Wilczyca 21-30


  

----- WILCZYCA -----


Część 3 (rozdziały 21–30)

Rozdział XXI - W blasku Księżyca


Prom Stena Line, Sylwester 2023/2024

Michał siedział na brzegu łóżka  i przez chwilę wpatrywał się w rozświetlony ekran telefonu. Litery rozjeżdżały się, linijki traciły sens. Whisky, którą wypił wcześniej, zaczęła działać z opóźnieniem, ale zdecydowanie — ciężko, bezlitośnie. W głowie pojawił się nieprzyjemny ucisk, jakby ktoś powoli dokręcał śrubę. Pokój zaczął się poruszać, najpierw ledwie zauważalnie, potem coraz wyraźniej. Żołądek ścisnął się gwałtownie.
Wstał z trudem, chwytając się krawędzi stołu, i przeszedł kilka chwiejnych kroków do łazienki. Ledwo zdążył uklęknąć przy toalecie. Skurcze były gwałtowne, oddech rwał się, a świat zwęził do białej porcelany i szumu w uszach. Trwało to krótką chwilę, ale wystarczająco długo, by poczuł wstyd, słabość i to nieprzyjemne poczucie utraty kontroli. Gdy w końcu było po wszystkim, oparł się plecami o ścianę. Drżały mu ręce. Odkręcił wodę, nachylił się nad umywalką i obficie obmył twarz. Zimna woda była jak uderzenie — przywracała ostrość, ale nie siły. Wypłukał usta, sięgnął po szczoteczkę, mył zęby z przesadną dokładnością, jakby chciał zetrzeć posmak wymiocin. W lustrze zobaczył bladą jak ściana twarz. Oparł dłonie o brzeg umywalki i przez chwilę patrzył na swoje odbicie, oddychając głęboko, nierówno.
– Lady Fenriss… – powtórzył cicho, niemal bezgłośnie, jak zaklęcie, które miało go utrzymać w pionie.
Usłyszał ruch za plecami. Drzwi do kajuty otworzyły się gwałtownie. W progu pojawiła się Anka, a zaraz za nią stanęła Paulina. Poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu wzdłuż kręgosłupa na jej widok. Coś w jej obecności zawsze wyostrzało mu zmysły — nawet teraz, gdy ledwo trzymał się na nogach. Zmusił się, by wyprostować plecy i odwrócić się do nich spokojnie.
– Michał, co się stało? Jesteś strasznie blady – powiedziała żona, podchodząc bliżej, z autentyczną troską w głosie.
Paulina przyjrzała mu się uważnie.
– Choroba morska? – zapytała w końcu spokojnie.
Zebrał się w sobie. Przełknął ślinę, poprawił koszulę, jakby to mogło przywrócić mu resztki kontroli.
– Nie – odpowiedział szybko. – Wszystko w porządku. Chyba po prostu… za dużo emocji jak na jeden wieczór.
Spróbował się uśmiechnąć. Wyszedł z tego grymas, ale wystarczyło. 
– No to chodźmy z powrotem na salę, impreza trwa w najlepsze! – Anka uśmiechnęła się zachęcająco, nie zauważając napięcia, które jej mąż starał się ukryć.
Paulina rzuciła mu jeszcze jedno, krótkie, ale przenikliwe spojrzenie, jakby próbowała wyczytać coś więcej z jego twarzy. Nie skomentowała jednak niczego, tylko delikatnie pokiwała głową.
Gdy wyszli z kajuty na wąski, kołyszący się korytarz, kobiety niemal jednocześnie chwyciły go za dłonie. Stało się to naturalnie, bez słów, jakby było oczywiste, że teraz nie powinien iść sam. Anka po jednej stronie, Paulina po drugiej — i już był pomiędzy nimi, prowadzony naprzód.
Wciąż był niespokojny po tym, co przed chwilą odkrył. Żołądek miał ściśnięty, myśli biegły zbyt szybko. Czuł w dłoni ciepło żony — jej ręka była lekko wilgotna, spocona od tańca i emocji, znajoma do bólu. Druga dłoń była zupełnie inna: chłodniejsza, delikatniejsza, a jednocześnie zaskakująco mocna. Palce Pauliny zaciskały się pewnie, jakby dokładnie wiedziała, dokąd idą i po co.
Zerknął na nią ukradkiem. Blond włosy opadały jej na ramiona, odsłaniając plecy — nagie, gładkie, niemal nienaturalnie jasne w sztucznym świetle. Skóra miała porcelanowy odcień, kontrastujący z ciemnością sali. Jej twarz była spokojna, skupiona, jakby wszystko wokół było pod kontrolą.
Lady Fenriss — pomyślał, czując, jak to jedno imię wystarcza, by znów poczuć dreszcz. Idzie obok. Trzyma mnie za rękę.
Sala balowa przyjęła ich hałasem i światłem. Muzyka uderzała nisko, podłoga drżała pod stopami tańczących. Michał próbował się w to wtopić — uśmiechnąć się, odpowiedzieć na czyjeś pytanie, kiwnąć głową w rytm. Wiedział jednak, że jest tylko pozornie obecny. Myślami wciąż wracał do tego, co przed chwilą odkrył, do konsekwencji, których jeszcze nie potrafił nazwać.
Anka ścisnęła jego dłoń mocniej, jakby chciała przywołać go do porządku. Paulina zrobiła to samo — bez spojrzenia, bez gestu, samym naciskiem palców. Ich uścisk był pewny, zdecydowany. Prowadziły go dalej, w głąb sali, w sam środek ruchu i dźwięku, jakby chciały wyrwać go z tej chwilowej nieobecności i wciągnąć z powrotem w wir wieczoru.
Dziewczyny, każda na swój sposób, zaczęły go delikatnie wprowadzać w rytm muzyki. Choć wciąż czuł ciężar wcześniejszych emocji, powoli pozwolił się ponieść atmosferze. Z każdą chwilą jego nieobecność zaczęła ustępować miejsca zabawie.
Nagle przez tłum przedarł się Łukasz. Pojawił się obok Pauliny i z czułością pochylił się, składając delikatny pocałunek na jej karku.
– Tu jest moja piękna bogini – próbował przekrzyczeć muzykę, jego głos był cichy, ale pełen uwielbienia.
Paulina uśmiechnęła się lekko, odchylając głowę, by spojrzeć na niego przez ramię. Jej oczy zabłysły w świetle reflektorów, ale reakcja pozostała powściągliwa – jakby wiedziała, że ten rodzaj adoracji jest dla niej czymś naturalnym i oczekiwanym.
Północ zbliżała się nieubłaganie, a atmosfera na sali balowej stawała się coraz intensywniejsza. Podekscytowani goście oczekiwali odliczania, a muzyka nabierała tempa, przygotowując wszystkich na kulminacyjny moment wieczoru.
Łukasz nie odstępował Pauliny na krok. Cały czas trzymał ją przy sobie, jakby bał się, że znowu zniknie, jeśli tylko spuści ją z oczu. Jego spojrzenie było pełne czułości – była dla niego centrum świata, jego gwiazdą przewodnią.
W pewnym momencie światła rozbłysły mocniej, a muzyka nagle przycichła. Zapanowała chwila ciszy. Na podwyższeniu pojawił się kapitan promu. Z mikrofonem w dłoni, przemówił do zgromadzonych.
– Szanowni Państwo, dziękuję, że spędzacie z nami ten wyjątkowy wieczór. Niech Nowy Rok przyniesie wam szczęście, zdrowie i spełnienie wszystkich marzeń!
Salę wypełniły brawa i radosne okrzyki. DJ przejął mikrofon i rozpoczął odliczanie.
– Dziesięć… dziewięć… osiem…
Tłum dołączył, krzycząc z ekscytacją.
– Siedem… sześć… pięć…
– Cztery… trzy… dwa… jeden!
Rozległ się huk — korki od szampanów wystrzeliły, a sala na moment wypełniła się suchym trzaskiem i głośnymi okrzykami. Ktoś się roześmiał, ktoś inny uniósł kieliszek, muzyka na chwilę zeszła na drugi plan.
Paulina odwróciła się w stronę Łukasza. Spojrzała na niego, jakby sprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu. Nie szukała bliskości — raczej potwierdzenia obecności. Jej dłoń na moment dotknęła jego ręki, lekko, niemal mimochodem. 

Przysunął się, objął ramionami i przyciągnął ją do siebie. Czuł zapach jej perfum, ciepło ciała pod cienką warstwą materiału, miękkość włosów przy policzku. Serce przyspieszyło mu. Pozwoliła na ten uścisk, ale nie odwzajemniała go w pełni. Stała spokojnie, opierając się o niego tylko na tyle, na ile było to konieczne. Jej ręce pozostały nisko, przy ciele. Była obecna, lecz zdystansowana — jakby zostawiała między nimi niewidzialną przestrzeń, której nie zamierzała przekraczać.

Wokół wszyscy świętowali. Śmiech, życzenia składane na szybko, pocałunki. Na tym tle ich dwoje wyglądało inaczej: on trzymający ją nieco zbyt mocno, ona przyjmująca to z opanowaniem, bez oporu, ale też bez oddania się tej chwili.
Po chwili podeszli Ania i Michał.
– Wszystkiego najlepszego – powiedziała kobieta, obejmując serdecznie Paulinę, a potem Łukasza. – Niech ten rok będzie dla was dobry.
Michał uśmiechnął się i dołączył krótkie życzenia. Jego głos był poprawny, uprzejmy, lecz pozbawiony naturalności. W jego spojrzeniu czaiło się coś niespokojnego, jakby myślami wciąż był gdzie indziej. Paulina to zauważyła. Zawsze zauważała takie rzeczy.
Pojawiały się kolejne pary, kolejne uściski, kolejne kieliszki szampana. Wszyscy świętowali, chcąc by ten moment trwał możliwie jak najdłużej.
DJ zwiększył głośność muzyki, parkiet znów się zapełnił, światła zatańczyły nad głowami gości.


---

Około godziny trzeciej nad ranem sala zaczęła powoli pustoszeć. Zmęczenie dawało się we znaki wszystkim obecnym. Goście zaczynali się rozchodzić – jedni kierowali się jeszcze do stolików, inni w stronę swoich kabin, szepcząc do siebie, ziewając, tuląc się w objęciach lub zataczając.

Michał, mimo że wypił zdecydowanie za dużo, wciąż próbował trzymać fason. Teraz jednak wyraźnie tracił siły. Twarz miał bladą, spojrzenie przygaszone, a ruchy coraz wolniejsze, jakby ciało przestawało nadążać za myślami. Nie potrafił już ukryć wewnętrznego rozedrgania — napięcia, które narastało w nim od chwili, gdy wszystkie elementy zaczęły układać się w jedną, niepokojącą całość. Gasł coraz bardziej.

Anki nie było od kilkunastu minut. Paulina spojrzała na Łukasza.

– Znajdź proszę Anię. Ja zajmę się Michałem.

Skinął głową i odszedł w stronę stolików.

Kiedy zostali sami, Michał podniósł wzrok. W jego oczach było coś nerwowego, niemal rozpaczliwego — potrzeba ucieczki, choćby na kilka minut. Odezwał się półgłosem, z wyraźnym drżeniem:

– Paulina… potrzebuję powietrza. Może wyjdziemy gdzieś na pokład?

– Dobrze – odpowiedziała spokojnie. – Ale jest strasznie zimno, nie bądźmy tam długo.

Poszli w stronę schodów. Korytarze były już prawie puste, oświetlone tylko nielicznymi lampami. Ich kroki odbijały się echem, tworząc delikatny rytm nocy. Na górze otworzył drzwi prowadzące na pokład. Zimne, mroźne powietrze natychmiast uderzyło w ich twarze. Chciał zrobić kilka kroków naprzód, ale złapała go za ramię.

– Zostaw drzwi tylko lekko uchylone – powiedziała stanowczo. – Nie wychodź bo przeziębisz się. Tyle ci wystarczy.

Przez uchylone drzwi widać było księżyc zawieszony wysoko nad czarną taflą zimowego nieba. Nie był już pełny — z jednej strony jakby lekko nadkruszony — ale wciąż jasny, dominujący. Jego światło kładło się na wodzie szeroką smugą, srebrzystą i niespokojną, rozbitą przez wzburzone morze. 

Michał patrzył na ten widok dłuższą chwilę, w milczeniu, jakby próbował w nim coś doczytać. W końcu odezwał się, z nienaturalną powagą:

– To już mamy po pełni… a jednak wciąż tak jasno.

Zawahał się na moment, po czym dodał ciszej:

– Do takiego księżyca też wyją wilki. Może nawet częściej. Kiedy światło zaczyna słabnąć… Myślisz, że Fenrir też wył?

Jego spojrzenie nie odrywało się od wody, jakby odpowiedź mogła pojawić się właśnie tam, w tej nierównej, srebrnej poświacie.

Zawahał się na moment, a potem dodał z lekkim uśmiechem: – A Ty, Paulino… a może Fenriss? Czy siostra Fenrira też wyłaby z nim do Księżyca?

Nie odpowiedziała od razu. Milczała, patrząc w bezkres nocy. W końcu odezwała się cicho, z napięciem:

– Więc wiesz? Skąd.

– Tak, Lady Fenriss – odpowiedział bez zawahania. – Już wiem.

Nie odwrócił wzroku gdy ich spojrzenia się spotkały. Nagle zza zakrętu korytarza dobiegł dźwięk kroków. W drzwiach stanął Krzysiek, lekko zdyszany.

– Anka nie może przyjść – powiedział. – Zajmuje się teraz Agą. Za dużo wypiła i potrzebuje wsparcia, wyrzuciły mnie z kajuty.

– Dziękuję – odezwała się spokojnie. – Znajdź proszę Łukasza i przekaż mu, że ma natychmiast przynieść mój płaszcz. I coś ciepłego dla Michała.

Krzysiek kiwnął głową. – Jasne, już idę.

Po kilku minutach Łukasz wrócił z płaszczem, czapką i szalem. .

– Dziękuję – powiedziała cicho.

Następnie podszedł do Michała i okrył go kocem. Poczuł przyjemne ciepło, które powoli rozpraszało chłód. Na twarzy zagościł cień ulgi.

– Zostanę tutaj z Michałem – powiedziała Paulina, kładąc dłoń na jego ramieniu. – Dobrze mu zrobi świeże powietrze. Ty sprawdź, co z Agą, i powiedz Ani, że wszystko w porządku.

Łukasz przytaknął i bez słowa zniknął w korytarzu.

– Otwórz drzwi szerzej – powiedziała Paulina, kiedy zostali znów sami.

Spełnił jej prośbę. Przeszywający chłód wdarł się do środka. 

Przez dłuższą chwilę patrzyli w milczeniu na srebrne fale. Michał wziął głęboki oddech.

– Jak mnie tam znalazłeś? – zapytała nagle. 

– Od dawna odwiedzam różne strony femdom – odparł. – Fascynuje mnie to od lat. Rozmawialiśmy o tym, przecież.

 Nie odpowiedziała, czekała.

– Kiedy Anka wspomniała o twoim doktoracie z psychologii, coś kliknęło mi w głowie. Wszystko zaczęło się układać. Twoja kontrola, spojrzenia, sposób, w jaki stoisz, w jaki milczysz… To wszystko wskazywało na to, kim jesteś. Połączyłem fakty. Wiele razy odwiedzałem stronę Domini. Paulina, ty naprawdę... naprawdę jesteś właścicielką tego miejsca?

 Spojrzała na niego, zmrużyła lekko oczy.

– Tak, w osiemdziesięciu procentach. Jestem mimo wszystko pod wrażeniem twojej dedukcji. Mocno dbałam o to aby ukryć swoją tożsamość. Gratuluję. Nie powinnam była się chwalić tym wykształceniem, ale to już w sumie nie ma to teraz większego znaczenia.

Po chwili dodała:

– I co zrobisz z tą wiedzą?

– Nie powiem nikomu – odpowiedział Michał. – To zostanie między nami. Obiecuję. Słowo harcerza. Ale… chciałbym… chciałbym spotkać się z Tobą jako Lady Fenriss.

– Jeśli dobrze znasz stronę, to wiesz, że już nie przyjmuję nowych uległych. 

– Tylko tobie chcę służyć. Nikomu innemu. Proszę. Będę posłuszny. Strasznie mi zależy. – szepnął Michał.

– A masz w ogóle jakieś doświadczenie?

– Nie. Tylko teoretyczne. Jedna nieudana sesja z jakąś gówniarą. Jestem pustą kartą. Możesz ją zapisać swoim charakterem pisma. 

Spojrzała w dal, zamyśliła się.

– Zastanowię się. Ale niczego nie obiecuję, dobrze? Nie jestem kimś odpowiednim dla osoby bez doświadczenia.

– Dziękuję.

– Jeszcze nie powiedziałam „tak” – przypomniała.

– Wiem, ale jestem wdzięczny, że w ogóle rozważasz to. 

– A Łukasz… on wie?

– Nie. I nie może dowiedzieć się. To inny świat. Proszę cię o dyskrecję.

– Możesz na mnie liczyć, Paulino… Lady Fenriss – powiedział z szacunkiem. – Obiecuję. A jak mam się do Ciebie w ogóle zwracać? Czuję się całkowicie onieśmielony teraz. 

– Normalnie, nie wymyślaj nic. Jestem po prostu Pauliną dla ciebie. Przynajmniej na razie. A teraz wracajmy już.

Na końcu korytarza pojawiła się Anka.

– Kryzys zażegnany, Aga doszła do siebie – powiedziała z ulgą.

– Cieszę się – odparła Paulina. – Michałowi też znacznie lepiej. Morska bryza czyni jednak cuda.

– To dobrze. Dziekuję, że zajęłaś się nim. Dobranoc! A ty marsz spać – powiedziała i objęła męża, prowadząc go do kabiny.

Paulina patrzyła za nimi przez moment. W jej oczach wciąż lśniło światło księżyca.

---

Wróciła do kabiny. Gdy tylko weszła, Łukasz uniósł wzrok i spojrzał na nią z ciepłem i oddaniem.

– Masaż stóp, kochanie? – zapytał z łagodnym uśmiechem, gotów spełnić każde jej życzenie, zanim jeszcze je wypowie.

Westchnęła lekko, z ulgą po długim, intensywnym wieczorze, i odpowiedziała z cieniem zmęczenia w głosie:

– Aaaa, w sumie chętnie. Tylko się wykąpię.

Zsunęła z ramion płaszcz i odwiesiła go starannie na wieszak, jak zawsze dbając o porządek. Następnie skierowała się w stronę łazienki. Patrzył za nią z czułością, nie mogąc oderwać wzroku od jej sylwetki. Wiedział, że bez względu na to, jak potoczy się reszta nocy, jego zadaniem – i przywilejem – będzie sprawić, by czuła się komfortowo, bezpiecznie i wyjątkowo.

Po chwili wyszła z łazienki, otulona jedną ze swoich ulubionych, zmysłowych koszulek nocnych. Cienka tkanina miękko opadała na jej ciało, subtelnie podkreślając delikatne linie figury. Jej skóra lśniła świeżością, pachniała ciepłem kąpieli i drogimi olejkami. W spojrzeniu miała spokój, a w każdym ruchu – klasę i pewność siebie, która działała na Łukasza niemal hipnotyzująco. Bez słowa podeszła do łóżka i położyła się na miękkiej pościeli, przeciągając lekko jak kotka, która właśnie znalazła idealne miejsce do odpoczynku. Łukasz od razu usiadł przy jej stopach. Ujął jedną z nich w dłonie i rozpoczął masaż. Jego ruchy były powolne, pełne skupienia i troski, jakby każde dotknięcie było rytuałem, hołdem składanym jej kobiecości. Zamknęła oczy, rozluźniając się z każdą chwilą. Jej ciało zaczęło poddawać się kojącej sile jego dotyku, a oddech stawał się coraz głębszy i spokojniejszy. Po kilku minutach zmęczenie wzięło górę – zapadła w sen, głęboki i łagodny, otulona ciepłem, spokojem i jego obecnością. Widząc, że zasnęła, okrył ją kołdrą. Przez chwilę jeszcze siedział obok, wpatrując się w jej twarz, potem sam położył się obok i w końcu również zasnął.


---

Michał leżał obok Anki, próbując zmusić się do snu. Choć jej bliskość zwykle działała na niego kojąco, tej nocy było inaczej. Jego myśli wędrowały gdzieś daleko, z dala od łóżka w którym leżał i ciepła znajomego ciała. Jedno imię nieustannie powracało w jego głowie, niczym natrętna melodia.

„Lady Fenriss…”

Szeptał je bezgłośnie, raz po raz, jakby próbował zakląć rzeczywistość, w której istniała. Obraz Pauliny – tej enigmatycznej, chłodnej kobiety o przenikliwym spojrzeniu i nieskrywanej sile – był teraz żywy jak nigdy dotąd. Czuł, jak coś w nim narasta – pragnienie nieznane wcześniej, ale całkowicie absorbujące. Chciałby należeć do niej. Podporządkować się. Oddać w całości i pozwolić, by to ona decydowała o wszystkim. Jakby tylko w jej obecności mógł być naprawdę sobą – nagi nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Poczuł ukłucie wstydu, przypominając sobie, że okłamał ją. Powiedział, że miał tylko jedną nieudaną sesję – to była tylko część prawdy. W rzeczywistości było to pasmo rozczarowań, o których wolałby zapomnieć.

Pamiętał, jak z nadzieją przeglądał profile na jednym z polskich portali BDSM, szukając kogoś, kto obudzi w nim to, czego od dawna pragnął. Wszystko jednak skończyło się groteskowo – szybki przelew blikiem do nieznanej osoby i żadnego spotkania. Jedynie rozgoryczenie i stracone pieniądze.

Później było jeszcze gorzej. Spotkanie z osobą tytułującą się dominą, która na zdjęciach wyglądała całkiem intrygująco, w rzeczywistości okazało się farsą. Zaniedbana kobieta o nieświeżym oddechu, mieszkanie z brudnym dywanem i zapuszczoną łazienką, plastikowe gadżety kupione na Allegro. Nie było w tym ani elegancji, ani grozy – tylko zażenowanie i chęć natychmiastowej ucieczki. Potem jeszcze ta gówniara, żująca wciąż gumę, w brudnej kawalerce na Fordonie, mówiąca o sobie w trzeciej osobie. 

Zdesperowany, zaczął przeglądać strony berlińskich klubów – miejsca, gdzie dominacja miała mieć klasę, styl, rytuał. Za każdym jednak razem, gdy dzielił go zaledwie krok od decyzji, coś go powstrzymywało. Może lęk. Może wstyd. A może… może bał się wyjść na przeciw marzeniom ? Szukał wymówek. Jedna była za wysoka, inna za gruba, jeszcze inna miała głos, który go odpychał. Z żadną nie czuł tego magnetyzmu, tej wewnętrznej gotowości, by uklęknąć. 

W ciszy kabiny czuł, jak ciężar tych wspomnień osiada na nim niczym gruby koc. Czuł się nagi, nie z powodu braku ubrań, ale przez własne myśli, nieudolne próby, zawiedzione oczekiwania. A teraz, nagle, pojawiła się ona – Paulina – jakby los wreszcie podał mu pomocną dłoń, ale postawił warunek: musisz być gotów na wszystko. 

Czy był?

Zamknął oczy, próbując stłumić te myśli, ale pragnienie pulsowało w nim jak obietnica. Wiedział, że jest już za późno, by udawać. Był zbyt blisko czegoś, czego szukał całe życie. Nawet jeśli ona nie wiedziała jeszcze, czy chce go do siebie dopuścić, czuł, że zrobi wszystko, by kiedyś móc uklęknąć przed nią. Gotowy. Posłuszny. Prawdziwy.

Zasypiał niespokojnie, pogrążony w marzeniach o świecie, który dopiero zaczynał się przed nim otwierać.


---

Łukasza obudził delikatny dotyk. Przez chwilę nie potrafił określić, skąd się bierze. Dopiero po chwili poczuł dłonie Pauliny, przesuwające się powoli po jego ramionach i karku, jakby nie chciały go wytrącić ze snu, lecz łagodnie z niego wyprowadzić.
Uśmiechnął się jeszcze zanim otworzył oczy. Gdy uchylił powieki, zobaczył jej twarz pochyloną nad nim — spokojną, rozświetloną miękkim uśmiechem. Wyglądała, jakby ten poranek należał tylko do nich.
– Dzień dobry w nowym roku – wyszeptała.
Jej włosy opadły mu na policzek, muskając skórę lekkim ruchem. Przymknął oczy na moment, jakby chciał zatrzymać to wrażenie.
– Dzień dobry, Paulinko – odpowiedział cicho, jeszcze zaspany, ale już obecny, z tym szczególnym poczuciem szczęścia, które pojawia się wtedy, gdy dzień zaczyna się dokładnie tak, jak powinien.
Nie cofnęła dłoni. Usiadła na nim, a jej palce zaczęły wędrować po jego torsie. Oddychał głębiej, pozwalając, by resztki snu ustąpiły miejsca temu prostemu, intymnemu momentowi. Był jeszcze na granicy jawy, ale czuł już wszystko: jej bliskość, spokój, to ciche przejęcie przestrzeni.
Leżał nieruchomo, pozwalając jej prowadzić. W tej chwili nie potrzebował słów ani ruchu — wystarczała obecność, miękka i pewna zarazem, jak obietnica, że poranek może trwać dłużej, jeśli tylko nikt go nie przerwie.
Siedziała na nim stabilnie, ciężarem ciała dając mu jasno do zrozumienia, że nigdzie się nie ruszy. Jej paznokcie znów dotknęły skóry. Najpierw przesuwała je wolno, z wyczuwalnym naciskiem, rysując po ramionach i klatce piersiowej krótkie bolesne linie. To już zdecydowanie nie była pieszczota. Po chwili nacisk jeszcze się zwiększył. Paznokcie wchodziły głębiej, zostawiając po sobie wyraźne ślady, piekące i gorące. Napiął się odruchowo, szczęka zacisnęła mu się tak mocno, że aż zabolały mięśnie. Wciągnął powietrze przez zęby. 
– Aaa… – wyrwało mu się półgłosem, bardziej jak oddech niż słowo. Chciał jeszcze coś powiedzieć, rzucić jakiś komentarz o jej pazurach, rozładować napięcie. Nie pozwoliła. Pochyliła się i położyła mu dłoń na ustach. Mocno. Bez czułości. Spojrzała na niego chłodno i pokręciła głową.
– Cichutko, nie chcę nic teraz słyszeć.
Drapała go coraz mocniej, jakby sprawdzała, ile jest w stanie wytrzymać. Po chwili dodała szczypanie sutków. Chwytała je końcówkami paznokci i zaciskała. Oddychał ciężko, gardło miał ściśnięte, ciało napięte do granic, ale milczał. Dokładnie tak, jak kazała. Metaliczny chłód klatki chastity przypominał mu o jego miejscu w tej relacji, lecz w tej chwili był tylko tłem. Liczyła się ona – jej ciało, jej zapach, jej dłonie i ból, który stawał się coraz bardziej nieprzyjemny. Pochyliła się niżej. Jej włosy opadły na jego klatkę a usta dotknęły sutka. Przez chwilę drażniła go wargami aż nagle przygryzła. Patrzyła mu prosto w oczy zmysłowym wzrokiem. Jej ciało przesunęło się po nim. Zaczęła ocierać się o niego.
– Czujesz jaka jestem rozgrzana i wilgotna? – zapytała cicho, z ledwie uchwytnym uśmiechem. – Jak bardzo… — Nie dokończyła. Paznokcie znów dały o sobie znać, tym razem ostrzej, jakby sprawdzała, ile jeszcze wytrzyma. Nagle zrobiła nieco przesadnie smutną minę, jakby przypomniała sobie coś istotnego, coś, co mogło zasmucić. Jej udawane zmartwienie było na tyle przekonujące, że Łukasz poczuł niepokój, jakby naprawdę coś się stało.
– Mój drogi... – zaczęła przeciągle, z teatralną nutą dramatyzmu – zapomniałam... Obiecałam ci coś, prawda? Chyba najwyższa pora dotrzymać obietnicy. – Powiedziała zmysłowo, w jej głosie pobrzmiewała nutka wyzwania. Zatrzymała się na moment, pozwalając napięciu narosnąć, a potem znów się poruszyła, jeszcze mocniej, przyciskając do niego. 
Otworzyła zamek. Telefon zawibrował. Łukasz obserwował ją z mieszaniną ulgi i podniecenia. Jego ciało napięło się jeszcze bardziej, gdy poczuł, że mechanizm ustępuje. Paulina, z precyzją, zaczęła zsuwać klatkę. Jej palce, chłodne i zmysłowe, przesuwały się po jego skórze, jakby odczytywały każdy mikrosygnał jego ciała. Gdy członek w końcu odzyskał swobodę, wyprężył się niemal natychmiast. Patrzyła na niego z zainteresowaniem, jakby badała każdy szczegół – jak rośnie, jak pulsuje, jak jego ciało odpowiada na wolność.
– Biedny... zła pani każe go zamykać – powiedziała z udawaną troską, a usta ułożyły się w kpiący, pełen ironii uśmiech. Delikatnie przesunęła palcami po jego udzie, potem trochę wyżej. Każdy dotyk wywoływał w nim dreszcz.
Pochyliła się jeszcze bardziej. Jej piersi, otulone koszulką nocną, dotknęły jego klatki piersiowej. Jedwab ślizgał mu się zmysłowo po skórze, wywołując uczucie przyjemnego chłodu i elektryzującej bliskości. Jego ciało zareagowało natychmiast – napiął się, penis pulsował w rytmie oddechu.
Przybliżyła mu usta do ucha i wyszeptała:
– Masz dwie minuty. Idź do łazienki i zabaw się.
Wstała z niego, pozostawiając po sobie ciepło i pustkę. Spojrzała przez ramię z błyskiem w oku.
– Czas leci, skarbie – dodała z figlarnym uśmiechem.
Poderwał się z łóżka, jakby każde słowo było rozkazem wypowiedzianym wprost do jego nerwów. Wbiegł do łazienki.
Gdy wrócił, oddech miał przyspieszony, ciało napięte, jego członek wciąż był twardy. Na twarzy malował się wstyd, a w oczach – niepewność.
Oparta wygodnie na poduszkach, patrzyła na niego z wyraźnym zadowoleniem.
– Jak było ? – zapytała z udawaną ciekawością, choć jej głos ociekał ironią.
Spuścił wzrok, nie potrafił znieść jej spojrzenia.
– Szybko i byle jak – odpowiedział, niemal szeptem.
Uśmiech Pauliny zniknął natychmiast. Jej twarz stężała, spojrzenie stało się lodowate.
– Czyli nie podobało ci się? Myślałam, ze faceci uwielbiają zabawiać się przy pomocy swojej ręki. Coż, następyn razem nie pozwolę ci zdjąć klatki, skoro nie potrafisz docenić tego, co dostałeś – powiedziała surowym głosem, z idealnie wyważonym tonem chłodnego rozczarowania.
– Nie, Paulinko, nie to miałem na myśli. Przepraszam cię. Dziękuję... naprawdę. To było... wyjątkowe – powiedział pospiesznie, z desperacją w głosie.
– Kładź się – powiedziała krótko.
Natychmiast ułożył się na plecach, nie próbując się sprzeciwić. Usiadła na jego klatce piersiowej, tym razem tyłem. Czuł ciepło jej ciała, przez jedwabistą koszulkę, która oplatała ją jak druga skóra.
Przed oczami miał plecy – gładkie, zmysłowe, lekko rozświetlone porannym światłem. Koszulka była niemal przezroczysta, kończyła się teraz tuż nad pośladkami, które napięły się przy każdym jej ruchu. Jej stopy delikatnie oparły się o jego żebra.
Pochyliła się, sięgając po klatkę. Czuł każdy dotyk, każdy kontakt chłodnego metalu z ciałem. Aż w końcu – kliknięcie. Klatka znów była zamknięta. Odwróciła się do niego, jej oczy lśniły chłodną satysfakcją.
– Wszystko gotowe i na swoim miejscu, tak, jak lubię – powiedziała, z wyraźną przyjemnością.
Tylko skinął głową. Wiedział, że nie ma potrzeby dodawać nic więcej. Zgrabnie zsunęła się z jego torsu, poprawiając włosy i spoglądając na zegarek.
– Zbierajmy się na śniadanie.

---

W restauracji panował leniwy, spokojny poranek. Sala była niemal pusta – nieliczni goście, których mijali, wyglądali na wyczerpanych po sylwestrowej nocy, jakby nie zdążyli jeszcze położyć się spać lub z trudem poderwali się z łóżek. Jedli w milczeniu, niektórzy tylko popijali kawę, inni wciąż przysypiali z głowami opartymi o dłonie. Paulina ogarnęła wzrokiem salę i niemal natychmiast dostrzegła Ankę, siedzącą samotnie przy stoliku w rogu. Gdy ich spojrzenia się spotkały, kobieta uśmiechnęła się lekko i skinęła dłonią na znak, by do niej podeszli. Przywitały się krótkim uściskiem.

– A gdzie Michał? Nie widzę go nigdzie.
Ania przeciągnęła się lekko, jakby dopiero teraz zaczynała naprawdę budzić się do życia.
– Śpi jeszcze. W nocy długo się kręcił, mówił, że nie może zasnąć. Stwierdziłam, że nie będę go budzić.
Skinęła głową, przyjmując to do wiadomości.  Odwróciła się w stronę Łukasza, który stał obok, gotów wykonać każde polecenie.
– Przynieś mi proszę kawę i coś do jedzenia. Coś lekkiego, ale ciepłego – powiedziała spokojnie, jednak ton jej głosu nie pozostawiał wątpliwości, że to nie prośba, lecz polecenie.
– Oczywiście Paulinko – odpowiedział posłusznie i ruszył w stronę bufetu.
W międzyczasie w restauracji pojawiły się znajome twarze. Gdy przyszła Aga, Anka natychmiast wstała i podeszła do niej z wyraźną troską w oczach.
– Jak się czujesz kochana? – zapytała cicho, dotykając delikatnie ramienia przyjaciółki.
– Już lepiej, naprawdę. Wystarczyło kilka godzin odpoczynku.
Jej twarz wyglądała zdrowiej niż wieczorem, choć oczy nadal były lekko podkrążone. Chwilę później, niemal niezauważony, dołączył do nich Michał. Był blady, zaspany, ale próbował maskować zmęczenie uśmiechem. Mimo to jego oczy zdradzały bezsenną noc, a ruchy były ospałe.
– Cześć wszystkim – rzucił, starając się zabrzmieć rześko, choć głos zdradzał zmęczenie.
Żona ujęła go za ramię i powiedziała cicho:
– Wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spał. Może po śniadaniu jeszcze się położysz na chwilę, dobrze?
– Chyba tak zrobię – odpowiedział cicho, przytakując z wdzięcznością, choć było widać, że bardziej niż snu, potrzebował ucieczki od własnych myśli.
Czas mijał powoli. Prom miał dopłynąć do portu za nieco ponad dwie godziny. W restauracji panowała senna atmosfera. 
Po skromnym śniadaniu wstał i bez słowa wrócił do swojej kabiny. Pojawił się dopiero, gdy prom już stał przy nabrzeżu.
Łukasz również wyglądał na wyraźnie zmęczonego. Choć starał się trzymać, jego oczy zdradzały niedospanie, a ruchy były spowolnione. Gdy zeszli na ląd Paulina, która z kolei sprawiała wrażenie wypoczętej, wyciągnęł dłoń.
– Ja poprowadzę – oznajmiła stanowczo, biorąc od niego kluczyki.
– Jasne – odpowiedział bez zająknięcia, wiedząc, że to najlepsze rozwiązanie. Zabrała go prosto do swojego domu. Droga była cicha, spokojna – radio milczało, a słońce przebijało się przez chmury. Zasypiał na miejscu pasażera, głowa opadała mu na bok, a oddech stawał się coraz głębszy.
Kiedy dotarli, zaprowadziła go do salonu. Pozwoliła mu położyć się na sofie, nie mówiąc nic więcej. Podała mu koc, po czym odsunęła się i usiadła przy stole. Otworzyła MacBooka i wpisała hasło. Przez chwilę zastanawiała się nad czymś, następnie zaczęła pisać – szybko, jakby w jej głowie już od dawna formułowały się słowa, które teraz tylko przelewała na ekran.
Jej skupienie przerwał dzwonek telefonu. Ekran zaświecił znajomym imieniem.
Sygnał obudził również Łukasza. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest — rozpoznawał tylko światło, ostro wpadające przez okno. Dopiero po chwili dotarły do niego dźwięki: cichy, żywy głos, szybka melodia obcego języka. Stała kilka metrów dalej, przy oknie, z telefonem przy uchu. Rozmawiała po niemiecku, swobodnie, naturalnie, z lekkością, która go zaskoczyła. Śmiała się, gestykulowała jedną ręką, jakby rozmówca był tuż obok. Była wyraźnie rozluźniona, niemal radosna — taka, jakiej nigdy wcześniej nie widział.
Patrzył na nią w ciszy, jeszcze nie do końca obecny. Uśmiech na jej twarzy był inny: nie ten krótki, kontrolowany, którym zwykle reagowała na świat, lecz szeroki, szczery, jakby coś w niej właśnie się otwierało. 
Gdy skończyła rozmowę, odwróciła się i dopiero wtedy zauważyła, że nie śpi.
– Wyspałeś się?
Potwierdził. 

