczędna, ale niosąca w sobie coś, co od razu przyciągało uwagę. Rozmowy ucichły. Ktoś odłożył kubek, ktoś inny przestał grzebać kijem w żarze.

– Co to za melodia? – zapytał jeden z kolegów z drugiego końca kręgu.

Uniosła wzrok.
– Napisałam ją kiedyś – powiedziała spokojnie. – Jeszcze wtedy, gdy grałam w Wolfensteinie.

Ktoś skinął głową, jakby sobie przypomniał. Ktoś inny półgłosem tłumaczył, że kiedyś opowiadała, że grała w jakimś zespole. Padło pytanie, czy to ma słowa.

– Ma – odpowiedziała po krótkiej chwili.

Na moment zamknęła oczy, po czym znów poruszyła palcami po strunach. Melodia nie zmieniła się, ale stała się pewniejsza, jakby teraz już wiedziała, dokąd prowadzi. Jej głos był niski i zaskakujaco zmysłowy, niósł się nad ogniskiem i wodą.

W mojej wieży smutku z kości słoniowej,
uczę się oddychać bez ciebie,
każdy krok brzmi tu jak zdrada,
każde jutro jest zbyt ciche.
Nie wszystkie drogi prowadzą do domu,
nie każda miłość zna słowo „zostań”.

Przez chwilę tylko grała, pozwalając, by dźwięk wybrzmiał. Potem przyszły słowa po angielsku, niemal bez przejścia, jakby ta historia potrzebowała obu języków.

In my ivory tower of sorrows I stand,
with broken maps clutched tight in my hands,
some loves are written to end halfway,
not every fire is meant to stay.
We burn, we learn, we let it go,
happy endings don’t always know our names.

Kiedy skończyła, nie opuściła od razu instrumentu. Ostatni akord wybrzmiał długo, aż zniknął w trzasku ognia. 

Ktoś po chwili powiedział cicho, że to piękne ale smutne. Ktoś inny — że prawdziwe. Paulina tylko wzruszyła ramionami i oddała gitarę. Chwilę później ciszę przerwały pierwsze akordy "Whisky moja żono..."

Ognisko paliło się dalej, ale rozmowy już nie wróciły do wcześniejszej lekkości. Jakby wszyscy na moment zrozumieli, że są historie, które nie mają happy endu — i że to wcale nie czyni ich mniej ważnymi.

---

Koniec września przyszedł cicho, jak coś, co było zapisane od dawna. Po powrocie z Mazur wiedziała, że wkrótce coś się domknie — nie gwałtownie, raczej jak drzwi, które zamyka się wolno ale do końca.
Kamil kupił dwie butelki prosecco. Poszli na plażę, daleko od wejść i barów, blisko granicy z Gdynią, tam gdzie wydmy są wyższe i jest prawie pusto. Siedzieli osłonięci od wiatru. Morze było stalowe, ciężkie, pozbawione już letniego blasku. Pili powoli. Kamil objął ją ramieniem. Mówiła dużo jak na siebie. O tym, że musi jeszcze ogarnąć mieszkanie, że ma do wyboru dwa akademiki, że wstępnie zarezerwowała miejsca, ale jeszcze się waha. O rzeczach praktycznych, terminach, drobiazgach. Jej głos nieco przyspieszał, jakby próbowała zagadać ciszę, nie dopuścić do tego, co czekało pod spodem.
Słuchał uważnie. Dopytywał, jak będą wyglądały studia, jakie zajęcia na początku, co zabierze ze sobą do Berlina. Pytał spokojnie, rzeczowo, jakby trzymał się tego jedynego porządku, który jeszcze dawał się utrzymać.
I wtedy to zobaczył.
Łzy spływały jej po policzkach cicho, bez szlochu, jakby ciało zaczęło reagować szybciej niż ona sama. Spróbował ją przyciągnąć, ale wyrwała się nagle. Wstała, zrobiła kilka kroków w stronę wody, potem wróciła i stanęła przed nim. Sztywna, roztrzęsiona.
– Wiedziałam – powiedziała. – Wiedziałam, kurwa, że to bez sensu. Wiedziałam…
Głos jej się załamał.
– Bałam się, że cię pokocham i…
Nie dokończyła.
– Kurwa no!
Kamil wstał i objął ją odruchowo. Przez moment pozwoliła, po czym spróbowała się wyszarpnąć.
– Zostaw mnie – rzuciła. – Nie chcę już słuchać, że jest tu i teraz. Nie ma już „teraz”, rozumiesz? Jutro wyjeżdżam i...
Przerwał, obejmując ją jeszcze raz, tym razem mocniej, zdecydowanie, tak żeby nie mogła się wyrwać. Trzymał ją blisko, aż napięcie w jej ciele zaczęło pękać.
– I co narobiłeś… – wyszeptała, już naprawdę płacząc.
Jej ramiona drżały. Płacz w końcu znalazł ujście. Kamil nie mówił nic. Gładził ją po plecach, powoli, jednostajnie, jakby chciał przekonać jej ciało, że może się zatrzymać, że nie musi uciekać ani walczyć.
Plaża była pusta. Wiatr niósł ich głosy w stronę wydm. Morze nie reagowało. A oni stali tak długo, aż łzy straciły ostrość, a rozpacz — kształt.

Długo milczał, zanim w końcu przemówił. Głos miał opanowany. Powiedział, że przeżyli piękne cztery miesiące. Najpiękniejsze w jego życiu. Że ma nadzieję, że ona też zapamięta je w taki sposób — nie jako błąd, nie jako pomyłkę. Prosił, żeby spróbowała spojrzeć na to z tej strony. Że nie chciał namieszać jej w głowie. Że jest najwspanialszą i najpiękniejszą kobietą, jaką poznał. Że nigdy wcześniej nie przeżył czegoś takiego i wie, że już nie przeżyje. Mówił to bez patosu, jakby opisywał fakt, z którym dawno się pogodził.
Powiedział w końcu, że ją kocha. Że pokochał od pierwszej randki.
– Kamil… no… przestań już… – przerwała mu, łzy wróciły z całą mocą.
– To może jednak dajmy sobie szansę?
Nie odpowiedziała od razu. Kiedy w końcu uniosła głowę, była skupiona i zimna. 
– Nie – powiedziała krótko. – Tak będzie lepiej. Dla mnie, dla ciebie. Dla nas. 
Zrobiła krok w jego stronę i pocałowała go w usta. Wbiła się w niego mocno a po chwili chwyciła zębami wargę i przygryzła. Jęknął z bólu, odruchowo cofając głowę. Dotknął twarzy i spojrzał na dłoń — była na niej krew.  Stała naprzeciwko ciężko oddychając, oblizała lekko usta.
– Pa, Kamil – powiedziała. – Było cudownie. Najcudowniej. Kocham cię. Bardzo. Muszę już iść. Nie szukaj mnie. Nigdy. Proszę. 
Chwyciła torbę i pobiegła w stronę Sopotu, nie oglądając się za siebie. Został tam, gdzie stał. Nawet nie próbował jej gonić. Biegła naprawdę szybko. Wiatr szczypał twarz, a łzy znów napłynęły do oczu, rozmywając światło latarni sopockiego molo.
Kamil...

---

Po niespodziewanej wizycie Olgi ich kontakt stał się czymś naturalnym, niewymuszonym. Często pisały do siebie bez żadnej okazji. Gdy Olga pierwszy raz użyła bata na swoim chłopaku, pierwsze co zrobiła był telefon do Pauliny. Opowiadała jej z ekscytacją co czuła i jak było. Spotkały się w Sopocie i uczciły to butelką wina. Od tego czasu były prawie nierozłączne, jakby znały się od lat. Paulina próbowała nawet ją wciągnąć w bieganie. Zwolniła tempo, ale nowa przyjaciółka już po dwóch próbach kręciła głową z uśmiechem. Mówiła, że to nie dla niej i że jest stworzona aby przemieszczać się na grzbiecie konia. Ewentualnie mogła być joga. 
I faktycznie — zabrała Paulinę kilka razy na zajęcia. Było w tym coś nowego: cisza i skupienie.
Tamtego wieczora, po rozstaniu z Kamilem, nogi poprowadziły ją bez wahania właśnie do niej. Biegła długo, niemal automatycznie. Piasek w Jelitkowie był wilgotny, twardy, morze ciemne i obojętne. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy zabrakło jej tchu nie od biegu, lecz od emocji. Wyjęła telefon drżącymi palcami wybrała numer.
– Zrobiłam to... Boże, jaka ze mnie idiotka, co ja narobiłam.
I wtedy głos znów jej się załamał. Powiedziała jeszcze, gdzie jest. Olga mieszkała blisko. Była przy niej po kilku minutach, bez pytań, bez komentarzy. Wzięła ją po prostu w ramiona, jakby to było oczywiste.
Pojechały do jej mieszkania. Paulina leżała z głową na jej kolanach, skulona, zmęczona, zupełnie pusta. Olga gładziła ją po włosach, jakby chciała uspokoić nie tylko ją, ale i cały świat wokół. Mówiła cicho, spokojnie. Utwierdzała ją w tym, że dobrze zrobiła. Że Kamil, choć był świetnym mężczyzną, byłby tylko kotwicą. Mówiła, że Paulina jest piękna i zdolna. Że przed nią otwiera się świat, że Berlin ją wchłonie. Da jej nowe życie, nowe tempo, nowe pytania i na pewno nowe odpowiedzi.
Słuchała, z zamkniętymi oczami. Nie płakała już, został tylko ciężki oddech i to szczególne zmęczenie, które przychodzi po  nieodwracalnych decyzjach. Leżała tak jeszcze długo. W końcu wstała, poprawiła włosy i powiedziała, że już jej przeszło. Prawie.

-----

Rozdział XXV - Wschód

Trójmiasto, wrzesień 2009

 Kilka dni po rozstaniu z Kamilem, wróciła z biegania, wzięła szybki prysznic i usiadła na balkonie z wysoką szklanką wody z cytryną. Ciało miała jeszcze rozgrzane, myśli spokojne i poukładane. Telefon zadzwonił, gdy właśnie opierała stopy o balustradę. Na wyświetlaczu pojawiło się: Manfred WirtzOdebrała niemal od razu. Mówił swoim charakterystycznym, ciepłym tonem, bez pośpiechu, jak ktoś, kto ma dobrą wiadomość i chce ją odpowiednio podać. Tłumaczył, że razem z Ingrid zastanawiali się nad jej sytuacją i doszli do wniosku, że mogą jej coś zaproponować. W Berlinie mają mieszkanie —  co prawda w zwykłym bloku we wschodniej części miasta, ale za to trzy pokoje i całkiem blisko Alexanderplatz, skąd będzie miała dobre połączenie na zajęcia. Opowiadał, że to ich stare mieszkanie, a potem mieszkali tam ich synowie w czasie studiów. Paulina bez trudu przypomniała sobie Maxa: wysokiego blondyna z trójką żywiołowych synów i zawsze pogodną, serdeczną żoną. Wirtz kontynuował. Zaproponował, żeby tam zamieszkała — zamiast akademika albo nerwowego szukania czegoś na własną rękę w ostatniej chwili. Wystarczy, że będzie opłacała czynsz i dorzuci symboliczne sto euro miesięcznie. Gdy żartował, że to „na piwo”, w tle wyraźnie było słychać głos żony, która natychmiast go skarciła, przypominając, że lekarz kazał mu ograniczyć alkohol, i że tylko by chlał, gdyby miał pretekst. 
Dodał jeszcze, że mieszkanie jest umeblowane, gotowe do zamieszkania — może nie nowoczesne, ale zadbane i przytulne. Zaprosił ją, aby wpadła do Schwerina po klucze. Słuchała w milczeniu, czując, jak napięcie, które nosiła w sobie od tygodni, zaczyna powoli puszczać. Przez chwilę walczyła z odruchem skrępowania, ale myśl o własnym kącie — bez zgiełku i tymczasowości akademika, była jak głęboki oddech. Odpowiedziała w końcu, ciszej, z wyraźnym wzruszeniem, że nie bardzo wie, jak ma dziękować. Wirtz powiedział krótko, żeby po prostu dobrze wykorzystała swoją szansę i że są z niej dumni. Kiedy się rozłączyli, jeszcze długo siedziała nieruchomo na balkonie, wpatrując się w jasne popołudniowe światło. Przed chwilą jej plany przestały być abstrakcją. Berlin przestał być odległym hasłem, a stał się konkretnym adresem. 
Wstała w końcu, wciąż trzymając telefon w dłoni, i przeszła powoli przez mieszkanie. W głowie zaczęły układać się konkretne sprawy: pakowanie, formalności, terminy. A obok lekkiej nostalgii pojawiło się coś nowego — spokojna, dorosła ekscytacja. To miało się naprawdę wydarzyć.

Dzień przed wyjazdem zorganizowała małą pożegnalną imprezę. Czuła, że jeśli tego nie zrobi, wyjedzie z poczuciem, że coś zostało urwane w pół zdania. Popołudnie było ciepłe, takie, które pachnie jeszcze latem, choć kalendarz już temu przeczy. Tata rozłożył stół w ogrodzie i nakrył go obrusem. Kilka krzeseł, talerze — nic szczególnego, a jednak wszystko dokładnie na swoim miejscu. Mama krzątała się przy jedzeniu, co chwilę zwracając Paulinie uwagę, że za grubo kroi warzywa.
Przyjechali ci, których chciała mieć obok. Kasia z trochę spiętym chłopakiem, Aneta — pogodna, choć z tym cieniem w oczach, który Paulina już dobrze znała. Dawid i Filip przywieźli karton piwa. Była też Olga — jak zawsze elegancka i posągowa. Pojawił się nawet dziadek. Trochę niespodziewanie, ale gdy już usiadł przy stole, od razu zaczął opowiadać różne historie. Kiedy usłyszał, że Paulina zamieszka we wschodnim Berlinie, wyraźnie się ożywił. Stwierdził, że gdy wpadnie do niej, odwiedzi dawnych towarzyszy, a ją koniecznie zabierze do Café Moskau — powiedział to z takim przekonaniem, jakby to było oczywiste, że właśnie tam zaczyna się prawdziwy Berlin. 
Było wesoło, śmiech pojawiał się naturalnie, rozmowy toczyły się bez wysiłku, ale pod tym wszystkim płynęła delikatna nostalgia — nie smutna, raczej ciepła. Taka, która pojawia się wtedy, gdy wszyscy wiedzą, że to jedno z tych spotkań, które zostają w pamięci dłużej niż inne. Mówiła niewiele. Wolała patrzeć: na braci, na przyjaciółki, na rodziców. I pomyślała, że to pożegnanie jest dokładnie takie, jakie miało być — zwyczajne, prawdziwe, bez nadęcia. Jutro wszystko się przesunie. Dziś jeszcze było na swoim miejscu. Wróciła do domu późno w nocy.  W przedpokoju stały 3 walizki i kilka kartonów. Pakowanie tego zajęło kilka długich godzin. Choć przez lata starała się nie gromadzić zbyt wielu rzeczy, dopiero teraz uświadomiła sobie, jak wiele tego miała. Czekało ją jeszcze jedno pożegnanie. Przez ponad rok nikt się nie dowiedział. Ani przyjaciele, ani rodzina. Tylko Olga. A przecież Andrzej nie był człowiekiem znikąd – starszy od niej o ponad dwadzieścia lat, mężczyzna o silnej osobowości, z którym łączyło ją coś znacznie głębszego niż zwykłe spotkania. Zresztą, słowo "spotkania" wydawało się nieodpowiednie. Ich relacja daleko wykraczała poza schematy klasycznych randek. Nie było wspólnych kolacji w restauracjach, wyjść do kina czy romantycznych weekendów nad morzem. Ich "randki" były wyjątkowe, intymne, zamknięte w czterech ścianach. To były najczęściej godziny wypełnione jego bólem i bezgranicznym uwielbieniem. Wiedziała, że dla niego była kimś więcej niż tylko młodą dziewczyną. Była jego przewodniczką, wyzwolicielką ukrytych pragnień, których do niedawna nawet sam przed sobą nie potrafiłby nazwać. Dla niej zaś był oparciem – kimś, kto nie próbował jej zmieniać, nie chciał jej kształtować według własnych wyobrażeń, ale akceptował ją taką, jaka była: silną, wymagającą, nieprzewidywalną. Wciąż pamiętała tamte pierwsze spotkania, nieporadne i pełne emocji. Jak Andrzej uczył się jej potrzeb, a ona – jego oddania. Jak krok po kroku budowali coś, czego nie dało się łatwo nazwać. I teraz, choć ich drogi miały się rozejść, nie odczuwała żalu. Była wdzięczna za ten czas. Za to, że mogła być sobą. Za to, że miała kogoś, kto bez słów rozumiał, kim naprawdę była.
Obiecał, że będzie ją odwiedzał w wybrane weekendy i ta deklaracja w zupełności jej wystarczyła.
Była gotowa na kolejny krok. Przygotowywała się do niego od czterech miesięcy. Widywali się rzadziej ale wciąż intensywnie. Wakacje, jej relacja z Kamilem, jego rejs, czas z w towarzystwie Olgi. To wszystko powodowało, że nauczyli się planować i wykorzystywać do maksimum każdą wspólną chwilę. Przyjechał w nocy. Pożegnanie było krótkie, wiedzieli że niedługo zobaczą się. Życzył jej powodzenia, prosił aby dała znać gdy bezpiecznie dojedzie. 

---

Tata pojawił się u niej z samego rana.
– No cóż, Pauli, do twojego Fiata to byśmy włożyli co najwyżej jedną walizkę – powiedział z uśmiechem, otwierając olbrzymi bagażnik swojego Citroëna C5 w wersji kombi. – A tak pakuj ile wlezie a zobaczysz,  że i tak zostanie miejsce. 
Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
– Dzięki, naprawdę nie dałabym rady sama.
Zaczęli znosić na dół kartony i walizki. Tata od razu przejął dowodzenie, ustawiał rzeczy w bagażniku z precyzją, jakby pakowanie było osobną sztuką a on miał w niej czarny pas. Podawała mu kolejne pudła, czasem żartując, czasem tylko stojąc i patrząc, jak jej życie znika w przestrzeni bagażnika. Kiedy wszystko było już na miejscu, ojciec jeszcze raz sprawdził ułożenie, zamknął klapę i dopiero wtedy podał jej kluczyki.
– No. Gotowe – powiedział, ocierając czoło. – Spokojnie dojedziesz. Na pewno nie chcesz, żebym pojechał z tobą?
– Nie, dam radę – odpowiedziała. – A wy i tak wpadniecie niedługo.
Kiwnął głową, ale zamiast od razu się cofnąć, sięgnął do kieszeni kurtki. Wyjął cienkie kartonowe etui i podał jej je bez zbędnych komentarzy.
– To na drogę – powiedział. – Ułożyliśmy to z Filipem i Dawidem. Ja to… no… jak to się mówi… wypaliłem.
Zawahał się na sekundę.
– Pod czujnym okiem Filipa – dodał szybko.
– Jesteście kochani. A co tam jest?
– Spodoba ci się – powiedział przytulając ją i całując.
– Jak coś się będzie działo, dzwoń od razu. Pamiętaj tylko, żeby tankować olej napędowy, błagam, nie pomyl się – powiedział jeszcze, wręczając jej komplet dokumentów.
– Dziękuję, tato. Kocham cię.
Wiedziała, że się o nią martwi, choć bardzo się starał tego nie pokazywać. Samodzielny wyjazd do obcego kraju, nowy etap życia — to nie było dla niego „po prostu”. Umówili się, że po tygodniu rodzice przyjadą do niej z wizytą: zobaczyć, jak się urządziła, pomóc, jeśli będzie trzeba. Przy okazji wymienią się samochodami — odda Citroëna i zabierze z powrotem swojego małego Fiata.
Gdy pożegnali się i kiedy ostatni raz spojrzała na blok, wsiadła za kierownicę. Silnik ruszył miękko. Kiedy wyjechała na drogę w stronę Gdyni, na pierwszym prostszym odcinku wsunęła płytę do systemu audio. Przez ułamek sekundy było cicho, potem głośniki ożyły charakterystycznym, galopującym rytmem. The Trooper uderzył od pierwszych taktów, bez ostrzeżenia. Parsknęła śmiechem. Po chwili śpiewała już razem z Brucem Dickinsonem. Przy refrenie rozpuściła włosy i pozwoliła im zatańczyć w rytmie muzyki — dokładnie tak, jak na koncertach. Na moment zabrała jedną rękę z kierownicy, a palcami drugiej zaczęła w powietrzu odgrywać linię basu. Droga złapała właściwy rytm. Asfalt sunął pod kołami jak taśma, a ona wybijała tempo lewą stopą, wciąż kołysząc głową. Na prostych odcinkach podkręcała głośność. Wnętrze Citroëna wypełniła surowa, dobra energia.
Było w tym coś oczyszczającego. Stare dobre metalowe granie, bas, który prowadził jak kompas, i głos wokalisty Iron Maiden, który zawsze brzmiał mocno i donośnie. Paulina śpiewała, grała w powietrzu, uśmiechała się sama do siebie. 

---

Berlin, wrzesień 2009

Podróż minęła szybciej, niż się spodziewała. Samochód prowadził się znakomicie – był cichy, stabilny, a zawieszenie idealnie tłumiło większość nierówności. Wjechała już do Niemiec z mieszanką ekscytacji i lekkiej niepewności, z każdym kilometrem coraz bardziej czując, że rozpoczyna nowy etap swojego życia. Przyspieszyła.
Gdy zbliżała się do zjazdu na Rostock, zadzwonił telefon. Wyświetlił się Max Wirtz.
– Hallo? – odebrała niepewnie.
– Cześć, Paulina, tu Max. Miałem twój numer jeszcze z zeszłego roku – głos był ciepły, przyjazny. 
– Jestem właśnie z Leonem w Schwerinie. Tata wszystko mi powiedział, wiem że jesteś już w drodze do nas. Pomyślałem, że może pomożemy ci. My ruszamy zaraz do Berlina na mecz, jedź tam od razu, damy ci klucze na miejscu.
Umówili się tak, że Max z synem przyjadą pod mieszkanie, dadzą klucze i pomogą z rozładunkiem. Dotarła na miejsce po niespełna pięćdziesięciu minutach jazdy. Zaparkowała samochód na wyznaczonym miejscu i przez chwilę po prostu siedziała w aucie. Okolica wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażała. Stare bloki z czasów NRD miały w sobie surową elegancję: wysokie, masywne, ustawione z rozmachem, nieprzytłaczające. Szerokie chodniki, dużo zieleni, stare drzewa pamiętające inne dekady. Elewacje były czyste, odnowione, w jasnych kolorach — nic krzykliwego, raczej porządek i solidność. Widać było, że kiedyś mieszkali tu ludzie ważni dla dawnego reżimu: urzędnicy, inżynierowie, kadra naukowa, dla której przestrzeń miała znaczenie. Fontanny na niewielkich skwerach, równo poprowadzone alejki, logiczny układ ulic — wszystko sprawiało wrażenie przemyślanego i spokojnego. Telefon zawibrował. Krótka wiadomość: Nawigacja pokazuje jeszcze godzinę.
Zamknęła auto i poszła się przejść, rozprostować nogi po jeździe, oswoić miejsce. Przeszła przez mały park, minęła plac zabaw, gdzie kilkoro dzieci bawiło się na niewielkiej zjeżdżalni. Z balkonów dobiegały urywki rozmów, gdzieś w oddali szczęknęły naczynia. Normalne życie. 
W pobliskim sklepie kupiła opakowanie winogron i gazetę — wybrała Der Spiegel. Na okładce dominował duży temat polityczny: kryzys finansowy wciąż rozlewał się po Europie, obok zapowiedzi artykułów o Angeli Merkel, o przyszłości Unii, o zmianach na rynku pracy i o odszkodowaniach dla ofiar eksperymentów z czasów wojny, których wypłatę obiecał nowy prezes Hagen Pharma. 
Wróciła do samochodu, otworzyła bagażnik i usiadła pod uniesioną klapą, opierając się plecami o jeden z kartonów. Winogrona opłukała wodą z butelki, strząsnęła krople i zaczęła powoli jeść, kartkując gazetę. Czytała fragment o tarciach w koalicji rządowej i o walce frakcji w CDU. Dalej był reportaż o bezrobociu w Brandenburgii i jakichś neonazistach, którzy namalowali zakazane symbole na budynku urzędu w jednym z małych miasteczek blisko granicy z Polską.  Co jakiś czas odrywała wzrok od tekstu i patrzyła przed siebie. Czuła coś pomiędzy spokojem a lekkim napięciem. Godzina szybko minęła.

– Witamy w Berlinie! – powiedział Max z szerokim uśmiechem, wysiadając ze srebrnego Mercedesa. 
Paulina przywitała się, dziękując za pomoc i uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem.
W trójkę szybko zabrali się za rozładunek samochodu. Kartony, walizki i torby wnosili sprawnie – dzięki windzie, która choć trochę wysłużona, działała bez zarzutu. Mieszkanie znajdowało się na dziewiątym piętrze.
Kiedy weszli do środka, rozejrzała się z ciekawością. Było zaskakująco przestronne i jasno. Wnętrze miało klasyczny układ z czasów NRD: trzy pokoje, duży przedpokój, oddzielna kuchnia i łazienka z oknem. Nosiło ślady przeszłości – solidne drewniane podłogi, tapeta w kwiatowy wzór i meble pokryte błyszczącą politurą. Jednocześnie widać było próby unowocześnienia – nowa armatura w łazience, świeżo malowane sufity i nowoczesna, jasna kuchnia, odświeżona kilka lat temu. Salon był największym pomieszczeniem – miał ogromne okno, przez które wpadało mnóstwo światła, oraz balkon z widokiem na Alexanderplatz. Dwa mniejsze pokoje były idealne na sypialnię i pokój gościnny. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko teraz będzie jej nowym domem.
– Jest naprawdę świetne – powiedziała z entuzjazmem, kiedy ustawili ostatni karton w salonie.
Max uśmiechnął się szeroko. 
– Cieszymy się, że ci się podoba. Wiesz, tata powiedział mi tylko jedno: pomóż jej tak, jakbyś pomagał własnej córce. Córki nie mam, tylko tych trzech potworów, których już poznałaś rok temu. Więc tym bardziej. 
Roześmiali się i wyszli na balkon. Dziewiąte piętro dawało oddech — nie było tu już ulicznego hałasu, tylko równy szum miasta, jak tło, do którego można się przyzwyczaić. Paulina niepewnie oparła dłoń o balustradę i spojrzała przed siebie. Wieża telewizyjna była blisko, niecały kilometr w linii prostej. Dominowała nad okolicą, jasna, smukła, niemal elegancka. Jej kula łapała popołudniowe słońce i odbijała je szeroką plamą światła.
Max stanął obok i uniósł rękę.
– Widzisz to? – zapytał, wskazując palcem. – Jak słońce pada pod odpowiednim kątem, na tej kuli zawsze wychodzi krzyż.
Zmrużyła oczy. Faktycznie — linie światła układały się w wyraźny znak, którego nie dało się pomylić z niczym innym.
– Nazywają to „zemstą papieża.” Budowali symbol świeckiego państwa, potęgi socjalizmu, nowoczesności… a wyszło jak wyszło.
Uśmiechnął się krzywo.
– Kiepsko, co? Całe NRD starało się wyprzeć religię, a ich największa wizytówka codziennie rysowała na niebie krzyż i to bez zgody partii.
Patrzyła jeszcze chwilę na wieżę. Było w tym coś przewrotnego, bardzo berlińskiego — historia, która nie daje się zamknąć w jednym porządku, symbole, które wymykają się intencjom.
– To miasto ma do tego talent – powiedziała w końcu. – Do ironii.
Skinął głową.
– Fajnie, że tu trafiłaś. Berlin lubi takich ludzi jak ty. Słuchaj, a może jesteś głodna? Niedaleko jest najlepszy currywurst w tej części Berlina. Czy może jesteś zbyt zmęczona?
Mimo kilkugodzinnej jazdy, była wciąż pełna wrażeń i energii. Pokręciła głową.
– Nie, nie jestem. Chętnie coś zjem.
– Zawsze zdążysz się rozpakować. A teraz chodź, zobaczysz coś zupełnie innego.
Zjechali na dół windą i weszli w niewielką alejkę między blokami, przy której ciągnął się rząd garaży. Paulina zawsze zastanawiała się, dlaczego niemieckie garaże były niemal identyczne – te same szare lub beżowe bramy. Inaczej niż w Polsce, gdzie każdy wyglądał, jakby był oddzielnym światem właściciela. Tutaj panował porządek.
Max podszedł do jednego z garaży i otworzył bramę. Skrzypnęła lekko, odsłaniając wnętrze. Natychmiast uderzył ich specyficzny zapach – mieszanka starej benzyny, oleju i czegoś jeszcze, jakby lekkiej nuty spalonego smaru. Zapach starego, wysłużonego silnika dwusuwowego, nie do pomylenia z niczym innym. Wypełniał ciasną przestrzeń garażu, jak mgła wspomnień o minionych czasach.
W głębi, w blasku światła wpadającego przez otwartą bramę, stał on – żółty Wartburg 353, model z końca lat 80. Samochód o kanciastych kształtach, który mimo wieku wyglądał, jakby ktoś wciąż traktował go z czułością.
– To Wartburg mojego dziadka – powiedział, z wyraźnym sentymentem w głosie. – Zostawiliśmy go po jego śmierci. Dziadek odebrał go w 1988 roku z salonu w Schwerinie. Przez lata jeździł tylko do nas, do Berlina, albo do sanatorium w Bad Elster.
Podeszła bliżej. Karoseria, choć w niektórych miejscach przykurzona, wciąż błyszczała. Kolor był soczysty, słoneczny, kontrastujący z szarością betonowych ścian.
– A może się przejedziemy? – zaproponował, wyciągając z kieszeni niewielki pęk kluczyków z plastikowym breloczkiem. – Pokażemy ci trochę wschodniego Berlina.
Otworzył maskę. W tym czasie Paulina z ciekawością przyglądała się wnętrzu – prostemu, niemal siermiężnemu. Mężczyzna sprawdził poziom płynu chłodniczego.
– Jeździłem nim jakieś trzy miesiące temu – powiedział, zamykając maskę z charakterystycznym trzaskiem. – Mam nadzieję, że odpali.
Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił go. Rozrusznik zawył niskim, przeciągłym tonem, przez chwilę ciszę przeszywało tylko ciężkie kręcenie się silnika. I wtedy – nagle – rozległo się, nierówne burczenie, a z rury wydechowej wystrzeliła kłębiasta chmura niebieskawego dymu, która na chwilę spowiła całą okolicę.
 Cofnęła się odruchowo o krok, śmiejąc się przy tym. Ten zapach, ta woń spalonego oleju zmieszana z benzyną – to była kwintesencja dawnej epoki.
Silnik prychał, ale utrzymywał pracę. Przegazował lekko – samochód odpowiedział typowym dla dwusuwów nierównym, dźwięcznym odgłosem i kolejnym kłębem dymu.
– I oto on – powiedział z dumą, wskazując na miejsce pasażera – Witaj w prawdziwym NRD.
Zaśmiała się. Mimo całej egzotyki sytuacji, czuła się cudownie lekka, jakby rzeczywistość na moment przestała być poważna.
– No, wsiadasz? – zapytał Max, otwierając jej drzwi.
Wartburg delikatnie drżał na biegu jałowym, gotowy do podróży w przeszłość Berlina, którego duch dawnej epoki wciąż unosił się w niektórych zakamarkach. Ostrożnie usiadła w fotelu Wartburga, uważając, by nie ubrudzić jasnych spodni o próg drzwi. Siedzenie, obite sztuczną skórą w odcieniu beżowej żółci, zaskrzypiało cicho. Leon rozsiadł się wygodnie na środku miękkiej tylnej kanapy.
Max wrzucił bieg i spokojnie ruszył. Silnik charakterystycznie warczał, a cały samochód lekko wibrował przy  przyspieszeniu.
Wjechali na szeroką aleję otoczoną monumentalnymi budynkami. Paulina rozpoznała nazwę na jednej z tablic – Karl-Marx-Allee.
– Witamy na alei Karola Marksa – powiedział kierowca z uśmiechem. – Jednej z najbardziej prestiżowych ulic wschodniego Berlina. To tu, po wojnie, NRD budowało swoją wizję idealnego socjalistycznego miasta.
Rozejrzała się. Wysokie budynki z jasnego kamienia, ozdobione kolumnami i mozaikami, przypominały architekturę pałacową, ale w wersji socrealistycznej. Wszystko było ogromne, masywne, z symetrycznymi fasadami i szerokimi chodnikami.
– To się nazywało "Stalinowskie Baroko" – kontynuował, przemykając między kolejnymi skrzyżowaniami. – Każdy blok miał być trochę jak pałac dla ludu. Duże mieszkania, wysokie sufity, szerokie ulice idealne na defilady, ale wiadomo – kto mieszkał tutaj, ten nie należał do przeciętnych robotników.
Chłonęła każde słowo, patrząc na budynki z fascynacją. Ich ogrom i dziwna mieszanka przepychu oraz surowości robiły niesamowite wrażenie.
– A tam przed nami – wskazał – jest Frankfurter Tor. Widzisz te dwie wieże? Wzorowane były na berlińskim Domu Inwalidów, ale w wersji proletariackiej. Trochę przepychu, trochę wielkiej ideologii, no i obowiązkowo miejsce na przemarsze wojskowe. Za dawnych czasów, wszystkie większe imprezy zaczynały się właśnie tutaj. Jeśli była jakaś wielka parada 1 maja albo rocznica rewolucji październikowej, defilady startowały stąd. Zobacz, na bloku zostały jeszcze stare neony.
Mówił z pasją, jak przystało na architekta, ale w jego opowieściach pobrzmiewała także nuta ironii.
– Widzisz tę kawiarnię tam w głębi? – wskazał na narożny lokal z neonem Café Moskau. – Kiedyś to było jedno z nielicznych miejsc, gdzie można było wypić kawę w zachodnim stylu – cappuccino albo espresso – ale oczywiście tylko dla wybranych. Byłeś kimś to miałeś wstęp. Reszta patrzyła przez szybę.
Paulina uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie słowa dziadka.
– No i tu – skręcił lekko w lewo – zaczyna się Alexanderplatz. Inny świat. Gdybyś tu była w latach 80., zobaczyłabyś morze betonu i Centrum-Warenhaus. Teraz jest tu więcej szkła i wieżowców, ale duch Wschodu jeszcze nie całkiem zniknął.
Minęli  wieżę telewizyjną, której charakterystyczna srebrna kula wciąż błyszczała w popołudniowym słońcu, niezmiennie rysując krzyż na swojej powierzchni. Ten Berlin, którego fragmenty pokazywał jej Max, był inny niż obraz wielkiej metropolii z przewodników. Był pełen kontrastów, anegdot, historii zapisanej w architekturze. Leon z tylnego siedzenia wtrącił z entuzjazmem:
– Tata pokazał mi kiedyś zdjęcia, jak wyglądała ta aleja w latach osiemdziesiątych – powiedział. – Wszędzie Trabanty i Wartburgi! 
Max pokiwał głową.
– Tak było. Ale jak wiesz, ja lubię te nasze stare miejsca. Może nie są najpiękniejsze ale mają duszę.
Samochód powoli toczył się przez ulice, a niebieska smuga dymu z rury zostawiała za nimi ślad, niczym niewidzialna nitka łącząca przeszłość z teraźniejszością. Kilku przechodniów pomachało im, ktoś zrobił zdjęcie. Zatrzymał się na niewielkim parkingu nieopodal Alexanderplatz, gdzie między budynkami przetrwał mały, niepozorny bar serwujący currywurst. Drewniana budka z prostym, czerwonym szyldem, pachniała przyprawami, smażoną kiełbasą i lekko przypalonym ketchupem — zapach był intensywny, pobudzający kubki smakowe. Wysiadł pierwszy, po czym otworzył drzwi Paulinie, która nie mogła poradzić sobie z klamką.
– No, teraz czas na coś autentycznego – uśmiechnął się, prowadząc ich w stronę baru.
Zamówili trzy porcje currywurst i frytki. Zapłacił za wszystko, machając ręką, kiedy próbowała sięgnąć po portfel. Usiadła z nimi przy jednym z kilku plastikowych stolików ustawionych pod parasolami.
– No dobra. Opowiadaj. Jak to z tymi studiami? Tata coś wspominał, ale chciałbym usłyszeć od ciebie.
Przełknęła pierwszy kęs, po czym otarła usta serwetką.
– Dostałam stypendium – powiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała lekka nuta dumy. – Będę studiować psychologię. Trochę się martwiłam, bo mój licencjat był przecież z filologii, ale uczelnia ma specjalny program wyrównawczy, dodatkowe zajęcia na pierwszym roku, żeby nadrobić różnice.
Skinął głową, wyraźnie pod wrażeniem.
– Bardzo mądrze. Psychologia to świetny wybór. Ludzie zawsze będą potrzebować kogoś, kto ich wysłucha i zrozumie.
– A ty, Max? – zapytała po chwili. – Skąd się wziąłeś na drugim końcu Niemiec?
Westchnął z lekkim uśmiechem.
– Studiowałem architekturę tutaj, w Berlinie. Miałem szczęście, bo moja uczelnia miała renomę nawet po zjednoczeniu. Wiesz, kiedy upadał mur, miałem prawie dwadzieścia lat. Ale mimo wszystko... – zawahał się – mimo że dla mnie NRD to głównie młodość to i tak w pracy w Stuttgarcie długo czułem, że jestem "Ossi".
– Naprawdę?
Pokiwał głową.
– Ludzie niby mówią, że wszystko jedno, że minęło tyle lat, ale różnice w mentalności są. W Zachodnich Niemczech długo jeszcze patrzyli na nas jak na "tych ze Wschodu". Trochę jakbyś zawsze był ciut gorszy, nawet jeśli nie mówili tego wprost.
– Musiało być ciężko – powiedziała cicho.
Wzruszył ramionami.
– Nauczyłem się, że nie warto się przejmować. Robisz swoje. W Stuttgarcie miałem świetną ofertę pracy, poznałem Katherine. Ale zawsze tęskniłem za Berlinem. I staram się tu bywać, czasem z chłopakami potrafimy przyjechać specjalnie na mecz Herthy. A dziś mogę jeść currywurst z tobą i moim pierworodnym – mrugnął w stronę Leona, który właśnie pochłaniał kolejną porcję frytek.
Paulina roześmiała się cicho.
– No i mamy miasto pełne skomplikowanej historii na wyciągnięcie ręki – dodała.
– Dokładnie – przytaknął. – Berlin jest jak żywa książka. Codziennie odkrywasz coś nowego. Zazdroszczę ci, wszystko przed tobą. A na mecz kiedyś musimy cię zabrać. Jeśli choć trochę lubisz piłkę, to pokochasz naszą Starą Damę. Tylko tacie nie mów, dla niego ten klub jest zbyt zachodni.
– Nigdy nie interesowałam się, ale trzymam was za słowo i chętnie wybiorę się.
Siedzieli jeszcze chwilę, delektując się  pysznym jedzeniem i rozmawiając o tym, co Berlin ma do zaoferowania. Czuła, że znalazła swoje miejsce. Nowy rozdział życia właśnie się zaczynał.

---
 
Berlin, jesień / zima 2009

Początek roku akademickiego był dla Pauliny niczym zanurzenie w innym świecie – intensywnym, wymagającym, ale i ekscytującym. Mimo że miasto tętniło życiem, oferowało nieskończoną paletę bodźców, wydarzeń i możliwości, od początku wiedziała, po co tu przyjechała. Skupiła się na nauce z niemal ascetyczną dyscypliną. Jej dni były wypełnione wykładami, seminariami, godzinami w bibliotece i wieczornym przesiadywaniem nad podręcznikami.
Nowe otoczenie – berliński kampus, wykładowcy, nowe koleżanki i koledzy – z jednej strony fascynowało, z drugiej wymagało ogromnego skupienia i szybkiego przystosowania. Program wyrównawczy dla studentów bez wcześniejszego przygotowania psychologicznego był intensywny, a ona – ambitna jak zawsze – chciała nie tylko nadążyć, ale koniecznie być najlepsza. Studiowanie psychologii w języku niemieckim, z całą jej terminologią i subtelnościami pojęciowymi, było wymagające, ale też pasjonujące. Każdy wykład, każdy rozdział z podręcznika otwierał przed nią nowe obszary myśli i wiedzy.
Jedynym oderwaniem od tej rutyny były wizyty jej rodziców. Przez pierwsze tygodnie przyjeżdżali regularnie, co dwa tygodnie, przywożąc ze sobą kawałek domu. Mama – z domowym ciastem, zapasami polskich produktów. Tata – z ciepłem, spokojem, czasem z lekką zadumą w oczach, gdy rozglądał się po mieszkaniu, jakby nadal nie mógł uwierzyć, że jego córka już tu mieszka, w tym wielkim mieście, z dala od ich codzienności. Chodzili razem na spacery na Kreuzberg, odwiedzali muzea, raz poszli nawet na targ staroci przy Ostbahnhof, gdzie ojciec długo przeglądał stare winyle, a mama z rozbawieniem przyglądała się jakimś dziwnym bibelotom. Te wizyty były pełne miłości, ale i zrozumienia – pozwalali jej wracać do nauki, nie zabiegając o zbyt wiele uwagi.
Zupełnie inaczej wyglądała pierwsza wizyta Andrzeja. Przyjechał pewnego piątkowego popołudnia, jesień w Berlinie była złota i ciepła. Wieczór spędzili przy kolacji. Pili wino, rozmawiali długo siedząc przy stole, patrząc na roświetlającą się panoramę miasta. Słuchał uważnie, jak zawsze, wtrącając krótkie, ale trafne komentarze. Chwalił ją, gratulował wyboru kierunku. Pytał o szczegóły – o to, co najbardziej ją ciekawi, jakich wykładowców polubiła, jakie ma plany.
Potem poszli na długi spacer wzdłuż rzeki, w stronę East Side Gallery. Przeszli mostem na Kreuzberg. Mijali leniwe światła kawiarni i restauracji. Berlin nocą był inny niż za dnia – bardziej intymny. Nie trzymali się za ręce, nie przytulali – ich relacja nie potrzebowała tego rodzaju gestów. Ich bliskość była cicha, głęboka, niewerbalna.
Kiedy wrócili do mieszkania, byli zmęczeni – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, po całym tygodniu pracy i nauki. Paulina przebrała się w miękki dres, Andrzej wziął prysznic. Powiedziała, że musi chwilę odpocząć. Położyli się obok siebie, w ciszy. On delikatnie pogładził ją po karku, powiedział tylko:
– Odpoczywaj, nic nie musimy robić. 
Uśmiechnęła się i zasnęła niemal natychmiast.
Jego kolejne wizyty wyglądały podobnie. Paulina była tak przemęczona, że zasypiała na siedząco. Nie planowali nic. Andrzej cieszył się, że ją widzi, proponował spacer lub zakupy. Paulina przepraszała go,  prosiła o zrozumienie, śmiała się, że kiepska z niej sadystka, bo nawet nie ma siły go wychłostać. Przestrzegała, że to nie znaczy, że stała się łagodna. Śmiali się oboje, Andrzej klękał i mówił, że zawsze będzie do dyspozycji.

