Wilczyca 41-50




----- WILCZYCA -----


Część 5 (rozdziały XLI – L)



Rozdział XLI 

Pierwsza sesja Michała

Berlin, luty 2024

Michał klęczał na środku pomieszczenia, zgodnie z poleceniem recepcjonistki. W głowie kotłowały mu się myśli – wiedział, że moment, na który czekał od tak dawna, jest coraz bliżej. Nasłuchiwał każdego szmeru, kroków na korytarzu, delikatnego odgłosu zamykanych drzwi. Każdy dźwięk wydawał się być sygnałem, że Lady Fenriss, Paulina, wkrótce wejdzie do pokoju. W panującej ciszy wydawało mu się, że słyszy nawet gdzieś czyjeś krzyki. Poczuł zimny dreszcz. W jego sercu mieszały się ekscytacja i lęk. To już za chwilę, powtarzał sobie w myślach, a jednocześnie nie mógł przestać zastanawiać się, co przyniesie ten moment. Czuł, że jest blisko spełnienia tego, czego pragnął, ale z drugiej strony – niepewność była wszechobecna. Czy naprawdę był gotowy? Czy zrozumiał w pełni, co oznacza spotkanie z Lady Fenriss?

Każdy oddech wydawał się być głośniejszy, każde uderzenie serca coraz mocniejsze. W jego myślach wciąż powracała postać Pauliny – jej zimna pewność siebie, jej dominująca natura, wszystko, co tak go fascynowało. Już niedługo – powtarzał w duchu, czekając, aż drzwi się otworzą i Lady Fenriss stanie przed nim.

---

Drzwi otworzyły się nagle, z lekkim skrzypnięciem, które wstrząsnęło nim. ,,To ten moment, doczekałeś się" – pomyślał, próbując opanować swoje nerwy. 
Zanim zgodnie z zasadami opuścił wzrok, jego oczy na moment napotkały ją – Lady Fenriss  stojącą w progu.
Zobaczył przed sobą postać, która niemal oślepiała swoim majestatem. W skórzanej sukience do połowy uda, która opinała ciało, wyglądała jak prawdziwa bogini władzy i zmysłowości. Materiał lśnił w delikatnym świetle, a złote detale subtelnie migotały przy każdym ruchu. Jej wysokie kozaki na szpilce podkreślały smukłość jej nóg i dodawały jeszcze więcej autorytetu. Na dłoniach miała długie, skórzane rękawiczki, które połyskiwały lekko, gdy delikatnie ściskała w palcach smukłą szpicrutę. Cienki złoty łańcuszek na jej szyi i subtelne kolczyki dodawały delikatnej elegancji, kontrastując z surowością stroju. Makijaż był perfekcyjny – intensywne, przydymione oczy o wyraźnej linii eyelinera dodawały spojrzeniu głębi, a czerwone usta były jak pieczęć kobiecej dominacji.
Twarz miała spokojną, niemal niewzruszoną, ale oczy błyszczały chłodną pewnością siebie. Stała tam, promieniując siłą i zmysłowością. 

Michał szybko opuścił wzrok, czując, że widzi coś więcej niż tylko kobietę – widział boginię. Boginię, której całe istnienie koncentrowało się na władzy, której był teraz gotów całkowicie się podporządkować.
Lady Ferniss podeszła powoli. Jej chłodne spojrzenie spoczęło na nim, emanując władzą i kontrolą. Przez chwilę patrzyła z góry, jakby oceniała gotowość na to, co miało nadejść. Bez słowa, wysunęła jedną stopę do przodu, skórzany but lśnił w świetle lampy. 
 Przywitaj mnie, jak należy   powiedziała spokojnym, ale lodowatym tonem. Nie było miejsca na jakikolwiek sprzeciw.
Pochylił się jeszcze niżej i złożył delikatny pocałunek na czubku buta. Czuł, jak wargi dotykają zimnej, twardej powierzchni skóry. Fenriss, bez żadnego śladu emocji na twarzy, wysunęła drugą nogę, wskazując szpicrutą but. 
 Jeszcze ten  dodała, z niezmiennym, zimnym wyrazem twarzy. Posłusznie pochylił się i również ten but ucałował z najwyższym szacunkiem. Wyprostuj się  rozkazała.
Posłusznie podniósł się, ale wciąż pozostawał na kolanach, z głową lekko spuszczoną. Jego ciało drżało z napięcia, a myśli mieszały się między ekscytacją a lękiem. Nie tracąc ani chwili, sięgnęła po skórzaną maskę, która leżała na stoliku obok. Podniosła ją i delikatnie nałożyła mu na głowę. Maska była surowa, wykonana z grubej, czarnej skóry. W miejscach, gdzie powinny być wycięcia na oczy, były jedynie małe otwory w postaci wielu małych okrągłych dziurek, które znacznie ograniczały widzenie. Świat przed nim stał się zamglony, a kształty rozmyte, co tylko potęgowało bezbronność i poddanie.
Ciasno zawiązała i zapięła ją, upewniając się, że dokładnie przylega. Sięgnęła po obrożę, grubą i szeroką, którą podniosła  eleganckim, powolnym ruchem. Zapięła ją dość ciasno, a gdy skończyła, miał mocno opiętą szyję. Poczuł, że ruchy jego głowy zostały wyraźnie ograniczone.
 Teraz jesteś gotowy   szepnęła chłodno, przysuwając się bliżej, choć jej twarz była teraz poza zasięgiem jego wzroku.
Przypięła do obroży smycz, chłodny, stalowy łańcuch wydał cichy dźwięk, gdy sięgała po nią. 
– Na czworaka. Za mną  poleciła, głos miała beznamiętny, zimny i stanowczy.
Opadł na ręce. Wzrok, ograniczony małymi otworami w masce, mógł jedynie dostrzec to, co było bezpośrednio przed nim – lśniące, wysokie kozaki. Stawiała kroki niczym modelka, każdy był pewny, wyrafinowany, jakby wszystko miało swoje precyzyjne miejsce w tej dynamicznej rozgrywce.
Szarpnęła lekko, zmuszając go do przyspieszenia. 
 Szybciej  rzuciła, nie odwracając się nawet, a on, czując nacisk na szyi, starał się dopasować tempo.