Udał się do łazienki, by się odświeżyć. Gdy wrócił, zauważył, że Paulina właśnie zamknęła laptopa. Nie był pewien, czy zrobiła to, by się na nim skupić, czy by coś ukryć. Podszedł cicho i stanął za nią. Bez słowa położył dłonie na karku, zaczynając powolny, delikatny masaż. Skóra była napięta od skupienia, pod wpływrm dotyku zaczęła się rozluźniać. Przymknęła oczy, a głowa lekko opadła do tyłu. Westchnęła cicho.
– Jakie mamy plany na najbliższe dni, Paulinko? – zapytał szeptem, nie przerywając masażu.
Milczała chwilę, jakby zastanawiała się, czy warto go wtajemniczać. W końcu uchyliła powieki i spojrzała spod rzęs.
– Muszę wyjechać. Na tydzień, właściwie nawet dwa.
Zamarł w bezruchu.
– Wyjechać? Do Berlina znowu?
– Tak, do Berlina – potwierdziła spokojnie, lecz uważnie śledziła jego twarz.
– Dlaczego dopiero teraz mi mówisz?
– Wiesz, że mam tam swoje sprawy, pracę. To nie pierwszy raz, Łukaszu. Moje życie nie zamyka się w tych ścianach.
– To coś z tą psychologią? Jakaś... praktyka, pani doktor?
Paulina uśmiechnęła się nieznacznie, jakby jego pytanie ją rozbawiło.
– Zdecydowanie tak. Choć przypomnę: doktor to tytuł naukowy, nie zawód – rzuciła z subtelną ironią.
– Będę tęsknił.
– Wiem. Ale ta tęsknota może ci tylko pomóc. Może cię nawet wzmocni? 
– A co z...
– Klatką ? – przerwała mu natychmiast. – Zostaje. Jak sobie to wyobrażałeś? 
– Nie, nic nie wyobrażałem – bąknął.
– Myślałeś, że wyjadę i tym razem zostawię ci wolną rękę? Dosłownie i w przenośni. Że będziesz miał czas na te wszystkie brzydkie rzeczy, których gentlemanowi nie wypada robić?
– Nie, moja pani. Nawet nie myślałem o tych rzeczach – powiedział nerwowo.
Zachichotała cicho, rozbawiona jego odpowiedzią.
– Ach, Łukasz. Faceci tylko czekają na okazję, by sięgnąć po takie rzeczy. Ale nie martw się, dopilnuję, żebyś nie miał okazji. Zostajesz w klatce. I oboje wiemy, że to dla twojego dobra.
Zawstydzony, lecz pełen oddania, pochylił się i pocałował ją delikatnie w kark.
– Tak, moja bogini – wyszeptał.
Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Był taki, jak lubiła – cichy, uległy, lojalny.
Wstała i stanęła przed nim, unosząc podbródek. Głaskała go po ramieniu, jej spojrzenie było miękkie, lecz zdecydowane.
– Jeśli będziesz grzeczny, wynagrodzę ci to, kiedy wrócę – powiedziała cicho. – A może, któregoś dnia odwiedzisz mnie w końcu w Berlinie?
– Z przyjemnością, kochana. Bardzo bym chciał zobaczyć tę część twojego świata.
Po wspólnej kolacji pożegnali się. Łukasz objął ją delikatnie, składając na jej dłoni długi, pełen uczucia pocałunek. 
– Bądź grzeczny – powiedziała cicho.
– Obiecuję, Paulinko.

---

Michał był wyraźnie zmęczony po intensywnej nocy i poranku spędzonym na promie. On i Anka zamienili kilka słów, ale oboje pragnęli jednego – odpoczynku. Postanowili przenocować w hotelu w Gdyni. Od razu zniknął w łazience, gdzie pozwolił sobie na długą, kojącą kąpiel. Ciepła woda przyniosła ulgę ciału, lecz umysł wciąż buzował – myśli krążyły wokół nocnej rozmowy z Pauliną.

Gdy otulony miękkim ręcznikiem, spojrzał w stronę sypialni. Anka już spała – spokojnie, z twarzą wtuloną w poduszkę. Chwycił telefon, starając się nie przyciągnąć jej uwagi. Przez moment wahał się, po czym napisał:

Dziękuję za wczorajszą rozmowę na pokładzie. Proszę, myśl o mnie czasem... lodowato.

Wysłał wiadomość. W jego piersi zadrżało lekkie napięcie – ekscytacja wymieszana z niepokojem. Wiedział, że igra z ogniem. Ale fascynacja Pauliną, Lady Fenriss, była zbyt silna, by ją ignorować.

Kilka minut później telefon zawibrował. Serce przyspieszyło. Otworzył wiadomość:

Lodowato mogę zawsze. 

Chwilę potem pojawiła się druga:

To co lodowate jest najbardziej pociągające, nieprawdaż?

Miał już na końcu języka odpowiedź, gdy kątem oka zauważył, że Anka zaczyna się poruszać. Natychmiast schował telefon pod poduszkę, starając się zachować absolutną naturalność.
Żona przeciągnęła się leniwie, otwierając oczy. Nieświadoma niczego, uśmiechnęła się do niego.

– Dzień dobry, kochanie. Jak się spało?

– Dzień dobry, skarbie. Całkiem dobrze, chociaż chyba jeszcze mógłbym trochę pospać – odpowiedział, zachowując spokój w głosie.

Anka przytuliła się z powrotem do poduszki, nie podejrzewając, że jeszcze chwilę wcześniej pisał do innej kobiety – tej, która nie dawała mu spokoju.

-----



Rozdział XXII – Stypendium


Białka Tatrzańska, luty 2009

Ostatni rok licencjatu okazał się wyjątkowo pracowity. Paulina niemal całkowicie wycofała się z życia towarzyskiego, skupiona na nauce i wymagających treningach, które porządkowały dni równie skutecznie jak plan zajęć. Jej życie uczuciowe właściwie nie istniało. Wolny czas oddawała Andrzejowi, który zajął miejsce szczególne i niepodlegające negocjacjom. Nie zostawało przestrzeni ani na związki, ani nawet na niewinne flirtowanie. Kilka razy dała się wprawdzie zaprosić do kina jednemu z kolegów z klubu lekkoatletycznego, lecz zawsze gdy próbował skrócić dystans, włączała się u niej jakaś reakcja obronna. Zamykała się w sobie i ostatecznie odstraszyła go, potwierdzając łatkę dziwaczki i niewydymki, którą miała już od dawna przyklejoną. Było to dla niej na swój sposób wygodne,  wolała poświęcić opinię o sobie niż pokazać mu swoje prawdziwe oblicze,  co prędzej czy później musiałoby nastąpić.
Po zimowej sesji udało się wyrwać na krótki wyjazd na narty z koleżankami z roku. Wcześniejszy wypad na Mazury sprawił, że dziewczyny wyraźnie się do siebie zbliżyły, dlatego tym razem wynajęły wspólnie dom w Białce Tatrzańskiej. Część przyjechała z chłopakami, część sama; dołączyło też dwóch kolegów z roku. Było głośno, swobodnie, bez zobowiązań. Jeździli na nartach, bawili się na dyskotece w jednym z hoteli,  chodzili na basen i prowadzili długie nocne rozmowy.  Trzymała się  nieco z boku, tańczyć nie lubiła, a właściwie nie za bardzo umiała, alkoholu prawie nie piła. Często wracała szybciej do pokoju, który współdzieliła z Anetą i szła spać, albo rozmawiała z Andrzejem. 
Chłopak Anety nie mógł pojechać, bo zawalił jakiś ważny egzamin na politechnice. Koleżankq była z jednej strony wściekła — bo znowu musiała słuchać tłumaczeń i narzekań — a z drugiej strony nawet trochę zadowolona. Ostatnio wyjątkowo działał jej na nerwy, nawet drobnymi rzeczami, które same w sobie były błahe, ale zbierały się w irytującą całość. Wyjazd bez niego dawał jej coś na kształt oddechu.
Aneta była wysoka, proporcjonalnie zbudowana, z długimi nogami i sylwetką, której — z jakiegoś tylko sobie znanego powodu — nie potrafiła zaakceptować. W jej twarzy było coś nieoczywistego: lekko orientalne rysy, jakby daleki ślad tatarskiej krwi, ledwie zauważalny, ale nadający jej urodzie charakter i głębię. Miała ciemne włosy, najczęściej związane byle jak, i lekko zadarty nos, który dodawał jej twarzy zadziorności. Uparcie twierdziła, że jest za gruba, choć w rzeczywistości miała całkiem niezłą figurę. W efekcie, od lat żyła w rytmie kolejnych diet: najpierw euforia i entuzjazm, planowanie, liczenie kalorii, lista zakupów, zapewnienia, że tym razem wszystko się uda. Potem przychodziło zniecierpliwienie, drobne odstępstwa, a w końcu nieuchronne narzekanie, że organizm się buntuje i że to i tak nie działa. Paulina znała ten schemat aż za dobrze i czasem komentowała go półżartem. Aneta oburzała się na moment, po czym sama zaczynała się z tego śmiać. Nie dała się jednak nigdy namówić na wspólne bieganie, mimo zapewnień Pauliny,  że dostosuje tempo do niej. Ignorowała też uwagi, że w żadnej z jej diet z założenia nie powinno być czekoladowych wafelków. Mówiła to, pokazującą jej kolejny papierek w koszu, na co Aneta robiła niewinną minę, mówiąc że ktoś musiał to tu podrzucić.
Drugą najbliższą koleżanką Pauliny była Kasia. Właściwie niczym się nie wyróżniała. Trudno było powiedzieć, czy jest ładna, czy nie — raczej neutralna, jakby stworzona do tego, by nie przyciągać uwagi. Średniego wzrostu, szczupła, z włosami noszonymi zawsze tak samo. Miała jednak pewien dar: szybko zdobywała zaufanie, co sprawiało, że ludzie przy niej mówili więcej, niż planowali, a ona potrafiła słuchać.
Z biegiem dni Paulina coraz częściej wybierała właśnie ich towarzystwo. Przy nich nie musiała niczego udawać ani nadrabiać pozą, a dziewczyny akceptowały, że zawsze jest nieco z boku i czasem trzeba dać jej spokój. Głośne noce i taniec działy się gdzieś obok — ona była gdzie indziej, w swojej ciszy, w rozmowach, które nie potrzebowały muzyki ani alkoholu.

Był jednak epizod, który wymknął się tej logice. Na stoku radziła sobie przeciętnie, dlatego wraz z kilkoma innymi dziewczynami zapisała się na dodatkowe lekcje do szkółki narciarskiej. Jędrek był młodym miejscowym chłopakiem — wysokim, dobrze zbudowanym, z tą charakterystyczną, swobodną pewnością kogoś, kto niemal całe życie spędził na śniegu. Studiował na krakowskiej AWF, mówił niewiele, za to patrzył uważnie. Już po pierwszych zajęciach poczuł, że Paulina jest inna niż większość kursantek.
Nie tylko piękna — choć to zauważył od razu — lecz także skupiona, uważna, zaskakująco opanowana. Nie narzekała na zmęczenie lub kaca, nie skarżyła się na ból nóg, który zwykle pojawiał się u nieprzygotowanych początkujących. Stała stabilnie, szybko łapała równowagę, słuchała poleceń i niemal natychmiast je realizowała. Była wysportowana w sposób, który zdradzał wyczynowe uprawianie sportu.
Podczas lekcji często poprawiał jej ustawienie: kładł dłoń na biodrze, dotykał pleców, przytrzymywał ramię. Na początku były to gesty czysto techniczne, wykonywane z rutyną instruktora. Z czasem jednak zaczął zwracać uwagę na coś więcej — na to, jak reagowała na dotyk, jak patrzyła na niego spod rzęs. Było w tym coś magnetycznego, trudnego do nazwania.
Coraz częściej rozmawiali — najpierw o jeździe, o trasach, o śniegu; potem o studiach, o treningach, o planach. Przyłapał się na tym, że codziennie wypatruje jej na stoku, że czeka na moment, gdy pojawi się w drzwiach szkółki. Ucieszył się, gdy wykupiła jeszcze kilka godzin zajęć indywidualnych,  a kiedy któregoś dnia koleżanka z biura zapisała ją na lekcję do kogoś innego, zirytował się. Zrobił małą aferę — wystarczającą jednak, by od tej pory nie było wątpliwości, że uczy się już tylko u niego.
Szło jej coraz lepiej. Miała niezwykle silne nogi. Kiedy, poprawiając pozycję, dotknął jej uda, poczuł wyraźnie pracę mięśni — napięcie i kontrolę, których nie dało się udawać. To wtedy po raz pierwszy pomyślał, że ta znajomość wykracza poza zwykłą relację instruktora i kursantki oraz, że nie tylko on zdaje sobie z tego sprawę.
Któregoś dnia, gdy stała obok, pochylił się bliżej i szepnął jej do ucha, że chciałby umówić się z nią. Powiedział to cicho, jakby sprawdzał granicę. Zobaczył, jak lekko się rumieni — ledwie zauważalnie — a jednak wystarczająco, by wiedzieć, że dotarło. Chwilę później, jakby od niechcenia, przejechała dłonią wzdłuż jego uda, zatrzymując ją o ułamek sekundy dłużej, niż pozwalałby przypadek. Ten gest był krótki, ale jednoznaczny. Wystarczający.
Od tamtej pory ich lekcje nabrały innego rytmu. Pojawiła się w nich zmysłowość, której nie trzeba było nazywać. Pokazywanie poprawnej pozycji trwało jeszcze dłużej, dotyk był pewniejszy, bliższy, spojrzenia częściej się spotykały i nie uciekały od razu. Wszystko pozostawało w granicach tego, co można było jeszcze tłumaczyć techniką — ale oboje wiedzieli, że to już nie tylko to.
Paulina czuła tę zmianę równie wyraźnie. Wiedziała, że dotyka ją inaczej, z większą atencją, jakby sprawdzał reakcję. Nie spieszyła się jednak. Pozwalała, by napięcie narastało, by dni układały się w serię drobnych sygnałów i niedopowiedzianych obietnic.
Lubiła go peszyć. Raz, z tą swoją zalotną miną, spytała, czy tak samo podrywa wszystkie inne kursantki. Uśmiechała się przy tym niewinnie, jakby to była tylko gra.
Popatrzył na nią uważnie, dłużej niż zwykle. Potem nachylił się lekko, tak żeby tylko ona mogła to usłyszeć.
– Nie – powiedział zaskakująco poważnym tonem. – Niektóre przychodzą nauczyć się jeździć, niektóre na siłę kogoś poderwać, a inne  sprawdzić, czy ktoś zauważy ich urodę, mimo że probują ją ukryć pod kaskiem, goglami i kominem na pół twarzy.
Nie uśmiechnął się. Nie dodał nic więcej. Odwrócił się i ruszył w stronę wyciągu, zostawiając ją z tym zdaniem — i z ciepłem, które pojawiło się dokładnie tam, gdzie najmniej się go spodziewała.
Na spotkanie zgodziła się jednak dopiero dzień przed powrotem. Jakby wszystko wcześniej było jedynie grą wstępną.
 Poszli na koncert muzyki góralskiej w jednej z restauracji. Pili grzane wino, było ciasno i głośno. Siedzieli blisko. Jędrek nachylał się, mówiąc jej coś do ucha; czuła jego oddech, ciepło, zapach alkoholu i zimowego powietrza. Kiedy wyszli, chłodne powietrze ostudziło na moment gwar sali, ale nie to, co narosło między nimi. Stali blisko, zbyt blisko, jakby każde czekało, aż to drugie zrobi pierwszy ruch. Jędrek spróbował ją objąć — ostrożnie, niemal niepewnie. Nie zdążył. Przyciągnęła go do siebie gwałtownie i wbiła w niego usta, bez zapowiedzi. Pocałunek był krótki, intensywny, wyrywający z równowagi. Objął ją mocno. Spróbowała się odsunąć, bardziej z przekory niż z potrzeby, ale już ją unosił do góry — jednym ruchem, pewnie — i zarzucił sobie na ramię. Zaśmiała się cicho, uderzając go pięściami w plecy, udając sprzeciw.
Mieszkał blisko, u swojej babci. Przeszli przez furtkę i weszli do domu. Postawił ją na podłodze i zamknął drzwi. Niemal bezszelestnie,  wspinali się po schodach, ostrożnie, wstrzymując oddech przy każdym skrzypnięciu desek. Poddasze było niskie, pachniało drewnem i starym grzejnikiem. 
Później było szybko i intensywnie. Zaskoczyła samą siebie własną zachłannością, tym, jak łatwo przejęła inicjatywę. Dosłownie go dosiadła, nie pytając, nie negocjując. Było jej dobrze — inaczej niż z Adamem, prościej, bardziej fizycznie. Mocniej, bardziej zwierzęco, jakby coś, co przez długi czas było uśpione, nagle zerwało się ze smyczy. Była zdumiona własną reakcją, tą gwałtownością, z jaką wszystko w niej eksplodowało. Nie potrafiła się też powstrzymać; podrapała go mocno, zostawiając krwawe ślady, na jego barkach i torsie.
Nie należała do kobiet o wysokim popędzie. Przez długi czas jej potrzeby były niewielkie, łatwe do odsunięcia na bok. Z Andrzejem panowała ścisła granica — nie pozwalała się dotykać, nie dopuszczała go zbyt blisko. Intymność miała dla niej wymiar kontrolowany, niemal teoretyczny. Tamtej nocy hamulce puściły. Po drugim razie przytuliła się, nagle spokojna, spełniona, niemal bezbronna. Jędrek zasnął szybko, ciężko chrapiąc. Leżała jeszcze chwilę nieruchomo, patrząc w ciemność poddasza. Decyzja zapadła sama.

Ubierała się ostrożnie, nasłuchując każdego dźwięku. Schody skrzypiały przy najmniejszym ruchu; każde trzaśnięcie deski wydawało się nienaturalnie głośne. Kiedy była już na dole, z jednego z pokojów dobiegł głos starszej kobiety — szorstki, zaspany.
– Jezu, Jędruś… kaj ty sie po nocach włócys gnido jedna? Znowuś gdzieś łaził? Pewnieś gorzołke pił, co?
Paulina nie odpowiedziała. Zatrzymała się tylko na ułamek sekundy, po czym wyszła na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi najciszej, jak potrafiła. Mróz uderzył w twarz. Pobiegła. Po kilku minutach była już z powrotem w wynajętym domu. W łazience odkręciła prysznic i stanęła pod strumieniem gorącej wody, jakby chciała zmyć z siebie tę noc i jego zapach. Przyszło coś na kształt wstydu. Kac moralny był silniejszy niż zmęczenie. Uporczywa myśl, że puściła się z Góralem, nie dawała spokoju — zbyt prosta, zbyt brutalna, a jednak skuteczna. Kilka godzin później siedziała już ze znajomymi w wagonie pociągu do Sopotu. Po piątym nieodebranym połączeniu telefon wreszcie przestał wibrować. Patrzyła na wygaszony ekran, czując, jak napięcie powoli opada, zostawiając po sobie coś w rodzaju pustki. Nie oddzwoniła. Odłożyła urządzenie ekranem do dołu, jakby ten prosty gest mógł zamknąć całą sprawę. Było w tym ulga i lekki skurcz w żołądku, świadomość, że noc w górach zostanie tam, gdzie powinna — w krótkim, intensywnym fragmencie, który nie domaga się ciągu dalszego. Pozwoliła tej ciszy trwać. Była potrzebna. Zimowe ferie dobiegły końca. 
---
Trójmiasto, maj 2009

Relacja Pauliny i Andrzeja, choć nieformalna, nabrała z czasem głębi i intensywności. Spotykali się regularnie, niemal zawsze w domowym zaciszu — najczęściej u niej, rzadziej u niego. Do miejsc publicznych wychodzili sporadycznie; nie czuli takiej potrzeby. Ich świat był zamknięty, intymny, wystarczający sam w sobie. Żadne z nich nie mówiło o byciu razem, nie o to chodziło, ale dla Andrzeja było oczywiste, że Paulina zajmuje w jego życiu miejsce szczególne. Traktował ją jak boginię. Każde wypowiedziane przez nią zdanie miało dla niego wagę, każda prośba — rangę polecenia. Był obecny, uważny, oddany. Dla dziewczyny, która w tamtym okresie była silnie skoncentrowana na nauce, właśnie ta lojalność i cicha gotowość okazały się bezcenne. Wspierał, gdy potrzebowała spokoju; trwał obok, gdy pisała, analizowała i porządkowała kolejne notatki. Nie doradzał — nie było takiej potrzeby. Był raczej jak cień: dyskretny, zawsze dostępny.
Jej praca licencjacka, poświęcona twórczości Alfreda Döblina i Wolfganga Koeppena, została bardzo wysoko oceniona. Profesor prowadzący nie krył uznania, podkreślając nie tylko solidny warsztat, lecz także świeżość i samodzielność interpretacyjną. Temat, wymagający i nieoczywisty, został przez nią przeprowadzony z dojrzałością, która wyraźnie wykraczała poza poziom typowy dla tego etapu studiów.
Paulina wiedziała, że znajduje się na właściwej drodze — zarówno w życiu akademickim, jak i osobistym. Coraz bardziej świadoma własnej tożsamości, potrzeby kontroli i wewnętrznej siły. Ten porządek działał niemal bezbłędnie, jak dobrze naoliwiony mechanizm, w którym każdy element trafiał na swoje miejsce.
A Andrzej? Był jednym z tych, którzy pomogli jej wydobyć potencjał  — choć sam prawdopodobnie nie do końca rozumiał, jak głęboko i trwale wpisał się w ten proces. Był świadkiem zarówno jej sukcesów, jak i momentów, w których perfekcja okazywała się niewystarczająca, bo pojawił sie jeden zgrzyt. Srebrny medal akademickich mistrzostw w biegu na dziesięć kilometrów.
Dla wszystkich wokół był to sukces. Rodzina gratulowała, znajomi byli dumni, trenerzy klepali po plecach, podkreślali postęp — wynik lepszy niż rok wcześniej, gdy wróciła z brązem. Dla nich było to konsekwencją ciężkiej pracy, potwierdzeniem formy, dowodem rozwoju. Dla Pauliny — porażką. Oczekiwała złota. Przez miesiące trenowała z myślą o pierwszym miejscu i tylko ono miało dla niej znaczenie. Była wściekła i rozczarowana. Mówiła wprost, że ma dość wyczerpujących treningów, że liczyła na zwycięstwo i nie zamierza zadowalać się byciem drugą. Na nic zdały się tłumaczenia trenera: że jest najbardziej pracowitą zawodniczką, jaką zna; że przegrała jedynie z dziewczyną starszą o kilka lat, doświadczoną, startującą na międzynarodowych zawodach; że rywalka z akademickim sportem ma wspólne właściwie tylko nazwisko na liście studentów jednej z uczelni i najpewniej nigdy nie pojawiła się na zajęciach — a być może nawet nie bardzo wiedziała, co studiuje.
To nie miało znaczenia. W głowie Pauliny decyzja zapadła już wcześniej, szybciej niż ktokolwiek zdążył ją zrozumieć. Oznajmiła, że kończy z wyczynowym bieganiem. Od teraz będzie biegać jedynie rekreacyjnie — dla siebie, bez planów startowych, bez presji, bez medali.
Trener próbował jeszcze ratować sytuację. Poprosił nawet jej ojca o rozmowę, o interwencję, o przekonanie córki, by dała sobie czas. Na próżno. Decyzja, która się w niej uformowała, była nieodwołalna.
To było częścią jej natury: jeśli coś przestawało spełniać jej własne, wewnętrzne kryteria sensu i kontroli, potrafiła to odciąć bez sentymentu. Tak przynajmniej zdawało jej się wtedy.
---

Trójmiasto, czerwiec 2009

Dzień rozdania dyplomów nadszedł zaskakująco szybko, choć miała świadomość, że pracowała na tę chwilę przez całe trzy lata. Trzy lata intensywnej nauki, wyrzeczeń i ciężkiej pracy — nie tylko intelektualnej, lecz także emocjonalnej. Czuła wyraźnie, że nie jest już tą samą dziewczyną, gdy po raz pierwszy przekraczała próg wydziału. Teraz była spokojniejsza, dojrzalsza, bardziej świadoma siebie i mechanizmów świata, w którym przyszło jej funkcjonować.
To był ciepły, czerwcowy poranek. Powietrze pachniało bzem, kwitnącym na pobliskich drzewach, a błękitne, niemal bezchmurne niebo otwierało przestrzeń nad miastem. Gdy otworzyła okno, do mieszkania wpadło świeże powietrze i cichy śpiew ptaków. Uśmiechnęła się do siebie. Ten dzień miał należeć do niej — bez pośpiechu i bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Założyła sportowy strój, lekkie buty i wyszła pobiegać. Ruch przychodził jej z zaskakującą łatwością. Od chwili, gdy podjęła decyzję, że nie będzie już startować w zawodach i oficjalnie zakończyła treningi w klubie, bieganie stało się prostą przyjemnością — ruchem dla samego ruchu, bez presji, bez rozliczania się z planów i tabel. A jednak dawne nawyki nie znikły całkiem. Wciąż kontrolowała tempo, sprawdzała  tętno, pozwalała ciału pracować równo i pewnie. Dopiero pod koniec trasy uświadomiła sobie, że jak na poranny jogging biegnie naprawdę szybko. Ta myśl przyniosła cichą satysfakcję. Po powrocie wzięła długi prysznic. Ciepła woda spływała po skórze, zmywając resztki wysiłku i rozproszenia, pozostawiając przyjemne uczucie czystości i lekkości. Nie potrzebowała muzyki ani bodźców z zewnątrz; lubiła te chwile, gdy mogła być wyłącznie ze sobą, skupiona, obecna w każdym drobnym geście. Po prysznicu nałożyła lekkie, pachnące mleczko. Skóra była gładka, rozświetlona, zadbana.
Sukienka czekała już od kilku dni. Wisiała na wieszaku, starannie wyprasowana. Długa, ciemnogranatowa, z miękkiego, lejącego materiału. Prosty, klasyczny krój delikatnie podkreślał talię, rozszerzany dół sięgał niemal do połowy łydki. Rękawy do łokci, lekko bufiaste, dodawały sylwetce elegancji. Dekolt był niewielki, półokrągły — odsłaniał jedynie wąską linię skóry przy obojczykach. Założyła bieliznę, cienkie, cieliste pończochy i klasyczne czarne szpilki, prezent od Andrzeja. Biżuterię ograniczyła do małych, geometrycznych złotych kolczyków, które subtelnie łapały światło przy każdym kroku. Makijaż pozostał stonowany: delikatnie podkreślone oczy i brwi, matowe usta w naturalnym odcieniu. Włosy związała w prosty koński ogon. Gdy spojrzała w lustro, zobaczyła kobietę gotową domknąć jeden etap i przejść do kolejnego — bez lęku, bez nadmiaru emocji. Nie czuła tremy ani euforii. Jeśli czuła cokolwiek, była to raczej cicha duma. Wiedziała, że wszystko, co tego dnia odbierze — dyplom, gratulacje, krótkie uściski dłoni — jest prostym następstwem własnej, ciężkiej pracy. Zeszła przed blok powoli, bez pośpiechu, jakby chciała zapamiętać ten moment. Słońce musnęło jej twarz na krótką chwilę, dokładnie wtedy, gdy poprawiała pasek torby na ramieniu. Wiatr poruszył sukienką, uniósł jej dół i opadł, zostawiając po sobie ledwie wyczuwalny chłód na skórze. Otworzyła samochód, usiadła za kierownicą i zamknęła drzwi z głuchym, znajomym dźwiękiem. Przez moment siedziała nieruchomo, dłonie spoczywały na kierownicy, jakby jeszcze zbierała myśli. Potem przekręciła kluczyk i wyjechała na ulicę, kierując się w stronę Gdańska. Włączyła niemal odruchowo radio. Z głośników popłynął chropowaty, zachrypnięty głos Lemmiego Kilmistera — surowy, bezkompromisowy, jakby zupełnie niepasujący do tego podniosłego poranka. Uśmiechnęła się pod nosem. Silnik mruczał równo, asfalt sunął pod kołami, a muzyka wypełniała wnętrze samochodu, nadając tej drodze prosty, mocny rytm.

Wjechała na dobrze sobie znany parking przy kampusie i zatrzymała się na jednym z wolnych miejsc pod rozłożystym drzewem, które w majowym słońcu rzucało kojący cień. Czerwony Fiat 500 stał równo między liniami. Zaciągnęła hamulec ręczny, zgasiła silnik i przez moment jeszcze siedziała w środku. Światło odbijało się od przedniej szyby, a przez lekko uchylone okno wpadał zapach wiosny — rozgrzanej ziemi i kwitnących drzew. Spojrzała w lusterko i poprawiła pasmo włosów, które wysunęło się z upięcia. Makijaż wyglądał świeżo; wszystko było na swoim miejscu, jak zawsze. Sięgnęła po torebkę, zamknęła ją jednym, zdecydowanym ruchem i wysiadła z auta. Obcasy cicho stuknęły o asfalt.
Wokół budynku Wydziału Filologii robiło się coraz tłoczniej. Grupki studentów i studentek gromadziły się, witając się uśmiechami, krótkimi uściskami, wspólnymi zdjęciami robionymi w pośpiechu. Szła powoli. Nie musiała się spieszyć — była zawsze punktualna. Kilkoro znajomych z roku zauważyło ją i podeszło, witając się serdecznym uściskiem albo lekkim pocałunkiem w policzek. Choć nigdy nie była duszą towarzystwa, darzono ją szacunkiem — za opanowanie, klasę i cichą, niekwestionowaną pewność siebie.
– Pięknie wyglądasz, Paulina – rzuciła Aneta, poprawiając włosy i przyglądając się jej z uznaniem.
– Dziękuję. Ty też – odpowiedziała z uprzejmym, dyskretnym uśmiechem.
– Słuchaj – dodała koleżanka niemal od razu, jakby nie chciała stracić impetu. – Wieczorem idziemy na miasto. Taka pożegnalna impreza. Musisz być.
– Zobaczę – powiedziała spokojnie. – Jeszcze nie wiem, czy się wyrobię.
– Zawsze tak mówisz – wtrąciła inna z koleżanek, która właśnie podeszła.
Aneta machnęła ręką.
– Nie, nie. Tym razem nie przyjmuję wymówek. Poza wyjazdami na Mazury i na narty nie da się cię nigdzie wyciągnąć. 
– Lubię po prostu spokój i nie umiem tańczyć – odparła Paulina. – Wiecie o tym.
Aneta spojrzała na nią z niedowierzaniem, po czym parsknęła śmiechem.
– Paulina, proszę cię. Taka dziewczyna naprawdę nie musi umieć tańczyć.
– Dokładnie – wtrąciła Kasia. – Wystarczy, że staniesz na parkiecie. Albo nawet obok niego.
– Albo w ogóle nigdzie nie staniesz. I tak każdy facet będzie twój. Czy na parkiecie, czy poza nim.
Paulina zmieszała się lekko. Odruchowo poprawiła pasek torebki, uciekając wzrokiem na chwilę w bok.
– Przesadzacie – powiedziała cicho.
– Wcale nie – odpowiedziała koleżanka już spokojniej. – Po prostu widzimy to, czego ty jak zwykle nie chcesz zauważyć.
Kasia uśmiechnęła się porozumiewawczo.
– Poza tym nikt ci nie każe tańczyć. Możesz siedzieć, patrzeć, pić drinka i udawać, że jesteś ponad tym wszystkim.
– To akurat dobrze mi wychodzi – przyznała  z cieniem uśmiechu.
Aneta od razu podchwyciła.
– No widzisz. Jedno miejsce, jeden drink. Symbolicznie. Ostatni dzień. I nie przyjmuję kolejnego „zobaczę”.
Przez chwilę milczała. W końcu skinęła głową.
– Dobrze. Postaram się.
Uśmiechnęła się blado, wciąż trochę zawstydzona, ale już bez oporu. Wiedziała, że tym razem naprawdę trudno będzie się wymigać.
– Czyli do zobaczenia wieczorem, Sopot o 19, przy kościele  – podsumowała z triumfem jedna z dziewczyn.
Nie zaprzeczyła. Poszły w stronę wejścia i podeszły do większej grupki. Przez chwilę wszyscy stali w  kręgu, rozmawiając o końcu studiów, o tym, co dalej, o pracy i planach.  Z głośnika rozległ się sygnał, że nadszedł czas, by udać się do auli. Paulina szła nieco z boku. Przed wejściem na schody do głównego budynku spojrzała jeszcze raz na kampus — znajome mury, drzewa, ścieżki; wszystko to, co przez ostatnie lata stało się jej codziennością. Na auli było coraz więcej osób. Rzędy krzeseł zapełniały się elegancko ubranymi studentami. Atmosfera była uroczysta, lecz nie sztywna — raczej podniosła, pełna wyczekiwania i emocji, których nikt nie wypowiadał na głos. Usiadła w wyznaczonym rzędzie obok koleżanek z roku.  Z tyłu otworzyły się drzwi. Do środka zaczęli wchodzić profesorowie — w togach, z poważnymi twarzami — zajmując miejsca na podium. Ich obecność wywołała cichy szmer, który szybko ucichł, jakby wszyscy zgodzili się milcząco na powagę chwili. Sala stopniowo cichła; szepty gasły, ruch ustawał, spojrzenia kierowały się ku przodowi.
Siedziała wyprostowana i nieruchoma, patrząc uważnie na dziekana, profesora Biernackiego, który wstał i podszedł do mównicy. Gdy zaczął mówić, słowa rozbrzmiały wyraźnie, odbijając się od ścian przestronnej sali.
– Drodzy absolwenci, drogie absolwentki – rozpoczął, obejmując wzrokiem zgromadzonych. – To szczególny dzień. Dzień, w którym kończy się jeden etap, a zaczyna kolejny. Gratuluję wam ukończenia trzyletnich studiów licencjackich na kierunku filologia germańska. To dla mnie zaszczyt móc dziś świętować razem z wami i waszymi bliskimi.
– Mam także zaszczyt – kontynuował – powitać naszego gościa specjalnego, pana doktora Christopha Meiera, radcę Ambasady Republiki Federalnej Niemiec, który zgodził się dziś być tu z nami.
Z sali rozległy się grzeczne brawa. Paulina, jak wielu innych, skinęła lekko głową. Znała Meiera z jednego z wykładów inauguracyjnych. Zastanowiło ją, dlaczego pojawił się właśnie dziś i czy zdawał sobie sprawę, ile pracy i wyrzeczeń kryje się za każdym z uśmiechów? Ile nocy nad książkami, ile korekt, powtórek, wahań i drobnych, prywatnych zwycięstw.
Dziekan mówił jeszcze przez chwilę o znaczeniu humanistyki, o roli języków obcych we współczesnym świecie, o przyszłości, którą każdy z nich ma we własnych rękach. Zachęcał do kontynuowania nauki na studiach magisterskich. Kiedy skończył, aula na moment wypełniła się cichym szmerem, który niemal natychmiast ustał, gdy na scenę wszedł gość. Wysoki, siwiejący mężczyzna w nienagannym garniturze i o dostojnej postawie podszedł do mównicy, spojrzał na zebranych i przez chwilę milczał, jakby chciał uchwycić wagę tej chwili.
– Szanowni Państwo – zaczął spokojnym, ale wyraźnym głosem, z lekkim akcentem, który nadawał jego polszczyźnie pewnego uroku – to dla mnie wielki zaszczyt móc dziś do was mówić. W imieniu ambasady Republiki Federalnej Niemiec pragnę pogratulować wszystkim absolwentom oraz absolwentkom tego wyjątkowego kierunku.
Zawiesił na chwilę głos, a jego wzrok przesunął się po sali.
– Wasze zainteresowanie kulturą i językiem niemieckim ma dla nas szczególne znaczenie. Bo choć historia naszych narodów bywała trudna, bolesna, to właśnie dzięki takim jak wy, młodym ludziom, którzy chcą rozumieć, poznawać i budować mosty, możemy patrzeć w przyszłość z nadzieją.
Słowa Meiera zabrzmiały zaskakująco szczerze. W jego tonie było coś więcej niż tylko dyplomatyczny obowiązek – jakby naprawdę doceniał fakt, że ktoś poświęca trzy lata życia na zgłębianie języka i kultury jego kraju.
– Język to nie tylko narzędzie – powiedział, zniżając głos – to sposób myślenia, sposób przeżywania świata. Dziękuję, że wybraliście niemiecki. I życzę wam, aby ten wybór prowadził was dalej, ku rzeczom wielkim.
Rozległy się oklaski. Mówca skinął głową i usiadł, ustępując miejsca dziekanowi, który ponownie podszedł do mikrofonu. Na jego twarzy malował się uśmiech.
– Proszę państwa – zaczął – teraz czas na moment szczególny. Każdego roku nasz wydział wyróżnia jedną osobę, która nie tylko osiąga najwyższe wyniki akademickie, ale także wykazuje się dojrzałością, pasją i konsekwencją w pracy naukowej. Spojrzał na salę.
– W tym roku tą osobą jest pani Paulina Ritter.
Rozległy się brawa. Paulina wstała i spokojnym krokiem ruszyła w stronę sceny.  Dziekan wręczył jej dyplom w twardej oprawie oraz niewielkie pudełeczko z symboliczną nagrodą. Pochylił się lekko, by pogratulować, a ona skinęła głową, z uważnym, chłodnym spojrzeniem. Potem obróciła się w stronę auli, nieco z boku, by przez chwilę spojrzeć na zgromadzonych. Było jej niezwykle miło. Choć na twarzy miała opanowany, elegancki uśmiech, w środku czuła, jak rozlewa się coś ciepłego – mieszanina dumy, wzruszenia i głębokiego poczucia spełnienia. Czuła się naprawdę doceniona. Przez trzy lata pracowała ciężko, w skupieniu, bez robienia wokół siebie hałasu. Teraz – ten moment, ten aplauz, to spojrzenie dziekana – wszystko miało sens.
Profesor Biernacki spojrzał na nią z serdecznością.
– Pani Paulino, proszę jeszcze zostać z nami na scenie – powiedział ciepło, kładąc na moment dłoń na jej ramieniu.
Wśród braw, które jeszcze nie zdążyły całkiem ucichnąć, ponownie na scenę wszedł gość z ambasady. Tym razem nie zajął miejsca przy mównicy – w dłoni trzymał elegancką teczkę, przewiązaną wstążką w barwach flagi Niemiec.
– Szanowni Państwo – zaczął, kierując głos już nie tylko do auli, ale wyraźnie do Pauliny. 
– Jako przedstawiciel ambasady Republiki Federalnej Niemiec mam dziś przyjemność wręczyć szczególne wyróżnienie. Nagrodę za najlepszą pracę dyplomową na kierunku filologii germańskiej w tym roku akademickim, w całej Polsce.
Spojrzał na Paulinę z wyraźnym uznaniem.
– Panna Paulina Ritter w swojej pracy zatytułowanej „Obraz miasta w literaturze niemieckiej na przykładzie twórczości Alfreda Döblina i Wolfganga Koeppena” w sposób niezwykle dojrzały i przenikliwy przyjrzała się temu, jak przestrzeń miejska – a zwłaszcza metropolia – staje się nie tylko tłem, ale niemal bohaterem literackim.
Podniósł nieco teczkę, trzymając ją przed sobą.
– Jako monachijczyk nie mogłem pozostać obojętny na fragmenty poświęcone mojemu rodzinnemu miastu. To nie była jedynie analiza tekstów, to była subtelna, wrażliwa i głęboko europejska refleksja o mieście jako przestrzeni pamięci, tożsamości i przemiany.
Zamilkł na moment, jakby pozwalając sali przyswoić te słowa, po czym wręczył Paulinie teczkę.
– W uznaniu jej pracy, rząd federalny postanowił przyznać pannie Ritter stypendium, które umożliwia rozpoczęcie studiów magisterskich na dowolnej uczelni w Niemczech.
Aula ponownie wypełniła się brawami. Paulina przez chwilę pozostała na swoim miejscu, jakby potrzebowała ułamka sekundy, by przyjąć ciężar tej chwili. Delikatnie skłoniła głowę, dziękując za wyróżnienie. Gdy dziekan podał jej mikrofon, na moment zawahała się, poprawiła palce na jego krawędzi. Serce biło jej szybciej, ale twarz pozostała opanowana. Wiedziała, że to tylko kilka zdań — a jednak ta krótka cisza przed pierwszym słowem była dla niej najtrudniejsza. Wzięła spokojny oddech.
– Dziękuję za to wyróżnienie – powiedziała w końcu. Głos miała cichy, lecz wyraźny. – To dla mnie ogromny zaszczyt.
Na chwilę uniosła wzrok jakby upewniała się,  że naprawdę stoi tu, przed wszystkimi.
– Cieszę się, że moja praca mogła stać się małym mostem między kulturami i między językami. Dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie przez te trzy lata.
Zakończyła krótkim skinieniem głowy i niemal od razu cofnęła się o krok. Dopiero gdy rozległy się kolejne brawa, pozwoliła sobie na ledwie zauważalny uśmiech — bardziej z ulgi niż z dumy. Podziękowała, uścisnęła dłonie radcy i profesora, po czym zeszła ze sceny, wracając na swoje miejsce. Serce nadal biło jej szybciej niż zwykle, ale twarz zachowała spokojny, opanowany wyraz. 
Uroczystość dobiegała końca. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie całego rocznika na tle głównego podium auli i mogli rozluźnić się przy drobnym poczęstunku. Podeszła do stołu, nalała sobie wody z cytryną i stanęła nieco z boku. Lubiła obserwować, jak inni cieszą się tą chwilą. Wtedy, z kieliszkiem w dłoni, podszedł do niej Meier. Miał na twarzy ten sam życzliwy uśmiech, co podczas wręczania nagrody.
– Jeszcze raz gratuluję, panno Ritter. Naprawdę wyjątkowa praca.
Paulina skinęła głową z wdzięcznością.
– Dziękuję, doktorze Meier. To wiele dla mnie znaczy.
– Ritter, Ritter… – powtórzył zamyślony, a jego spojrzenie nabrało lekko badawczego wyrazu. 
– Niemieckie nazwisko. Czy ma Pani jakieś korzenie?
– Chyba nie – odparła, po chwili namysłu. – Ale tata i cała jego rodzina pochodzi z Krakowa. Więc może jakaś pamiątka po Austriakach? Ale nigdy nie myślalam o tym, muszę zapytać przy okazji.
Dr Meier uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Ach, więc wszystko możliwe. Wiele takich nazwisk w Galicji, szczególnie w dawnych urzędniczych rodzinach. Czasem historia zostawia ślady w nazwiskach.
– Możliwe – powiedziała Paulina z lekkim uśmiechem, zerkając na swoje nazwisko wypisane na dyplomie. – Ale brzmi dobrze, prawda?
– Zdecydowanie – odparł Meier. – Pasuje do Pani. Zgrabne, mocne i eleganckie. Życzę, by jeszcze nie raz było drukowane na okładkach znakomitych prac naukowych.
– Postaram się nie zawieść – odpowiedziała cicho.
Rozmowa zakończyła się wymianą uścisków dłoni. Została jeszcze chwilę w tym samym miejscu, czując, że świat zaczyna się powoli otwierać przed nią na nowo – tylko tym razem z zupełnie innego poziomu.
– Gratulacje, Paulina! – powiedziała jedna z koleżanek, podchodząc z uściskiem.
– Dziękuję, Kasiu – odpowiedziała Paulina, odwzajemniając objęcie. – Ty też świetnie sobie poradziłaś.
Pojawiło się jeszcze kilka osób. Kolejne objęcia, poklepywanie po plecach, serdeczne słowa, szybka wymiana uprzejmości, jakby wszyscy chcieli zdążyć powiedzieć coś ważnego, zanim ten dzień się rozpłynie. W pewnym momencie zbliżył się do niej Kamil — jeden z kolegów — brunet o lekko zadziornym spojrzeniu, którego Paulina kojarzyła głównie z tylnych rzędów sal wykładowych. Na roku było tylko 50 osób, nie pamiętała jednak, aby chociaż raz rozmawiali przez całe studia. 
– Paulina, naprawdę imponujący wymik. Gratuluję. W pełni zasłużony.
– Dziękuję.
Jego spojrzenie na moment powędrowało w dół, zatrzymało się przy jej butach, po czym wróciło na jej twarz.
– I muszę to powiedzieć – dodał z rozbrajającą szczerością. – Masz zajebiste szpilki.
Uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona. Na chwilę zabrakło jej gotowej riposty.
– To tylko buty – rzuciła w końcu, z uśmiechem, który zdradzał, że komplement jednak do niej dotarł.
– No właśnie nie tylko. Robią wrażenie. Tak jak ty dzisiaj w ogóle. Nie tylko dzisiaj...
Przez moment zapadła krótka cisza, niezręczna, ale nie nieprzyjemna. Wykorzystał ją szybko.
– Słuchaj, będziesz dziś na tej imprezie? Wszyscy o niej mówią. Ostatnia okazja, żeby się zobaczyć w komplecie.
Paulina zawahała się.
– Jeszcze nie wiem. Raczej nie planowałamplanowałam, ale Aneta nie przyjmuje odmowy.
– Szkoda byłoby, gdybyś się nie pojawiła. Takie momenty zdarzają się tylko raz.
Zawahał się ułamek sekundy, po czym dodał: 
– A jeśli jednak… to może wyskoczymy  chociaż na jakąś kawę? 
Uśmiechnęła się, tym razem trochę bardziej niepewnie.
– Dziś jest dość intensywny dzień. Więc, raczej nie, na pewno nie dziś.
Skinął głową, jakby dokładnie tego się spodziewał.
– Jasne. I tak… jeszcze raz gratulacje.
Gdy odchodził odprowadziła go wzrokiem, po czym upiła łyk wody, poprawiła rąbek sukienki i podeszła do koleżanek, jakby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę stała w miejscu, czując na sobie ciekawskie spojrzenia i własne lekkie zmieszanie. 