W ten sposób minęły pierwsze dwa miesiące jej nowego życia. Monotonne dla kogoś z zewnątrz, a dla niej przede wszystkim pełne sensu, choć wyczerpujące. W grudniu postanowiła wynagrodzić mu swoją niewielką aktywność i ciągłe zmęczenie. Postanowili wybrać się do jednego z berlińskich klubów na klimatyczną imprezę. Pomysł wyjścia wyszedł od niego. To on natknął się gdzieś na informację o tej imprezie i zaproponował jej udział. Zgodziła się niemal od razu. Miała poczucie, że taki wieczór dobrze zrobi im obojgu — a jej samej pomoże wyrwać się z rytmu zajęć, dojazdów i zmęczenia, które wciąż odkładało się w ciele. Zaczęła przygotowania już po południu. Wzięła prysznic, wysuszyła włosy i upięła je ciasno, gładko, bez żadnych luźnych pasm. Lubiła ten efekt: odsłoniętą szyję, wyraźną linię karku. Makijaż zrobiła mocniejszy niż zwykle — podkreślone oczy, ciemna kreska, usta w chłodnym, głębokim odcieniu. Założyła starannie dobraną bieliznę: czarną, gładką, bez zbędnych ozdób, oraz cienkie rajstopy. Dopiero potem sięgnęła po czarny, skórzany catsuit. Wsuwając w niego nogi, poczuła znajomy chłód satynowej podszewki, który po chwili ustąpił ciepłu ciała. Zasunęła zamek do końca, sprawdzając w lustrze, czy linie układają się równo, bez najmniejszego przesunięcia. Do tego dobrała długie rękawiczki, które sięgały powyżej łokci. Na koniec kozaki. Wysokie, eleganckie, z miękkiej skóry, perfekcyjnie wyprofilowane — prezent od Andrzeja na jej urodziny w maju. Do tej pory nie miała okazji ich założyć. Teraz pasowały idealnie. Obcas był wysoki, ale stabilny, a cholewka obejmowała nogę dokładnie tak, jak powinna. Wyglądała zjawiskowo i budziła niesamowity respekt. Gdy wyszła z sypialni natychmiast padł przed nią na kolana. Podeszła do niego bez słowa. Uniosła dłoń i lekko, pewnym gestem podniosła jego podbródek, zmuszając, by spojrzał jej w oczy. Przez chwilę trwało między nimi to ciche napięcie, w którym nie było już miejsca na wahanie.

– Dziękuję, że jesteś, Fenriss – powiedział cicho.

Odpowiedziała tylko uśmiechem, krótkim, niemal niedostrzegalnym.

– Chodźmy.

Odwróciła się, a on sięgnął po płaszcz. Długi, czarny, z ciężkiej wełny — ten, który kupiła sobie w Zarze z myślą o zimowych chłodach. Pomógł jej wsunąć ramiona w rękawy, poprawił kołnierz. 

Wyszli i wsiedli do taksówki. Zerkał na nią ukradkiem: na linię szyi odsłoniętą ciasnym upięciem włosów, na piękny profil, na sposób, w jaki siedziała wyprostowana, niewzruszona. Czuł zapach jej perfum — ciepły, ciężki, niosący się w zamkniętej przestrzeni auta. 

Wchodząc do klubu, zgodnie z zasadami miejsca, rozebrał się do naga i założył czarną, welurową maskę na twarz. Uśmiechnęła się i wyjęła z torebki dwie klamry połączone łańcuszkiem. Przypięła mu je do sutków, mówiąc, że to pomoże skupić mu się tylko na tym, kto jest jego panią. Przypięła smycz do jego obroży i szarpnęła. Klub był industrialny, przestronny, oświetlony w przyciemnionych, czerwonych i fioletowych barwach. Z głośników leciała nastrojowa muzyka, a powietrze przesycone było zapachem skóry i dymiących tu i ówdzie kadzidełek. W różnych częściach odbywały się sceny pokazowe – dominujące kobiety tresowały swoich uległych, niektórzy klęczeli, inni wisieli przypięci do skomplikowanych konstrukcji. Wszystko odbywało się z klasą, choć nieco teatralnie.  Paulina prowadziła swojego towarzysza przez kolejne pomieszczenia z zaskakującą pewnością siebie. Przyglądała się z ciekawością innym, czasem przystawała, aby popatrzeć na torturowanego właśnie niewolnika. Po jakimś czasie zauważyła, że Andrzej zaczął się trochę wycofywać. Stał pochylony a w jego oczach pojawiło się napięcie. Nie chodziło o to, że ktoś go dotykał – bo nikt tego nie robił – ale o atmosferę, która stawała się dla niego zbyt gęsta. Za dużo bodźców, za dużo intensywności, zbyt wiele ludzi wokół. Spojrzała mu prosto w oczy przez otwory w masce i zapytała cicho:
– Co się dzieje? Źle się czujesz?
– Czuję się trochę przytłoczony tym wszystkim naraz. Przepraszam. 
Kazała mu uklęknąć, ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała lekko w czoło.
– Jeśli nie czujesz się dobrze, wracajmy do domu. 
– Jesteś pewna? Może pójdę na chwilę do łazienki, umyję twarz zimną wodą?
– Nie, nic na siłę. Ale nie myśl, że ten wieczór szybko się skończy.
Skinął głową, czując ulgę i wdzięczność. Bez pośpiechu wyszli z klubu. Powietrze grudniowego Berlina było chłodne i orzeźwiające. Wezwali taksówkę. 

Kiedy tylko drzwi mieszkania zamknęły się za nimi, zdjęła płaszcz i bez słowa odwróciła się do uległego. Wciąż miała na sobie czarny, błyszczący catsuit, który idealnie opinał jej ciało. W świetle lamp jej sylwetka wyglądała jeszcze bardziej zjawiskowo – jednocześnie elegancka, surowa i niepokojąco piękna.
– Rozbieraj się – powiedziała spokojnie, ale ton jej głosu nie pozostawiał miejsca na nawet najmniejsze wątpliwości. Znał go aż za dobrze. Posłusznie wykonał polecenie, powoli i starannie zdejmując ubrania, jakby każdy ruch miał znaczenie. Podeszła do komody, wyjęła jeden z ulubionych pejczy – cienki, pleciony, starannie wykonany. Wskazała mu miejsce koło ściany. Uklęknął.
Zapanowała cisza, którą przerywał jedynie świst skóry przecinającej powietrze i cichy, powtarzalny dźwięk uderzeń. Paulina biła go powoli, równym rytmem ale niemal od początku bardzo mocno. Nie odzywała się, nie komentowała. Wiedziała, że on oddaje się jej w pełni – że to dla niego coś więcej niż ból. To było oczyszczenie. Potwierdzenie jego oddania. Czasem jęknął, czasem zacisnął dłonie w pięści, czasem zadrżał. Nie prosił o przerwę. Chciał to wytrzymać. Dla niej. Nie liczyła ile razy go uderzyła, była jednak pewna, że przekroczył sto. Kiedy odkładała pejcz leżał na podłodze drżąc i wijąc się z bólu. Wskazała palcem buty.
– Zdejmij
Chwycił ostrożnie za nogę i delikatnie, z ogromnym szacunkiem, zaczął rozpinać zamek. Zdjął jeden but, potem drugi, po czym wziął jej stopy w dłonie i bez słowa zaczął masaż. Stopy były ciepłe, drobne, idealnie zadbane. Każdy dotyk był dla niego formą nagrody.  Zamknęła oczy i odchyliła głowę, opierając ją o tył fotela. Jej oddech uspokajał się, a mięśnie rozluźniały. W ciszy słychać było tylko ciche westchnienia, przeciągłe ruchy dłoni na jej skórze i oddech Andrzeja – spokojny, rytmiczny.
Po kilkunastu minutach masażu otworzyła oczy i spojrzała na niego z góry.
– Wystarczy – szepnęła.
Usiadł przy nogach, opierając głowę o jej kolana. Pogładziła go po włosach. Przez dłuższą chwilę siedzieli tak w ciszy, jak dwoje ludzi, których łączy coś więcej niż słowa. Jej palce bawiły się jego kosmykami, a spojrzenie błądziło gdzieś poza ściany mieszkania.
– Dobrze spisałeś się, wiesz jak mnie uszczęśliwić – powiedziała w końcu.
Nie odpowiedział. Zamknął oczy. Wiedział, że w tym jednym zdaniu zawarte było wszystko.

---

Święta spędziła w domu. Było spokojnie, rodzinnie, bez nadmiaru emocji. Śnieg skrzypiał pod butami, gdy szła znajomą drogą na wzgórze, które lubiła od dzieciństwa. Z Andrzejem widziała się dwa razy – najpierw spotkali się w centrum miasta, wymienili prezenty, kilka zdań, uśmiechów, życzeń. Po świętach poszli jeszcze na elegancką kolację. Poszła też na kawę z Olgą. Spotkały się w małej kawiarni, której wnętrze pachniało cynamonem i świeżym pieczywem. Rozmawiały długo – o wszystkim i o niczym. Przyjaciółka opowiadała o zbliżających się egzaminach adwokackich, o presji, o nieprzespanych nocach z kodeksem, o Jacku który był na każde jej skinienie. Paulina mówiła z kolei o Berlinie, o uczelni, o zmęczeniu, wizytach Andrzeja i o tym, jak coraz bardziej odnajduje się w tym nowym rytmie. W końcu powiedziała:
– Musisz mnie odwiedzić.
– Obiecałam sobie, że po tych pieprzonych egzaminach. Serio. Mam już dosyć. To mi dobrze zrobi.
Tylko kiwnęła głową. Wiedziała, że Olga dotrzyma słowa.
Na Sylwestra wróciła do Berlina. Zwykle nie przepadała za tego typu okazjami – zbyt dużo oczekiwań, zbyt wiele hałasu wokół czegoś, co właściwie niczego nie zmienia. Ale dała się namówić znajomym ze studiów. Gdy szykowała się do wyjścia zadzwoniła Aneta. Złożyły sobie życzenia. Podekscytowanym głosem powiedziała, że Kamil zaprosił ją na imprezę. Paulina poczuła ukłucie w żołądku. Przypomniała sobie wszystkie chwile, spędzone w towarzystwie tego uroczego łobuza, jak lubiła o nim myśleć. Przed oczami przeleciał jej spacer na molo, wypady na plażę po pracy, pełne uniesień noce w kamperze. Powiedziała przyjaciółce, że cieszy się jej szczęściem i żeby przekazała Kamilowi życzenia od niej, ale wewnątrz, gdzieś głęboko w środku, poczuła smutek.  Na imprezę poszła do jednego z modnych klubów FriedrichshainDawne hale przemysłowe i pofabryczne budynki zostały tu przerobione na przestrzenie służące zabawie — surowe, wysokie, pełne betonu i metalu. Wnętrze klubu było nowoczesne, niemal ascetyczne: ciemne ściany, długie bary, ostre światło stroboskopów przecinające dym. Muzyka pulsowała nisko, ciężko, wibrowała gdzieś w przeponie, bardziej czuło się ją w ciele, niż słyszało. Tłum poruszał się jak jeden organizm — bez rozmów, bez uśmiechów, skupiony na rytmie i ruchu. Było intensywnie, głośno, niemal duszno — dokładnie tak, jak powinno być. Ku jej własnemu zaskoczeniu, bawiła się dobrze. Tańczyła długo, pozwalając ciału ruszać się w rytm muzyki. Wróciła do mieszkania nad ranem – zmęczona, z lekko przesiąkniętym dymem płaszczem i rozmazanym tuszem. Zdjęła buty, opadła na sofę i spojrzała przez okno. Za szybą budził się pierwszy dzień nowego roku.

---

Wizyty Andrzeja w Berlinie stały się rzadsze ale wciąż pełne emocji i bliskości, której oboje potrzebowali. Przyjeżdżał zazwyczaj w piątkowe popołudnie, z torbą podróżną, zawsze punktualny, zawsze z jakimś prezentem – czasem z butelką dobrego wina, czasem nową książką, którą jego zdaniem koniecznie powinna przeczytać. Otwierała mu drzwi z tym samym, lekkim, ale nieco chłodnym uśmiechem, który nigdy nie przestawał go elektryzować. Starała się być przygotowana i wypoczęta, a wieczory spędzali razem, w sposób, który szybko ukształtował się jako ich własny rytuał. Uwielbiała go testować – fizycznie i emocjonalnie – a on, jak zawsze, przyjmował to z pokorą i z zachwytem. Bywały wieczory pełne bólu, cierpienia i łez, ale również pełne czułości i milczącego zrozumienia, gdy zmęczona zasypiała z głową na jego kolanach. Do klubu BDSM już nie wrócili. Zauważyła, jak bardzo tamto doświadczenie go poruszyło. I choć nie mówił o tym wprost, ona doskonale wiedziała. Spodobało jej się to miejsce, ale nie chciała go zmuszać, nie chciała budować swojej siły jego kosztem. Potrafiła być bezlitosna, ale tylko wtedy, gdy wiedziała, że to potrzebne. W tym przypadku – nie było. Ceniła go. Za oddanie. Za lojalność. Za to, że potrafił być obok. Andrzej najczęściej wracał do siebie w sobotę wieczorem albo w niedzielę rano. Nigdy nie zatrzymywała go dłużej, ale też nigdy nie przyspieszała jego wyjazdu. W ich relacji czas miał inne znaczenie – liczyła się jakość, nie długość. Podczas jednego z ostatnich takich weekendów, gdy zbierał się do wyjścia, spojrzała na niego smutnym wzrokiem.
– Nie dam rady. Musimy widywać się rzadziej, znacznie rzadziej. Nie mam ostatnio nawet czasu na regenerację. Czuję, że zaczynam się zmuszać do naszych spotkań, przestają mi sprawiać przyjemność. Nie chcę abyś przyjeżdżał tylko po to,  żebym zasypiała po godzinie albo robiła coś na siłę.  
– Rozumiem Fenriss i dziękuję ci za wszystko. Za to, że jesteś. Za to, że pozwalasz mi być przy tobie. Za każdą chwilę z tobą. Będę czekał, zawsze gotowy, wystarczy twój jeden gest i przyjadę. 
Tylko skinęła głową. Wiedziała, że nie trzeba mówić więcej. Wyczuła w jego głosie cień smutku, jakby już wtedy wiedział, że kolejne spotkanie nie nastąpi zbyt szybko. I rzeczywiście – nie widzieli się potem przez dłuższy czas. Minął miesiąc, potem kolejny. Żadne z nich nie mówiło o rozstaniu, o przerwie, ani o dystansie. Po prostu codzienność Pauliny zaczęła wypełniać się coraz bardziej. Studia nabrały jeszcze większego tempa – seminaria, kolokwia, coraz więcej materiału do przyswojenia, coraz więcej analiz, badań, notatek. Jej dni były poukładane. Ranki rozpoczynała od szybkiego biegu, potem śniadanie, kawa, skrupulatnie zaplanowany blok nauki, zajęcia na uczelni, biblioteka, powrót wieczorem, nauka, sen. Do tego raz na jakiś czas wizyty rodziców lub niedzielne obiady w Schwerinie u państwa Wirtzów, gdzie choć na chwilę, zanurzała się w spokojniejszy rytm.
Często myślała o nim. Zwłaszcza wieczorami, gdy siedziała sama przy stole, z laptopem, w dresie i z niedokończoną herbatą. Nie brakowało jej go fizycznie – brakowało jego obecności jako świadka codzienności. Tego cichego mężczyzny, który potrafił być przy niej bez słów, pierwszego który ją zrozumiał. 

-----


Rozdział XXVI - Praca magisterska

Berlin, marzec 2010

Od pierwszych tygodni studiów Paulina pracowała intensywnie, niemal bez wytchnienia. Berlin nie dawał taryfy ulgowej, ale ona szybko zrozumiała, że właśnie tego potrzebuje — tempa, wymagań, konieczności skupienia się na konkretach. Zajęcia traktowała bardzo serio, czytała więcej, niż wymagano, zadawała pytania, notowała uważnie. Egzaminy zdawała pewnie i z wysokimi ocenami; kiedy przyszły wyniki, okazało się, że wszystkie przedmioty zaliczyła na poziomie co najmniej dziewięćdziesięciu procent. Dobra passa nie była przypadkiem — była efektem żelaznej dyscypliny, którą sobie narzuciła. Gdy nadszedł czas wyboru tematów prac magisterskich, entuzjazm nie pojawił się od razu. Przeglądała propozycje, pomysły, czytała opisy, pytała wykładowców,  konsultowała się ze studentami z ostatniego roku i za każdym razem miała to samo wrażenie: zbyt gładkie, zbyt oczywiste, zbyt bezpieczne. Wiele zagadnień wydawało jej się banalnych, wtórnych lub oderwanych od rzeczywistości. Wiedziała, że nie chce pisać pracy poprawnej, lecz pustej. Szukała czegoś, co naprawdę ją poruszy.

Właśnie wtedy w Berlinie pojawiła się Olga. Świeżo po egzaminach adwokackich, zmęczona, ale szczęśliwa, tryskała energią i planami. Podróż Route 66,  zwiedzanie winnic w Kalifornii. Wieczorami siedziały u Pauliny nad butelką wina, rozmawiając o życiu, pracy, mieście, ludziach. Któregoś z tych wieczorów, niemal mimochodem, zeszły na temat pracy magisterskiej.
Pomysł pojawił się spontanicznie. Najpierw jako żart, potem jako pytanie, wreszcie jako coś, co zaczęło się domagać uwagi. Relacje władzy, intymność, kontrola — wszystko to, co Paulina znała z doświadczenia i obserwacji, a co rzadko bywało opisywane bez uproszczeń. Początkowo podeszła do tego z nieśmiałością, z obawą, że temat jest zbyt kontrowersyjny, że nie chce obnosić się z tym, że to jej głęboko intymna sfera. 
Przyjaciółka tylko się uśmiechnęła. Przekonywała ją spokojnie, że Berlin jest miejscem, w którym nikt nie będzie zadawał pytań ani oceniał. Że uczelnia, jeśli ma być uczciwa, powinna dotykać także tego, co w pewien sposób niewygodne i nieoczywiste. Kilkanaście minut burzy mózgów wystarczyło, by z chaosu myśli wyłonił się temat — odważny i prawie jej własny: ,,Władza, intymność i kontrola – psychologiczne aspekty relacji asymetrycznych z perspektywy kobiet dominujących."
Kiedy zapisała go w notesie, poczuła coś, czego brakowało jej od tygodni: pewność, że wie, o czym chce pisać — i dlaczego.

Dowiedziała się szybko, że z takim tematem nie ma wielkiego wyboru. Praca o relacjach dominacji i uległości mogła powstać tylko pod kierunkiem profesora Schneidera. Nazwisko krążyło na wydziale niemal jak legenda — wykładowca wybitny, wymagający, bezlitosny wobec banału. Mówiono też, że od pięciu lat nie przyjął żadnego seminarzysty. Nie dlatego, że brakowało chętnych, lecz dlatego, że nikt nie spełniał jego kryteriów. Paulina wiele o nim słyszała, choć paradoksalnie jeszcze nie miała z nim zajęć. Te zaplanowane były dopiero na ostatnim roku. Profesor Schneider funkcjonował więc dla niej bardziej jako figura — intelektualny punkt odniesienia, ktoś, kto mógł albo definitywnie zamknąć temat, albo nadać mu prawdziwą wagę. Wiedziała jedno: jeśli spróbować, to tylko u niego.

W dniu spotkania obudziła się wcześniej niż zwykle. Wyszła na trening, biegła długo i mocno, pozwalając, by rytm kroków oczyścił głowę. Chłodne powietrze poranka paliło w płucach, mięśnie napinały się aby utrzymać tempo. Narzuciła sobie dużą prędkość i szybko poczuła zmęczenie — takie, które porządkuje myśli lepiej niż kawa. Po powrocie wzięła prysznic, pozwalając, by gorąca woda spłukała resztki napięcia. Ubierała się spokojnie, bez pośpiechu. Wybrała rzeczy proste, neutralne, jakby nie chciała niczym wyróżnić się — chciała, by mówiły za nią słowa, nie forma. Związała włosy, spojrzała na siebie w lustrze. Była gotowa do wyjścia.

Metro było już pełne ludzi — studentów i pracowników biur. Stała przy drzwiach, trzymając się poręczy, patrząc w przesuwające się za oknem tunele a potem budynki. Myślała o tym, co powie profesor i że jeśli odmówi trudno będzie jej to zaakceptować. Przesiadła się do tramwaju. Gdy zatrzymywał się na jej przystanku, czuła już znajome skupienie. Nie ekscytację, nie strach — raczej gotowość. To nie było spotkanie, na które się idzie, by zrobić wrażenie. To było spotkanie, na które się idzie, by sprawdzić, czy to, co nosi się w głowie, ma prawo zaistnieć.

Profesor Schneider był postacią niemal legendarną. Wybitny specjalista w zakresie psychologii płci i seksualności – barwny, ekscentryczny, otwarty i niezwykle wymagający. Nosił okulary w grubych, czerwonych oprawkach, kolorowe marynarki i apaszki. Znany był ze swojej bezkompromisowej postawy wobec ciasnoty myślenia, ale także ze swojej życzliwości wobec studentów. Szczególnie tych, którzy myśleli odważnie. Tylko tych. Pozostałych co najmniej ignorował. Był uważany za dziwaka, ale to na jego wykładach był zawsze komplet. Paulina zapukała do drzwi, lekko podenerwowana. Wiedziała, że nie każdy może pisać pracę magisterską u tego profesora, trzeba go było naprawdę czymś zainteresować. Gdy usłyszała charakterystyczne „Komm rein!”, weszła i zamknęła za sobą drzwi.

Rozejrzała się po wnętrzu. Gabinet znajdował się na ostatnim piętrze modernistycznego budynku Instytutu Psychologii. Ściany były pokryte półkami z książkami – wiele miało tytuły w językach angielskim i francuskim, a spomiędzy nich wystawały kartki, notatki, zakładki, pocztówki. Było też kilka zdjęć – młody Schneider z Michelem Foucaultem, z konferencji w Montrealu, inne z jakiejś demonstracji z lat 80. w Hamburgu. Gospodarz pisał coś skupiony, dał jej sygnał dłonią aby nie przeszkadzała. Po chwili zamknął notes i spojrzał na nią.
– Ach, Fräulein Ritter! – zawołał radośnie, wstając zza biurka i wskazując jej miejsce naprzeciwko. – Cieszę się, że pani przyszła. Słyszałem od pani prowadzących, że błyszczy pani na ćwiczeniach. Dlatego zgodziłem się panią przyjąć.
Uśmiechnęła się nerwowo, siadając. 
– Dziękuję, panie profesorze. 
– Co panią sprowadza w moje skromne i jakże niedostępne progi?
–  Chciałabym porozmawiać o temacie pracy magisterskiej. Mam pewien pomysł, nieco nietypowy, na pewno odważny.
Schneider spojrzał z zaciekawieniem. 
– Wielu śmiałków próbowało lecz jeszcze więcej poległo. Zamieniam się jednak w słuch. Najlepsze prace to są właśnie te nietypowe i odważne. Co pani chodzi po głowie?
Wyciągnęła kartkę, na której wcześniej spisała roboczy tytuł. Podała mu ją.
– Władza, intymność i kontrola – psychologiczne aspekty relacji asymetrycznych z perspektywy kobiet dominujących – przeczytał na głos, a jego brwi uniosły się. 
– A to dopiero! – spojrzał na nią z uznaniem. – Proszę mówić, zaciekawiła mnie pani, to już coś dobrego na początek.
– Oprócz opisania kwestii teoretycznych chciałabym przeprowadzić serię wywiadów z kobietami identyfikującymi się jako dominujące w relacjach BDSM. Interesuje mnie, jak postrzegają władzę i intymność, jakie mechanizmy kontroli stosują oraz jak wpływa to na ich relacje emocjonalne. Częściowo chciałabym też wykorzystać... — zawahała się — własne doświadczenia. Ale anonimowo. Tylko anonimowo.
Profesor oparł się wygodnie na krześle, splótł palce i przez chwilę milczał. Mierzył ją badawczym wzorkiem. 
– To odważne. Bardzo odważne – powiedział w końcu. – Ale też doskonale wpisuje się w aktualne debaty o płci, relacjach, władzy i konstrukcie intymności. Jeśli pani to dobrze poprowadzi, może stać się naprawdę znakomitą pracą. Chciałbym, by była nie tylko rzetelna naukowo, ale też prawdziwa. Autentyczna. Jeśli do tego dojdzie solidna metodologia, na przykład analiza narracyjna lub teoria ugruntowana, to widzę w tym ogromny potencjał. Ja pani tego nie ułatwię, Fräulein Ritter. Będę wymagający. Bardzo wymagający, czasem nawet męczący. Ale jeśli się pani na to zdecyduje, poprowadzę tę pracę z przyjemnością. Dawno nikt mnie tak nie zainteresował jak pani. A to dopiero...
Poczuła, jak coś w niej drgnęło – ekscytacja, ale i pewność siebie.
– Decyduję się panie profesorze. Po to tu przyszłam.
– Doskonale! – Schneider uderzył dłońmi w blat biurka. – W takim razie proszę przygotować listę rozdziałów wraz z krótkim omówieniem zawartości i wstępną listę tematów wywiadów. I proszę nie zapominać: badania nad dominacją wymagają subtelności. Proszę unikać sensacji. My pracujemy z psychologią, nie jesteśmy tabloidem. Widzimy się za miesiąc.
– Rozumiem. I dziękuję za zaufanie panie profesorze. Wrócę przygotowana.
Pożegnali się bardzo formalnie. Uśmiech, krótkie podziękowanie, uścisk dłoni. Dopiero gdy drzwi gabinetu zamknęły się za jej plecami i znalazła się na korytarzu, napięcie, które trzymało ją w ryzach przez całe spotkanie, nagle puściło. Zatrzymała się na moment, jakby musiała złapać równowagę. Serce biło jej szybciej, w klatce piersiowej pojawiło się lekkie, jasne uczucie — czysta, nieskrępowana, niemal dziecięca radość. Udało się. 
Wyciągnęła telefon i napisała do Olgi jedno, krótkie zdanie: zgodził się!
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast, jakby przyjaciółka czekała z palcem nad ekranem:

piękna i zdolna. byłam spokojna od początku, że się uda. gratuluję.

Uśmiechnęła się do siebie. To jedno zdanie wystarczyło, by poczuła się nie tylko dumna, ale też zaopiekowana — jakby ktoś stał obok i kiwał głową z aprobatą. Droga do domu minęła szybko. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, nie miała na nic więcej siły. Zrzuciła buty, odłożyła torbę. Położyła się na łóżku, patrząc przez chwilę w sufit, wciąż z tym samym spokojnym uśmiechem na ustach. Myśli zaczęły się rozmywać, emocje opadały, ciało wreszcie pozwoliło sobie na odpoczynek. Zasnęła, zanim zdążyła to w ogóle zauważyć.

---

Berlin, kwiecień 2010

Drugie spotkanie z profesorem miało zupełnie inny ciężar. Zniknęła niepewność pierwszej rozmowy, a wraz z nią potrzeba udowadniania czegokolwiek. Teraz oboje pracowali — rzeczowo, precyzyjnie, bez zbędnych wstępów. Plan pracy zaakceptował niemal od razu. Przejrzał go w milczeniu, zrobił kilka krótkich notatek ołówkiem na marginesie, zadał dwa pytania doprecyzowujące i skinął głową, jakby potwierdzał coś, co już wcześniej uznał za sensowne. Znacznie więcej czasu zajęła im natomiast treść pytań do wywiadów. Wracali do nich wielokrotnie, przesuwając akcenty, wykreślając sformułowania zbyt oczywiste, zastępując je innymi — ostrzejszymi, bardziej otwartymi, pozbawionymi sugestii. Profesor był wymagający. Każde pytanie musiało coś odsłaniać, ale niczego nie narzucać. Kilka razy zatrzymywał się, patrzył uważnie i pytał, co ona naprawdę chce tym osiągnąć. Zmuszało ją to do myślenia głębiej, do odzierania własnych intuicji z efektownych skrótów. Z każdą minutą czuła jednak, że właśnie na tym polega sens tej pracy — nie na prowokacji, lecz na wnikliwości. Gdy wreszcie lista była gotowa, profesor odłożył kartki, wstał i podszedł do okna. Przez chwilę patrzył na dziedziniec, jakby porządkował w głowie ostatnie uwagi. Potem odwrócił się, podszedł do niej i wyciągnął rękę.
– Teraz nie zostaje nic innego jak zacząć pisanie – powiedział, ściskając jej dłoń krótko, ale stanowczo – Pisać, pisać i jeszcze raz pisać Fräulein Ritter. Nie mogę doczekać się pierwszego rozdziału. Do roboty! A to dopiero...
Odwzajemniła uścisk, dziękując kolejny raz za wsparcie i możliwość pisania pod jego opieką. Była już przy drzwiach, kiedy jego głos znów ją zatrzymał.
– Fräulein Ritter?
Odwróciła się. 
– Ma pani w ogóle pomysł jak zacząć te wywiady? Wytypowane kobiety?
Nie dał jej odpowiedzieć. Sięgnął do jednej z dolnych szuflad biurka i wyjął niewielką wizytówkę. 
– Jeśli chce pani zacząć proponuję od tego – powiedział, spokojnie, z ledwo wyczuwalnym uśmiechem. To moja stara znajoma, Eva Stern. Jest ikoną berlińskiej sceny femdom, jeśli zdobędzie pani jej zaufanie i przychylność otworzy przed panią niejedne drzwi. Te wywiady będą miały sens, jeśli będą przeprowadzone z kobietami na poziomie a nie, przepraszam za mało profesorski język, kurwami udającymi tylko dominy.
Paulina, uśmiechnęła się i wzięła kartonik do ręki. Na jego matowej powierzchni znajdował się tylko numer telefonu i stylizowane, czarne logo z literami: DSB.
– Dziękuję – powiedziała cicho, chowając wizytówkę ostrożnie do notatnika.
– Do zobaczenia, Fräulein Ritter. Życzę powodzenia.

---

Siedziała przy biurku, w otwartym notatniku miała ustaloną z profesorem i starannie przepisaną listę pytań i obszarów, które chciała poruszyć podczas planowanych wywiadów do pracy magisterskiej. Były tam między innymi kwestie związane z doświadczeniem dominacji, granicami intymności, relacją władzy i odpowiedzialności oraz emocjonalnym aspektem kontroli. Miała świadomość, że to delikatna tematyka, ale właśnie to czyniło ją fascynującą i wyjątkowo bliską jej samej. Zebrała oddech, spojrzała raz jeszcze na numer, który znajdował się na wizytówce z tajemniczym logo DSB i nacisnęła zieloną słuchawkę. Po kilku sygnałach odezwał się kobiecy głos – niski, dojrzały, spokojny, z lekko chropowatą nutą, która sugerowała wieloletnie palenie papierosów.
– Tak, słucham?
– Dzień dobry – starała się brzmieć uprzejmie, ale też zdecydowanie. – Nazywam się Paulina Ritter. Studiuję psychologię na Uniwersytecie Humboldta i przygotowuję pracę magisterską związaną z tematyką kontroli i intymności. Dostałam ten numer od profesora Schneidera.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Potem kobieta zaśmiała się z pobłażliwą sympatią.
– Ach, to ty dziecko jesteś od Heinziego? Tak, uprzedził mnie. Czekałam na twój telefon.
Paulina uniosła brwi z lekkim zaskoczeniem. To zdrobnienie – Heinzi – zabrzmiało tak swobodnie i pewnie, jakby pochodziło z zupełnie innego kręgu niż uniwersytet. Kobieta kontynuowała:
– Dobrze. Skoro trafiłaś do mnie od Heinziego, to znaczy, że wiesz, w co się pakujesz. Albo dopiero się dowiesz. Spotkajmy się. Zdecydowanie wolę rozmowę twarzą w twarz. Jesteś dziś dostępna? Mam czas za godzinę.
Paulina szybko zapisała adres i chwilę później była już w drodze na stację. Miała na sobie prosty, ale elegancki strój – ciemne jeansy, czarny golf i beżowy płaszcz. Włożyła słuchawki do uszu, ale nie włączyła muzyki – bardziej pomagały jej odgrodzić się od świata. Wsiadła do metra na Alexanderplatz i ruszyła w kierunku stacji Zitadelle, położonej na obrzeżach Spandau. Podróż zajęła kilkadziesiąt minut. Im dalej na zachód, tym mniej ludzi wsiadało do wagonów. Kiedy wysiadła, zaskoczyła ją industrialna atmosfera okolicy – zamiast klasycznych miejskich ulic i sklepów, dookoła rozciągały się hale magazynowe, punkty przeładunkowe, siedziby firm kurierskich i niewielkie biura. Szła trzymając się wskazówek podanych przez Evę. Droga wiodła najpierw wzdłuż parkingu supermarketu, potem ogrodzonego placu z jakimiś paletami. Następnie minęła firmę zajmującą się logistyką międzynarodową i sklep z częściami samochodowymi. Powietrze pachniało kurzem, chłodnym powiewem od pobliskiego kanału i lekkim zapachem oleju maszynowego.

Na końcu ulicy znajdował się ogrodzony parking – betonowy plac z jednym starym drzewem rosnącym tuż przy ogrodzeniu. Za nim wznosił się duży budynek o przemysłowym charakterze, z cegły i szarego betonu, typowy dla powojennych konstrukcji użytkowych. Miał metalowe drzwi wejściowe z domofonem i niewielką, skromną tabliczkę przy jednym z przycisków: Dominia Studio Berlin. Obok widniało to samo stylizowane logo, które widziała już na wizytówce. Nacisnęła przycisk. Po kilku sekundach w domofonie odezwał się kobiecy głos:
– Halo?
– Dzień dobry, mam spotkanie z panią Evą Stern.
– Proszę wejść. Windą na drugie piętro – usłyszała, po czym zabrzęczał elektromagnetyczny zamek.
Drzwi ustąpiły z lekkim oporem. W środku panował półmrok. Ściany były surowe, betonowe, z widocznymi śladami po dawnej instalacji przemysłowej. Pomieszczenie wejściowe pełniło rolę niewielkiego holu. Po lewej stronie znajdowała się winda – stara, mechaniczna, z metalowymi drzwiami, które trzeba było zamknąć ręcznie przed wciśnięciem guzika. Wsiadła do środka. Wewnątrz panował charakterystyczny zapach – nieco smaru, trochę kurzu, a może nawet cień perfum, które ktoś zostawił tu przed nią. Przesunęła metalową kratę, usłyszała kliknięcie. Wcisnęła guzik z cyfrą „2”. Winda ruszyła z lekkim szarpnięciem, a potem wolno, z charakterystycznym buczeniem, zaczęła się wspinać. Kiedy dotarła na wybrane piętro, drzwi otworzyły się z lekkim zgrzytem. Przed nią znajdował się krótki korytarz i pojedyncze drzwi z czarną tabliczką – ten sam symbol, co na dole. Dzwonek był elegancki, z mosiężną obwódką. Nacisnęła go bez wahania. Po kilku sekundach drzwi otworzyła młoda kobieta – ciemne, krótkie włosy, srebrny kolczyk w nosie, subtelny makijaż. Ubrana była w prostą, czarną bluzkę i dopasowane spodnie.
– Zapraszam – powiedziała cicho i gestem wskazała wnętrze.
Przekroczyła próg i na moment zwolniła krok. Korytarz, do którego weszły, był długi i słabo oświetlony — światło sączyło się z rzadko rozmieszczonych, przytłumionych kinkietów, zostawiając między nimi pasma półmroku. Był na tyle długi, że w tym niepewnym świetle nie dało się dostrzec jego końca; znikał gdzieś dalej, w ciemniejszej części budynku, jakby prowadził w zupełnie inną strefę.
Szła za dziewczyną, rejestrując detale po drodze. Na jednych z drzwi, mijanych po lewej stronie, dostrzegła prosty napis: „Szatnia A”, na kolejnych „Szatnia B” . Litery były jasne, niemal sterylne, kontrastujące z przygaszoną atmosferą korytarza. Nie zwolniły przy nich — skręciły kawałek dalej. Weszły do niewielkiego pomieszczenia. To, co zobaczyła, przypominało niewielki salon. Przestrzeń była kameralna, zaprojektowana tak, by dawać poczucie oddzielenia od reszty miejsca. Ciemna sofa stała pod ścianą, naprzeciw niej dwa miękkie fotele, ustawione pod lekkim kątem, jak do rozmowy. Między nimi niski stolik, prosty, bez zbędnych ozdób. W rogu znajdował się barek. Na jego blacie ustawiono butelkowaną wodę, kilka soków i parę butelek zimnych napojów. Całość sprawiała wrażenie przemyślanej — nic tu nie było przypadkowe, ale też nic nie próbowało przyciągać uwagi na siłę. To miejsce było jak bufor między światem na zewnątrz a tym, co działo się głębiej.
– Proszę się rozgościć. Pani Stern zaraz do pani dołączy – powiedziała cicho i wyszła, zostawiając Paulinę samą w półmroku oświetlonym ciepłym światłem lampy stojącej w rogu.
Usiadła na jednym z foteli, rozglądając się wokół, czując, że wchodzi do zupełnie innego świata.

Po kilku minutach drzwi otworzyły się niemal bezszelestnie. Podniosła wzrok i od razu poczuła zmianę w atmosferze pomieszczenia — jakby powietrze stało się gęstsze, bardziej skupione. Do środka weszła kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat, o nienagannej sylwetce i kroku tak pewnym, że nie pozostawiał wątpliwości, kto tu wyznacza ton. Władza emanowała z niej w sposób naturalny, pozbawiony ostentacji. Nie musiała podnosić głosu ani wykonywać gwałtownych gestów — wystarczyła sama obecność. Poruszała się spokojnie, z opanowaniem kogoś, kto dokładnie wie, kim jest i jakie miejsce zajmuje. Paulina miała wrażenie, że ta kobieta nie wchodzi do pomieszczeń — ona je przejmuje. Jej twarz była wyrazista, jakby wyrzeźbiona dłutem artysty, który nie szukał łagodności ani symetrii dla samej harmonii, lecz chciał wydobyć z rysów siłę, chłód i bezkompromisowość. Linie były zdecydowane, momentami ostre, pozbawione miękkości — twarz kobiety, która nie uczyła się władzy, lecz ją wypracowała i nosiła jak coś oczywistego. Jasna, niemal kredowa cera tylko podkreślała ten kontrast, nadając jej wyglądowi surowość i dystans, jakby emocje były tu zawsze podporządkowane kontroli. Starannie przycięte, ciemne włosy z prostą grzywką podkreślały ostre linie kości policzkowych i zdecydowaną linię żuchwy. Cera była bardzo jasna, wręcz zbyt blada, co w połączeniu z wyrazistym makijażem nadawało jej twarzy niemal porcelanowy charakter — chłodny, zdystansowany, nieco surowy. Oczy, mocno zaakcentowane precyzyjną kreską, patrzyły uważnie, jakby potrafiły natychmiast rozpoznać słabość albo niepewność. Usta, pomalowane na głęboki odcień burgundu, rysowały się w cienkim, kontrolowanym uśmiechu, który nie obiecywał niczego łatwego. Miała na sobie dopasowany kombinezon z błyszczącej, czerwonej skóry. Materiał układał się idealnie, podkreślając jej sylwetkę. Nie było w nim nic przypadkowego — ani prowokacji, ani dekoracyjności. Ten strój był narzędziem, uniformem władzy. Patrząc na nią, Paulina miała jasne, niemal instynktowne poczucie, że ta kobieta nie tylko dominuje w przestrzeni, w której się znajduje, ale robi to naturalnie, świadomie, konsekwentnie, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. I właśnie to zrobiło na niej największe wrażenie. Nie strój. Nie makijaż. Lecz ta spokojna, niewzruszona siła, która z niej biła, jak coś oczywistego.
– Dzień dobry – powiedziała głosem niskim, nieco chropowatym. – Wybacz, dziecko, mam dziś napięty grafik. Kilka sesji jedna po drugiej. Ale chciałam Cię poznać już dziś.  Usiadła na jednym z foteli. Gestem dłoni zaprosiła Paulinę, by zajęła miejsce naprzeciwko niej.
Zachowując pewien dystans, ale z profesjonalnym opanowaniem, Paulina sięgnęła po swój notes. Zanim zaczęła, przez chwilę opowiedziała o sobie i  swojej pracy magisterskiej, o kierunku, który wybrała, o profesorze, który skierował ją właśnie tutaj. Wspomniała o tytule pracy i założeniach badawczych. Za każdym razem, gdy wspominała profesora, pani Stern uśmiechała się z lekkim przekąsem – nie kpiącym, lecz znaczącym, jakby znała go lepiej, niż można byłoby przypuszczać.
– Ach, on… no tak – mruknęła w którymś momencie. – Zawsze miał nos do tego, co ciekawe i nietuzinkowe.
Rozmowa zaczęła nabierać rytmu. Paulina zadawała pytania rzeczowo, ale z wyczuwalną ciekawością i szacunkiem. Eva odpowiadała swobodnie, pewna siebie, czasem nawet wtrącała jakąś anegdotę. Nie unikała trudnych tematów. Mówiła o doświadczeniu, o pracy z ludźmi, o stosowanych mechanizmach kontroli, o granicach i ich przekraczaniu, o dynamice władzy. Paulina robiła dokładne notatki, czasem dopytując o szczegóły. Atmosfera była osobliwa – z jednej strony formalna i badawcza, z drugiej: przesiąknięta pewnym napięciem, wynikającym z charakteru miejsca i samej osoby rozmówczyni. Ale właśnie ten kontrast nadawał spotkaniu głębi – i ona to czuła. Wiedziała, że już na samym początku trafiła na kogoś, kto może być dla jej pracy kluczowy. A może nawet nie tylko dla pracy. Chociaż... szybko odrzuciła tę myśl.
Po około godzinie rozmowy Eva uniosła wzrok znad filiżanki herbaty i powiedziała:
– To było dobre spotkanie. Widzisz, dziecko, nie każdy ma odwagę zająć się tym tematem na poważnie. A ty, masz w sobie coś, co sprawia, że chce się mówić więcej i więcej. Masz dar otwierania innych ludzi, sama jestem zaskoczona, że tyle Ci opowiedziałam. Heinzi nie pomylił się, pozwalając ci pisać tę pracę u siebie. Słyszałam, że ostatnio był pod tym względem bardzo wybredny.
Nie czekając na odpowiedź, wstała i podeszła do drzwi.
– To nie będzie ostatnia rozmowa, prawda?
Paulina również wstała, skinęła głową.
– Nie. Mam nadzieję, że nie. Bardzo dziękuję.
– Doskonale, odezwę się zatem do ciebie – odparła Eva, otwierając drzwi.
Na pożegnanie uścisnęły sobie dłonie. Chwilę później Paulina wychodziła już z budynku – myślami wciąż krążąc wokół tego, co usłyszała.