Wyszli na korytarz, pełzał tuż za jej kozakami, które błyszczały w świetle lamp. Czuł, jak jego miejsce jest teraz jasno określone – za nią, u jej stóp, poganiany ostrymi szarpnięciami. Wprowadziła go do jednego z pomieszczeń, niemal ciągnąc za sobą. Gdy weszli, ograniczone pole widzenia nie pozwoliło na dostrzeżenie wszystkiego od razu, choć powoli zaczął rozpoznawać otoczenie.

Pokój był duży, przestronny, urządzony w surowym stylu, ale pełen narzędzi, które od razu zdradzały swoje przeznaczenie. Po lewej stronie, tuż przy ścianie, znajdowała się stalowa klatka. Była dość duża, ale na tyle niska, by osoba wewnątrz nie mogła się wyprostować.  W centralnej części pokoju stała solidna ławka do spankingu, obita czarną skórą. Jej powierzchnia mimo że wyściełana, wyglądała na twardą i niewygodną. Po bokach ławki znajdowały się skórzane pasy do przypinania, które czekały na to, by unieruchomić każdego, kto znajdzie się na niej w odpowiedniej pozycji. Wzdłuż ścian wisiały różne narzędzia do bicia – pejcze, baty, packi, trzcinki. Na końcu, w centralnym punkcie, znajdował się masywny tron. Wykonany z ciemnego drewna, z obiciem z czerwonego aksamitu, prezentował się jak miejsce sprawowania władzy. Wysokie oparcie dominowało nad pomieszczeniem, a każdy, kto na nim zasiadał, spoglądał z góry na wszystko, co działo się w pomieszczeniu. Po prawej stronie znajdował się elektryczny wyciąg do podwieszania. Metalowa konstrukcja, której łańcuchy i haki pozwalały na unieruchomienie i podwieszenie osoby w różnych pozycjach.