Wychodząc z budynku, uniosła twarz ku słońcu – ciepłe, późnomajowe światło odbijało się od szyb zaparkowanych samochodów, a ona czuła, jak napięcie z całej uroczystości zaczyna powoli z niej uchodzić. Szła w stronę swojego Fiata, stąpając lekko, z uśmiechem na twarzy. Nagle, z daleka dostrzegła znajomą sylwetkę – Dawid, jej  brat, stał oparty o drzwi swojego auta. W dłoni trzymał bukiet białych lilii i niebieskich irysów. 
– Gratulacje, Pauli! – zawołał z szerokim uśmiechem, odrywając się od samochodu i ruszając w jej kierunku.
– Dawid… nie mówiłeś, że przyjedziesz – powiedziała z wyraźną nutą wzruszenia w głosie.
– Chcieliśmy ci zrobić ci niespodziankę, ale nie udało się szybciej. Rozprawa się przeciągnęła. A Filip w ogóle utkwił na oddziale, jakaś trudna operacja, w której asystuje profesorowi.  Szybka kawa i ciacho aby uczcić twoje sukcesy?
– Może na chwilę. Chodźmy.
Poszli do pobliskiej kawiarni – niewielkiej, ale dość eleganckiej, z ogródkiem osłoniętym od ulicy zielonymi żywopłotami. Zajęli stolik na zewnątrz. Paulina usiadła naprzeciwko brata, delikatnie odkładając kwiaty na puste krzesło obok siebie. Kiedy kelnerka przyniosła zamówienie – cappuccino dla Dawida i latte dla niej, zerkając na piankę, odezwała się spokojnie:
– Dostałam stypendium rządowe. Mogę studiować w Niemczech, na dowolnym uniwersytecie.
– Wow, Pauli! Zajebiście! – Dawid aż się wyprostował. – To naprawdę duża sprawa. Gratulacje jeszcze raz. I... masz już jakąś uczelnię na oku? Bo chyba nie przepuścisz takiej okazji?
– Dziękuję – odpowiedziała cicho, patrząc w dal. – Jeszcze nie wiem. Nie myślałam, zaskoczyli mnie. Przez ostatnie miesiące byłam skupiona na pracy dyplomowej, sesji, zawodach, wszystkim naraz. Nie myślałam, że ktoś poza profesorem i recenzentami mógłby jeszcze czytać to co napisałam. Pewnie w pośpiechu odhaczyłam jakąś zgodę.
– Widzisz, nauczka, zawsze czytaj co podpisujesz, chociaż tym razem opłaciło się. Niezależnie od tego, co zdecydujesz, jestem z ciebie dumny. Super sprawa z tym stypendium.

Siedzieli przez około godzinę, po czym brat spojrzał na zegarek i powiedział, że ma za 40 minut spotkanie z jakimś klientem. Pożegnali się na parkingu. Krótki uścisk dłoni, ostatni uśmiech, szybki pocałunek w policzek. Potem wsiadła do swojego Fiata, uruchomiła silnik i włączyła klimatyzację, która po chwili zalała wnętrze auta chłodnym powietrzem. Wyjechała powoli z parkingu. Nie zdążyła dobrze włączyć się do ruchu, kiedy telefon po raz pierwszy zawibrował. Filip. Odebrała od razu.
Mówił szybko, zmęczonym głosem, jak ktoś, kto dopiero co zdjął z ramion ciężar kilku godzin skupienia. Przepraszał, że niespodzianka nie wyszła — że naprawdę chciał być, ale dopiero co wyszedł z sali operacyjnej. Był jeszcze w fartuchu, jeszcze myślami przy pacjencie. Gratulował jej, trochę sucho, po swojemu, ale z wyraźną dumą ukrytą pod profesjonalnym tonem. Uśmiechnęła się, słuchając go, i powiedziała, że rozumie. Zawsze rozumiała albo przynajmniej starała się zrozumieć.
Kilka minut później zadzwoniła mama.
Tu było inaczej. Ciepło, wzruszenie, pytania zadawane jedno po drugim: jak było, czy się stresowała, czy ktoś zrobił zdjęcia, czy jest z siebie zadowolona. Paulina odpowiadała spokojnie, skrótowo, pozwalając matce mówić więcej. W jej głosie słychać było ulgę — jakby ten dyplom domykał coś ważnego nie tylko dla niej.
Gdy rozłączyła się na kolejnym skrzyżowaniu, telefon zadzwonił po raz trzeci.
Dziadek. Jego głos był spokojny, lekko zachrypnięty, jak zawsze. Pogratulował jej bez patosu, prostymi, żołnierskimi słowami. Powiedział, że są z babcią dumni. Że wiedzieli, że sobie poradzi i że teraz zaczyna się prawdziwe życie. To zdanie zostało z nią na dłużej. 

Jechała prawym pasem, równym i spokojnym tempem. Na kolejnych światłach, jeszcze zanim skręciła w stronę domu, sięgnęła po telefon i napisała krótką wiadomość:
Wpadniesz?
Odpowiedź nadeszła niemal natychmiast.
Będę za 20 minut.
Odłożyła telefon. Zatrzymała się przy sklepie i zrobiła szybkie zakupy. 
Spotkali się przed blokiem. W milczeniu wjechali windą na górę. Drzwi mieszkania otworzyły się z cichym kliknięciem. Weszła pierwsza do środka, rzuciła klucze na komodę, a potem bez słowa usiadła na sofie. Gestem zaprosiła Andrzeja, by podszedł bliżej. Sięgnęła po teczkę z dokumentami i wręczyła mu ją bez słowa. Andrzej otworzył ostrożnie, z namaszczeniem. Przebiegł wzrokiem po treści, zatrzymując się przy nagłówku z pieczęcią ambasady i logo DAAD. Westchnął z uznaniem.
– Gratuluję. To naprawdę ogromne wyróżnienie, Paulino.
Nie odpowiedziała. Spojrzała na niego cicho, lekko zmrużonymi oczami, w których tliło się napięcie całego dnia. Bez słowa uklęknął przed nią. Z wyczuciem zsunął jej buty. Jej stopy były zmęczone, ale nadal gładkie, zadbane. Zaczął powolny masaż – uciskał delikatnie, z troską, przesuwając kciuki. Przymknęła oczy, opierając głowę o zagłówek kanapy. Oddychała głęboko. Powoli. Pozwoliła sobie na rozluźnienie. Ciepło jego dłoni koiło napięcie. Było jej dobrze.
I wtedy właśnie, przerywając tę ciszę, powiedział cicho:
– Musisz tam jechać.
Otworzyła oczy. Spojrzała na niego zaskoczona, nie do końca rozumiejąc, co usłyszała. Uniosła lekko brwi.
– Co?
Spojrzał na nią z dołu – klęcząc, wciąż trzymając jej stopy w dłoniach.
– Do Niemiec, Paulino. Musisz tam pojechać. Nie możesz zmarnować tej szansy. Nie po tym wszystkim, co osiągnęłaś. Nie po tej pracy. Nie po tym, jak cię dziś nagrodzili i docenili.
W jego oczach nie było presji, tylko spokojna pewność. Przez ponad rok znajomości poznał ją dobrze. Czuł, że była stworzona do większych rzeczy i że czasami potrzebowała tylko, by ktoś jej to powiedział wprost.
– Może masz rację – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego. 
Patrzyła długo, uważnie, jakby próbowała dostrzec coś więcej niż tylko słowa, które wypowiedział. Poczuła w nim prawdziwe wsparcie, które nie próbowało jej zatrzymać dla własnego komfortu, ale popychało ją do przodu, ku temu, co najlepsze dla niej. On, wciąż klęcząc u jej stóp, mówił spokojnie:
– Jesteś młoda i piękna. Masz przed sobą cały świat. Naprawdę. Takie szanse nie zdarzają się często. To będzie twoja droga. Twoja przyszłość.
Odchyliła lekko głowę, opierając ją o kanapę, i zamknęła na chwilę oczy. W ciszy, która między nimi zapadła, kryło się tysiąc niewypowiedzianych słów. W końcu spojrzała na niego poważnie.
– A co z nami? – zapytała cicho.
– Twoja przyszłość jest teraz najważniejsza – odpowiedział bez wahania. – Jeśli chociaż trochę cię obchodzę, to zrozumiesz, że nie możesz być sentymentalna. Niemcy są blisko. To nie koniec świata. Będę mógł do ciebie wpadać co jakiś czas. Kiedy tylko będziesz chciała.
Patrzyła na niego, czując, jak narasta w niej mieszanka ulgi i smutku. Wiedziała, że mówi szczerze, że kocha ją na swój sposób – właśnie w ten, który nie zatrzymuje, nie więzi, ale daje wolność. Poczuła, że decyzja, która jeszcze godzinę temu wydawała się tak trudna i niemal abstrakcyjna, właśnie stawała się trochę łatwiejsza. Spojrzała na niego ciepło, z lekkim drżeniem w głosie powiedziała:
– Jesteś taki mądry i taki wyrozumiały.
Na moment zawahała się, a potem cicho dodała:
– Przytul mnie, proszę.
Nie potrzebował więcej słów. Wstał z klęczek i usiadł obok, obejmując ją ramieniem. Wtuliła się bez słowa, szukając spokoju i bezpieczeństwa, którego teraz najbardziej potrzebowała. W milczeniu spędzili kolejną godzinę. Andrzej głaskał ją powoli, z czułością, bawiąc się kosmykami jej jasnych włosów.
Po dłuższej chwili szepnął jej do ucha:
– Imponujesz. Piękna i mądra, najlepsza studentka germanistyki w Polsce. Jeszcze raz gratuluję.
Mocniej przycisnęła się do jego torsu, zamykając oczy i pozwalając sobie na tę zaskakującą chwilę czułości.
– A może psychologia? – powiedziała, bardziej do siebie niż do niego. – To mogłoby być całkiem interesujące.
Spojrzała uważnie, jakby szukała potwierdzenia, drobnego znaku, który pozwoliłby jej tę myśl osadzić w rzeczywistości. Przytaknął. Patrzył na nią — młodą, piękną, pełną wewnętrznego napięcia i ambicji — i wiedział, że jej miejsce jest tam, gdzie będzie mogła rozwinąć skrzydła. Nie tutaj. Nie przy nim. Nie w bezpiecznym, cichym świecie, który zbudowali.
Czuł, że ją straci. Może nie od razu, może bez dramatycznych gestów i gwałtownych pożegnań, ale był realistą. Widział tę przyszłość wyraźnie: odległość, nowe życie, nowe możliwości. Wiedział też, że relacja na dystans — przy intensywności i pasji, które w niej zawsze dostrzegał — nie przetrwa próby czasu.
A jednak, zamiast próbować ją zatrzymać, zamiast budować wokół niej mur, który miałby ochronić go przed bólem, podjął inną decyzję. Zrozumiał, że musi ją wspierać. Że prawdziwa miłość nie polega na zatrzymywaniu kogoś przy sobie, lecz na dawaniu mu przestrzeni do wzrostu — nawet jeśli ceną będzie samotność.
Była od niego młodsza o ponad dwadzieścia lat, a mimo to zdumiewająco dojrzale rozumiała siebie i świat. Jej uroda nie była jedynie powierzchowna; miała w sobie wewnętrzny blask, który przyciągał uwagę i nie pozwalał o niej zapomnieć. Była zdolna — nagrodzona praca licencjacka była tylko jednym z wielu dowodów. Była inteligentna w sposób rzadki: nie błyskotliwy i efektowny, lecz głęboki, refleksyjny, uważny na niuanse.
Był wdzięczny. Za każdy dzień, który mu podarowała. Za rok wspólnej wędrówki przez marzenia, pragnienia, wzloty i upadki. Za czas, który zmienił go głęboko i nieodwracalnie. Przypominał sobie długie wieczory rozmów — o wszystkim i o niczym — jej śmiech, jej milczenie, i to, że mógł być obok. Przypominał sobie też chwile, gdy potrafiła być zaskakująco twarda; gdy z delikatności wyłaniała się stanowczość, której nie dało się zignorować. W tych momentach czuł, że żyje — obecny, świadomy siebie, a zarazem całkowicie oddany. Biła zaskakująco mocno jak na tak piękną i delikatną istotę. Nie oszczędzała go — uderzenia były, ciężkie i bolesne, ale jednocześnie pojawiała się dziwna, trudna do nazwania przyjemność. Napięcie opadało, myśli się wyciszały, a on czuł, że właśnie tego potrzebował.
To doświadczenie było dla niego jak katharsis — powolne oczyszczenie z pychy i fałszywej pewności siebie. Z czułą surowością przeformowała jego dumę w coś prostszego i prawdziwszego: w pokorne oddanie. Każdy ślad, każde napięcie, każdy trudny moment miał swoje miejsce; wszystkie razem ukształtowały go nie mniej niż czułość i bliskość.
Wiedział, że gdy odejdzie, pozostanie mu nie tylko tęsknota, lecz także głęboka wdzięczność za wszystko, czego dzięki niej się nauczył.
Teraz, siedząc obok siebie na sofie, gdy delikatnie przesuwał palcami po jej włosach, czuł, jak czas zwalnia. Jeszcze przez chwilę mogli być tu — ona przy nim, on przy niej.

Zamknęła oczy, oddychała spokojnie. Ta chwila należała do nich. Ostatnia bezpieczna przystań, zanim fale życia rozniosą ich ku odległym brzegom.

---

Został do późnego popołudnia. Czas płynął powoli, bez planu, jakby oboje chcieli zatrzymać go jeszcze na chwilę. W pewnym momencie, niemal mimochodem, Paulina powiedziała, że jednak pójdzie na tę imprezę ze znajomymi z roku. Poprosiła go o podwiezienie, do centrum — czerwcowy wieczór był ciepły, ale szpilki nie wybaczają zbyt długich spacerów. Przygotowali szybko coś do jedzenia. Sałatka w stylu greckim, tracąca świeżość bagietka, wspólna chwila przy stole. Poprosiła go aby pozmywał naczynia i poszła pod prysznic. Kiedy wyszła z łazienki, była już myślami gdzie indziej. Sięgnęła po bieliznę — elegancką i prostą. Gładkie linie, dobre proporcje, nic zbędnego. Do tego pończochy: cienkie, czarne, miękko oplatające nogi. Zakładała je spokojnie, bez pośpiechu, jakby ten rytuał porządkował myśli. Usiadła przy lustrze i zrobiła makijaż — odrobinę mocniejszy, wieczorowy. Oczy zyskały głębię, usta wyraźniejszy kolor. Spojrzenie stało się bardziej zdecydowane.
Wybrała czarną, dopasowaną sukienkę sięgającą przed kolano. Odsłonięte ramiona i prosty dekolt dodawały jej elegancji. Założyła szpilki — również prezent od niego — smukłe, wysokie, idealnie wyważone i narzuciła czarną ramoneskę. Była gotowa. Weszła do pokoju.
Gdy tylko ją zobaczył, podszedł i bez słowa uklęknął. Spojrzał w górę, a w jego twarzy było coś pomiędzy podziwem a uległością.
– Jesteś zabójczo piękna – powiedział cicho.
Nie odpowiedziała od razu. Stała przed nim, pozwalając, by chwila się przeciągnęła. Potem poruszyła stopą — ledwie, jakby przypadkiem — muskając czubkiem szpilki jego krocze, sprawiając, że jego oddech na moment się urwał.
– Jak długo? – zapytała spokojnie.
– Trzy tygodnie – odpowiedział bez wahania.
– Trzy tygodnie… – powtórzyła, przeciągając słowa, z wyraźnym uznaniem w głosie. – Pięknie.
Nachyliła się odrobinę, tak, by znalazł się bliżej jej kolan, bliżej jej zapachu, jej obecności.
– Już niedługo coś z tym zrobimy. 
Roześmiała się krótko, nisko — dźwięk był miękki, ale obietnica w nim zawarta nie pozostawiała wątpliwości. Znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że to, co zapowiadała, nie będzie łatwe. I właśnie dlatego poczuł dreszcz.
Cofnęła stopę, poprawiła ramoneskę i spojrzała na niego z góry, jakby już myślami była gdzie indziej.
– Wstawaj – powiedziała łagodnie. – Nie chcę się spóźnić.

-----


Rozdział XXIII - Kamil czyli tu i teraz


Sopot, czerwiec 2009

Andrzej podwiózł ją w okolice kościoła św. Jerzego — tam, gdzie wszyscy umawiali się w Sopocie. Nawet ich pierwsze spotkanie zaczęło się właśnie tutaj, zupełnie zwyczajnie, nieśmiało zapowiadając to, co miało przyjść później.
Zatrzymał samochód przy krawężniku. Pochyliła się ku niemu i pocałowała go w policzek — krótko, ciepło, z tą naturalnością, która zawsze go rozbrajała. Ujął jej dłoń i ucałował.
Wysiadła. Gdy przechodziła przez ulicę, spojrzał jeszcze raz. Zobaczył jej nogi — długie, zgrabne, w czarnych pończochach, zakończone eleganckimi szpilkami. Poczuł jednocześnie wdzięczność i smutek. Był szczęśliwy, że ją zna i boleśnie świadomy, że zbyt wyraźna różnica wieku, zawsze będzie swego rodzaju przeszkodą, że nigdy nie będą razem w tym prostym, oczywistym sensie, że nigdy nie będzie myślała o nim jak o mężczyźnie, potencjalnym partnerze, zawsze będzie tylko jej uległym, niewolnikiem. 
Westchnął głęboko, wrzucił bieg i odjechał, nie szukając już jej odbicia w lusterku wstecznym.

Paulina dołączyła do koleżanek. Były uśmiechy, szybkie objęcia, pierwsze komentarze o miejscu i planach na wieczór. Z każdą minutą pojawiały się kolejne osoby. W końcu przyszedł też Kamil. Zobaczył ją od razu i podszedł.
– Wyglądasz naprawdę pięknie – powiedział, mierząc ją spojrzeniem. – Klasa, styl. Cała ty.
– To impreza na koniec studiów – odparła. – Szkoda, że dopiero teraz to zauważyłeś.
– Lepiej późno niż wcale – rzucił szybko. – Poza tym przecież to jeszcze nie koniec. Przed nami magisterka.
– Raczej nie – odpowiedziała spokojnie. – Skorzystam z tego stypendium.
Na moment zamilkł, ale tylko na moment.
– To jeszcze lepiej – stwierdził z uśmiechem. – Ambitne i piękne dziewczyny są najbardziej interesujące. I najbardziej pociągajace.
Spojrzała na niego uważnie, ale już nic nie odpowiedziała.  Ktoś rzucił hasło, że wszyscy już są i można iść. Grupa ruszyła w stronę jednego z sopockich klubów.

W środku było głośno i ciasno. Światła pulsowały w rytm muzyki, bar oblepiony był ludźmi, a powietrze mieszało zapach piwa, perfum i ciepła nagromadzonego po całym dniu. Zajęli miejsce przy długim stole, ktoś od razu zamówił piwa, na blacie wylądowały miseczki z orzeszkami i frytkami.
Kamil  od pierwszej chwili trzymał się blisko. Siedział tuż obok, pochylał się, żeby coś powiedzieć, przyniósł jej piwo, jakby naturalnie należało to do jego roli. Nie był nachalny, raczej konsekwentny — zawsze gotów włączyć się w rozmowę.
Paulina rozmawiała z Anetą i Kasią, śmiejąc się z komentarzy o wykładowcach, o absurdach ostatnich zaliczeń, o tym, kto jak wyglądał dziś na odbiorze dyplomów. Kamil co chwilę dorzucał coś od siebie, a gdy poszedł do baru Paulina pochyliła się do koleżanek.
– Zróbcie z nim coś. Przyczepił się jak rzep.
Aneta parsknęła śmiechem.
– Daj spokój, fajny chłopak – rzuciła. – Może nie geniusz intelektu, ale niejedna by skorzystała.
– Dokładnie – dodała Kasia, sięgając po frytkę. – Może nie jest jakoś wyjątkowo ogarnięty, ale na pewno przystojny i wie, czego chce. No i jeździ fajnym Audi. Pewnie rodziców, ale zawsze.
– To śmiało, dziewczyny. Korzystajcie. Schrupcie to ciacho.
Obie spojrzały na siebie i wybuchnęły śmiechem.
– My byśmy chętnie, ale wiesz, mamy już chłopaków.
– A wiecie, jak błysnął na ćwiczeniach z gramatyki na trzecim roku? W zdaniu podrzędnym postawił czasownik w środku, jak w polskim. Prowadząca aż przerwała i zapytała, czy robi sobie z niej żarty.
– To naprawdę są podstawy – dorzuciła Aneta. – Tego uczą przecież na pierwszym semestrze.
– Zdarza się – odezwała się Paulina spokojnie. – Każdemu. Ja ostatnio namieszałam coś w zdaniu z „weil”. Musiałam trzy razy przeczytać, zanim wyłapałam to.
Kasia spojrzała na nią uważnie.
– O proszę. 
– Co? – zapytała Paulina.
– Nic. Po prostu, bronisz go.
– Nie jego. Tylko faktu, że nawet na trzecim roku można czasem walnąć się.
– Jasne, jasne.
Zaczęły się śmiać.
– Paulina, serio – dodała Aneta – jak ktoś robi taki błąd, a ty od razu go usprawiedliwiasz, to już jest pierwszy symptom.
– Wy naprawdę wszędzie widzicie podteksty.
– Bo wszędzie są, jesteście sobie po prostu przeznaczeni .
– Uważaj, bo jeszcze chwila i sama uwierzysz, że tu coś iskrzy.
Paulina pokręciła głową.
– Wy macie zdecydowanie za dużo wyobraźni.
– A ty za mało dystansu. Poza tym chyba jesteś wolna, co? 
Paulina przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się mimo woli.
– Powiedzmy, że jestem – powiedziała. – Ale to niczego nie zmienia.
– Jak to niczego? – Aneta aż uniosła się na krześle. – To zmienia wszystko.
– No właśnie. Przynajmniej teoretycznie.
– Teoretycznie to ja mogę jutro zostać supermodelką. A w praktyce, raczej nie bardzo, bo zaraz mi powiedzą, że jestem za niska i za płaska nawet jak na modelkę.
Aneta nachyliła się bliżej, wyraźnie rozbawiona.
– Dobra, dobra. Skoro jesteś wolna, to wracamy do tematu Białki. A za niska nie jesteś, dziwne że nikt dotąd nie zaprosił cię na wybieg w Paryżu. Cycki też masz, małe ale fajne.
– Z tą Białką to nie fair – jęknęła Paulina. 
– Dziś wszystko jest fair. Ten Jędrek robił na twój widok tak maślane oczy, że śnieg szybciej topniał.
– Nie zauważyłam. A poza tym taka była jego rola instruktora: patrzeć uważnie.
– Tak, jasne – Aneta machnęła ręką. – A przy okazji ignorować wszystkie inne dziewczyny.
– Serio – dodała Kasia, rozkręcając się coraz bardziej. – Stał tylko przy tobie. Wszystko tłumaczył, wszystko poprawiał, wszystko. Bioderko bardziej w bok, kolanka niżej, ciężar tu, ręce tam, plecki inaczej. 
Aneta roześmiała się głośno.
– I ten jego głos – dorzuciła. – Spokojny, cierpliwy, zupełnie jakby nagle zapomniał, że ma jeszcze grupę.
– Dokładnie. Reszta dziewczyn wywracała się na stoku, a on nawet nie spojrzał. Cała uwaga skupiona na Paulinie. Jakby była jedyną osobą na zajęciach.
– Przesadzacie – próbowała zaprotestować, choć uśmiech zdradzał, że bawi ją ta opowieść.
– Wcale nie. Pamiętasz, jak nagle zrobił się specjalistą od warunków i stwierdził, że stok jest już lekko oblodzony, i że na takich fragmentach lepiej, żebyś pojechała z nim, bo wtedy ma cię pod kontrolą.
– Dokładnie. Oblodzenie dotyczyło oczywiście tylko trasy, na której była Paulina.
– Bardzo odpowiedzialny instruktor – uśmiechnęła się Aneta.
– Bardzo. Bezpieczeństwo ponad wszystko. Zwłaszcza Pauliny.
Paulina tylko pokręciła głową, ale rumieniec na policzkach mówił więcej niż słowa.
– To był po prostu miły facet – powiedziała, ale tym razem ciszej.
– Miły aż do przesady. Maślane oczy, pełne skupienie i zero zainteresowania światem poza tobą.
Aneta spojrzała na Paulinę znacząco.
– I jeszcze ten koncert ostatniego dnia. Przypadek?
Paulina uniosła szklankę.
– Tylko zbieg okoliczności – odpowiedziała, wymijająco.
– Jasne – Kasia uśmiechnęła się szeroko. – Bardzo romantyczny zbieg okoliczności. Poza tym… krążą plotki.
– Jakie plotki? – Paulina spojrzała na nią badawczo.
– Różne, na przykład że ostatniego dnia wróciłaś późno wieczorem.  I że byłaś z Jędrkiem nie tylko na koncercie.
Zapadła krótka cisza.
– To był koncert i spacer. Nic więcej.
– Jasne, jasne – Kasia uśmiechnęła się szeroko. – Spacer, koncert, późny powrót. Klasyka.
– Czyli jednak coś zadziało się – podsumowała Aneta z satysfakcją. – Szkoda, że nie było mnie w pokoju, kiedy wróciłaś. 
– Było… miło – przyznała Paulina. – I tyle. 
– Właśnie dlatego powinnaś się umówić z Kamilem. 
Paulina westchnęła, ale tym razem bez irytacji.
– Wy jesteście niemożliwe. Nie potrzebuję swatek. 
Dziewczyny wybuchły śmiechem. W tym momencie Kamil wrócił z baru, stawiając piwa na stole.
– Widzę, że ominęło mnie coś ważnego – powiedział. – Z czego się tak śmiejecie?
Jedna z dziewczyn spojrzała na niego i roześmiała się jeszcze głośniej.
– Z ciebie. Obgadywałyśmy cię.
– Powinienem się martwić? 
– To się okaże.
Kamil przeniósł spojrzenie na Paulinę.
– Chodź, potańczymy.
Wyciągnął rękę. Zawahała się, spojrzała na niego, potem na koleżanki. Obie uśmiechały się szeroko, z tym rodzajem satysfakcji, który nie pozostawia złudzeń. Zgodnie uniosły kciuki w górę.
Paulina westchnęła, odstawiła szklankę i wstała.
– Tylko ostrzegam – powiedziała, kiedy szli w stronę parkietu. – Ja naprawdę nie umiem tańczyć.
– To nic – odparł. – Serio. Wystarczy, że nie uciekniesz mi.
Parsknęła śmiechem, trochę wbrew sobie.
– Różnie z tym bywało.
Muzyka właśnie zwolniła. Kamil objął ją pewnie, bez szarpania, bez popędzania. Poprowadził ją kilka pierwszych kroków, spokojnie, jakby dawał jej czas. Początkowo była sztywna. Zbyt świadoma własnych ruchów, zbyt skupiona na tym, żeby czegoś nie zepsuć. Kilka razy zgubiła rytm, raz spóźniła krok, raz zrobiła ruch w drugą stronę.
– Okej, stop. Mówiłam, że to nie ma sensu.
– Spokojnie – odpowiedział. – To tylko taniec.
Nic więcej. Bez żartów, bez komentarzy. Po prostu prowadził ją dalej. Nadal się myliła, ale już coraz rzadziej, a kiedy robiła coś źle, on po prostu to korygował, prawie niezauważalnie.
– Lepiej? – zapytał w końcu.
– Trochę – przyznała.
Tańczyli dalej, w tłumie, w półcieniu, bez rozmów. Parkiet był ciasny, ktoś ich szturchnął ramieniem, ktoś przeszedł zbyt blisko, ale Paulina przestała to zauważać. Zorientowała się, że czuje się w jego ramionach zaskakująco dobrze. Pewnie. Spokojnie.
Jego dłonie trzymały ją stabilnie, dokładnie tam, gdzie trzeba — bez prób obmacywania. Prowadził ją tak, jakby wiedział, że właśnie tego się obawiała. Że taniec mógłby szybko zamienić się w coś nachalnego, niechcianego. Nic takiego się nie wydarzyło. Jego dotyk był obecny, wyraźny, ale neutralny w najlepszym możliwym sensie. Ani za słaby, ani za śmiały.
To ją rozluźniło bardziej niż muzyka. Przestała myśleć o tym, czy robi coś źle. Zamiast tego skupiła się na prostym rytmie, na tym, żeby nadążać za ruchem, który narzucało jej ciało Kamila. Zauważyła, że zaczyna oddychać spokojniej.
Kiedy utwór się kończył, nie cofnął się od razu. Zatrzymał się razem z muzyką.
– No widzisz – powiedział. – Przeżyłaś.
Spojrzała na niego i pokręciła głową.
– Nie wiem, czy to się liczy jako taniec.
– Na dziś wystarczy – odparł po prostu.
Odprowadził ją z powrotem do stolika, jakby to było zupełnie naturalne.
Dopiero wtedy dotarło do niej, że zrobił to zaskakująco szybko. Jeden taniec. Ani próby przedłużenia chwili, ani propozycji kolejnego utworu. Przez moment poczuła lekki niepokój, niemal ukłucie wątpliwości — czy było aż tak źle? Czy coś zrobiła nie tak, nie nadążyła, zepsuła rytm? To uczucie jednak szybko zaczęło mijać. Kamil nie zniknął. Przez resztę wieczoru był blisko — nie przyklejony, ale obecny. Siadał obok, czasem nachylał się, żeby coś powiedzieć, przyniósł kolejne piwo, pytał, czy wszystko w porządku. Nie proponował jednak kolejnego tańca. Ze zdziwieniem odkryła, że czuje lekki niedosyt. Chciałaby jeszcze raz i dziwnie się z tym czuła widząc go na parkiecie w towarzystwie innych.
W klubie robiło się jeszcze głośniej i jeszcze ciaśniej. Muzyka przybierała na sile, rozmowy trzeba było prowadzić krzykiem, a każde przejście między stolikami wymagało przeciskania się przez tłum. Siedziała słuchając kolejnych opowieści, śmiejąc się w odpowiednich momentach, ale czuła, że energia wieczoru zaczyna ją męczyć.
– Wiesz, że to chyba pierwsza impreza, na którą faktycznie przyszłaś? – rzuciła w pewnym momencie Aneta, wyraźnie już rozbawiona.
– Nie drąż już – odpowiedziała Paulina. – Przyszłam. To się liczy.
– Historyczny moment, wypijmy za to.
Paulina tylko pokręciła głową i podniosła szklankę. Chwilę później usiadło kilka osób, które wróciły z parkietu. Ktoś pogratulował jej stypendium, ktoś inny powiedział, że trzyma za nią kciuki i życzy powodzenia w Niemczech. Odpowiadała spokojnie, z dystansem, coraz bardziej czując, że chce już wyjść. Ten dzień był długi. Pełen emocji, rozmów, napięcia. Teraz potrzebowała ciszy.
Narzuciła ramoneskę, zarzuciła pasek torebki na ramię i rozejrzała się po klubie. Szukała Kamila. Zobaczyła go na parkiecie — tańczył z dwiema młodymi dziewczynami, których nie kojarzyła. Wyglądał jak w swoim żywiole, wciągnięty w rytm. Po chwili jednak uniósł wzrok i dostrzegł ją. Zatrzymał się, powiedział coś dziewczynom i ruszył w jej stronę.
Podszedł z wyraźnym zaskoczeniem w oczach.
– Już wychodzisz? – zapytał. – Tak szybko?
– Wracam do domu – odpowiedziała. – Jestem zmęczona. To był długi dzień.
– Rozumiem – powiedział, przyglądając jej się uważnie. – Może cię odprowadzę?
– Nie trzeba – odparła odruchowo. – Dam sobie radę.
– Serio? – uśmiechnął się lekko. – I tak myślałem, żeby się już zbierać.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Oczywiście, obtańcowując te małolaty – skomentowała sucho. – Idealny moment.
Zaśmiał się cicho.
– Naprawdę. Mam już dość hałasu.
Przez chwilę wahała się, ważąc tę propozycję w myślach. W końcu skinęła głową.
– Dobrze, to zbieraj się.
Kiwnął głową, szybko pożegnał się z kimś z roku, rzucił krótkie „na razie” w stronę parkietu. Wyszli razem, zostawiając za sobą pulsujące światła, muzykę i śmiech.
Na zewnątrz było chłodniej i ciszej. Paulina wciągnęła głęboko powietrze, z wyraźną ulgą. Hałas został za drzwiami. Muzyka przycichła, nocne powietrze było chłodne i wyraźne. Przez chwilę stali w milczeniu, jakby oboje potrzebowali tego krótkiego zawieszenia. 
– Masz ochotę przejść się na molo? – zapytał, po czym zerknął na jej nogi. – Tylko… dasz radę w tych zajebistych szpilkach?
Nie odpowiedziała. Zamiast tego podeszła do pobliskiej ławki, usiadła i otworzyła torebkę. Wyjęła z niej klasyczne, krótkie Conversy. Szybko zmieniła obuwie. Szpilki postawiła obok, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
Kamil patrzył na nią z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia. Wstała, wzięła buty do ręki i podała mu je.
– Nieś.
Złapał je odruchowo, obejrzał uważniej, obracając w dłoni.
– Gianvito Rossi – przeczytał powoli. – Pierwszy raz widzę tę markę, ale wyglądają na drogie.
– Bo były – odpowiedziała obojętnie, poprawiając ramoneskę.