---

W kolejnych tygodniach odwiedziła Dominia Studio jeszcze kilkukrotnie Eva Stern, z czasem zaczęła dzielić się coraz bardziej osobistymi refleksjami. Mówiła o swoich początkach, o tym, jak świat dominacji otworzył przed nią zupełnie nowe rozumienie siebie, granic, emocji, ale i władzy jako narzędzia psychologicznego. Poleciła ją również kilku kobietom, pracującym w jej klubie. Podczas kolejnych wizyt Paulina miała okazję z nimi przeprowadzić często długie rozmowy. Każda z nich miała inną motywację, inną historię, inny styl ale wszystkie łączyło jedno - obdarzyły ją olbrzymią życzliwością i zaufaniem. Jedna z nich — Isabella — przykuła uwagę już podczas pierwszego spotkania. Ciemne, falujące włosy opadały miękko na ramiona, jeszcze ciemniejsze oczy patrzyły uważnie, z lekko drapieżną czujnością, a pełne, zmysłowe usta układały się w wyraz, którego nie sposób było odczytać jednoznacznie. Jej sylwetka miała w sobie coś prowokująco kobiecego — szerokie biodra, wyraźnie zaznaczoną talię i wydatne pośladki. Była zbudowana w sposób, który nie prosił o spojrzenia, lecz je przyciągał, niemal zmuszał, czyniąc ją niepokojąco i bezwstydnie seksowną.

Pochodziła z Włoch — zdradzała to nie tylko uroda ale i akcent, muśnięcie słońca Italii w perfekcyjnie płynnym, choć nieco zbyt ekspresyjnym niemieckim. Mówiła szybko z naturalną swobodą, często gestykulując, jakby całe jej ciało brało udział w rozmowie. To właśnie z Isabellą nawiązała najbardziej naturalny kontakt. Rozmawiały długo – nie tylko o roli dominacji w relacjach, ale też o sztuce, o granicach psychicznej kontroli, o kobiecej sile i potrzebie wyrażania siebie. Bella, bo tak chciała aby ją nazywano, miała w sobie charyzmę i lekkość. 
– Dla mnie dominacja to rodzaj języka jakim mówię do mężczyzn – powiedziała podczas jednej z rozmów. – To nie jest tylko relacja z drugim człowiekiem. To komunikacja: o tym, kim jestem, czego chcę, jak widzę świat i jaki chcę aby był. I tak, czasem również jak bardzo im nie ufam.
Notowała skrupulatnie, chłonąc jednocześnie atmosferę tych rozmów – pełnych napięcia, ale też kobiecego porozumienia. W każdej z kobiet widziała inny odcień siły – czasem zbudowanej na doświadczeniu, czasem na traumie, czasem na czystej potrzebie kontroli. Dla każdej dominacja była czymś innym – ukojeniem, ekscytacją, manifestem.

Po serii spotkań miała już w głowie treść kolejnych rozdziałów. Układ struktur władzy i intymności, które widziała w tych kobietach, nadawał się idealnie do konceptu pracy. Kiedy pokazała pierwsze fragmenty profesorowi, ten długo milczał po ich lekturze. W końcu spojrzał na nią ponad okularami.
– Fräulein Ritter… – powiedział z teatralnym namysłem. – To skończy się chyba doktoratem. I oby tak było. Nie widzę innej możliwości a jeśli pani zaprzeczy usunę panią z mojego seminarium. Bo to, co pani robi, jest nie tylko odważne, ale po prostu wybitne i bardzo interesujące. A to dopiero...
Paulina, choć starała się pozostać skromna, poczuła, jak jej serce bije szybciej. Ten projekt okazał się czymś więcej niż tylko pracą magisterską. Był częścią jej tożsamości – starannie ukrytą, subtelnie odsłanianą, ale prawdziwą.

---

Berlin, lato 2010

W tym intensywnym rytmie życia pojawiła się na dobre Bella. Ich relacja zaczęła się od dłuższych rozmów w Dominia Studio Berlin, potem wspólnych wypadów na kawę i do teatru, aż w końcu stały się sobie naprawdę bliskie. Isabella była niewiele starsza, miała w sobie odwagę i swobodę bycia sobą, której Paulina czasem jej zazdrościła. Studiowała na Akademii Sztuk Pięknych i żyła w związku femdom. Jej partner –  student tej samej uczelni – okazał się zaskakująco sympatyczny, cichy, uważny i pełen szacunku wobec kobiet. Paulina szybko poczuła się dobrze w ich towarzystwie. Spokój ich relacji, otwartość i twórcza atmosfera, jaką roztaczali wokół siebie dobrze na nią działała. Zaczęły chodzić razem na siłownię, a potem coraz częściej spędzać ze sobą wieczory – czasem w barze z winem, czasem w mieszkaniu, rozmawiając o sztuce, życiu, kobiecej sile i emocjonalnej niezależności. W pewnym sensie stanowiła dla Pauliny lustro – odbicie jej własnych skłonności, ale też pewnego rodzaju życiowej odwagi. To dzięki niej zaczęła się jeszcze bardziej otwierać – nie tylko na ludzi, ale też na siebie. 

Jeszcze wiosną zatrudniła się w berlińskim sklepie Bossa. Jej rytm dnia był już nieco spokojniejszy a po zaliczeniu pierwszego semestru i programu wyrównawczego miała nieco więcej czasu. Praca nie była wymagająca, ale dawała poczucie klasy i estetyki, które bardzo ceniła. Klienci często pytali ją o radę, chwalili jej gust i styl. Szybko zaczęła czuć się tam swobodnie. Wiedziała, że dzięki temu  będzie mogła odłożyć trochę pieniędzy – na wypad do Toskanii, na który namawiała ją Bella. Planowała też jakąś samotną wyprawę, choć nie wiedziała jeszcze gdzie i kiedy. Miała ochotę wyjechać gdzieś naprawdę daleko. Sama. Musiała tylko skończyć studia. 

Spotkania z Andrzejem stały się jeszcze rzadsze, bardziej rozproszone w czasie – ale odzyskały swoją intensywność i emocjonalną głębię. Zazwyczaj widywali się raz na kilka tygodni. Mimo tego oboje zdawali sobie sprawę, że coś się zmienia. Ich relacja nie zgasła – raczej ewoluowała, przechodząc z dużej intensywności do bardziej spokojnej, dojrzalszej formy kontaktu. Tęsknota mieszała się z wdzięcznością za wszystko, co wspólnie przeżyli. Byli w kontakcie – od czasu do czasu dzwonił, czasem wysyłał wiadomości, raz czy dwa przysłał jej nawet kwiaty, zupełnie bez okazji. Przyjmowała to z uśmiechem, nie czuła jednak potrzeby, by wszystko kontynuować tak, jak wcześniej. Miała swoje życie, studia, nowy krąg znajomych i kolejne wyzwania.

Pewnego wieczoru siedziała z Bellą i jej partnerem, Thomasem, w niewielkiej, klimatycznej restauracji na Kreuzbergu. Czas płynął niespiesznie, przytłumione światło miękko osiadało na stolikach ustawionych blisko siebie, a cichy gwar rozmów mieszał się z dźwiękiem szkła i talerzy, tworząc tło sprzyjające bliskości i swobodzie. Paulina czuła się w ich towarzystwie wyjątkowo dobrze. Bellę znała już na tyle, by nie musieć niczego udawać, a Thomas od początku budził jej sympatię. Był spokojny, pogodny, mówił niewiele, za to słuchał uważnie — z tym rzadkim skupieniem, które nie domaga się uwagi, lecz ją ofiarowuje. W jego obecności rozmowy płynęły naturalnie, bez napięcia czy potrzeby autoprezentacji. Śmiali się często, dzieląc się historiami, które w innym gronie mogłyby brzmieć banalnie, a tu zyskiwały lekkość i sens. Po jednym z takich wybuchów śmiechu Isabella spojrzała na Paulinę z wyraźnym błyskiem, jakby właśnie teraz uznała, że można powiedzieć coś więcej.
– Powiedz mi coś, Paulina – zaczęła, przechylając lekko głowę. – Nie myślałaś kiedyś, żeby spróbować swoich sił jako domina?
– Ja? Nie, chyba nie, no co ty.... To raczej nie dla mnie – odpowiedziała, upijając łyk wina.
– Oj, nie bądź taka skromna, a tym bardziej święta – Bella zaśmiała się. – Widziałam cię w grudniu w jednym z klubów. Krótko tam byłaś, ale ja mam świetną pamięć do twarzy. Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz, nie byłam jeszcze pewna, ale teraz już wiem, że to byłaś ty. I ten temat pracy, nie udawaj takiej grzecznej. Byłaś z facetem, zakładam że to jakiś twój uległy, choć nigdy nie pochwaliłaś się. Widziałam jak patrzy na ciebie i widziałam co twoje jedno spojrzenie potrafiło z nim zrobić.
Paulina popatrzyła na nią z niedowierzaniem, a potem sama się roześmiała.
– A więc widziałaś nas i nic nie mówiłaś do tego czasu? 
– Czekałam na odpowiedni moment, nie chciałam jakoś tak bezpośrednio chwalić się tą wiedzą. 
– A teraz postanowiłaś mnie zdemaskować? No dobrze. Skoro już stało się, to opowiem wam całą historię.
I wtedy, jakby pękła niewidzialna tama, zaczęła opowiadać. Mówiła o pierwszych doświadczeniach z Adamem, o Andrzeju, o ich pierwszym spotkaniu, o tym, jak wszystko się zaczęło. Opowiadała o wspólnych chwilach, o tym, jak budowała swoją tożsamość, jak odkrywała granice i przekraczała je. Nie pomijała też zabawnych momentów – jak choćby ucieczki z hotelu, boso, z poczuciem absurdu ale  i ekscytacji.
Thomas i Bella raz po raz wybuchali śmiechem a na koniec poprosili aby opowiedziała jeszcze raz o swojej ucieczce.– Dziękuję, że podzieliłaś się tym z nami. Warto było czekać na tę historię. I zastanów się, naprawdę – powiedziała, dotykając jej dłoni. Uśmiechnęła się tylko. W towarzystwie nowych przyjaciół mogła być sobą – bez filtrów, bez potrzeby tłumaczenia się. A to było dla niej więcej warte niż cokolwiek innego.

---

Włochy, lato 2010

Latem, po zdaniu wszystkich egzaminów, wyjechała do Toskanii. Czerwony Fiat 500 czekał pod domem — niewielki, zwinny, przygotowany na długą drogę i wąskie włoskie trasy. Bella była już w Bolonii; poleciała wcześniej samolotem, by spędzić kilka dni z rodziną. Umówiły się, że gdy Paulina do niej dołączy, pokaże jej swoje ulubione miejsca, a potem wrócą razem do Berlina — już samochodem.

Krótko przed wyjazdem rzuciła pracę w sklepie Bossa. Próba ustalenia z menadżerem dni wolnych, zakończyła się niepowodzeniem – był uparty i nieelastyczny. Nie zamierzając się użerać, po prostu zrezygnowała. Uznała, że na razie stypendium jej wystarczy, a później – zobaczy, co dalej. Koleżanka ze studiów mówiła coś, że w Zarze, gdzie pracuje, ciągle szukają kogoś. Czuła się wolna.

Pierwszym zaplanowanym przystankiem był Stuttgart. Max uprzedził ją, że obrazi się śmiertelnie, jeśli nie wpadnie choćby na dwa dni. Gdy przyjechała, on i Katherina zabrali ją na kolację do jednej z eleganckich restauracji w centrum miasta. Ich dom był cichy, niemal pusty — trzej synowie wyjechali na obozy piłkarskie, a oni mieli wreszcie czas tylko dla siebie. Rozmowy przeciągały się do późna, bez pośpiechu, przy winie, które pojawiało się na stole naturalnie, jakby było częścią rytuału.

Nazajutrz pokazali jej Stuttgart. Zaczęli od centrum i starego miasta — fragmentarycznego, odbudowanego po wojnie, ale wciąż czytelnego w układzie ulic i placów. Wąskie przejścia nagle otwierały się na szersze przestrzenie, między kamienicami pojawiały się widoki na zbocza porośnięte zielenią. Było tu spokojniej, niż się spodziewała; miasto sprawiało wrażenie powściągliwego, jakby nie potrzebowało robić wrażenia. Przeszli przez place, przy których nowoczesne bryły sąsiadowały z zachowanymi lub odtworzonymi fragmentami starszej zabudowy. Max zwracał uwagę na to, jak Stuttgart odbudowywał się po zniszczeniach — bez prób rekonstrukcji przeszłości, raczej z myślą o funkcji i ciągłości. Miasto było uporządkowane, ale nie chłodne; nowoczesne, a jednocześnie zakorzenione w swojej historii. tego dnia pojechali też do Muzeum Mercedesa. Budynek zrobił na niej wrażenie już z zewnątrz — spiralna forma, surowa, a jednocześnie dynamiczna. W środku poruszali się powoli, schodząc kolejnymi poziomami, jakby podróżowali w czasie. Stare modele samochodów, pierwsze silniki, fotografie i dokumenty układały się w opowieść o technice, ambicji i konsekwencji. Max nie mógł powstrzymać się. Opowiadał o konstrukcji muzeum, o logice przestrzeni i ruchu zwiedzających, o tym, jak architektura prowadzi narrację. Paulina słuchała, patrząc na zestawienie inżynierii i estetyki. Nie była szczególnie zainteresowana motoryzacją, ale sposób, w jaki to miejsce opowiadało historię, działał na nią niemal hipnotycznie. Wieczorem poprosiła Maxa, aby zabrał ją następnego dnia rano do Weißenhofsiedlung. Znała to miejsce z albumu o Bauhausie, który przywiozła ze sobą z Polski. Wracała do niego wielokrotnie, zawsze z myślą, że kiedyś zobaczy niektóre miejsca własne oczy.

Oprowadzał ją powoli, z wyczuwalną przyjemnością. Opowiadał o idei osiedla, o wystawie z 1927 roku, o ambicji stworzenia nowego języka architektury. Wskazywał budynki projektowane przez Le Corbusiera, Miesa van der Rohe, J.J.P. Ouda — mówił o proporcjach, świetle, funkcji. O tym, jak płaskie dachy, białe elewacje i pasmowe okna miały odpowiadać na potrzeby nowoczesnego życia. Słuchała go uważnie. Patrzyła na rytm brył, na prostotę form, na to, jak architektura wpisywała się w nachylenie terenu. Wszystko było czyste, oszczędne, pozbawione dekoracyjności — a jednak wyraziste. Max zwracał uwagę na detale, które łatwo było przeoczyć: sposób prowadzenia schodów, logikę układu mieszkań. Spacerowali długo, dla niej to miejsce nie było już tylko zbiorem zdjęć. Stało się realne, obecne — dokładnie takie, jakie chciała zobaczyć od lat.

Po trzech dniach w Stuttgarcie pożegnała się z Wirtzami. Max uścisnął ją mocno, Katherina pocałowała w policzek i jeszcze raz przypomniała, żeby dała znać, gdy tylko dojedzie na miejsce. Potem już tylko bagaż, krótki gest ręką i czerwony Fiat ruszył na południe. Samochód, choć niewielki i pozbawiony sportowych ambicji, dzielnie wspinał się na alpejskie przełęcze, Jechała spokojnie, z oknami uchylonymi na chłodne powietrze wysoko w górach, a potem coraz cieplejsze, im bardziej krajobraz łagodniał. Po drugiej stronie Alp świat zmieniał się wyraźnie — światło stawało się ostrzejsze, kolory głębsze, ruch na drogach gęstszy.

Do Bolonii dotarła późnym popołudniem. Miała na sobie białe spodnie, prosty, obcisły top odsłaniający umięśniony brzuch i lekkie espadryle — wygodne, miękkie, idealne do długiej jazdy. Zanim zdążyła dobrze zaparkować, Bella była już przy niej. Przywitanie było spontaniczne, głośne, pełne śmiechu; dziewczyny wyściskały się i przytuliły, jakby rozdzielało je co najmniej kilka miesięcy, a nie dni. Zaraz potem poznała jej rodziców. Ojciec Belli był wysoki, siwiejący, o spokojnym spojrzeniu i uprzejmych manierach; matka — drobniejsza, energiczna, z ciepłym uśmiechem i nieustannym ruchem rąk. Oboje byli nauczycielami i mówili dobrze po angielsku, bez skrępowania, z naturalną swobodą. Powitali ją serdecznie, zapytali o podróż, a potem niemal jednocześnie zaproponowali, by, poszła się rozpakować i odświeżyć jeśli potrzebuje bo za godzinę w ogrodzie miała odbyć się mała impreza na jej cześć. Poczuła lekkie skrępowanie. Nie spodziewała się niczego takiego. Bella tylko wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się szeroko, jakby chodziło o rzecz oczywistą.
— Tu to normalne — powiedziała.
Poszła wziąć prysznic. Zmyła z siebie zmęczenie i napięcie po długiej drodze. Przebrała się w lekką sukienkę, prostą, letnią, rozpuściła włosy, wsuwając na nie wąską opaskę z tego samego materiału. Na nogi włożyła sandałki na obcasie — delikatne, ale wyraźnie zmieniające jej postawę i odkrywające zadbane stopy. Gdy zeszła na dół, Bella spojrzała na nią uważnie i uśmiechnęła się z autentycznym uznaniem.
— Jesteś piękna — powiedziała bez cienia przesady. Po chwili dodała już z rozbawieniem: — Tylko czy zdajesz sobie sprawę, że mam samych braci i kuzynów? I że teraz nie będziesz mogła się od nich opędzić? A te blond włosy… — pokręciła głową — na Włochów działają wyjątkowo skutecznie. 
— Zawołaj mnie w razie potrzeby. Odpędzę ich. Już oni mnie posłuchają.
Puściła do niej oko. W ogrodzie zaczęły zapalać się światła. Wieczór dopiero się zaczynał. Włoska kuchnia, gwar rozmów przy stole, zapach oliwy i bazylii – to wszystko  ją bez reszty.

Najpierw poznała dwóch starszych braci Belli — Marco i Lucę. Obaj byli wysocy, ciemnowłosi i bardzo pewni siebie. Marco był bardziej bezpośredni, mówił głośniej, śmiał się częściej; Luca sprawiał wrażenie spokojniejszego, uważniejszego, jakby obserwował wszystko nieco z boku.
Z czasem pojawiali się kolejni członkowie rodziny: nobliwi wujkowie, elegancko ubrane ciotki i liczni kuzyni. Niektórzy przyszli z żonami lub narzeczonymi, inni sami; ogród stopniowo wypełniał się rozmowami, śmiechem, muzyką płynącą z głośników. Atmosfera była lekka, naturalna, pozbawiona skrępowania. Paulina szybko znalazła się w centrum uwagi — nie nachalnie, raczej jakby samo jej pojawienie się poruszyło dobrze znany mechanizm rodzinnych spotkań. Zaczęło się od niewinnych pytań: czy podoba jej się Bolonia, jak minęła podróż, czy często bywa we Włoszech. Potem przyszły komplementy — zachwyty nad kolorem włosów, nad jej urodą, nad sposobem, w jaki się poruszała i mówiła. Ktoś próbował ją uczyć prostych słów, inny poprawiał wymowę, jeszcze inny żartował, że takie blond włosy powinny być nielegalne w tej części świata, bo kierowca samochodu może spowodować wypadek, widząc taką kobietę. 

Bella obserwowała to wszystko z rozbawieniem. Co jakiś czas unosiła palec w ostrzegawczym geście, uśmiechając się znacząco do któregoś z kuzynów lub wujków. Paulina czuła się jednocześnie onieśmielona i rozbawiona, wciągnięta w ten południowy chaos. Miała wrażenie, że znalazła się w samym środku czegoś żywego, głośnego i serdecznego — świata, do którego została przyjęta.
Przyjaciółka usiadła obok niej bez słowa, jakby to miejsce od początku było przeznaczone tylko dla niej. Paulina zorientowała się, że ta bliskość nie jest ani zaskakująca, ani krępująca. Przeciwnie — wydawała się naturalna, oczywista. Pomyślała, że w zadziwiająco krótkim czasie ta piękna Włoszka stała się dla niej kimś bliskim. Łączyło je więcej, niż mogłyby przypuszczać na początku — choćby fakt, że podobnie jak ona, wychowała się w cieniu dwóch starszych braci.

Były swoim przeciwieństwem. Isabella — kobieca, z długimi czarnymi, kręconymi włosami oraz sylwetką, która kusiła i przyciągała spojrzenia. Paulina — jasnowłosa, zimna, wysportowana, o ciele zahartowanym ruchem i dyscypliną. Jedna była miękkością i ciepłem, druga chłodem i siłą. A jednak pasowały do siebie zaskakująco dobrze. Tam, gdzie Bella wnosiła swobodę i lekkość, Paulina dawała oparcie. W jej obecności czuła się pewnie, spokojnie, jakby mogła być po prostu sobą. Czuła się lekko a zarazem dojrzale. To były wakacje bez napięcia, bez obowiązków, bez planów – tylko słońce, rozmowy, dobre jedzenie i śmiech.
Przez pierwsze dni zostały w Bolonii. Chodziły bez planu, pozwalając prowadzić  się miastu podcieniami, które dawały cień nawet w południe, wąskimi ulicami wychodzącymi nagle na place, gdzie życie toczyło się wolniej. Zachwycała ją równowaga między ciężarem historii a codziennością: kościoły, stare mury, księgarnie i bary, w których ludzie znali się po imieniu. Bella pokazywała jej miasto z wprawą doświadczonego przewodnika.
Wieczorami jeździły w odwiedziny do kolejnych członków rodziny. Każdy dom był inny, każdy stół zastawiony po swojemu, ale wszędzie panował ten sam, włoski porządek rzeczy: długie rozmowy, śmiech, jedzenie pojawiające się falami, bez pośpiechu. Paulina szybko przestała się dziwić, że kolacje przeciągają się do późna; nauczyła się słuchać, odpowiadać, być obecna, jak ktoś, kto od początku miał tu swoje miejsce.

Potem wsiadły do Fiata i ruszyły na południe. Droga zmieniała się stopniowo: zabudowa ustępowała wzgórzom, kolory stawały się cieplejsze, światło ostrzejsze. Siena zachwyciła ją od pierwszego wejrzenia. Miasto było zwarte, niemal teatralne w swojej formie, z placem, który skupiał wszystko w jednym punkcie. Długo siedziała na schodach, patrząc na przestrzeń, na ludzi, na rytm dnia, który wydawał się tu niezmienny od wieków.
Bella pokazywała jej dalej to, co uważała za esencję Toskanii. Pojechały do Montepulciano, gdzie miasto wspina się po zboczu, a widok otwiera daleko, ponad winnicami. Potem zatrzymały się w San Gimignano, wśród strzelistych wież, które robiły wrażenie bardziej surowością niż pięknem. Były też mniejsze miejscowości, bez nazw, które trzeba by zapamiętywać — kamienne domy, cyprysy przy drodze, place, na których czas zdawał się stać w miejscu. Chłonęła to wszystko. Krajobraz, miasta, ludzie układały się w spójną całość. 
Zwieńczeniem podróży były trzy dni we Florencji. Bella zarezerwowała pokój w Hotel Savoy, eleganckim i dyskretnym, tuż przy sercu miasta mówiąc, że zaprasza Paulinę i pokryje wszystkie koszty. Oznajmiła to tonem nieznoszącym sprzeciwu mimo prób oporu. Powiedziała, że sprawia jej radość dzielenie się z przyjaciółką tym, co najlepsze.

Ostatniego wieczoru usiadły w restauracji z widokiem na Katedrę Santa Maria del Fiore. Stolik stał na zewnątrz, blisko balustrady. Jadły powoli, uważnie, pozwalając smakom rozwinąć się bez pośpiechu; do tego wino — głębokie, ciepłe, idealnie dobrane. Rozmowa płynęła, raz cicha, raz pełna śmiechu.
Powoli zapadał zmierzch. Kamień fasady tracił ostrość, kopuła ciemniała, a światło zmieniało temperaturę — z dziennej jasności w miękką, złotą poświatę. Miasto wyraźnie zwalniało, jakby brało głębszy oddech. Patrzyła na plac, na ludzi przystających na chwilę, na turystów i miejscowych mieszających się bez wyraźnej granicy. Miała wrażenie, że wszystko układa się w jedną, spokojną kompozycję. W tym wieczornym świetle Florencja była dokładnie taka, jak obie lubiły najbardziej — intensywna, a jednocześnie powściągliwa. I kiedy zapaliły się pierwsze lampy, a rozmowy wokół przycichły Bella na chwilę zamilkła, długo przyglądając się jej.
– Paulina – zaczęła, obracając w palcach kieliszek – serio. Chciałam wrócić do naszej rozmowy, jeszcze z Berlina. Zastanów się. Jesteś niesamowicie piękna, masz już jakieś doświadczenie. Wiesz, o czym mówię. Można z tego zrobić coś więcej. Możesz zarabiać kupę kasy i robić to co lubisz. Myślisz, że skąd mnie stać na ten hotel, na te wszystkie buty i torebki?
Paulina zerknęła na nią spod półprzymkniętych powiek.
– A ty wciąż to samo...
– Tak. Nie mówię, że od razu masz poświęcać na to dużo czasu, chociaż znam dziewczyny, które pracują prawie cały czas. A ty? Masz w sobie coś wyjątkowego. Powagę. Autorytet. I coś, czego nie da się nauczyć, umiejętność kontroli.
– To nie takie proste – powiedziała cicho. – To nie jest tylko zabawa.
– Właśnie dlatego ty się do tego nadajesz. Bo rozumiesz, że to nie zabawa. Że to odpowiedzialność, przestrzeń psychiczna, a czasem też emocjonalna. A ty już to znasz, ty w tym jesteś. Paulina no!
Paulina spojrzała w dal. Nie chciała opuszczać Florencji, ani tego wieczoru, ani tych rozmów. W głowie zaczęła kiełkować myśl, której nie potrafiła jeszcze nazwać, ale która z każdą chwilą wydawała się coraz bardziej realna.
– Eva prosiła abym z tobą pogadała, czy nie chciałabyś pracować. Wie, że się zaprzyjaźniłyśmy. Mówiła, że masz w sobie coś wyjątkowego. Ona zna się na tym, na ludziach. Ty naprawdę świetnie sobie poradzisz.
– Nie wiem, Bella... To jednak duży krok i trochę się wstydzę, tak przed obcym facetem.
– Ale to faceci latają z kutasami na wierzchu przed nami. My jesteśmy ubrane i nawet nas nie mogą dotknąć. 
Roześmiały się. 
– Jesteś niemożliwa Bella.
– Słyszałaś kiedyś o Sklavenkamp?
– Co to? Jakiś obóz dla niewolników?
Uśmiechnęła się, widząc iskierkę ciekawości w oczach Pauliny.
– To taki... hmm... powiedzmy, że event. Tylko dla wybranych. Przyjeżdżają ulegli, śpią w celach, a my jesteśmy strażniczkami. Surowymi, wymagającymi.
– W sensie obóz?
– W pewnym sensie tak. Wygląda to rzeczywiście trochę jak obóz pracy. Wszystko odbywa się pod kontrolą. Dyscyplina, rytm, zasady. Na początku października w okolicach Berlina jest kolejna edycja. Eva organizuje to w starym gospodarstwie rolnym, gdzieś głęboko w Spreewaldzie. Ukryte miejsce, idealne na takie rzeczy. Kupiła je jakiś czas temu i zaadaptowała do tych celów.
Paulina zamyśliła się na moment.
– I ty chcesz, żebym pojechała tam?
– Tak. Na próbę. Nikt nie oczekuje od ciebie dużo, po prostu przyjedź i zobacz jak to jest. Jeśli ci się nie spodoba to trudno, przynajmniej będziemy znały odpowiedź, a Eva ucieszy się z każdej pomocy. Może zobaczysz albo poczujesz coś, co cię pozytywnie zaskoczy.
Nie odpowiedziała, lecz spojrzenie zdradzało, że temat ją zaintrygował. Bardziej niż byłaby gotowa przyznać w tamtej chwili.
Droga powrotna minęła im szybko. Dziewczyny prowadziły na zmianę, dotarły do Berlina wieczorem.


---

Berlin, jesień 2010

Na początku października rozpoczął się kolejny rok akademicki. Paulina jechała na inaugurację pełna zapału, a w głowie wciąż brzmiały jej echa toskańskiego lata – zapach oliwek, rozmowy do późnej nocy i ciepło włoskiego słońca, które zdawało się przenikać każdy zakamarek ciała i duszy. Miała energię, determinację i spokojną świadomość, że dobrze wybrała. Psychologia w Berlinie była dokładnie tym, czego potrzebowała.

Kiedy wracała z inauguracji, jej telefon zawibrował. Dzwoniła Bella.
– Słuchaj, musimy się spotkać – powiedziała krótko,  chociaż w głosie słychać było entuzjazm.
Zaintrygowana, zgodziła się bez wahania. Umówiły się w jednej z ich ulubionych kawiarni w okolicach Prenzlauer Berg. Pogoda była już chłodniejsza, ale jeszcze nie nieprzyjemna – złota, berlińska jesień trwała w najlepsze.

Kiedy weszła do środka i rozejrzała się, od razu zauważyła przyjaciółkę i siedzącą obok niej Evę Stern. Tym razem kobieta była ubrana nieco swobodniej niż zazwyczaj – w ciemne, dopasowane spodnie, skórzane botki i elegancki sweter. Jej makijaż był jak zawsze nienaganny, wyglądała bardziej swobodnie, choć w opinii Pauliny wciąż nienaturalnie blado.
Bella uśmiechnęła się szeroko.
– Przepraszam za ten mały podstęp, ale wiesz, Evie się nie odmawia – powiedziała z rozbawieniem.
Zaśmiała się i usiadła naprzeciwko nich.
– Dobra, szkoda gadać. Zgadzam się – rzuciła, prostując się w krześle.
Eva uśmiechnęła się tajemniczo i spojrzała na nią uważnie.
– Jeszcze nie wiesz na co, dziecko – powiedziała spokojnie, z tym charakterystycznym, ciepło-chłodnym tonem, który zawsze wzbudzał respekt.
Paulina zerknęła na przyjaciółkę.
– Bella coś mi już wspominała. Sklavenkamp. Jakieś gospodarstwo w lesie?
– Tak. Organizujemy to w Spreewaldzie, w starym gospodarstwie rolnym, które przez lata adaptowaliśmy. Jest tam nieduży dworek, w nim mieszkamy my, a wokół znajdują się zabudowania gospodarcze. W ich wnętrzach urządziliśmy cele i inne przydatne miejsca do dyscyplinowania naszych więźniów. To wszystko wygląda autentycznie. Bardzo autentycznie. Teren jest ogrodzony i strzeżony.
Słuchała z rosnącym zainteresowaniem. Bella nalała jej herbaty i dodała:
– Oni płacą naprawdę spore pieniądze, żeby móc przez weekend być traktowanym jak niewolnicy. Czasem ciężka fizyczna praca, czasem upokorzenia. Różnie. Dużo bólu i wszystko pod kontrolą. Miejsca rozchodzą się dosłownie w kilka godzin po ogłoszeniu zapisów. Jeżdżą głównie stali klienci DSB.
– A ja co miałabym tam robić? – zapytała Paulina, patrząc raz na jedną, raz na drugą.
– Rób to, co inne dziewczyny. Pilnuj porządku, deleguj zadania, użyj bata, jeśli trzeba a nawet jeśli nie trzeba. Masz w sobie coś naturalnego. Jesteś inteligentna, pewna siebie, piękna. Działaj instynktownie. Reszta przyjdzie sama. Zawsze możesz się wycofać, ale czuję, że nie będziesz chciała. Wyjazd  w piątek po południu, a powrót planujemy w niedzielę  wieczorem.
Paulinie ten termin pasował idealnie – rok akademicki dopiero się zaczynał, a ona nie była jeszcze zawalona nauką.
Gdy rozstawały się przed kawiarnią, Eva podała jej karteczkę.
— Masz tu adres, jedź tam jutro. To nasz znajomy, rzemieślnik, powiedzmy że bardzo specjalny krawiec. Weźmie od ciebie miarę na mundur i przygotuje co trzeba.
 Spojrzała zaskoczona.
— Mundur?
Eva uśmiechnęła się krótko, jak ktoś, kto słyszał to pytanie setki razy.
— A jak to sobie wyobrażasz, dziecko? Chyba nie myślisz, że dziewczyny chodzą tam w gorsetach i pończochach na pasie. Nie martw się, to na mój koszt, powiedzmy że inwestycja w ciebie.
Bella zaśmiała się cicho.
— Ja zawsze mam pod mundurem seksowną bieliznę, taki drobny luksus tylko dla moich oczu
Stern spojrzała na nią z uznaniem i skinęła głową.
— Bo ty jesteś na swój sposób wyjątkowa.
Potem zwróciła się do Pauliny już łagodniejszym tonem:
— A tobie radzę założyć jednak coś cieplejszego. Wieczory są już zdradliwe. Za dnia jeszcze lato, ale po zmroku potrafi być chłodno. 
Przyjaciółka wtrąciła się z uśmiechem:
– Nie martw się. Gdy założysz ten mundur i spojrzysz w lustro, wszystko stanie się oczywiste. Nagle poczujesz, że jesteś dokładnie tam, gdzie powinnaś.
– W porządku. Zobaczymy.
– Nie „zobaczymy”, tylko „przyjedziesz i doświadczysz” – poprawiła ją Eva z lekkim, niemal matczynym uśmiechem. – I pamiętaj, wszystko będzie dla ciebie przygotowane.
Rozstały się przed kawiarnią. Eva uścisnęła pewnie dłoń Pauliny, jakby zamykała dobrze rozpoczętą rozmowę, po czym skinęła jeszcze Belli na pożegnanie. Zniknęła w bocznej uliczce, stapiając się z wieczornym ruchem miasta. Dziewczyny zostały jeszcze chwilę na chodniku. Powietrze rzeczywiście było chłodniejsze, niż się spodziewała. Bella zarzuciła lekko szal na ramiona i spojrzała na nią z rozbawieniem.
— Zobaczysz, będzie fajnie. Przyjedź po mnie w piątek. Napiszę ci o której.  

Przytuliły się i pożegnały.

-----

Rozdział XXVII - Obóz


Berlin, jesień 2010

Prosto z zajęć, jeszcze z torbą przerzuconą przez ramię, wsiadła do Fiata i ruszyła pod adres zapisany na wizytówce. Pracownia mieściła się na pograniczu Kreuzbergu i Neukölln — w tej części miasta, gdzie wszystko jest trochę na uboczu, a najbardziej charakterystyczne miejsca łatwo przeoczyć. Zaparkowała w bocznej uliczce. Kamienica była stara, wysoka, z bramą tak głęboką, że światło dnia ginęło po kilku krokach. Dopiero po chwili dostrzegła niewielką tabliczkę, niemal wtopioną w mur — bez logo, bez nazwy, tylko nazwisko i numer lokalu. Gdyby nie adres, przeszłaby obok. Weszła do środka. Zapach skóry uderzył ją od razu — ciężki, ciepły, wyraźny, zmieszany z wonią olejów i czegoś metalicznego. Przestrzeń była niewielka: z przodu mały sklepik, raczej ekspozycja niż sklep w klasycznym sensie. Na ścianach wisiały skórzane elementy garderoby, pasy, rękawice, uprzęże, baty i akcesoria, wszystkie wykonane z tą samą dbałością o detale. Nic krzykliwego. Wszystko funkcjonalne, surowe, niemal ascetyczne. Dalej, za ciężką kotarą, musiała być pracownia. Zza niej wyszedł mężczyzna. Starszy, szczupły, o prostych plecach i ruchach kogoś, kto całe życie pracował rękami. Siwe włosy miał zaczesane do tyłu, krótką brodę starannie przystrzyżoną. Ubrany był w ciemną koszulę i skórzany poplamiony fartuch — nie brudny, raczej intensywnie używany. Spojrzał na nią uważnie.
— Dzień dobry — powiedział spokojnie, niskim głosem. — W czym mogę pomóc?
— Dzień dobry. Szukam pana Wolfganga. Dostałam ten adres od pani Stern.
Mężczyzna uniósł wzrok znad stołu roboczego i uśmiechnął się, jakby dokładnie na to czekał.
— Ach. Eva uprzedzała mnie, że dziś przyjdziesz. — Otarł dłonie o skórzany fartuch. — Jestem Wolfi. Nie krępuj się, możesz tak do mnie mówić. Mamy mało czasu do piątku.
Nie czekając na odpowiedź, skinął głową w głąb pracowni i poprowadził ją na zaplecze. Przestrzeń zmieniała się niemal niezauważalnie: z niewielkiego sklepiku w miejsce, które było jednocześnie pracownią krawiecką i warsztatem kaletniczym. Stoły robocze, ciężkie maszyny, rolki skóry w różnych odcieniach czerni i grafitu, metalowe elementy poukładane z aptekarską dokładnością. Wszystko miało swoje miejsce.
Przy jednej z maszyn siedziała kobieta. Skupiona, o czarnych włosach spiętych nisko i azjatyckich rysach twarzy. Zszywała właśnie długie płaty skóry, prowadząc materiał pewną ręką. Wolfi skinął w jej stronę. Kobieta podniosła wzrok, wstała i podeszła bliżej.
— Nie bój się — powiedział spokojnie. — Będzie cię mierzyła pani Linh. Wolę, żebyś czuła się komfortowo. Niech to zrobi kobieta. 
Mierzenie przebiegło sprawnie, bez słów, z profesjonalną koncentracją. Taśma sunęła po ramionach, talii, biodrach. Kobieta zapisywała liczby i podawała je Wolfiemu.
Mężczyzna słuchał, marszcząc lekko brwi. Przez chwilę patrzył na notatki, potem na Paulinę, jakby zestawiał dane z obrazem.
— Chyba coś mam — powiedział w końcu.
Zniknął na moment między wieszakami i wrócił z jednoczęściowym strojem. Skóra była miękka, matowa, cięższa, niż się spodziewała.
— Proszę przymierzyć — dodał krótko.
Weszła do małej przymierzalni na zapleczu. Przestrzeń była ciasna, ale czysta, z lustrem od podłogi do sufitu. Założyła strój. Mundur był jednoczęściowy — coś pomiędzy uniformem a dopasowanym kombinezonem, luźniejszy w kroku, zapinany z przodu. Dopięła pas, poprawiła ramiona, wyszła.
Zatrzymała się przed lustrem.
Zobaczyła siebie: wyprostowaną, inną, wyraźniej zaznaczoną. Skóra układała się naturalnie, nie krępowała ruchów, a jednocześnie porządkowała sylwetkę. Wolfi uśmiechnął się krótko, z satysfakcją rzemieślnika.
— Tak myślałem. — Podszedł bliżej, zaznaczył kilka miejsc kredą, zapisał coś szybko w notesie. — Drobne poprawki. Jutro będzie gotowy.
Paulina wróciła do przymierzalni, przebrała się i oddała strój. Umówili się na odbiór następnego dnia, wieczorem. Gdy wychodziła, zapach skóry znów ją otulił — tym razem już znajomy. 
Kiedy wyszła z przymierzalni, na blacie czekały już kolejne elementy. Skórzane oficerki 
ustawione równo obok siebie, para prostych, czarnych rękawiczek i czapka ze skóry, stylizowana na oficerską. Na jej froncie, wyszyty srebrną nicią, widniał symbol identyczny z tym, który Paulina widziała na wizytówce Evy. Rozpoznała go od razu.
Przymierzyła buty. Leżały idealnie — ani za ciasne, ani za luźne, stabilne, pewne. Rękawiczki również pasowały bez zastrzeżeń, skóra miękko dopasowała się do dłoni. Wolfi tylko się uśmiechnął, z tym spokojem kogoś, kto nie musi niczego tłumaczyć.
— Lata praktyki — powiedział krótko.
Czapka także była dobra. Ułożyła się na głowie naturalnie, bez poprawiania, jakby od początku była szyta z myślą o niej.
Na koniec Wolfi skinął głową w stronę ściany, na której wisiały baty i pejcze — różne długości, różne sploty, wszystkie wykonane z tą samą dbałością.
— Wybierz sobie — powiedział. — Polecenie Evy.
Paulina podeszła bliżej i zaczęła oglądać je uważnie. Przesuwała palcami po skórze, ważyła je w dłoni, sprawdzała elastyczność. Wtedy usłyszała jego głos za plecami:
— Nowa na Sklavenkamp?
Zarumieniła się lekko i przytaknęła.
Wolfi podszedł bliżej, sięgnął po jeden z pejczy. Był gruby, pleciony, z rozdwojoną końcówką przypominającą język węża. Podał go Paulinie.
— Ten — powiedział spokojnie. — Od razu pokażesz, kto rządzi. I wzbudzisz respekt. Zaufaj mi, wiem coś o tym.
— Był pan tam kiedyś?
— Dawne czasy, teraz to już nie to zdrowie. Ale jeśli Eva zaprosiła cię musi widzieć w tobie coś szczególnego. Ona ma nosa do tych spraw i nie wybiera byle kogo.
Paulina wykonała kilka ruchów w powietrzu. Skinęła głową.
— Dziękuję, Wolfi. Będzie idealny.
Uśmiechnął się tylko, jakby dokładnie to przewidział.
— Polecam się.
Następnego dnia, późnym popołudniem, odebrała mundur. Leżał idealnie — choć już wcześniej wydawał jej się perfekcyjny, teraz miał w sobie coś ostatecznego, jakby został doprowadzony do formy, w której nie było już miejsca na poprawki. Wolfi podał go z tym samym spokojem, z jakim pracował.
— Powodzenia — powiedział, zapinając pokrowiec — I mam nadzieję, że jeszcze nie raz się zobaczymy.
Uśmiechnęła się krótko, dziękując. Wiedziała, że to nie była grzeczność.
Noc z czwartku na piątek była prawie bezsenna. Kręciła się w łóżku, raz odkrywając kołdrę, raz naciągając ją z powrotem, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Myśli wracały uparcie do wyjazdu, do drogi, do tego, co ją czeka. Przed snem sięgnęła jeszcze po regulamin miejsca. Był krótki, niemal ascetyczny w formie. Kilka punktów, bez komentarzy: absolutne posłuszeństwo wobec strażniczek, system kar, pełna dowolność i arbitralność w ich wymierzaniu. Zero wyjątków, zero wyjaśnień.
Czytała powoli, linijka po linijce. Poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz — nie strachu, raczej napięcia, które trudno było jednoznacznie nazwać.
Wstała w środku nocy. W mieszkaniu panowała cisza, Berlin spał. Podeszła do miejsca, gdzie leżał mundur. Wyjęła go ostrożnie, jak coś kruchego, choć wiedziała, że kruchy nie jest. Pogładziła skórę dłonią. Była chłodna, gładka, pachniała intensywnie, głęboko — zapachem, który natychmiast przywoływał obrazy i myśli. Stała tak chwilę, bez pośpiechu, pozwalając, by to uczucie się utrwaliło.
Zasnęła dopiero nad ranem. Sen był płytki, niespokojny, pełen urywków obrazów. Kiedy obudziła się kilka godzin później, wiedziała jedno: odwrotu już nie było.– Widzimy się w piątek, Paulino. Weź coś wygodnego pod mundur.