Obserwowała go z chłodnym spokojem. Wzięła cienką, smukłą, błyszczącą szpicrutę.
 Zaczniemy od nauki podstawowych pozycji niewolnika  powiedziała odpinając smycz. 
 Są to pozycje, które będziesz znał na pamięć i wykonywał bezbłędnie. Każda z nich ma swój numer, a ty masz obowiązek reagować na mój rozkaz natychmiast. Zrozumiałeś? 
Skinął głową, nie odzywając się. Paulina natychmiast zareagowała. Szpicruta przecięła powietrze krótkim, suchym świstem i uderzyła go prosto w jądra. Zawył z bólu.
– Zawsze masz odpowiadać: „tak jest, Lady” – powiedziała patrząc na niego uważnie. – Skinienie głową to za mało. 
Odruchowo wyprostował się.
– Tak jest, Lady – odpowiedział wyraźnie.
Przez chwilę obserwowała go w milczeniu, jakby oceniała, czy zrozumiał różnicę. Potem odwróciła się w stronę ściany.
Na jasnym tle wisiało kilka plansz. Każda z nich przedstawiała dokładnie narysowaną sylwetkę mężczyzny w określonej pozycji. Pod rysunkami znajdowały się krótkie opisy i oznaczenia. Był to swoisty kodeks, którego każda domina w DSB wymagała od swoich uległych.
Podniosła szpicrutę i wskazała nią pierwszą.
– Zaczniemy od podstaw. – Jej głos był spokojny, niemal wykładowy. – To jest pozycja pierwsza. Najprostsza. A mimo to większość robi ją źle. Nie wiem dlaczego, tak po prostu jest, może dlatego, że jesteście tępi. Nazywa się ,,klęcznik.
Czubek szpicruty dotknął rysunku.
– Plecy proste. Kolana lekko rozstawione. Ręce za plecami. Głowa opuszczona, ale nie zgarbiona.
Odwróciła się w jego stronę.
– Pokaż.
Przesunął się o pół kroku i spróbował ustawić ciało tak, jak na ilustracji. Paulina obserwowała go uważnie, przesuwając wzrokiem od ramion po stopy.
– Nie tak.
Szpicruta znów dotknęła jego pleców.
– Wyżej barki. Nie garb się. I ręce bliżej siebie.
Poprawił pozycję. Przyglądała się jeszcze chwilę, a potem skinęła głową.
– Lepiej, chociaż wciąż bardzo daleko od ideału. Wyprostuj plecy, nie jesteś zwierzęciem, tylko niewolnikiem  powiedziała zimno, korygując błąd. Michał starał się poprawić postawę, czując jak oparła szpicrutę na jego plecach .
 Pozycja numer dwa to ,,pokłon"   kontynuowała wskazując na kolejną planszę.
Miał teraz przyjąć głębszą formę uległości – klęcząc, musiał pochylić się do przodu, opierając czoło na podłodze, dłonie wyciągnięte przed sobą w geście całkowitego poddaństwa. Starając się nie popełnić błędu, zgiął się, ale jego ręce były za blisko ciała. 
Uderzyła go kilka razy w plecy
 Ręce dalej, całkowite poddanie, nie zatrzymujesz nic dla siebie  instruowała. Rozciągnął ręce, czoło opadło na podłogę.
 Pozycja numer trzy to ,,na baczność"  powiedziała.
Michał musiał wstać z klęczek i przybrać wojskową postawę. Nogi razem, ręce opuszczone wzdłuż ciała, plecy wyprostowane, głowa lekko uniesiona, wzrok skierowany w dół. Gdy starał się wstać, jego ruch był zbyt niezdarny. Szpicruta znów trafiła go, tym razem w pośladki.
 Wolno ale dokładnie. W tej pozycji masz być gotowy na każdy mój rozkaz, nie pozwalaj sobie na niedokładność.
Poprawił postawę, starając się stać równo.
 Pozycja numer cztery to ,,poddaństwo.
Musiał usiąść na piętach, klęcząc, z wyciągniętymi przed siebie rękami i rozłożonymi dłońmi, jakby ofiarowywał siebie. Głowa miała być opuszczona, a ciało musiało wyrażać całkowitą uległość. Gdy próbował przyjąć pozycję, jego plecy znów nie były wystarczająco proste. 
Szpicruta przesunęła się po kręgosłupie. 
 Wyprostuj się. Poddaństwo to nie oznaka słabości, ale szacunku..
Starał się jak najlepiej przyjąć instrukcje, czując, że każdy najmniejszy błąd zostanie za chwilę skorygowany.
 Pozycja numer pięć to ,,pies.
Była to kolejna forma poddaństwa – Michał musiał zejść na czworaka, dłonie i kolana na ziemi, głowa opuszczona, wzrok wbity w podłogę. Miał być gotów na rozkazy, jak pies, całkowicie podporządkowany i uległy wobec swojej pani. Niepewnie, przyjął pozycję, ale jego dłonie były za daleko od siebie. 
Szpicruta dwa razy trafiła w jego bark, a Fenriss surowo rzuciła: 
 – Równo! Ręce i kolana w jednej linii. 
Poprawił ułożenie ciała.
Pozostał na czworakach, ręce i kolana ułożone równomiernie, głowa opuszczona, wzrok wbity w podłogę. Czuł napięcie w każdym mięśniu, starając się nie popełnić żadnego błędu, choć serce biło mu szybko, a ciało lekko drżało pod ciężarem oczekiwań. Nie odzywała się przez chwilę. Usłyszał tylko delikatny szelest sukienki, kiedy podchodziła bliżej, a potem subtelny dotyk jej dłoni na ramieniu. Nagle usiadła bokiem na jego plecach, niczym na krześle. Miał wrażenie, ze jest lekka jak piórko. Czuł, jak skórzana sukienka przylega do jego ciała, gładka i chłodna w dotyku. Wysokie kozaki, które wcześniej całował, teraz dotykały żeber. Zmysłowy, ale zarazem zimny dotyk rękawiczek przesuwał się po karku, delikatnie, jakby tylko przypominała mu o swojej niepodzielnej władzy.
 Będziemy pracować nad tymi pozycjami  powiedziała spokojnym, chłodnym tonem, jakby to, co mówiła, było jedyną słuszną rzeczywistością. 
– Każdy błąd będzie karany, aż w końcu nauczysz się. Oczekuje perfekcji. Doświadczenie mnie uczy, że najlepszym nauczycielem i motywatorem będą strach oraz ból.
Te słowa przenikały przez jego umysł jak ostrze, a myśl o karze natychmiast sprawiła, że starał się jeszcze mocniej. Czuł bliskość, jakby kontrolowała każdy oddech, każdy mięsień w jego ciele, nie pozwalając na żaden margines błędu. Każdy ruch, każde drgnienie mogło być interpretowane jako sprzeciw – a tego rozpaczliwie pragnął uniknąć za wszelką cenę.
Wstała, skórzana sukienka znów delikatnie zaszeleściła, kiedy wyprostowała się nad nim. Wciąż pozostawał w pozycji numer pięć – na czworakach, z głową spuszczoną, całkowicie podporządkowany. Bez słowa, jednym precyzyjnym gestem uniosła szpicrutę. Zalśniła gotowa do działania.
 Pozycja numer jeden  rozkazała zimnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Próbował wykonać ruch płynnie, ale wciąż był napięty, zbyt powolny. Zauważyła niedoskonałość, błyskawicznie uderzyła go w bok, zostawiając piekący ślad na skórze.
 Zbyt wolno. Mówiłam, że oczekuję perfekcji   jej ton był jeszcze bardziej surowy.
Czuł, jak adrenalina uderza mu do głowy, ale nie miał czasu na zastanawianie się. 
 Pozycja numer dwa!   rozkazała.
Szybko pochylił się w pokłonie, czołem dotykając podłogi. Starał się, jednak wciąż coś nie było jak należy. Szpicruta kilka razy trafiła go w plecy i pośladki, naprawdę mocno. Paulina, nie dając mu chwili wytchnienia, rzuciła kolejne polecenie.
 Na baczność! Pozycja numer trzy! – niemal wykrzyczała.
Wstał, ale za wolno. Tym razem trafiła w klatkę chastity, mimo to ból przeszył całe ciało. Nie miał jednak czasu na reakcję. Tempo zaczęło się zwiększać, Paulina zaczęła losowo przywoływać pozycje.
– Pięć!
Natychmiast opadł na czworaka, ale poczuł kolejne bolesne uderzenie. Każdy błąd, każde, nawet drobne niedociągnięcie, było bezwzględnie korygowane. 
– Cztery! Poddaństwo! – nie zwalniała tempa.
Michał starał się jak mógł, ale z każdą sekundą czuł, jak ciało zaczyna odmawiać mu posłuszeństwa. Kiedy znów zbyt wolno przysiadł na piętach uderzyła go w plecy. Czepiała się każdego, nawet najmniejszego błędu – zgiętych palców, nierównomiernego ułożenia kolan, zbyt wolnych ruchów.
 Jestem rozczarowana twoją niezdarnością. To wszystko, na co cię stać?
Michał próbował nadążać, ale tempo stawało się coraz bardziej zawrotne. Fenriss chodziła wokół niego,  wyrywkowo każąc mu zmieniać pozycje.
 Dwa! Trzy! Jeden! Pozycja numer cztery!
Każdy błąd był natychmiast korygowany coraz bardziej bolesnymi uderzeniami. Szpicruta świszczała w powietrzu, ale Michał mimo bólu, starał się wytrzymać, jednak każda zmiana pozycji stawała się coraz trudniejsza. Czuł, jak pot spływa mu po czole i plecach, jak oddech staje się coraz bardziej nierówny.
Spojrzała na niego z chłodnym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Oczy miała jak stal, w których nie było miejsca na współczucie ani akceptację słabości. Przez moment patrzyła, jakby oceniała jego nieudolność, a potem przerwała ciszę lodowatym tonem:
 Słabo. Jestem tak bardzo rozczarowana. Myślałam, że bardziej ci zależy niewolniku.
Każde słowo było jak ostrze, które wbijało się w jego dumę i oddanie. Klęczał tam, spocony i zmęczony, czując się mały i bezbronny w jej obliczu. Był zmęczony, pot ściekał mu już po całym ciele, a każdy mięsień pulsował od wysiłku i bólu. Uderzenia szpicruty zostawiły na jego skórze piekące ślady, które przy każdym ruchu przypominały o słabości i niedoskonałości. Oddychał ciężko, próbując złapać oddech, ale ból w klatce piersiowej i ramionach nie dawał mu spokoju. 