Gdy weszli na molo, deski pod stopami zaskrzypiały cicho. Morze było ciemne i spokojne, a wiatr niósł lekki chłód, który porządkował myśli. Kamil nie spieszył się z rozmową.  
Dopiero gdy znaleźli się na końcu, Paulina zatrzymała się i oparła o barierkę. Spojrzała w ciemność, potem na niego.
– To bez sensu – powiedziała nagle.
– Co dokładnie? – zapytał spokojnie.
– To, co próbujesz osiągnąć. – Wzięła oddech. – Zdecydowałam, że jadę na studia do Niemiec. Nie chcę niczego na odległość. A jednorazową przygodą też nie jestem. Cokolwiek by… – urwała, zmieszana, jakby powiedziała o jedno zdanie za dużo.
– Cokolwiek by co?
– Nic – rzuciła szybko. – Takie tam plotki. Zapomnij.
– Jakie plotki? – zapytał, bez nacisku, raczej z ciekawością.
Machnęła ręką, próbując zbyć temat, ale po chwili parsknęła śmiechem.
– Dobra, nieważne. Podobno przeleciałam instruktora narciarskiego w Białce.
– Podobno, czy przeleciałaś?
– Oj no... to było głupie i prymitywne.
Kamil patrzył na nią uważnie.
– Nie jestem tu po to aby cię oceniać. I nie chcę niczego głupiego. Po prostu strasznie mi się podobasz. Jestes nie tylko piękna, jesteś też mądra i zdolna. To drugie pociąga mnie nawet jeszcze bardziej.
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Szkoda, że dopiero teraz to mówisz. Przez trzy lata jakoś mnie nie zauważałeś.
– Zauważałem – odpowiedział od razu. – Tylko byłem w związku. Od liceum. Dopóki byliśmy razem, nie podrywałem innych dziewczyn. To chyba normalne?
Skinęła głową.
– W porządku. Przepraszam. Oczywiście.
Zapadła krótka cisza. Kamil odchrząknął.
– A ty? Widziałem cię kilka razy z takim chłopakiem, z filozofii chyba?
– To już od roku nieaktualne.
Morze szumiało cicho. Stali obok siebie, nie dotykając się, a jednak bliżej, niż byli jeszcze godzinę wcześniej. Cisza wróciła — ale tym razem była inna. Zawrócili w stronę miasta.
W drodze powrotnej Kamil zaczął mówić więcej. Opowiadał o drobiazgach, o tym, że lubi morze i takie nocne spacery, że rozmowy są lepsze niż hałas klubu, że rzadko spotyka kogoś, z kim można po prostu iść i milczeć. Słowa układały się w coś przyjemnego, miękkiego, jakby próbował oswoić przestrzeń między nimi. Paulina słuchała, ale nie dawała się ponieść.
– To naprawdę nie ma sensu – przerwała w pewnym momencie. – Za niespełna cztery miesiące wyjeżdżam. Nie chcę się w nic angażować, nie teraz.
– Wiem – odpowiedział spokojnie. – Mówiłaś.
– I nie zmienię planów – dodała stanowczo. – To nie jest coś, co da się „zobaczyć, jak wyjdzie”.
– Nie próbuję nic zmieniać. Chcę tylko być tu i teraz. Z tobą. I później też. 
Nie odpowiedziała. Szli dalej. Kiedy przeszli przez tunel i mijali budynek sądu, delikatnie objął ją ramieniem. Przez Paulinę przeszedł lekki dreszcz — znała już to uczucie z parkietu. Ten sam spokój, to samo ciepło. Podobało jej się to. Nie dała jednak nic po sobie poznać. Nie przytuliła się, nie cofnęła. Po prostu pozwoliła temu trwać. Pod blokiem zatrzymała się i odsunęła.
– Naprawdę Kamil – powiedziała, patrząc mu w oczy. – Znajdź sobie jakąś fajną, miłą dziewczynę. Ja nie jestem dobrym wyborem. Skrzywdzę cię, bo nie zostanę. Nie zmienię zdania.
Skinął głową.
– Rozumiem – powiedział. – I dziękuję, że mówisz to wprost.
– To powinno wystarczyć.
– A jednak nie wystarcza – uśmiechnął się lekko. – Jestem tego świadomy. I mimo to chcę cię bliżej poznać.
Westchnęła ciężko.
– Będziesz tego żałował. Nie jestem kobietą, której potrzebujesz.
– Tego akurat nie możesz wiedzieć, nie wiesz jakiej kobiety potrzebuję.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, potem pokręciła głową. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.
– Jesteś strasznie uparty.
– Tak mówią. A ty jesteś piękna i zdolna.
Atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Paulina lekko nastawiła policzek. Kamil pochylił się i pocałował ją krótko, bez pośpiechu. Potem podał jej szpilki.
– Czyli nie powiedziałaś „nie”? 
– Nie powiedziałam też „tak”.
Uśmiechnął się.
Drzwi klatki schodowej zamknęły się za nią cicho, zostawiając go samego pośrodku nocy.

---

Następnego dnia, gdy słońce ledwie przedarło się przez poranne chmury, usiadła przy kuchennym stole z filiżanką kawy i wybrała numer do Manfreda Wirtza. Był jej gospodarzem podczas zeszłorocznego pobytu w Schwerinie. Przez tamten wakacyjny miesiąc zaprzyjaźniła się z nim i jego rodziną do tego stopnia, że utrzymywali w miarę częsty kontakt. Pan Wirtz odebrał niemal od razu.
– Guten Morgen, Paulina! – jego głos był jak zawsze ciepły i serdeczny. – Co za niespodzianka!
Opowiedziała mu wszystko – o wczorajszej uroczystości, o wyróżnieniu, o stypendium i o myśli, by rozpocząć studia magisterskie w Niemczech, na którymś z wydziałów psychologii.
– Ach, mein liebes Mädchen, gratuliere dir von Herzen! – zawołał radośnie. – Jestem z ciebie bardzo dumny! Takie stypendium to wielki zaszczyt i ogromna szansa. Pozwól, że zadzwonię do mojego starego przyjaciela, profesora Wessela, który od lat zajmuje się systemem akademickim. On będzie wiedział najlepiej, gdzie powinnaś pójść. Oddzwonię za godzinę, dobrze?
Podziękowała i rozłączyła się, czując lekkie napięcie w piersi. Nie mogła się doczekać odpowiedzi. Dokładnie po godzinie telefon zadzwonił. Odebrała natychmiast.
– Mam dla ciebie kilka opcji – powiedział wyraźnie podekscytowany. – Słuchałem uważnie profesora, pozwól, że ci zreferuję. Zacznę od Berlina. Uniwersytet Humboldta, czyli Humboldt-Universität zu Berlin, ma jeden z najlepszych wydziałów psychologii w całych Niemczech. Program jest bardzo nowoczesny, z silnym naciskiem na badania empiryczne i psychologię społeczną. Mają świetne kontakty międzynarodowe, wymiany, praktyki, no i Berlin to Berlin. Stolica, pełna życia, możliwości, kultury. Nawet koszty życia, choć wyższe niż w mniejszych miastach, będą do opanowania dzięki twojemu stypendium. A do Schwerina masz tylko nieco ponad godzinę drogi, będziesz mogła wpadać do nas na jakiś dobry obiad.  I do domu też blisko. Druga opcja to Lipsk. Również bardzo dobra uczelnia, jedna z najstarszych w Niemczech, z solidnym wydziałem psychologii. Program nieco bardziej teoretyczny niż w Berlinie, mniej nastawiony na nowoczesne trendy. Miasto spokojniejsze, tańsze do życia, ale też mniej dynamiczne, za to pełne zieleni. Dobre miejsce dla kogoś, kto szuka ciszy i stabilności. Trzecia możliwość to Hamburg. Wysoki poziom nauczania, zwłaszcza w dziedzinie neuropsychologii i psychologii klinicznej. Jednak koszty życia są tam znacznie wyższe niż w Berlinie, a uczelnia jest mniej kameralna. Ostatnia propozycja to  Ludwig-Maximilians-Universität w Monachium. Bardzo prestiżowy uniwersytet, fantastyczna kadra. Tyle że konkurencja jest ogromna, koszty życia ekstremalnie wysokie – naprawdę ekstremalnie – i wymagania wobec studentów bardzo surowe. Profesor Wessel powiedział wprost, że dla kogoś zaczynającego studia w Niemczech, to może być bardzo stresujące.
Zawiesił głos, po czym dodał z łagodnym śmiechem:
– Mój skromny wniosek? Berlin to najlepszy wybór. Blisko domu, blisko nas. Dynamiczne środowisko, doskonała uczelnia i świetne możliwości na przyszłość. Zresztą, to miasto pasuje do ciebie. Jesteś ambitna, otwarta i inteligentna. W Lipsku mogłabyś się nudzić, w Hamburgu zagubić, a w Monachium – zmęczyć wyścigiem szczurów. W Berlinie możesz naprawdę rozkwitnąć. Słuchała w milczeniu, ale w jej sercu kiełkowało poczucie ekscytacji. Berlin. Brzmiało to tak naturalnie, tak pociągająco.
– Dziękuję, panie Wirtz – powiedziała cicho, gdy skończył. – Dziękuję za wszystko.
Wiedziała już, że decyzja zapadła – choć jeszcze nie wypowiedziała jej na głos. Nie zamerzała roztrząsać zbyt długo tej sprawy. Berlin był oczywistym wyborem – najbliżej, najlepsze możliwości, najszybsze połączenie z domem. Zdecydowała niemal od razu, kierując się pragmatyzmem i intuicją. Teraz pozostawało tylko poinformować o wszystkim rodziców.
Zadzwoniła do domu późnym popołudniem. Rozmowę zaczęła spokojnie, niemal rzeczowo, jakby chciała najpierw sama usłyszeć własne słowa na głos. Powiedziała mamie, że podjęła decyzję — że chce kontynuować studia w Berlinie, że to dla niej wielka szansa i że na pewno poradzi sobie.
Przez krótką chwilę po drugiej stronie panowała cisza. Potem mama pogratulowała jej ciepło, bez przesadnego entuzjazmu, ale z wyraźnym wsparciem. Mówiła, że cieszy się z jej wyboru, że Berlin to duże miasto i duża szansa, a ona jest wystarczająco mądra i pracowita, by sobie poradzić. Paulina od razu wyczuła ten dobrze znany ton — opanowany, spokojny, pełen zaufania. Mama nigdy nie próbowała zatrzymywać jej decyzji emocjami.
Po chwili do telefonu podszedł ojciec. Usłyszała charakterystyczne szuranie i jego głos, niezmiennie zwracający się do niej tym samym zdrobnieniem, którego używał od zawsze. Powtórzyła mu swoją wiadomość, dodając, że w Berlinie zamierza studiować psychologię.
Zareagował po krótkiej pauzie. Powiedział, że się cieszy, naprawdę się cieszy — choć Paulina bez trudu wychwyciła w jego głosie nutę smutku i niepokoju. Poczuła lekki ścisk w sercu. Wiedziała, że dla niego to nie jest łatwe. Byli blisko, a ona, mimo dorosłości, wciąż pozostawała w jego oczach małą córeczką.
Starała się więc go uspokoić. Tłumaczyła, że to tylko Berlin — sześć godzin pociągiem albo samochodem, zaledwie godzina samolotem. Mówiła lekko, niemal żartobliwie, żeby zdjąć z tej decyzji ciężar rozstania.
Ojciec przyznał jej rację, westchnął i powiedział, że po prostu tak już jest — dziecko zawsze zostaje dzieckiem. Obiecała, że będzie dzwonić, przyjeżdżać, że oni też mogą ją odwiedzać. Odpowiedział cicho, że trzyma ją za słowo. Kiedy odłożyła telefon, przez dłuższą chwilę siedziała bez ruchu, patrząc przez okno na ciepły, czerwcowy wieczór. Czuła jednocześnie ekscytację, niepokój i ulgę. Decyzja została wypowiedziana na głos, przyjęta i oswojona. Nowy etap był już bardzo blisko.
Wieczorem wysłała jeszcze krótką wiadomość do uczelni w Berlinie, potwierdzając swoją gotowość do podjęcia nauki i prosząc o wskazówki.

---

Rano, podczas ubierania się, usłyszała dzwoniący telefon. Spojrzała na ekran – numer był nieznany, ale zaczynał się od niemieckiego kierunkowego. Odebrała. Głos w słuchawce należał do kobiety, brzmiał ciepło i profesjonalnie.
– Dzień dobry, czy rozmawiam z Panną Pauliną Ritter?
– Tak, przy telefonie – odpowiedziała Paulina.
– Dzwonię z sekretariatu Wydziału Psychologii. Chciałam serdecznie pogratulować zdobycia stypendium rządowego i decyzji o studiowaniu właśnie u nas w Berlinie. To dla nas wielka radość mieć wśród studentów kogoś z takimi osiągnięciami. Poczuła lekkie ukłucie dumy. Kobieta kontynuowała:
– Chciałam także krótko opowiedzieć, jak będą wyglądały studia. Program magisterski z psychologii trwa cztery semestry, czyli dwa lata. Studenci kończą go napisaniem pracy magisterskiej, a wcześniej muszą zaliczyć serię obowiązkowych i fakultatywnych kursów z zakresu psychologii klinicznej, społecznej, rozwojowej oraz metodologii badań. Ponieważ Pani licencjat dotyczył filologii, konieczne będzie uzupełnienie podstaw psychologii. Zaproponujemy Pani indywidualny plan, który obejmuje kilka dodatkowych kursów wyrównawczych w pierwszym semestrze. Nic nadzwyczajnego – wielu studentów z interdyscyplinarnych kierunków rozpoczyna studia w ten sposób. Paulina odetchnęła w duchu. Obawiała się komplikacji, ale wszystko brzmiało rozsądnie.
– Wyślemy do Pani maila z ankietą personalną, którą należy wydrukować, wypełnić ręcznie i odesłać do nas pocztą tradycyjną. To nasza standardowa procedura rekrutacyjna.
Podziękowała serdecznie za rozmowę i odłożyła telefon. Przez chwilę siedziała w ciszy, wsłuchując się we własne myśli, z wyraźnym poczuciem, że coś w jej życiu zaczyna się przesuwać na nowe tory. Berlin przestawał być abstrakcyjnym planem, a stawał się namacalną perspektywą. Czekały ją nowe wyzwania — inne studia, nowi ludzie, zupełnie nowy porządek codzienności. Zamiast lęku czuła jednak spokój. Była gotowa.
Już kilka minut po otrzymaniu maila, nie chcąc tracić ani chwili, otworzyła załączoną ankietę i kliknęła „drukuj”. Odpowiedzi miały być formalnością — jednym z tych drobiazgów, które załatwia się od ręki. Zamiast tego drukarka wydała z siebie niepokojący, metaliczny chrobot. Po sekundzie na panelu zapaliły się kontrolki: jedna pulsująca na czerwono, druga na żółto. Urządzenie zapiszczało jeszcze raz, jakby protestowało, po czym całkowicie odmówiło posłuszeństwa.
– Nie teraz… – mruknęła pod nosem.
Podeszła bliżej, szybciej, niż zamierzała. Otworzyła pokrywę, sprawdziła papier, wyszarpnęła pojemnik z tuszem i włożyła go z powrotem, tym razem mniej delikatnie. Wyłączyła drukarkę, włączyła ponownie. Nic. Lampki nadal migały z uporem, jakby urządzenie robiło jej na złość.
– Verdammter Mist… – zaklęła cicho, automatycznie przechodząc na niemiecki.
Przez krótką chwilę stała nieruchomo, z rękami opartymi o biurko, po czym sięgnęła po telefon. Wybrała numer Dawida.
– Hej, mam problem – zaczęła od razu, szybciej, niż zwykle mówiła. – Muszę pilnie wydrukować dokumenty dla uczelni w Berlinie, a moja drukarka właśnie padła. Dasz radę?
– Jasne Pauli, wyślij mi plik na maila, mamy przecież drukarkę w kancelarii…
– Super, zaraz wysyłam i jadę – przerwała mu.
– Tylko pocze—
Nie dała mu dokończyć. Już wysyłała załącznik na jego służbowy adres, jedną ręką szukając kluczyków. Zarzuciła na siebie lekką kurtkę, chwyciła torebkę i niemal wybiegła z mieszkania.
Fiat stał zaparkowany tuż przed domem. Wsiadła, wrzuciła bieg i ruszyła dynamicznie w stronę Gdańska. Myśli pędziły szybciej niż samochód — lista spraw, terminów, maili do odhaczenia. Droga minęła jej zaskakująco sprawnie; mimo sporego ruchu uniknęła większych korków. Wrzeszcz przywitał ją rzędem odnowionych budynków i przystrzyżonych drzew, ciągnących się wzdłuż ulicy. Kancelaria, w której Dawid pracował jako aplikant adwokacki, mieściła się na pierwszym piętrze solidnej, przedwojennej kamienicy. Zaparkowała tuż przy chodniku, poprawiła torebkę na ramieniu i szybkim krokiem weszła do środka. Stare, drewniane schody skrzypiały pod każdym krokiem; zdarta balustrada nosiła ślady dziesiątek lat codziennego użytkowania.
Zatrzymała się przed masywnymi drzwiami z mosiężną tabliczką: „Kancelaria Adwokacka Sobieski, Markiewicz i Partnerzy”.
Zapukała krótko i weszła, wciąż czując lekkie napięcie w karku. Przywitała ją uśmiechnięta sekretarka w eleganckim, granatowym żakiecie.
– Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc? 
– Przyszłam do mojego brata, Dawida Rittera, jest tu aplikantem – Paulina uśmiechnęła się uprzejmie.
– Pan Dawid ma właśnie spotkanie z klientem. Proszę usiąść, nie potrafię powiedzieć kiedy skończy. 
Skinęła głową i powiedziała, że poczeka. Panował lekki półmrok – ściany wyłożono boazerią, a przyciemnione światło sączyło się z eleganckich kinkietów. Kilka miękkich foteli i sofę w ciemnozielonym kolorze ustawiono wzdłuż ścian, a na stoliku w centrum leżały starannie ułożone czasopisma: „Prawo i Gospodarka”, „Palestra”, „Polityka”.
Usiadła na jednym z foteli. Czuła miękkie podparcie pod plecami i delikatny zapach lawendy, unoszący się w pomieszczeniu. Wzięła do ręki jedną z leżących gazet. Bez większego zainteresowania zaczęła przeglądać strony, zerkając od czasu do czasu w stronę zamkniętych drzwi. Nie wgłębiała się w treść artykułów – jej myśli błądziły już wokół Berlina, nadchodzących studiów i tego, jak bardzo zmieni się jej życie już za kilka miesięcy. Czuła narastające podekscytowanie. Zamknęła gazetę, kładąc ją na kolanach, i lekko przymknęła oczy, próbując wyciszyć myśli. Z zamyślenia wyrwał ją cichy dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś wyszedł z jednego z gabinetów i zatrzymał się na moment, spoglądając w stronę poczekalni. Paulina podniosła wzrok.
Wysoka brunetka patrzyła na nią z wyraźnym zaciekawieniem. Zanim zdążyła jednak zapytać, sekretarka odezwała się spokojnie:
– To siostra Dawida. Czeka na niego.
Brunetka skinęła głową i podeszła bliżej.
– Olga Sobieska – przedstawiła się, podając rękę. – Z tych Sobieskich.
Paulina uścisnęła jej dłoń, a w spojrzeniu pojawił się cień pytania.
– Z tych? 
– Tak. To kancelaria mojego taty.
W kobiecie było coś, co natychmiast przywoływało skojarzenie z brytyjską arystokracją — nie tylko w sposobie mówienia i oszczędnych gestach, ale też w wyglądzie. Ubrana była w dopracowany, biznesowy strój: prostą, idealnie skrojoną marynarkę i dopasowaną spódnicę w stonowanym kolorze. Ciemne, gładkie włosy miała starannie ułożone, odsłaniające jasną cerę i wyraziste rysy twarzy. Jej uroda była posągowa, chłodna, niemal klasyczna — taka, która nie potrzebowała dodatków, by robić wrażenie.
– Miło mi, Paulina – powiedziała.
– Również miło – odpowiedziała Olga, podając teczkę sekretarce. – Dawid jeszcze chwilę będzie zajęty. A może ja mogę ci w czymś pomóc?
– Obawiam się, że nie. Wysłałam mu dokument do wydrukowania. Drukarka w domu odmówiła współpracy.
– Coś pilnego?
– Formularz na uczelnię. Dostałam stypendium.
– Jakie stypendium? – dopytała, z wyraźnym zainteresowaniem.
– Rządu niemieckiego. Dla najlepszych studentów – powiedziała spokojnie, jakby mówiła o czymś zupełnie oczywistym.
Na twarzy Olgi pojawił się cień uśmiechu.
– Rozumiem – skinęła głową. – Bycie czempionami to chyba u was rodzinne.
Paulina uśmiechnęła się niepewnie, trochę zawstydzona tym podsumowaniem.
– Dawidowi może to jeszcze chwilę zająć – ciągnęła, zerkając w stronę korytarza prowadzącego do gabinetów. – Chodź ze mną na kawę. Na dole mają naprawdę dobrą. I najlepszy sernik w tej części miasta.
Paulina zawahała się tylko przez moment, po czym wstała z sofy.
– Chętnie – odpowiedziała.
Gdy sięgała po torebkę, dziewczyna spojrzała na nią uważniej.
– Dawid wspominał, że ma utalentowaną siostrę – powiedziała z lekkim rozbawieniem. – Ale nie wiedziałam, że przy okazji tak ładną. Sorry za bezpośredniość, ale taka już jestem.
Poczuła, jak na ułamek sekundy robi jej się ciepło na policzkach.
– Przesadza – odparła, ale uśmiech zdradzał, że komplement jednak ją ucieszył.
Ruszyły w stronę wyjścia, zostawiając za sobą cichy, uporządkowany świat kancelarii.
– Wracamy za kilkadziesiąt minut – powiedziała do sekretarki, która tylko przytaknęła, pochłonięta przeglądaniem dokumentów.
Zeszły po schodach na parter i wyszły na ulicę. Świeże powietrze czerwcowego dnia owiało ich twarze, niosąc zapach kwitnących kasztanów. Kilkadziesiąt metrów dalej, w parterze jednej z kamienic, znajdowała się niewielka cukiernia. Duże okna, kremowo-pastelowe wnętrze i witryna pełna ciast i tortów nadawały temu miejscu przytulny, niemal domowy charakter. Weszły do środka. Wewnątrz pachniało kawą, świeżym pieczywem i cynamonem. Olga od razu skierowała się do stolika przy oknie.
– Nie mam jeszcze swojego gabinetu – powiedziała z uśmiechem, rozpinając marynarkę i siadając na jednym z wygodnych foteli. – Jeszcze nie. Ale spokojnie, wszystko w swoim czasie. Muszę tylko w końcu skończyć tę pieprzoną aplikację. Jeszcze tylko rok.
Paulina zajęła miejsce naprzeciwko, opierając torebkę o nogę krzesła. Uśmiechnęła się, czując wreszcie, że może na chwilę złapać oddech. Zamówiły kawę i dwie małe porcje ciasta. Pachniało cudownie – kremowy ser, nuta wanilii, odrobina skórki cytrynowej. Jednak apetyt nie przyszedł od razu. Przez chwilę tylko patrzyła na deser, trzymając w dłoni widelec.
Jedz. Chyba nie boisz się, że przytyjesz? Dawid mówił, że biegasz.
–– Tak, biegam. Ale już przestałam trenować w klubie – odpowiedziała cicho, ostrożnie nabierając pierwszy kęs sernika. 
– Zdobyłam nawet srebrny medal na akademickich mistrzostwach polski.
– Srebrny? Gratulacje, brzmi zajebiście.
Paulina uśmiechnęła się krzywo.
– Właśnie w tym rzecz. Złoto wzięła dziewczyna, która, nie powinna była w ogóle startować. Jedna z uczelni sportowych wpisała zawodniczę z kadry na listę studentów. Przyjechała, pobiegła swoje i po sprawie. Nie miałam szans, po dwóch kilometrach widziałam już tylko jej plecy i cellulit na udach.
Olga odsunęła talerzyk i parsknęła cicho.
– No jasne. Zawsze się taka znajdzie. – Pokręciła głową. – To jest po prostu świństwo.  Albo mówiąc wprost: kurestwo. Współczuję ci, na pewno ciężko pracowałaś na to, a ktoś poszedł drogą na skróty tylko po to, żeby do zakurzonej uczelnianej gabloty wsadzić puchar. 
Paulina roześmiała się krótko. Podobało jej się to, że Olga nazywa rzeczy po imieniu
– Wtedy byłam wściekła i bezsilna – przyznała. – A potem pomyślałam, że może to był znak, żeby zamknąć ten rozdział. Biegać dalej, ale już tylko dla siebie, po lesie albo nad morzem.
– I bardzo dobrze – podsumowała Olga, sięgając po filiżankę. – Rób to co sprawia ci przyjemność.  A srebro… – spojrzała na nią uważnie – … przynajmniej było uczciwe. A co z tym stypendium?  
Paulina wzięła niewielki kęs ciasta. 
– To duża zmiana. Jeszcze niedawno nie planowałam niczego takiego.
– Najważniejsze, że masz odwagę. I że potrafisz wyjść poza to, co znane i bezpieczne. Większość ludzi całe życie siedzi na dupie w jednym miejscu i boi się ruszyć.

Po kawie wróciły na górę. Trafiły idealnie na moment, gdy Dawid odprowadzał klienta do drzwi. Zamienili jeszcze kilka zdań i uścisnęli sobie dłonie.
Mężczyzna odwrócił się i zobaczył siostrę stojącą obok koleżanki. Uśmiechnął się szeroko.
– No proszę – rzucił z rozbawieniem. – Widzę, że babskie konszachty już w toku. Poznałaś moją Pauli.
– Byłyśmy tylko na kawie – odpowiedziała spokojnie.
– Tylko? Jak Cię znam, to kawa była dodatkiem do sernika.
Spojrzał na Paulinę.
– A tobie chciałem powiedzieć, że mam spotkanie – dodał. – Ale nie dałaś mi skończyć.
– Wiem – przyznała. – Przepraszam. Byłam trochę w amoku.
Podał jej wydrukowaną ankietę i pozostałe dokumenty.
– Wszystko gotowe.
– Dziękuję. Naprawdę.
– Nie ma sprawy, Pauli.
Pochyliła się i pocałowała go w policzek. Potem zwróciła się jeszcze do Olgi.
– Dzięki za kawę. I za rozmowę. Fajnie było cię poznać.
– Powodzenia w Berlinie – odpowiedziała Olga.
Skinęła głową i poszła w stronę wyjścia. Opuściła kancelarię i zeszła po schodach, czując w sercu dziwną mieszaninę ekscytacji i niepokoju. Usiadła za kierownicą i zaczęła wypełniać dokumenty. Wpisywała kolejne dane starannie, linijka po linijce, jakby każdy znak przybliżał ją do nowego rozdziału życia. Gdy skończyła, upewniła się, że wszystkie dane są kompletne. Włożyła formularze do koperty. Spojrzała przez szybę na ulicę przed sobą – ciepłe, czerwcowe popołudnie, ludzie niespiesznie spacerujący w słońcu. Włączyła silnik, ostrożnie wyjechała na ulicę i ruszyła w stronę najbliższej poczty. Kiedy wchodziła do urzędu, trzymając w rękach kopertę, czuła, jak serce bije jej szybciej niż zwykle. W okienku podała przesyłkę, patrząc, jak urzędniczka nakleja na niej znaczki i stempluje datę. To była ta chwila. Westchnęła głęboko. Nie było już odwrotu. Gdy wychodziła z urzędu, zatrzymała się na moment na schodkach i spojrzała w niebo. Ciepły wiatr rozwiał jej włosy. Była gotowa.

-----

Trójmiasto, lato 2009

Wracała bez pośpiechu. W mieszkaniu było cicho, jeszcze jasno od popołudniowego słońca. Zsunęła buty przy drzwiach, potem skarpetki, rzucając je niedbale obok. Przeszła boso do salonu i opadła na sofę. Przez chwilę leżała nieruchomo, z rękami splecionymi na brzuchu, patrząc w sufit. Myśli krążyły niespiesznie, jakby nie chciały się jeszcze ułożyć w żadną decyzję. Telefon zabrzęczał nagle, wyrywając ją z tego półsnu. Spojrzała na ekran. Nieznany numer. Usłyszała głos Kamila.
– Skąd masz mój numer? – zapytała od razu, bez przywitania się.
Po drugiej stronie zapadła krótka pauza.
– Źródła nie mogę ujawnić. Ale obiecuję, że było legalne.
Westchnęła cicho.
– No dobrze. Czego chcesz?
– Sprawdzić, co u ciebie – powiedział spokojnie. – I czy nadal nie chcesz mnie widzieć.
– Ostrzegałam cię. Nie jestem kobietą dla ciebie.
– Wiem. Mówiłaś to bardzo wyraźnie.
To ją na moment zbiło z tropu.
– I…? Żadnych wniosków? – dopytała.
– I nic. To przecież nie znaczy, że nie mogę zapytać, czy masz ochotę pójść ze mną do kina.
Uniósła się na łokciu, wyraźnie oburzona.
– Do kina? Naprawdę?
– Tak. Do kina. Tylko i aż – powiedział cierpliwie. – Na film. Siedzi się w ciemnej sali, patrzy w ekran. Tyle. Nie zamierzam się oświadczać ale mogę kupić ci pop corn i colę.
– Brzmi podejrzanie niewinnie.
– Bo takie jest. Niczego więcej ci nie proponuję. Nie wciągnę cię w żadne historie, w każdym razie nie teraz. Po prostu film. Jeśli po nim stwierdzisz, że to był błąd, odwiozę cię do domu i zniknę.
Milczała przez chwilę. Słuchała jego głosu, spokojnego, pozbawionego nacisku. Zorientowała się, że napięcie, z którym odebrała telefon, zaczyna powoli ustępować czemuś innemu. Rozczuleniu. Może nawet cieniowi sympatii.
– Jesteś uparty – powiedziała w końcu.
– Raczej konsekwentny.
Uśmiechnęła się, choć nikt tego nie widział.
– Dobrze – westchnęła. – Kino. Nic więcej.
– Umowa stoi – odpowiedział natychmiast. – Obiecuję. W takim razie kiedy? Weekend?
– Nie – odpowiedziała od razu. – W weekend nie mogę. Mam już inne plany.
– To piątek – podsunął bez zawahania. – Pod wieczór.
– Dobrze. Piątek.
– Przyjadę po ciebie – dodał jeszcze, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
– Nie trzeba – zaprotestowała. – Naprawdę. Kino to nie wyprawa na koniec świata. Mam samochód i dojadę.
– Wiem. Ale i tak przyjadę.
– Kamil no… – zaczęła, już z wyraźnym zniecierpliwieniem. – Umawialiśmy się na film, nie na przejażdżkę.
– Umawialiśmy się na kino – poprawił ją łagodnie. – A kino zaczyna się wtedy, kiedy po ciebie przyjadę. 
Westchnęła. Znała już ten ton: bez nacisku, bez proszenia, ale z nieustępliwą konsekwencją.
– Jesteś niemożliwy – mruknęła.
– Podobno, tak mówią.
Przez chwilę milczała, jakby jeszcze próbowała znaleźć argument, który by go powstrzymał. Nie znalazła.
– Dobrze – powiedziała w końcu. – Przyjedź.
– O osiemnastej – dodał od razu.
– O osiemnastej. I wybierz jakiś fajny, luźny film. Bez dramatów.
– Obiecuję. Coś, przy czym można się pośmiać.
– I nie kombinuj. Łapy cały czas przy sobie – dorzuciła.
– Nawet nie zamierzam.
Rozłączyli się. Odłożyła telefon i przez moment siedziała w ciszy, z lekkim poczuciem kapitulacji i ekscytacji. Zwłaszcza ekscytacji.
---
Piątek od rana był nienaturalnie gorący jak nawet jak na czerwiec. Powietrze stało w miejscu, a słońce nie dawało żadnej ulgi. Paulina od początku dnia czuła lekkie napięcie — nie nerwowe, raczej to ciche, które pojawia się wtedy, gdy coś ma się wydarzyć, choć wciąż udaje się przed sobą, że to drobiazg.
Przed wyjściem wzięła szybki prysznic, a potem długo stała przy otwartym oknie, pozwalając skórze wyschnąć w ciepłym przeciągu. Wybrała krótką, letnią sukienkę — bardzo prostą, jasną, kończącą się wysoko nad kolanami. Była lekka, niemal bezwstydnie wakacyjna, idealna na taki wieczór. Nogi natarła cienką warstwą balsamu; skóra zyskała delikatny połysk, jakby wchłonęła trochę słońca. Na stopy wsunęła sandałki na obcasie — smukłe, z cienkimi paskami oplatającymi kostkę, stabilne, ale wyraźnie podkreślające linię nóg. Do tego niewielka torebka, a na ramię narzucona czarna ramoneska — na wypadek, gdyby wieczorem jakimś cudem zrobiło się chłodniej. Spojrzała w lustro jeszcze raz, poprawki nie były konieczne. Gdy zegar wybił osiemnastą, zeszła na dół. 
Kamil czekał, oparty o Audi TT Cabrio — niskie, sportowe, z otwartym dachem. Lakier miał głęboki, grafitowy kolor, który w ostrym świetle dnia przechodził niemal w czerń. Samochód wyglądał jak wyjęty z  folderu.
Odwrócił się, gdy ją zobaczył. Na moment zamilkł, jakby potrzebował chwili, by zebrać myśli.
– Perfekcyjna... nie tylko punktualność – powiedział w końcu, z tym swoim spokojnym uśmiechem.
– Fajny – przyznała, przeciągając ostatnią sylabę. – Ale uprzedzam: na auto mnie nie poderwiesz. Marne zagranie, serio. 
– Spokojnie. Na samochód w ogóle nie zamierzam – odparł. – To tylko środek transportu. Nic więcej. Poza tym nie mój.
– Jasne, kogo chcesz nabrać... – mruknęła, otwierając drzwi.
Ruszyli. Miasto było wciąż rozgrzane po całym dniu, a powietrze wpadające do wnętrza miało w sobie coś lepkiego, letniego. Kamil zerknął w bok, niby odruchowo, niby mimochodem. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej nogach.
Uda były smukłe, lekko opalone, skóra delikatnie połyskiwała od balsamu. Kolana — kształtne, wyraźnie zarysowane, takie, które przyciągają wzrok, nawet jeśli ktoś udaje, że patrzy gdzie indziej. Sukienka kończyła się wysoko, odsłaniając więcej, niż wypadałoby uznać za zupełnie przypadkowe. Jechali w stronę Gdyni z otwartym dachem, wiatr plątał jej włosy, niósł zapach morza i rozgrzanego asfaltu. Przez chwilę milczeli.
W końcu odezwał się spokojnie, jakby kontynuował myśl, której nie wypowiedział wcześniej.
– To nie jest tak, jak myślisz.
Spojrzała na niego kątem oka.
– A co niby mam na myśli?
Uśmiechnął się krótko, bez rozbawienia.
– Że jestem rozpuszczonym bachorem. Kiepskim studentem, który wszystko ma podane pod nos.
Zawiesił głos na moment, po czym dodał już bez ogródek: – Mam w dupie te studia. Chcę tylko papier i dobrze ogarnąć język. Przemęczę się jeszcze te dwa lata na magisterce i tyle.
Paulina nie odpowiedziała, więc mówił dalej.