---

Spreewald, jesień 2010

Rano pojechała jeszcze na zajęcia, jakby to miał być zupełnie zwyczajny dzień. Dopiero pod koniec wykładu, gdy zamykała notes i chowała długopis, poczuła wyraźnie, że to tylko pozory. Na tylnej kanapie czekał już pokrowiec z mundurem, a w bagażniku torba, do której starannie spakowała oficerki, pejcz, rękawiczki i czapkę. Dorzuciła bieliznę termiczną, wygodne legginsy, ręcznik i kosmetyczkę — rzeczy praktyczne, niemal neutralne, jakby mogły zrównoważyć ciężar tego, co było najważniejsze. 
Po drodze zabrała Bellę. Droga zajęła im kilkadziesiąt minut; miasto zostało za plecami szybciej, niż się spodziewała. Zjechała z autostrady, droga zwęziła się, krajobraz stał się spokojniejszy, bardziej sielski.
Dzień był słoneczny, ale chłodny. Niskie, jesienne słońce przebijało się przez korony drzew, rzucając złotawe refleksy na brukowany podjazd przed dworkiem. Paulina zaparkowała na niewielkim parkingu i zgasiła silnik. Przez chwilę obie siedziały w ciszy, jakby chciały zapamiętać ten krótki moment zawieszenia — zanim wszystko ruszy dalej.
Bella pierwsza przerwała milczenie. Odwróciła się w jej stronę i mocno chwyciła za dłoń.
— Dasz radę — powiedziała cicho. — Kto, jeśli nie ty?
Ściskała jej palce jeszcze przez sekundę.
— Jesteś piękna. Zimna. Władcza. Bądź sobą. I bądź bezlitosna a będą cię wielbili.
Paulina spojrzała przed siebie. Skinęła głową, powoli, jakby zamykała w sobie ostatnią wątpliwość. Wysiadła i rozejrzała się po okolicy. Gospodarstwo wyglądało jakby żywcem wyjęte z innej epoki — solidny, odnowiony dworek z klasyczną elewacją, symetryczny, spokojny w proporcjach, oraz kilka przyległych budynków gospodarczych z czerwonej cegły. Nic tu nie było przypadkowe, a jednocześnie nic nie sprawiało wrażenia teatralnej dekoracji.
W powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi i drewna. Cisza była gęsta, przerywana tylko odległymi dźwiękami — szelestem liści, krakaniem wrony, skrzypnięciem gdzieś w głębi podwórza. 
Przestrzeń za zabudowaniami była uporządkowana, niemal surowa. W jednym z narożników stały dyby, obok dwa masywne, drewniane koziołki i solidne łoże z grubych belek, wyposażone w łańcuchy i metalowe obejmy na przeguby. Wszystko wyglądało na stare, ale zadbane. Na stojaku wisiały baty i trzcinki, poukładane według długości i grubości, jak narzędzia w warsztacie.
Po placu uwijał się mężczyzna w pomarańczowym drelichu. Na plecach miał wyraźny, czarny napis: SKLAVE. Przenosił coś z jednego miejsca na drugie, poruszał się szybko i bez słowa, jakby dokładnie wiedział, co ma robić i gdzie jest jego miejsce. Na widok kobiet tylko na moment spuścił wzrok i wrócił do swojej pracy.
— Wybrani ulegli pomagają nam tutaj. Thomas też ma dołączyć.
Bella zerknęła na Paulinę, obserwując jej reakcję, po czym ruszyła dalej. Otworzyła drzwi starej stodoły. W środku było chłodniej. Wzdłuż ścian stały małe klatki — proste, metalowe, ustawione w równych rzędach. Na środku kolejne dyby i koziołki.
— Tu będą spać nasi goście — rzuciła z lekkim śmiechem, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym.
Następnie przeszły do głównego budynku. Wnętrze było inne: cieplejsze, z grubymi murami i ciężkimi drzwiami. Otworzyła je pewnym ruchem, jak ktoś, kto zna każdy zakamarek. Panowała cisza. Kolejnych dwóch mężczyzn w drelichach pracowało w milczeniu: wynosili skrzynie, rozkładali jakieś narzędzia, przygotowywali sprzęt. Ukłonili się nisko, gdy dziewczyny przeszły obok.
– Widzisz jacy wytresowani? – powiedziała z uśmiechem, prowadząc Paulinę w głąb dworku.
Weszły po wąskich schodach na górę. Drewno cicho skrzypiało pod stopami, a światło było tu słabsze, bardziej punktowe. Na poddaszu ciągnął się krótki korytarz, z którego prowadziły drzwi do kilku niewielkich pokoików — prostych ale czystych i schludnych.
Spotkały dziewczynę w czarnych spodniach i krótkiej skórzanej kurtce. Miała jasne blond włosy, spięte niedbale, twarz usianą drobnymi piegami i spojrzenie kogoś, kto nie tylko zna to miejsce, ale czuje się w nim całkowicie swobodnie. Zatrzymała się na moment, mierząc Paulinę szybkim, ciekawskim spojrzeniem.
— Ciao — powiedziała Bella z uśmiechem. — To Paulina. Jej pierwszy raz.
Dziewczyna klasnęła w dłonie, szczerze rozbawiona, bez cienia ironii.
— Och, pierwszy jest zawsze niezapomniany — rzuciła  i mrugnęła do Pauliny. Podeszła bliżej, podała jej dłoń. 
— Jestem Hilde.
Paulina uścisnęła ją krótko, pewnie.
— Właściwie Hildegard, po babci — dodała dziewczyna po chwili, jakby dopiero teraz przyszło jej to do głowy.  Uśmiechnęła się krzywo, ze specyficznym poczuciem humoru, które balansuje na granicy żartu i prowokacji.
— Wiem, idealne imię dla strażniczki obozowej, prawda? — rzuciła. — Cholera wie, co babcia robiła w czasie wojny.
Bella parsknęła śmiechem, a Hilde wzruszyła ramionami, jakby właśnie powiedziała coś zupełnie oczywistego, po czym ruszyła dalej korytarzem, mówiąc jeszcze, że nie może już doczekać się przyjazdu pierwszych uległych.
Weszły do jednego z pomieszczeń. 
— To nasz pokój. Możesz się przebrać.
Paulina zaczęła się przebierać w mundur - skóra układała się na ciele dokładnie tak, jak powinna. Zapięła pas, włożyła oficerki. Na koniec rękawiczki i czapka — wszystko razem tworzyło spójną całość, w której czuła się zaskakująco pewnie.
Kiedy się odwróciła, Bella już na nią czekała również gotowa. Oparła się o framugę drzwi, przyglądając się z pobłażliwym uśmiechem.
— Nie zapomniałaś o czymś?
Uniósłszy lekko swój bat, spojrzała znacząco. Paulina odpowiedziała uśmiechem, sięgnęła do torby i wyjęła pejcz. Bella skinęła głową.
— Teraz jesteś gotowa. Pamiętaj — żadnej litości.
Otworzyła drzwi.
— Chodź. Przywitamy się z resztą dziewczyn, na parkingu było kilka samochodów.

Wyszły na zewnątrz. Promienie jesiennego słońca przedzierały się przez korony drzew, rzucając długie, miękkie cienie na żwirowy plac przed zabudowaniami dawnego gospodarstwa. Powietrze było nieruchome, jakby przyroda wstrzymała oddech przed zbliżającym się spektaklem.
Na placu, nieopodal starej stodoły przerobionej na budynek z celami, stały trzy kobiety. Ubrane w mundury, wyglądały jak przedsionek innego świata – świata, w którym siła i kontrola przyjmowały elegancką, wyrafinowaną formę.
Bella szła pewnie i swobodnie, trzymając w dłoni pejcz, który lekko kołysał się przy każdym kroku. Paulina, idąc obok, czuła jak kombinezon układa się na jej ciele, jak podkute podeszwy kozaków wbijają się w żwir. Wyglądała, jakby stworzono ją specjalnie do tej roli.
Zbliżając się do grupy kobiet, Bella uśmiechnęła się szeroko i powiedziała półgłosem:
– Czas się przywitać z koleżankami.
Podeszła do dziewczyn i powiedziała.  
- Dziewczyny,  to Paulina - część z was już ją poznała, to ta nasza zdolna studentka, która męczyła nas pytaniami i wyciągała z nas różne mroczne sekrety.
Jako pierwsza podeszła do nich Greta – pochodząca z Norwegii, wysoka, szczupła blondynka o arystokratycznych rysach i urodzie godnej niemieckich filmów propagandowych z lat trzydziestych XX wieku. 
– Paulina, miło cię widzieć w nowej roli. Twoje pytania podczas wywiadu były wyjątkowo trafne. Teraz przekonamy się, czy równie celnie bijesz batem.
– Postaram się nie zawieść.
– Tego się nie obawiam. Masz to w oczach.
Następna była Carolina – średniego wzrostu hiszpanka, o lśniącej cerze i  ostrym spojrzeniu. Jej ciemne loki opadały na ramiona.
– Paulina! – zawołała i przytuliła ją lekko. – Naprawdę się cieszę, że jesteś z nami. Już podczas naszych rozmów czułam, że kiedyś staniesz po tej stronie, to była tylko kwestia czasu i fajnie, że przyjęłaś propozycję Evy.
– Nie sądziłam, że się na to kiedykolwiek zdecyduję.
– To siedzi w tobie głębiej, niż myślisz – powiedziała Bella. 
Na końcu stała Noëmi – jedyna, której Paulina dotąd nie poznała. Piękna o niesamowitej urodzie, oliwkowej skórze, wysokich kościach policzkowych i lekko afrykańskich rysach. Jej czarne, kręcone włosy spięte były w ciasny kok.
– Noëmi – powiedziała, uścisnąwszy dłoń Pauliny. – Więc to pierwszy raz?
– Tak. Ale cieszę się, że tu jestem. Z każdą chwilą coraz bardziej.
Dziewczyna lekko się uśmiechnęła, przelotnie mierząc ją od stóp do głów.
– Zobaczymy, jak poradzisz sobie z ciszą i krzykiem. I z tym, co pomiędzy. Gdybyś cokolwiek potrzebowała to zwracaj się z tym bezpośrednio do mnie albo do Belli. Evy nie będzie z nami tym razem. 
Kolejne dziewczyny dołączały do nich. Każda była inna, ale wszystkie łączył ten sam spokój i pewność siebie, jakby dokładnie wiedziały, po co tu są. Któraś poprawiała jeszcze włosy, inna zapinała pasek. Rozmowy urywały się same.

W końcu na środek wyszła Noëmi. Stanęła przed nimi pewnie, z rękami splecionymi z tyłu, spojrzeniem obejmując całą grupę.
— Eva kazała przeprosić — powiedziała rzeczowo. — Nie czuje się dziś najlepiej. Przejmuję jej obowiązki.
Nie było pytań ani komentarzy. Kilka dziewczyn skinęło głowami, przyjmując to jak oczywistość.
Noëmi przesunęła spojrzeniem po twarzach, aż zatrzymała się przy Paulinie.
— Dla tych, które jeszcze nie miały okazji — dodała — to jest Paulina. Nasza piękna studentka a mam nadzieję, że od dziś również koleżanka.
Kilka uśmiechów pojawiło się na twarzach. Paulina skinęła głową, czując na sobie uwagę całej grupy. 
— Przypominam zasady — ciągnęła, a jej głos stwardniał. — Obowiązują bez wyjątków. Egzekwujemy je surowo. Nie ma miejsca na improwizację ani na litość. Każda z nas odpowiada za porządek i dyscyplinę.
Zapadła cisza.
— Władza jest kobietą! Zero litości!
— Władza jest kobietą — powtórzyły pozostałe, niemal jednocześnie.
Słowa odbiły się echem w przestrzeni. Paulina poczuła, że to już się zaczęło.
Gdzieś od strony drogi, w oddali rozległ się dźwięk silnika. Nadjeżdżający samochód oznaczał, że spektakl za chwilę się rozpocznie. Odruchowo zacisnęła dłoń na rękojeści pejcza. Czuła w piersi ciche, równomierne bicie serca.

Była gotowa.

---

Paulina i Isabella stały razem z pozostałymi kobietami na szerokim, utwardzonym placu między budynkami gospodarstwa. Popołudnie zaczęło robić się chłodne – powietrze pachniało lasem i wilgotną ziemią. Stały wyprostowane, skupione, w swoich eleganckich strojach strażniczek. Skórzane  mundury błyszczały delikatnie w szarawym świetle. Paulina, choć z zewnątrz opanowana, czuła pod skórą lekkie napięcie – ekscytację i zaciekawienie, które pojawiało się, ilekroć miała do czynienia z nowym doświadczeniem.

Zza rogu budynku wyłonił się czarny Volkswagen Transporter, który wjechał na dziedziniec. Silnik zamilkł, drzwi przesunęły się z charakterystycznym trzaskiem. Z wnętrza pojazdu zaczęli wychodzić mężczyźni – jeden po drugim, powoli, ostrożnie. Wszyscy mieli na oczach materiałowe worki, przez co poruszali się niezdarnie, wystawiając ręce, by nie natknąć się na przeszkody. Jeden z nich niemal potknął się o stopień, ale szybko odzyskał równowagę.
– Ustawić się w szeregu! – zawołała Noëmi, stanowczym i pewnym tonem.
Głos kobiety rozbrzmiał wyraźnie nad placem. Mężczyźni, choć jeszcze niepewnie, zaczęli formować rząd. Kilku z nich korygowało swoje położenie, wyczuwając obecność innych ramieniem lub łokciem. Wciąż mieli zasłonięte oczy.
– Rozebrać się.
Polecenie zostało wykonane niemal natychmiast. Bez słowa sprzeciwu, zaczęli się rozbierać – powoli, mechanicznie, jakby wykonywali dobrze znany rytuał. Ruchy były uważne, jakby każdy z nich chciał pokazać posłuszeństwo już od pierwszych chwil. Ubrania układali w równych stosach przy swoich nogach. W końcu wszyscy stali w równym szeregu, nago, boso, na chłodnym, lekko wilgotnym żwirze. Ich ciała były różne – jedni szczupli, drudzy bardziej muskularni, jeszcze inni z widoczną tkanką tłuszczową – każdy z nich miał założoną obrożę i klatkę chastity.  Wyraźnie odbijały się w świetle popołudnia – niektóre z metalu, inne z czarnego lub przezroczystego silikonu – obejmowały genitalia, symbolizując uległość, oddanie i pełne podporządkowanie zasadom panującym na tym miejscu. Ciała wielu z nich nosiły ślady wcześniejszych sesji – delikatne zaczerwienienia, lekkie otarcia, czasem ledwo widoczne pręgi. Stali wyprostowani, z rękoma splecionymi z tyłu, jakby chcieli powiedzieć: „Jesteśmy gotowi.” Ich nieruchome postacie kontrastowały z  wyglądem kobiet, które ich obserwowały. Każdy z nich wiedział, że to początek weekendu, który całkowicie wyjmie ich z codzienności  i przekaże w ręce pięknych i bezwzględnych oprawczyń.
– Zdjąć worki! – padło spokojnie z ust Noëmi.
Zasłony zsunęły się z twarzy. Ich oczy przez chwilę mrużyły się od światła zachodzącego słońca. Niektórzy rozglądali się dyskretnie ale szybko opuścili wzrok. Zapanowała cisza, ciężka od napięcia. Wtedy do szeregu podeszła Isabella. W dłoni miała cienki, czarny pejcz, który lekko wirował, gdy poruszała nadgarstkiem. Podeszła do jednego z mężczyzn i przez chwilę przypatrywała mu się.
– Masz stać na baczność, z wyprostowanymi plecami. 
Jej głos przeciął powietrze jak ostrze. Gdy nieco się poruszył,  uniosła bicz i uderzyła go w bok uda. 

Paulina obserwowała to z dystansu, czując, jak ogarnia ją znajome skupienie. Powoli wchodziła w rolę, która choć nowa, zdawała się zadziwiająco naturalna. Greta zrobiła krok do przodu, sprawdzając ustawienie.  Isabella i Hilde przejęły inicjatywę. Ich ruchy były płynne, pewne. Krążyły powoli wzdłuż szeregu, chłodnym wzrokiem omiatając każdą sylwetkę. Ich buty uderzały o ziemię z jednostajnym rytmem, który sam w sobie brzmiał jak polecenie.
– Wyprostuj plecy – rzuciła Bella chłodno, wskazując pejczem jednego z mężczyzn.
Uderzenie przyszło po chwili. Niski świst, odgłos kontaktu z plecami, stłumiony jęk. Greta stanęła przodem do szeregu nagich, skulonych nieco uległych i powiedziała krótko, sucho, bez emocji:
– Pozycja pompki.
Więźniowiei niepewnie opuścili się na ziemię. Ich dłonie zetknęły się z chłodnym podłożem, a kolana szybko zostały uniesione. Kilku zrobiło to z opóźnieniem. Greta od razu zauważyła:
– Ty! – Jej pejcz przeciął powietrze i wylądował z głośnym plasknięciem na plecach jednego z nich. Drgnął, ale nie zaprotestował. Po prostu naprężył mocniej mięśnie, próbując wytrzymać ból. 
– Trzydzieści – powiedziała Hilde, przechadzając się wolno wzdłuż szeregu, spokojnym, niemal niedbałym krokiem. 
– Tempo podam ja.
Uniosła rękę i zaczęła liczyć.
– Raz. Dwa. Trzy...
Każde słowo oznaczało jedno pełne ćwiczenie. Ulegli poruszali się synchronicznie, z coraz większym wysiłkiem. Pejcze obijały się o ciała tych, którzy spóźniali się choćby o ułamek sekundy. Każda z kobiet wiedziała dokładnie, gdzie trafić, jak uderzyć aby zadać odpowiedni ból.
– Jesteście tu tylko po to, by służyć i wykonywać polecenia. Bez myślenia. Bez pytania.
Po zakończeniu serii padła kolejna komenda – przysiady. Tym razem Bella stanęła naprzeciw grupy, obserwując dokładnie ich twarze. Każdy, kto zwlekał choćby pół sekundy, był karcony uderzeniem. Ruchy uległych stawały się coraz bardziej ciężkie. Paulina, stojąc z boku, obserwowała całą scenę z narastającym podnieceniem. Dostrzegała mechanikę tego wszystkiego – hierarchię, rytuał. Czuła, jak narasta w niej gotowość, by za chwilę dołączyć. Jej dłoń znowu przesunęła się nieznacznie na rękojeści pejcza, który trzymała lekko pochylony w dół. Jeszcze czekała. To był wciąż dopiero początek.

Na placu zapadła chwilowa cisza, przerywana jedynie ciężkimi oddechami pierwszej grupy mężczyzn, którzy skończyli właśnie serię przysiadów. W tym samym momencie w bramie pojawił się kolejne dwa samochody –  tym razem były to dwa identyczne, srebrne Volkswageny Caravelle. Gdy wtoczyły się wolno na dziedziniec, Noëmi zerknęła w stronę Pauliny i Caroliny.
– Chodźcie.
Czując jak w jej ciele znów rozlewa się dobrze znane napięcie, kiwnęła głową i ruszyła razem z pozostałymi dwiema dominami w kierunku pojazdów. Gdy drzwi się otworzyły, zaczęli wysiadać kolejni mężczyźni – podobnie jak poprzednicy, mieli worki na głowach i poruszali się z lekkim zawahaniem. Ich stopy uderzały o żwir, kolana drżały lekko – czy to z chłodu, czy z napięcia – a dłonie szukały punktów odniesienia w przestrzeni.
Padł rozkaz i zaczęli ustawiać się w nierównym szeregu. 
– Rozbierać się – rzuciła stanowczo Carolina.
Sprawnie, choć nie bez pewnej niezdarności, nowi przybysze zaczęli ściągać z siebie ubrania. Buty, spodnie, koszule. Kiedy byli już nadzy, a chłodne powietrze musnęło ich ciała, padła kolejna komenda:
– Worki z głów. 
Posłusznie wykonali polecenie, mrużąc oczy.
Wtedy Paulina zauważyła jednego z nich – starszego, z lekko zgarbioną postawą, niepewnym spojrzeniem. Stał źle. Zamiast przyjąć wyprostowaną pozycję z rękami splecionymi za plecami, miał dłonie spuszczone wzdłuż ciała, a kolana lekko ugięte.
Zaczęła powoli iść w jego stronę. Zauważył ją kątem oka i drgnął, jakby przeczuwając, że nieświadomie popełnił jakiś błąd. Zatrzymała się tuż przed nim.
– Głowa prosto. Ręce za plecy. Klatka wypięta – wysyczała z taką intensywnością, że jej ton przeszył powietrze mocniej niż krzyk.
Próbował się poprawić, ale zrobił to niezgrabnie, wciąż nie do końca spełniając oczekiwania. Bez słowa uniosła rękę, a jej bat przeciął powietrze i zatrzymał się na jego ramieniu. Nie był to przypadkowy ruch – uderzenie było precyzyjne, szybkie i bardzo mocne. Uległy aż zachwiał się ma nogach.
– Mam cię na oku. Następnym razem – powiedziała chłodno – będzie bolało jeszcze bardziej.
Potem odwróciła się i wróciła do szeregu strażniczek, nie oglądając się za siebie. Za jej plecami, mężczyzna przyjął wreszcie prawidłową pozycję – jakby nagle uświadomił sobie, że nie przyjechał tu na wycieczkę.
Noëmi przeszła wolno wzdłuż ustawionego szeregu nagich mężczyzn, zatrzymując się co kilka kroków, by przyjrzeć się każdemu z nich. Jej wzrok był chłodny i badawczy, jakby oceniała materiał do tresury.
– Zaczynacie od przysiadów. Równo. Na mój znak. Jak ktoś będzie się ociągał, poczuje to bardzo szybko.
Zaledwie chwilę później padła komenda:
– Raz!
Szereg zadrgał. Ciała zaczęły się poruszać w dół, niektóre z lekkością, inne – niezdarnie.
– Dwa!
Jeden z nich zachwiał się i zamiast zejść do końca, zamarł w półruchu.
– Co to ma być? – syknęła Paulina i natychmiast znalazła się przy nim. Szybkim ruchem zadała uderzenie w udo – donośny dźwięk odbił się echem po placu.
– Przysiad! Nie przyjechałeś tu odpoczywać!
Obok niej jedna z domin pochylała się już nad innym, który miał problem z rytmem, bijąc go po całym ciele.
– Ruch ma być płynny, nie jak u jakiegoś paralityka! Góra, dół, góra, dół, wykonać!
– Więcej życia! – rzuciła Noëmi. – Jak się nie ogarniecie, będziecie powtarzać do skutku!
Kiedy jeden z uległych sapnął z wysiłku i nie zdążył wykonać kolejnego przysiadu, Carolina podeszła do niego i wymierzyła mu kilka szybkich razów.
– Milcz i ćwicz! Nikt cię tu nie pyta, jak się czujesz.

Paulina poczuła, jak coś w niej się zmienia. Obserwowała tę scenę nie tylko z fascynacją – ale też z pewną satysfakcją. Czuła ciężar pejcza w dłoni. Czuła zapach potu i ciepło bijące od ciał mężczyzn. Ściskała jeszcze mocniej rękojeść, gotowa do kolejnej reakcji. Wiedziała, że nie zawaha się już ani przez moment. Jej wzrok padł na jednego z niewolników po lewej stronie – wysoki, szczupły, z dłońmi drżącymi w rytm nierównych ćwiczeń. Od początku nie radził sobie z tempem, jego ruchy były chaotyczne, zbyt płytkie, spóźnione o ułamek sekundy. W końcu zrobiła krok do przodu.
– Ty! Wyjdź z szeregu – powiedziała chłodno, wskazując pejczem.
Spojrzał zaskoczony, jakby nie był pewien, że to do niego. Dopiero drugie, ostrzejsze –  Już! –  poderwało go do posłuszeństwa.
Podeszła bliżej. Stanęła naprzeciwko, nie spuszczając wzroku z jego twarzy.
– Nogi szerzej. Ręce splecione za karkiem. Plecy prosto. – mówiła tonem pewnym, nieznoszącym sprzeciwu.
Gdy wykonał polecenie, poprawiła mu ustawienie dłoni i kolan, po czym odsunęła się na krok. Przez moment nic się nie działo – jedynie lekki podmuch wiatru poruszył kosmyk jej włosów. Potem uniosła rękę. Pierwszy raz spadł z suchym świstem. Kolejny zaraz po nim – równy, wymierzony z siłą i precyzją. Pejcz lądował kolejno na udach, plecach i pośladkach mężczyzny, pozostawiając po sobie wyraźne, czerwone ślady. Biła pewnie i mocno. Ani razu nie zwolniła tempa. Każde uderzenie było wyraźnym komunikatem: to ona tutaj rządzi. Kiedy skończyła, zatrzymała się na moment, wpatrując się w jego drżące ciało.
– Teraz wróć do szeregu i pokaż, że potrafiłeś się czegoś nauczyć.
Kiwnął głową i posłusznie wrócił na miejsce. Odetchnęła spokojnie. Czuła się coraz pewniej – jakby ten świat, ten rytm i ta rola od dawna były dla niej naturalne.
Bella podeszła i rzuciła z uśmiechem:
– Ładnie. Bardzo ładnie.
Odpowiedziała krótkim uśmiechem. W tej ciszy, którą przerywały jedynie komendy, świszczące raz po raz pejcze i przyspieszone oddechy więźniów, czuła, jak budzi się w niej pasja – nie tylko do przemocy, ale również do pełnej kontroli, do prowadzenia świata na swoich zasadach. Na chwilę przymknęła oczy. Usłyszała zgrzyt jakiegoś metalu, dźwięk łańcucha sunącego po stalowym haku, gdzieś w tle warkot silnika agregatu. Wszystko to tworzyło tło – surowe, pozbawione emocji, kontrastujące z intensywnością tego, co działo się pomiędzy kobietami a ich podopiecznymi.

Kiedy znów otworzyła oczy, zobaczyła, jak jeden z niewolników klęka z wyczerpania. Próbował unieść się ale jego ręce zadrżały. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, była już przy nim.
– Wstań. – Jej głos nie był głośny, ale niósł się czysto i niepodważalnie przez dziedziniec.
Mężczyzna spojrzał na nią błagalnym wzrokiem, próbując z wysiłkiem wykonać polecenie. Paulina nie odwracała wzroku. Uniosła pejcz.
– Kazałam ci wstać!
Uderzenie było szybkie i czyste. Dokładnie takie, jakie powinno być – dyscyplinujące. Uległy wstał, a w jego oczach błysnęła rezygnacja. Właśnie to chciała zobaczyć. Cofnęła się o krok, obserwując go jeszcze przez chwilę, po czym powoli odwróciła się na pięcie.

Ćwiczenia fizyczne zakończyły się, ale nikt nie dostał szansy na odpoczynek. Gdy ostatni przysiad dobiegł końca, kobiety zaczęły formować grupy. Każda z nich wybierała kilku, nie wyjaśniając zasad. Wystarczył gest dłoni, spojrzenie, lekkie skinienie głowy. Reagowali natychmiast – nie było potrzeby słów.
Kobiety ustawiły się w pięciu punktach dziedzińca. Do każdej z nich dołączyło po kilku uległych. Każda grupa otrzymała inne zadania – pozornie proste, fizyczne, ale skonstruowane w taki sposób, by nie miały końca. Celem nie była wydajność, lecz bezwarunkowe posłuszeństwo, powtarzalność, upokorzenie, zmęczenie i sprawdzian dyscypliny.

W grupie Pauliny mężczyźni otrzymali jutowe worki, które mieli napełnić piaskiem,  a następnie przenieść do dużej, drewnianej skrzyni i opróżnić zawartość. Kiedy skrzynia się zapełniła – Paulina tylko wskazywała pejczem. W odpowiedzi musieli wsypać piasek gołymi rękami z powrotem do worków – ziarnko po ziarnku, bez pomocy żadnych narzędzi – i zanieść go do innej skrzyni po drugiej stronie dziedzińca. Gdy druga skrzynia się zapełniała, proces zaczynał się od nowa.
Ręce drżały, paznokcie wbijały się w ziarnisty piasek, pył osiadał na ciałach drażniąc i wysuszając dłonie. Piasek był zimny, wilgotny, ciężki. Ale nie to było najgorsze – najgorszy był bezsens zadania i świadomość, że nie ma końca. Gdy tylko ktoś zwolnił tempo, natychmiast biła lub kopała.
Czasem przechodziła między nimi powoli, zatrzymując się nad tymi, którzy pracowali zbyt wolno, czasem tylko uderzała batem o cholewkę buta, powodując, że drżeli ze strachu i przyspieszali ruchy, a czasem odzywała się chłodno:
– Nie przestawaj. Pracuj.
Z każdą minutą czuła coraz większe podniecenie. Władza, upokarzające ćwiczenia, zadawanie bólu. Ona w nieskazitelnym stroju i nadzy brudni niewolnicy. Ten kontrast ją napędzał i nakręcał.

W tym samym czasie ulegli z grupy Grety nosili wiadra z wodą. Punkt A: studnia. Punkt B: metalowa balia oddalona o trzydzieści metrów. Gdy woda w balii osiągała określony poziom, odwracała ją jednym, zdecydowanym ruchem, wylewając całą zawartość na żwir. I znów – od nowa. Wyczerpani, mokrzy, brudni od błota, z dłoniami otartymi od uchwytów wiader, kontynuowali bez słowa.

Carolina nadzorowała noszenie kamieni. Dużych, nieregularnych, ostrych. Zadanie polegało na zbudowaniu równych stosów – według dokładnych instrukcji co do wysokości, kolejności ułożenia, symetrii. Gdy stos był gotowy – wskazywała inny punkt placu, a mężczyźni musieli zdemontować konstrukcję i rozpocząć od nowa. Ich dłonie drżały, plecy bolały, ramiona piekły od napięcia – ale nikt nie ośmielił się zwolnić tempa.

Bella i dwie inne dziewczyny, pilnowały grupy idącej w kieracie. Zaparci o drewniane bale, obracali kołem. Kobiety krążyły wśród nich. Ich buty uderzały rytmicznie o ziemię. Pejcze świszczały w powietrzu, trafiały celnie – w plecy, w pośladki, w genitalia lub w uda.  Co jakiś czas Noëmi używała gwizdka i grupki zamieniały się zadaniami. 

Czas płynął inaczej. Minuty zlewały się w godziny. Więźniowie byli przemoknięci od potu i wody, ich ciała zaczynały się poddawać. Ale żaden z nich nie zaprzestał pracy. Ich oczy wbite były w grunt, oddechy płytkie, mięśnie napięte do granic wytrzymałości. W końcu, po trzech godzinach powtarzalnych, wyczerpujących zadań, padła komenda do przerwania prac. Dźwięk gwizdka przeszył plac jak wybawienie, choć nikt nie odważył się okazać ulgi. Mężczyźni, nadzy, brudni, wyczerpani do granic możliwości, z trudem zebrali się w wyznaczonym miejscu – na środku dziedzińca. Byli mokrzy od potu, skóra nosiła ślady błota, piasku, a na plecach i udach malowały się wyraźne pręgi po pejczach – niektóre różowe, inne ciemniejsze, czerwone, świadczące o powtarzających się uderzeniach. Kolana wielu z nich były otarte, łokcie zabrudzone, dłonie drżały. Niektórzy z trudem stali – kołysali się lekko, próbując utrzymać równowagę. Ale nikt nie ośmielił się usiąść.

Kobiety stanęły naprzeciw nich w luźnym półokręgu. Ich sylwetki były wyprostowane i eleganckie, mundury nieskazitelne, rękawiczki i buty wciąż lśniące. Spoglądały na swoich uległych z rozbawieniem.
– No, nieźle wyglądają – rzuciła Bella, uśmiechając się pod nosem. – Jakby przetoczył się po nich huragan i zostawił tylko wstyd i błoto.
– Nie zaszkodzi im trochę ćwiczeń. Zobacz jacy posłuszni – dodała Hilde, zerkając na jednego z mężczyzn, który trząsł się z wyczerpania, ale nadal stał w idealnie wyprostowanej pozycji. – Widać, że zaczynają rozumieć.
– Myślisz, że któremukolwiek z nich przyszłoby do głowy zapytać, po co to wszystko? – zapytała Noëmi ironicznie.
– Nie muszą wiedzieć – odpowiedziała Greta. – Mają czuć. Ma ich boleć. Mają cierpieć.

Paulina nic nie mówiła. Stała lekko z boku, z rękami skrzyżowanymi na piersi, przesuwając wzrokiem się po sylwetkach uległych. Każda blizna, każdy otarty łokieć, każde drżące udo było ucztą dla jej oczu. W jej wnętrzu rosło poczucie kontroli. Głębokie, spokojne, satysfakcjonujące. Nie musiała krzyczeć. Nie musiała wymachiwać pejczem. Sama jej obecność wystarczała, by trzymali głowy nisko. Ta świadomość była coraz bardziej elektryzująca. Miała władzę – czystą, bezwzględną, niemal  nieograniczoną. Patrząc na nich, poczuła coś, czego wcześniej nie znała, coś głębszego. instynktownego. Uśmiechnęła się. 

Po zbiórce nadszedł czas na kąpiel. Mężczyźni zostali ustawieni w rzędach przy bocznej ścianie stodoły. Każdy z nich otrzymał kawałek szarego, twardego mydła. Woda z węża ogrodowego była zimna. Strumień uderzał w ciała z siłą, która nie pozostawiała wątpliwości co do intencji – to nie było mycie. To była demonstracja władzy. Oczyszczenie z brudu – fizycznego i symbolicznego.
Strażniczki śmiały się głośno pokazując sobie palcami niewolników. Każdy musiał się samodzielnie namydlić, a potem, na komendę, przyjąć pozycję i czekać na strumień wody.
Ciała lśniły od wody, skóra czerwieniała, pory zaciskały się pod wpływem chłodu. Wokół panowała cisza przerywana oddechami i syknięciami – z zimna, ze wstydu, z bólu.

Po umyciu się, każdy otrzymał drelich – szorstki, pomarańczowy, z dużym czarnym napisem SKLAVE na plecach. Ubrania były jednakowe, bez różnic, bez wyjątków. Uniformy nie służyły ochronie – były symbolem. Ich założenie było jak zapięcie kajdan. Kiedy wszyscy byli już ubrani, przyszła pora na ostatni etap.
– Do środka – wydała polecenie Greta.
Pejcze znów poszły w ruch – mocno i  zdecydowanie. Uderzenia miały tempo, rytm, wyznaczały drogę. Zostali wprowadzeni do wnętrza starej stodoły, gdzie czekały na nich stalowe klatki. po cztery osoby w każdej – ciasno, bez możliwości wyprostowania nóg. Klatki były niekomfortowe, z niskim sufitem, chłodne i wilgotne od starych desek i betonu pod spodem.
Zamki zatrzasnęły się jeden po drugim. Stodoła wypełniła się szelestem zamykanych krat i ciężkimi oddechami. Na koniec podano im skromny posiłek. Niewolnicy, których Paulina zobaczyła na początku przynieśli metalowe miski z jedzeniem i po butelce wody. Bez łyżek. Więźniowie musieli jeść rękami.
Kobiety stały przez chwilę przed wejściem, spoglądając rozbawione na swoje dzieło.
– No, teraz mają chwilę odpoczynku, ale tylko chwilę. Po kolacji znów zajmiemy się nimi – rzuciła Bella, poprawiając rękawiczkę.
Paulina spojrzała na jedną z klatek. Twarze niewolników były przygaszone, oczy spuszczone, ciała skulone. Czuła satysfakcję. To była jej przestrzeń. Jej reguły. Jej świat.

Ulegli mieli zakaz odzywania się do siebie. Światło przygasło. W chłodnym wnętrzu stodoły słychać było tylko przyspieszone oddechy i ruch ciał w zbyt ciasnych klatkach. 
Dziewczyny przeszły przez dziedziniec do oświetlonego dworku. Ciepło bijące z wnętrza kontrastowało z chłodem placu. W holu czekało już trzech nagich uległych, z nisko spuszczonym wzrokiem i rękami splecionymi za plecami. Mimo skórzanej maski, Paulina od razu rozpoznała Thomasa, który ugiął się lekko w eleganckim ukłonie i puścił jej oko.
Salon był starannie przygotowany – długi stół nakryty obrusem, delikatna porcelana, srebrne sztućce. Zapach pieczonej polędwicy i czerwonego wina unosił się w powietrzu. Spojrzała na dwóch pozostałych mężczyzn – podobnie jak Thomas, poruszali się w milczeniu, wykonywali polecenia tak szybko, jakby wyczuwali potrzeby, jeszcze zanim zostały wypowiedziane.
– Niewolnicy osobiści – pomyślała. – Niektóre dziewczyny mają szczęście. 
To nie było jednak zaskoczenie. To był logiczny porządek rzeczy w tym świecie. Siedząc przy stole, obserwowała, jak uległy partner Belli nalewa jej wino, a potem spokojnie odchodzi, by zająć się kolejnym zadaniem. Był uważny, cichy, dokładny i subtelny. Pomyślała o Andrzeju. O jego spojrzeniu, o delikatności, z jaką kiedyś całował jej dłonie i stopy. O jego nabożnym oddaniu, o tym, jak patrzył na nią, gdy zakładała po raz pierwszy catsuit. Ale po chwili ten obraz zniknął. Zdmuchnięty jednym zdecydowanym przekonaniem.
– Nie – pomyślała. – Nie odnalazłby się tutaj.
Zbyt miękki. Zbyt zakochany w idei, a nie w dyscyplinie.
Podniosła kieliszek, przymknęła oczy i upiła łyk wina. W ustach rozlała się gorycz owocu i ciepło alkoholu. Spojrzała na siedzące obok dziewczyny, które właśnie wymieniały uwagi o dzisiejszych ćwiczeniach. Śmiała się razem z nimi – szczerze. Bo ten świat był już jej. I czuła, że zostanie w nim na długo.

---

Po kolacji podeszła do niej Noëmi. 
– Chodź. Zabawimy się.
Nie zapytała o nic. Wstała od stołu i ruszyła za nią, czując w sobie dobrze już znane napięcie. Noc była chłodna, a żwir chrzęścił cicho, kiedy szły przez dziedziniec w stronę stodoły. Wewnątrz panował półmrok, jedynie pojedyncza lampa zawieszona pod belką rzucała słabe światło na klatki.
Zatrzymała się przy jednej z nich. Wewnątrz, skuleni, zmęczeni, siedzieli mężczyźni.  Nachyliła się nieco i wskazała palcem jednego z nich.
– Ty. Powiedz, kto naruszył ciszę, a dostaniesz nagrodę.
Mężczyzna uniósł wzrok. Był blady, jego oddech przyspieszył.
– Nie wiem, pani strażniczko.
Uśmiechnęła się krótko.
– A ja myślę, że wiesz.
Otworzyła drzwiczki klatki.
– Wyjdź.
Wypełzł niepewnie. W rogu stodoły stały dyby – stare, masywne. Podeszła do nich pewnym krokiem. Paulina obserwowała całą sytuację w milczeniu.
– Rozbierz się. Zdjął szybko drelich, ciało nosiło już liczne ślady.
– Głowa i ręce!
Nie śmiał się opierać. Włożył dłonie i szyję w otwory. Drewno zatrzasnęło się z głuchym trzaskiem. Noëmi wzięła cienką trzcinową rózgę i spojrzała na Paulinę.
– Zasada jest prosta. Kłamstwo kosztuje.
Uniosła ją i z rozmachem uderzyła. Świst, potem głośny jęk. Drugie uderzenie spadło jeszcze mocniej. 
Po dwudziestym uderzeniu przerwała. Otworzyła dyby. Więzień założył drelich i powłócząc nogami wrócił do klatki.
– Kto kłamie, będzie płacił bólem – rzuciła w stronę pozostałych.
Odwróciła się do Pauliny i zapytała szeptem:
– Gotowa ?
Paulina bez słowa podeszła do jednej z klatek. Przez chwilę patrzyła w milczeniu na skulone sylwetki, aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na jednym z mężczyzn.
– Ty! – powiedziała chłodno. – Masz mi coś do powiedzenia?
Mężczyzna uniósł głowę. Jego twarz była zmęczona, policzki zapadnięte, ciało napięte.
– Nie, pani strażniczko,  nikt nie naruszył ciszy.
– Nie wierzę ci. Wyjdź.
Ton nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Drzwiczki klatki otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a uległy niepewnie wypełzł na zewnątrz. Wskazała na drewniany koziołek stojący nieopodal – prostą, solidną konstrukcję z grubymi pasami i wyżłobieniem na tułów.
– Rozbierz się i właź.
Zdjął swój strój i wspiął się. Jego dłonie i kostki zostały sprawnie przypięte pasami, unieruchamiając go w pozycji z wypiętymi pośladkami i napiętym kręgosłupem. Nie spieszyła się. Odeszła na kilka kroków i sięgnęła po trzcinkę – grubą, ciężką i długą. 
Poruszyła kilka razy nadgarstkiem. Rózga zaświszczała w powietrzu jak zwiastun nadchodzącej kary. Mężczyzna próbował nie drżeć, ale jego ramiona napinały się mimowolnie. I wtedy spadł pierwszy raz.
Ciszę stodoły przeciął ostry, brutalny świst – a zaraz po nim przenikliwy krzyk. Dźwięk odbił się echem od drewnianych ścian. Stała skupiona, chłodna, opanowana. Uniosła rękę raz jeszcze. Krzyk powtórzył się – tym razem głębszy, jakby ciało i umysł zaczęły pojmować, co się właśnie dzieje. Wiedziała, że to jest ten moment. Każde uderzenie miało znaczenie. Każde było jej komunikatem. To ona ustalała porządek. Ona nadawała sens bólowi i wiedziała, że on to zrozumie. Nawet jeśli nie od razu. Niewolnik bardzo szybko zaczął błagać o litość. Jego głos, z początku drżący, z każdą chwilą stawał się coraz bardziej rozpaczliwy.
– Pani strażniczko... błagam... wystarczy... przepraszam... proszę... powiem wszystko.
Nie reagowała. Jej twarz była jak z kamienia. Poruszała się jakby wpadła w trans. Każdy ruch ręki, każdy świst trzcinki i każdy krzyk, który się po nim pojawiał, tylko pogłębiały jej koncentrację. Była tylko ona i narzędzie, którym kształtowała uległość tego mężczyzny. Czuła władzę. Czuła, jak przez jej ciało przepływa coś więcej niż tylko adrenalina – to była esencja dominacji. Uległy w tej chwili nie był już człowiekiem, lecz bezkształtnym materiałem, który należało uformować. Kątem oka dostrzegła ruch. Odwróciła nieznacznie głowę i wtedy zobaczyła Bellę. Stała oparta o jedną z klatek, uśmiechnięta – jakby dokładnie wiedziała, co się dzieje w jej umyśle. Gdy spojrzenia się spotkały, kiwnęła tylko głową z uznaniem. Cicho. Znacząco. To był sygnał. Potwierdzenie. Akceptacja.
Wróciła wzrokiem do uległego. Jego pośladki były już czerwone, rozpalone od kolejnych uderzeń, ciało osuwało się lekko na pasach, a krzyki zamieniły się w spazmy płaczu. Kolejne uderzenia – celne, szybkie, bardzo bolesne. Dopiero teraz wypuściła powietrze z płuc, jakby na moment zapomniała oddychać. W jej oczach wciąż tliło się skupienie, ale kąciki ust uniosły się ledwie zauważalnie. Spojrzała raz jeszcze na przyjaciółkę. I wtedy zrozumiała. Była jedną z nich.
Stopniowo do stodoły zaczęły dołączać kolejne dziewczyny. Ulegli, dotąd zamknięci w klatkach, wpatrywali się w nie z mieszaniną strachu, fascynacji i resztek nadziei. Świadomość, że dzień się skończył, okazała się złudna. To, co najtrudniejsze, miało dopiero nadejść. Dziewczyny poruszały się po pomieszczeniu jak cienie – pewnie, spokojnie, bez zbędnych słów. Wskazywały. Wyciągały. Biły. Kopały. Dla uległych czas przestał mieć znaczenie – liczyły się tylko rozkazy, uderzenia, polecenia, które trzeba było wykonać natychmiast, bez pytania i bez najmniejszych prób oporu. Klatki otwierały się i zamykały z metalicznym zgrzytem. Ciała mężczyzn – obolałe, posiniaczone, drżące z wycieńczenia – były ustawiane, wiązane, wystawiane na kolejne próby. Każdy krzyk, każda prośba o litość tylko nakręcała rytm tej nocnej ceremonii. To była długa noc. Długa i bolesna. Dla niewolników – niekończąca się lekcja uległości. Dla domin – święto władzy. 