Jego wzrok, choć ograniczony przez maskę, pozwalał mu podziwiać stojącą przed nim Lady Fenriss. Każdy szczegół jej postaci sprawiał, że czuł jednocześnie fascynację i przerażenie. Była nieskazitelnie piękna, skórzana sukienka lśniła w świetle, a perfekcyjny makijaż tylko potęgował zimny, wymagający wizerunek. Wysokie kozaki były jednym z  symboli władzy nad nim, a on – mimo bólu – czuł, jak to go pociąga. Z jednej strony pragnął spełnić jej oczekiwania, pokazać, że potrafi być godny, że stać go na więcej. Z drugiej strony, czuł się bezradny wobec tej chłodnej perfekcji.  Zmęczenie, ból i świadomość jej rozczarowania mieszały się mu w głowie. Czuł wstyd, że nie potrafił sprostać zadaniu, ale również nie mógł oderwać myśli od tego, jak niesamowicie zmysłowa i jednocześnie niedostępna była przed nim ta kobieta. Piękna, ale w sposób, który nie był osiągalny – bardziej jak idea, której nie można dosięgnąć. Każde jej słowo, każde uderzenie szpicrutą miało w sobie coś, co go jednocześnie upokarzało i fascynowało. Przez chwilę zastanawiał się, jak daleko może jeszcze zajść. Mimo bólu, mimo zmęczenia – wiedział, że nie jest w stanie się zatrzymać.

Spojrzała na Michała, na jej twarzy pojawił się ledwie zauważalny uśmieszek, choć oczy pozostawały zimne. 
 Weź się w garść  rzuciła chłodno  bo resztę sesji spędzisz w klatce.
Choć zmęczony i obolały, poczuł, jak te słowa przebiły się przez jego wycieńczone ciało. Nie chciał, żeby jego wysiłki zostały zepchnięte na margines, a myśl o klatce była czymś, co go zmotywowało do tego, by spróbować jeszcze raz. Zacisnął zęby i skoncentrował się, gotowy, by wykonywać każde kolejne polecenie z jeszcze większym zaangażowaniem.
 Pozycja numer trzy! 
Wykonał ruch płynnie, choć zmęczenie było już widoczne. Stanął w pozycji na baczność, plecy proste, ręce wzdłuż ciała, lecz Fenriss nie była zadowolona. Szpicruta trafiła w jądra, tak mocno, że aż upadł na kolana i zaczął zwijać się z bólu.
 Wstawaj! Wstawaj! Wszystko nie tak. Twoje ręce są za sztywne.
Podniósł się ciężko i poprawił postawę.
 Numer jeden! 
Natychmiast opadł na kolana, ręce założone za plecy, plecy wyprostowane, głowa spuszczona. Wydawało się, że dobrze zapamiętał tę pozycję, ale Lady, szpicrutą wskazując jego kark, poprawiła go surowo:
– Głowa niżej!
Mimo że wykonywał polecenia z coraz większą precyzją, Paulina wciąż znajdowała powody, by go bić. Każdy drobny szczegół, nawet najmniejsza niedoskonałość, były natychmiast karane. Patrzyła na niego przez chwilę, oceniając jego uległość, po czym szpicruta znów trafiła w jego ramię.
 Zbyt wolno. Naprawdę tak ciężko ci to idzie?
W tym momencie uświadomił sobie, że ona nigdy nie będzie w pełni zadowolona. 
 Pięć!
Opadł na czworaka, tak jak uczyła go wcześniej, ale znów poczuł bolesne uderzenie szpicruty.
 Za szeroko kolana!   krzyknęła, kopiąc go w nogę.
Poprawił się jak najszybciej, wciąż mając w pamięci słowa o klatce i groźbę spędzenia w niej reszty sesji. Wiedział, że bez względu na to, jak dobrze będzie sobie radził, Lady Fenriss i tak zawsze znajdzie coś, co wymaga poprawy. To była jej gra – perfekcyjna kontrola, która nie pozwalała na jakąkolwiek ulgę.
Spojrzała z zimnym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy, choć przez chwilę, jakby gdzieś w głębi, pojawił się ledwo zauważalny ślad akceptacji. Usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
 Cóż  powiedziała powoli, przeciągając słowa, jakby zastanawiała się, czy w ogóle warto je wypowiedzieć. – Lepiej już chyba nie będzie, może nawet zaczyna to jakoś wyglądać. Sporo pracy przed tobą, jeśli naprawdę chcesz być moim niewolnikiem. Chcesz, prawda ?
 Tak Lady Fenriss, pragnę tego z całego serca – odpowiedział z pokorą. Poczuł lekką ulgę, choć wiedział, że to dopiero początek. Każda pochwała, nawet w formie tak chłodnej jak ta, działała na niego motywująco. 

Podeszła do tronu. Usiadła na nim, jakby to miejsce było stworzone specjalnie dla niej. Spojrzenie pozostało chłodne i kontrolujące, a ułożenie ciała pełne królewskiego majestatu.
 Do mnie!
Pełen nadziei na to, że zasłużył na ulgę, wstał i zaczął iść w jej stronę, starając się zachować jak najwięcej godności. Zrobił trzy kroki, zanim usłyszał jej lodowaty głos, który natychmiast zatrzymał go w miejscu.
– Stój!  rzuciła ostro.
Wstała, obcasy kozaków odbijały się echem od podłogi, kiedy podeszła. 
– Kto pozwolił ci wstać?  zapytała chłodno.
Uderzyła go kilka razy po plecach i udach, wymierzając karę za niesubordynację. Poczuł piekący ból. Nie czekała długo, uderzyła raz jeszcze, celując w genitalia, tym razem o wiele mocniej.
 Pozycja numer jeden!   rozkazała, a on natychmiast uklęknął, wiedząc, że każdy najmniejszy błąd będzie kosztował go jeszcze więcej bólu.
Kiedy ponownie znalazł się na kolanach, z rękami założonymi za plecy, wymierzyła jeszcze kilka szybkich uderzeń szpicrutą, dokładnie celując w jego klatkę chastity, uda i sutki.
 Nigdy nie wstawaj bez mojego pozwolenia!
Nie spuszczając z niego wzroku, podeszła do jednej z gablot w pomieszczeniu. Otworzyła ją bez pośpiechu, spojrzała na zestaw klamer na sutki, połączonych cienkim, metalowym łańcuszkiem, i wybrała je.