– Ta naciągana czwórka z licencjatu? I co z tego. Tak naprawdę od dwóch lat pracuję u taty w firmie. Jest dealerem Audi. Kiedy wy kończyliście zajęcia, uczyliście się albo mieliście czas na swoje rzeczy, ja jechałem do salonu. Normalna robota. Sprzedaż, klienci, papierologia, odpowiedzialność. Wracałem do domu, jechałem na siłownię a potem padałem na ryj.
Przez chwilę słychać było tylko szum wiatru. Paulina nagle położyła dłoń na jego udzie, bez zastanowienia, odruchowo.
– Przepraszam – powiedziała cicho. – Znowu oceniłam cię pochopnie.
Pokręcił głową.
– Nie o to chodzi. Nie chcę współczucia. Lubię tę robotę. To moja pasja. Kocham samochody. – Spojrzał na nią krótko. – Chodzi tylko o to, żeby nie oceniać książki po okładce.
Uśmiechnęła się smutno.
– Wiesz, że robisz dokładnie to samo.
– Ja? – uniósł brwi.
– Wydaje ci się, że jestem grzeczną, miłą dziewczyną, która tylko się uczy i wszystko ma poukładane.
– I pięknie wygląda – wtrącił natychmiast.
Parsknęła śmiechem.
– Właśnie. Zawsze umiesz mnie rozbroić.
Po chwili spoważniała. 
– Ale prawda jest taka, że mam w sobie też coś zupełnie innego. Mroczniejszego. Takiego, co potrafi ranić ludzi. I naprawdę nie chcę skrzywdzić akurat ciebie.
Zwolnił nieznacznie, choć droga była pusta.
– Wiem, że wyjedziesz i serio, podziwiam cię za to. Ale czy naprawdę nie możemy choć na chwilę skupić się na tym, co tu i teraz? Jedziemy do kina. Jest ciepło. Jest dobrze. Czemu nie pozwolić sobie po prostu na ten moment?
Westchnęła ciężko i odchyliła głowę, pozwalając wiatrowi owiać twarz. Przez chwilę milczała, słuchając szumu kół i własnych myśli, które coraz trudniej było utrzymać w ryzach.
– Jesteś wredna – powiedział nagle.
– Słucham? – spojrzała na niego z udawanym zdziwieniem.
– Cały czas robisz wszystko, żeby mnie zniechęcić – ciągnął spokojnie. – Mówisz, że to bez sensu, że wyjeżdżasz, że nic z tego nie będzie. A potem ubierasz się tak, że każdy facet by wymiękł po pięciu minutach.
Uśmiechnęła się niewinnie, jakby naprawdę nie rozumiała, o co mu chodzi.
– Przesadzasz. To zwykła sukienka. Gorąco jest.
– Jasne – parsknął. – Zupełnie przypadkiem taka krótka.
– Nie wiedziałam, że mam aż taki wpływ na męską psychikę – powiedziała z powagą, której nie potrafiła do końca utrzymać.
– Właśnie w tym problem, że doskonale wiesz. Udajesz tę grzeczną dziewczynkę, a z mózgu robisz mi mielonkę.
Odwróciła wzrok w stronę drogi, pozwalając, by na ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech. 

Wieczór naprawdę się udał. Film okazał się lekki, inteligentny, dokładnie taki, jak obiecywał. Paulina śmiała się głośno, bez skrępowania, a Kamil co jakiś czas zerkał na nią z ukosa, jakby bardziej interesowała go jej reakcja niż to, co działo się na ekranie. Kiedy światła się zapaliły, miał wrażenie, że czas minął zbyt szybko.
– Nie kończmy tego jeszcze – zaproponował, gdy wyszli z kina. – Pojedźmy gdzieś.
Nie zaprotestowała. Gdy znów otworzył dach, zarzuciła ramoneskę, a on podał jej bejsbolówkę z logo Audi. Ruszyli przed siebie, bez planu, pozwalając, by droga sama ich poprowadziła. Miasto zostało za nimi, a światła robiły się coraz rzadsze. W Redzie skręcili w stronę Półwyspu.
Zatrzymali się w Rzucewie. Niewielki pomost wychodził cicho w ciemną wodę, a wokół panował spokój, przerywany tylko szumem morza i odległymi dźwiękami wieczora. Usiedli blisko siebie. Rozmawiali długo — o studiach, o wspólnych znajomych, o drobnych, zabawnych sytuacjach z zajęć, które teraz, opowiadane po czasie, brzmiały niemal jak anegdoty z innego życia.
W pewnym momencie Paulina zapytała, niemal mimochodem:
– Dlaczego właściwie rozstałeś się z tą dziewczyną, z którą byłeś tak długo?
Na chwilę zamilkł. W jego twarzy pojawił się cień, którego wcześniej tam nie było.
– Zdradziła mnie – powiedział w końcu. – Z moim dobrym kolegą. Byłym kolegą. Najlepszym...
Nie musiał dodawać nic więcej. Było widać, że to wciąż w nim siedzi. Przysunęła się bliżej, objęła go ramieniem i zaczęła powoli głaskać po karku. 
– Już się z niej wyleczyłem – odezwał się po chwili. – Ale blizna została. Chyba zawsze zostaje.
Spojrzał na nią uważnie.
– A ty? Czemu rozstałaś się z tamtym chłopakiem? Tym z filozofii.
Uśmiechnęła się krótko.
– Bo jestem złą kobietą, a on tego nie udźwignął. Nie rozumiał moich potrzeb. Może nawet nie chciał ich rozumieć. Nie chcę o tym mówić, nie teraz. To trudne.
Zapadła cisza, tym razem inna — cięższa, ale szczera. Nad wodą unosił się chłodniejszy wiatr. Siedzieli jeszcze trochę w milczeniu, aż rozmowa znów zeszła na lżejsze tematy. Kamil zapytał wprost:
– A jakie masz plany na wakacje?
– W niedzielę wyjeżdżam z rodzicami do Chorwacji. Na dwa tygodnie – odpowiedziała. Potem poszukam jakiejś pracy, pewnie tradycyjne wyląduje w jednym z nadmorskich barów. Mam już coś nagrane.
– Z rodzicami? – zdziwił się. – Nie mówiłaś, że jedziesz.
– Bo nie pytałeś – odparła bez wahania. – Poza tym to wyszło dość niespodziewanie. Oni i tak jechali i po prostu mnie zabiorą.
Skinął głową.
– A Mazury, ten wasz rejs z dziewczynami?
– Tym razem płyniemy we wrześniu.
Zamilkł na chwilę, po czym zapytał, jakby rozważał to na głos:
– Myślisz, że jak zapytam Anetę, to zgodzi się, żebym do was dołączył?
– Zawsze możesz zapytać – powiedziała. – Poza tym Aneta ma do ciebie słabość. Na pewno się zgodzi.
– Mam wrażenie, że mnie nie lubi.
– Nieprawda. Jest dokładnie odwrotnie. Chcesz, żebym sama do niej zadzwoniła?
– Nie trzeba – odpowiedział szybko. – Ogarnę to.
– Wierzę w ciebie.

Gdy zatrzymał się pod jej blokiem, zapytał:
– Zobaczymy się po twoim powrocie?
– Pa. Było miło. 
Wysiadła i ruszyła w stronę klatki schodowej, zostawiając go z brakiem odpowiedzi.

Po powrocie do domu była zmęczona. Zrzuciła ubranie, wzięła szybki prysznic i niemal od razu położyła się do łóżka. Telefon zawibrował w chwili, gdy gasiła światło.

Dziękuję za wieczór. Jesteś zajebistą dziewczyną.

Przeczytała wiadomość raz, potem drugi. Odłożyła telefon ekranem do dołu. Nie odpisała.

---

Następnego ranka upał nie odpuszczał ani na chwilę. Powietrze było ciężkie już od wczesnych godzin. Ubrała krótkie dżinsowe spodenki, prosty top na ramiączkach i klapki. Spakowała się bez pośpiechu, jakby wszystko było już ustalone od dawna.

Andrzej był po nią punktualnie o dwunastej. Droga na wieś zajęła im niecałe półtorej godziny. Rozmawiali niewiele; w samochodzie panował ten szczególny spokój, który pojawia się między ludźmi dobrze znającymi swoje role. Gdy dotarli na miejsce i rozpakowali rzeczy, Paulina podeszła do niego bez słowa. Andrzej spojrzał na nią uważnie.
– Twój uśmiech… – powiedział cicho. – Zawsze powoduje u mnie dreszcz.
– To dobrze, tak ma być. Zawsze.
Pochyliła się i wyszeptała mu do ucha jedno krótkie polecenie. Skinął głową i zaczął rozbierać się, 
Kiedy był gotów, Paulina sięgnęła po obrożę i smycz. Przez chwilę patrzyła w milczeniu, po czym powiedziała cicho:
– Chodź, piesku. Pójdziemy na mały spacer.
Chwyciła szpicrutę i ruszyli w głąb ogrodu, w skwarne, nieruchome popołudnie, w którym wszystko zdawało się podporządkowane jednemu rytmowi: jej krokom i jego posłuszeństwu.
Szli powoli. Paulina wyprostowana, spokojna. Głowę miała uniesioną, ramiona rozluźnione. Smycz trzymała luźno, ale wystarczało jedno krótkie szarpnięcie, by przypomnieć o jej obecności.
Andrzej poruszał się na czworakach, ostrożnie, z napięciem w barkach i szyi. Trawa uginała się pod jego dłońmi, ostre źdźbła wbijały w kolana. Musiał pilnować tempa — ani za szybko, ani za wolno. Zatrzymała się nagle. Postawiła stopę, wyprostowała nogę i lekko dotknęła szpicrutą linii swojego kolana.
– To jest twój punkt odniesienia – powiedziała spokojnie. – Nie wolno ci ani zostać z tyłu, ani wyprzedzić. Masz być dokładnie tu.
Przesunęła szpicrutę jeszcze raz i uderzyła go w pośladek. Skinął głową, nie podnosząc wzroku. 
Co kilka kroków szarpała smyczą — krótko, ostrzegawczo. Sprawdzała go. Gdy znalazł się odrobinę za bardzo z przodu, uderzenie spadło natychmiast. Gdy został pół kroku z tyłu — kolejne. Szybkie, suche, bez komentarza.
Z czasem napięcie w jego ruchach stało się bardziej widoczne. Starał się idealnie dopasować, obserwował jej nogę kątem oka. Każdy błąd był karany od razu, jednym lub kilkoma uderzeniami, a potem szła dalej, jakby nic się nie działo. Czasem tylko zerkała w dół, sprawdzając odległość. Szpicruta poruszała się leniwie w jej dłoni, cały czas gotowa do użycia. Smycz naprężała się i luzowała w równym rytmie ich marszu.
– Pilnuj się! – rzuciła krótko, gdy znów się pomylił.
Uderzenia spadły jedno po drugim. Andrzej zacisnął zęby, poprawił pozycję i wrócił dokładnie tam, gdzie kazała. Dłonie wbił mocniej w ziemię, plecy wyprostował na tyle, na ile potrafił. Tym razem udało mu się utrzymać linię przez kilka dłuższych kroków, jednak ani razu nie pochwaliła go choćby słowem.
Odważył się zerknąć w górę tylko na moment. Wystarczyło. Szła wyprostowana, lekka, swobodna. Wyglądała jak młoda dziewczyna na letnim spacerze — roześmiana, pełna energii. Jej nogi poruszały się miękko, sprężyście; smukłe, zgrabne, opalone. Klapki uderzały cicho o kamienie ścieżki, odsłaniając piękne stopy — czyste, zadbane, jakby zupełnie nie należały do tej samej rzeczywistości co on.
Top odsłaniał jej brzuch, lekko umięśniony, napięty przy każdym kroku. Ramiona miała wysportowane, silne, a jednocześnie kobiece. W słońcu wyglądała świeżo, niemal beztrosko. Uśmiechała się — szeroko, naturalnie — jakby wszystko było tylko zabawą.
Ten obraz uderzył go mocniej niż szpicruta.
Bo on był jej przeciwieństwem. Umęczony, nagi, na czworakach. Kolana piekły od kontaktu z ziemią, dłonie miał brudne, śliskie od potu i trawy. 
Jej głos, gdy wydawała polecenia, był ostry, krótki. Bez ciepła. Uderzenia szpicrutą bolały, a ciało reagowało na nie natychmiast. Ale mimo zmęczenia, mimo bólu, mimo upokorzenia, w środku czuł coś, czego nie potrafił nazwać inaczej niż spokojem. Był szczęśliwy. Bo każdy jej śmiech, każdy błysk w jej oczach, każde klaśnięcie w dłonie było dowodem, że robi to dla niej. Że spełnia swoją rolę. Że jeśli będzie wystarczająco uważny, wystarczająco posłuszny, zobaczy znów ten uśmiech na jej pięknej buzi. Zatrzymała się przy ścieżce, schyliła, podniosła patyk i rzuciła go przed siebie.
– Przynieś.
Zareagował natychmiast. Pobiegł szybciej, niż powinien. Gdy wrócił, patyk wypadł mu z ust u jej stóp. Roześmiała się głośno, dziewczęco, klaszcząc w dłonie. Rzuciła znowu. Dalej. 
Biegał, schylał się, wracał. Oddech stawał się coraz cięższy, plecy mokre od potu, ramiona drżały. A ona cały czas się śmiała — lekko, szczerze — jakby ten ogród był tylko miejscem zabawy, a on jej najwierniejszym psem.
Kiedy zwolnił, nie powiedziała nic. Po prostu uderzyła. Krótko, ostro. Szpicruta smagnęła skórę, zostawiając piekący ślad. Krzyknął z bólu, ale pobiegł dalej. Kolejny rzut, kolejny aport. Teraz już częściej czuł uderzenia. Każde było bolesne, precyzyjne. W końcu zatrzymała go ruchem dłoni.
– Dosyć.
Stał przed nią, z pochyloną głową, dysząc ciężko. 
W ustach wciąż trzymał patyk, oblepiony ziemią, ciężki, niewygodny. Ślina spływała mu po brodzie, ale nie myślał o tym. Myślał tylko o niej i o tym aby jak najlepiej wykonywać jej polecenia. Sięgnęła po wąż ogrodowy. Odkręciła kran, strumień uderzył go w tors. Lodowata woda odebrała mu na moment powietrze, przeszyła ciało jak igły. Cofnął się odruchowo.
– Nie ruszaj się.
Wrócił na miejsce natychmiast. Stał sztywno, gdy woda spływała po nim, po śladach uderzeń, po napiętych mięśniach. Zimno mieszało się z pieczeniem, pot z wodą. Polewała go chwilę, bez pośpiechu. Zakręciła zawór. Podeszła i przypięła mu do sutków metalowe krokodylki do zasłon. Andrzej syknął cicho. Stał nieruchomo, z zaciśniętą szczęką, ramiona miał napięte do granic. Każdy najmniejszy ruch ciała powodował ból.
Cofnęła się o kilka kroków. Wzięła bat. Sprawdziła go krótkim ruchem w powietrzu.
– Woda. Szklanka. Cytryna.
Nie dopytywał. Pobiegł natychmiast, każdy krok powodował szarpnięcia zacisków. Gdy wrócił, podał jej szklankę obiema rękami. Nie wzięła jej. Spojrzała na naczynie, potem na niego.
– Klęknij.
Kolana dotknęły chłodnych kamieni. Kazała mu wyciągnąć dłonie przed siebie. Posłuchał. Szklanka drżała lekko, ale trzymał ją pewnie. Obeszła go powoli. Zatrzymała się przed nim.
– Będę chciała się napić – powiedziała spokojnie. – Ale nie teraz.
Pauza była celowa. Ciężka.
– Jeśli wylejesz choć jedną kroplę to pożałujesz.
Klęczał, z wyciągniętymi rękami, skupiony wyłącznie na ciężarze szklanki i własnym oddechu. Każde drżenie mięśni było zdradą, każdy skurcz ciała — ryzykiem.
Cofnęła się o kilka kroków. Świst był cichy, ale wyraźny. Pierwsze uderzenie przyszło nagle. Wciągnął gwałtownie powietrze; plecy napięły się, ale dłonie pozostały nieruchome. Woda w szklance zadrżała, lecz nie uronił ani kropli.
Drugie uderzenie było wolniejsze, dokładniejsze. Trzecie — szybkie i podstępne. Każde z nich wymagało od niego pełnej kontroli nad własnym ciałem. Zęby miał zaciśnięte, ramiona drżały, ale ręce trwały w tej samej pozycji.
Obserwowała go uważnie. Nie mówiła nic. Wystarczało jej to napięcie, ten bezruch, ta walka, którą prowadził sam ze sobą — tylko po to, by spełnić jedno, proste polecenie. Szklanka pozostawała pełna.
Każde kolejne uderzenie było boleśniejsze od poprzedniego. Ból nie przychodził już falą, tylko zostawał — osiadał w ciele, rozlewał się szerzej, wdzierał pod skórę. Andrzej czuł, jak bat czasem owija się zdradliwie, trafiając tam, gdzie nie był gotów; jakby sam wybierał sobie drogę, zostawiając po sobie ostre, piekące linie. Oddech rwał się, plecy napinały, żebra protestowały przy każdym wdechu.
Szklanka w jego dłoniach zaczęła ważyć więcej niż powinna. Palce drżały coraz mocniej. Mięśnie przedramion paliły, ramiona sztywniały, a on skupiał się już tylko na jednym: utrzymać. Nie dopuścić do drgnięcia. Nie pozwolić, by woda poruszyła się choćby o milimetr.
Paulina zrobiła przerwę. Oddychał płytko, ostrożnie, bo każdy głębszy wdech rozciągał ból w klatce piersiowej. Czuł pot spływający po skroniach, czuł, jak kolana wbijają się w kamienie.
Podeszła. Bez pośpiechu wzięła szklankę z jego dłoni. Uniosła ją, upiła niewielki łyk, jakby sprawdzała smak, jakby to był zwykły letni napój. Potem oddała mu ją z powrotem.
– Trzymaj.
Znów wyciągnął ręce. Tym razem było trudniej. Mięśnie miały już dość, ciało było zmęczone i obolałe, a jednak posłuchał. Bat znów przeciął powietrze.
Każde uderzenie przyjmował jak próbę — sprawdzian, czy potrafi. Woda w szklance drżała coraz bardziej, a on walczył z własnym ciałem. Wiedział, że jest na granicy. Wiedział też, że musi wytrzymać. I wtedy zobaczył jej uśmiech.
Nie szeroki, nie głośny — krótki, cichy, skierowany tylko do niego. Stała przed nim piękna, spokojna, pewna siebie. Ten obraz trzymał go w całości. Dawał sens temu wysiłkowi, temu bólowi, temu skupieniu do granic.
Bat spadał dalej. Andrzej trwał. Szklanka pozostała w jego dłoniach. Wiedział, że dopóki widzi jej twarz, dopóty wytrzyma jeszcze jedno uderzenie. I jeszcze jedno.
Stała spokojnie, z lekko rozstawionymi stopami. Bat pewnie leżał w jej dłoni; nadgarstek pracował miękko, niemal bez wysiłku. Nie musiała się spieszyć. Miała czas. Dużo czasu.
Z każdym uderzeniem obserwowała zmiany — drobne, niemal niedostrzegalne. Sposób, w jaki wstrzymywał oddech. Jak jego ramiona twardniały, zanim jeszcze ból zdążył się w nim ułożyć. Jak ciało próbowało uciec, a zaraz potem wracało na miejsce, posłuszne woli silniejszej niż odruch.
To napięcie przechodziło na nią. Nie gwałtownie. Raczej jak ciepło, które narasta powoli, od środka. Czuła je pod skórą, w karku, w dłoniach. Na policzkach pojawił się rumieniec — suchy, wyraźny, nie do pomylenia z niczym innym. Oddychała głębiej, uważniej. Uderzyła mocniej.
Bat nie zawsze trafiał czysto. Czasem zawijał się, zmieniał tor, zostawiając po sobie czerwony ślad. Widziała, jak Andrzej reaguje — jak walczy, by utrzymać pozycję, jak skupia się na ciężarze szklanki, jakby od tego zależało wszystko. To było dokładnie to, czego chciała.
Zatrzymała się na moment. Nie po to, by mu ulżyć. Raczej po to, by spojrzeć. By zapamiętać. Klęczącego, napiętego, trwającego na granicy. Obraz był pełny, domknięty. Znów uniosła rękę. Było w tym coś pierwotnego, ale nie dzikiego. Raczej uporządkowanego. Naturalnego. Jakby dokładnie ten układ — ona stojąca, on klęczący — był jedynym, który w tej chwili miał sens.
– Boli? – zapytała nagle.
Uniósł wzrok na tyle, na ile się odważył. Oddech miał nierówny.
– Tak.
Nie dodał nic więcej. 
Paulina roześmiała się, jakby dokładnie na taką odpowiedź czekała.
– Właśnie to chciałam usłyszeć.
Sięgnęła po szklankę, napiła się powoli. Oddała mu ją z powrotem, wskazując miejsce. Zmieniła bat. Ten był krótszy ale cięższy. Uderzała nim inaczej — z góry na dół, pozwalając końcówce zostawiać długie cięcia na skórze. Ruchy były szybkie, oszczędne. Andrzej zaciskał zęby, wciąż skupiając się na jednym: nie upuścić szklanki. 
Kiedy skończyła, cisza opadła nagle, jak zasłona. Wzięła od niego wodę. 
– Połóż się – powiedziała.
Kamienna posadzka patio była chłodna. Położył się na brzuchu, uważając na klamry na sutkach, oddychając głęboko, pozwalając, by zimno kamienia powoli wchłaniało resztki napięcia. Ramiona opadły ciężko, dłonie rozluźniły się wreszcie bez wysiłku.
Wysunęła stopę z klapka i przesunęła po jego plecach. Była chłodna i gładka, zatrzymała ją na moment, jakby sprawdzała temperaturę.
– Ciepłe – powiedziała.
Dla niego ten chłód był czymś więcej niż ulgą. Był nagrodą. Świadomość, że to właśnie jej stopa dotyka jego pleców, wypełniała go spokojem, jakiego nie znał z żadnego innego doświadczenia. Oddychał wolniej, głębiej, pozwalając, by dotyk rozchodził się po nim, łagodząc ból, zbierając go z powrotem w całość.
Paulina przesuwała ją dalej — wzdłuż kręgosłupa, na boki, niżej, wyżej — zatrzymując się tam, gdzie skóra była najbardziej wrażliwa. Komentowała krótko, rzeczowo, jak ktoś oglądający efekt własnej pracy.
– Jest sporo śladów – zauważyła. – Ładnie się układają.
Przesunęła stopę jeszcze raz, wolniej.
– Piękny widok.
Zamknął oczy. Każdy ruch był dla niego potwierdzeniem: że został zauważony, że to, co zrobił, miało sens. Czuł chłód jej skóry, gładkość i wiedział, że właśnie w tej chwili niczego więcej nie potrzebuje.
Leżał nieruchomo, oddychając równo, z tą cichą, głęboką pewnością, że kolejny raz nie zawiódł. Że jego pani jest zadowolona.
A ona stała nad nim — spokojna, pewna siebie — piękna w tej ciszy, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa.
Zabrała stopę zostawiając po sobie chłód i pustkę.
– Pocałuj  – poleciła.
Posłuchał natychmiast. Leżał nieruchomo, czując kamień pod ciałem i własny oddech, który znów przyspieszył. Stanęła przed nim. Przez chwilę nic się nie działo. Potem zrobił ruch, instynktowny, niemal nieświadomy — przesunął się bliżej, jakby chciał dosięgnąć jej stopy.
Cofnęła się. Zmusiła go do wysiłku, do powolnego czołgania się po kamieniach, centymetr po centymetrze. Nie spieszyła się. Patrzyła. Dopiero po chwili zatrzymała się i pozwoliła mu zbliżyć się na tyle, na ile uznała za stosowne.
Miała na sobie lekkie, eleganckie klapki — cienkie paski układały się na stopach z prostą, wyrafinowaną precyzją. Paznokcie błyszczały głęboką czerwienią. Pozwoliła mu przez chwilę podziwiać. Dotknął ich ostrożnie, z szacunkiem, jakby bał się, że zaraz je zabierze. Szeptem wypowiedział słowo wdzięczności, ledwie słyszalne, ale szczere. Dla niego to wystarczało.
– Dobrze – powiedziała krótko.
Kazała mu uklęknąć. Usiadła w ogrodowym fotelu, swobodnie, z naturalną pewnością kogoś, kto jest dokładnie tam, gdzie powinien być. Spojrzała na niego z góry.
Rzuciła klucz. Upadł na kamień z suchym dźwiękiem. Zerknęła demonstracyjnie na zegarek.
– Masz minutę – powiedziała spokojnie. – Jeśli nie zdążysz, klatka wraca na miejsce.
Andrzej zesztywniał. Serce uderzyło mu szybciej, oddech stał się płytki, niespokojny. Czas nagle przestał być abstrakcyjny — miał wagę, tempo, nacisk. Palce drżały, gdy próbował je opanować. Myśli rwały się, przeszkadzały zamiast pomagać. Każdy ruch wydawał się za wolny, każdy błąd groził powrotem do punktu wyjścia.
Spojrzał na nią tylko raz. Siedziała, obserwując go z szyderczym uśmiechem. To go denerwowało najbardziej.
Gubił rytm, zaczynał od nowa. Pot na skroniach, napięcie w karku, sztywność ramion. Walczył z własnym ciałem, które reagowało tym gorzej im bardziej się spieszył. Sekundy uciekały.
– Szybciej, zostało piętnaście sekund – rzuciła krótko.
To go zebrało. Skupił się, zmusił ciało do posłuszeństwa, odciął wszystko. Ostatnie chwile były chaotyczne, niemal desperackie, ale wystarczyło. Wytrysnął na swoją dłoń, chciał wykonać jeszcze kilka ruchów ale uderzyła go szpicrutą. Zatrzymał się. Podniósł wzrok.
Parsknęła śmiechem. Najpierw cicho, potem głośniej, szczerze, nie kryjąc rozbawienia.
– No proszę – powiedziała. – Jednak potrafisz. Obliż teraz rękę.
Zawahał się tylko przez ułamek sekundy. Czuł na dłoni lepką ciecz. To było dla niego  upokarzające. Wykonał jednak polecenie, z poczuciem, że właśnie o to jej chodziło — o złamanie w nim resztki oporu.
Patrzyła na niego jeszcze chwilę. Rozbawienie powoli gasło, ustępowało spokojowi. Kiedy odezwała się znów, jej głos był już rzeczowy.
– Dobrze. Wystarczy.
Został tak, nieruchomy, z pytaniem w oczach. Nie musiał go wypowiadać. Uśmiechnęła się krótko.
– Już – powiedziała. – Możesz iść. Wykąp się i ubierz.
Podeszła bliżej i sprawnie zdjęła metalowe klamry. Dotyk był krótki, pozbawiony jakiejkolwiek czułości. Poczuł ból, gdy krew z powrotem napłynęła do sutków. 
Poszedł do łazienki. Spojrzał w lustro — plecy, pośladki, boki — gęsta mapa śladów, czerwonych i ciemniejszych, układających się w nieregularne linie. Stał przez chwilę w ciszy, oddychając spokojniej.
Wrócił po chwili. Zatrzymał się przed swoją panią, jakby czekał na znak. Spojrzała na niego krótko, rzeczowo, i założyła mu chastity. Pochylił się i pocałował jej dłoń.
– Jesteś niesamowita – powiedział cicho. – Potrafisz mną tak kierować, doprowadzać mnie dokładnie tam, gdzie chcesz. Sprawiasz, że balansuję na granicy i jeszcze dziękuję za to.
Paulina uśmiechnęła się lekko.
– To ja dziękuję – odpowiedziała spokojnie. – Jestem szczęśliwa dzięki tobie.
– Twoje szczęście bierze się z mojego cierpienia. To… absurdalne. I niewyobrażalne, że tak piękna kobieta potrafi być aż tak okrutna.
– To nie ma nic wspólnego z urodą – powiedziała. – Uroda jest tu tylko narzędziem. Przyznam, że bardzo przydatnym. Ale to co robię wynika z mojej natury, z tego, że widzę, gdzie jesteś słaby i że ty sam chcesz, żebym tam sięgnęła.
Zamilkł na chwilę i jeszcze raz pocałował jej dłoń. Zapytał, czy pójdą się przejść. Zgodziła się. Wyszli w stronę lasu. Droga była spokojna, miękka od igliwia. Potem jezioro — gładkie, ciche. Szli obok siebie, rozmawiając już inaczej, wolniej. Wracali do tego, co się wydarzyło, bez pośpiechu, z dystansem, który pojawia się dopiero po fakcie. Kiedy wrócili do domku, zapytał, czy zostanie na noc.
– Nie – odpowiedziała bez wahania. – Odwieź mnie do domu. Jutro rano wyjeżdżam z rodzicami na wakacje, muszę jeszcze ogarnąć kilka rzeczy.
Po drodze zatrzymali się jeszcze na późny obiad w jednej z kaszubskich karczm przy szosie. Jedli w ciszy, spokojnie, jak ludzie wracający z długiej podróży.

Po powrocie do domu wzięła prysznic. Potem zaczęła się pakować — lekkie ubrania, rzeczy na wyjazd. Chorwacja. Słońce. Wakacje.
Wyjazd okazał się zaskakująco udany. Pojechali daleko na południe, aż do Dalmacji, bez pośpiechu, dzieląc trasę na etapy. Paulina prowadziła na zmianę z tatą i ku własnemu zdziwieniu nie usłyszała ani jednej uwagi. W końcu sama zapytała, czy to zasługa mamy, która prosiła ojca aby nie denerwował jej częstymi radami odnośnie jej sposobu jazdy.
– Nie – odpowiedział wtedy spokojnie. – Po prostu dobrze prowadzisz. Pewnie i bezpiecznie, a my nigdzie nie spieszymy się.
To wystarczyło. Dwa tygodnie minęły im na zwiedzaniu miasteczek nad Adriatykiem, długich obiadach w małych konobach, gdzie czas płynął wolniej, i leniwych popołudniach na plaży. Było słońce, poranne biegi i ciepłe wieczory, rozmowy bez pośpiechu i to przyjemne poczucie, że nic nie trzeba. Odpoczęła. 
---



Rozdział XXIV -  Przed zachodem Słońca

Trójmiasto, lato 2009

Wróciła wypoczęta. Skórę miała ciemniejszą, jeszcze ciepłą, włosy rozjaśnione słońcem i czasem spędzonym nad wodą. 
W mieszkaniu najpierw otworzyła okna. Powietrze było inne niż tam, cięższe, miejskie, ale znajome. Walizkę postawiła na środku pokoju i otworzyła bez pośpiechu. Rzeczy trafiały do prania jedna po drugiej: lekkie sukienki, kostium kąpielowy, lniana koszula, którą nosiła częściej, niż planowała. Zapach chorwackiego upału mieszał się z proszkiem do prania, kiedy wsypywała go do szufladki pralki.
Prysznic zostawiła na później. Najpierw wyszła po zakupy — krótko, konkretnie. Świeże warzywa, jogurt, cytryny, oliwa. Chleb. W sklepie poruszała się spokojnie, jak ktoś, kto nie musi się zastanawiać, czy zdąży. Wracała wolnym krokiem, torba ciążyła przyjemnie.
Dopiero wtedy wzięła długi prysznic, zmywając z siebie resztki drogi. 
Andrzej przyjechał następnego dnia.
Wiedzieli, że nie mają wiele czasu. Nazajutrz miał wypłynąć w rejs na Grenlandię — miesiąc na wodzie, z dala od wszystkiego, co ich łączyło. Namawiał ją jeszcze wiosną, snuł wizje ciszy, pokładu o świcie, białych nocy, gór lodowych. W końcu ucięła to jednym, stanowczym: „nie tym razem”, bez tłumaczeń. Potem już do tego nie wracał.
Stał teraz przed nią napięty, jakby jego ciało pamiętało wszystko bardziej niż on sam. Podeszła bliżej, przyjrzała mu się uważnie, odnotowując detale, które dla niej miały znaczenie. 
Zdjęła mu klatkę. To była ulga niemal fizyczna. Osunął się na kolana, ciężko oddychając, jak po długim biegu. Na jego skórze wciąż widniały ślady ich poprzedniego spotkania. Zauważyła je ale nie skomentowała.  Spojrzała na niego z lekkim, zaczepnym uśmiechem.
– Chcesz to zrobić tu, przy mnie?
Potwierdził. Kazała mu uklęknąć, tak blisko, by mógł poczuć jej obecność, ciepło skóry. Nie dotykała go. Nie musiała. Patrzyła, jak napięcie w nim szuka ujścia, jak walczy z własnym oddechem, z resztką kontroli. Jego penis natychmiast nabrzmiał. Zaczął go pocierać. Przyglądała się temu z zaciekawieniem. Doszedł bardzo szybko, szybciej niż spodziewałby się. Wystarczyło, że spojrzał na nią, poczuł jej zapach. Gdy skończył podniósł głowę i uśmiechnął się krzywo. Kazała mu oblizać dłoń, kolejny raz. Nienawidził tego, jeśli cokolwiek go upokarzało, to właśnie to. Sperma była słona. Wskazała mu palcem na podłogę.
– Jeszcze tu, dokładnie. 
Nachylił się i zaczął lizać podłogę. Kiedy skończył spojrzał na nią i podziękował. Obdarzyła go uroczym uśmiechem. 
– Ty naprawdę potrafisz… – zaczął, szukając słów. – Doprowadzić mnie dokładnie tam, gdzie chcesz. Sprawić, że balansuję na krawędzi i jeszcze mam wrażenie, że to przywilej.
– Bo nim jest – odpowiedziała spokojnie. – Dla ciebie to przywilej.
Andrzej podniósł wzrok.
– Jesteś mistrzynią – powiedział wprost. – Pytam serio… wcześniej na pewno tego nie robiłaś?
Paulina spojrzała na niego spokojnie.
– Nie. Tylko to co kiedyś z Adamem.
– Tym od kabla? – dopytał.
Skinęła głową.
– Tak. Tym. Ale w porównaniu z tobą to były niewinne igraszki.
Uśmiechnął się krótko, bardziej z niedowierzaniem niż dumą.
– Jesteś niesamowita. Jedyna w swoim rodzaju. Kiedy jestem na kolanach przy tobie wszystko jest na swoim miejscu. Jakby tak właśnie miało być.
– Bo jest. To jest twoje miejsce.
Zawiesiła głos na ułamek sekundy.
– Jesteś moim poddanym. Moim niewolnikiem. Nigdy tego nie zapomnij.
Spuścił wzrok.
– Nie zapomnę. Nie potrafiłbym.

Wieczorem, gdy wychodził, życzyła my bezpiecznego rejsu, prosiła aby odzywał się czasem i przesyłał jakieś zdjęcia. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, sięgnęła po telefon. 
Jestem.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Kamil pytał, czy może przyjechać.
Uśmiechnęła się i odpisała:
Nie tak szybko. Jutro po południu. Rano mam sprawy zawodowe do dopięcia.
Odłożyła telefon nie sprawdzając czy coś odpisał.
---
Było gorąco, duszno, jedno z tych popołudni, kiedy ciało samo domaga się prostoty. Wciągnęła krótkie, jasne szorty i cienki top na ramiączkach, który odsłaniał ramiona i fragment brzucha. Nic wymyślnego, a jednak w lustrze trudno było nie zauważyć, jak dobrze to na niej leży.
Skóra wyglądała zdrowo, gładko, włosy rozświetlone naturalnie i rozpuszczone. Włożyła klapki, przypięła małe kolczyki, wrzuciła do torby telefon i klucze.
To nie był strój, którym chciała zrobić dziś wrażenie. Nie miała na to nastroju, a mimo tego  i tak je robiła.
Kamil czekał przed domem. Gdy wyszła, od razu uniósł wzrok i uśmiechnął się szerzej, niż planował.
– Pięknie wyglądasz – powiedział bez namysłu. – Wakacje ci służą. Jak było? Wyglądasz kwitnąco. 
Wzruszyła ramionami, jakby to było coś oczywistego.
– W porządku...
Przez chwilę rozmawiali o drobiazgach: o drodze, o pogodzie, o tłumach turystów,  którzy w tym sezonie postanowili zrobić najazd na Trójmiasto. Kamil zerkał na nią co jakiś czas i coraz wyraźniej widział, że coś się nie składa. Paulina odpowiadała rzeczowo, ale krótko. Jakby myślami była gdzie indziej.
– Coś się stało? Jak dzisiejsza rozmowa?– zapytał w końcu.
Milczała chwilę, patrząc przez okno.
– Z tą pracą nie wyszło – powiedziała wreszcie. – Nie tak się umawiałam. Właściciel baru nagle zmienił warunki. Chciał płacić mniej, a połowę napiwków miałam oddawać. Po prostu wyszłam. Trudno. Poszukam czegoś innego.
Kamil nie odpowiedział od razu. Zwolnił lekko, jakby potrzebował chwili na myślenie.
– A to chujek. Mam pewien pomysł, ale proszę, nie przerywaj mi.
Spojrzała na niego zaskoczona.
– Recepcjonistka u nas w salonie poszła na zwolnienie lekarskie. Na dłużej, wiadomo o co chodzi. Szukamy kogoś na zastępstwo, na już. Może ty byś chciała?
Zmarszczyła brwi.
– Ja? W warsztacie? Co ja miałabym tam robić?
– Normalne rzeczy i nie w warsztacie a salonie – odpowiedział spokojnie. – Umawianie wizyt, kontakt z klientami, ogarnianie dokumentów, wydawanie kluczyków, wprowadzanie danych do systemu, pilnowanie terminów. A jak będzie trzeba to nawet przyjmowanie samochodów na serwis. Nic skomplikowanego. Nauczymy cię.
Nie wyglądała na przekonaną.
– To zupełnie nie moja bajka.
– Wiem – powiedział łagodnie. – Ale to przecież tymczasowe. Umowa na zastępstwo. Bez zobowiązań. A jeśli o to ci chodzi… możemy udawać, że się nie znamy. W pracy.
Spojrzała na niego uważnie. Przez moment ważyła to w myślach, kręcąc palcami pasek torby.
– Nie jestem aż tak dziwna, żeby udawać, że cię nie znam – powiedziała w końcu, uśmiechając się.
Kamil też się uśmiechnął. Popatrzyła przed siebie, potem znów na niego.
– Dobrze – powiedziała powoli. – Zgadzam się. Ale mam jeden warunek.
– Jaki? 
– Nauczysz mnie tańczyć.
Zaśmiał się krótko, zaskoczony.
– Tylko tyle?
– Tylko tyle – potwierdziła.
– To jest do zrobienia, nawet z kimś tak opornym jak ty. 
– Świnia.
– Sama wiesz jak jest,  startujemy z naprawdę niskiego poziomu.
– Padalec.
– Wiesz, że jak się wkurzasz jesteś jeszcze piękniejsza?
– Spadaj!