Nadchodzący dzień wcale nie miał być łatwiejszy.  Ćwiczenia, ciężka praca, ból i upokorzenie. Sobota była bardzo intensywna i wyczerpująca - nie tylko dla uległych, nad którymi niemal bez przerwy znęcano się ale również dla ich oprawczyń.

---

Ostatniego dnia, w niedzielę, o godzinie szesnastej, rozległ się gwizdek. Obóz został oficjalnie zakończony. Ulegli zostali ustawieni w szeregu na środku placu – nadzy, brudni, z ciałami naznaczonymi licznymi śladami. Oddychali ciężko, z trudem utrzymując równowagę na nogach. Mieli blade umęczone twarze i puste spojrzenia, ale tu i ówdzie tliły się uśmiechy ulgi. Noëmi podeszła bliżej, spojrzała po wszystkich i oznajmiła:
– To koniec. Możecie się umyć i ubrać.

Poszli wciąż milcząc do jednego z pomieszczeń, przerobionego na łaźnię, w której mogli wziąć w końcu ciepły prysznic. Na ławkach leżały równo złożone ich ubrania, w woreczkach były rzeczy osobiste, które musieli oddać do depozytu. Niektórzy patrzyli na nie z ulgą, inni z niechętnym zawahaniem – jakby nie chcieli jeszcze opuszczać tej formy, w którą byli tak boleśnie wtłoczeni. Kobiety zniknęły na chwilę w dworku. Gdy wróciły, miały na sobie zwykłe ciepłe, jesienne ubrania. Niektóre wyglądały jakby właśnie wracały z siłowni, inne jak studentki idące do biblioteki, jeszcze inne, jakby właśnie miały iść na randkę. Ich twarze były zrelaksowane, rozbawione, spojrzenia błyszczały mimo fizycznego zmęczenia, które również im dawało się we znaki.

Na dziedzińcu rozpalono grill. W chłodnym powietrzu unosił się dym i zapach pieczonego mięsa. Przy stołach ustawionych pod prowizorycznym zadaszeniem, znalazły się gorące napoje, herbata z imbirem, grzane wino, pieczywo i zupa ziemniaczana w garnkach. Płomienie z kilku metalowych koksowników dogrzewały przestrzeń, tworząc ciepłe, przyjazne miejsce. Atmosfera stała się wyraźnie lżejsza. Ulegli, teraz już w swoich ubraniach – choć część wciąż obolała, kulejąca, z twarzami naznaczonymi bólem  – powoli zaczęli rozmawiać. Wymieniali spojrzenia, szeptali coś między sobą,  podchodzili do kobiet, dziękowali, kiwali głowami z szacunkiem. Paulina, ubrana w jeansy, ramoneskę, ciepły szal i czarne rękawiczki, stała razem z Izabelą i Hilde. W dłoni trzymała ceramiczny kubek. Para unosiła się nad nim leniwie, a ona uśmiechała się spokojnie, słuchając rozmowy obu kobiet.

Jeden z mężczyzn podszedł bliżej, wykorzystując moment, gdy dolewała sobie herbaty. Zrobił to ostrożnie, jakby nie do końca wiedział czy już mu wolno.
— Przepraszam, panią — powiedział cicho. Ton miał uprzejmy, spojrzenie uważne. — Chciałem tylko powiedzieć, że to był bardzo intensywny weekend. I dziękuję. To był mój pierwszy raz. Bardzo się bałem, ale było warto. Czuję, jakby ktoś zrobił mi w głowie totalny reset. Choć obawiam się, że tyłek będzie o sobie przypominał jeszcze przez jakiś czas.
Uniosła wzrok znad kubka i skinęła głową, uśmiechając się.
— Jeśli to pana pocieszy — odpowiedziała — dla mnie to też był pierwszy raz. A jeśli chodzi o pana tyłek to cóż... nie powiem, żebym ubolewała jakoś mocno nad jego stanem.
Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego. Przez chwilę jakby szukał właściwych słów.
— Naprawdę pierwszy? — zapytał w końcu. — Tego bym się nie spodziewał. Wyglądała pani, jakby bywała tu od lat, chociaż nie kojarzę pani z Domini.
— Dziękuję. Proszę mi uwierzyć, jeszcze do niedawna nie wiedziałam, że takie miejsce istnieje.
— Przepraszam, nie przedstawiłem się. Jürgen. Jestem dyrektorem jednej ze Sparkasse w Dolnej Saksonii, ale to pewnie bez znaczenia.
— Paulina. Studiuję psychologię.
Podała mu rękę. Pochylił się i pocałował. Wymienili kilka zdań już bardziej swobodnie. Opowiedziała mu o studiach, on z kolei mówił o zaskakującej ciszy w głowie, o zmęczeniu, które było inne niż zwykle, o rozwodzie, który w pewien sposób uwolnił go i pozwolił realizować ukryte wcześniej fantazje. Szybko dostrzegła analogię do Andrzeja i przez krótki moment poczuła, że trochę tęskni za nim. Na koniec zawahał się na moment, po czym zapytał:
— Myśli pani, że zobaczymy się na kolejnej edycji?
Uniosła kubek, jakby ważyła pytanie razem z nim.
— Jeszcze nic nie wiadomo — odpowiedziała po chwili. — Ale… raczej tak.
Skinął głową, jakby dokładnie tej odpowiedzi się spodziewał. Pożegnał się z uprzejmą rezerwą i jeszcze raz wyraził nadzieję, że to nie było ich ostatnie spotkanie. Kiedy odszedł, Paulina została sama tylko na chwilę..
Już po minucie stał przy niej kolejny uległy, który jakby tylko czekał, aż zostanie sama. Był nieco młodszy, masywniejszy, z ręką owiniętą bandażem.
— Nie kojarzę pani z Dominia Studio Berlin  — zaczął ostrożnie. — Przepraszam, jeśli to nietaktowne.
— Nie jestem związana z klubem — odpowiedziała bez pośpiechu.
— A czy planuje pani dołączyć? — zapytał. — To byłoby wspaniałe. Wielu z nas bywa tam regularnie. A takie weekendy jak ten długo żyją potem na zamkniętym forum. Dużo się o nich mówi, wspomina, opowiada różne historie. Zawahał się na moment, po czym dodał ciszej:
— Ma pani naturalną siłę. Władzę. Spokój. To się czuje od razu. I proszę wybaczyć śmiałość: pani uroda. To zimne, nordyckie piękno ono działa.

Nie był jedyny. Kolejni mężczyźni podchodzili, każdy inaczej, każdy z własnym językiem i własnym sposobem mówienia o tym samym doświadczeniu. Jedni dziękowali za opanowanie, inni za konsekwencję, jeszcze inni za to, że potrafiła być chłodna i nieustępliwa. W ich opowieściach powtarzały się te same słowa — siła, spokój, piękno, autorytet. Słuchała, odpowiadała, coraz bardziej czując, że te rozmowy nie są tylko podsumowaniem weekendu. Że dotykają czegoś głębszego.

Korzystając z chwili odeszła na bok i zatrzymała się przy ognisku. Płomienie poruszały się niespiesznie, drewno cicho trzaskało. Patrzyła w ogień zamyślona, z kubkiem w dłoni, pozwalając myślom płynąć bez kontroli. Może naprawdę powinna przemyśleć pewne sprawy. Może to nie był jednorazowy epizod.

Bella podeszła do niej bez słowa i objęła ją ramieniem.
— I jak wrażenia? — zapytała cicho.
— Podobało mi się, oj no... było super.
Uśmiechnęła się szeroko.
— Dziewczyny są tobą zachwycone. Mówią, że masz niesamowity talent. Ulegli chyba też z tego co widzę.— Zawiesiła głos na chwilę. — Zadzwoń do Evy, ona czeka na telefon od ciebie. Już Noëmi jej opowiedziała sporo. 
Paulina ciężko westchnęła.

Do domu wróciła późno, zmęczona w sposób, którego nie potrafiła porównać z żadnym innym. Wzięła długi prysznic, pozwalając wodzie spływać po ramionach i piersiach. Potem położyła się do łóżka.
Nie mogła zasnąć. Leżała w ciemności, z otwartymi oczami, wracając myślami do ognia, głosów, spojrzeń i do pytania, które nie dawało jej spokoju: czy chce zagłębić się jeszcze bardziej w tym świecie?

-----

Rozdział XXVIII - Decyzja 

Berlin,  jesień 2010

Kilka dni po powrocie do Berlina, gdy intensywność wydarzeń w Spreewaldzie zaczęła powoli ustępować codzienności, Bella zaprosiła Paulinę na kawę. Spotkały się w eleganckiej kawiarni przy Savignyplatz — miejscu dyskretnym i stylowym, o wyraźnie berlińskim charakterze. Marmurowe blaty stolików, porcelanowe filiżanki i obsługa wyjątkowo sprawna i uprzejma. Było tu spokojnie, jakby lokal celowo izolował się od miasta, pozwalając rozmowom toczyć się w półtonach.
Popołudnie było pochmurne i chłodne. Paulina przyszła punktualnie. Bella pojawiła się kilka minut później. Uśmiechnęła się szeroko, podchodząc do przyjaciółki. Przywitały się ciepło — uściskiem i dwoma pocałunkami w policzki, w tym charakterystycznym, włoskim geście, który niemal od początku znajomości zaszczepiła Paulinie. Ich kontakt był naturalny, pozbawiony napięcia, a jednocześnie nasycony niewypowiedzianym porozumieniem. Jakby obie doskonale wiedziały, kim są i co je łączy.
– Pięknie wyglądasz – rzuciła, siadając naprzeciwko. – Widać, że nasz obóz nie tylko nie zmęczył cię, ale wręcz ci służy. 
– Tobie też dobrze robi ten klimat – odpowiedziała Paulina z lekkim uśmiechem. – Nadal się we mnie wszystko układa. Ale tak, było intensywnie. I pięknie. Podobało mi się. 
Zamówiły dwie kawy i coś słodkiego. Przez chwilę rozmawiały o codziennych sprawach – Bella wspominała o dużej ilości sesji w Dominia Studio Berlin, Paulina o planowanym spotkaniu z profesorem Schneiderem, na którym będą omawiali postępy w jej pracy magisterskiej.  W pewnym  momencie Isabellą sięgnęła do torebki i wyjęła prostą, beżową kopertę, lekko zagiętą na jednym brzegu. Położyła ją na stoliku i przesunęła w stronę Pauliny.
– Co to? 
– Od Evy. Otwórz.
Sięgnęła po kopertę i rozchyliła powoli. W środku znajdował się plik czterdziestu banknotów po 50 euro – razem dwa tysiące. Równo ułożone, pachnące jeszcze drukarnią. Przez chwilę patrzyła na zawartość w milczeniu, przeliczając szybko.
– Dwa tysiące – powiedziała cicho.
– Twoje honorarium – uśmiechnęła się Bella. – Eva była pod ogromnym wrażeniem, kiedy opowiadałyśmy jej, jak sobie radziłaś. Wszyscy byłyśmy. Masz talent, Paulina. Naturalny.
Zamknęła kopertę i wsunęła ją do torebki. 
– Nie spodziewałam się aż tyle.
– I dobrze. A teraz... – wstała, zarzucając płaszcz na ramię – skoro masz swoje pierwsze zarobione w tym świecie pieniądze, idziemy na zakupy?
Odpowiedziała spojrzeniem i uśmiechem, który był potwierdzeniem.
– Oczywiście.

---

Minęły przeszklone drzwi i weszły do luksusowego butiku przy Kurfürstendamm. Wnętrze pachniało skórą, drewnem i delikatnym perfumowanym powietrzem. Półki z włoskimi i francuskimi markami rozmieszczone były geometrycznie – buty wyeksponowane niczym dzieła sztuki.
Z zaplecza wyszedł sprzedawca. Wysoki, przystojny, o oliwkowej karnacji i szlachetnych rysach twarzy. Ciemne, starannie przycięte włosy, lekki zarost i głęboko osadzone oczy. Elegancka czarna koszula i dyskretna plakietka: Emre Yilmaz 
Uśmiechnął się od razu, z tą szczególną uprzejmością, w której było coś więcej niż zawodowy nawyk. Gdy jego spojrzenie zatrzymało się na Bellli, skinął lekko głową.
— Dzień dobry, pani Isabello — powiedział cicho, z nienaganną manierą. — Miło panią znowu widzieć w La Maison du Cuir. W czym mogę dziś pomóc?
Odpowiedziała uśmiechem i krótkim, niemal niedostrzegalnym skinieniem głowy. Lekkim ruchem dłoni wskazała Paulinę.
— Szukamy wyjątkowych kozaków dla mojej pięknej przyjaciółki — powiedziała. 
— Czarnych. Eleganckich. Skórzanych. I absolutnie doskonałych, tak doskonałych jak ona.
Mężczyzna spojrzał na Paulinę uważniej, już nie jak na zwykłą klientkę.
— Oczywiście — odparł po chwili. — W takim razie proszę usiąść. Myślę, że mam coś odpowiedniego dla pani.
Usiadła na eleganckim, tapicerowanym krześle obitym granatowym aksamitem. Przeciągnęła palcami po kolanie, poprawiając spodnie i delikatnie skrzyżowała nogi, unosząc lekko podbródek – była wyraźnie zaintrygowana sytuacją, ale nie dawała tego po sobie poznać. Jej spojrzenie było chłodne, z tym typowym dla niej dystansem. Przyjaciółka stanęła za nią, opierając się o marmurową półkę z ekspozycją, i obserwowała scenę z wyraźnym zainteresowaniem.
Emre wrócił z zaplecza z kilkoma pudłami w dłoniach. Ułożył je starannie obok krzesła, po czym wyprostował się, patrząc na Paulinę.
– Mam kilka modeli, które mogą panią zainteresować. Klasyka, ale z charakterem – powiedział, po czym rzucił porozumiewawcze spojrzenie Belli. Rozmiar 38, zgadłem?
To właśnie wtedy Bella, z typową dla siebie lekkością i cieniem prowokacji w głosie, odezwała się:
– Emre, pomóż mojej przyjaciółce z przymiarką. Wydaje mi się, że w tak eleganckim butiku możemy liczyć na równie elegancką  i uczynną obsługę, prawda?
Chłopak nie potrzebował więcej. Skinął głową z uśmiechem, po czym przyklęknął przed Pauliną, jego twarz znalazła się na wysokości jej kolan. Sięgnął do jej stopy — delikatnie, ale pewnie — i zaczął rozpinać but. Zsunął go ostrożnie. Jego dłonie zetknęły się z czarną, półmatową rajstopą. Spojrzał w górę. Nie mrugnęła nawet okiem.
– Dziękuję – powiedziała chłodno.
Sięgnął po pierwszą parę – klasyczne, czarne kozaki z delikatnie lśniącej skóry, sięgające tuż pod kolano. Rozpiął zamek i jedną dłonią uniósł stopę, drugą prowadząc but, wsunął ją z wyczuciem. Zakładał go powoli, niemal z nabożeństwem. Zamek zasunął gładkim ruchem.
– Świetnie dopasowanie – powiedział, przesuwając palcami po linii cholewki. – Pani łydka ma idealne proporcje do tego modelu.
– Co o nich sądzisz? – zapytała Bella, przechylając głowę z uśmiechem.
Paulina spojrzała w lustro.
– Zgrabne, ale chcę coś odważniejszego. Czegoś, co zostaje w pamięci, od czego faceci nie będą mogli oderwać wzroku.
Sprzedawca uśmiechnął się, jakby tylko czekał na te słowa. Sięgnął po drugie pudełko. Tym razem wyjął wyższe kozaki – sięgające daleko ponad kolano, o gładkiej, błyszczącej powierzchni. Ich linia była prosta, zdecydowana, podkreślająca nogę z każdej strony. Ponownie uklęknął i z uwagą ściągnął poprzedni but.
Tym razem Paulina uniosła stopę wcześniej, jakby chciała ułatwić mu zadanie. Ich kontakt był krótki – ale wyraźny. Kiedy zakładał jej nowe buty, palce musnęły tym razem łydkę, wydawał się jednak całkowicie skoncentrowany.
– Te... – powiedział, zapinając ostrożnie zamek – są bardziej wyraziste. Miękka skóra cielęca, wewnątrz podszyta jedwabiem. Wiele kobiet marzy o takich butach. Na nieszczęście dla nich, ich łydki są często zbyt grube.
Paulina spojrzała mu prosto w oczy.
– A dla mnie? Będą dobre?
Emre nie zawahał się.
– Właśnie dla pani. Tylko dla pani. Proszę spojrzeć. Pani nogi są idealnie proporcjonalne.
Bez trudu zapiął zamek i odsunął się lekko, pozwalając jej przejrzeć się w lustrze. Wstała i zrobiła kilka kroków po miękkim dywanie. Linia nóg wyglądała perfekcyjnie. Przyjrzała się odbiciu, po czym odwróciła się do Belli.
– Chcę je.
– Wiedziałam. Są idealne.
Emre schylił się ponownie, tym razem, by zdjąć buty i zapakować w eleganckim kartonie.  Robił to powoli, z widocznym szacunkiem, jakby właśnie miał zamknąć w pudełku coś więcej niż tylko skórę i formę. Wstał z delikatnym skłonem głowy.
– Doskonały wybór. I wyjątkowa klientka.
Spojrzała na  niego.
– A moje buty? Mam je sama ubierać? 
Uśmiechnął się lekko zmieszany i ponownie przyklęknął pomagając jej je ubrać. 
– Dla tak wyjątkowej kobiety wszystko.
Przyjęła ten komplement bez słowa. Ale jej uśmiech – chłodny, ledwie zauważalny – był jednoznaczną odpowiedzią.
Zapłaciła. Skinęła głową, zadowolona, trzymając torbę z logo butiku. Gdy mijały próg sklepu, obie – i ona, i Isabella – posłały mężczyźnie ostatnie spojrzenie: lekkie, uwodzicielskie, pełne kobiecej pewności siebie. Stał przy wejściu, patrząc za nimi z nieukrywanym zachwytem.
Gdy drzwi zamknęły się, westchnęła cicho, zadowolona z nowego zakupu, ale jeszcze bardziej z samej atmosfery tego spotkania.
– Ty chyba dobrze go znasz? 
– Emre? To mój stały klient. Raz w miesiącu przychodzi. Spuszczam mu lanie, a potem pozwalam adorować moje stopy. Chłopak ma łeb do interesów, pożyczył pieniądze od jakiegoś wuja z Turcji i otworzył ten sklep. Dla niego to praca marzeń, stopy, buty, bogate i atrakcyjne  kobiety. To co, jeszcze jakiś sklep? – zapytała z błyskiem w oku, poprawiając włosy i wsuwając rękę pod ramię Pauliny.
– Czemu nie. Chcę jaką fajną bieliznę. Zostało mi jeszcze trochę kasy. Boże... Bella.... właśnie wydałam na buty grubo ponad tysiąc euro. Może Victoria Secret?
Isabella uśmiechnęła się szeroko, niemal zadziornie i objęła ją.
– Zasługujesz na to. Ale wiesz co,  mam lepszy pomysł. Chodź, pokażę ci coś idealnego – powiedziała z entuzjazmem i ruszyła przed siebie, ciągnąc Paulinę lekko za rękę. – Zaufaj mi. To butik, do którego chodzą tylko wyjątkowe kobiety.
Szły pod rękę przez szeroki chodnik Kurfürstendamm, otoczone miejskim szmerem i światłem witryn. Kobiety, które wiedzą, kim są, piękne i niebezpieczne. Po kilku minutach skręciły w jedną z bocznych uliczek. Tam, w wąskim lokalu z przyciemnionymi szybami i dyskretnym szyldem z napisem Liaison Privée, znajdował się butik z bielizną i akcesoriami – elegancki, wyrafinowany, o wnętrzu przypominającym prywatny salon haute couture. Delikatne światło, aksamity, satyny i dyskretna nuta piżma w powietrzu.
W drzwiach powitała ich starsza kobieta w czerni, z perłowym naszyjnikiem. Skinęła głową, rozpoznając Isabellę.
– Witaj, moja droga. Kogo mi tu dziś przyprowadziłaś?
– Moją przyjaciółkę. I uprzedzam: nie wystarczą jej zwykłe koronki. Potrzebuje czegoś absolutnie wyjątkowego.
Paulina, stojąc w progu, rozejrzała się uważnie. Jej wzrok przebiegł po manekinach w aksamitnych gorsetach, jedwabnych halkach i skórach w odcieniach burgundu i czerni. Na jednej ze ścian wisiał komplet z cienkiej, czarnej siateczki i złotych przeszyć Na innej – elegancko wyeksponowana uprząż ze skóry najwyższej jakości.
– Mmm... – mruknęła, wchodząc wolnym krokiem. – To miejsce zdecydowanie ma potencjał. Już mi się tu podoba. 
Przyjaciółka posłała jej porozumiewawcze spojrzenie.
– Mówiłam.
Podeszła do jednej z ekspozycji, dotknęła delikatnej koronki z domieszką jedwabiu. Jej palce przesunęły się powoli po materiale.
– A co powiesz na coś w kolorze ciemnego wina? – zapytała, nie odwracając głowy.
Bella już stała przy jednej z otwartych szaf, przeglądając kolekcję ekskluzywnych body.
– Mam nadzieję, że nie masz dziś nic więcej w planach – rzuciła przez ramię. – Bo dziś będziemy się rozpieszczać. Bez litości.
– Raz się żyje – powiedziała cicho, przesuwając palcem po misternym hafcie. 
– W takim razie – powiedziała właścicielka butiku, która podeszła bliżej – pozwólcie, że zaproponuję coś, co dopiero dziś rano przyszło prosto z Paryża. Z kolekcji Maison du Silence.
Otworzyła zamaszyście jedne z bocznych drzwi, za którymi znajdowała się osobna, zaciemniona sala z dwoma obszernymi fotelami i półokrągłym lustrem. Na stojakach wisiały trzy komplety – każdy z nich zupełnie inny, ale wszystkie wyrażały coś niepokojąco intymnego. Paulina podeszła do pierwszego – głęboko bordowe body, wykonane z półprzezroczystej siateczki i skóry, z delikatnymi złotymi zapięciami przy szyi i biodrach. Przejechała po nim dłonią.
– Chcę przymierzyć – powiedziała krótko.
W tym czasie Bella usiadła w fotelu z kieliszkiem prosecco, który podała im właścicielka.
– Zaczynamy spektakl – zażartowała, a Paulina tylko przewróciła oczami, znikając za kotarą.
Kilka minut później wyszła z przebieralni. Bielizna była jak stworzona dla niej – materiał idealnie układał się na ciele, podkreślając jej talię i biodra, miękko opinając nieduży biust. Złote zapięcia przy szyi i na udach odbijały światło, a wysoki kołnierz dodawał czegoś władczego.
– No i? Jak się czujesz?
Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Poprawiła ułożenie materiału, a potem spojrzała sobie w oczy. 
– Jest piękne – odpowiedziała po chwili.
Właścicielka butiku zbliżyła się i nachyliła konspiracyjnie.
– Ten model zaprojektowano z myślą o kobietach, które nie pytają. Jest dla tych, które każą.
Skinęła głową.
– Biorę.
Isabella klasnęła w dłonie z uciechy.
Dziewczyny wyszły ze sklepu w rytmie stukotu obcasów, każda z torbą w ręku – elegancką, czarną, z wytłoczonym złotym logo. Światła Berlina odbijały się w mokrym bruku, powietrze było rześkie, pachniało jesienią i wilgocią. Szły powoli, niespiesznie, jakby wciąż delektując się atmosferą butikowego wnętrza i tym, co się tam wydarzyło. Paulina zerknęła na swoją torbę, potem na Bellę.
– Dziękuję, że mnie tam zabrałaś – powiedziała cicho, ale z wyraźną nutą satysfakcji w głosie.
– Wiedziałam, że ci się spodoba. A to dopiero początek, Paulina. Ten świat czekał na ciebie.
Przez chwilę szły w milczeniu, wśród ulicznych lamp i przemykających samochodów. Potem Bella spojrzała na nią z ukosa.
– Pogadasz z Evą? Zadzwonisz do niej? 
Westchnęła cicho, nie zwalniając kroku, wzrok miała skupiony gdzieś daleko.
– Pomyślę – odpowiedziała po chwili. – Chcę sama dojść do tego, czego naprawdę chcę. 
– Mądrze. Ale pamiętaj – ona już wie, że jesteś wyjątkowa. I nie zrezygnuje łatwo. Jednak to ty musisz wykonać pierwszy krok.
Zatrzymały się przy rogu ulicy. Tu miały się pożegnać.
– Daj znać, jak się zdecydujesz.
Uściskały się krótko, po czym Bella musnęła jej policzek lekkim, włoskim pocałunkiem – delikatnym, ale znaczącym. Potem każda ruszyła w swoją stronę. Paulina szła powoli, cicho, z torbami w dłoni i głową pełną myśli. W jej spojrzeniu była pewność. Już nie była tą samą kobietą, która kiedyś szukała odpowiedzi. Teraz szła po swoje.

---

Późnym wieczorem leżała w łóżku, przykryta kołdrą w odcieniu przygaszonego granatu. Pokój był niemal zupełnie ciemny. Cicho tykający budzik na nocnym stoliku, wybijał kolejne minuty, które zdawały się nie mieć końca. Jej ciało było spokojne, ale umysł wciąż pracował. Oczy miała wpatrzone w sufit, gdzie cień firanki rysował drgające linie. Przewróciła się na bok. Przez głowę przelatywały obrazy z ostatnich dni – twarze, słowa, gesty, dotyk skóry, dźwięk świstu bata, duma w oczach Belli, ciężar torby z butiku, spojrzenie Emrego. Ale najbardziej – własne odbicie w lustrze w ciemnoczerwonym body. Myślała o Berlinie. O Evie. O tym, jak wiele zmieniło się w niej samej. Sięgnęła po szklankę wody, upiła łyk i znów położyła się na plecach. Wpatrywała się w ciemność. Jej dłoń przesunęła się powoli po biuście, brzuchu i łonie, jakby szukała decyzji gdzieś poza głową. Cisza ciążyła, gęsta i miękka jak aksamit. W końcu westchnęła.
– Ach, verdammt. 
W tym jednym słowie było wszystko – bunt, zgoda, zmęczenie i determinacja.
Przymknęła oczy.
– Jutro zadzwonię.
Tym razem bez wahania. Bez lęku. Jej ciało rozluźniło się, jakby wraz z tą myślą odnalazło wreszcie spokój. Otuliła się szczelniej kołdrą i odpłynęła w sen – spokojny i głęboki.

---

Berlin, jesień / zima 2010

Dominia Studio Berlin mieściło się w jednej ze starych, hal w przemysłowej części dzielnicy Spandau. Z zewnątrz wyglądało niepozornie – metalowe drzwi, żadnych zbędnych znaków. Paulina wysiadła ze swojego Fiata, ze spojrzeniem, które kryło w sobie mieszankę pewności i odrobiny napięcia. W ciągu ostatnich miesięcy była tu już wiele razy, ale zawsze jej wizyty miały charakter wyłącznie naukowy. To tu przeprowadziła większość rozmów z dominami. Eva czekała na nią przy recepcji, ubrana jak zawsze nienagannie – klasyczna czerń, delikatny makijaż, czerwona szminka. Uśmiechnęła się, podchodząc i ściskając jej dłoń.
– Chodź, wszystko ci pokażę dziecko – powiedziała spokojnie, z tym specyficznym ciepłem, które łączyło się w sposób naturalny z jej autorytetem.
– Paulino, to Anja, poznałyście się już na pewno – powiedziała. – Jest z nami od wielu lat. Wszystko ogarnia od strony logistycznej.
Podały sobie ręce na powitanie. Następnie wraz z Evą przeszły do jednego z saloników, gdzie właścicielka, opierając się o barek, zaczęła tłumaczyć cały protokół:
– Klient wchodzi głównym wejściem. Anja wita go, wręcza mu klucz do szafki. Tam zostawia swoje rzeczy, bierze prysznic. Nie ma wyjątków. Potem, zgodnie z ustaleniami, Anja przygotowuje go: może to być założenie pasa cnoty, obroży, opasek na przeguby, czasem knebla, zależnie od planu sesji. Ty decydujesz i przekazujesz jej instrukcje.
Paulina słuchała uważnie, czasem notując coś w myślach, czasem zadając pytania o szczegóły: co w sytuacjach nietypowych, jak rozwiązuje się kwestie bezpieczeństwa, kto podejmuje decyzje w razie komplikacji.
– Bazujemy na elektronicznych ankietach, które ulegli kiedyś wypełnili, mając ciągłą możliwość ich aktualizacji. W razie potrzeby odbywa się rozmowa wstępna – dodała Eva. – Krótka, tylko jeśli ty lub uległy uważacie to za potrzebne. A potem już zaczyna się sesja. Masz całkowitą swobodę, w granicach zdrowego rozsądku i oczywiście ustalonych limitów. Większość klientów to doświadczeni, stali goście. Wiedzą, po co przychodzą. Ty po prostu bądź sobą. W tym jesteś najlepsza.
Skinęła głową. Nie musiała już pytać, czuła, że wszystko w niej układa się w nowy porządek.
– Będę przyjmować w piątki, od szesnastej do północy – powiedziała spokojnie. – Na razie raz w tygodniu.
Eva uśmiechnęła się z zadowoleniem.
– Świetnie. Umieszczę cię w grafiku. Klienci będą zachwyceni, było już kilka pytań o ciebie po obozie. I nie martw się, będziesz mieć zawsze moje wsparcie, chociaż osobiście uważam, że jesteś gotowa.
Spojrzała na nią, po raz pierwszy tego dnia uśmiechając się szczerze – lekko, z błyskiem w oku. Już nie miała wątpliwości. Właśnie postawiła krok, który od dawna był jej pisany.
– No dobrze, dziecko – powiedziała spokojnym tonem, przerywając ciszę. – Teraz pytanie, które każdej z was kiedyś zadałam. Pod jakim imieniem chcesz tu występować?
Zawahała się dosłownie ułamek sekundy. W jej oczach błysnęło coś dzikiego, intuicyjnego.
– Fenriss, Lady Fenriss – odpowiedziała krótko, wyraźnie, z przekonaniem.
Eva spojrzała z lekkim uśmiechem.
– Oryginalnie. Brzmi nordycko. Skąd inspiracja? – zapytała, notując szybko słowo w swoim notesie.
– Od Fenrira – odpowiedziała cicho, niemal szeptem. – Mitycznego wilka z nordyckiej mitologii. Dziecka Lokiego i olbrzymki Angerbody. Symbol siły nie do ujarzmienia. Przeznaczenia, którego nie da się uniknąć.
– Interesujące. Znasz się na tym? – spytała z nieukrywanym zaciekawieniem.
– Zawsze fascynowały mnie wilki – odparła Paulina. – Ich siła, niezależność, dzikość. Ale też lojalność i hierarchia. Fenrir był niebezpieczny nie dlatego, że chciał zniszczyć świat. Był niebezpieczny, bo nie dało się go ujarzmić. Więc bogowie go zakuli. Związali strachem i stalą, zamiast zrozumieć. W końcu ich zniszczył.
Zamilkła na moment, patrząc w bok, jakby widziała tę scenę przed oczami. 
– Fenriss… to moja wersja tej siły. Tej nieujarzmionej części mnie, której długo nie pozwalałam dojść do głosu. Teraz ją karmię. Prowadzę. I wypuszczam, kiedy chcę.
Eva wpatrywała się w Paulinę z pełnym uznania uśmiechem. Nie musiała nic więcej mówić. Znała ten moment, znała to przebudzenie. Widziała go kiedyś w oczach każdej z kobiet, które tu przyszły z intuicją, ale zostały dzięki swojej prawdzie.
– Witaj Fenriss – powiedziała w końcu cicho, ale z mocą. – Pasuje do ciebie. I brzmi jak coś, co zapamiętuje się od razu.
– Lady Fenriss – Paulina uśmiechnęła się a w jej oczach błysnęło coś drapieżnego.
Na zakończenie rozmowy Stern podeszła wolnym krokiem, jakby chciała przedłużyć ten moment. Jej spojrzenie złagodniało, nabrało czegoś ciepłego, niemal matczynego. Bez słowa objęła ją ramionami i przytuliła, czule, a zarazem z zaskakującą siłą.
Potem odsunęła się lekko i z delikatnym uśmiechem pocałowała Paulinę w czoło.
– Powodzenia, dziecko – powiedziała cicho, niemal szeptem.
To jedno zdanie, wypowiedziane z prostotą, lecz głęboko, wybrzmiało w Paulinie jak błogosławieństwo. Przymknęła na chwilę oczy i przytaknęła lekko głową. Czuła, że właśnie domknął się jakiś rozdział – i że zaczyna się nowy.

Gdy wróciły do recepcji Eva poprosiła Anję aby przekazała Paulinie szczegóły. Dziewczyna oprowadziła ją po wszystkich dostępnych w tym momencie pomieszczeniach studia. Na końcu pokazała jej garderobę, którą miała dzielić z dziewczynami, które już poznała podczas wyjazdu do Spreewaldu. Szafa, kilka wieszaków, miejsce na buty, półka na kosmetyki i drobiazgi, lustro. Zaprowadziła ją również do pomieszczenia, gdzie było sporo ubrań, które dziewczyny współdzieliły – własność studia. Były to rzeczy oddane przez dominy, wiszące na długich ramach i ułożone według rozmiarów.  
– Każda z was ma swoje prywatne ubrania, ale tu mamy taki magazyn na wypadek jakiejś nietypowej prośby klienta, Oczywiście nie musisz z tego korzystać, to ty decydujesz co ubierasz ale tu zawsze można znaleźć inspirację albo coś przydatnego. 

Kiedy skończyła ją oprowadzać, ponownie pojawiła się Eva. Tym razem bez pośpiechu, spokojna, skupiona. Podeszła do Pauliny i wzięła ją pod ramię, gestem naturalnym, niemal opiekuńczym.
— Chodź dziecko, pokażę ci jedno z pomieszczeń.
Poszły w głąb korytarza. Drzwi były cięższe, grubsze, z dużą mosiężną klamką. W środku panował półmrok, rozjaśniany punktowo, jakby światło było tu narzędziem, a nie dodatkiem. Pomieszczenie było urządzone surowo, niemal ascetycznie. W centrum stał drewniany koziołek z pasami, masywny, solidny, noszący ślady użytkowania. Kilka kroków dalej wznosił się krzyż świętego Andrzeja — prosty, funkcjonalny, bez ozdób. Przy ścianie ustawiono niewielkie biurko i metalową lampkę na ruchomym ramieniu, taką, którą można było skierować dokładnie tam, gdzie trzeba — światło ostre, bezlitosne. Jedna ze ścian była niemal w całości zajęta przez rzędy batów i różnego rodzaju narzędzi do wymierzania kar, zawieszonych starannie, według długości i ciężaru. Obok, w wysokim, walcowatym pojemniku były umieszczone trzcinki — ciasno, pionowo, jakby czekały na użycie. W kącie pomieszczenia znajdowała się niewielka klatka, metalowa, niska, ustawiona tak, by nie rzucała się w oczy, a jednak była nie do przeoczenia.
Eva pozwoliła jej rozejrzeć się w ciszy.
— Tu będziesz prowadzić swoje pierwsze sesje — powiedziała w końcu spokojnie. — To miejsce jest proste ale funkcjonalne.
Dotknęła dłonią jednego z pasów na koziołku.
— Wszystko, co tu robisz, ma być jasne i konsekwentne. Bez chaosu. Bez wahania. Dasz sobie radę, wierzę w ciebie. 
Podeszła do ściany z akcesoriami i przez chwilę przyglądała się im tak, jakby sprawdzała porządek. Potem spojrzała na Paulinę.
— Zdradzę ci jeszcze jedną rzecz. Spójrz na oznaczenia.
Wskazała kolejno wiszące baty. Przy rękojeściach miały wąskie paski koloru.
— Zielony oznacza, że jest w miarę łagodny. Dobry na początek, na sprawdzenie reakcji, na budowanie napięcia. Żółty jest bardziej wymagający. Trzeba już wiedzieć, co się robi. Czerwony zostawia ślady.
Uśmiechnęła się krótko, bez cienia fałszywej wesołości.
— Wszystkie są bolesne — dodała i roześmiała się cicho. — To nie są zabawki z sex shopu.
Wskazała na trzcinki. Na ich końcach widniały te same kolory, powtarzające ten sam porządek.
— Z czasem sama nauczysz się rozpoznawać moc różnych akcesoriów. Najlepiej na plecach uległych. Po reakcji, po oddechu, po tym, jak ciało odpowiada. Ale w tym miejscu wszystko jest oznaczone. Żebyś mogła skupić się na uległym, a nie na zgadywaniu.
Paulina podeszła bliżej. Patrzyła na kolory, na równe rzędy, na logiczny porządek wpisany w coś, co na pierwszy rzut oka mogło wydawać się chaotyczne.

Wyszły z pomieszczenia i zamknęły za sobą ciężkie drzwi. Korytarz wydał się jaśniejszy, jakby powrót do wspólnej przestrzeni zmienił perspektywę. Eva zatrzymała się na moment i spojrzała na nią.
— Jesteś gotowa? — zapytała po prostu.
Paulina odpowiedziała uśmiechem, spokojnym i pewnym.
— Tak.
— Cokolwiek będziesz potrzebować — powiedziała cicho. — Problemy, wątpliwości, zmęczenie. Zgłaszasz mi wszystko. Jestem tu, żeby cię wspierać. Dawno nie wierzyłam w kogoś tak bardzo.
Te słowa uderzyły w Paulinę mocniej, niż się spodziewała. Poczuła, jak prostują jej się plecy, jak coś w niej się domyka i jednocześnie otwiera. Skinęła głową. Nie musiała nic mówić.
Pożegnały się krótko. Eva ruszyła w swoją stronę, a Paulina podeszła do windy. Zjechała na dół w ciszy, wsłuchując się w miękki szum mechanizmu. Gdy wsiadała do samochodu, spojrzała jeszcze raz na wejście do budynku.

Poczuła ekscytację.

---

Pierwszego klienta nigdy nie zapomniała. Był masywny, miał wyraźną nadwagę, której nawet nie próbował ukrywać – przeciwnie, prezentował swoje ciało z pokorą, jakby w nim właśnie znajdowała się cała jego słabość i siła zarazem. Zgłosił się bez żadnych szczególnych wymagań poza jednym: "Intensywna sesja, bez rozmowy wstępnej, bez after care." Gdy Paulina zapytała przez system o potwierdzenie, otrzymała krótką wiadomość: "Mocna chłosta, proszę bić czym Pani uzna za stosowne."

Na początku była ostrożna. Obserwowała jego ciało, testowała reakcje – powolne klękanie, chłód podłogi, pierwsze lekkie uderzenia rzemieniami. Ale szybko coś się w niej odblokowało. Z każdym kolejnym uderzeniem, z każdym świstem bata i z każdym kolejnym krzykiem bólu, jaki wydobywał się z jego gardła, wstępowała w nią fala podniecenia. Nie zatrzymywała się. Uderzała w równym tempie, mocno i precyzyjnie. Krążyła wokół niego, stukając szpilkami, z batem w dłoni. Zrozumiała, że ten mężczyzna właśnie tego pragnął: nie współczucia, nie zrozumienia, ale czystej władzy – władzy bez tłumaczenia się. Paulina dała upust temu, co przez ostatnie lata dojrzało w niej jak czerwone wino – sadystycznym pragnieniom, potrzebie kontroli, intensyfikacji doznań. Gdy skończyła, podziękował całując jej buty. Nie spojrzał nawet. Wstał z trudem, ubrał się i wyszedł. Dwa dni później w studio pojawił się kurier – z ogromnym bukietem ciemnoczerwonych róż i kopertą, w której znajdowały się dwie pary luksusowych pończoch od Wolforda, czarne i cieliste, starannie złożone w jedwabnym papierze. Nie było żadnego podpisu. Tylko jedna karteczka: Danke. Ich komme wieder. I wracał. Regularnie. Przez lata. Paulina nigdy nie dowiedziała się, jak naprawdę miał na imię. Była ciekawa, kim jest, ale szanowała jego decyzję. W relacji, którą zbudowali, nie istniały nazwiska, nie było przeszłości, ani przyszłości, opowieści o rodzinie, pracy, nowym psie – tylko intensywna, surowa, pełna dominacji teraźniejszość. Zaledwie po kilku tygodniach grafik zaczął trzeszczeć w szwach. Eva była zadowolona – klienci prosili o nią, polecali sobie nawzajem, niektórzy rezerwowali już z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Zaczęła pracować również w środy, a po kolejnych dwóch tygodniach – także w niedziele. Jej obecność w studiu stała się czymś stałym. Początkowo otrzymywała od Evy sto euro za każdą godzinę sesji – w gotówce, wypłacanej raz w tygodniu. Sumy rosły szybko. Wystarczył jeden intensywny piątek i niedziela, by jej miesięczny budżet – do tej pory ledwo zbilansowany przez stypendium – wystrzelił jak nigdy dotąd. Nie musiała już kalkulować czy stać ją na coś. Wychodziła z Bellą, czasem dołączała do nich któraś z dziewczyn ze studia – na wino, na dobre jedzenie, do drogich restauracji, czasem nawet do tych ekskluzywnych z gwiazdkami Michelin i rezerwacjami na tygodnie do przodu. Ich zakupy wyglądały jak rytuał. Przemierzały butikowe pasaże Ku’dammu, odwiedzały Gucciego, Hermesa, czasem zajrzały do Prady lub Chanel tylko po to, by coś przymierzyć lub kupić. Drogie torebki, rękawiczki, płaszcze, bielizna, perfumy, sukienki, pończochy – wszystko w opakowaniach z wytłaczanym logo i delikatnymi wstążkami. Paulina nie czuła się już nowa. Czuła się pewna. Czuła się sobą. 