Bez słowa wróciła do Michała, który wciąż klęczał przed nią w pozycji numer jeden – z plecami prostymi, rękoma z tyłu i głową opuszczoną. Zanim się zorientował, poczuł na skórze zimny dotyk metalu. Starał się nie poruszać, ale ból narastał z każdą sekundą, kiedy powoli dokręcała klamry, upewniając się, że są odpowiednio ciasne. Zacisnął zęby, wiedząc, że jakikolwiek dźwięk z jego strony tylko pogorszyłby sytuację. Następnie Fenriss przypięła smycz do łańcuszka łączącego klamry, delikatnie szarpiąc nim, aby upewnić się, że jest odpowiednio napięty.
 Za mną!
Wciąż kolanach, posłusznie ruszył. Każdy ruch powodował ciągłe napięcie na łańcuszku, które przemieszczało się w rytm jej kroków. Kiedy pociągała lekko smycz, ból w sutkach nasilał się, a jemu trudno było zachować równowagę. Szła pewnym krokiem przed nim tak poruszając smyczą tak, aby była zawsze napięta. Wysokie kozaki stukały o podłogę, każdy krok wyznaczał rytm jego posłuszeństwa. Każde szarpnięcie powodowało, że ból wzmagał się, zmuszając go do jeszcze większej koncentracji. Czuł, jak każdy ruch staje się coraz trudniejszy. Jego nadwaga sprawiała, że poruszanie się na kolanach stawało się prawdziwym wyzwaniem. Z każdym krokiem czuł, jak kolana zaczynają pulsować bólem od kontaktu z twardą podłogą, a napięcie na klamrach wywoływało kolejne fale piekącego dyskomfortu. Zacisnął jednak zęby, próbując zignorować ból i zmęczenie. Wiedział, że każdy nieostrożny ruch, każde nieodpowiednie zachowanie mogłoby ponownie rozzłościć Paulinę, a to oznaczałoby dalsze kary. Na to nie mógł już sobie pozwolić. Starał się więc, być perfekcyjnie posłuszny – jego kroki na kolanach były ostrożne a oddech równomierny, mimo że serce waliło mu w piersi. Smycz pozostawała naciągnięta, a każdy lekki ruch Pauliny powodował, że musiał dostosować się do jej tempa, nie pozwalając sobie na żadne potknięcia.

Idąc za nią na kolanach, próbował odwrócić swoje myśli od bólu i zmęczenia. Patrzył na jej sylwetkę, na sposób, w jaki jej skórzana sukienka opinała idealnie proporcjonalne ciało. Była nieskazitelnie piękna, a jej zimna, nieugięta postawa dodawała w jego oczach jeszcze więcej uroku. 
Jednak mimo tych myśli, które mogłyby go zachwycić, dominowała w nim inna: ,,ale ona jest wredna." Uśmiechnął się do siebie w duchu, niemal rozbawiony tym, jak o ironio, ta cecha, która mogłaby go zrażać, pociągała go najbardziej. Jej chłodna surowość, brak jakiejkolwiek litości – to wszystko było dla niego fascynujące. Pomimo bólu, który czuł z każdym szarpnięciem łańcuszka i wycieńczenia od poruszania się na kolanach, nie mógł zaprzeczyć, że to właśnie ta jej władczość tak bardzo go przyciągała.

Nagle odwróciła się, teraz idąc tyłem, jej zimny wzrok cały czas spoczywał na nim. Smycz była lekko napięta, a ona prowadziła go, pilnując, by nie pozwolił sobie na choćby chwilę rozluźnienia.
Od czasu do czasu, bez ostrzeżenia, unosiła szpicrutę i wymierzała szybkie uderzenia – raz w ramię, innym razem w plecy. Każde przeszywało go bólem, ale równocześnie zmuszało do jeszcze większej koncentracji.
 Znowu słabo, bardzo słabo  spojrzała z widocznym chłodem, po czym zdecydowanym ruchem odpięła smycz od łańcuszka, który wciąż łączył klamry na sutkach. Ból nieco zelżał.
 Sprawdzimy teraz, czy pamiętasz pozycje   powiedziała ostrym, bezwzględnym tonem, który przeszył ciszę w pokoju.
Uniosła szpicrutę, gotowa do egzekwowania dyscypliny. Jej głos wypełnił pomieszczenie:
– Trzy!
Szybko przeszedł do pozycji stojącej, prostując plecy, układając ręce wzdłuż ciała. Zrobił to płynnie, starając się sprostać jej oczekiwaniom.
 Pozycja numer jeden !
Opadł na kolana  z głębokim westchnieniem,  ręce założone za plecy, głowa opuszczona – idealnie, zgodnie z nauką.
– Pozycja numer dwa! Pokłon!
Zgiął się do przodu, opierając czoło o podłogę, ręce wyciągnięte przed sobą w geście całkowitego poddania. Starał się nie popełnić błędu. Czuł, że idzie mu dobrze i przez jakiś czas nawet szło.
Nagle jednak...
 Pozycja numer cztery!  krzyknęła.
Zbyt skupiony na poprzednich rozkazach, pomylił się. Zamiast przyjąć pozycję poddaństwa, ponownie przybrał pozycję na baczność. Chwila ciszy, która nastąpiła, była przerażająca. Spojrzała na niego z lodowatym wyrazem twarzy. Powoli uniosła szpicrutę. Przez dłuższą chwilę milczała, jakby rozważając jego nieudolność, po czym podeszła bliżej.
 To nie była zwykła pomyłka. To był brak posłuszeństwa, bo nie wierzę, że nie jesteś w stanie zapamiętać pięciu pozycji. Czy sądzisz, że możesz wybierać, kiedy spełniasz moje rozkazy, a kiedy nie? Jej głos przeszedł w niebezpieczny szept, który odbijał się mu echem w głowie.
Michał natychmiast zareagował. 
 Przepraszam, Lady... To był naprawdę błąd... nie chciałem...
Zignorowała jego słowa, patrząc na niego jak na kogoś, kto właśnie zrujnował zaufanie. Zimny, pełen dezaprobaty uśmiech pojawił się na jej twarzy. 
 Przeprosiny niczego nie zmienią. Nie chodzi o to, że popełniłeś błąd. Chodzi o to, że pokazałeś mi brak szacunku i posłuszeństwa. A za to musi być kara.
Każde słowo wbijało się w jego świadomość jak szpilka. Zmieszany, próbował jeszcze raz: 
 Lady, naprawdę... to nie było zamierzone...
Przerwała mu ostrym, kategorycznym gestem. 
 Nie interesuje mnie, co było zamierzone, a co nie. Niewolnik ma słuchać. A ty tego nie zrobiłeś. 
Spojrzała  z lodowatym uśmiechem. Przez chwilę jeszcze czekała, pozwalając, aby napięcie wzrosło. Potem bez słowa podeszła do jednej z szafek, otworzyła ją i wyjęła monetę o nominale jednego euro.
– Wstań i podejdź do ściany  powiedziała chłodno.