Miło tych małych potyczek słownych spędzili naprawdę miłe popołudnie. Najpierw kawa, potem krążenie kabrioletem po okolicy, bez celu, w cieniu drzew i w słońcu, które nie chciało odpuścić. W końcu rozchmurzyła się zupełnie; napięcie zniknęło, jakby ktoś rozplątał niewidzialny węzeł. Śmiała się częściej, mówiła swobodniej, a kiedy Kamil opowiadał o drobiazgach, słuchała go z uwagą, jakby te drobiazgi były ważne właśnie dlatego, że należały do niego.
Następnego dnia przyjechała do salonu.  Przywitał ją krótko, a potem zaprowadził do kierownika administracyjnego. Rozmowa była rzeczowa i sprawna. Dokumenty do wypełnienia, zgody, oświadczenia; skierowanie na badania lekarskie, harmonogram pierwszych dni. Wszystko uporządkowane, przewidywalne. Zaskoczyło ją to — ten spokój procedur, ich precyzja. Kiedy wspomniała, że zna niemiecki, mężczyzna wyraźnie się ucieszył. Powiedział, że to się przyda: czasem dokumenty, czasem klienci z Niemiec, czasem korespondencja, na którą trzeba odpowiedzieć.
Pracę zaczęła następnego dnia. Usiadła za biurkiem w recepcji, blisko wejścia. Przełożony pokazał jej kalendarz wizyt, system rezerwacji, skrzynkę e-mail, grafiki serwisu, listę kontaktów. Wytłumaczył, jak przyjmować samochody, jak zapisywać uwagi, gdzie trafiają dokumenty po podpisach. Pierwsze trzy telefony odebrała przy nim — spokojnie, rzeczowo, bez potknięć. Po trzecim uśmiechnął się i powiedział, że świetnie sobie radzi i że nic tu po nim.
Z daleka zobaczyła Kamila. Stał przy przeszklonej ścianie, uśmiechnięty, uniósł kciuk w górę. Odpowiedziała mu ledwie zauważalnym skinieniem głowy.
Wkrótce zaczęły się pielgrzymki: koledzy z pracy, którzy mieli pilne sprawy akurat przy recepcji, krótkie pytania, przedstawianie się, ciekawskie spojrzenia. Paulina przyjmowała to z lekkim dystansem, choć uprzejmie. Była skupiona na pracy, szybko łapiąc rytm. Kiedy kończyła, Kamil podwoził ją do domu albo jechali na lekcję tańca. Okazało się, że chodził od wielu lat do jednej ze szkół. Wynajął salę, załatwił instruktorkę. Drewniana podłoga, lustra, ciepłe światło. Gdy stanęła naprzeciwko niego, poczuła krótkie zawahanie, ale zniknęło, kiedy objął ją pewnie i mocno. W jego ramionach czuła się zaskakująco dobrze — bezpiecznie, lekko, jakby ciało szybciej rozumiało zasady niż głowa.
Z czasem zaczęli się do siebie zbliżać. Spojrzenia trwały ułamek sekundy dłużej, dotyk nie kończył się natychmiast. Nie pozwalała na zbyt wiele; wyznaczała granice jasno i spokojnie. Kamilowi to wystarczało. Był przy niej szczęśliwy. A kiedy czasem ogarniała ją melancholia — ten cichy rodzaj niepokoju, który pojawia się bez zapowiedzi — mówił po prostu, że jest tu i teraz. Że niech przestanie martwić się tym, że kiedyś wyjedzie. Że dziś tańczą.
I to wystarczało. Na razie.

---

Mijały kolejne letnie tygodnie. Spędzali ze sobą coraz więcej czasu, choć w pracy Kamil pozostawał zaskakująco powściągliwy. Jak sam mówił, lubił dawać kolegom złudzenie, że mogą u niej coś wskórać — obserwować ich nadzieję i mniej lub bardziej śmiałe próby poderwania jej. Paulinę to bawiło; czasem śmiała się, że kiedyś w końcu da któremuś skorzystać.
W szkole tańca szło coraz lepiej. Miała naturalne wyczucie rytmu, a wysportowane ciało szybko zapamiętywało kroki i układy. Instruktorka chwaliła ją, a Kamil patrzył z rosnącym z dnia na dzień zachwytem.
Zaczął się sierpień. Któregoś dnia mieli na rano do pracy, skończyli już o 14. Zapadła szybka decyzja - jedziemy do Kuźnicy.  Plaża była prawie pusta, dzika — bez krzyku, bez parawanów, bez pośpiechu. Tylko wiatr przesuwający piasek i równy szum morza. Woda, wbrew temu, co sugerował kalendarz, była jednak lodowata. Siedziała na leżaku, z zarzuconym na ramiona pareo. Kamil leżał na kocu obok, z rękoma pod głową, patrzył w niebo, raz po raz przymykając oczy, jakby chciał zapamiętać to światło i ten spokój. Czas płynął wolniej, niemal niezauważalnie, rozciągnięty między oddechem a kolejną falą.
Poczuł nagle jej stopę. Najpierw lekko, jak przypadkowy dotyk, potem wyraźniej — gładzącą po udzie, wolno, delikatnie. Zadrżał; erekcja przyszła natychmiast, jak odruch, którego nie dało się powstrzymać myślą. Mając na sobie niewielkie kąpielówki nie był w stanie jej ukryć.  Otworzył oczy i spojrzał na nią pytająco. Poruszyła stopą jeszcze raz, jakby sprawdzając, czy to przypadek. Lekko przycisnęła.
– Ojej, a co tam masz? Przecież to niemożliwe, żeby taki drobiazg jak moja stopa, tak działał.
Kamil prychnął cicho.
– Tak, wredoto. I nie udawaj jak zawsze niewiniątka.
– Ja? – zapytała z przesadnym zdziwieniem. – Ja tylko sobie tu siedzę.
Była wyraźnie rozbawiona. Uśmiech błąkał się jej po ustach, spojrzenie miała prowokujące. Kamil nie wytrzymał. Chwycił jej stopę, najpierw ostrożnie, jakby sprawdzał, czy może sobie na to pozwolić. Powoli przesunął dłonią po gładkiej skórze. Nie cofnęła nogi. Pozwoliła. Przymknęła oczy na moment. Pochylił się i pocałował.
– Ej – zaprotestowała słabo, ale śmiejąc się już w tym samym momencie.
Nie dał jej dokończyć. Zerwał się nagle, jednym ruchem podniósł ją z leżaka. Krzyknęła zaskoczona, zaczęła uderzać go pięścią w ramię, udając rozpaczliwą obronę, machała nogami, śmiejąc się głośno.
– Kamil! Puszczaj padalcu! Zwariowałeś?!
– To się okaże – odpowiedział, niosąc ją w stronę wody.
Stanął tuż nad linią fal. Trzymał ją pewnie, blisko, czuł, jaka jest lekka, jak łatwo mieści się w jego ramionach. Spojrzała na niego, zmrużyła oczy.
– Nawet nie waż się – powiedziała ostrzegawczo.
– Bo? 
– Bo pożałujesz.
– Przekonamy się?
Pochylił się, tak że prawie dotknęła wody i nagle cofnął ruch. Przytulił ją mocniej, śmiech zniknął z jego twarzy. Trzymał ją nad samą wodą. Fale podchodziły blisko, cofały się, znów wracały. Spojrzała w dół, potem na niego. Zrobiła tę minę, której nie dało się pomylić z żadną inną — bezbronną, niemal dziecięco szczerą.
– Naprawdę byś mi to zrobił? – zapytała cicho. – Przecież ta woda jest lodowata.
Jej głos był miękki, oczy szeroko otwarte. W słońcu wyglądała nieskazitelnie: jasne, rozświetlone włosy opadały na ramiona, skóra miała ciepły odcień, usta lekko rozchylone, jakby jeszcze nie wiedziały, co za chwilę się wydarzy. Była absolutnie idealna.
Pochylił się jeszcze trochę, tak że poczuła chłód powietrza znad morza. Prawie dotknęła wody. I wtedy nagle się cofnął.
Przytulił ją jeszcze mocniej. Śmiech zniknął mu z twarzy, jakby ktoś nagle go zgasił. Patrzył uważnie, z bliska — na oczy, na linię policzka, na te jasne pasma włosów, które wiatr podnosił i opuszczał. Spojrzała na niego pytająco. Ich twarze były tuż przy sobie, oddychali tym samym powietrzem. Znów lekko rozchyliła usta, nieświadomie, instynktownie. Spojrzała mu prosto w oczy — i w tym spojrzeniu było wszystko: zgoda, ciekawość, ciche wyzwanie. Ich usta spotkały się same.
Pocałunek był długi, głęboki. Bez śmiechu, bez gry. Objęła go za szyję, przyciągając bliżej, jakby bała się, że ta chwila może się rozpaść. Świat na moment zniknął — plaża, wiatr, lodowate morze przestały istnieć.
Kiedy w końcu się odsunął, postawił ją ostrożnie na piasku. Spojrzał na nią jeszcze raz, jakby musiał zapamiętać ten obraz, po czym odwrócił się i wbiegł prosto do wody.
– Kamil! – zawołała za nim, śmiejąc się. – Co ty wyprawiasz?!
Odwrócił się do niej, stojąc już po pas.
– Muszę ochłonąć bo zaraz nie wytrzymam – odpowiedział głośno. 
Zaśmiała się głośno. Stała na brzegu, patrząc, jak fale obmywają mu głowę a zimno odbiera oddech. 
Wyszedł gwałtownie z wody. Miał gęsią skórkę i ramiona napięte od zimna. Podała mu ręcznik, przytrzymując go chwilę dłużej, niż było to konieczne.
– I jak? – zapytała, z wyraźną satysfakcją.
Owinął się ręcznikiem, śmiejąc się pod nosem.
– Lepiej – przyznał. – Lodowaty Bałtyk potrafi utemperować zbyt rozbuchane pożądanie.
Parsknęła śmiechem.
– Czyli jednak działa, to dobrze.
Bez pośpiechu zaczęli zbierać rzeczy. Plaża zaczynała pustoszeć jeszcze bardziej, światło robiło się miękkie, popołudniowe. W drodze powrotnej do Trójmiasta prowadził spokojnie, z jedną ręką opartą na kierownicy a drugą za oknem.
– Wiesz… – zaczął, jakby mimochodem. – Niedługo jest długi weekend. Pomyślałem, że moglibyśmy gdzieś wyskoczyć. Razem.
Spojrzała na niego pytająco.
– Tata ma kampera – ciągnął. – Mógłbym go pożyczyć. Załatwię, żeby nasze grafiki w pracy to uwzględniły kosztem jakiegoś weekendu. Droga, noclegi na campingu albo gdzieś na dziko. Będzie fajnie.
Czekał na jej reakcję, gotów na żart, na unik, na to charakterystyczne przeciąganie chwili.
– Dobrze – powiedziała po prostu.
Zaskoczyła go tym. Spojrzał na nią, upewniając się, że nie żartuje.
– Naprawdę?
Skinęła głową.
– Naprawdę. Ale nie nocujmy na dziko. Proszę.
– Dobrze. Wiesz, cieszę się, że się zgodziłaś.
Odpowiedziała mu uśmiechem i cichym westchnięciem, resztę drogi jechali słuchając muzyki. Podwiózł ją pod blok.
– Do zobaczenia jutro w pracy.
– Do jutra.
Wysiadła, zamknęła drzwi, jeszcze na moment odwróciła się i rzuciła mu zalotne spojrzenie. Odjechał powoli, z uśmiechem, który długo nie chciał zejść mu z twarzy.

Niemal od razu po powrocie weszła pod prysznic. Ciepła woda szybko zmyła sól i piasek, skóra odetchnęła. Przebrała się w krótkie spodenki i prosty top na ramiączkach, związując niedbale wilgotne włosy. W kuchni nastawiła patelnię, pokroiła warzywa, nalała wody do czajnika.
Telefon zadzwonił nagle, obcy numer. Zawahała się przez sekundę, po czym odebrała.
– Hej, tu Olga. Pamiętasz mnie?
– Jasne – odpowiedziała odruchowo. – Poznałyśmy się przecież w kancelarii.
– Właśnie. Dawid dał mi twój numer. Pomyślałam, że może wyskoczymy na kieliszek prosecco?
Paulina uniosła brwi, zaskoczona bezpośredniością.
– Kiedy?
– Za godzinę. Monciak.
Zerknęła na zegarek, potem na deskę z niedokończonym jedzeniem.
– Właśnie wróciłam z plaży. Może przełóżmy to na inny dzień?
Po drugiej stronie zapadła krótka pauza.
– Nie – odparła Olga z lekkim uśmiechem w głosie. – Mam ochotę dzisiaj. Ale jeśli ci nie pasuje, zrozumiem.
Paulina uśmiechnęła się do siebie.
– Mam lepszy pomysł – rzuciła. – Wpadnij do mnie. Robię właśnie sałatkę.
Entuzjazm był natychmiastowy.
– Serio? Super. Będę za godzinę. Wyślij adres i zamów jeszcze pizzę na mój koszt, sałatką się nie najemy. Dla mnie jakaś vege.

Dostawca zjawił się punktualnie. Odebrała jeszcze ciepłe pudełka. Zapach bazylii i sera wypełnił pokój. Odstawiła pizzę na stół, rozłożyła talerze, przyniosła miskę z sałatką, którą zdążyła przygotować — prostą, świeżą, z cytrynowym dressingiem. Wszystko było gotowe dokładnie w tej chwili, w której znów zadzwonił domofon.
Olga stała w progu. Wyglądała tak, jak Paulina ją zapamiętała — piękna, elegancka, posągowa. Mimo całego dnia w biurze biała koszula miała idealnie ułożony kołnierzyk, ołówkowa spódnica podkreślała sylwetkę, jasne, cienkie pończochy i szpilki dopełniały całości. W jednej dłoni trzymała butelkę prosecco, w drugiej drogą torebkę. Rozejrzała się po mieszkaniu z ciekawością, odstawiła prosecco na stół.
– Przepraszam, że tak cię zaskoczyłam, ale dziś naprawdę miałam ochotę napić się i z kimś pogadać. Ciężki dzień w kancelarii. Wiesz… nie mam koleżanek. Baby mnie nie lubią, a faceci się boją. Parsknęła krótkim śmiechem, jakby opowiadała anegdotę, którą zna aż za dobrze.
– Dawid wyjechał gdzieś – dodała. – Cud, że udało mi się go złapać. Wysłał mi twój numer. Po tym jak przyjechałaś do nas mówił o tobie jeszcze różne rzeczy i pomyślałam, że musisz być zajebistą dziewczyną.
Usiadły przy stole. Paulina podała talerze, Olga pomogła rozłożyć pizzę. Otworzyły alkohol; korek wyskoczył miękko, z lekkim wystrzałem. Pęcherzyki wspinały się powoli po ściankach kieliszków.
– Za niespodziewane wieczory – powiedziała Olga, unosząc szkło.
– I za spontaniczne pomysły.
Przez chwilę rozmawiały o różnych rzeczach. Paulina mówiła o tym, że wyjazd do Berlina wciąż wydaje się tak odległy i abstrakcyjny. Olga opowiadała o skomplikowanej sprawie do której przygotowuje linię obrony. W pewnym momencie Paulina, niemal od niechcenia, ale z wyraźną ciekawością, zapytała:
– A ty i Dawid, czy wy coś razem…?
Spojrzała na nią uważnie, jakby ważyła odpowiedź, po czym zaśmiała się cicho.
– Nie, skąd. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Znamy się ze studiów. Teraz robimy razem tę aplikację, pracujemy w tej samej kancelarii. Może kiedyś otworzymy coś wspólnie, na pewno otworzymy. Już widzę ten szyld - Kancelaria Adwokacka Sobieska i Ritter, ale to wszystko. Nie mamy  żadnych innych wspólnych  planów, jeśli o to ci chodzi.  Dawid to świetny facet. Ciepły, lojalny, bardzo inteligentny. Jeden z niewielu mężczyzn, z którymi naprawdę dobrze mi się rozmawia.
Na moment zawiesiła głos, obracając w palcach kieliszek.
– Ale nie jesteśmy dla siebie. – Uśmiechnęła się krótko. 
– On ma bardzo konkretny typ kobiet. I ja się w nim zdecydowanie nie mieszczę.
Paulina popatrzyła na nią pytająco, nie przerywając.
– Wiesz, lubię mieć sprawy pod kontrolą. Lubię decydować, dominować. Potrzebuję kogoś mówiąc wprost uległego a Dawid… – uniosła kącik ust – Dawid zdecydowanie taki nie jest, to rogata i niezależna dusza, a przy okazji jest bardzo opiekuńczy. Ale bardzo go lubię. Jest moim przyjacielem, jedynym. I jedynym facetem, którego naprawdę traktuję jak równego sobie.
Paulina skinęła głową. W tej deklaracji było coś, co natychmiast do niej trafiło. Pewność siebie, podszyta inteligencją i brakiem potrzeby tłumaczenia się, była niezwykle pociągająca.
– Wiesz, cieszę się, że cię poznałam.
– Ja też. A Berlin będzie dla ciebie dobry, Pauli. Czuję to.
Przeniosły się na sofę. Olga zrzuciła szpilki jednym ruchem, z ulgą, jakby dopiero teraz pozwoliła sobie na większe rozluźnienie. Podkurczyła nogi, opierając się bokiem o oparcie. Paulina dolała do kieliszków resztę prosecco; bąbelki były już spokojniejsze, jak rozmowa, która znalazła swój rytm.
– Dobrze nam idzie. Gdybym wiedziała, wzięłabym drugą butelkę.
Uśmiechnęły się do siebie. 
– Masz chłopaka? 
Paulina odchyliła się lekko, jakby szukała właściwej pozycji dla odpowiedzi.
– To skomplikowane. Spotykam się z kimś, ale… już niedługo przecież wyjeżdżam. Nie widzę szans, żeby to miało ciąg dalszy. Nie na odległość. 
Zawahała się, potem dodała ciszej:
– A on powtarza, że liczy się to, co jest teraz. Więc tak robię. Żyję dniem i jest cholernie fajnie.
Olga pokiwała głową, jakby układała to w sobie, zanim odpowie.
– To odważna decyzja. Ludzie często mylą „tu i teraz” z brakiem odpowiedzialności, a to przecież dokładnie odwrotnie. Bierzesz odpowiedzialność za to, co czujesz w tej chwili, zamiast udawać, że kontrolujesz przyszłość albo, że coś musi trwać. Nic nie musi. Jeśli jest prawdziwe teraz, to już ma wartość. 
– Żeby to wszystko było takie proste. A ty? Skoro nie z Dawidem, jest ktoś? Naprawdę faceci się ciebie boją? 
– Tak. Onieśmielam ich, jestem zdolna i przemądrzała. Dla większości to za dużo. Jest taki chłopak… mój chłopak. Powiedzmy, że mój. To też skomplikowane. Lubię go, ale jednocześnie… – urwała na chwilę – jednocześnie mam w sobie impuls, żeby go krzywdzić. To nie jest nowe. Od dziecka taka byłam. Kiedy miałam szesnaście lat, w stajni obiłam palcatem chłopaka, bo źle wyczyścił konia. Mój stary sporo musiał się natrudzić, żeby ukręcić łeb sprawie, a ja siedziałem z głupim uśmiechem i powiedziałam, że kolejny raz też bym to zrobiła. Jeździsz konno?
– Nie. Chyba się boję koni.
– Uczą respektu. I nie ma nic wspanialszego, niż dosiadanie silnego zwierzęcia, czynienie go posłusznym. Musisz spróbować. Koniecznie. 
Kieliszki opróżniły się niemal jednocześnie. Paulina spojrzała na dno swojego szkła, jakby sprawdzała, czy to już naprawdę koniec.
– Mam coś jeszcze – powiedziała po chwili namysłu.
Wstała, otworzyła szafkę i wróciła z butelką wina. Etykieta była prosta, trochę staromodna. Olga przyjrzała się jej uważnie, po czym bez słowa wyciągnęła korek i rozlała do kieliszków.
Upiła łyk. Skrzywiła się natychmiast.
– Jezu. Co to jest?
Paulina wybuchnęła śmiechem.
– Zostało po moim byłym. Lubił mołdawskie wina.
Olga spróbowała jeszcze raz, jakby upewniając się, że pierwsze wrażenie nie było pomyłką. Pokręciła głową.
– Straszne gówno i w dodatku przesłodzone – skwitowała bezlitośnie, po czym wzruszyła ramionami i uniosła kieliszek. – Ale ważne, że ma procenty.
Stuknęły szkłem o szkło.  Tym razem Paulina również skrzywiła się.
– A ten chłopak? Opowiesz mi coś więcej o nim?
– Studiowaliśmy razem. Teraz jest na aplikacji prokuratorskiej. Kiedyś, na jakimś studenckim wyjeździe, przyłapałam go w dość krępującej sytuacji. Mówiąc wprost: walił konia do jakiegoś sado-maso. Nasza łazienka była zajęta więc poszłam do męskiej. Stał pod prysznicem, za kotarą i trzymał jakąś gazetkę.
– Zaczęłam po nim jechać. Straszyłam, że komuś powiem, wiesz, taka zabawa przechodząca w lekki szantaż. Kazałam uklęknąć i prosić. I wiesz co? Jemu się to podobało.  Patrzę a on ma wzwód. Okazał się skrajnie uległy. Zamiast go nastraszyć, podnieciłam go.
Zamilkła, patrząc w kieliszek. 
– Jesteś z nim?
– Tak i nie. Bardziej tak. Wiesz… on jest bardzo inteligentny, fajny, wrażliwy. A ja… – urwała na moment. – ...czasem mam ochotę coś mu zrobić. Bolesnego. 
– Co cię powstrzymuje? – zapytała Paulina zaskakująco rzeczowo. – I co właściwie masz na myśli, mówiąc „zrobić coś bolesnego”?
Olga nalała wina do kieliszka, wypiła duszkiem i znowu się skrzywiła. Odstawiła szkło z cichym stuknięciem.
– Nie wiem – przyznała. – Chyba strach, że to jednak nie na miejscu. Że przekroczę granicę, której nie da się cofnąć. A jednocześnie… – zawahała się – mam w głowie obrazy, impulsy. Intensywne. Takie, które mnie zawstydzają. Mam ochotę rzucić nim o ścianę,  wziąć bat i bić go aż... Boże... czemu ja ci to mówię. Przepraszam, nie powinnam. 
Na policzkach pojawił się jej rumieniec, zdradzający więcej niż słowa.
Paulina nie zmieniła tonu.
– Jeszcze raz pytam: co cię powstrzymuje?
Olga wzruszyła ramionami, próbując obrócić to w żart.
– Nie mam bata – powiedziała lekko. – To wszystko.
Spojrzała na nią uważnie, bez ocen, jakby właśnie notowała fakt.
– Czyli to nie brak chęci, tylko brak narzędzia?
– Powiedzmy, że tak.
Wstała bez słowa i poszła do sypialni. Po chwili wróciła trzymając czarny, elegancki bat, prosty w formie, z dyskretnie zdobionym uchwytem. Podała go przyjaciółce.
Olga otworzyła szeroko oczy.
– Okej… – powiedziała powoli. – Tego się nie spodziewałam.
Paulina uśmiechnęła się.
– Teraz nie będziesz miała wymówki – rzuciła. – Opowiesz mi, jak było i czy bardzo płakał kiedy go biłaś.
Przez moment wyglądała na zamurowaną. Trzymała bat w dłoni, patrząc na niego jak zahipnotyzowana. Po chwili jednak uniosła głowę,  w jej spojrzeniu pojawił się błysk.
– Ty… – zaczęła. – Widzę, że wcale nie jesteś taka niewinna i delikatna, na jaką wyglądasz.
Paulina odpowiedziała tylko tym swoim uśmiechem, który niczego nie potwierdzał i niczemu nie zaprzeczał. Olga spróbowała ją podpuścić pytaniami, rzucała uwagi półżartem, półserio, ale Paulina długo pozostawała oszczędna w słowach, jakby sprawdzała, czy naprawdę chce wiedzieć.
W końcu wstała.
– Chodź.
Sypialnia była jasna, uporządkowana. Duża szafa z przesuwnymi drzwiami zajmowała całą ścianę. Przesunęła jedno skrzydło. Obok ubrań wisiał czarny, skórzany catsuit, gładki, dopasowany, lekko połyskujący.
Olga westchnęła.
– Marzę o czymś takim – powiedziała szczerze. – To jest… perfekcyjne. Piękny.
Paulina sięgnęła niżej, wyciągnęła torbę. Otworzyła ją bez pośpiechu. W środku były ułożone baty, trzcinki i różne akcesoria, których przeznaczeniem było zadawanie bólu.
– Ale... skąd to wszystko u ciebie?
– To dłuższa historia. Muszę jeszcze coś wypić.
Zamknęła torbę i spojrzała uważnie.
– Pamiętaj – powiedziała spokojnie. – Jest tu i teraz. Masz partnera. Masz ochotę. Masz potrzebę. Nie powstrzymuj się tylko dlatego, że boisz się własnych myśli.
Olga uniosła brew.
– Przyszła pani psycholog, proszę, proszę. Dobrze ci idzie, wiesz?
– Chodź, mam jeszcze jakąś nalewkę. Kiedyś dostałam od dziadka, jak byłam przeziębiona. Musze się napić, zanim dopadnie mnie stres, że to wszystko ci pokazałam. Jesteś jedyną osobą, która wie.
Olga roześmiała się krótko.
– Dawaj. Pijemy.
Alkohol był mocny, rozgrzewał. Palił przy pierwszym łyku, a potem rozlewał się ciepłem, rozluźniając ramiona i język. Paulina zaczęła opowiadać. O Andrzeju. O mężczyźnie starszym o ponad dwadzieścia lat. O relacji, w której role były jasne, a granice sztywno ustalone. O jego uległości, masochizmie i o tym, jak ona sama odkrywała w sobie coś, czego wcześniej nie nazywała wprost.
Olga słuchała w absolutnym milczeniu. Nie przerywała. Jej spojrzenie było ciemniejsze, bardziej skupione, jakby każda kolejna informacja układała się w spójną całość.
– Jesteś… niesamowicie konsekwentna – powiedziała w końcu cicho. – I wiesz dokładnie, kim jesteś.
Paulina wzruszyła lekko ramionami, jakby chciała zdjąć z tych słów zbyt wielki ciężar.
– Ciągle to odkrywam i wiesz… te studia z psychologii. Może dzięki nim naprawdę poukładam to wszystko, zajrzę głębiej, znajdę odpowiedzi na pytania, które wracają, nawet jeśli je ignoruję.
– To ma sens – odparła po chwili. – Nie po to, żeby się naprawiać. Raczej żeby lepiej zrozumieć.
Zawahała się, po czym dodała ciszej:
– Wiesz… lubię cię. Imponujesz mi. Czułam, że jesteś kimś kogo chcę poznać i intuicja mnie nie zawiodła. 
– Ja też cię polubiłam. Nawet bardzo... 
Uśmiechnęły się do siebie krótko, bez wielkich gestów. Wystarczyło. Wieczór toczył się dalej niespiesznie, a rozmowa – już bez napięcia – płynęła tam, gdzie obie chciały ją poprowadzić.
Wypiły sporo. Rozmowa dawno straciła wyraźne kontury, stała się urywana, pełna krótkich pauz i spojrzeń. W pewnym momencie Olga zerknęła na zegarek i wyprostowała się gwałtownie.
– Jezu… – powiedziała z niedowierzaniem. – Jest grubo po północy. Muszę lecieć, bo jutro nie wstanę.
Sięgnęła po telefon i zadzwoniła po taksówkę, chodząc wolno po pokoju. Kiedy nadeszła chwila pożegnania, objęły się krótko, naturalnie, bez zbędnych słów.
– Odezwę się – rzuciła, stojąc już przy windzie.
– Jasne. Ja też.
Zamknęła za nią drzwi i przez chwilę stała w ciszy. W mieszkaniu unosił się jeszcze zapach alkoholu i pizzy, jak ślad po rozmowie, która wydarzyła się szybciej, niż się spodziewała. Posprzątała tylko tyle, ile trzeba było, umyła zęby i położyła się do łóżka. Na szczęście zaczynała pracę dopiero o dwunastej. Pomyślała z lekkim rozbawieniem, że poranne bieganie raczej się nie wydarzy. Zgasiła światło.
Sen przyszedł szybko, ciężki, ale spokojny.

---

Mielno, sierpień 2009

Spakowała się do jednego plecaka. Zeszła na dół. Na parking pod blokiem wjeżdżał właśnie sporych rozmiarów kamper – integralny Hymer na bazie Mercedesa. Wysoka, panoramiczna szyba, czyste linie, lekko kremowy lakier. W środku jasne drewno, eleganckie obicia, nowoczesne oświetlenie. 
Zanim wsiedli, wyciągnęli z piwnicy jej rower. Kamil rozłożył bagażnik, sprawdził uchwyty. Kliknięcia zapadek zabrzmiały pewnie. Odsunęła się o krok, spojrzała krytycznie.
– Nie spadnie? 
– Nie ma szans – odparł.
Zapięli pasy. Silnik ruszył cicho, bez szarpnięcia. Ustawił nawigację i uśmiechnął się, zerkając na nią.
– Mielno to Mielno.  Będziesz mogła pochwalić się swoją nową umiejętnością tańca.
Zaśmiała się krótko.
– Aż się boję na samą myśl. Wiesz cieszę się, że jedziemy. 
Zsunęła klapki, oparła stopy o krawędź siedzenia i leniwie poruszyła palcami.
Zerknął na nią kątem oka i westchnął.
– Tarantino doceniłby na pewno. A mi każesz patrzeć i cierpieć.
Roześmiała się krótko, łobuzersko. Cofnęła jedną stopę o centymetr, drugą wysunęła jeszcze trochę, jakby robiła to zupełnie nieświadomie.
– Poświęcenie to część podróży ze mną.
– Coś za dużo tych poświęceń...
– Oj, no… – Paulina odwróciła głowę w jego stronę. – Ale plusy chyba też jakieś są?
Zerknął na nią uważniej, po czym parsknął.
– Tak. Najpiękniejsza kobieta na pokładzie. I jeszcze świetnie tańczy.
– No widzisz. Mogłeś trafić gorzej.
Droga mijała szybko. Z głośników płynęła muzyka, rozmowa urywała się i wracała, krajobraz za szybą zmieniał się niepostrzeżenie. Kiedy zaparkowali na jednym z campingów, od plaży dzielił ich tylko wąski pas wydm. Morze było blisko — czuć je było w powietrzu.
Dzień upłynął leniwie. Wypakowali rowery i ruszyli na krótką przejażdżkę po mieście: bez planu, bez celu, tylko żeby się poruszać i zrobić mały rekonesans. Potem kolacja przy kamperze. Rozpalił grilla i pilnował go z namaszczeniem, jakby to była jedyna rzecz na świecie, która wymaga pełnej koncentracji. Ona krążyła obok, kroiła warzywa, popijała coś chłodnego, komentowała, śmiała się.
Wieczorem poszli potańczyć. Klub był dokładnie taki, jakiego można się spodziewać — głośny, zatłoczony, pełen wczasowiczów i alkoholu. Kamil mruknął coś o lokalnym folklorze, a Paulina tylko się uśmiechnęła. Wytańczyli się, wypili kilka piw, pozwolili muzyce zagłuszyć wszystko inne.
Kiedy wrócili na camping, było już późno. Poszli do łazienki, z ręcznikami przerzuconymi przez ramię. Letnia woda była jak reset po całym dniu. Wrócili do kampera odświeżeni, zmęczeni w pozytywny sposób.
Zajął się wnętrzem z tą samą metodycznością, z jaką wcześniej pilnował grilla. Otwierał, składał, przesuwał — przestrzeń powoli zmieniała się z dziennej w nocną. Paulina wyjęła śpiwór z plecaka i rozejrzała się pytająco.
– To gdzie ja? – zapytała, udając niewinność.
Kamil wskazał w górę.
– Tam.
Pod samym sufitem znajdowała się wąska wnęka, coś pomiędzy półką a kojcem: materac wsunięty w konstrukcję ledwie metr szerokości, niski prześwit. Trzeba było się wdrapać po wąskiej drabince i wcisnąć bokiem. Intymne lecz klaustrofobiczne.
Spojrzała, potem na niego.
– Żartujesz sobie.
– Nie.
– Dlaczego ja mam spać tam, jak jakiś nietoperz?
– Bo tak – odpowiedział bez cienia skruchy ścieląc na dole podwójne, małżeńskie łoże.
– Aha. Czyli ja na półce, a ty w apartamencie – skomentowała. – To jakaś kara?
– Raczej przywilej – rzucił. – Widok na gwiazdy i poczucie przygody i bezpieczeństwo. Nikt cię w nocy przypadkiem nie dotknie.
– To zamień się ze mną. Mam długie nogi. I godność.
– Godność się zmieści – odparł. – Nogi też. Wystarczy lekko podkurczyć. Koszykarką nie jesteś.
– To było niemiłe. Jak podobają ci się koszykarki mogłeś mnie nie zabierać. Dobrze. Ale jak spadnę, to twoja wina.
Zaczęła się ostrożnie gramolić na górę. Uderzyła kolanem, mruknęła coś pod nosem, w końcu wcisnęła się do środka i obróciła na bok.
– Ciasno.
– Ale na pewno przytulnie – odpowiedział, gasząc światło.
– I duszno.
– Oddychaj spokojnie. Podkręcę klimę.
Zapadła cisza. Taka nocna, gęsta, przerywana tylko cichą pracą klimatyzatora i odległym szumem morza, który docierał przez cienkie ściany. Paulina leżała nieruchomo w swojej ciasnej wnęce, patrząc w ciemność kilkanaście centymetrów nad twarzą. Kamil na dole oddychał już spokojniej, jak ktoś, kto jest blisko snu, ale jeszcze w nim nie zniknął.
– Kamil… – odezwała się cicho.
– Mhm?
– Śpisz?
– Już nie.
Przez chwilę znów było cicho. 
– Słuchaj… – zawahała się. – Czy ja ci się w ogóle podobam?
Poruszył się lekko, jakby zmienił pozycję.
– Paulina, no… – powiedział z uśmiechem w głosie. – Przecież wiesz. Jesteś niesamowicie atrakcyjna. Ale spokojnie, nie zamienię się miejscem.
Parsknęła cicho.
– Dobra, dobra. Ale mam jeszcze jedno pytanie. Możesz nie odpowiadać, serio. Mogę?
– No jak musisz… – mruknął.
Wzięła spokojny oddech.
– Czy ty myślisz o mnie czasem?
Nie odpowiedział od razu. Cisza przeciągnęła się o sekundę dłużej, niż powinna.
– Tak – powiedział w końcu, już ciszej. – Czasem. Często. Zwłaszcza kiedy jestem sam, a myśli robią się bardziej kosmate i intensywne.
– O ty świnko, zboczuchu.
Znów cisza, słychać było tylko cichy chichot Kamila. 
– A o czym dokładnie wtedy myślisz? – zapytała po chwili, tonem niemal obojętnym, jakby pytała o pogodę.
– Jezu, no o tobie – odpowiedział w końcu. – Całej. O tym, jak się poruszasz, jak patrzysz. O tym spokoju, który masz, i o tym, że potrafisz być jednocześnie bardzo blisko i bardzo daleko.
Odwróciła się na bok, czując, jak w tej ciasnej przestrzeni robi się nagle za ciepło.
– Jesteś cudem, istotą nadprzyrodzoną, doskonałością – dodał, już bez żartu.
Nie odpowiedziała od razu. Kamper stał cicho, noc trzymała ich w swoich ramach.
– Dobranoc, Kamil – powiedziała w końcu.
– Dobranoc, wredoto.
Tym razem cisza została na jeszcze dłużej.
– Kamil… – jej głos był cichy – Chcesz się kochać ze mną?
Zapadła cisza. Prawdziwa. Ciężka.
– Kamil?
– Zastanawiam się… – odezwał się w końcu.
– O ty padalcu…
Zanim zdążył zareagować, zaczęła gramolić się ze swojej półki. Uderzyła się w głowę o krawędź, zaklęła pod nosem.
– Kurwa, jak tu ciasno…
Kamil parsknął śmiechem, nie potrafiąc się powstrzymać.
– Bardzo romantycznie – zauważył.
Nie odpowiedziała. Zsunęła się w dół i w jednej chwili była już w łóżku. Usiadła na nim okrakiem. 
– I co teraz mi powiesz? – zapytała spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.
Uniósł dłonie, jakby chciał ją dotknąć, ale zatrzymał je w połowie drogi.
– Paulina… – powiedział wolno. – Marzę o tej chwili od dawna.
Jej usta drgnęły w półuśmiechu.
– Tak? – nachyliła się odrobinę bliżej. – I zrobisz coś z tym, czy będziesz leżał jak kłoda?
Położył dłonie na jej biodrach, w końcu, pewnie, jakby decyzja zapadła właśnie teraz, po czym zsunął je w dół. Materiał spodenek ustąpił pod palcami, uniosła biodra. Chłód nocy dotknął skóry tylko na ułamek sekundy. Wciągnęła powietrze, kiedy ich ciała znalazły wspólny rytm, a ona poczuła w sobie ciepło — gęste, pulsujące. Był bardzo twardy. Zatrzymał się na krótką chwilę, dokładnie tyle, ile trzeba. Ten moment zawieszenia rozciągnął się w niej jak napięta struna. Potem poruszyli się razem. Bez gwałtowności, bez pośpiechu — tak, jakby ciało znało drogę lepiej niż słowa. Poczuła, jak napięcie ustępuje miejsca intensywności. Jak bliskość staje się pełna, fizyczna, nie do odparcia.  Jego oddech mieszał się z jej własnym. Każdy ruch był wyraźny, wyczuwalny, prowadzący ją dalej w to jedno jedyne odczucie. Zacisnęła dłonie na jego ramionach. Czuła siłę pod palcami, twardość mięśni, ciepło skóry.  Podniecenie wzbierało się falami, coraz krótszymi, coraz gęstszymi. Oddech stracił rytm, stał się urywany, płytki. Wszystko zaczęło skupiać się w jednym punkcie, jakby ciało zwęziło się tylko łona. Uniosła biodra instynktownie, opadając na niego jeszcze bliżej, jeszcze mocniej. Wbiła mu paznokcie ramiona bez kontroli, zostawiając głębokie ślady,  nawet nie próbowała powstrzymać się. Jej ciało napięło się nagle, potem drgnęło, jakby fala przeszła przez nią od środka na zewnątrz. Głos ugrzązł w gardle; nie było słów, tylko oddech i ten krótki moment nieważkości.
Poczuła, jak reaguje razem z nią — jak jego ciało sztywnieje, jego penis robi się jeszcze twardszy, jak ruch się zatrzymuje, a potem znika w tym samym napięciu. Doszli w tej samej chwili, spleceni nie tylko fizycznie, ale rytmem, który ich dogonił i na moment unieruchomił. Potem wszystko powoli opadło. Ciężar wrócił, oddech się wyrównał. Paulina rozluźniła dłonie, dopiero wtedy zauważając, jak mocno go podrapała.  Wciąż na nim siedziała. Położyła głowę na jego torsie, wsłuchując się w oddech i spokojne, miarowe bicie serca. Objął ją ramieniem. Dłoń zaczęła gładzić jej plecy. Przeszedł ją dreszcz — krótki, przyjemny, rozlewający się w dół kręgosłupa. Odetchnęła głębiej, rozluźniając się pod wpływem dotyku.
Noc trzymała ich w zamkniętej przestrzeni kampera, a wszystko wokół zwolniło. Myśli rozpłynęły się pierwsze, potem uszło napięcie. Zostało tylko ciepło jego ciała. Zasnęła leżąc na nim, jakby to było jedyne miejsce, w którym tej nocy mogła spokojnie odpocząć.
Kamil też usnął. Sen przyszedł ciężko, ale bez niepokoju. Obudził się jednak w środku nocy, w ciszy przerywanej jedynie delikatnym skrzypnięciem kampera, który poruszył się razem z podmuchem z nad morza.
Musiała zmienić pozycję we śnie, leżała obok, policzek miała zwrócony w jego stronę, oddech spokojny i równy. Przez chwilę tylko patrzył, upewniając się, że to nie zniknie, jeśli poruszy się zbyt gwałtownie. Sięgnął po kołdrę i podciągnął wyżej, dbając aby była dokładnie przykryta.
Poruszyła się, westchnęła cicho, jakby dotyk doszedł do niej przez sen. Cofnął dłoń. Czuł pieczenie w barku — ślady po jej paznokciach były wyraźne, pulsujące, przypominające mu dokładnie, jak blisko byli jeszcze kilka godzin wcześniej, nie chciało mu się jednak wstawać do łazienki aby to obejrzeć.
Obudzili się niemal jednocześnie. Światło poranka było jeszcze blade, rozproszone, wpełzało do środka przez okienko dachowe. Otworzył oczy i od razu na nią spojrzał. Leżała blisko, nieco potargana. Patrzył na nią przez chwilę bez ruchu.
— Więc to jednak nie był sen.
Przesunęła się bliżej, objęła go ramieniem i wtuliła twarz w jego szyję, jakby to było najbardziej oczywiste na świecie. Jedną nogę zarzuciła na niego, udo spoczęło na jego biodrze. Poruszyła się jeszcze trochę, muskając go przypadkiem kolanem— a może nie całkiem przypadkiem. Po chwili poczuła wyraźną erekcję.
Uniósł się jej kącik ust. Otworzyła oczy.
– No nie… – zaśmiała się cicho. – Ty świnko. O czym ty znowu myślisz?
Kamil poruszył się lekko, jeszcze zaspany, ale uśmiechnięty.
– Wcale nie muszę myśleć – mruknął. – Wystarczy, że jesteś tak blisko. I że mnie dotykasz.
Uniosła głowę i spojrzała na niego z przesadnie poważną miną. Cofnęła się o centymetr, jakby nagle coś ją zaniepokoiło.
– Naprawdę? – zapytała, udając zaskoczenie. 
Znowu przybrała niewinną minę — szeroko otwarte oczy, lekko rozchylone usta — dokładnie tak, żeby było oczywiste, że to gra. Kamil tylko pokręcił głową.
– Ty to ciągle robisz specjalnie.
– Ja? Przecież ja tylko się przytulam.
– Paulina,  wiesz jak to na mnie działa... 
– Ja tylko sprawdzam, czy już się obudziłeś – odpowiedziała, nie przestając go dotykać.
Odsunęła się nagle i jednym ruchem zsunęła z niego kołdrę. Zatrzymała się, patrząc w dół, z wyraźnym zainteresowaniem, jakby właśnie potwierdziło się coś, czego się spodziewała. Przez chwilę nic nie mówiła. Kamil leżał nieruchomo, oparty na poduszce, nie próbując niczego zakryć ani tłumaczyć. Nie wyglądał na zawstydzonego.
– Masz ładnego penisa, wiesz?– powiedziała nagle. – Proporcjonalny, duży. Podoba mi się.
Uśmiechnął się krótko.
– Podobno – odparł. – Słyszałem już taką opinię.
Nie skomentowała. Zamiast tego pochyliła się bliżej. Jej dłoń była chłodna; dotykała go powoli,  sprawdzała reakcję. Zatrzymała się, przesunęła niżej, znów wróciła — drażniąc go samą zmianą nacisku i tempa.
– Więc jak to robisz kiedy myślisz o mnie? – zapytała cicho, obserwując go uważnie. – Tak? A może inaczej?
Zmieniała ruchy, ledwie zauważalnie, jakby bawiła się samą jego uwagą. Oddychał coraz głębiej. Jej obecność była wystarczająca — chłód palców, bliskość, spojrzenie, które nie opuszczało go ani na chwilę. Spróbował położyć dłoń na jej dłoni, odruchowo, jakby chciał odzyskać kontrolę. Uniosła wzrok i spojrzała na niego ostro, bez uśmiechu.
– Zabierz – powiedziała krótko.
Zatrzymał się. Cofnął rękę.
Oddychał jeszcze głębiej, szybciej, wyraźniej. Po chwili odezwał się z trudem:
– Paulina… przestań.
Nie odpowiedziała od razu. Jej spojrzenie było uważne, skupione na nim, nie na tym, co robiła.
– Mówisz, żebym przestała – powiedziała spokojnie. – Czy żebym dokończyła? Nie podoba ci się?
Zamknął oczy na sekundę, potem je otworzył.
– Zaraz… teraz już jest za daleko – powiedział cicho. – Ja…
Nie dokończył. I wtedy szybko zabrała dłoń. Nagle. Bez zapowiedzi.  Leżał bez ruchu, ciężko oddychając, jak ktoś, komu odebrano coś w ostatniej chwili. Powietrze było gęste od napięcia.
Zaśmiała się cicho.
– Wredota – powiedział, wciąż łapiąc oddech.
– Ale chyba kochana. Prawda?
– Tak – przyznał. – Kochana. I piękna. Jeszcze żadna kobieta nie zrobiła mi takiej galarety z mózgu.
Uśmiechnęła się, zadowolona z efektu, jaki wywarła. 