---

Trójmiasto, zima 2010

Na święta pojechała do domu. Rodzice byli szczęśliwi, widząc ją taką promienną i pełną życia. Mówili, że jeszcze nigdy nie wyglądała tak dobrze. Emanowała spokojem, pewnością siebie, a w jej oczach widać było jakiś nowy blask. Podczas wspólnych obiadów opowiadała im o studiach i o pracy w sklepie Bossa, zgrabnie omijając prawdę o swoim rzeczywistym zajęciu. Wszyscy byli dumni – mieli wrażenie, że ich córka odnalazła się w wielkim świecie. 

Jeszcze przed Wigilią spotkała się z Olgą — swoją bliską znajomą, kobietą piękną i wyniosłą. Wysoka, brunetka, o gładko zarysowanej linii szyi i ramion, poruszała się z powściągliwą pewnością, w której było coś zmysłowego, choć pozornie chłodnego.  Umówiły się późnym popołudniem w jednej z modnych restauracji w centrum Sopotu. Miękkie światło padało na gęsto ustawione stoliki, w tle było słychać powolny rytm rozmów. Usiadły przy oknie, jakby naturalnie wybierając miejsce, które daje widok i jednocześnie wystawia je na spojrzenia. I spojrzenia rzeczywiście się pojawiły — krótkie, wracające, czasem zatrzymujące się na niej odrobinę za długo. Siedziała naprzeciw Olgi wyprostowana, skupiona, jakby cała uwaga sali była czymś zupełnie drugorzędnym. Miała na sobie czarną sukienkę z grubej dzianiny, ciepłą, o wyraźnym splocie, który dobrze trzymał formę. Materiał miękko opinał sylwetkę, podkreślając ją bez dosłowności. Do tego czarne, grube, matowe rajstopy. Jasne włosy opadały jej gładko na ramiona. Dopiero potem wzrok zatrzymywał się na detalach. Na sąsiednim krześle niemal ostentacyjnie, leżała jej pierwsza torebka od Chanel. Na nogach miała czarne kozaki z La Maison du Cuir — skórzane, dopasowane, nadające sylwetce wyraźną dominującą linię. Całość tworzyła obraz chłodnej elegancji, który działał właśnie dlatego, że nie próbował robić wrażenia. Olga przyjechała prosto z kancelarii. Idealnie skrojony garnitur i biała koszula podkreślały jej figurę. Materiał układał się na niej perfekcyjnie; w tym stroju było coś niemal prowokującego — zestawienie formalnej dyscypliny z naturalną kobiecością. Zegarek na nadgarstku, gładko upięte włosy. Wyglądała jak ktoś, kto przywykł do kontroli, ale nie zatracił przyjemności bycia obserwowaną. Mężczyźni przy sąsiednich stolikach zerkali raz na jedną, raz na drugą. Jeden z nich przestał słuchać rozmówczyni; inny, przy barze, odwracał głowę za każdym razem, gdy Olga poruszała dłonią. W końcu partnerka jednego z nich nachyliła się i powiedziała coś z wyraźnym wyrzutem. 

Lokal był jednak tylko tłem dla ich rozmowy a miały sobie naprawdę dużo to opowiedzenia. Olga opowiadała o trudnych sprawach, które dostała z urzędu i o tym, że już niedługo z bratem Pauliny, Dawidem, otworzą coś swojego. Ona będzie specjalizowała się w sprawach karnych, a on w cywilnych. Paulina opowiadała z kolei o Berlinie. Gdy zaczęła mówić o pracy magisterskiej przyjaciółka przerwała jej. 
– Zrobiłaś te wywiady?
– Tak. Bardzo ciekawe rozmowy. Dostałam namiar na studio BDSM. Poznałam właścicielkę i kilka pracujących tam dziewczyn. Mądre kobiety. Wiedzą, czego chcą. Żadnych kompromisów. Nie wiem, na ile to miejsce jest reprezentatywne, bo to dość elitarny klub, ale profesor na razie nie czepia się.
Olga przyglądała się jej uważnie, słuchając z coraz większym skupieniem. Paulina czuła, że jest o krok od przyznania się, że sama też jest już jedną z nich, że ubiera się w strój ze skóry i trzyma pejcz bijąc z precyzją chirurgicznego skalpela. Już prawie to powiedziała, gdy nagle Olga odezwała się z błyskiem w oku:
– A mnie nie zapytasz? Czy ograniczasz się tylko do Berlina?
– O co? – zapytała Paulina, lekko zaskoczona.
– Sama dałaś mi bat. Chyba mówiłam ci nie raz, jaki mój Jacek jest potulny. Mamy teraz już kilka trzcinek, batów i inne zabawki. Co jakiś czas przypominam mu, gdzie jest jego miejsce. Ja też mogę ci coś opowiedzieć.
Paulina spojrzała na nią przez chwilę w milczeniu.
– Chciałabym, ale przecież nie będziemy o tym rozmawiały tutaj.
– Oczywiście, że nie tu. Chodź, jedziemy do mnie  mam dobre prosecco w lodówce. Chyba, że musisz lepić z mamą pierogi?
– Nic nie muszę.
Zawołały kelnera, zapłaciły, a już po kilku minutach, siedziały w samochodzie Olgi, jadąc w kierunku Jelitkowa.

---

Ciemnozielony Mini Cooper Olgi jechał w stronę Jelitkowa, podskakując na nierównościach. Nad morzem powietrze było inne — chłodniejsze, bardziej wilgotne, niosące zapach soli. Zaparkowała pod jednym z nowoczesnych apartamentowców, prostym, oszczędnym w formie, z dużymi przeszkleniami od strony wody.

Mieszkanie Olgi było jasne i uporządkowane. Duże okna wychodziły na morze; nawet po zmroku widać było linię fal i odbicia świateł. Wnętrze urządzone było nowocześnie, bez nadmiaru: jasne ściany, ciemne drewno, miękka sofa ustawiona tak, by można było patrzeć na horyzont. 

Zdjęły płaszcze i buty. Olga poszła do kuchni, wyjęła z lodówki schłodzone prosecco. Otworzyła je bez pośpiechu, nalewając do dwóch kieliszków. Usiadły na sofie, bokiem do siebie, z widokiem na Zatokę.
Paulina uśmiechnęła się.
— Dobrze. To może zacznijmy ten wywiad.
Olga wstrzymała ja gestem dłoni.
— Muszę zrobić wstęp. Nie chcę mieć poczucia, że na siłę wciskam ci swoją historię. Że to będzie coś, czego nie chciałaś słyszeć.
Paulina pokręciła głową.
— Nie. Jesteśmy przyjaciółkami. Chciałam nie raz zapytać, ale… — urwała na moment. — To delikatna sprawa. Bałam się, że wejdę za daleko w twoją sferę prywatną, że możesz nie chcieć o tym mówić tak od razu i tak otwarcie.
Olga spojrzała na nią uważnie.
— Właśnie o to chodzi — powiedziała spokojnie. — To jest taka sfera, o której wiedzą tylko trzy osoby. Ja, ty i Jacek. Nikt więcej. I ja jestem w niej spełniona. Naprawdę szczęśliwa.
Upiła łyk prosecco.
— Na co dzień muszę być grzeczną panią prawnik. Do bólu poprawną. Merytoryczną. Zawsze ostrożną. — Uśmiechnęła się krzywo. — A ja zaczynam oddychać dopiero wtedy, gdy mogę pokazać swoje prawdziwe oblicze. Gdy mogę być tą wersją siebie, której nikt poza nim nie zna.
Zamilkła na chwilę, jakby sprawdzając, czy Paulina ją rozumie.
— Zrozum, ja jestem w tym zajebiście szczęśliwa. I muszę się tym szczęściem z kimś podzielić. Nie pochwalić. Podzielić. 
Paulina słuchała w ciszy. Potem skinęła głową.
— Rozumiem cię. Jak nikt inny.
Te słowa nie były deklaracją ani wyznaniem. Były stwierdzeniem faktu. Olga spojrzała na nią z ulgą, jakby z ramion spadło jej coś ciężkiego. Rozmowa potoczyła się dalej — bez planu, bez kolejnych punktów do odhaczenia. Mówiły długo, wracając do wątków, milknąc na moment, znów podejmując rozmowę. Za oknami morze było czarne i spokojne. Prosecco długo się nie kończyło. 

Kiedy skończyła, przez chwilę patrzyła w przestrzeń przed sobą, jakby sprawdzała, czy powiedziała wszystko, co było istotne. Potem odwróciła się do Pauliny.
— A ty? — zapytała spokojnie. — Jak teraz jest z tym Andrzejem?
Paulina odpowiedziała bez wahania.
— Widujemy się coraz rzadziej. Świadomie. Staram się, żeby ten czas był odpowiednio intensywny. — Zawiesiła głos. — Andrzej jest wspaniałym, dojrzałym mężczyzną. Ma w sobie ogrom empatii, zrozumienia, cierpliwości. To sprawia, że ta relacja wciąż ma sens. Nawet jeśli jest inna niż kiedyś.
Zrobiła krótką pauzę. Odstawiła kieliszek, jakby potrzebowała wolnych rąk.
— Dziękuję ci — powiedziała cicho. — Za to, że opowiedziałaś mi wszystko tak dokładnie.
Przysunęła się bliżej i dotknęła dłoni Olgi. 
— Czy ja też mogę ci coś opowiedzieć?
— Nie wiem, czemu w ogóle pytasz. Oszalałaś?
Spojrzała jej w oczy. I zaczęła mówić.
O Sklavenkamp. O miejscu, które było jednocześnie obce i dziwnie logiczne. O mundurze ze skóry, o ciężarze pejcza w dłoni, o tym, jak całe wydarzenie widziała — nie jako chaos, lecz strukturę. O uległych, o ich spojrzeniach, o rozmowach, które zostawały w głowie dłużej niż same sceny. Wreszcie o propozycji Evy Stern.
Olga słuchała z rosnącym napięciem. Nie przerywała, reagowała tylko krótkimi, szczerymi wybuchami zachwytu:
— O kurwa.
— O ja pierdolę.
— Zajebiście.
Paulina mówiła dalej. O pracy w studiu. O sesjach. O tym, jak wchodzi w rolę Lady Fenriss — nie jak w kostium, lecz jak w wersję siebie, która zawsze była obecna, tylko czekała na nazwę i ramy. 
– Cholernie mi się to podoba. To jest jak przejęcie całej przestrzeni. Fizyka, psychologia, estetyka, władza. Wszystko naraz. Nigdy nie czułam się tak kompletna. To nie jest tylko gra. To coś, co daje mi poczucie sensu. Wiem, kim jestem, kiedy tam wchodzę. I wiem, że nie udaję
Olga patrzyła na nią długo, jakby ujrzała ją na nowo. W końcu odezwała się cicho:
— Podziwiam cię, jesteś zajebista.
Sięgnęła po kolejną butelkę. Bąbelki uciekły do góry, cicho, jakby nie chciały przerywać rozmowy.
— Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę — powiedziała po chwili. — Sama pojechałabym na taki obóz. Och… szybko dałabym się tam poznać.
Paulina uśmiechnęła się, ale nie pozwoliła jej rozwinąć myśli.
— Mam zadzwonić do Evy?
Przyjaciółka niemal natychmiast straciła impet.
— No co ty… — machnęła ręką. — Gdzie ja, pani adwokat, a jak to się wyda…
Paulina przechyliła głowę.
— Co miałoby się wydać? To są Niemcy. Żadnych zdjęć. Dyskrecja jest absolutna. Nikt, kto mógłby cię rozpoznać. Na tym to polega. Ulegli, którzy tam przyjeżdżają,  to dość hermetyczny krąg, przecież im też zależy, aby to nigdzie nie wyszło na zewnątrz. 
Olga milczała chwilę, kręcąc kieliszkiem.
— Ty to mówisz tak, jakby to było oczywiste.
— Bo jest — odpowiedziała Paulina spokojnie. — A poza tym… — zawahała się ułamek sekundy, po czym dodała ciszej — kiedy tylko założysz ten mundur...
Opowiedziała jej o atelier Wolfiego. O skórze, która układa się dokładnie tam, gdzie trzeba. O tym, jak strój zmienia postawę, sposób oddychania, sposób patrzenia na ludzi. Jak nie trzeba niczego udawać — wystarczy wejść w rolę, która od początku była gdzieś pod spodem.
Olga parsknęła krótkim śmiechem.
— Na samą myśl robię się już wilgotna — rzuciła bez ogródek, po czym dodała poważniej: — Jest tylko jeden problem. Mój niemiecki… no, nie jest idealny.
Paulina wzruszyła ramionami.
— I uważasz, że to problem? Przecież tylko wydajesz polecenia.
Olga wybuchnęła śmiechem.
— Dobrze — powiedziała, unosząc kieliszek. — W takim razie od jutra biorę nauczyciela.
Dopiły prosecco do końca, jakby właśnie coś ustaliły, choć żadna nie nazwała tego wprost. Gdy Paulina wstała, by się pożegnać, objęły się krótko, serdecznie.
— Przyjedź do Berlina. Pokażę ci wszystko. Albo nie, to zależy od ciebie ile będziesz chciała zobaczyć.
— Przyjadę, ale po to aby ten czas spędzić z tobą, uwielbiam cię, a po tym co mi powiedziałaś, jeszcze bardziej podziwiam. A co do innych spraw jeszcze zobaczymy.

Pożegnały się. 

---

Święta minęły szybko i zaskakująco lekko. Byli bracia — z nimi nawet znalazła chwilę, by sięgnąć po gitary i pograć razem, jak dawniej. Przyjechał dziadek z babcią; dom wypełnił się rozmowami, zapachem jedzenia, tym szczególnym ciepłem, które pojawia się tylko wtedy, gdy wszyscy bliscy sobie ludzie są razem. Paulina była traktowana trochę inaczej niż kiedyś — jak ktoś, kto przyjechał z daleka, kogo należy dopieścić, dopilnować, uważnie wysłuchać. Uświadomiła sobie, że naprawdę za nimi tęskniła. Czas przeleciał niepostrzeżenie.

Po świętach spotkała się jeszcze z Andrzejem. Poszli na kolację do jednej z zawsze obleganych gdyńskich restauracji. Umówili się wstępnie na początek lutego. Było trochę śmiechu, wspomnień ich wcześniejszych spotkań, tych momentów, które zawsze wracały w rozmowach. Andrzej wspomniał o śladach, które długo schodziły. Paulina skwitowała to krótko, niemal obojętnie — że widocznie zasłużył i niech się nie rozczula. Uśmiechnął się, jakby dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

Dopiero pod koniec, gdy szli już w stronę samochodu, powiedziała mu, że weszła w ten świat na serio. Reakcja Andrzeja ją zaskoczyła. Nie była gwałtowna ani emocjonalna — raczej powściągliwa, chłodna, jakby chciał zaznaczyć dystans. Jakby próbował dać jej do zrozumienia, że w jakiś sposób zdradziła coś, co wcześniej było między nimi ważne. Kiedy zaczęła dopytywać, o co mu właściwie chodzi, nie potrafił tego jasno nazwać. Mówił coś o komercjalizacji, o tym, że takie rzeczy tracą przez to autentyczność. Im dłużej mówił, tym bardziej Paulina traciła cierpliwość. W końcu przerwała mu ostro. Powiedziała, że nie rozumie jego zarzutów, że to nie ma żadnego przełożenia na nich, na to, co ich łączy. I że jego słowa są krzywdzące — bo zna ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że jeśli w coś wchodzi, to całkowicie i prawdziwie. Była zawiedziona, dopiero co stawiała go przed Olgą za przykład kogoś, kto ją zawsze rozumie. Pożegnała go chłodno. Później przeprosił. Dzwonił, próbował tłumaczyć się, porządkować swoje myśli. Starała się to zrozumieć, ale złość jeszcze w niej siedziała. Nie miała ochoty widzieć go w lutym. Już układała w głowie jakąś wymówkę.

Sylwestra miała spędzić ze znajomymi z germanistyki. Nie widziała ich od czasu tamtych pamiętnych wakacji na Mazurach; była ciekawa, jak bardzo wszyscy się zmienili i jak bardzo wciąż są tacy sami. Jeszcze przed końcem roku umówiła się jednak na kawę z Anetą. Ta napisała wprost, że w sylwestrowym zgiełku nie będzie przestrzeni na rozmowę, a ona chciałaby powiedzieć jej kilka rzeczy na spokojnie. Wiedziała już, że koleżanka spotyka się z Kamilem. To był prawie rok od chwili, gdy z niekrytą dumą opowiadała, jak zaprosił ją na tamtą pierwszą imprezę. Cieszyła się ich szczęściem — wiedziała, jak bardzo jej na nim zależało i widziała w jego zaangażowaniu coś, co domykało ich własną historię. Tamto rozstanie bolało ją wtedy bardziej, niż chciała przyznać. Wydawało jej się, że panuje nad emocjami, że potrafi brać rzeczy „tu i teraz”, jak jej wmówił, a ona, naiwna, uwierzyła. Nie kwestionowała sensu decyzji, nie chciała związku na odległość; byłby zaprzeczeniem jego bliskości, której zaczynała potrzebować coraz bardziej. To nie zmieniło jednak faktu, że nie raz pociekły jej jeszcze łzy.

Aneta przyjechała sama. Ledwie usiadły, zaczęła opowiadać o Kamilu — o drobiazgach, o planach, o tym, co ją w nim bawi i co uspokaja. Paulina słuchała uważnie, potakiwała, mówiła, że była pewna, iż wszystko się ułoży. Aneta dziękowała jej, nazywając prawdziwą przyjaciółką, jakby potrzebowała tego potwierdzenia na głos.
— Nawet myślałam, żeby go dziś zabrać — dodała w pewnym momencie — ale nagle powiedział, że ma inne plany. Dziwne. Wydawało mi się, że cię zawsze lubił, nawet podrywał cię. Spławiłaś go jednak wtedy po imprezie.
Paulina uśmiechnęła się krótko, tak jak robiła to zawsze, gdy nie chciała dopowiadać więcej, niż było konieczne. Wzięła łyk kawy i pozwoliła, by rozmowa popłynęła dalej — ku sprawom lżejszym, bezpieczniejszym. A jednak to jedno zdanie zostało z nią na dłużej, ciche i niewygodne, jak drobny kamień w bucie, którego nie da się od razu wyrzucić.

Koleżanka w końcu zapytała o Berlin. O to, jak się tam żyje, czy Paulina kogoś ma, czy miasto już przestało być obce. Odpowiedziała bez upiększeń. Powiedziała, że pierwszy rok studiów był potwornie ciężki — ogrom materiału, ciągła presja, poczucie, że cały czas jest o krok z tyłu i musi gonić. Na prywatne życie właściwie nie było miejsca. Dopiero na drugim roku trochę odżyła, złapała rytm, pozwoliła sobie na oddech. Opowiedziała o Isabelli, przyjaciółce z Włoch. O tym, że spędzają razem sporo czasu, że lubi jej energię i tę włoską lekkość, która dobrze równoważy berlińską surowość. Wspomniała też o jej niemieckim chłopaku — sympatycznym, spokojnym, takim który roztacza wokół siebie sporo ciepła. 
Słuchała z zainteresowaniem, co chwilę coś dopowiadając, dopytując o szczegóły. W pewnym momencie uśmiechnęła się porozumiewawczo.
— A ten Thomas, może ma jakichś fajnych kolegów? — rzuciła półżartem.
Ucięła to niemal od razu, bez złości, ale zdecydowanie.
— Nie mam teraz ochoty wchodzić w cokolwiek. Naprawdę.
Aneta skinęła głową, przyjmując to bez dalszych pytań. Paulina poczuła ulgę. To nie był moment na nowe historie, na tłumaczenia, na zaczynanie od zera. 

Wracała do domu pieszo. Chciała się przejść, uporządkować myśli, pozwolić im opaść jak kurz po rozmowie. Zimowe powietrze było ostre. Światła ulic odbijały się w mokrym chodniku, a miasto wydawało się całkowicie obojętne na jej sprawy.

Zdjęła płaszcz, odłożyła torbę i poszła od razu na górę, do swojego pokoju. Przez moment stała nieruchomo, patrząc w lustro, wsłuchana w ciszę. Potem sięgnęła po telefon. Nie wahała się długo. Napisała krótko, bez ozdobników, dokładnie tak, jak czuła, że trzeba.

Nie musisz mnie unikać. Aneta nic nie wie, a ja umiem się zachować. Nie narobię ci problemów.

Odłożyła telefon i przebrała się w dres. Zadzwonił po chwili. Kamil. Zawahała się, patrząc na ekran, jakby to imię mogło samo zniknąć. Odebrała dopiero po kilku sekundach.
— Cześć — powiedziała.
— Cześć… — głos Kamila był lekko napięty, jakby mówił szybciej, niż myślał. — Chcę ci coś wyjaśnić. To nie ciebie się boję. Boję się siebie. Paulina… byłaś czymś najcudowniejszym, co mi się przytrafiło. I boję się, że gdybyśmy się zobaczyli, wszystko by wróciło.
Zamilkł na moment, jakby sprawdzał, czy jeszcze słucha.
— Nie próbowałem się z tobą kontaktować, bo uszanowałem twoją decyzję. Zawsze szanowałem twoje decyzje, chyba wiesz. Chociaż byłem bardzo daleki od jej zaakceptowania. Kiedy zostawiłaś mnie na tej plaży, ryczałem przez całą noc. Siedziałem tam sam do rana. Potem... potem czekałem aż do grudnia na jakikolwiek sygnał od ciebie, choćby na jedno słowo. Dopiero wtedy zaprosiłem Anetę na randkę. Nie chcę, żeby to wróciło bo nie chcę zniszczyć tego co mam.
Paulina słuchała w milczeniu. 
— Rozumiem, Kamil — powiedziała w końcu. — Dziękuję, że mi to powiedziałeś. Naprawdę. — Zawahała się krótką chwilę. — Wiesz co… nie chcę stawiać cię w głupiej sytuacji. Odpuszczę tę imprezę.
— Dam radę — odezwał się szybko. — Naprawdę, nie musisz.
— Nie — przerwała mu łagodnie, ale stanowczo. — To moja decyzja. Tak będzie lepiej. Może innym razem.
Dodała jeszcze kilka neutralnych zdań, usprawiedliwiając się brakiem czasu, zmęczeniem, innymi planami. Podziękowała mu za telefon.
— Muszę już kończyć — powiedziała spokojnie.

Po rozłączeniu przez chwilę trzymała telefon w dłoni, jakby jeszcze kontynuowała tę rozmowę w głowie. Położyła go na biurku i otarła łzę z policzka. Zeszła na dół, do rodziców. Usiadła na sofie, podkurczyła nogi, wtuliła się w poduszkę. Milczała patrząc tępo w migające na ekranie telewizora obrazy. Ojciec spojrzał na nią uważnie.
— Coś cię martwi?
— Nie — odpowiedziała po chwili. — Jestem tylko… zamyślona.
— Co, głowa już w Berlinie? — zapytał cicho.
Nie odpowiedziała. Przysunęła się bliżej i oparła o niego, tak jak robiła to od dziecka. Ojciec pogładził ją po włosach.
— Piękne masz te włosy — powiedział po chwili. — Jak byłaś mała, były jeszcze jaśniejsze. Musiałem nauczyć się zaplatać warkocze, bo uparłaś się, że tylko ja mam to robić.
Uśmiechnęła się. Milczeli przez moment, pozwalając, by cisza zrobiła swoje.
— Jesteś szczęśliwa? 
Zamknęła oczy. Zastanowiła się.
— Tak… — odpowiedziała po chwili. — Chyba tak.

Ojciec nic już nie powiedział. Objął ją tylko mocniej, jakby to jedno słowo wystarczyło.

Następnego dnia rano spakowała się. Mama wcisnęła jej do bagażnika torbę z  jedzeniem. Po drodze zrobiła jeszcze duże zakupy, nie miała ochoty wychodzić z domu przez jakiś czas. Zajęcia na uczelni zaczynały się dopiero za tydzień, a kolejne sesje w Domini miała mieć kilka dni później. 

Po południu była już w Berlinie. Wykąpała się, przebrała w miękki sweter i legginsy, zaparzyła herbatę. Usiadła w fotelu przy oknie i otworzyła notatki. Chciała poświęcić kilka najbliższych dni na przygotowanie do sesji zimowej. Najwięcej czasu wymagała psychopatologia kliniczna dorosłych. Przedmiot trudny, wymagający sporo uwagi. Zaburzenia osobowości, mechanizmy obronne, struktury Ja, granice między normą a patologią — wszystko to, co nie daje się sprowadzić do prostych definicji. Profesor była wymagająca; oczekiwała nie tylko znajomości klasyfikacji i teorii, ale umiejętności myślenia klinicznego, łączenia objawów z kontekstem, historii życia, relacją z innymi. Przeglądała konspekty, podkreślenia, własne dopiski na marginesach. Czytała, robiła notatki, zaznaczała ważne fragmenty. Czuła znajome skupienie — ten stan, w którym świat zwęża się do tekstu i myśli, a wszystko inne na chwilę przestaje istnieć. Za oknem Berlin powoli zapadał w zimowy zmierzch. Miasto było ciche jak na swoje standardy. Paulina 

Ze skupienia wyrwał ją nagły, suchy odgłos wystrzałów. Podniosła głowę znad notatek, przez chwilę nasłuchując, aż zrozumiała. Wstała i podeszła do okna.

Berlin świętował. Nad Alexanderplatz niebo rozświetlały fajerwerki — krótkie, gwałtowne błyski, potem całe kaskady kolorów rozlewające się nad miastem. Huk niósł się między budynkami, odbijał echem, mieszał z okrzykami i śmiechem dobiegającymi z ulicy. Stała tak przez chwilę, niemal zahipnotyzowana, patrząc, jak światło przecina ciemność i znika.
W szybie zobaczyła swoje odbicie. Uśmiechnęła się do siebie.
— Wszystkiego najlepszego, Lady Fenriss — powiedziała cicho.

Za oknem kolejny wybuch rozświetlił noc, zaczął się Nowy Rok.

-----

Rozdział XXIX  Zwyczajny dzień cz.1

Berlin, styczeń 2024

Obudziła się wcześnie, zanim miasto na dobre zaczęło się poruszać. Przez chwilę leżała jeszcze nieruchomo, wsłuchując się w ciszę mieszkania, potem nagle zerwała się. Otworzyła okno, wpuściła chłodne powietrze i zaczęła ćwiczyć.
Czterdzieści pięć minut kalisteniki. Bez muzyki. Bez rozpraszaczy. Rytm wyznaczało ciało: serie pompek, przysiadów, plank, podciąganie na drążku zamontowanym w futrynie. Mięśnie pracowały równo, oddech był kontrolowany. Czuła znajome napięcie. Po treningu prysznic. Ciepła woda, potem krótko chłodna. Włosy zebrane, twarz oczyszczona, minimum kosmetyków. Rutyna była prosta i niezmienna: krem, delikatny makijaż, który niczego nie maskował, tylko podkreślał. Ubrała się swobodnie — miękki golf, obcisłe jeansy.
Śniadanie zjadła przy kuchennym blacie. Jajka, kawa, kromka ciemnego chleba. Jadła spokojnie, bez pośpiechu, przeglądając w telefonie kilka wiadomości, na które nie musiała jeszcze odpowiadać. Zegar nad drzwiami wskazywał dziewiątą z minutami.
Przeszła do gabinetu i włączyła komputer. Usiadła przy biurku, otworzyła pliki, notatki, dokumenty, które czekały od poprzedniego dnia. O dziesiątej włączyła Teams. Kamera po drugiej stronie była już aktywna. Monica — miedzianowłosa, z drobnym kolczykiem w nosie — siedziała przy biurku. Uśmiechnęła się na widok Pauliny.
— Dzień dobry, pani doktor.
Paulina skinęła głową.
— Dzień dobry pani Monico. Dziękuję za punktualność.
Otworzyła notes, zerknęła na oznaczone zakładkami strony i niemal od razu przeszła do rzeczy. Omawiała strukturę rozdziałów, kolejność argumentów, konsekwencję pojęciową. Zwracała uwagę na miejsca, w których Monica zbyt szybko przechodziła od opisu do interpretacji, i na fragmenty wymagające wyraźniejszego rozróżnienia między danymi empirycznymi a komentarzem autorskim.
— Tu potrzebuje pani wyraźniejszego przejścia metodologicznego — powiedziała, zaznaczając fragment. — Sam dobór narzędzi jest sensowny, ale trzeba jasno pokazać, dlaczego są adekwatne właśnie do tej grupy badawczej.
Chwaliła dobór literatury. Była solidna, aktualna, dobrze osadzona w nurcie badań anglosaskich. Doceniła, że Monica sięgnęła nie tylko po klasyczne pozycje, ale też po nowsze artykuły z ostatnich lat, i że potrafiła je ze sobą zestawić, a nie tylko cytować.
— Widać, że czyta pani uważnie i rozumie, co z tych tekstów wynika. To jest dobra baza. Teraz musimy popracować nad precyzją języka i konsekwencją terminologiczną.
Notowała krótkie uwagi, proponowała drobne korekty, wskazywała miejsca do rozwinięcia. Ton miała rzeczowy, wymagający, ale pozbawiony chłodu. Dziewczyna słuchała uważnie, dopytywała, zapisywała wskazówki. Rozmowa trwała blisko czterdzieści minut. Gdy kończyły, plan kolejnych poprawek był jasny. Paulina zamknęła notes.
— Jest jeszcze nad czym pracować, ale idzie pani w dobrą stronę — podsumowała. — Proszę nanieść zmiany i wysłać nową wersję do końca przyszłego tygodnia.
Monica uśmiechnęła się z wyraźną ulgą.
— Dziękuję, pani doktor.
Ekran zgasł. Paulina została sama z ciszą gabinetu i kolejnym punktem dnia, który czekał już w kalendarzu.

Poszła do kuchni i tym razem zaparzyła zieloną herbatę. Parowała lekko, gdy odstawiła kubek na biurku. 

O równej godzinie znowu włączyła Teams. Po drugiej stronie obraz był już aktywny. Czekał Amir — ciemnowłosy chłopak o wyraźnie perskich rysach. Miał gęste, czarne brwi, prosty nos i twarz o harmonijnych proporcjach, w których było coś szlachetnego. Patrzył uważnie, z lekkim napięciem, jak ktoś, komu naprawdę zależy.
— Dzień dobry, pani doktor — powiedział.
— Dzień dobry — odpowiedziała, otwierając notes.
Rozmowa od początku potoczyła się inaczej niż poprzednia. Amir był dobrze przygotowany i wyraźnie przywiązany do swojej koncepcji. Gdy Paulina zakwestionowała jeden z kluczowych wniosków, nie przyjął tego bez walki. Argumentował rzeczowo, odwoływał się do danych, doboru próby, a nawet do jednego z cytowanych autorów. Słuchała, pozwalając mu mówić, po czym rozebrała jego tok rozumowania punkt po punkcie.
— Tu upraszcza pan zbyt mocno — powiedziała w końcu. — To założenie nie wynika wprost z danych.
Bronił się jeszcze raz. I drugi. Dopiero po dłuższej polemice skinął głową, przyznając jej rację. Widać było, że nie jest to kapitulacja z grzeczności, lecz przemyślana decyzja.
— Dobrze — powiedział w końcu. — W takim razie poprawię te dwa fragmenty.
Paulina przez chwilę wertowała jeszcze notatki, po czym podniosła wzrok.
— W zamian w rozdziale trzecim ma pan wolną rękę. Proszę tylko jasno uzasadnić wybór perspektywy.
To wyraźnie go ucieszyło, napięcie zniknęło.
— Dziękuję, pani doktor.
Rozmowę zakończyli z konkretnym planem poprawek. Gdy ekran zgasł, dopiła herbatę. Była zadowolona z dzisiejszych rozmów.

Przeciągnęła się leniwie, pozwalając ciału na krótki moment odpoczynku. Zjadła lekki lunch — coś prostego, co nie rozpraszało, raczej domykało poranek niż go przedłużało. Potem łazienka, szybkie spojrzenie w lustro, szczotka do włosów, umycie zębów. 

Ubrała kozaki i długie, miękkie futro. Zamknęła mieszkanie i zjechała windą do garażu. Chwilę później była już w samochodzie. Audi ruszyło gładko, wtopiło się w ruch. Kierowała się w stronę Spandau, znając trasę na pamięć.

Dziś miała zaplanowane trzy sesje. Trzy spotkania, każde inne, każde wymagające innej uwagi. Dzień zapowiadał się ciężki. Pomyślała jednak, że zadba o to aby dla uległych był jeszcze cięższy. Uśmiechnęła się.

---

Pierwszy klient był umówiony na godzinę jedenastą. Znała go wielu od lat. Günter miał około sześćdziesięciu lat — niski, chudy, z tą urzędniczą sylwetką człowieka, który całe życie spędził przy biurku i w korytarzach różnych instytucji. Zawsze imponowała jej jego wytrzymałość: nie na pokaz, raczej uparta, cicha, jakby ból był dla niego czymś, co można oswoić konsekwencją.

Do tej sesji ubrała jednoczęściowy catsuit z czarnej skóry, rękawiczki, wysokie kozaki i czapkę oficerską. Strój był czytelny — nie zostawiał miejsca na domysły, nie zapraszał do negocjacji. I rzeczywiście, ta sesja nie potrzebowała długiego otwarcia.

Po przywitaniu zajęła miejsce na tronie. Gestem wskazała mu, gdzie ma uklęknąć, i kazała wyznać wszystkie grzechy. Mówił długo, z widocznym skupieniem, starając się niczego nie pominąć. Słuchała bez ruchu, pozwalając, by cisza między kolejnymi zdaniami narastała.
Gdy skończył, odczekała jeszcze chwilę.
— Wiem, że zataiłeś jeszcze coś — stwierdziła w końcu. — Masz jeszcze jedną szansę.
Poprawił się. Dopowiedział. Tym razem krócej, ostrożniej. Skinęła głową, jakby przyjmowała raport. Wtedy wyznaczyła karę. Spokojnie, rzeczowo, bez podnoszenia głosu. Dla Güntera najważniejsza była właśnie ta klarowność: zasady, konsekwencja, brak wahania. Dwieście uderzeń.
Poleciła mu wejść na drewnianą ławkę. Zrobił to natychmiast. Unieruchomiła go pasami, sprawdzając ich ułożenie i napięcie. 
— Dwieście. Licz.

Egzekwowała karę etapami. Najpierw trzcinki: równe, powtarzalne, prowadzone według ustalonego rytmu. Potem sjambok. Dopiero wtedy zaczął krzyczeć, ale do samego końca nie poddał się.

Gdy skończyła, odpięła pasy w tej samej kolejności, w jakiej je zakładała. Uklęknął i podziękował jej. Gdy wrócił spod prysznica siedzieli jeszcze kilkanaście minut i rozmawiali. Do kolejnej sesji miała godzinę.  Usiadła w swojej garderobie i wzięła telefon.  Wysłała krótką wiadomość do Michała. Kilka dni temu odkrył prawdę o niej. Pomimo, że obiecywał dyskrecję, ta sytuacja była dla niej kolejnym ostrzeżeniem, a może sygnałem, że ma być jeszcze ostrożniejsza. Nie miała wątpliwości co do jego zapewnień, po prostu był kolejną osobą, która ją rozpoznała. 

---

Kolejna sesja miała być inna, bardziej złożona.

Stefan pojawiał się rzadziej, zawsze z dłuższymi przerwami, jakby potrzebował czasu, by wszystko w nim dojrzało. Był prominentnym politykiem koalicji rządowej, w randze wiceministra — twarzą znaną z konferencji prasowych, korytarzy w Reichstagu i kontrolowanych uśmiechów. Paulina lubiła go. Nie dlatego, że był kimś ważnym — to nie miało dla niej żadnego znaczenia — lecz z powodu jego wyobraźni. Stefan potrafił myśleć w kategoriach sytuacji, a nie rekwizytów. Jego fantazje nie były katalogiem fetyszowych ubrań ani listą oczekiwań, lecz strukturami: klaustrofobicznymi, logicznymi, osadzonymi w poczuciu nieuchronności. Zazwyczaj obracały się wokół uwięzienia, przesłuchań, zawieszenia w czasie, braku jasnej winy i jeszcze bardziej niejasnej kary. Inspiracja Franzem Kafką była wyraźna, niemal ostentacyjna — ale nigdy nachalna. Było w tym coś z Procesu i coś z Kolonii karnej: absurd spleciony z bezlitosną konsekwencją.

Zwykle nie znosiła, gdy ktoś próbował narzucać jej scenariusz. Takich klientów szybko wyeliminowała, odbierała to jako formę kontroli, a tego nie tolerowała. W przypadku Stefana było inaczej. Wszystko, co pisał, wszystko, o czym mówił — trafiało dokładnie w przestrzeń, którą sama dobrze znała i którą lubiła eksplorować. Nie musiała niczego poprawiać, łagodzić ani upraszczać. Wystarczyło, że przejmowała to, co proponował, i porządkowała według własnych zasad. Był w tym element wspólnego języka. Zrozumienie, że władza nie musi być głośna ani efektowna. Że największy ciężar ma cisza, procedura, formalny ton, który nie pozostawia miejsca na negocjacje. Stefan doskonale to czuł — i właśnie dlatego mógł jej zaufać.

Tym razem sesja miała trwać cztery godziny.

Pierwsze pół godziny było jedynie wprowadzeniem — krótkim przyjęciem, jak określano to w dokumentacji studia, choć w praktyce miało ono niewiele wspólnego z gościnnością. Przeprowadzała je inna domina: Mistress Severija. Pochodziła z Litwy, była jasnowłosa, o chłodnej cerze i ostrych rysach twarzy, które sprawiały wrażenie niemal kamiennych. Jej styl nie różnił się od Fenriss — był równie surowy, pozbawiony jakiejkolwiek miękkości. To ona miała brutalnie wprowadzić zatrzymanego w świat więziennych reguł. Inspekcja celi była szybka, beznamiętna. Severija poruszała się po pomieszczeniu, jakby sprawdzała stan techniczny obiektu, nie człowieka. Informowała krótko, rzeczowo, bez modulacji głosu: co wolno, czego nie wolno, co jest przywilejem, a co zostanie odebrane bez ostrzeżenia. Kazała cytować z pamięci regulamin, bijąc go pejczem przy nawet najdrobniejszej pomyłce lub zawahaniu.  Każde wypowiedziane przez nią zdanie miało charakter rozkazu, co tylko potęgowało wrażenie, że znalazł się w miejscu, w którym nie istnieje żadna forma odwołania. Kończąc inspekcję poinformowała go również, że to dopiero początek. Że po etapie wstępnym zostanie przekazany do przesłuchania u kapitan Fenriss i że wyśpiewa wszystko już po kilku minutach. Zamknęła drzwi i zgasiła światło. Został sam, całkowicie odcięty od świata, który przestał dla niego istnieć. 

Paulina nie musiała się przebierać po poprzedniej sesji. Catsuit z czarnej skóry nadawał się idealnie. Na niego założyła jedynie długi skórzany płaszcz, ciężki, zapinany wysoko, ze srebrnymi insygniami na ramionach i kołnierzu — identycznymi jak te na czapce. Całość tworzyła spójną, jednoznaczną sylwetkę oficer śledczej. W części więziennej studia było chłodniej niż w pozostałych pomieszczeniach. Temperatura była ustawiona celowo, miała być na tyle niska, by powodować dyskomfort fizyczny, a ciało nie mogło się rozluźnić. Betonowe ściany, metalowe elementy i stłumione światło sprawiały, że czas zdawał się tu płynąć inaczej — wolniej, ciężej.

Po godzinie, którą spędził samotnie w celi, Severija wyprowadziła więźnia. Jej dłoń spoczywała na jego karku nie po to, by prowadzić, lecz by przypominać, że każdy krok odbywa się za jej przyzwoleniem. Korytarz był wąski, niemal ascetyczny — brak okien, światło prowadzone liniowo. Dźwięk kroków odbijał się głucho, jak w podziemiach.

Pokój przesłuchań był surowy do granic abstrakcji. Beton, prostokątne biurko z metalu, jedna lampa stojąca na blacie, dająca ostre, bezlitosne światło. Podłoga zimna, pozbawiona jakiegokolwiek wykończenia, jakby nie przewidziano tu dłuższego przebywania ludzi — jedynie ich obecność chwilową, tymczasową. 

Więzień był nagi. Severija zatrzymała się przy drzwiach, zameldowała przyprowadzenie zatrzymanego. Paulina siedziała już przy biurku. Na początku widział jedynie kontur postaci, plamę w ostrym świetle. Dopiero po kilku sekundach oczy zaczęły się przyzwyczajać. Zarys twarzy wyostrzył się powoli — delikatne rysy, jasna cera, niemal eteryczna uroda. Wyglądała młodo, spokojnie, wręcz łagodnie. Ten kontrast uderzył go z opóźnieniem: anielska twarz w miejscu, które nie znało litości. To napięcie — pomiędzy tym, co widział, a tym, co rozumiał — było pierwszym pęknięciem. Severija bez słowa posadziła go na specjalnym krześle i przypięła pasami. Ruchy miała zdecydowane, dokładne, techniczne. Sprawdziła napięcie każdego z nich, jakby dokonywała rutynowej kontroli sprzętu. Gdy skończyła, skinęła krótko głową w stronę Pauliny i wyszła bez słowa, zamykając za sobą drzwi. Był całkowicie unieruchomiony a kształt mebla powodował, że nogi miał rozchylone, eksponując genitalia.

Zostali sami.

Fenriss przez dłuższą chwilę nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Przeglądała dokumenty leżące na biurku, kartkując je powoli, z namysłem. Szelest papieru w ciszy pomieszczenia brzmiał nienaturalnie głośno. Czas rozciągał się, pozbawiony punktów odniesienia. W końcu uniosła wzrok. Jej głos był łagodny, niemal uprzejmy.
— Czy wie pan, z jakiego powodu się tu znalazł?
Zaprzeczył. Szybko. Zbyt szybko.
Paulina skinęła głową, jakby właśnie tego się spodziewała.
— Jest pan oskarżony o szpiegostwo, a dowody są naprawdę poważne.
Zrobiła krótką pauzę, pozwalając, by słowa osiadły.
— Ale proszę się nie niepokoić — dodała tym samym tonem. — Na pewno uda się wszystko wyjaśnić.
Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, był niemal niedostrzegalny.

Zadawała pytania spokojnie, metodycznie. Dotyczyły nazwisk, spotkań, miejsc, drobnych rozbieżności w kalendarzu. Nic nie brzmiało jak oskarżenie. Raczej jak próba uporządkowania faktów, które — jak sugerowała forma — dawno już były znane. Stefan odpowiadał coraz dłużej. Coraz mniej precyzyjnie. W pewnym momencie zaczął się plątać, wracać do wcześniejszych wątków, poprawiać samego siebie. Zaprzeczał. Uparcie. Zbyt uparcie jak na kogoś, kto twierdził, że nie ma nic do ukrycia.