Podniósł się z trudem, nadal czując piekący ból po poprzednich uderzeniach. Kiedy znalazł się przy ścianie, podeszła bliżej, unosząc monetę do jego twarzy.
 Oprzyj się nosem o ścianę i przytrzymaj tę monetę – tak, aby znajdowała się między twoim nosem a ścianą.
Powoli zbliżył twarz do chłodnej powierzchni. Starał się ustawić tak, by moneta nie spadła, mocno opierając się nosem o ścianę, napinając wszystkie mięśnie szyi i ramion. Jego oddech był powolny, uważny, by przypadkiem nie poruszyć głową za mocno i nie pozwolić monecie upaść. Stanęła obok niego, przyglądając się, jak walczy o utrzymanie równowagi. 
 Nie ruszaj się ani na milimetr, bo jeśli moneta upadnie, kara będzie znacznie gorsza  wyszeptała mu złowrogo do ucha, jej głos przeszywał go jak nóż.
Bez pośpiechu podeszła do ściany, na której wisiały różne narzędzia dyscypliny. Wybór padł na flogger, którego rzemienie były szorstkie i wystarczająco giętkie  mogły sprawić ból, zależnie od intensywności uderzeń. Stanęła za nim i przez moment bawiła się, smyrając nimi po jego plecach i pośladkach. Poczuł lekki dreszcz. Zaczęła lekko uderzać, powoli, z wyczuciem. Rzemienie delikatnie obijały się o jego pośladki, ledwie wywołując ból. Z każdym kolejnym uderzeniem starał się utrzymać monetę na swoim miejscu, walcząc, by jego ciało nie poruszyło się ani o milimetr. Po chwili zaczęła zwiększać siłę uderzeń, choć wciąż nie była to pełna moc. Flogger coraz szybciej i pewniej uderzał o jego skórę. Ból stawał się wyraźny, ale do wytrzymania. Michał, choć czuł pulsujące uderzenia, które coraz bardziej piekły, wiedział, że musi pozostać nieruchomy. Każde jego drgnięcie mogło doprowadzić do tego, że moneta spadnie, a Fenriss wyraźnie dała mu do zrozumienia, że to oznaczałoby jeszcze większe kłopoty.

Przerwała bicie  i podeszła bliżej. Delikatnie dotknęła jego pośladków.
 Czuję, nawet przez rękawiczkę, że są już przyjemnie ciepłe   powiedziała z satysfakcją, klepiąc go, a jej głos był nasycony chłodną aprobatą. 
 Czas zatem na właściwą karę.
Bez pośpiechu odeszła na bok, sięgając po jedną z wielu trzcinek. Cienka i elastyczna  była idealnym narzędziem do zadawania precyzyjnego bólu. 
– Licz!
Pierwsze uderzenie spadło bez ostrzeżenia, rozcinając powietrze z głośnym świstem. Trzcinka uderzyła  prosto w pośladki, a ból natychmiast przeszył całe ciało. Było to zupełnie inne doświadczenie niż wcześniejsze uderzenia floggerem. Pieczenie rozchodziło się falami.
 Jeden!   zawołał, zaciskając zęby.
Nie zwlekała. Drugie uderzenie było równie bolesne, równo wycelowane w to samo miejsce, jakby chciała spotęgować odczucie bólu.
 Dwa  wydusił, starając się zachować spokój.
Trzecie i czwarte były precyzyjne i coraz bardziej rozpalały jego skórę. Mimo bólu, starał się liczyć głośno i wyraźnie, choć jego oddech stał się cięższy.
– Trzy... cztery –  zdołał wypowiedzieć.
Piąte spadło z taką samą precyzją, wywołując intensywną falę bólu, ale Michał zacisnął zęby, nie pozwalając sobie na jakąkolwiek reakcję, która mogłaby zdenerwować Paulinę.
 Pięć!  powiedział głośno, czując, jak jego pośladki pulsują od uderzeń, a skóra zaczyna płonąć. Ból był ostry, ale jeszcze do zniesienia.
Szóste uderzenie trzcinki spadło niespodziewanie z jeszcze większą siłą, przeszywając ciało ostrym, palącym bólem. Było znacznie mocniejsze niż poprzednie, Michał aż podskoczył, nie mogąc kontrolować reakcji swojego ciała. W tym momencie poczuł, jak moneta, którą trzymał nosem przy ścianie, oderwała się i z cichym dźwiękiem upadła na podłogę. Cisza, która nastąpiła po tym, była niemal ogłuszająca. Nie odważył się spojrzeć na Paulinę, ale czuł na sobie jej zimne spojrzenie.
 Podnieś to natychmiast i wracaj na pozycję   powiedziała sucho, bez śladu współczucia w głosie.
Drżąc, pośpiesznie sięgnął po monetę, która leżała na podłodze i z powrotem umieścił ją między nosem a ścianą, starając się jak najlepiej utrzymać ją w miejscu. 
 Zaczynamy od nowa   oznajmiła  chłodno.
Znowu usłyszał świst trzcinki w powietrzu, a ból powrócił, jeszcze mocniejszy niż za poprzednim razem. Wymierzała kolejne uderzenia, a on robił, co mógł, aby utrzymać monetę przy ścianie. Ostre uderzenia i nie do końca naturalna pozycja sprawiały, że nogi zaczynały mu drżeć. Mimo to, starał się trzymać głowę w miejscu, opierając się nosem o ścianę, by moneta nie spadła.
Pierwsze kilka uderzeń wytrzymywał zaciskając zęby i licząc kolejne raz za razem. Jednak za każdym razem, mniej więcej przy piątym czy szóstym uderzeniu, jego ciało nie wytrzymywało – mięśnie zbyt mocno reagowały, a moneta nieuchronnie spadała na podłogę. 
Kiedy to się działo, spoglądała na niego z wyraźną pogardą. Nie kryła złośliwości w swoim głosie, gdy mówiła: 
 Cóż nie wiedziałam, że jesteś taki słaby. –  Jej ton był przepełniony drwiną. 
– Naprawdę to wszystko, na co cię stać? Tylko pięć uderzeń? –  szydziła, podczas gdy Michał w milczeniu, z zażenowaniem kolejny raz podnosił monetę z podłogi, by wrócić do pozycji przy ścianie.
 Za każdym razem to samo. Czy naprawdę musimy ciągle zaczynać od nowa? Myślałam, że już się czegoś nauczyłeś  kontynuowała, gdy znowu opierał monetę o ścianę i ustawiał się w wyznaczonej pozycji.
Każde jej słowo było dla niego jak dodatkowe uderzenie. Każda porażka była momentem, w którym z łatwością zmieniała fizyczny ból w psychiczne upokorzenie. Kiedy moneta znowu upadała, Paulina zaśmiała się cicho i szyderczo: 
– Nie myślałam, że będzie to dla ciebie takie wyzwanie. Wracaj na pozycję.