Dni mijały beztrosko. Rano rowery i krótkie wypady bez planu, w ciągu dnia plaża, słońce i senność, która przychodziła od wiatru, soli i intensywnych nocy. Wieczorami taniec w jednym z klubów — a potem powroty, zawsze trochę zbyt szybkie, jakby oboje wiedzieli, że noc jeszcze się nie skończyła.
Kiedy wracali do kampera, wszystko działo się naturalnie. Kochali się długo, intensywnie, bez pośpiechu. Paulina wprawdzie jeszcze drugiej nocy spróbowała swojej gry — wdrapała się na górne łóżko, udając, że  chce spać. Nie zdążyła jednak zająć miejsca na dobre. Kamil chwycił ją za nogę, pociągnął w dół i złapał w ramiona, śmiejąc się cicho. Krzyczała coś o tym, że jest brutalem po to tyko, by już chwilę później dosiadać go.
Była przy nim inna, niż się spodziewała. Bardziej obecna, bardziej czuła. Sama była zaskoczona tą intensywnością, bo seks nigdy nie był dla niej centrum świata. Adam był pierwszy; z nim wszystko miało ustalony kształt, powtarzalny rytm, który dawał poczucie kontroli, ale niewiele więcej. Kilka razy udała nawet orgazm, żeby w końcu mieć święty spokój i móc usnąć.
Z Kamilem było inaczej. Jakby grali w inną grę, na innym poziomie, w innej lidze. Chciała być na górze, prowadzić, decydować — a jednocześnie wkradał się element niepewności, drobnego przesunięcia ról, momentów, w których nie wiedziała dokładnie, co wydarzy się za chwilę. I to właśnie ta mieszanka — bliskości i zaskoczenia — sprawiała, że była jeszcze bardziej podniecona.
Ostatniego wieczora siedzieli przy kamperze do późna, aż powietrze zrobiło się chłodniejsze, a rozmowy na campingu przycichły. Miała na sobie długie dresowe spodnie i bluzę z kapturem, moskitiera chroniła ich przed nieproszonymi gośćmi. Oparła się wygodnie, a stopy położyła mu na kolanach. Gładził je powoli, masował palcami, jakby chciał zapamiętać każdy ruch. Przez chwilę milczeli, słuchając pobliskiego morza.
– Mogę cię o coś zapytać? – odezwał się w końcu. – Dlaczego wtedy powiedziałaś, że jesteś złą kobietą?
Westchnęła, nie zabierając stóp.
– Kamil… jestem inna. – Mówiła spokojnie, bez dramatyzmu. – Jestem sadystką. Prędzej czy później skrzywdzę cię. Raczej prędzej. Będę chciała czegoś, czego mógłbyś nie być w stanie mi dać.
Spojrzał na nią uważnie.
– A może mógłbym?
Uśmiechnęła się krótko.
– Mało ci śladów po paznokciach?
– No tak… tu nie hamujesz się specjalnie. Ale są do przeżycia.
– Podnieca mnie zadawanie bólu. Czasem, kiedy jesteśmy razem, wyobrażam sobie, że robię ci coś złego, że biję cię batem do krwi. I pytam siebie, czy naprawdę chciałbyś takiej kobiety.
– Zawsze będę cię chciał – powiedział w końcu cicho. – A jeśli to miałoby cię uszczęśliwić… zgodziłbym się na naprawdę wiele.
Paulina wypuściła powietrze.
– Na szczęście niedługo wyjeżdżam do Berlina – powiedziała. – Więc nie będziemy musieli się o tym przekonywać.
Spojrzał na nią, już bez uśmiechu.
– Naprawdę nie widzisz żadnej możliwości, żebyśmy byli razem?
Jej twarz spoważniała.
– Nie. – Po chwili dodała ciszej: – Ale… jest tu i teraz, prawda?
– Prawda – odpowiedział, ciężko wzdychając.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, zaczął nawet:
– Jeśli kiedyś będziesz chciała—
– Nie – przerwała mu łagodnie, ale stanowczo. – Nie deklaruj czegoś, czego mógłbyś żałować.
Zamilkli. Morze szumiało, noc była spokojna.  Wrócił do delikatnego masażu, a ona przymknęła oczy.

---

Giżycko, wrzesień 2009

W połowie września pojechali większą grupą na Mazury. Kilkanaście osób, kilka par, kilka dziewczyn bez towarzystwa,  ekipa podobna do zeszłorocznej. Taki wyjazd, który z założenia miał być wspólny i lekki, a w praktyce niósł ze sobą ciche napięcia. Aneta była wyraźnie rozdrażniona — świeże rozstanie wciąż siedziało w niej głęboko, przebijało w tonie głosu, w zbyt szybkich komentarzach, w nagłych momentach milczenia. 
Paulina jeszcze przed wyjazdem poprosiła Kamila, żeby nikomu nie mówił, że spotykają się od czerwca. Przeprosiła go za to — spokojnie, bez tłumaczeń. Nie chciała plotek, półsłówek, spojrzeń, domysłów, które zaczęłyby żyć własnym życiem. Zrozumiał. Przyjął to bez urazy, z tym swoim cichym dystansem. Ostrzegł ją tylko, że i tak może nocą zgubić się i przypadkiem znaleźć w jej pokoju, jakby zaznaczał, że tajemnica nie zmienia istoty rzeczy.
Jechali samochodem z salonu, w którym pracowali — dużym, czarnym Audi Q7. Auto było szybkie i wygodne, stworzone do długich tras. Kamil prowadził pewnie i dynamicznie. Paulina siedziała obok, z nogami lekko podkurczonymi, patrząc na mijany krajobraz. Z tyłu Aneta i jedna z koleżanek z roku, Gosia, rozmawiały o czymś intensywnie. Do przednich foteli docierały tylko pojedyncze słowa.
Pierwszy dzień skończył się późno i głośno. Alkohol zaczął krążyć w żyłach szybciej niż rozmowy, muzyka była przesycona niskimi tonami, a parkiet zatłoczony. Kamil chciał tańczyć tylko z Pauliną, choć co chwilę wypychała go delikatnie w bok, śmiejąc się i wskazując wzrokiem inne dziewczyny.
– Ooo, zobacz – szepnęła mu do ucha. – Aneta siedzi sama. Może ją pocieszysz.
Robił to, o co prosiła. Tańczył, rozmawiał, śmiał się a potem wracał do niej. Dopiero noc, gdy hałas opadł i światła przygasły, uporządkowała role. Wtedy zakradł się do jej pokoju, cicho, bez słów. Każdy centymetr bliskości miał swoją wagę, jakby odmierzał coś, co należy tylko do nich.

Następnego dnia dziewczyny rozsiadły się na leżakach nad jeziorem. Kamil pojawił się w kąpielówkach; na plecach i torsie widać było różne zadrapania. Aneta nachyliła się do Pauliny i Kasi, mrużąc oczy.
– Patrzcie – powiedziała tak aby usłyszał. – Nasz Kamil chyba przez żywopłot przechodził.
Śmiech przeszedł po dziewczynach jak fala. Uniósł ręce w geście poddania.
– Wszedłem z tygrysem do klatki – rzucił.
– Bardziej wygląda na pazury wilczycy – odparła leniwie Paulina. – Ale co ja tam wiem.
Śmiech wybuchł na nowo. Aneta spojrzała na nią uważniej.
– Podrywał cię po tamtej imprezie w Sopocie?
– Trochę – odpowiedziała wymijająco. – Ale już za chwilę mnie tu przecież nie będzie.
Od tamtej rozmowy Aneta wyraźnie się zmieniła. Nie było w tym nic gwałtownego ani demonstracyjnego — raczej przesunięcie akcentów. Częściej szukała go wzrokiem, częściej zagadywała  przy stole, przy ognisku, na pomoście. Jej żarty były głośniejsze, dotyk bardziej swobodny, obecność wyraźniejsza.
To ona zaproponowała kajaki. Płynęli razem, wolno, bez pośpiechu, w słońcu odbijającym się od wody. Śmiali się, przekomarzali,  kto gorzej wiosłuje. Z brzegu wyglądało to niewinnie — dwoje ludzi korzystających z dnia. Paulina patrzyła bez emocji; rozpoznawała ten mechanizm aż nazbyt dobrze. Nie zareagowała impulsywnie. Wybrała moment, w którym byli sami, i powiedziała to spokojnie, bez cienia prowokacji. Dała mu wolną rękę. Powiedziała, że nie zrobi sceny, że Aneta jest fajną dziewczyną, że rozumie, jego potrzeby. Mówiła rzeczowo, jak ktoś, kto naprawdę dopuszcza taką możliwość.
Kamil wysłuchał jej uważnie — i pokręcił głową.
–  Jeszcze nie wyjechałaś, powiedział. I dopóki jesteś, jesteś tylko ty. Jedyna. Najpiękniejsza. A to z Anetą to tylko niewinny flirt, z resztą to ona jest stroną aktywną, nie ja. 
– Ależ ty mnie czarujesz tymi słowami…
A jednak widziała, że nie rzucał słów na wiatr. Było w nim sporo pryncypialności, której się po nim nie spodziewała. Anetę traktował ciepło, życzliwie, lecz konsekwentnie trzymał dystans. Nawet gdy coraz wyraźniej się do niego kleiła, nie przekraczał granicy, jakby miał ją jasno wyznaczoną i pilnował jej bez wysiłku.
Któregoś dnia przyszła do Pauliny wyraźnie przybita. Mówiła o tym, że chyba coś robi nie tak, że może jest zbyt nachalna, że źle to rozgrywa. Wysłuchała jej cierpliwie, nie oceniając.
Powiedziała tylko, że pewne rzeczy potrzebują czasu. Że czasem warto odpuścić krok, zrobić miejsce. Że Kamil, jeśli będzie chciał, sam do niej wróci. Na pewno wróci, musi tylko dać mu czas. Spojrzała na nią z ulgą, jakby właśnie dostała pozwolenie, którego potrzebowała. Przytuliła się do niej nagle, mocno.
– Jesteś wspaniała – powiedziała. – Prawdziwa przyjaciółka.

Ostatniego wieczoru rozpalili ognisko. Siedzieli w kręgu, blisko siebie, z kubkami i butelkami ustawionymi na ziemi, twarze rozświetlał ogień, a za plecami mieli ciemną taflę jeziora. Jedna z par przywiozła gitary i szybko okazało się, że repertuar krąży w dobrze znanych rejonach — jak to Paulina skomentowała półgłosem, „oazowo-bluesowych”: od piosenek podszytych religijnym uniesieniem po nieco chwiejne próby odtworzenia Dżemu. Było w tym coś rozczulającego i trochę męczącego zarazem.

W pewnym momencie, gdy zrobili przerwę sięgnęła po gitarę. Przesunęła instrument na kolana, ułożyła palce na gryfie i zaczęła grać. Pierwsze takty się rozsypały — pomyliła się, zawahała, przerwała. Uśmiechnęła się krótko do siebie, zaklęła, pochyliła głowę i zaczęła coś stroić, skupiona, jakby ognisko i rozmowy przestały istnieć.

Spróbowała jeszcze raz. Tym razem melodia popłynęła równo. Prosta, oszczędna, ale niosąca w sobie coś, co od razu przyciągało uwagę. Rozmowy ucichły. Ktoś odłożył kubek, ktoś inny przestał grzebać kijem w żarze.

– Co to za melodia? – zapytał jeden z kolegów z drugiego końca kręgu.

Uniosła wzrok.
– Napisałam ją kiedyś – powiedziała spokojnie. – Jeszcze wtedy, gdy grałam w Wolfensteinie.

Ktoś skinął głową, jakby sobie przypomniał. Ktoś inny półgłosem tłumaczył, że kiedyś opowiadała, że grała w jakimś zespole. Padło pytanie, czy to ma słowa.

– Ma – odpowiedziała po krótkiej chwili.

Na moment zamknęła oczy, po czym znów poruszyła palcami po strunach. Melodia nie zmieniła się, ale stała się pewniejsza, jakby teraz już wiedziała, dokąd prowadzi. Jej głos był niski i zaskakujaco zmysłowy, niósł się nad ogniskiem i wodą.

W mojej wieży smutku z kości słoniowej,
uczę się oddychać bez ciebie,
każdy krok brzmi tu jak zdrada,
każde jutro jest zbyt ciche.
Nie wszystkie drogi prowadzą do domu,
nie każda miłość zna słowo „zostań”.

Przez chwilę tylko grała, pozwalając, by dźwięk wybrzmiał. Potem przyszły słowa po angielsku, niemal bez przejścia, jakby ta historia potrzebowała obu języków.

In my ivory tower of sorrows I stand,
with broken maps clutched tight in my hands,
some loves are written to end halfway,
not every fire is meant to stay.
We burn, we learn, we let it go,
happy endings don’t always know our names.

Kiedy skończyła, nie opuściła od razu instrumentu. Ostatni akord wybrzmiał długo, aż zniknął w trzasku ognia. 

Ktoś po chwili powiedział cicho, że to piękne ale smutne. Ktoś inny — że prawdziwe. Paulina tylko wzruszyła ramionami i oddała gitarę. Chwilę później ciszę przerwały pierwsze akordy "Whisky moja żono..."

Ognisko paliło się dalej, ale rozmowy już nie wróciły do wcześniejszej lekkości. Jakby wszyscy na moment zrozumieli, że są historie, które nie mają happy endu — i że to wcale nie czyni ich mniej ważnymi.

---

Koniec września przyszedł cicho, jak coś, co było zapisane od dawna. Po powrocie z Mazur wiedziała, że wkrótce coś się domknie — nie gwałtownie, raczej jak drzwi, które zamyka się wolno ale do końca.
Kamil kupił dwie butelki prosecco. Poszli na plażę, daleko od wejść i barów, blisko granicy z Gdynią, tam gdzie wydmy są wyższe i jest prawie pusto. Siedzieli osłonięci od wiatru. Morze było stalowe, ciężkie, pozbawione już letniego blasku. Pili powoli. Kamil objął ją ramieniem. Mówiła dużo jak na siebie. O tym, że musi jeszcze ogarnąć mieszkanie, że ma do wyboru dwa akademiki, że wstępnie zarezerwowała miejsca, ale jeszcze się waha. O rzeczach praktycznych, terminach, drobiazgach. Jej głos nieco przyspieszał, jakby próbowała zagadać ciszę, nie dopuścić do tego, co czekało pod spodem.
Słuchał uważnie. Dopytywał, jak będą wyglądały studia, jakie zajęcia na początku, co zabierze ze sobą do Berlina. Pytał spokojnie, rzeczowo, jakby trzymał się tego jedynego porządku, który jeszcze dawał się utrzymać.
I wtedy to zobaczył.
Łzy spływały jej po policzkach cicho, bez szlochu, jakby ciało zaczęło reagować szybciej niż ona sama. Spróbował ją przyciągnąć, ale wyrwała się nagle. Wstała, zrobiła kilka kroków w stronę wody, potem wróciła i stanęła przed nim. Sztywna, roztrzęsiona.
– Wiedziałam – powiedziała. – Wiedziałam, kurwa, że to bez sensu. Wiedziałam…
Głos jej się załamał.
– Bałam się, że cię pokocham i…
Nie dokończyła.
– Kurwa no!
Kamil wstał i objął ją odruchowo. Przez moment pozwoliła, po czym spróbowała się wyszarpnąć.
– Zostaw mnie – rzuciła. – Nie chcę już słuchać, że jest tu i teraz. Nie ma już „teraz”, rozumiesz? Jutro wyjeżdżam i—
Przerwał jej, obejmując ją jeszcze raz, tym razem mocniej, zdecydowanie, tak żeby nie mogła się wyrwać. Trzymał ją blisko, aż napięcie w jej ciele zaczęło pękać.
– I co narobiłeś… – wyszeptała, już naprawdę płacząc.
Jej ramiona drżały. Płacz w końcu znalazł ujście. Kamil nie mówił nic. Gładził ją po plecach, powoli, jednostajnie, jakby chciał przekonać jej ciało, że może się zatrzymać, że nie musi uciekać ani walczyć.
Plaża była pusta. Wiatr niósł ich głosy w stronę wydm. Morze nie reagowało. A oni stali tak długo, aż łzy straciły ostrość, a rozpacz — kształt.

Długo milczał, zanim w końcu przemówił. Głos miał opanowany. Powiedział, że przeżyli piękne cztery miesiące. Najpiękniejsze w jego życiu. Że ma nadzieję, że ona też zapamięta je w taki sposób — nie jako błąd, nie jako pomyłkę. Prosił, żeby spróbowała spojrzeć na to z tej strony. Że nie chciał namieszać jej w głowie. Że jest najwspanialszą i najpiękniejszą kobietą, jaką poznał. Że nigdy wcześniej nie przeżył czegoś takiego i wie, że już nie przeżyje. Mówił to bez patosu, jakby opisywał fakt, z którym dawno się pogodził.
Powiedział w końcu, że ją kocha. Że pokochał od pierwszej randki.
– Kamil… no… przestań już… – przerwała mu, łzy wróciły z całą mocą.
– To może jednak dajmy sobie szansę?
Nie odpowiedziała od razu. Kiedy w końcu uniosła głowę, była skupiona i zimna. 
– Nie – powiedziała krótko. – Tak będzie lepiej. Dla mnie, dla ciebie. Dla nas. 
Zrobiła krok w jego stronę i pocałowała go w usta. Wbiła się w niego mocno a po chwili chwyciła zębami wargę i przygryzła. Jęknął z bólu, odruchowo cofając głowę. Dotknął twarzy i spojrzał na dłoń — była na niej krew.  Stała naprzeciwko ciężko oddychając, oblizała lekko usta.
– Pa, Kamil – powiedziała. – Było cudownie. Najcudowniej. Kocham cię. Bardzo. Muszę już iść. Nie szukaj mnie. Nigdy. Proszę. 
Chwyciła torbę i pobiegła w stronę Sopotu, nie oglądając się za siebie. Został tam, gdzie stał. Nawet nie próbował jej gonić. Biegła naprawdę szybko. Wiatr szczypał twarz, a łzy znów napłynęły do oczu, rozmywając światło latarni sopockiego molo.
Kamil...

---

Po niespodziewanej wizycie Olgi ich kontakt stał się czymś naturalnym, niewymuszonym. Często pisały do siebie bez żadnej okazji. Gdy Olga pierwszy raz użyła bata na swoim chłopaku, pierwsze co zrobiła był telefon do Pauliny. Opowiadała jej z ekscytacją co czuła i jak było. Spotkały się w Sopocie i uczciły to butelką wina. Od tego czasu były prawie nierozłączne, jakby znały się od lat. Paulina próbowała nawet ją wciągnąć w bieganie. Zwolniła tempo, ale nowa przyjaciółka już po dwóch próbach kręciła głową z uśmiechem. Mówiła, że to nie dla niej i że jest stworzona aby przemieszczać się na grzbiecie konia. Ewentualnie mogła być joga. 
I faktycznie — zabrała Paulinę kilka razy na zajęcia. Było w tym coś nowego: cisza i skupienie.
Tamtego wieczora, po rozstaniu z Kamilem, nogi poprowadziły ją bez wahania właśnie do niej. Biegła długo, niemal automatycznie. Piasek w Jelitkowie był wilgotny, twardy, morze ciemne i obojętne. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy zabrakło jej tchu nie od biegu, lecz od emocji. Wyjęła telefon drżącymi palcami wybrała numer.
– Zrobiłam to... Boże, jaka ze mnie idiotka, co ja narobiłam.
I wtedy głos znów jej się załamał. Powiedziała jeszcze, gdzie jest. Olga mieszkała blisko. Była przy niej po kilku minutach, bez pytań, bez komentarzy. Wzięła ją po prostu w ramiona, jakby to było oczywiste.
Pojechały do jej mieszkania. Paulina leżała z głową na jej kolanach, skulona, zmęczona, zupełnie pusta. Olga gładziła ją po włosach, jakby chciała uspokoić nie tylko ją, ale i cały świat wokół. Mówiła cicho, spokojnie. Utwierdzała ją w tym, że dobrze zrobiła. Że Kamil, choć był świetnym mężczyzną, byłby tylko kotwicą. Mówiła, że Paulina jest piękna i zdolna. Że przed nią otwiera się świat, że Berlin ją wchłonie. Da jej nowe życie, nowe tempo, nowe pytania i na pewno nowe odpowiedzi.
Słuchała, z zamkniętymi oczami. Nie płakała już, został tylko ciężki oddech i to szczególne zmęczenie, które przychodzi po  nieodwracalnych decyzjach. Leżała tak jeszcze długo. W końcu wstała, poprawiła włosy i powiedziała, że już jej przeszło. Prawie.

-----

Rozdział XXV - Wschód

Trójmiasto, wrzesień 2009

 Kilka dni po rozstaniu z Kamilem, wróciła z biegania, wzięła szybki prysznic i usiadła na balkonie z wysoką szklanką wody z cytryną. Ciało miała jeszcze rozgrzane, myśli spokojne i poukładane. Telefon zadzwonił, gdy właśnie opierała stopy o balustradę. Na wyświetlaczu pojawiło się: Manfred WirtzOdebrała niemal od razu. Mówił swoim charakterystycznym, ciepłym tonem, bez pośpiechu, jak ktoś, kto ma dobrą wiadomość i chce ją odpowiednio podać. Tłumaczył, że razem z Ingrid zastanawiali się nad jej sytuacją i doszli do wniosku, że mogą jej coś zaproponować. W Berlinie mają mieszkanie —  co prawda w zwykłym bloku we wschodniej części miasta, ale za to trzy pokoje i całkiem blisko Alexanderplatz, skąd będzie miała dobre połączenie na zajęcia. Opowiadał, że to ich stare mieszkanie, a potem mieszkali tam ich synowie w czasie studiów. Paulina bez trudu przypomniała sobie Maxa: wysokiego blondyna z trójką żywiołowych synów i zawsze pogodną, serdeczną żoną. Wirtz kontynuował. Zaproponował, żeby tam zamieszkała — zamiast akademika albo nerwowego szukania czegoś na własną rękę w ostatniej chwili. Wystarczy, że będzie opłacała czynsz i dorzuci symboliczne sto euro miesięcznie. Gdy żartował, że to „na piwo”, w tle wyraźnie było słychać głos żony, która natychmiast go skarciła, przypominając, że lekarz kazał mu ograniczyć alkohol, i że tylko by chlał, gdyby miał pretekst. 
Dodał jeszcze, że mieszkanie jest umeblowane, gotowe do zamieszkania — może nie nowoczesne, ale zadbane i przytulne. Zaprosił ją, aby wpadła do Schwerina po klucze. Słuchała w milczeniu, czując, jak napięcie, które nosiła w sobie od tygodni, zaczyna powoli puszczać. Przez chwilę walczyła z odruchem skrępowania, ale myśl o własnym kącie — bez zgiełku i tymczasowości akademika, była jak głęboki oddech. Odpowiedziała w końcu, ciszej, z wyraźnym wzruszeniem, że nie bardzo wie, jak ma dziękować. Wirtz powiedział krótko, żeby po prostu dobrze wykorzystała swoją szansę i że są z niej dumni. Kiedy się rozłączyli, jeszcze długo siedziała nieruchomo na balkonie, wpatrując się w jasne popołudniowe światło. Przed chwilą jej plany przestały być abstrakcją. Berlin przestał być odległym hasłem, a stał się konkretnym adresem. 
Wstała w końcu, wciąż trzymając telefon w dłoni, i przeszła powoli przez mieszkanie. W głowie zaczęły układać się konkretne sprawy: pakowanie, formalności, terminy. A obok lekkiej nostalgii pojawiło się coś nowego — spokojna, dorosła ekscytacja. To miało się naprawdę wydarzyć.

Dzień przed wyjazdem zorganizowała małą pożegnalną imprezę. Czuła, że jeśli tego nie zrobi, wyjedzie z poczuciem, że coś zostało urwane w pół zdania. Popołudnie było ciepłe, takie, które pachnie jeszcze latem, choć kalendarz już temu przeczy. Tata rozłożył stół w ogrodzie i nakrył go obrusem. Kilka krzeseł, talerze — nic szczególnego, a jednak wszystko dokładnie na swoim miejscu. Mama krzątała się przy jedzeniu, co chwilę zwracając Paulinie uwagę, że za grubo kroi warzywa.
Przyjechali ci, których chciała mieć obok. Kasia z trochę spiętym chłopakiem, Aneta — pogodna, choć z tym cieniem w oczach, który Paulina już dobrze znała. Dawid i Filip przywieźli karton piwa. Była też Olga — jak zawsze elegancka i posągowa. Pojawił się nawet dziadek. Trochę niespodziewanie, ale gdy już usiadł przy stole, od razu zaczął opowiadać różne historie. Kiedy usłyszał, że Paulina zamieszka we wschodnim Berlinie, wyraźnie się ożywił. Stwierdził, że gdy wpadnie do niej, odwiedzi dawnych towarzyszy, a ją koniecznie zabierze do Café Moskau — powiedział to z takim przekonaniem, jakby to było oczywiste, że właśnie tam zaczyna się prawdziwy Berlin. 
Było wesoło, śmiech pojawiał się naturalnie, rozmowy toczyły się bez wysiłku, ale pod tym wszystkim płynęła delikatna nostalgia — nie smutna, raczej ciepła. Taka, która pojawia się wtedy, gdy wszyscy wiedzą, że to jedno z tych spotkań, które zostają w pamięci dłużej niż inne. Mówiła niewiele. Wolała patrzeć: na braci, na przyjaciółki, na rodziców. I pomyślała, że to pożegnanie jest dokładnie takie, jakie miało być — zwyczajne, prawdziwe, bez nadęcia. Jutro wszystko się przesunie. Dziś jeszcze było na swoim miejscu. Wróciła do domu późno w nocy.  W przedpokoju stały 3 walizki i kilka kartonów. Pakowanie tego zajęło kilka długich godzin. Choć przez lata starała się nie gromadzić zbyt wielu rzeczy, dopiero teraz uświadomiła sobie, jak wiele tego miała. Czekało ją jeszcze jedno pożegnanie. Przez ponad rok nikt się nie dowiedział. Ani przyjaciele, ani rodzina. Tylko Olga. A przecież Andrzej nie był człowiekiem z nikąd – starszy od niej o ponad dwadzieścia lat, mężczyzna o silnej osobowości, z którym łączyło ją coś znacznie głębszego niż zwykłe spotkania. Zresztą, słowo "spotkania" wydawało się nieodpowiednie. Ich relacja daleko wykraczała poza schematy klasycznych randek. Nie było wspólnych kolacji w restauracjach, wyjść do kina czy romantycznych weekendów nad morzem. Ich "randki" były wyjątkowe, intymne, zamknięte w czterech ścianach. To były najczęściej godziny wypełnione jego bólem i bezgranicznym uwielbieniem. Wiedziała, że dla niego była kimś więcej niż tylko młodą dziewczyną. Była jego przewodniczką, wyzwolicielką ukrytych pragnień, których do niedawna nawet sam przed sobą nie potrafiłby nazwać. Dla niej zaś był oparciem – kimś, kto nie próbował jej zmieniać, nie chciał jej kształtować według własnych wyobrażeń, ale akceptował ją taką, jaka była: silną, wymagającą, nieprzewidywalną. Wciąż pamiętała tamte pierwsze spotkania, nieporadne i pełne emocji. Jak Andrzej uczył się jej potrzeb, a ona – jego oddania. Jak krok po kroku budowali coś, czego nie dało się łatwo nazwać. I teraz, choć ich drogi miały się rozejść, nie odczuwała żalu. Była wdzięczna za ten czas. Za to, że mogła być sobą. Za to, że miała kogoś, kto bez słów rozumiał, kim naprawdę była.
Obiecał, że będzie ją odwiedzał w wybrane weekendy i ta deklaracja w zupełności jej wystarczyła.
Była gotowa na kolejny krok. Przygotowywała się do niego od czterech miesięcy. Widywali się rzadziej ale wciąż intensywnie. Wakacje, jej relacja z Kamilem, jego rejs, czas z w towarzystwie Olgi. To wszystko powodowało, że nauczyli się planować i wykorzystywać do maksimum każdą wspólną chwilę. Przyjechał w nocy. Pożegnanie było krótkie, wiedzieli że niedługo zobaczą się. Życzył jej powodzenia, prosił aby dała znać gdy bezpiecznie dojedzie. 

---

Tata pojawił się u niej z samego rana.
– No cóż, Pauli, do twojego Fiata to byśmy włożyli co najwyżej jedną walizkę – powiedział z uśmiechem, otwierając olbrzymi bagażnik swojego Citroëna C5 w wersji kombi. – A tak pakuj ile wlezie a zobaczysz,  że i tak zostanie miejsce. 
Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
– Dzięki, naprawdę nie dałabym rady sama.
Zaczęli znosić na dół kartony i walizki. Tata od razu przejął dowodzenie, ustawiał rzeczy w bagażniku z precyzją, jakby pakowanie było osobną sztuką a on miał w niej czarny pas. Podawała mu kolejne pudła, czasem żartując, czasem tylko stojąc i patrząc, jak jej życie znika w przestrzeni bagażnika. Kiedy wszystko było już na miejscu, ojciec jeszcze raz sprawdził ułożenie, zamknął klapę i dopiero wtedy podał jej kluczyki.
– No. Gotowe – powiedział, ocierając czoło. – Spokojnie dojedziesz. Na pewno nie chcesz, żebym pojechał z tobą?
– Nie, dam radę – odpowiedziała. – A wy i tak wpadniecie niedługo.
Kiwnął głową, ale zamiast od razu się cofnąć, sięgnął do kieszeni kurtki. Wyjął cienkie kartonowe etui i podał jej je bez zbędnych komentarzy.
– To na drogę – powiedział. – Ułożyliśmy to z Filipem i Dawidem. Ja to… no… jak to się mówi… wypaliłem.
Zawahał się na sekundę.
– Pod czujnym okiem Filipa – dodał szybko.
– Jesteście kochani. A co tam jest?
– Spodoba ci się – powiedział przytulając ją i całując.
– Jak coś się będzie działo, dzwoń od razu. Pamiętaj tylko, żeby tankować olej napędowy, błagam, nie pomyl się – powiedział jeszcze, wręczając jej komplet dokumentów.
– Dziękuję, tato. Kocham cię.
Wiedziała, że się o nią martwi, choć bardzo się starał tego nie pokazywać. Samodzielny wyjazd do obcego kraju, nowy etap życia — to nie było dla niego „po prostu”. Umówili się, że po tygodniu rodzice przyjadą do niej z wizytą: zobaczyć, jak się urządziła, pomóc, jeśli będzie trzeba. Przy okazji wymienią się samochodami — odda Citroëna i zabierze z powrotem swojego małego Fiata.
Gdy pożegnali się i kiedy ostatni raz spojrzała na blok, wsiadła za kierownicę. Silnik ruszył miękko. Kiedy wyjechała na drogę w stronę Gdyni, na pierwszym prostszym odcinku wsunęła płytę do systemu audio. Przez ułamek sekundy było cicho, potem głośniki ożyły charakterystycznym, galopującym rytmem. The Trooper uderzył od pierwszych taktów, bez ostrzeżenia. Parsknęła śmiechem. Po chwili śpiewała już razem z Brucem Dickinsonem. Przy refrenie rozpuściła włosy i pozwoliła im zatańczyć w rytmie muzyki — dokładnie tak, jak na koncertach. Na moment zabrała jedną rękę z kierownicy, a palcami drugiej zaczęła w powietrzu odgrywać linię basu. Droga złapała właściwy rytm. Asfalt sunął pod kołami jak taśma, a ona wybijała tempo lewą stopą, wciąż kołysząc głową. Na prostych odcinkach podkręcała głośność. Wnętrze Citroëna wypełniła surowa, dobra energia.
Było w tym coś oczyszczającego. Stare dobre metalowe granie, bas, który prowadził jak kompas, i głos wokalisty Iron Maiden, który zawsze brzmiał mocno i donośnie. Paulina śpiewała, grała w powietrzu, uśmiechała się sama do siebie. 