Wstała. Nie było w tym żadnego nagłego ruchu ani oznaki zniecierpliwienia. Po prostu zamknęła teczkę, odsunęła krzesło i podeszła do wieszaka stojącego przy ścianie. Zdjęła z niego pejcz. Przez krótką chwilę ważyła go w dłoni, po czym uśmiechnęła się i położyła go na biurku — starannie, równolegle do krawędzi. Usiadła na blacie, dokładnie naprzeciwko niego. Położyła stopę na jego udzie. Nie naciskała. Gest był bardziej informacją niż działaniem. Jego wzrok mimowolnie opadł na lśniące kozaki, idealnie wypolerowane, niemal zbyt czyste jak na to miejsce. Poły skórzanego płaszcza rozchyliły się, odsłaniając nogi w dopasowanych spodniach. Kontrast pomiędzy elegancją a sytuacją stał się jeszcze wyraźniejszy. Jej twarz pozostawała łagodna.
— Na pewno pan nie pamięta? — zapytała cicho. — Czy mogę w jakiś sposób odświeżyć pana pamięć, jakoś pomóc?
Zaprzeczył. Nerwowo. Zbyt szybko, jakby bał się ciszy po pytaniu. Przez moment przyglądała mu się w milczeniu. Potem wstała, wzdychając ciężko — gestem, w którym było więcej zawodu niż gniewu.
— Myślałam, że będzie pan współpracował. że pójdzie nam szybko i bezboleśnie. Chciałam dziś spotkać się z moim narzeczonym, zrzucić ten mundur, poczuć się kobietą.
Stefan natychmiast zaprotestował. Mówił, że przecież współpracuje. Że odpowiada na pytania. Że niczego nie ukrywa.
— Nie — powiedziała spokojnie. — Ukrywanie prawdy to nie jest współpraca.
Zatrzymała się obok biurka, jej dłoń spoczęła na pejczu.
— To tylko jej imitacja. A ja na to nie dam się nabrać.
Uniosła bat i stanęła przed nim. Nie spieszyła się.
— To jak będzie? — zapytała.
— Ale ja naprawdę nic… — zaczął.
Nie zdążył dokończyć.
Pierwsze uderzenie spadło na jego bark. Potem kolejne. Rytm był nierówny, celowo łamany, pozbawiony schematu, który mógłby dać namiastkę poczucia kontroli. Zacisnął zęby, ciało zesztywniało, ale po chwili znów zaczął mówić. Powtarzał, że nic nie wie. Że nie ma nic do dodania. Biła go coraz mocniej, po czym nagle przerwała. Odłożyła pejcz na biurko. Odwróciła się i podeszła do ściany. Stał tam metalowy stolik na kółkach, prosty, industrialny, z matowej stali. Wyglądał jak element wyposażenia technicznego. Chwyciła za jego krawędź i przesunęła go bliżej. Kółka zaskrzypiały cicho na zimnej podłodze. Zatrzymała go dokładnie w zasięgu światła lampy, po czym spojrzała na Stefana — uważnie, bez emocji.
— Widzi pan — powiedziała łagodnie — ja naprawdę chcę panu pomóc. Ale do tego potrzebuję prawdy, nie deklaracji.
Oparła dłoń o blat stolika, jakby sprawdzała jego stabilność.
— Proszę się zastanowić jeszcze raz. Spokojnie.
Zdjęła płaszcz i odwiesiła go na wieszaku przy ścianie. Skóra opadła ciężko, niemal bezgłośnie. Potem powoli ściągnęła rękawiczki. Westchnęła ciężko. Nie był to gest zniecierpliwienia ani emocji. Raczej sygnał zmiany etapu. Jakby zamykała jedną procedurę i otwierała następną.
Wyjęła z kartonika parę czarnych, lateksowych rękawiczek i założyła je, dopasowując materiał do palców. Spojrzała na niego uważnie. Więzień siedział nieruchomo, wyraźnie podenerwowany, jakby już teraz przewidywał kolejny etap. Sięgnęła po niewielką tubę i gazik. Zwilżyła żelem jego sutki, penisa i jądra. Następnie podpięła przewody. Klamry, chłodne i czarne, trafiły dokładnie tam, gdzie powinny. Każdą przypinała pewnym ruchem, sprawdzając stabilność połączenia. Gdy zacisnęła jedną z nich, wyrwał mu się krótki syk — nie zaskoczył jej ani na moment.
— Proszę oddychać — powiedziała łagodnie. — To tylko procedura, wiem, że może trochę szczypać od tych zacisków.
Usiadła na krześle obok stolika, blisko więźnia. Z tej perspektywy widziała jednocześnie jego twarz i panel urządzenia. Przez chwilę obserwowała wskaźniki, jakby upewniała się, że wszystko jest gotowe.
Zaczęła naciskać przyciski — krótko, pewnie, w ustalonej kolejności. Po chwili rozległ się cichy sygnał potwierdzający aktywację. Przekręciła potencjometr. Zatrzymała go na dwudziestu procentach. Nacisnęła przycisk. Stefan zesztywniał. To nie był jeszcze ból. Raczej nagłe, obce wrażenie — jakby prąd przebiegł pod skórą cienką, nerwową falą. Mrowienie, które pojawiło się jednocześnie w kilku miejscach, trudne do zlokalizowania, niemożliwe do zignorowania. Odruchowo wciągnął powietrze, palce dłoni napięły się na pasach.
Paulina obserwowała reakcję bez komentarza. Spojrzała na wskaźniki. Linia była stabilna.
— To dopiero dwadzieścia — powiedziała spokojnie. — Urządzenie pracuje w skali do stu. Trudno sobie wyobrazić taki ból, prawda?
Nie brzmiało to jak ostrzeżenie. Raczej jak informacja.
Przełknął ślinę. Mrowienie nie znikało — przeciwnie, utrzymywało się, pulsowało lekko, jak przypomnienie, że system już działa. Że to nie była próba, lecz początek.
Fenriss położyła dłoń na potencjometrze, nie zwiększając jeszcze ustawień.
— Proszę mówić — dodała łagodnie. — Im szybciej pan sobie przypomni, tym krócej to potrwa.
I znów zapadła cisza, w której jedynym dźwiękiem był cichy szum urządzenia pracującego na dwudziestu procentach.
— No? — zapytała, tym razem z ledwie wyczuwalnym zniecierpliwieniem. — To jaka będzie odpowiedź?
Nie zmieniła ustawień. Jej palce spoczywały spokojnie na panelu, jakby cierpliwość była wyborem, nie ograniczeniem.
— Przypomni pan sobie osoby, z którymi pan rozmawiał i którym, zupełnie przypadkiem, powiedział pan o jedno zdanie za dużo? Chciałabym tylko potwierdzić zeznanie świadka.
Więzień otworzył usta, po czym je zamknął. Mrowienie nie ustępowało, przeciwnie — stało się bardziej wyraźne, jak tło, od którego nie dało się już uciec. Spróbował poruszyć ramionami, odruchowo, ale pasy przypomniały o sobie natychmiast.
— Ja… nie wiem, o czym pani mówi — powiedział w końcu, zbyt wolno, zbyt ostrożnie.
Skinęła głową, jakby notowała tę odpowiedź w myślach.
— Rozumiem — odparła. — W takim razie spróbujmy inaczej.
Palec poruszył się minimalnie. Wskaźnik drgnął, ledwie o kilka kresek. Wciąż daleko od granicy, o której wspomniała wcześniej, ale wystarczająco, by zmienić charakter bodźca — z obecności w coś, co zaczynało wymuszać uwagę. Jednocześnie nieco zmniejszyła częstotliwość fal. Przy czterdziestu procentach reakcja była już niemożliwa do zignorowania. Gwałtownie wciągnął powietrze, jakby ktoś uderzył go od środka. Mrowienie  stało się głębsze, bardziej skupione, przechodząc w serię krótkich, nerwowych impulsów, które wymuszały bolesne napięcie mięśni. Ramiona same uniosły się o kilka centymetrów, plecy wygięły się odruchowo, a palce dłoni zacisnęły się na pasach, choć nie miał już nad nimi pełnej kontroli. Z  gardła wyrwał się stłumiony jęk, który natychmiast próbował zdusić. Oddech stracił rytm — stał się płytki, poszarpany. Przez moment wyglądało, jakby próbował skupić się na czymś innym, znaleźć punkt zaczepienia, ale ból wracał falami, każda kolejna bardziej natarczywa. Nie krzyczał. Jeszcze nie, ale ciało zaczęło zdradzać go szybciej, niż pozwalały na to słowa.
— To nie jest test pamięci — dodała spokojnie. — To test prawdomówności.
Uniósł wzrok. Po raz pierwszy spojrzał jej prosto w twarz. Była niezmiennie opanowana, niemal uprzejma. Jakby naprawdę zależało jej tylko na jednym: żeby wszystko się zgadzało w dokumentach.
— Proszę zacząć od nazwisk — powiedziała cicho. — Reszta przyjdzie sama.
Mówił coraz szybciej, coraz mniej składnie.
— Ja naprawdę nic nie wiem… proszę… błagam, przerwijmy to. Jestem niewinny.
Słowa wyprzedzały oddech, nakładały się na siebie, jakby same próbowały znaleźć wyjście. Głos drżał, raz unosił się, raz załamywał, zdradzając napięcie, którego nie potrafił już kontrolować.
Patrzyła na niego uważnie, z lekkim, niemal rozbawionym uśmiechem. Jej palce w lateksowej rękawiczce spoczęły na potencjometrze i zaczęły go delikatnie głaskać, jakby sam dotyk był już częścią rozmowy.
— No? — odezwała się w końcu, tym samym służbowym, rzeczowym tonem. — Cały czas liczę na współpracę.
Zatrzymała palce, nie zwiększając jeszcze ustawień.
— Rzeczową współpracę — doprecyzowała. — A nie zasłanianie się brakiem pamięci i… emocjami.
Oparła się wygodniej na krześle, nie spuszczając z niego wzroku.
— Proszę się uspokoić — dodała chłodno. — I odpowiadać na pytania.
– Nazwiska. Tylko tyle.
Nie czekała na jego odpowiedź. Potencjometr przesunął się zdecydowanie dalej. Wskaźnik zatrzymał się na sześćdziesięciu. Reakcja była natychmiastowa. Szarpnął się gwałtownie, jakby prąd przeszedł przez niego falą, która nie dawała się już rozproszyć. Z jego ust wyrwał się krótki, niekontrolowany krzyk. Zaraz potem zaczął mówić — chaotycznie, urywanymi zdaniami, prosząc, żeby to przerwała, zapewniając o niewinności, obiecując współpracę.
Nie zareagowała. Zmieniła ustawienia — impulsy stały się rzadsze, ale wyraźniejsze, każdorazowo zapowiadane krótką ciszą, która działała niemal gorzej niż sama fala. Kiedy nadchodziła, znów krzyczał, jakby ciało uczyło się przewidywać, a nie potrafiło się przygotować.
Patrzyła na niego coraz bardziej rozbawiona. W spojrzeniu pojawiła się też nuta zniecierpliwienia. Wstała. Podeszła do jednego z wieszaków przy ścianie i zdjęła z niego knebel. Kazała mu otworzyć usta i wepchnęła czarną gumową kulę, zapinając pasek z tyłu głowy.
— Tak będzie lepiej — stwierdziła chłodno.
Spojrzała na wskaźniki.
— Teraz możemy kontynuować — powiedziała rzeczowo. — Bez zbędnych zakłóceń.
Potencjometr przesunął się jeszcze dalej. Wskaźnik wspiął się wyraźnie powyżej poprzedniego poziomu zatrzymując na osiemdziesięciu. Reakcja była natychmiastowa — ciało Stefana napięło się gwałtownie, jakby próbowało uciec wbrew pasom. Szarpał się, wyginał, próbował coś powiedzieć, ale dźwięk grzązł, pozbawiony formy i sensu.
Paulina obserwowała go z nieukrywaną satysfakcją.
— Ojej… — powiedziała miękko, niemal rozbawiona. — Podaje mi pan nazwiska?
Pochyliła głowę, jakby naprawdę próbowała zrozumieć.
— Proszę wyraźniej. Nic nie rozumiem. To chyba przez ten knebel, ciągle popełniam ten sam błąd.
Palce znów poruszyły się na panelu. Charakter impulsów zmienił się — przerwy wydłużyły się i stały bardziej nieregularne. Więzień spojrzał na nią błagalnie, oczy miał szeroko otwarte, pełne paniki i desperackiej nadziei, że tym razem jednak przerwie. Nie przerwała, odchyliła się tylko na krześle. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, który tym razem nie miał już nic wspólnego z uprzejmością.
— Widzi pan — powiedziała spokojnie — ja naprawdę próbuję panu pomóc. Ale jeśli nie potrafi pan mówić, to będziemy musieli poszukać innych sposobów komunikacji.
Jej spojrzenie wróciło na wskaźniki. Urządzenie pracowało stabilnie. System funkcjonował bez zarzutu.
— Proszę się nie męczyć — dodała chłodno. — Jeszcze mamy czas.
Wskaźnik przesunął się nieco dalej.
Reakcja była gwałtowna i natychmiastowa. Stefan szarpał się w pasach, całe ciało pracowało przeciwko ograniczeniom, jakby próbowało wyrwać się z sytuacji, której nie potrafił już pojąć. Dźwięki, które wydawał, nie przypominały słów. Były chaotyczne, pozbawione sensu, jakby mowa przestała być użyteczna.
Patrzyła na niego uważnie i po raz pierwszy zmieniła formę przechodząc na ty.
— Będziesz grzeczny i powiesz mi, czy mam ci usmażyć jaja?
Zatrzymała na moment impulsy. Dała mu chwilę. Skinął głową. Zbyt szybko. Zbyt desperacko. Nie cofnęła ręki.
— Jesteś pewien? — zapytała cicho.
Palce wciąż spoczywały na pokrętle. Nie poruszała nim jeszcze, ale sama groźba wystarczała. W jego oczach pojawił się czysty strach i panika. Zaczął kręcić głową, próbował zaprzeczyć, jakby chciał cofnąć zgodę, zanim stanie się faktem.
Paulina nie odpowiedziała słowami. Wskaźnik drgnął jeszcze o kilka stopni. Ciszę pomieszczenia przerwał jego krzyk.
Wyłączyła urządzenie. Cisza, która zapadła, była niemal namacalna. Oddychał ciężko, jak ktoś, kto dopiero teraz zrozumiał, że nadal żyje.
Paulina nachyliła się lekko do przodu.
— Opowiesz mi wszystko? — zapytała już normalnym, rzeczowym tonem.
Skinął głową. Tym razem wolno. Świadomie.
Spojrzała na panel i upewniła się, że napięcie pozostaje wyłączone.
— Dobrze — powiedziała. — W takim razie zaczynamy od początku.
Zdjęła mu knebel.
— Słucham.
Zaczął mówić natychmiast. Oddychał ciężko, urywanie, jakby każde zdanie musiało przeciskać się przez ciało, które jeszcze nie wróciło do równowagi. Opowiadał chaotycznie, cofając się w czasie, plącząc nazwiska, miejsca i spotkania. Wspominał rozmowy, które miały być nieformalne. Kolacje. Przypadkowe uwagi wypowiedziane zbyt swobodnie. Kontakty, które — jak teraz twierdził — nie miały żadnego znaczenia.
— Jeśli mnie pan okłamuje — powiedziała spokojnie — wrócimy do maksymalnych ustawień.
— Nie… nie, błagam — wyrwało mu się. — Mówię prawdę.
Opowiadał dalej. Dłużej. Ostrożniej. Jak ktoś, kto próbuje już nie przekonać, lecz przetrwać.
Fenriss słuchała uważnie.
— Czy to wszystko? — zapytała w końcu.
Potwierdził. Kilka razy. Zbyt gorliwie.
Zdjęła rękawiczki lateksowe i odłożyła je na stolik. Otworzyła teczkę leżącą obok biurka. Wyjęła z niej kopertę, rozcięła ją i wysunęła kilka kartek. Przejrzała je szybko. Zadała dwa pytania uzupełniające. Krótkie. Precyzyjne. Takie, na które nie dało się odpowiedzieć ogólnikiem.
Gdy skończył, skinęła głową.
— Dziękuję za złożenie wyjaśnień — powiedziała oficjalnie. — Niestety, z uwagi na ich treść i fakt, że stanowią przyznanie się do winy, musi pan zostać u nas dłużej.
Uśmiechnęła się zimno.
Podeszła do niego i sprawnie odpięła elektrody. Potem sięgnęła po swoje skórzane rękawiczki. Powoli wsunęła w nie dłonie.  Zdjęła z wieszaka gumową trzcinkę. Nie komentowała. Nie tłumaczyła. Ten etap nie należał już do przesłuchania.

Bez ostrzeżenia zaczęła bić go po wewnętrznej stronie ud. Szybko i mocno, już po chwili jego reakcje znowu stały się gwałtowne, nieskoordynowane. Krzyczał coraz głośniej, aż nagle wyrzucił z siebie jedno słowo — krótkie, ostre:
— Żółty! Żółty! Żółty! Błagam.

To było hasło bezpieczeństwa. Natychmiast przerwała.

Cisza zapadła gwałtownie, jakby ktoś odciął ją nożem. Patrzył na nią tępym, nieobecnym wzrokiem, oddychając ciężko.
— Przepraszam… — powiedział w końcu. — Nie dam rady już. Nie mogę…
Głos mu się załamał. Zamilkł. Po chwili zaczął płakać — bezgłośnie, bez kontroli.
Przyglądała mu się przez moment.
— Dasz radę — powiedziała cicho.
Pokręcił głową.
— Nie. Naprawdę nie Lady Fenriss.
Zmieniła ton. Stał się miękki, niemal ciepły.
— Tylko dziesięć — dodała. 
Podeszła bliżej. Dotknęła jego policzka.
— Zrobisz to dla mnie, prawda?
Patrzył na nią długo. W jego spojrzeniu nie było już oporu, tylko zmęczenie i rezygnacja. Skinął głową.
Nie dlatego, że chciał. Dlatego, że nie widział już innej możliwości.
Podeszła do wieszaka i sięgnęła po cienką, elastyczną trzcinkę, która była zaskakująco ciężka.
Ciszę przerwał nagły, urwany krzyk — krótki, niekontrolowany. Potem następny. Biła metodycznie, równym tempem nie zwracając uwagi na spazmy bólu. Gdy skończyła, odłożyła narzędzie na swoje miejsce i nacisnęła niewielki przycisk ukryty pod blatem.
Drzwi otworzyły się po chwili. Do pomieszczenia weszła Severija.
— Przyznał się, pani kapitan? — zapytała rzeczowo.
Paulina skinęła głową.
— Zawsze się przyznają. Zabrać do celi.
Podeszła do Stefana. Nałożyła mu na głowę worek i odpięła. Czekała aż wstanie, niecierpliwie uderzając pejczem o cholewkę. Drzwi zamknęły się za nimi głośnym uderzeniem.
Paulina została sama. Usiadła przy biurku i zaczęła porządkować dokumenty. Na jednej z kartek — tej, którą wyjęła z koperty — widniały cztery nazwiska. Zapisane jego ręką, jeszcze przed sesją. Uśmiechnęła się. Gdy wychodziła w stronę garderoby, przez korytarz niosły się stłumione odgłosy bicia przeplatane urywanymi słowami, który brzmiały bardziej jak skarga niż jak argument:
— Przecież… współpracowałem…
Nie zatrzymała się.

Ostatnia tego dnia sesja była zaplanowana na dwie godziny. Miała jeszcze pół godziny do rozpoczęcia.

-----

Klient przyjechał z Polski. Podobno był bardzo znanym dziennikarzem,  celebrytą. Polskiej telewizji nie oglądała od dawna. Właściwie nie oglądała, od kiedy wyprowadziła się od rodziców na Osiedle Mickiewicza. Robert był jedną z tych osób, których twarz zna się z ekranów i okładek kolorowej prasy, a głos z różnych programów rozrywkowych i podcastów. 
Ta sesja miała być inna miała być inna od poprzednich. Nie przyjmowała roli oprawczyni ani profesjonalnej kapitan Fenriss. Tym razem miała być kimś zupełnie innym — piękną, uwodzicielską dziewczyną, która pozwalała swojemu chłopakowi adorować fetysze w zamian za ból. Estetyka była kluczowa: pończochy, długa skórzana sukienka, długie rękawiczki, wysokie szpilki. Każdy element miał znaczenie, każdy był częścią obrazu, który działał na wyobraźnię. Sesja odbywała się w pomieszczeniu bardziej przypominającym luksusowy salon niż studio. Nastrojowe światło, ciężkie zasłony, zapach kadzidełek i cisza — przerywana jedynie dźwiękiem jej kroków. Nie było tu krzyków ani rozkazów. Wszystko opierało się na napięciu i oczekiwaniu.
Pozwalała mu adorować detale: buty, rękawiczki, pośladki, stopy. Robił to z nabożną czcią, jakby każdy dotyk był formą wyznania. Warunek był zawsze ten sam i nigdy niezmienny: najpierw musiał cierpieć. Bez tego nie było przywilejów. Na środku pomieszczenia stał koziołek. Co jakiś czas mężczyzna musiał na niego wejść. Paulina używała ratanowych trzcinek, prowadząc całość z mieszanką zimnego opanowania i uwodzenia, które tylko potęgowało intensywność chwili.
Na końcu była długa gra w tease and denial. Cisza, napięcie, obietnica, która długo nie miała zostać spełniona. Był cały czas na krawędzi, a ona  mistrzowsko dozowała ból i podniecenie.  Po sesji siedzieli jeszcze długo i rozmawiali. Po angielsku. O rzeczach pozornie zwyczajnych, o podróżach, książkach, pracy. Był niesamowicie inteligentny i elokwentny. Nie zdradziła mu, skąd pochodzi. Nie pytał, choć zaniepokoiło ją, że już drugi raz powiedział, że skądś ją zna, gdzieś widział jej twarz, a on ma pamięć do twarzy. Powiedziała mu, że pracuje na uniwersytecie, może tam ją zobaczył. Zaprzeczył, na wykładach u niej przecież nigdy nie był. Pożartowali jeszcze chwilę. Obiecał, że wróci za dwa miesiące. Zawsze wracał. Pożegnali się uściskiem dłoni i niemal przyjacielskim pocałunkiem w policzki. Lubiła go. 

Poszła się przebrać. W garderobie poprawiła makijaż — mimo serii sesji był oszczędny, niemal niewidoczny. Włożyła prosty golf, jeansy i kozaki. Zsunęła włosy za ucho, sprawdziła odruchowo, czy wszystko jest na swoim miejscu, i wyszła.

---

Stefan czekał już w saloniku. Miał na sobie garnitur, znów wyglądał jak pewny siebie polityk, do którego przywykli dziennikarze i kamery. Tylko twarz zdradzała wysiłek i ból ostatnich godzin — cień pod oczami, napięcie w szczęce, ślad koncentracji, która jeszcze nie zdążyła opaść. Paulina nie zdążyła domknąć drzwi, gdy dołączyła Severija.
Spojrzał na obie, jakby przez moment zbierał myśli. A potem zaczął mówić. Najpierw wolno, ostrożnie, jakby szukał właściwego tonu. Po chwili już płynnie, z rosnącym ożywieniem. Powiedział, że były niesamowite. Że to, co zbudowały, było absolutnym mistrzostwem. Że ta sytuacja bez wyjścia — precyzyjna, logiczna, nieuchronna — działała silniej niż jakikolwiek nadmiar środków. Że niepewność była najgorsza i najlepsza zarazem. Że ból nie był celem, lecz językiem, którym całość się komunikowała. Że przez długi czas nie wiedział, czy to jeszcze gra, czy już system, i właśnie to było najcenniejsze. Kobiety wymieniły krótkie spojrzenie i uśmiechnęły się. Podziękowały mu bez fałszywej skromności. Przyjęły uznanie tak, jak przyjmuje się potwierdzenie dobrze wykonanej pracy. Mężczyzna, wyraźnie ośmielony, dorzucił pomysł. Powiedział, że kiedyś chciałby zostać przez nie porwany. Że ma dom w Schwarzwaldzie i że okolica nadawałaby się idealnie — odosobniona, cicha, z lasami, które same narzucają narrację.
Severija spojrzała z lekkim zainteresowaniem.
— Brzmi jak pomysł na kolejną sesję — powiedziała.
Paulina skinęła głową, po czym dodała spokojnie:
— Tyle że miejsce wybierzemy same.
Natychmiast przytaknął. Przeprosił za śmiałość, zapewnił, że oczywiście rozumie. Mimo to zaproszenie podtrzymał — mówił, że okolica jest naprawdę piękna.
Dochodziła dwudziesta. Paulina zerknęła na telefon i napisała krótką wiadomość. Rozmawiali jeszcze kilkanaście minut, już lżej, jak starzy znajomi po długim spotkaniu.
W końcu wstała.
— Muszę uciekać — powiedziała z uśmiechem. — Jestem umówiona.
Pożegnali się serdecznie, jakby to nie była wizyta w studiu, lecz kolejne spotkanie ludzi, którzy dobrze się znają i wiedzą, że prędzej czy później znów się zobaczą. 

Będąc już na korytarzu zerknęła w aplikację pogodową. Zapowiadali śnieg. Niby nic zaskakującego w styczniu. Założyła futro, potem szal, rękawiczki. Z torebki wyjęła czapkę — szarą, zupełnie niepasującą do reszty, z innego porządku estetycznego. Przez chwilę wahała się, po czym wciągnęła ją na głowę. Lepsze to niż nic. Rzuciła szybkie ,,do zobaczenia” dziewczynie w recepcji i kierowała się do windy. Zjeżdżając w dół, patrzyła na swoje odbicie w lustrze, odruchowo poprawiła mankiet rękawiczki. Winda zatrzymała się na parterze. Gdy drzwi się rozsunęły, poczuła chłód wdzierający się do wnętrza budynku. W powietrzu unosiły się pojedyncze płatki śniegu.

-----



Rozdział XXX  Zwyczajny dzień cz.2

Bydgoszcz, styczeń 2024 

Michał siedział w nowoczesnym biurze swojej firmy, pochylony nad stertą dokumentów, które od dłuższego czasu przestały cokolwiek znaczyć. Przesuwał wzrok po tabelach, stawiał znaki przy pozycjach do korekty, podpisywał faktury przeglądając niemal automatycznie znajdujące się na nich pozycje. Wszystko działało jak dobrze naoliwiony mechanizm, tylko myśli uparcie krążyły gdzie indziej. Od kiedy odkrył prawdę o Paulinie, wciąż wracało do niego jej chłodne spojrzenie i uśmiech, który nigdy nie był zaproszeniem, a jednak potrafił przyciągać mocniej niż jawna obietnica. Ciszę w gabinecie przerwał dźwięk telefonu. Ostry, niepasujący do chwili. Podniósł wzrok, spojrzał na ekran. Wiadomość od Pauliny. Serce przyspieszyło. Odblokował urządzenie niemal odruchowo. Treść była krótka:

Pozdrowienia z Berlina 🖤

Uśmiechnął się pod nosem. Bez chwili namysłu odpisał:

Mogę wpaść?

Kliknął „wyślij”, opierając się wygodniej w fotelu. Sam pomysł był tak absurdalny i spontaniczny, że wywołał w  nim dreszcz ekscytacji. Kilka sekund później ekran znów się rozświetlił.

Wariat.

Parsknął cicho. Typowe dla niej — jedno słowo, a w nim ironia, prowokacja i coś, co kazało mu iść krok dalej. Napisał:

Proszę Lady … nie dam rady już czekać… Chcę tylko pogadać, pobyć z Tobą chwilę. 

Czuł, jak napięcie powoli narasta, znajome, drażniące, przyjemnie niepokojące. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast:

Musisz poczekać. Jeszcze nie podjęłam decyzji… A poza tym mam wolny termin dopiero na koniec lutego.

Uśmiech zniknął, zastąpiony westchnieniem. To było jak pieszczota i policzek jednocześnie — dokładnie w jej stylu. Nie zamierzał jednak ustępować.

To wstępnie zarezerwuj. Najwyżej anulujesz. Ale… może wpadnę… tylko… proszę… chociaż na godzinę? Pójdziemy na spacer, zjemy coś i wrócę.

Boże, co za wariat. Przecież to chyba ponad 400 km.

Dopiero teraz dotarł do niego ciężar własnej propozycji, odpowiedział jednak natychmiast.

Dam radę. Jak wyjadę teraz, będę około dziewiętnastej. Proszę…

Cisza przeciągała się, każda sekunda była wyraźna. W końcu telefon znów zabrzęczał.

Michał, to głupie przecież. Naprawdę nie masz nic lepszego do roboty?

Wiem, że to szalone. Ale zaufaj mi i zgódź się.

Odpowiedź przyszła po chwili, jakby wymuszona, a jednak zdecydowana:

OK. Ale jedź ostrożnie. Kończę o dwudziestej, wyślę ci adres. I ciągle uważam, że to głupie. Bardzo głupie.

Odłożył telefon na biurko i przez moment patrzył w pustą przestrzeń przed sobą. Dokumenty przestały istnieć. Berlin nagle był bardzo blisko. Poczuł, jakby krew odpłynęła mu z ciała. Odczucie było gwałtowne, niemal fizyczne — lekko zakręciło mu się w głowie, a myśli rozbiegły się w jednej chwili, jakby ktoś nagle zmienił oświetlenie sceny. Berlin przestał być punktem na mapie, stał się kierunkiem.

Zakończenie wszystkich służbowych spraw zajęło mu jeszcze nieco ponad godzinę. W końcu zamknął laptopa jednym, zdecydowanym ruchem. Zgarnął dokumenty, które jeszcze przed chwilą próbował analizować, i zaniósł je do sekretariatu. Położył teczkę na biurku swojej asystentki.
— Pani Joasiu, muszę pilnie wyjechać. Nagła sprawa.
Podniosła wzrok znad komputera, zaskoczona.
— Coś mogę przygotować? Przełożyć spotkania, zadzwonić gdzieś…?
Pokręcił głową, już sięgając po kurtkę.
— Nie trzeba. Naprawdę. To pilne.
Było w nim widać rozkojarzenie — ten stan, gdy ciało jeszcze jest w jednym miejscu, ale myśli są już zupełnie gdzie indziej. Uśmiechnął się przepraszająco, spojrzenie miał nieobecne. Wrócił do gabinetu tylko na chwilę. Z szuflady wyjął kosmetyczkę, tę, którą zawsze trzymał w biurze „na wszelki wypadek”.  Zbiegł po schodach, po dwa stopnie naraz, czując, jak napięcie miesza się z podnieceniem. Decyzja już zapadła. 

---

Kilkanaście minut później granatowe Porsche Panamera mknęło w stronę autostrady A2.  Siedział za kierownicą, skupiony, zdeterminowany, z lekkim uśmiechem na ustach. Wysłał krótką wiadomość do Anki: Nie czekaj z kolacją. Mam pilny wyjazd.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast:  OK.

To nie było dla niej nic nowego. Przyzwyczaiła się do jego nieoczekiwanych podróży służbowych. Nie zadawała pytań. Miał wolną rękę i pełne zaufanie. Na trasie panował wzmożony ruch, ale poruszał się sprawnie. Wykonał kilka telefonów służbowych, dokończył sprawę z kontrahentem z Olsztyna, potwierdził jakiś planowany przelew. Zatrzymał się na krótko na stacji benzynowej – zatankował, kupił hot doga i puszkę energetyka, po czym ruszył dalej. Kiedy zbliżał się do granicy, telefon zawibrował. To była wiadomość od Pauliny z dokładnym adresem.

Spojrzał na zegarek – wszystko szło zgodnie z planem. Jeśli utrzyma tempo, będzie piętnaście minut przed czasem. Wjeżdżając do Berlina, zaczął padać drobny śnieg. Białe płatki odbijały się od reflektorów, nadając otoczeniu baśniową atmosferę. Jego serce przyspieszało – już prawie był na miejscu. Ulica, którą jechał, prowadziła między budynkami magazynowymi. Wysokie ogrodzenia, metalowe drzwi, kilka ciężarówek – miejsce miało surowy, industrialny charakter. Na końcu drogi znajdowała się otwarta brama i mały parking.

Wjechał i powoli rozejrzał się. Stało tam kilka samochodów. W oczy od razu rzuciły mu się dwa. Pierwsze było białe Audi RS4 kombi z rejestracją: B LF666.
– LF jak Lady Fenriss – pomyślał, a uśmiech sam wypłynął mu na twarz. Serce znowu zabiło mocniej. Wiedział, że dotarł. Że to właśnie tu. Drugi samochód zdecydowanie bardziej rzucał się w oczy. Było to ciemnoczerwone Ferrari Roma z polską rejestracją: W7 CEZAR. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Zatrzymał się, nie wyłączając silnika. Chciał, by wnętrze samochodu pozostało przyjemnie ciepłe. Oparł się wygodnie, obserwując przez szybę powoli opadający śnieg. Sceneria była jak z filmu – chłodna, nastrojowa, pełna napięcia.
O 19:55 sięgnął po telefon. Napisał tylko jedno słowo: Jestem.
Wysłał wiadomość i odłożył urządzenie. Czuł, jak całe ciało przepełnia ekscytacja.
Chwilę później ekran rozświetlił się ponownie:

Potrzebuję jeszcze 20 minut.

Westchnął. Był blisko. Bardzo blisko. Jeszcze tylko dwadzieścia minut. Włączył cicho muzykę – coś instrumentalnego, spokojnego – i przeglądał Instagrama, odruchowo przesuwając palcem po ekranie. Ale w rzeczywistości nie widział żadnych zdjęć. W głowie miał tylko jedno – Paulinę. Lady Fenriss. Przymknął oczy.

Z zamyślenia wyrwało go lekkie pukanie w szybę. Odwrócił głowę, nieco zaskoczony i ujrzał Paulinę stojącą tuż obok auta. W blasku latarni wyglądała zjawiskowo. Była uśmiechnięta, lekko niewyraźna w zimowym półmroku. Długie brązowe futro otulało ją niemal do kostek, miękkie, ciężkie. Na nogach miała czarne, lśniące kozaki, gładkie, dopracowane w najmniejszym detalu, odbijające światło przy każdym drobnym ruchu. Na głowie — wełniana czapka z pomponem, trochę niepasująca do reszty, dodająca całości lekkości i przekory.  Podskoczył, jakby wyrwany z myśli. Wysiadł szybko. Podała mu dłoń. Ujął ją i pocałował, krótko, elegancko. Skóra rękawiczki była miękka, gładka i pachnąca. Roześmiała się.
— Przyjechałeś tu spać wariacie? — zapytała z rozbawieniem.
Dopiero po chwili dotarło do niego, co właściwie trzyma w dłoni. Torebka. Nie jakaś, tylko ta konkretna. Hermes Birkin. Rozpoznał ją natychmiast. Przypomniał sobie Ankę, jak kiedyś — zupełnie serio — pokazywała mu zdjęcia i mówiła o cenach. Wtedy był przekonany, że to żart. Luksusowy folklor. Urban legend. Aż sprawdził i dopiero wtedy uwierzył. Automatycznie zaczął liczyć w głowie. Dziesięc rat leasingu za Porsche… nie. Piętnaście? Dwa lata? Wchodziło mu coś kompletnie absurdalnego. Spowodowało to jednak chwilowe zamyślenie.
Paulina uniosła brew i powiedziała sucho:
– Wpuścisz mnie do auta, czy mam stać na mrozie jak dziewczynka z zapałkami?
Uśmiechnął się, czując znajome ukłucie jej złośliwego humoru.
– Ja też się cieszę... – mruknął z lekkim uśmiechem, podchodząc i obejmując ją delikatnie. Pocałował w policzek. Jej skóra była chłodna, pachniała drogimi perfumami.
Obszedł auto i z elegancją otworzył drzwi pasażera. Z wdziękiem usiadła w ciepłym wnętrzu.
– Co robimy? – zapytała, spoglądając na niego z ukosa. – Wariacie....
– Mały spacer, potem coś zjemy. Przestaje padać – odpowiedział, zapinając pas i zerkając na nią z zachwytem.
– Dobrze. Znasz Berlin?
– Niezbyt – przyznał, lekko zmieszany.
– W takim razie pokażę ci coś fajnego. Wbij w nawigację East Side Gallery.
Bez słowa wpisał adres. Ruszyli. Ruch był niewielki, trafili w dodatku na zieloną falę, jakby miasto sprzyjało tej szalonej wizycie. Prowadził pewnie, a napięcie dnia powoli ustępowało miejsca ekscytacji. Paulina patrzyła przez okno, w milczeniu obserwując znajome ulice.
– Jeszcze nigdy nie spotkałam takiego popaprańca, a uwierz mi, z racji tego co robię, spotykam wiele ciekawych osób. Dlaczego aż tak bardzo ci zależało, Michał? 
Spojrzał na nią kątem oka, potem znów skupił wzrok na jezdni.
– Bo to ty, Paulina – odpowiedział spokojnie. – Nie mogłem odpuścić. Czasem trzeba zrobić coś niedorzecznego, żeby pokazać, jak bardzo komuś zależy.
Obróciła się w jego stronę, w oczach pojawił się cień powagi.
– Ja jestem dla ciebie ważna? Dlaczego?
Milczał chwilę, szukając właściwych słów. W końcu odezwał się, nie patrząc na nią, ale z głosem pełnym emocji:
– Bo jesteś jedna, jedyna. Zawsze wiesz, jak przejąć kontrolę, postawić na swoim i robisz to z taką łatwością, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Fascynuje mnie twoja siła, twój spokój, to jak panujesz nad przestrzenią. Ty nigdy nie szukasz miejsca – ty je wyznaczasz. A ja... ja chcę być częścią tego, nawet taką niewiele znaczącą.
Słuchała uważnie. Uśmiech, który zagościł na ustach, był inny niż zwykle. Cichy, miękki, pełen zadowolenia.

Dojechali na miejsce. Zaparkował ostrożnie. Wysiedli. Śnieg przestał już padać, powietrze było zimne i czyste. Poprawiła kołnierz płaszcza i ruszyła w stronę muru. Szedł obok niej.
– To miejsce ma swoją historię – zaczęła, spokojnym, pewnym głosem. – Najdłuższy zachowany odcinek Muru Berlińskiego. Po upadku zamieniono go w galerię. Artyści z całego świata przyjeżdżali by zostawić tu swój głos: nadzieję, pamięć, protest. Mieszkałam kiedyś w okolicy,  często tu biegałam albo chodziłam na spacery.
Słuchał w ciszy. Kolorowe obrazy rozciągały się wzdłuż muru, tworząc surrealistyczny krajobraz wolności i bólu.
– Każdy obraz to inny głos, inna emocja – kontynuowała. – Tutaj historia wciąż mówi, tylko że już językiem sztuki.
Gdy zatrzymali się, spojrzał na nią z uznaniem.
– Jesteś nie tylko piękna, ale i mądra. A do tego wyglądasz obłędnie – powiedział szczerze.
Uśmiechnęła się nieco triumfalnie, po czym teatralnie potrząsnęła połami płaszcza.
– Podobam ci się tak ubrana?
Zrobił krok w jej stronę.
– Wyglądasz szałowo, Lady – odpowiedział z absolutnym przekonaniem.
– Chodźmy na drugą stronę – powiedziała ignorując jego komplement i wskazując na pobliski most. – Tam jest Kreuzberg. Znam uroczą turecką knajpkę.
Skinął głową. Widok był niesamowity – oświetlone miasto, wieża telewizyjna, światła odbijające się w leniwie  płynącej rzece.
– Kreuzberg ma swój klimat – powiedziała. – Miejsce mieszania kultur. Żyje do późna a jedzenie tam jest naprawdę dobre.
Nie odpowiadał. Patrzył, jak Berlin w nocy mieni się życiem, i był wdzięczny, że to właśnie ona pokazuje mu to miasto.

Po drugiej stronie, weszli do niewielkiej restauracji. Wnętrze było ciepłe, pełne aromatycznych zapachów, przytulne. Pomógł Paulinie zdjąć płaszcz – zrobił to z takim szacunkiem, jakby oddawał hołd królowej.
– Dziękuję – rzuciła cicho, z aprobatą w oczach.
Usiedli. Kelner przyniósł karty. Zamówiła po niemiecku, płynnie, pewnie, bez zawahania. Michał był oczarowany. Po chwili pojawiła się herbata w małych szklaneczkach.
– Na rozgrzanie – powiedziała.
Uniósł szkło, upił łyk.
– Aż mnie ciarki przeszły, kiedy usłyszałem twój niemiecki – powiedział mrugając okiem.
– Ciarki? – zapytała z uśmiechem. – Nawet nie wiesz, jak to brzmi, gdy wydaję po niemiecku rozkazy moim uległym.
– Jestem to sobie w stanie wyobrazić – powiedział, patrząc jej prosto w oczy. 
– Skąd się tu wzięłaś? Mam na myśli Berlin, jaka jest twoja historia? 
– Moja historia, cóż. To długa opowieść ale w skrócie?  Zrobiłam licencjat z germanistyki w Polsce. Komuś bardzo spodobała się moja praca i dostałam stypendium. Postanowiłam studiować psychologię. Plan był szalony, ale to był mój plan, musiał się udać. Berlin dał mi przestrzeń – wolność, możliwość bycia sobą. Nigdzie indziej nie mogłam oddychać tak swobodnie.
Zamilkła na moment.
– Ale to tylko część historii, jak się domyślasz... – dodała z tajemniczym uśmiechem.
Michał nachylił się lekko do przodu, z coraz większym zaciekawieniem w oczach.
– A ta druga część, Paulino? Jak zostałaś Lady Fenriss?
Zamyśliła się na moment, jakby odtwarzała w pamięci dawno nieprzywoływane obrazy.
– Jeszcze będąc nastolatką zauważyłam, że lubię zadawać ból albo chociaż patrzeć na to jak ktoś inny to robi. Wiesz, jakieś tortury w filmach, dokument o studiu BDSM. Dominowałam też w związkach, może nie zawsze były one idealne i typowo asymetryczne, ale zawsze miałam w sobie coś, co pociągało mnie w stronę kontroli, bólu, sprawdzania granic – powiedziała spokojnie, badając jego reakcję.
– Już na studiach w Berlinie pisałam pracę magisterską. Mój promotor znał środowisko, dał mi namiar do Evy Stern, słynnej berlińskiej dominy, prawdziwej legendy. Przeprowadzałam wywiady z nią i z innymi dominami z jej studia. Eva od razu mnie wyczuła. Namawiała, żebym spróbowała.
Zawiesiła głos na sekundę, jakby tamten moment nadal w niej rezonował.
– I spróbowałam. Okazało się, że mam talent. Że jestem w tym cholernie dobra. Bardzo szybko zaczęli wracać ci sami klienci. Przychodzili nowi z polecenia. W ciągu kilku miesięcy ten świat całkowicie mnie pochłonął.
Michał słuchał w skupieniu, jego twarz była uważna, niemal bez ruchu.
– A jak stałaś się właścicielką tego studia? Też jesteś już przecież legendą.
– Ej, wypraszam sobie, mam dopiero 38 lat. A poza tym współwłaścicielką i nie tylko tego. Jest jeszcze Dominia Studio Paryż, Londyn a za jakiś czas Tokio. Mam jeszcze dwa kluby w Hamburgu i Monachium, ale te już nie są tak elitarne ja DSB, oficjalnie nie mam z nimi nic wspólnego. 
– To niesamowite, jak potrafiłaś przekształcić swoje pasje w takie imperium – powiedział w końcu. – Nie tylko talent, ale też determinacja, odwaga i wizja. To imponujące przejść drogę od studentki do mimo wszystko legendy, mimo wciąż młodego wieku. Widziałem zdjęcia. Wygląda imponująco, ale wiem, że zdjęcia to tylko ułamek prawdy. Muszę zobaczyć to na własne oczy.
Paulina spojrzała na niego przenikliwie. Jej uśmiech był spokojny, lecz pełen ukrytego znaczenia.
– Może... – odparła, patrząc mu prosto w oczy. 
Ich rozmowę przerwał kelner. Zbliżył się z uśmiechem i postawił przed nimi talerze pełne gorących dań. Powietrze natychmiast nasyciło się zapachem przypraw, pieczonych warzyw i świeżych ziół.
Michał spojrzał na kolorowe dania przed sobą i lekko się uśmiechnął.
– To wygląda równie imponująco jak to, co przed chwilą usłyszałem. Cieszę się, że mogę spróbować czegoś, co ty wybrałaś.
– Mam nadzieję, że ci zasmakuje – odpowiedziała z satysfakcją, sięgając po sztućce.