Znowu musiał zaczynać od nowa, ale wiedział, że musi zrobić wszystko, by spełnić jej oczekiwania. Za każdym razem, gdy moneta spadała, Lady znajdowała nowe sposoby, by go upokorzyć.
– Jakie to żałosne. Zaczynam wątpić, czy masz w sobie cokolwiek, co zasługuje na miano mojego niewolnika.
Czuł, jak jego ciało powoli odmawiało posłuszeństwa. Każde kolejne uderzenie było bardziej bolesne, a każda próba utrzymania monety na miejscu kończyła się porażką. Pod maską, którą nałożyła na jego twarz, poczuł, jak łzy zaczynają mu napływać do oczu. Próbował je powstrzymać, ale emocje, upokorzenie, ból i frustracja były zbyt silne. Zaczęły powoli spływać po policzkach. Zaczął pociągać nosem.
 Już płaczesz ? – zapytała chłodnym, niemal znudzonym tonem. 
 Czy myślisz, że płacz cokolwiek tu zmieni? Że sprawi, że cię oszczędzę?
Starał się zapanować nad sobą, ale łzy napływały coraz szybciej, przeszkadzając mu w oddychaniu. Wiedział, że nie ma wyjścia, że nie może tego ukryć. Zbliżyła się do niego, a jej głos stał się jeszcze bardziej surowy. 
 Łzy nic ci nie pomogą. Tylko udowadniasz swoją słabość. Wracaj na pozycję. Natychmiast!
Drżący i upokorzony, posłusznie sięgnął po monetę, podnosząc ją kolejny raz z podłogi. Z całych sił próbował zapanować nad oddechem, by nie pociągać więcej nosem, ale było to niemal niemożliwe. Oparł się znowu  o ścianę, skoncentrował na tym, by utrzymać monetę na swoim miejscu, mimo że czuł, jak jego ciało drży od zmęczenia, a myśli były pełne beznadziei.

Paulina, widząc jego wewnętrzną walkę, patrzyła na niego z mieszanką chłodnej obojętności i satysfakcji. Dla niej był teraz całkowicie złamany, ale to nie oznaczało, że skończyła. W końcu zdołał utrzymać monetę przy ścianie przez całe dziesięć uderzeń. Jego ciało było wyczerpane, pośladki pulsowały bólem, a łzy nadal skapywały spod maski. Ale mimo to, udało mu się – moneta pozostała na miejscu. Kiedy wszystko ucichło, usłyszał dźwięk kroków. Powoli podeszła do niego. Uśmiechnęła się z widoczną satysfakcją, choć jej twarz wciąż zachowywała chłodny wyraz.
– Podziękuj mi teraz!
Padł na kolana i odsunął się od ściany. Jego wzrok, choć ograniczony przez maskę, wpatrywał się w wysokie kozaki. Zbliżył się, pełen uległości  i zaczął całować błyszczącą powierzchnię, zaczynając od czubków, a potem przesuwając usta wzdłuż obcasów.
 Dziękuję Lady Fenriss.
Spojrzała na niego z chłodnym uśmiechem, pozwoliła mu na to przez chwilę, ale jej głos przerwał ciszę.
 Nie omijaj żadnego miejsca, bo wrócisz zaraz pod ścianę, a tym razem nie będziesz miał tak łatwo.
Pochylił się bardziej, usta przesuwały się po gładkiej powierzchni skórzanego buta, starając się, aby każdy fragment został dokładnie ucałowany. 
Powoli przeszedł na drugi but, powtarzając czynność – starannie, niemal rytualnie, jakby każdy pocałunek miał być formą zadośćuczynienia za wcześniejsze błędy.
Paulina stała nieruchomo, patrząc z wyraźną satysfakcją, gotowa w każdej chwili przypomnieć mu o jego miejscu. 