---

Berlin, wrzesień 2009

Podróż minęła szybciej, niż się spodziewała. Samochód prowadził się znakomicie – był cichy, stabilny, a zawieszenie idealnie tłumiło większość nierówności. Wjechała już do Niemiec z mieszanką ekscytacji i lekkiej niepewności, z każdym kilometrem coraz bardziej czując, że rozpoczyna nowy etap swojego życia. Przyspieszyła.
Gdy zbliżała się do zjazdu na Rostock, zadzwonił telefon. Wyświetlił się Max Wirtz.
– Hallo? – odebrała niepewnie.
– Cześć, Paulina, tu Max. Miałem twój numer jeszcze z zeszłego roku – głos był ciepły, przyjazny. 
– Jestem właśnie z Leonem w Schwerinie. Tata wszystko mi powiedział, wiem że jesteś już w drodze do nas. Pomyślałem, że może pomożemy ci. My ruszamy zaraz do Berlina na mecz, jedź tam od razu, damy ci klucze na miejscu.
Umówili się tak, że Max z synem przyjadą pod mieszkanie, dadzą klucze i pomogą z rozładunkiem. Dotarła na miejsce po niespełna pięćdziesięciu minutach jazdy. Zaparkowała samochód na wyznaczonym miejscu i przez chwilę po prostu siedziała w aucie. Okolica wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażała. Stare bloki z czasów NRD miały w sobie surową elegancję: wysokie, masywne, ustawione z rozmachem, nieprzytłaczające. Szerokie chodniki, dużo zieleni, stare drzewa pamiętające inne dekady. Elewacje były czyste, odnowione, w jasnych kolorach — nic krzykliwego, raczej porządek i solidność. Widać było, że kiedyś mieszkali tu ludzie ważni dla dawnego reżimu: urzędnicy, inżynierowie, kadra naukowa, dla której przestrzeń miała znaczenie. Fontanny na niewielkich skwerach, równo poprowadzone alejki, logiczny układ ulic — wszystko sprawiało wrażenie przemyślanego i spokojnego. Telefon zawibrował. Krótka wiadomość: Nawigacja pokazuje jeszcze godzinę.
Zamknęła auto i poszła się przejść, rozprostować nogi po jeździe, oswoić miejsce. Przeszła przez mały park, minęła plac zabaw, gdzie kilkoro dzieci bawiło się na niewielkiej zjeżdżalni. Z balkonów dobiegały urywki rozmów, gdzieś w oddali szczęknęły naczynia. Normalne życie. 
W pobliskim sklepie kupiła opakowanie winogron i gazetę — wybrała Der Spiegel. Na okładce dominował duży temat polityczny: kryzys finansowy wciąż rozlewał się po Europie, obok zapowiedzi artykułów o Angeli Merkel, o przyszłości Unii, o zmianach na rynku pracy i o odszkodowaniach dla ofiar eksperymentów z czasów wojny, których wypłatę obiecał nowy prezes Hagen Pharma. 
Wróciła do samochodu, otworzyła bagażnik i usiadła pod uniesioną klapą, opierając się plecami o jeden z kartonów. Winogrona opłukała wodą z butelki, strząsnęła krople i zaczęła powoli jeść, kartkując gazetę. Czytała fragment o tarciach w koalicji rządowej i o walce frakcji w CDU. Dalej był reportaż o bezrobociu w Brandenburgii i jakichś neonazistach, którzy namalowali zakazane symbole na budynku urzędu w jednym z małych miasteczek blisko granicy z Polską.  Co jakiś czas odrywała wzrok od tekstu i patrzyła przed siebie. Czuła coś pomiędzy spokojem a lekkim napięciem. Godzina szybko minęła.

– Witamy w Berlinie! – powiedział Max z szerokim uśmiechem, wysiadając ze srebrnego Mercedesa. 
Paulina przywitała się, dziękując za pomoc i uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem.
W trójkę szybko zabrali się za rozładunek samochodu. Kartony, walizki i torby wnosili sprawnie – dzięki windzie, która choć trochę wysłużona, działała bez zarzutu. Mieszkanie znajdowało się na dziewiątym piętrze.
Kiedy weszli do środka, rozejrzała się z ciekawością. Było zaskakująco przestronne i jasno. Wnętrze miało klasyczny układ z czasów NRD: trzy pokoje, duży przedpokój, oddzielna kuchnia i łazienka z oknem. Nosiło ślady przeszłości – solidne drewniane podłogi, tapeta w kwiatowy wzór i meble pokryte błyszczącą politurą. Jednocześnie widać było próby unowocześnienia – nowa armatura w łazience, świeżo malowane sufity i nowoczesna, jasna kuchnia, odświeżona kilka lat temu. Salon był największym pomieszczeniem – miał ogromne okno, przez które wpadało mnóstwo światła, oraz balkon z widokiem na Alexanderplatz. Dwa mniejsze pokoje były idealne na sypialnię i pokój gościnny. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko teraz będzie jej nowym domem.
– Jest naprawdę świetne – powiedziała z entuzjazmem, kiedy ustawili ostatni karton w salonie.
Max uśmiechnął się szeroko. 
– Cieszymy się, że ci się podoba. Wiesz, tata powiedział mi tylko jedno: pomóż jej tak, jakbyś pomagał własnej córce. Córki nie mam, tylko tych trzech potworów, których już poznałaś rok temu. Więc tym bardziej. 
Roześmiali się i wyszli na balkon. Dziewiąte piętro dawało oddech — nie było tu już ulicznego hałasu, tylko równy szum miasta, jak tło, do którego można się przyzwyczaić. Paulina niepewnie oparła dłoń o balustradę i spojrzała przed siebie. Wieża telewizyjna była blisko, niecały kilometr w linii prostej. Dominowała nad okolicą, jasna, smukła, niemal elegancka. Jej kula łapała popołudniowe słońce i odbijała je szeroką plamą światła.
Max stanął obok i uniósł rękę.
– Widzisz to? – zapytał, wskazując palcem. – Jak słońce pada pod odpowiednim kątem, na tej kuli zawsze wychodzi krzyż.
Zmrużyła oczy. Faktycznie — linie światła układały się w wyraźny znak, którego nie dało się pomylić z niczym innym.
– Nazywają to „zemstą papieża.” Budowali symbol świeckiego państwa, potęgi socjalizmu, nowoczesności… a wyszło jak wyszło.
Uśmiechnął się krzywo.
– Kiepsko, co? Całe NRD starało się wyprzeć religię, a ich największa wizytówka codziennie rysowała na niebie krzyż i to bez zgody partii.
Patrzyła jeszcze chwilę na wieżę. Było w tym coś przewrotnego, bardzo berlińskiego — historia, która nie daje się zamknąć w jednym porządku, symbole, które wymykają się intencjom.
– To miasto ma do tego talent – powiedziała w końcu. – Do ironii.
Skinął głową.
– Fajnie, że tu trafiłaś. Berlin lubi takich ludzi jak ty. Słuchaj, a może jesteś głodna? Niedaleko jest najlepszy currywurst w tej części Berlina. Czy może jesteś zbyt zmęczona?
Mimo kilkugodzinnej jazdy, była wciąż pełna wrażeń i energii. Pokręciła głową.
– Nie, nie jestem. Chętnie coś zjem.
– Zawsze zdążysz się rozpakować. A teraz chodź, zobaczysz coś zupełnie innego.
Zjechali na dół windą i weszli w niewielką alejkę między blokami, przy której ciągnął się rząd garaży. Paulina zawsze zastanawiała się, dlaczego niemieckie garaże były niemal identyczne – te same szare lub beżowe bramy. Inaczej niż w Polsce, gdzie każdy wyglądał, jakby był oddzielnym światem właściciela. Tutaj panował porządek.
Max podszedł do jednego z garaży i otworzył bramę. Skrzypnęła lekko, odsłaniając wnętrze. Natychmiast uderzył ich specyficzny zapach – mieszanka starej benzyny, oleju i czegoś jeszcze, jakby lekkiej nuty spalonego smaru. Zapach starego, wysłużonego silnika dwusuwowego, nie do pomylenia z niczym innym. Wypełniał ciasną przestrzeń garażu, jak mgła wspomnień o minionych czasach.
W głębi, w blasku światła wpadającego przez otwartą bramę, stał on – żółty Wartburg 353, model z końca lat 80. Samochód o kanciastych kształtach, który mimo wieku wyglądał, jakby ktoś wciąż traktował go z czułością.
– To Wartburg mojego dziadka – powiedział, z wyraźnym sentymentem w głosie. – Zostawiliśmy go po jego śmierci. Dziadek odebrał go w 1988 roku z salonu w Schwerinie. Przez lata jeździł tylko do nas, do Berlina, albo do sanatorium w Bad Elster.
Podeszła bliżej. Karoseria, choć w niektórych miejscach przykurzona, wciąż błyszczała. Kolor był soczysty, słoneczny, kontrastujący z szarością betonowych ścian.
– A może się przejedziemy? – zaproponował, wyciągając z kieszeni niewielki pęk kluczyków z plastikowym breloczkiem. – Pokażemy ci trochę wschodniego Berlina.
Otworzył maskę. W tym czasie Paulina z ciekawością przyglądała się wnętrzu – prostemu, niemal siermiężnemu. Mężczyzna sprawdził poziom płynu chłodniczego.
– Jeździłem nim jakieś trzy miesiące temu – powiedział, zamykając maskę z charakterystycznym trzaskiem. – Mam nadzieję, że odpali.
Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił go. Rozrusznik zawył niskim, przeciągłym tonem, przez chwilę ciszę przeszywało tylko ciężkie kręcenie się silnika. I wtedy – nagle – rozległo się, nierówne burczenie, a z rury wydechowej wystrzeliła kłębiasta chmura niebieskawego dymu, która na chwilę spowiła całą okolicę.
 Cofnęła się odruchowo o krok, śmiejąc się przy tym. Ten zapach, ta woń spalonego oleju zmieszana z benzyną – to była kwintesencja dawnej epoki.
Silnik prychał, ale utrzymywał pracę. Przegazował lekko – samochód odpowiedział typowym dla dwusuwów nierównym, dźwięcznym odgłosem i kolejnym kłębem dymu.
– I oto on – powiedział z dumą, wskazując na miejsce pasażera – Witaj w prawdziwym NRD.
Zaśmiała się. Mimo całej egzotyki sytuacji, czuła się cudownie lekka, jakby rzeczywistość na moment przestała być poważna.
– No, wsiadasz? – zapytał Max, otwierając jej drzwi.
Wartburg delikatnie drżał na biegu jałowym, gotowy do podróży w przeszłość Berlina, którego duch dawnej epoki wciąż unosił się w niektórych zakamarkach. Ostrożnie usiadła w fotelu Wartburga, uważając, by nie ubrudzić jasnych spodni o próg drzwi. Siedzenie, obite sztuczną skórą w odcieniu beżowej żółci, zaskrzypiało cicho. Leon rozsiadł się wygodnie na środku miękkiej tylnej kanapy.
Max wrzucił bieg i spokojnie ruszył. Silnik charakterystycznie warczał, a cały samochód lekko wibrował przy  przyspieszeniu.
Wjechali na szeroką aleję otoczoną monumentalnymi budynkami. Paulina rozpoznała nazwę na jednej z tablic – Karl-Marx-Allee.
– Witamy na alei Karola Marksa – powiedział kierowca z uśmiechem. – Jednej z najbardziej prestiżowych ulic wschodniego Berlina. To tu, po wojnie, NRD budowało swoją wizję idealnego socjalistycznego miasta.
Rozejrzała się. Wysokie budynki z jasnego kamienia, ozdobione kolumnami i mozaikami, przypominały architekturę pałacową, ale w wersji socrealistycznej. Wszystko było ogromne, masywne, z symetrycznymi fasadami i szerokimi chodnikami.
– To się nazywało "Stalinowskie Baroko" – kontynuował, przemykając między kolejnymi skrzyżowaniami. – Każdy blok miał być trochę jak pałac dla ludu. Duże mieszkania, wysokie sufity, szerokie ulice idealne na defilady, ale wiadomo – kto mieszkał tutaj, ten nie należał do przeciętnych robotników.
Chłonęła każde słowo, patrząc na budynki z fascynacją. Ich ogrom i dziwna mieszanka przepychu oraz surowości robiły niesamowite wrażenie.
– A tam przed nami – wskazał – jest Frankfurter Tor. Widzisz te dwie wieże? Wzorowane były na berlińskim Domu Inwalidów, ale w wersji proletariackiej. Trochę przepychu, trochę wielkiej ideologii, no i obowiązkowo miejsce na przemarsze wojskowe. Za dawnych czasów, wszystkie większe imprezy zaczynały się właśnie tutaj. Jeśli była jakaś wielka parada 1 maja albo rocznica rewolucji październikowej, defilady startowały stąd. Zobacz, na bloku zostały jeszcze stare neony.
Mówił z pasją, jak przystało na architekta, ale w jego opowieściach pobrzmiewała także nuta ironii.
– Widzisz tę kawiarnię tam w głębi? – wskazał na narożny lokal z neonem Café Moskau. – Kiedyś to było jedno z nielicznych miejsc, gdzie można było wypić kawę w zachodnim stylu – cappuccino albo espresso – ale oczywiście tylko dla wybranych. Byłeś kimś to miałeś wstęp. Reszta patrzyła przez szybę.
Paulina uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie słowa dziadka.
– No i tu – skręcił lekko w lewo – zaczyna się Alexanderplatz. Inny świat. Gdybyś tu była w latach 80., zobaczyłabyś morze betonu i Centrum-Warenhaus. Teraz jest tu więcej szkła i wieżowców, ale duch Wschodu jeszcze nie całkiem zniknął.
Minęli  wieżę telewizyjną, której charakterystyczna srebrna kula wciąż błyszczała w popołudniowym słońcu, niezmiennie rysując krzyż na swojej powierzchni. Ten Berlin, którego fragmenty pokazywał jej Max, był inny niż obraz wielkiej metropolii z przewodników. Był pełen kontrastów, anegdot, historii zapisanej w architekturze. Leon z tylnego siedzenia wtrącił z entuzjazmem:
– Tata pokazał mi kiedyś zdjęcia, jak wyglądała ta aleja w latach osiemdziesiątych – powiedział. – Wszędzie Trabanty i Wartburgi! 
Max pokiwał głową.
– Tak było. Ale jak wiesz, ja lubię te nasze stare miejsca. Może nie są najpiękniejsze ale mają duszę.
Samochód powoli toczył się przez ulice, a niebieska smuga dymu z rury zostawiała za nimi ślad, niczym niewidzialna nitka łącząca przeszłość z teraźniejszością. Kilku przechodniów pomachało im, ktoś zrobił zdjęcie. Zatrzymał się na niewielkim parkingu nieopodal Alexanderplatz, gdzie między budynkami przetrwał mały, niepozorny bar serwujący currywurst. Drewniana budka z prostym, czerwonym szyldem, pachniała przyprawami, smażoną kiełbasą i lekko przypalonym ketchupem — zapach był intensywny, pobudzający kubki smakowe. Wysiadł pierwszy, po czym otworzył drzwi Paulinie, która nie mogła poradzić sobie z klamką.
– No, teraz czas na coś autentycznego – uśmiechnął się, prowadząc ich w stronę baru.
Zamówili trzy porcje currywurst i frytki. Zapłacił za wszystko, machając ręką, kiedy próbowała sięgnąć po portfel. Usiadła z nimi przy jednym z kilku plastikowych stolików ustawionych pod parasolami.
– No dobra. Opowiadaj. Jak to z tymi studiami? Tata coś wspominał, ale chciałbym usłyszeć od ciebie.
Przełknęła pierwszy kęs, po czym otarła usta serwetką.
– Dostałam stypendium – powiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała lekka nuta dumy. – Będę studiować psychologię. Trochę się martwiłam, bo mój licencjat był przecież z filologii, ale uczelnia ma specjalny program wyrównawczy, dodatkowe zajęcia na pierwszym roku, żeby nadrobić różnice.
Skinął głową, wyraźnie pod wrażeniem.
– Bardzo mądrze. Psychologia to świetny wybór. Ludzie zawsze będą potrzebować kogoś, kto ich wysłucha i zrozumie.
– A ty, Max? – zapytała po chwili. – Skąd się wziąłeś na drugim końcu Niemiec?
Westchnął z lekkim uśmiechem.
– Studiowałem architekturę tutaj, w Berlinie. Miałem szczęście, bo moja uczelnia miała renomę nawet po zjednoczeniu. Wiesz, kiedy upadał mur, miałem prawie dwadzieścia lat. Ale mimo wszystko... – zawahał się – mimo że dla mnie NRD to głównie młodość to i tak w pracy w Stuttgarcie długo czułem, że jestem "Ossi".
– Naprawdę?
Pokiwał głową.
– Ludzie niby mówią, że wszystko jedno, że minęło tyle lat, ale różnice w mentalności są. W Zachodnich Niemczech długo jeszcze patrzyli na nas jak na "tych ze Wschodu". Trochę jakbyś zawsze był ciut gorszy, nawet jeśli nie mówili tego wprost.
– Musiało być ciężko – powiedziała cicho.
Wzruszył ramionami.
– Nauczyłem się, że nie warto się przejmować. Robisz swoje. W Stuttgarcie miałem świetną ofertę pracy, poznałem Katherine. Ale zawsze tęskniłem za Berlinem. I staram się tu bywać, czasem z chłopakami potrafimy przyjechać specjalnie na mecz Herthy. A dziś mogę jeść currywurst z tobą i moim pierworodnym – mrugnął w stronę Leona, który właśnie pochłaniał kolejną porcję frytek.
Paulina roześmiała się cicho.
– No i mamy miasto pełne skomplikowanej historii na wyciągnięcie ręki – dodała.
– Dokładnie – przytaknął. – Berlin jest jak żywa książka. Codziennie odkrywasz coś nowego. Zazdroszcze ci, wszystko przed tobą. A na mecz kiedyś musimy cię zabrać. Jeśli choć trochę lubisz piłkę, to pokochasz naszą Starą Damę. Tylko tacie nie mów, dla niego ten klub jest zbyt zachodni.
– Nigdy nie interesowałam się, ale trzymam was za słowo i chętnie wybiorę się.
Siedzieli jeszcze chwilę, delektując się  pysznym jedzeniem i rozmawiając o tym, co Berlin ma do zaoferowania. Czuła, że znalazła swoje miejsce. Nowy rozdział życia właśnie się zaczynał.

---
 
Berlin, jesień / zima 2009

Początek roku akademickiego był dla Pauliny niczym zanurzenie w innym świecie – intensywnym, wymagającym, ale i ekscytującym. Mimo że miasto tętniło życiem, oferowało nieskończoną paletę bodźców, wydarzeń i możliwości, od początku wiedziała, po co tu przyjechała. Skupiła się na nauce z niemal ascetyczną dyscypliną. Jej dni były wypełnione wykładami, seminariami, godzinami w bibliotece i wieczornym przesiadywaniem nad podręcznikami.
Nowe otoczenie – berliński kampus, wykładowcy, nowe koleżanki i koledzy – z jednej strony fascynowało, z drugiej wymagało ogromnego skupienia i szybkiego przystosowania. Program wyrównawczy dla studentów bez wcześniejszego przygotowania psychologicznego był intensywny, a ona – ambitna jak zawsze – chciała nie tylko nadążyć, ale koniecznie być najlepsza. Studiowanie psychologii w języku niemieckim, z całą jej terminologią i subtelnościami pojęciowymi, było wymagające, ale też pasjonujące. Każdy wykład, każdy rozdział z podręcznika otwierał przed nią nowe obszary myśli i wiedzy.
Jedynym oderwaniem od tej rutyny były wizyty jej rodziców. Przez pierwsze tygodnie przyjeżdżali regularnie, co dwa tygodnie, przywożąc ze sobą kawałek domu. Mama – z domowym ciastem, zapasami polskich produktów. Tata – z ciepłem, spokojem, czasem z lekką zadumą w oczach, gdy rozglądał się po mieszkaniu, jakby nadal nie mógł uwierzyć, że jego córka już tu mieszka, w tym wielkim mieście, z dala od ich codzienności. Chodzili razem na spacery na Kreuzberg, odwiedzali muzea, raz poszli nawet na targ staroci przy Ostbahnhof, gdzie ojciec długo przeglądał stare winyle, a mama z rozbawieniem przyglądała się jakimś dziwnym bibelotom. Te wizyty były pełne miłości, ale i zrozumienia – pozwalali jej wracać do nauki, nie zabiegając o zbyt wiele uwagi.
Zupełnie inaczej wyglądała pierwsza wizyta Andrzeja. Przyjechał pewnego piątkowego popołudnia, jesień w Berlinie była złota i ciepła. Wieczór spędzili przy kolacji. Pili wino, rozmawiali długo siedząc przy stole, patrząc na roświetlającą się panoramę miasta. Słuchał uważnie, jak zawsze, wtrącając krótkie, ale trafne komentarze. Chwalił ją, gratulował wyboru kierunku. Pytał o szczegóły – o to, co najbardziej ją ciekawi, jakich wykładowców polubiła, jakie ma plany.
Potem poszli na długi spacer wzdłuż rzeki, w stronę East Side Gallery. Przeszli mostem na Kreuzberg. Mijali leniwe światła kawiarni i restauracji. Berlin nocą był inny niż za dnia – bardziej intymny. Nie trzymali się za ręce, nie przytulali – ich relacja nie potrzebowała tego rodzaju gestów. Ich bliskość była cicha, głęboka, niewerbalna.
Kiedy wrócili do mieszkania, byli zmęczeni – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, po całym tygodniu pracy i nauki. Paulina przebrała się w miękki dres, Andrzej wziął prysznic. Powiedziała, że musi chwilę odpocząć. Położyli się obok siebie, w ciszy. On delikatnie pogładził ją po karku, powiedział tylko:
– Odpoczywaj, nic nie musimy robić. 
Uśmiechnęła się i zasnęła niemal natychmiast.
Jego kolejne wizyty wyglądały podobnie. Paulina była tak przemęczona, że zasypiała na siedząco. Nie planowali nic. Andrzej cieszył się, że ją widzi, proponował spacer lub zakupy. Paulina przepraszała go,  prosiła o zrozumienie, śmiała się, że kiepska z niej sadystka, bo nawet nie ma siły go wychłostać. Przestrzegała, że to nie znaczy, że stała się lagodna. Śmiali się oboje, Andrzej klękał i mówił, że zawsze będzie do dyspozycji.

W ten sposób minęły pierwsze dwa miesiące jej nowego życia. Monotonne dla kogoś z zewnątrz, a dla niej przede wszystkim pełne sensu, choć wyczerpujące. W grudniu postanowiła wynagrodzić mu swoją niewielką aktywność i ciągłe zmęczenie. Postanowili wybrać się do jednego z berlińskich klubów na klimatyczną imprezę. Pomysł wyjścia wyszedł od niego. To on natknął się gdzieś na informację o tej imprezie i zaproponował jej udział. Zgodziła się niemal od razu. Miała poczucie, że taki wieczór dobrze zrobi im obojgu — a jej samej pomoże wyrwać się z rytmu zajęć, dojazdów i zmęczenia, które wciąż odkładało się w ciele. Zaczęła przygotowania już po południu. Wzięła prysznic, wysuszyła włosy i upięła je ciasno, gładko, bez żadnych luźnych pasm. Lubiła ten efekt: odsłoniętą szyję, wyraźną linię karku. Makijaż zrobiła mocniejszy niż zwykle — podkreślone oczy, ciemna kreska, usta w chłodnym, głębokim odcieniu. Założyła starannie dobraną bieliznę: czarną, gładką, bez zbędnych ozdób, oraz cienkie rajstopy. Dopiero potem sięgnęła po czarny, skórzany catsuit. Wsuwając w niego nogi, poczuła znajomy chłód satynowej podszewki, który po chwili ustąpił ciepłu ciała. Zasunęła zamek do końca, sprawdzając w lustrze, czy linie układają się równo, bez najmniejszego przesunięcia. Do tego dobrała długie rękawiczki, które sięgały powyżej łokci. Na koniec kozaki. Wysokie, eleganckie, z miękkiej skóry, perfekcyjnie wyprofilowane — prezent od Andrzeja na jej urodziny w maju. Do tej pory nie miała okazji ich założyć. Teraz pasowały idealnie. Obcas był wysoki, ale stabilny, a cholewka obejmowała nogę dokładnie tak, jak powinna. Wyglądała zjawiskowo i budziła niesamowity respekt. Gdy wyszła z sypialni natychmiast padł przed nią na kolana. Podeszła do niego bez słowa. Uniosła dłoń i lekko, pewnym gestem podniosła jego podbródek, zmuszając, by spojrzał jej w oczy. Przez chwilę trwało między nimi to ciche napięcie, w którym nie było już miejsca na wahanie.

– Dziękuję, że jesteś, Fenriss – powiedział cicho.

Odpowiedziała tylko uśmiechem, krótkim, niemal niedostrzegalnym.

– Chodźmy.

Odwróciła się, a on sięgnął po płaszcz. Długi, czarny, z ciężkiej wełny — ten, który kupiła sobie w Zarze z myślą o zimowych chłodach. Pomógł jej wsunąć ramiona w rękawy, poprawił kołnierz. 

Wyszli i wsiedli do taksówki. Zerkał na nią ukradkiem: na linię szyi odsłoniętą ciasnym upięciem włosów, na piękny profil, na sposób, w jaki siedziała wyprostowana, niewzruszona. Czuł zapach jej perfum — ciepły, ciężki, niosący się w zamkniętej przestrzeni auta. 

Wchodząc do klubu, zgodnie z zasadami miejsca, rozebrał się do naga i założył czarną, welurową maskę na twarz. Uśmiechnęła się i wyjęła z torebki dwie klamry połączone łańcuszkiem. Przypięła mu je do sutków, mówiąc, że to pomoże skupić mu się tylko na tym, kto jest jego panią. Przypięła smycz do jego obroży i szarpnęła. Klub był industrialny, przestronny, oświetlony w przyciemnionych, czerwonych i fioletowych barwach. Z głośników leciała nastrojowa muzyka, a powietrze przesycone było zapachem skóry i dymiących tu i ówdzie kadzidełek. W różnych częściach odbywały się sceny pokazowe – dominujące kobiety tresowały swoich uległych, niektórzy klęczeli, inni wisieli przypięci do skomplikowanych konstrukcji. Wszystko odbywało się z klasą, choć nieco teatralnie.  Paulina prowadziła swojego towarzysza przez kolejne pomieszczenia z zaskakującą pewnością siebie. Przyglądała się z ciekawością innym, czasem przystawała, aby popatrzeć na torturowanego właśnie niewolnika. Po jakimś czasie zauważyła, że Andrzej zaczął się trochę wycofywać. Stał pochylony a w jego oczach pojawiło się napięcie. Nie chodziło o to, że ktoś go dotykał – bo nikt tego nie robił – ale o atmosferę, która stawała się dla niego zbyt gęsta. Za dużo bodźców, za dużo intensywności, zbyt wiele ludzi wokół. Spojrzała mu prosto w oczy przez otwory w masce i zapytała cicho:
– Co się dzieje? Źle się czujesz?
– Czuję się trochę przytłoczony tym wszystkim naraz. Przepraszam. 
Kazała mu uklęknąć, ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała lekko w czoło.
– Jeśli nie czujesz się dobrze, wracajmy do domu. 
– Jesteś pewna? Może pójdę na chwilę do łazienki, umyję twarz zimną wodą?
– Nie, nic na siłę. Ale nie myśl, że ten wieczór szybko się skończy.
Skinął głową, czując ulgę i wdzięczność. Bez pośpiechu wyszli z klubu. Powietrze grudniowego Berlina było chłodne i orzeźwiające. Wezwali taksówkę. 

Kiedy tylko drzwi mieszkania zamknęły się za nimi, zdjęła płaszcz i bez słowa odwróciła się do uległego. Wciąż miała na sobie czarny, błyszczący catsuit, który idealnie opinał jej ciało. W świetle lamp jej sylwetka wyglądała jeszcze bardziej zjawiskowo – jednocześnie elegancka, surowa i niepokojąco piękna.
– Rozbieraj się – powiedziała spokojnie, ale ton jej głosu nie pozostawiał miejsca na nawet najmniejsze wątpliwości. Znał go aż za dobrze. Posłusznie wykonał polecenie, powoli i starannie zdejmując ubrania, jakby każdy ruch miał znaczenie. Podeszła do komody, wyjęła jeden z ulubionych pejczy – cienki, pleciony, starannie wykonany. Wskazała mu miejsce koło ściany. Uklęknął.
Zapanowała cisza, którą przerywał jedynie świst skóry przecinającej powietrze i cichy, powtarzalny dźwięk uderzeń. Paulina biła go powoli, równym rytmem ale niemal od początku bardzo mocno. Nie odzywała się, nie komentowała. Wiedziała, że on oddaje się jej w pełni – że to dla niego coś więcej niż ból. To było oczyszczenie. Potwierdzenie jego oddania. Czasem jęknął, czasem zacisnął dłonie w pięści, czasem zadrżał. Nie prosił o przerwę. Chciał to wytrzymać. Dla niej. Nie liczyła ile razy go uderzyła, była jednak pewna, że przekroczył sto. Kiedy odkładała pejcz leżał na podłodze drżąc i wijąc się z bólu. Wskazała palcem buty.
– Zdejmij
Chwycił ostrożnie za nogę i delikatnie, z ogromnym szacunkiem, zaczął rozpinać zamek. Zdjął jeden but, potem drugi, po czym wziął jej stopy w dłonie i bez słowa zaczął masaż. Stopy były ciepłe, drobne, idealnie zadbane. Każdy dotyk był dla niego formą nagrody.  Zamknęła oczy i odchyliła głowę, opierając ją o tył fotela. Jej oddech uspokajał się, a mięśnie rozluźniały. W ciszy słychać było tylko ciche westchnienia, przeciągłe ruchy dłoni na jej skórze i oddech Andrzeja – spokojny, rytmiczny.
Po kilkunastu minutach masażu otworzyła oczy i spojrzała na niego z góry.
– Wystarczy – szepnęła.
Usiadł przy nogach, opierając głowę o jej kolana. Pogładziła go po włosach. Przez dłuższą chwilę siedzieli tak w ciszy, jak dwoje ludzi, których łączy coś więcej niż słowa. Jej palce bawiły się jego kosmykami, a spojrzenie błądziło gdzieś poza ściany mieszkania.
– Dobrze spisałeś się, wiesz jak mnie uszczęśliwić – powiedziała w końcu.
Nie odpowiedział. Zamknął oczy. Wiedział, że w tym jednym zdaniu zawarte było wszystko.

---

Święta spędziła w domu. Było spokojnie, rodzinnie, bez nadmiaru emocji. Śnieg skrzypiał pod butami, gdy szła znajomą drogą na wzgórze, które lubiła od dzieciństwa. Z Andrzejem widziała się dwa razy – najpierw spotkali się w centrum miasta, wymienili prezenty, kilka zdań, uśmiechów, życzeń. Po świętach poszli jeszcze na elegancką kolację. Poszła też na kawę z Olgą. Spotkały się w małej kawiarni, której wnętrze pachniało cynamonem i świeżym pieczywem. Rozmawiały długo – o wszystkim i o niczym. Przyjaciółka opowiadała o zbliżających się egzaminach adwokackich, o presji, o nieprzespanych nocach z kodeksem, o Jacku który był na każde jej skinienie. Paulina mówiła z kolei o Berlinie, o uczelni, o zmęczeniu, wizytach Andrzeja i o tym, jak coraz bardziej odnajduje się w tym nowym rytmie. W końcu powiedziała:
– Musisz mnie odwiedzić.
– Obiecałam sobie, że po tych pieprzonych egzaminach. Serio. Mam już dosyć. To mi dobrze zrobi.
Tylko kiwnęła głową. Wiedziała, że Olga dotrzyma słowa.
Na Sylwestra wróciła do Berlina. Zwykle nie przepadała za tego typu okazjami – zbyt dużo oczekiwań, zbyt wiele hałasu wokół czegoś, co właściwie niczego nie zmienia. Ale dała się namówić znajomym ze studiów. Gdy szykowała się do wyjścia zadzwoniła Aneta. Złożyły sobie życzenia. Podekscytowanym głosem powiedziała, że Kamil zaprosił ją na imprezę. Paulina poczuła ukłucie w żołądku. Przypomniała sobie wszystkie chwile, spędzone w towarzystwie tego uroczego łobuza, jak lubiła o nim myśleć. Przed oczami przeleciał jej spacer na molo, wypady na plażę po pracy, pełne uniesień noce w kamperze. Powiedziała przyjaciółce, że cieszy się jej szczęściem i żeby przekazała Kamilowi życzenia od niej, ale wewnątrz, gdzieś głęboko w środku, poczuła smutek.  Na imprezę poszła do jednego z modnych klubów FriedrichshainDawne hale przemysłowe i pofabryczne budynki zostały tu przerobione na przestrzenie służące zabawie — surowe, wysokie, pełne betonu i metalu. Wnętrze klubu było nowoczesne, niemal ascetyczne: ciemne ściany, długie bary, ostre światło stroboskopów przecinające dym. Muzyka pulsowała nisko, ciężko, wibrowała gdzieś w przeponie, bardziej czuło się ją w ciele, niż słyszało. Tłum poruszał się jak jeden organizm — bez rozmów, bez uśmiechów, skupiony na rytmie i ruchu. Było intensywnie, głośno, niemal duszno — dokładnie tak, jak powinno być. Ku jej własnemu zaskoczeniu, bawiła się dobrze. Tańczyła długo, pozwalając ciału ruszać się w rytm muzyki. Wróciła do mieszkania nad ranem – zmęczona, z lekko przesiąkniętym dymem płaszczem i rozmazanym tuszem. Zdjęła buty, opadła na sofę i spojrzała przez okno. Za szybą budził się pierwszy dzień nowego roku.

---

Wizyty Andrzeja w Berlinie stały się rzadsze ale wciąż pełne emocji i bliskości, której oboje potrzebowali. Przyjeżdżał zazwyczaj w piątkowe popołudnie, z torbą podróżną, zawsze punktualny, zawsze z jakimś prezentem – czasem z butelką dobrego wina, czasem nową książką, którą jego zdaniem koniecznie powinna przeczytać. Otwierała mu drzwi z tym samym, lekkim, ale nieco chłodnym uśmiechem, który nigdy nie przestawał go elektryzować. Starała się być przygotowana i wypoczęta, a wieczory spędzali razem, w sposób, który szybko ukształtował się jako ich własny rytuał. Uwielbiała go testować – fizycznie i emocjonalnie – a on, jak zawsze, przyjmował to z pokorą i z zachwytem. Bywały wieczory pełne bólu, cierpienia i łez, ale również pełne czułości i milczącego zrozumienia, gdy zmęczona zasypiała z głową na jego kolanach. Do klubu BDSM już nie wrócili. Zauważyła, jak bardzo tamto doświadczenie go poruszyło. I choć nie mówił o tym wprost, ona doskonale wiedziała. Spodobało jej się to miejsce, ale nie chciała go zmuszać, nie chciała budować swojej siły jego kosztem. Potrafiła być bezlitosna, ale tylko wtedy, gdy wiedziała, że to potrzebne. W tym przypadku – nie było. Ceniła go. Za oddanie. Za lojalność. Za to, że potrafił być obok. Andrzej najczęściej wracał do siebie w sobotę wieczorem albo w niedzielę rano. Nigdy nie zatrzymywała go dłużej, ale też nigdy nie przyspieszała jego wyjazdu. W ich relacji czas miał inne znaczenie – liczyła się jakość, nie długość. Podczas jednego z ostatnich takich weekendów, gdy zbierał się do wyjścia, spojrzała na niego smutnym wzrokiem.
– Nie dam rady. Musimy widywać się rzadziej, znacznie rzadziej. Nie mam ostatnio nawet czasu na regenerację. Czuję, że zaczynam się zmuszać do naszych spotkań, przestają mi sprawiać przyjemność. Nie chcę abyś przyjeżdżał tylko po to,  żebym zasypiała po godzinie albo robiła coś na siłę.  
– Rozumiem Fenriss i dziękuję ci za wszystko. Za to, że jesteś. Za to, że pozwalasz mi być przy tobie. Za każdą chwilę z tobą. Będę czekał, zawsze gotowy, wystarczy twój jeden gest i przyjadę. 
Tylko skinęła głową. Wiedziała, że nie trzeba mówić więcej. Wyczuła w jego głosie cień smutku, jakby już wtedy wiedział, że kolejne spotkanie nie nastąpi zbyt szybko. I rzeczywiście – nie widzieli się potem przez dłuższy czas. Minął miesiąc, potem kolejny. Żadne z nich nie mówiło o rozstaniu, o przerwie, ani o dystansie. Po prostu codzienność Pauliny zaczęła wypełniać się coraz bardziej. Studia nabrały jeszcze większego tempa – seminaria, kolokwia, coraz więcej materiału do przyswojenia, coraz więcej analiz, badań, notatek. Jej dni były poukładane. Ranki rozpoczynała od szybkiego biegu, potem śniadanie, kawa, skrupulatnie zaplanowany blok nauki, zajęcia na uczelni, biblioteka, powrót wieczorem, nauka, sen. Do tego raz na jakiś czas wizyty rodziców lub niedzielne obiady w Schwerinie u państwa Wirtzów, gdzie choć na chwilę, zanurzała się w spokojniejszy rytm.
Często myślała o nim. Zwłaszcza wieczorami, gdy siedziała sama przy stole, z laptopem, w dresie i z niedokończoną herbatą. Nie brakowało jej go fizycznie – brakowało jego obecności jako świadka codzienności. Tego cichego mężczyzny, który potrafił być przy niej bez słów, pierwszego który ją zrozumiał. 

-----

następne rozdziały wkrótce

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wilczyca 1-10