Jedzenie rzeczywiście okazało się znakomite – wielowarstwowe, aromatyczne, sycące. Smaki idealnie komponowały się z intymną atmosferą knajpki.
Kiedy skończyli, Michał zapłacił. Wyszli razem na ulicę – śnieg znowu delikatnie padał. Ulice migotały ciepłym światłem latarni.
– To był świetny wybór. Dziękuję, że pokazałaś mi to miejsce i zgodziłaś się na mój szalony plan.
– Cieszę się, że ci się podobało. Berlin ma wiele takich zakamarków. Może kiedyś zobaczysz więcej.
Dotarli do auta. Otworzył drzwi, pozwalając jej wsiąść, a potem sam zajął miejsce za kierownicą.
– Odwiozę cię, Paulina i wracam do domu.
– Jedziemy do mnie. Nie pozwolę ci wracać po nocy. Byłoby to nieodpowiedzialne – powiedziała tonem, który nie znosił dyskusji.
Zawahał się.
– Paulino, ja nie chciałbym sprawiać kłopotu, rzeczywiście nie ma co jechać po nocy, znajdę jakiś hotel sobie.
– Próbujesz kwestionować to co powiedziałam? Co to ma być?  Nieudolna próba buntu?
Jej głos nagle stał się ostry a spojrzenie lodowate. Zanim odważył się odezwać roześmiała się.
– Nie musisz się martwić, naprawdę. Mam pokój dla gości. Przenocujesz i spokojnie wrócisz sobie  rano. A jak będziesz grzeczny to może nawet kawę dostaniesz.
– Przepraszam, już jestem grzeczny.
Teraz roześmiali się już oboje. Wpisał do nawigacji adres, który mu podała i ruszył. Miasto wciąż pulsowało życiem. Kiedy zbliżali się do Charlottenburga, okolica zaczęła się zmieniać. Po obu stronach ulicy pojawiły się secesyjne kamienice, bogato zdobione fasady, wysokie okna, zdobione balkony. Dzielnica mówiła sama za siebie – historia spotykała się tu z luksusem.
– Charlottenburg ma w sobie coś niezwykłego, prawda? – powiedziała, spoglądając przez szybę. – To jedno z tych miejsc, które nigdy nie tracą swojej klasy. Michał tylko przytaknął, zachwycony. Po chwili nawigacja oznajmiła, że dotarli na miejsce. Zatrzymał samochód. 
– Wygląda jak scena z filmu – powiedział cicho.

Wysiedli z auta. Zamknął drzwi i spojrzał na kamienicę, czując coś dziwnego – coś między niepokojem a podnieceniem. Czuł, że oto przekracza pewien symboliczny próg. Paulina, jakby zupełnie naturalnie, przejęła inicjatywę. Prowadziła go przez wysoką, reprezentacyjną klatkę schodową – z marmurowymi posadzkami, bogatymi sztukateriami i balustradami z kutego żelaza. W ciszy ich kroków rozbrzmiewał echem czas. Wsiedli do starej windy z mosiężnymi detalami i słabym światłem. Wjechali na trzecie piętro. Gdy drzwi się rozsunęły, otworzyła mieszkanie. Już od progu poczuł, że wchodzi w inny świat — nie tylko estetyczny, ale intymny, uporządkowany według cudzych zasad. Wnętrze było przestronne, wysokie, z tym charakterystycznym oddechem starych berlińskich kamienic. Ciemne, olejowane parkiety ułożone w jodełkę prowadziły wzrok w głąb, odbijając światło lamp. Było w nich coś trwałego, solidnego, jakby pamiętały kilka epok. Ściany pomalowano w złamanej bieli i  szarości z nutą beżu. Wisiały na nich obrazy z początku XX wieku: grafiki i litografie w cienkich, czarnych ramach, secesyjne studia postaci, fragmenty architektury, delikatne akty o wyraźnej linii i oszczędnej formie. Jeden z nich przedstawiał kobietę siedzącą bokiem, z opuszczoną głową i napiętą linią karku — prosty, a jednak trudny do zignorowania. Między obrazami stały ciężkie, niskie meble z ciemnego drewna, bez połysku, raczej matowe, wybrane pod kątem proporcji, nie efektu. Nic nie było przypadkowe, ale też nic nie sprawiało wrażenia wystawionego na pokaz. To nie było mieszkanie, które miało imponować. Raczej takie, które pozwalało zrozumieć, z kim ma się do czynienia. W powietrzu unosił się delikatny zapach — mieszanka drewna, skóry i czegoś ledwie uchwytnego, co Michał skojarzył z perfumami właścicielki tego miejsca. Wszystko było zaprojektowane nie tylko z gustem, ale z myślą o kontroli przestrzeni. O tym, by czuć się tu pewnie. Albo — jeśli ktoś nie był gotów — lekko nieswojo. 

Pomógł jej zdjąć futro,  wskazała mu wieszak.
 Pokażę ci mieszkanie. Nie zdejmuj butów.
— No co ty — rzucił szybko. — Szkoda podłogi.
Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, już się schylał, zdejmując buty niemal z ulgą. Przez krótką, zupełnie niepotrzebną chwilę zerknął jeszcze na skarpetki, jakby chciał się upewnić, że los nie postanowił dziś z niego zakpić. Były w porządku: ciemne, gładkie, bez dziur, bez przetarć na pięcie. Uśmiechnął się do siebie pod nosem — drobiazg, a jednak uspokajający.

Podążył za nią i niemal odruchowo pozwolił spojrzeniu opaść niżej — na linię bioder, na uda opięte w ciemnych dżinsach. Ruch był spokojny, pewny, zupełnie pozbawiony kokieterii i właśnie dlatego trudny do zignorowania.

W salonie dominowała miękka, jasna sofa, ozdobiona poduszkami o różnych fakturach. Ciężkie zasłony z lnu i aksamitu zdobiły wysokie okna, zza których sączyło się przytłumione światło ulicznych latarni. Na stoliku kawowym – świece zapachowe, książki w twardych oprawach i pojedynczy kryształowy kieliszek, w połowie pełen czerwonego wina. Odruchowo zarejestrował: nic nie jest tu przypadkowe.

Gabinet był równie imponujący. Masywne biurko z ciemnego drewna, laptop, porządek aż do przesady. Książki – filozofia, psychologia, sztuka. Na ścianie – abstrakcyjny obraz, wyrazisty, surowy, jakby namalowany emocją. Michał poczuł, że tu pracuje kobieta, która wie, co robi – i co mówi.

Sypialnia. Czysta miękkość i luksus. Łóżko z rzeźbionym zagłówkiem, jedwabne poduszki, niskie lampki z bursztynowym światłem, które rozlewało się po ścianach jak miód. Przy toaletce rzędy flakonów – każdy ułożony w równym odstępie. Obok – srebrna szczotka do włosów. Miał wrażenie, że nie ogląda wnętrza, ale odbicie samej Pauliny.

Łazienka. Lśniący marmur w beżach i kościach słoniowych. Wanna wolnostojąca, żyrandol z kryształkami, prysznic z deszczownicą. Wszystko lśniące, zamknięte, eleganckie.

Garderoba to był osobny świat. Wypełniony szafami, wieszakami, pudełkami. Torebki, rękawiczki. Szaliki z jedwabiu. Buty ustawione jak w atelier, pośrodku – okrągły puf. W lustrze odbijała się Paulina. Michał patrzył na nią, zafascynowany.
– Chodź – powiedziała nagle. – Pokażę ci twój pokój.
Poprowadziła go korytarzem aż do ostatnich drzwi. Otworzyła je powoli. Michał poczuł, że coś się zmienia.

Za drzwiami panował półmrok. Pokój tonął w nastrojowym świetle, rozproszonym i ciepłym, jakby miał uśpić czujność. Ściany wyłożone miękkim, dźwiękochłonnym materiałem. Ciemne drewno na podłodze. Cisza. W rogu – klatka. Ciężka, metalowa, solidna. Na jej powierzchni igrały odbicia lampy, tworząc wzory jak ze snu. Obok – stojak z zestawem pejczy, batów i narzędzi, których przeznaczenia nie trzeba było zgadywać. Ławeczka – z pasami i sprzączkami. Maski, kajdany, kołnierze. Powietrze było ciężkie. Spojrzała na Michała z rozbawieniem.
– Tu będziesz spał – powiedziała wskazując na klatkę.
– Bardzo śmieszne – odpowiedział z nerwowym uśmiechem.
Czuł jednak ekscytację. Puls przyspieszał. Wiedział, że ciało zdradza więcej niż chciałby powiedzieć.
–  A gdzie? Na dworze? 
– Czy mogę zobaczyć, co tu masz? – zapytał, nie kryjąc już ciekawości.
– Możesz. Ale nie wolno ci niczego dotykać – odparła chłodno.
Podeszła do klatki. Jej dłoń przesunęła się po prętach.
– Klasyka. Jedna osoba. Zero ruchu. Idealna, by przypomnieć komuś, gdzie jego miejsce.
Przeszli do ściany z narzędziami.
– Pejcze, baty, dyscypliny. Ten tutaj... – sięgnęła po jeden z krótszych, miękkich – ... sprawia takie niewinne wrażenie, prawda? Ale wystarczy jeden ruch nadgarstka... i robi się bardzo nieprzyjemnie.
Dotknęła skóry jakby mimochodem, jakby ukradkiem.
Przy ławeczce zatrzymała się dłużej.
– Tu  przypinam mojego niewolnika. A co się dzieje dalej... – spojrzała na niego – ...to zależy wyłącznie od mojego humoru.
Przełknął ślinę. Czuł suchość w ustach. 
– Jezu Paulina, masz w domu prawdziwy pokój tortur – powiedział cicho.
– Można tak powiedzieć – odparła bez emocji, jakby posiadanie takiego pomieszczenia było najoczywistszą rzeczą.
Potem uśmiechnęła się zmysłowo.
– Ale dziś tylko nocujesz w klatce. Nie spadnie ci włos z głowy. A teraz chodź. Mam dobre wino – dodała, obracając się na pięcie.

W salonie czekało ciepło. Światło, poduszki, blask świec, które zapaliła. Podeszła do barku. Wyciągnęła butelkę i podała mu ją.
– Otwórz, proszę – powiedziała, wskazując korkociąg.
Spojrzał na etykietę.
– Château Margaux – szepnął, zaskoczony. – Naprawdę imponujące wino.
Wzruszyła ramionami z uśmiechem, jakby było to coś zupełnie zwykłego.
– Jakiś uległy musiał mi je dać – odpowiedziała lekko. – Czasem przynoszą różne prezenty, próbując wkupić się w moje łaski, mam tego całą szafkę. 
Wciąż nieco zdumiony, zabrał się za otwieranie butelki. Kiedy wyciągnął korek, w powietrzu uniósł się delikatny aromat. Usiadła na sofie i czekała, aż naleje je do kieliszków.
– Za niezapomniany wieczór – powiedziała, unosząc szkło. Odwzajemnił gest, patrząc na nią z fascynacją.
Zebrał się na pytanie:
– Paulino, czy mogę zapytać, dlaczego zwolniłaś tempo pracy jako Lady Fenriss? Dlaczego nie spotykasz się z nowymi uległymi?
– Wiesz, kiedy zaczynałam, każda sesja była czymś nowym. Byłam pełna pasji, energii, ciekawa granic. Ale z czasem zaczęła pojawiać się rutyna. Zrozumiałam, że nie chodzi o ilość, tylko o jakość. Nowi ulegli najczęściej szukają tylko szybkiej przygody. A mnie zaczęło interesować coś głębszego.
Upiła łyk wina.
– Zaczęłam doceniać relacje, które buduję z osobami znanymi mi od lat. One dają prawdziwą satysfakcję. Dlatego teraz wybieram tylko tych, którzy wiedzą, czym jest prawdziwe oddanie.
– Ale używasz jeszcze baty i trzcinki?
Paulina uśmiechnęła się lekko.
– Oczywiście. Przede wszystkim. Baty, pejcze, trzcinki. One wciąż są istotną częścią mojego świata. Ale teraz wiem, że nie chodzi tylko o ból. Chodzi o to, co on znaczy. O symbolikę. Nic nie zastąpi jednak dobrej chłosty i wrzasków uległego. To momenty, kiedy widzę prawdziwe oddanie.
Patrzył na nią intensywnie. Oparł kieliszek i powiedział:
– Fascynujesz mnie. A twój związek z Łukaszem? Gdzie on się w tym wszystkim mieści?
Zastanowiła się, potem odpowiedziała spokojnie:
– Łukasz daje mi coś, czego od dawna nie miałam, namiastkę banalnej codzienności, prostszego zwyczajnego życia. Wiesz, od studiów w Polsce nie miałam takiego normalnego chłopaka, dał mi możliwość odzyskania straconego czasu. Zabrał mnie któregoś dnia na lodowisko, na gorącą czekoladę.  To mnie rozwaliło swoją szczerością. Przy nim mogę być sobą w inny sposób, w sposób jaki od lat tłumiłam. On akceptuje mnie, nie wnikając. W zamian daję mu dominację, której pragnie.
– Mówiłaś, że  Łukasz nie wie o Lady Fenriss.
Ucichła na moment.
– Nie. Nie wiem, jak mu powiedzieć. Boję się, że mogłoby to wszystko zniszczyć. On jest inny. Prostolinijny, delikatny. Popełnia błędy, ale się uczy. Stara się. Nie wiem, kiedy nadejdzie właściwy moment na tę rozmowę. Może nigdy. Na pewno nigdy. Michał, ja go nie kocham. Lubię go, miło spędzam  z nim czas, ale szybko uświadomiłam sobie, że to się nie uda. Stałam się łagodniejsza, nawet było to fajne, boję się jednak, że gdy znowu podkręcę intensywność on w końcu pęknie.  Kusi mnie by to sprawdzić, bardzo kusi. Ale się rozgadałam...
Spojrzała poważnie na rozmówcę.
– Michał, nikt nie może się dowiedzieć o Lady Fenriss. Proszę, zachowaj to dla siebie.
– Oczywiście. Wciąż masz moje słowo. To zostaje między nami. Słowo harcerza.
Podniósł kieliszek.
– Muszę przyznać, że to świetne wino.
Uśmiechnęła się z zadowoleniem:
– Takie drobne luksusy potrafią uprzyjemnić wieczór. Wino, dobra rozmowa, to coś, co doceniam coraz bardziej.
– Kiedy byłaś w Polsce nosiłaś kluczyk do klatki Łukasza. Widziałem go. Co on dla ciebie znaczy?
– To nie tylko klucz. To symbol władzy i zaufania. Przypomnienie o naszej relacji. Teraz mam aplikację w telefonie, która informuje mnie o naruszeniu zasad. Ja jestem tu,  on tam a czasem wypadałoby umyć sobie to miejsce. Łukasz musi dokumentować każdą sekundę swojej wolności, czasem nawet oglądam te filmiki.
– A jak on się z tym czuje? Musi być mu ciężko. Klatka jest na pewno ciasna, a przy takiej kobiecie jak ty, to musi być szczególnie trudne.
– Akceptuje to, nie ma wyjścia, choć nie jest mu łatwo. Klatka jest niewygodna. Zwłaszcza przy mnie jak to ująłeś. Ale to go wzmacnia. On chce być coraz lepszy, chce mnie zadowalać. Stara się, uczy na błędach. Klatka przypomina mu, że jego wyrzeczenia mają sens. To istotny element naszej relacji. Jej podstawą jest jego oddanie i dyscyplina, a Łukasz coraz bardziej to rozumie. Nawet jeśli oznacza to dla niego dyskomfort i czystość.
Michał patrzył z uznaniem.
– Pięknie to powiedziałaś. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak o tym mówił. Jesteś niesamowita. A rodzina? Oni wiedzą? Nigdzie nie ma twoich zdjęć, dobrze kamuflujesz się.
– Ty mnie zdemaskowałeś.
– Widać jestem kumaty – powiedział z widoczną dumą w głosie.
– Nie jesteś taki wyjątkowy, nie dodawaj sobie. Miałam już kilka przypałów przez te wszystkie lata, ale te osoby zawsze zachowały dyskrecję. Nawet dziś jeden z klientów powiedział mi, że gdzieś mnie widział. On był z Polski, w sumie ciekawe bo przecież nie mieszkam tam od dawna.  A co do rodziny,  tylko moi bracia wiedzą. O dziwo, ten najstarszy, Filip przyjął to zaskakująco dobrze. Zawsze był wobec mnie bardzo pryncypialny, a w tej sytuacji okazał się otwarty,  nawet w pewien sposób zafascynowany. Zaskoczył mnie. Z kolei reakcja Dawida,  który był mi bliższy, była dość o obojętna, jakby myślał, że to jakaś zabawa, mój kaprys.
Siedzieli jeszcze chwilę, dopijając wino. Cisza między nimi była swobodna, nie wymagała wypełniania.
— Chcesz coś zjeść? — zapytała w końcu Paulina, odkładając kieliszek.
— Nie, dziękuję — odpowiedział Michał. — Jest idealnie tak, jak jest.
Popatrzył na nią uważnie, bez pośpiechu.
— Wiesz… to niesamowite, nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Naprawdę. Dla mnie to zupełnie niezwykłe, że mogę tak po prostu z tobą siedzieć. Rozmawiać. Bez gry, bez napięcia.
— A co w tym dziwnego?
Zaśmiał się krótko.
— Kiedyś poznałem dziewczynę, która przedstawiała się jako domina. Mówiła o sobie w trzeciej osobie: „pani uważa”, „pani oczekuje”, „pani nie toleruje”. Non stop.
Parsknęli śmiechem niemal jednocześnie, zaczęli ją naśladować, każde zdanie kończąc teatralnym „pani”. Po chwili Paulina machnęła ręką.
— Michał, ja jestem normalną dziewczyną. Mam lepsze i gorsze dni. Ostatnio akurat więcej tych lepszych — i jestem za to wdzięczna losowi. Nie muszę nic udawać ani pozować. Znam swoją wartość.
Popatrzył na nią jeszcze uważniej.
— Jesteś boska — powtórzył ciszej. — Dziękuję ci. Czy mogę uklęknąć i podziękować jak należy?
Spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Nie. Pani teraz każe iść wykąpać się. Marsz do łazienki. 
— Okrutna pani — jęknął teatralnie.
Odpowiedziała śmiechem. 

Wyszedł z łazienki, czując się nieco odświeżony po długiej podróży i tym szalonym dniu. Na sobie miał zwykłe bokserki i t-shirt. Czekała na niego w salonie. Zmierzyła go wzrokiem, w jej spojrzeniu czaił się cień rozbawienia, ale i kontrolowanej władczości.
– Chodź – powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach, prowadząc go w kierunku pokoju, który wcześniej pokazała mu jako miejsce noclegu. Podążył za nią, czując mieszankę niepokoju i ekscytacji. Gdy weszli, wskazała na klatkę. Zatrzymał się na chwilę, jego serce przyspieszyło.
Wewnątrz znajdował się twardy materac, niewielki, ale wystarczający, by można było na nim spać.
– Nooo, do środka, potrzebujesz jakiejś dodatkowej zachęty? – powiedziała z delikatnym, ale nieodpartym naciskiem w głosie, zerkając na wiszące na ścianie baty.
Mimo chwilowego zawahania, poczuł, jak jego ciało automatycznie rusza naprzód. Wszedł do środka, podczas gdy ona uważnie obserwowała każdy jego ruch. Kiedy ułożył się na materacu, poczuł jego sztywność i chłodny dotyk przez cienki t-shirt.
Podeszła bliżej i z uśmiechem podała mu szorstki, wojskowy koc.
– Kolorowych snów, Michał – rzuciła z nutą rozbawienia.
Spojrzał na nią z mieszaniną podziwu, fascynacji i czegoś, co przypominało akceptację. Zatrzasnęła zasuwę klatki, nie spuszczając z niego wzroku, po czym bez słowa odwróciła się i opuściła pomieszczenie gasząc światło.

Światła uliczne wpadały przez rozsunięte zasłony, kładąc na ścianach srebrzyste smugi. Leżał na twardym materacu, wpatrując się w sufit. Jego wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności, a kontury przedmiotów na ścianach stawały się coraz wyraźniejsze: baty, kajdany, maski. Zastanawiał się, ile cierpienia musiało przesiąknąć ten pokój. Każdy przedmiot, każdy cień opowiadał historię. Ci, którzy tu byli przed nim, oddychali tym samym powietrzem, leżeli może na tym samym materacu. Myśli te budziły w nim dreszcze. Czuł, że stał się częścią czegoś większego. Próbował wyobrazić sobie emocje tych, którzy byli tu przed nim. Czy ich ból stawał się częścią oddania? Lady Fenriss... Paulina.

---

Obudził go dźwięk zasuwy. Pokój był już wypełniony porannym światłem. Paulina stała przed klatką, ubrana w czarny top na ramiączkach i legginsy.
– Michał, jest ósma – powiedziała spokojnym, ale stanowczym tonem. – Do dziewiątej masz bezpłatne parkowanie. Pilot od bramy został w moim aucie, więc do garażu nie wjedziesz. Do trzynastej możesz zostać jeśli chcesz, a teraz chodź na śniadanie.
Powoli się podniósł, ciało wciąż pamiętało noc. Otworzyła klatkę i dała mu znak, że może wyjść.

Usiedli razem przy kuchennym stole. Na blacie czekały pieczywo, sery, sok pomarańczowy. Przygotowywała kawę w designerskim ekspresie. Aromat wypełnił przestrzeń.
– Czy rzeczywiście mogę zostać dłużej? – zapytał niepewnie.
Spojrzała na niego z uśmiechem, podając mu filiżankę.
— Tak, możesz zostać do trzynastej. Ale opłać ten parking, bo tu od rana ktoś łazi i wlepia mandaty.
Skinął głową, dokończył jedzenie, zszedł na dół. 

Wrócił po kilku minutach z laptopem pod pachą. Bez słowa zaprosiła go gestem do gabinetu.
— Usiądź przy biurku — powiedziała spokojnie.
Sama zajęła miejsce w obszernym fotelu, podkurczyła nogi, położyła komputer na kolanach.
 
Przez dwie godziny pracowali w ciszy. On odpisywał na wiadomości, autoryzował przelewy, sprawdzał liczby. Ona czytała, przewijała teksty, robiła notatki. Co jakiś czas poprawiała pozycję, przesuwała palcami po klawiaturze. W pokoju słychać było tylko stłumione kliknięcia i oddechy.
W końcu podniosła wzrok.
— Przerwa?
W kuchni zaparzyli herbatę. Para unosiła się nad kubkami, gdy stanęli przy blacie.
— Co robiłaś? — zapytał.
— Czytałam prace licencjackie — odpowiedziała. — Dostałam nowe rozdziały. Przygotowuję się do rozmów ze studentami. Wczoraj miałam już dwie pierwsze.
Uśmiechnął się krzywo.
— I co, czepiasz się? Męczysz biedną młodzież?
— Jestem bardzo wymagająca — odparła bez wahania. — Ale jeśli ktoś nadąża za mną i ciężko pracuje, ma ze mną naprawdę dobrze.
— I w pakiecie piękną panią doktor na zajęciach? Masz doktorat, dobrze pamiętam?
Spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Dobrze pamiętasz. 
— To męska część musi pchać się drzwiami i oknami na zajęcia do ciebie.
Roześmiała się krótko.
— A wy faceci ciągle o jednym... — pokręciła głową. — W tym roku mam przerwę. Tylko seminarium, głównie online.

Wrócili do gabinetu z kubkami w dłoniach. Usiedli na swoich miejscach. Praca znów ich wciągnęła — spokojnie, bez pośpiechu, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
Krótko po dwunastej wstała i powiedziała, że idzie się przebrać. Wróciła z garderoby spokojnym krokiem. Garnitur, który miała na sobie leżał perfekcyjnie — ciemnoszary, precyzyjnie dopasowany w ramionach i talii. Biała koszula była gładka, sztywna w kołnierzyku, zapięta wysoko. Pasek — również — prosty, matowy. Biżuteria bardzo dyskretna: cienki łańcuszek, małe kolczyki. Wszystko było na swoim miejscu.
Michał stał już gotowy do wyjścia. Zmierzył ją wzrokiem. Usiadła na krześle w przedpokoju, założyła nogę na nogę i spojrzała na niego spod rzęs.
— Michaś, pomożesz mi z butami?
Wskazała stojące obok czarne botki. Uśmiechnął się.
— Co prawda nie będę mógł spać trzy doby — powiedział — ale oczywiście. Przekonałaś mnie tym Michasiem.
Uklęknął przed nią i sięgnął po pierwszy but. Czarny, gładki, z miękkiej skóry, o smukłej cholewce sięgającej dokładnie do kostki i wysokiej, cienkiej szpilce. Był czysty w formie, pozbawiony ozdób. Żeby go założyć, musiał delikatnie unieść nogawkę jej spodni. Zrobił to ostrożnie, dwoma palcami, odsłaniając kolejny fragmentów rajstop — czarnych, bardzo cienkich, ledwie zaznaczających granicę między skórą a tkaniną. Wsunął but, prowadząc go powoli, bez pośpiechu. Skóra idealnie zamknęła się wokół kostki, jakby była szyta dokładnie pod ten kształt. Zapiął zamek.
Dopiero wtedy opuścił nogawkę, pozwalając jej nakryć cholewkę. Widać było tylko to, co miało być widoczne — fragment ostro zakończonego noska i obcas. Poprawił tkaninę jeszcze raz, upewniając się, że wszystko leży równo.
Z drugim butem zrobił to samo: uniósł nogawkę, wsunął botek, wygładził rajstopy, zapiął suwak a potem pozwolił spodniom opaść na swoje miejsce. 
Wstała. Otworzyła szafę w przedpokoju i skinęła głową na długi, taliowany skórzany płaszcz z futrzanymi mankietami i kołnierzem. Pomógł jej go założyć. Zawiązała pasek w pasie prostym węzłem. Potem sięgnęła po szal, a na końcu po kapelusz fedora. Założyła go i poprawiła przed lustrem, sprawdzając czy dobrze leży.
— I jak?
— Bosko Lady, teraz na pewno czekają mnie bezsenne noce — odpowiedział bez wahania.
Wzięła torebkę i rękawiczki, które założyła już w windzie, powoli, wygładzając skórę na nadgarstkach. Gdy wyszli na zewnątrz, powietrze było chłodne, śnieg jeszcze trzymał się krawędzi chodnika.
— Podwieźć cię gdzieś? — zapytał.
Uśmiechnęła się.
— Zaraz po mnie przyjadą.

Włączył silnik i sięgnął po szczotkę, zaczynając strącać śnieg, który napadał w nocy. Robił to mechanicznie, w skupieniu, zamaszystymi ruchami. Z dachu i maski opadały białe płaty, cicho osuwając się na jezdnię. Był mniej więcej w połowie, gdy kątem oka zauważył ruch na wąskiej uliczce. Podniósł głowę.
Samochód sunął powoli, niemal bezszelestnie — Mercedes‑Maybach, czarny, w najnowszej, najbardziej luksusowej wersji. Lakier był tak głęboki, że pochłaniał światło; chromy stonowane, niemal dyskretne. Auto podjechało płynnie, bez pośpiechu, jakby dokładnie wiedziało, gdzie ma zaparkować. Zatrzymało się obok nich. Idealnie. Silnik pracował cicho, niemal niesłyszalnie.
Michał opuścił szczotkę. Przez krótką chwilę nikt się nie odezwał. Drzwi Maybacha wciąż były zamknięte, przyciemnione szyby — niczego nie zdradzały.
– Wygląda na to, że przyjechał mój transport. Michaś,  przyjmę cię. Wyślę ci propozycję terminu sesji.
Poczuł ulgę i ekscytację.
– Bardzo ci dziękuję, Paulina. Nie zawiodę twojego zaufania. Jeszcze jedno, czy razem z Anką moglibyśmy zaprosić ciebie i Łukasza do nas? Na wspólną kolację. Anka ma niedługo urodziny.
Spojrzała na niego z zaskoczeniem, potem uśmiechnęła się szelmowsko.
– To może być ciekawe. Postaram się. A teraz czas już na mnie. Wracaj bezpiecznie.
Podała mu dłoń. Ujął ją i pocałował. Spojrzała na niego krótko, bez słów — uśmiech był ledwie zaznaczony — po czym odwróciła się.

Gdy ruszyła w stronę limuzyny, drzwi po stronie kierowcy otworzyły się niemal jednocześnie. Wysiadł wysoki, łysy mężczyzna, około pięćdziesiątki, w idealnie skrojonym czarnym garniturze. Ukłonił się lekko i bez słowa otworzył tylne drzwi. Zniknęła we wnętrzu auta, jakby została wchłonięta przez ciemność i ciszę. Drzwi zamknęły się miękko, niemal bez dźwięku.
Chwilę później samochód ruszył — zdecydowanie, dynamicznie — i po kilku sekundach zniknął na końcu uliczki, zostawiając po sobie tylko ślad szerokich opon na mokrej nawierzchni.

Michał stał jeszcze moment, nieruchomo, ze szczotką w dłoni. Dopiero po chwili wrócił do czyszczenia swojego auta.

---

Jechał autostradą A2 w kierunku Polski, prowadząc swoją granatową Panamerę z typową dla siebie pewnością i spokojem. Silnik mruczał głęboko, a wnętrze samochodu tonęło w półmroku pochmurnego zimowego dnia. W kabinie panowała cisza, przerywana jedynie delikatnym szumem nawiewu i od czasu do czasu cichym kliknięciem kierunkowskazu. Nie włączył muzyki – nie potrzebował jej. W jego głowie brzmiały inne dźwięki. Głos Pauliny. Jej śmiech. Jej krótkie, zdecydowane polecenia.

Patrzył na drogę przed sobą, ale jego myśli biegły znacznie dalej. Wracał raz po raz do wczorajszego wieczoru. Do jej spojrzenia, gdy stała nad klatką. Do tego, jak mówiła o władzy, o zaufaniu, o więzi. Do jej głosu, gdy opowiadała o Łukaszu. I do tego, jak na niego patrzyła, z tą mieszanką wyższości, ciekawości, a może nawet czegoś więcej? Znał wielu ludzi. Prowadził spotkania z prezesami, negocjował z prawnikami, dyskutował z profesorami. Spotykał kobiety piękne, inteligentne, zabawne, utalentowane. Ale żadna z nich nie miała nawet ułamka tego, co miała Paulina. Żadna nie wywoływała w nim takiego stanu – napięcia i podziwu. Lekkiego lęku, fascynacji, oddania. Była najbardziej niezwykłą osobą, jaką kiedykolwiek poznał. I czuł, że dopiero zaczyna odkrywać, kim jest naprawdę.

Zwolnił nieco, mijając bramkę autostradową, a potem znów przyspieszył. Nawigacja wskazywała, że do Bydgoszczy zostały jeszcze ponad dwie godziny jazdy. W jego głowie nie było jednak żadnego pośpiechu. Ta droga – długa, monotonna – pozwalała porządkować myśli. Oddychać wspomnieniami. Smakować wrażenia. Zastanawiał się, jak będzie wyglądała jego następna wizyta. I czy kiedykolwiek pozwoli mu zobaczyć więcej – siebie taką, jaką znają tylko wybrani. 

Do Bydgoszczy miał jeszcze kawałek drogi. Ale jego głowa wciąż była w Berlinie. Tam, gdzie zaczynał się nowy rozdział. Gdy zjeżdżał na stację benzynową, usłyszał dźwięk przychodzącego maila. Spojrzał na ekran telefonu, nadawcą była skrzynka o nazwie „DSB”. Z lekkim drżeniem rąk otworzył wiadomość, czując, jak adrenalina zaczyna krążyć w jego żyłach.

Wiadomość była profesjonalna, po niemiecku i angielsku. 

Szanowny Panie,

Zgodnie z ustaleniami, przesyłam propozycję terminu spotkania z Lady Fenriss: piątek, 16 lutego, godzina 14:00. Proszę o potwierdzenie. W razie pytań lub konieczności zmiany terminu proszę o kontakt.

Z poważaniem,
Recepcja
DSB - Dominia Studio Berlin

Pod podpisem znajdowała się mała ikona, subtelnie wkomponowana w tekst – stylizowany symbol, który przypominał wilka w półmroku. Kliknął link: potwierdź. Nie musiał długo czekać na kolejną wiadomość. Kilka minut po potwierdzeniu terminu spotkania jego telefon znowu zawibrował, sygnalizując nową wiadomość. Otworzył ją z jeszcze większym napięciem. W środku znajdowało się kilka odnośników, z instrukcją, by przejść przez każdy z nich po kolei.

Pierwszy link prowadził do ankiety. U góry widniała informacja, która zachęcała go do wypełnienia formularza jak najrzetelniej: Prosimy o dokładne i szczere odpowiedzi. To zapewni optymalne przygotowanie do sesji.

Zaczął przeglądać pytania. Pierwsza część dotyczyła jego stanu zdrowia: pytania o przebyte choroby, schorzenia, czy aktualne problemy zdrowotne. Każde pole wymagało od niego pełnej koncentracji, by odpowiedzi były dokładne. Druga część ankiety była bardziej osobista, zagłębiała się w jego preferencje i granice. Pytania dotyczyły różnych aktywności i fetyszy, od najbardziej podstawowych po te bardziej zaawansowane. Czuł, jak rośnie w nim napięcie, gdy przechodził przez kolejne opcje, zaznaczając te, które były mu bliskie, i omijając te, które były dla niego zbyt ekstremalne. W miarę jak wypełniał ankietę, stawało się jasne, że Lady Fenriss i jej zespół rzeczywiście podchodzili do tego z pełnym profesjonalizmem. Każdy szczegół miał znaczenie, a on zdawał sobie sprawę, że jego odpowiedzi będą miały bezpośredni wpływ na to, co go czeka.
Następnie kliknął w kolejny link: Zasady pobytu w Dominia Studio Berlin. Pojawiła się lista:


1. Zasada Dyskrecji

Wszystkie wydarzenia i informacje związane z pobytem w studiu są objęte pełną tajemnicą. Zabronione jest nagrywanie, fotografowanie oraz dzielenie się szczegółami sesji z osobami trzecimi bez wyraźnej zgody studia i poza wewnętrznym forum.

2. Bezwzględne Posłuszeństwo:

Uległy zobowiązuje się do całkowitego podporządkowania się wszystkim poleceniom wydanym przez dominę lub personel studia, z zastrzeżeniem, że nie przekraczają one wcześniej ustalonych granic.

3. Zakaz Inicjowania Kontaktów Fizycznych:

Uległy nie może nawiązywać kontaktu fizycznego z Dominą ani personelem bez wyraźnego polecenia lub zgody.

4. Priorytet Bezpieczeństwa:

Uległy ma obowiązek używania ustalonego wcześniej bezpiecznego słowa lub gestu w przypadku potrzeby przerwania sesji. Zasada ta jest nienaruszalna i musi być bezwzględnie przestrzegana.

5. Wymóg Osobistej Higieny:

Uległy musi stawić się w studiu odpowiednio przygotowany: czysty, zadbany, bezwonny, z pełną dbałością o higienę osobistą.

6. Zakaz Używania Substancji Odurzających:

W dniu sesji obowiązuje całkowity zakaz spożywania alkoholu oraz wszelkich substancji odurzających. Uległy musi być trzeźwy i w pełni świadomy.

7. Zachowanie Ciszy i Spokoju

W czasie pobytu w studiu uległy musi zachować ciszę, chyba że wyraźnie polecono inaczej, nie wolno odzywać się bez zgody dominy lub personelu. 

8. Punktualność:

Uległy zobowiązuje się do punktualnego przybycia na umówioną sesję i przestrzegania wyznaczonego harmonogramu. Spóźnienia mogą skutkować skróceniem czasu sesji lub jej anulowaniem.

9. Odpowiedzialność za Zdrowie:

Uległy ma obowiązek informować na bieżąco dominę lub personel o wszelkich problemach zdrowotnych, które mogą wpłynąć na przebieg sesji. Jest również zobowiązany do przestrzegania granic bezpieczeństwa ustalonych przed sesją.

10.  Odpoczynek i aftercare

Po zakończeniu sesji uległy ma prawo do krótkiego odpoczynku w dedykowanym pomieszczeniu, gdzie zostanie mu zapewniona mu odpowiednia opieka, czas na regenerację i wyciszenie emocji. Po zakończeniu tego etapu, uległy powinien niezwłocznie opuścić studio, chyba że ustalono inaczej. 

Upewniwszy się, że wszystkie zasady są dla niego jasne, kliknął przycisk „Potwierdzam”, akceptując wszystkie warunki pobytu w Studio. Po kliknięciu w kolejny link, znalazł się na stronie, która szczegółowo opisywała etykietę i zasady kontaktu z Dominą:

Etykieta i Zasady Kontaktu z Dominą

1. Szacunek:  Uległy zawsze musi okazywać najwyższy szacunek Dominie, zarówno w mowie, jak i w zachowaniu. Jakiekolwiek przejawy braku szacunku lub aroganckiego zachowania będą natychmiastowo karane lub mogą skutkować zakończeniem sesji.

2. Milczenie: Uległy ma prawo mówić wyłącznie wtedy, gdy otrzyma na to wyraźne pozwolenie od Dominy. Jakiekolwiek wypowiedzi bez zgody mogą zostać uznane za naruszenie zasad.

3. Zakaz Dotyku: Uległy nie ma prawa dotykać dominy bez jej wyraźnego polecenia. Inicjowanie kontaktu fizycznego jest surowo zabronione i może skutkować natychmiastowym zakończeniem sesji.

4. Pełna Uległość: Uległy zobowiązuje się do pełnego podporządkowania się poleceniom dominy. Wszelkie próby buntu, nieposłuszeństwa lub kwestionowania decyzji Dominy będą surowo karane.

5. Kontakt wzrokowy: Uległy powinien unikać bezpośredniego kontaktu wzrokowego z Dominą, chyba że zostanie mu to wyraźnie polecone. Patrzenie w oczy Dominy bez pozwolenia może zostać uznane za brak szacunku lub nieposłuszeństwo.

6.  Forma zwracania się do Dominy: Uległy zawsze zwraca się do dominy z należnym szacunkiem, używając odpowiednich tytułów, takich jak „Pani” , "Lady" lub „Mistress”, zgodnie z preferencjami dominy. Wszelkie inne formy zwracania się są niedopuszczalne, chyba że wyraźnie zostanie wskazane inaczej.

7. Zasada CFNM:  Uległy zobowiązuje się do pozostawania nago przez cały czas trwania sesji, chyba że Domina zdecyduje inaczej. Wszelkie próby osłonięcia ciała bez wyraźnego polecenia będą traktowane jako naruszenie etykiety i surowo karane.

Na dole strony znajdował się kolejny przycisk „Potwierdzam”, który po przeczytaniu zasad, nacisnął bez wahania, potwierdzając swoje pełne podporządkowanie i akceptację tych reguł.

Otworzył ostatni link, który dotyczył płatności. Na stronie pojawiła się informacja:


Płatność za Sesję z Lady Fenriss:

- Kwota do zapłaty: 2 000 EUR.
- Płatność zaliczkowa: 1 000 EUR (pierwsza część płatności).
- Pozostała kwota: 1 000 EUR (do zapłaty na miejscu w dniu sesji).

Aby potwierdzić rezerwację, prosimy o dokonanie płatności zaliczkowej w wysokości 1000 EUR. Druga część płatności zostanie uiszczona na miejscu przed rozpoczęciem sesji. Płatności można dokonać kartą kredytową lub za pomocą szybkich płatności.

Bez wahania wyciągnął kartę kredytową i wpisał jej dane w odpowiednie pola na stronie. Kliknął przycisk „Zapłać” i po chwili otrzymał potwierdzenie transakcji. Teraz wiedział, że wszystko jest już gotowe na jego spotkanie z Lady Fenriss. Była warta każdych pieniędzy.

---

Siedziała wygodnie na tylnej kanapie Maybacha. Skóra była miękka, jasna, przyjemnie nagrzana. Limuzyna płynęła po drodze, za szybą Berlin przesuwał się w zimowym, popołudniowym świetle. 

Zjechali z autostrady i po kilku minutach wjechali na teren BER Business Aviation Center — wydzielonej strefy lotniska, oddalonej od terminali pasażerskich. Betonowa płyta lądowiska była czysta, szeroka, dokładnie odśnieżona po wczorajszych opadach. Zimowe światło odbijało się od jasnej nawierzchni i metalowych elementów infrastruktury. Na płycie stał już śmigłowiec. Czarny, nowoczesny, o długiej, eleganckiej sylwetce — Airbus ACH160, w wersji VIP. Kadłub miał głęboki, satynowy połysk; duże przeszklenia kabiny wyglądały jak ciemne szkło. Wirnik był nieruchomy. 

Maybach zatrzymał się. W jego stronę ruszył wysoki mężczyzna, ubrany w czarny płaszcz, pod którym widać było idealnie skrojony garnitur, białą koszulę i krawat. Wyglądał nienagannie. Otworzył drzwi, podał dłoń pasażerce. Pomógł wysiąść, pochylił się i pocałował jej rękę, a potem objął ją krótko, blisko, bez słów. Odwzajemniła ten gest, po czym nadstawiła policzek,  który pocałował.

Wsiedli do śmigłowca. Wnętrze przypominało luksusowy gabinet: jasna skóra foteli, ciemne, szlachetne drewno, delikatne linie oświetlenia wzdłuż ścian kabiny. Fotele były szerokie, ustawione w parach naprzeciw siebie, z miejscem na nogi i niski stolik pośrodku. Wszystko było zaprojektowane z myślą o komforcie, bez demonstracyjnego przepychu.
— Dobrze cię widzieć. Dziękuję, że wreszcie zgodziłaś się. Tęskniłem. Nawet nie wiesz jak — powiedział.
— Ja też… — odpowiedziała cicho.

Pilot zajął miejsce i po chwili uruchomił silnik. Powietrze wokół śmigłowca zaczęło drżeć, a maszyna powoli ożyła. Paulina oparła głowę na ramieniu mężczyzny i położyła mu dłoń na udzie. Płyta lądowiska została pod nimi,  Berlin zaczął oddalać się w jasnym, zimowym świetle.

-----

----- KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ -----


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wilczyca 1-10

Wilczyca 11-20

Wilczyca 31-40