Leżał na zimnej podłodze, jego było ciało zmęczone i wyczerpane. Czuł, jak jego serce przyspiesza, kiedy gdy pewnym momencie oparła nogę na jego głowie, przyciskając ją delikatnie do ziemi. 
 Widzisz, jeśli chcesz, potrafisz być dobrym niewolnikiem, chociaż czeka cię jeszcze bardzo dużo wysiłku. I bólu. O tak, zwłaszcza bólu.
Choć wyczerpany, czuł mieszankę fascynacji i strachu. Był pod całkowitą kontrolą Fenriss, jej dominacja była absolutna, a jego uległość niepodważalna.
 Jesteś gotowy starać się dla mnie?  zapytała chłodno, patrząc na niego z góry, jakby była pewna odpowiedzi, którą miała usłyszeć.
Ledwo mogąc wyrazić myśli, wyszeptał, prawie nie słysząc własnego głosu: 
 Tak, Lady. Jestem gotowy. Będę się starać dla Pani. Tylko dla Pani.
W tym momencie zdał sobie sprawę, że jest gotowy na naprawdę wiele. Leżąc tam, z butem opartym na głowie, czuł, jak każdy aspekt jego dotychczasowego życia blaknie w porównaniu do tej chwili. Gotowość, by sprostać jej wymaganiom, by oddać się w pełni i bez oporu, z każdym kolejnym jej słowem stawała się coraz silniejsza. Pomimo bólu, upokorzenia i ciągłej walki z własnymi słabościami, czuł, że to wszystko jest niczym w porównaniu do tego, co jeszcze mógłby dla niej zrobić. Z każdym uderzeniem swojego serca, czuł, że to właśnie ona była tą osobą, dla której był gotów przekroczyć swoje granice, oddać się w pełni – bez względu na koszty.
– Pozycja numer jeden! – ostry głos wyrwał go z zamyślenia. Ton znów nie zostawiał miejsca na wahanie ani pomyłkę. Natychmiast podniósł się na kolana, ręce skrzyżowane za plecami, głowa opuszczona, tak jak to wcześniej ćwiczył. Czuł, jak jego serce przyspiesza, wiedząc, że każdy błąd będzie surowo ukarany.
– Dwa! – poleciła, a Michał szybko zmienił pozycję, klękając jeszcze niżej, z głową dotykającą podłogi.
Jej głos, ostry i bezlitosny, wypełniał przestrzeń w pomieszczeniu, a on walczył, by utrzymać perfekcję w każdym ruchu. Wiedział, że każde, nawet najmniejsze potknięcie, skończy się kolejną karą. 
 Numer trzy! – wykrzyczała, obserwując, jak uległy szybko przechodzi do pozycji stojącej, wyprostowany jak struna, z oczami wpatrzonymi w podłogę.
Paulina kontynuowała, wydając kolejne komendy, a Michał zmieniał pozycje zgodnie z jej wymaganiami. 
 Numer cztery! Pięć! – jej głos coraz bardziej naciskał, a on starał się nie zawieść.
Spojrzała z cieniem satysfakcji w oczach, gdy zobaczyła, jak posłusznie wykonuje jej rozkazy. 
 Dobrze, widzisz? Jak chcesz, to potrafisz. Za mną, na czworaka  poleciła, wskazując mu kierunek. Zbliżali się do fotela, a jego wzrok powoli zaczął dostrzegać szczegóły. Mebel był niepozorny, ale to, co go wyróżniało, zjeżyło mu włosy na karku. Powierzchnia siedziska była pokryta setkami małych, wystających, przypominających gwoździe, kolców. Skórzane pasy przymocowane do poręczy i oparcia jasno sugerowały, że nie jest to zwykły fotel, ale narzędzie tortur.

Stanęła obok, patrząc zimnym wzrokiem. 
– Siadaj! 
Spojrzał na nią, a potem na fotel. Wiedział, że nie ma wyboru. Powoli podszedł bliżej, wpatrując się w ostre kolce wystające z siedziska. Zacisnął zęby i delikatnie usiadł, starając się nie opierać całym ciężarem ciała. Gdy tylko jego obolała skóra pośladków zetknęła się z kolcami, poczuł ból. Każdy z tych małych, metalowych gwoździ wbijał się w jego ciało i chociaż nie przebijał skóry, powodował palący, pulsujący dyskomfort.  Paulina obserwowała go z wyraźną satysfakcją.
– No dalej. Usiądź porządnie. Równo! Rozgość się. Nie próbuj mnie oszukać.
Podeszła bliżej patrząc na uległego, który z trudem utrzymywał się na kolczastym fotelu, każdy ruch wywoływał palący ból, jakby kolce wbijały się jeszcze głębiej w jego ciało. Nagle zaczęła siadać bokiem na jego kolanach. Dotyk miękkiej skóry, z której wykonana była sukienka dodatkowo podkreślał różnicę, między jej elegancją a jego nagością.
Poczuł subtelny, ale intensywny zapach jej perfum – zapach luksusu, który od razu przyciągał uwagę. Był delikatnie kwiatowy, z nutą piżma, podkreślając jej zmysłowość i dominację. Jej nogi były blisko, opierała się lekko, a to dodatkowe obciążenie zwiększało nacisk na jego pośladki, które coraz bardziej wbijały się w ostre kolce fotela. Ból stawał się nie do zniesienia, ale musiał to wytrzymać, nie mógł zawieść. Zaczął wydawać z siebie ciche jęki.
Paulina uniosła dłoń i zaczęła delikatnie, prawie czule gładzić jego maskę.
– Udowodnisz mi teraz swoje oddanie ? – zapytała, jej głos był ciepły, niemal pieszczotliwy, ale w tej miękkości kryło się coś niebezpiecznego. 
Z trudem opanowywał ból, a jej bliskość była zarazem fascynująca i bolesna – zapach perfum, dotyk dłoni na masce, delikatne muśnięcia, a zarazem świadomość, że każdy ruch pogarszał jego cierpienie.
– Tak, Lady Fenriss. Zrobię wszystko dla Pani.
Uśmiechnęła się, a jej dłoń, nadal delikatnie głaszcząca maskę, przesunęła się na  ramię. 
– Dobrze, niewolniku. Takiej odpowiedzi właśnie oczekiwałam.

Powoli wstała z jego kolan i nagle, ku jego zaskoczeniu, pociągnęła za dźwignię znajdującą się z boku fotela. Z cichym kliknięciem mechanizm zadziałał, a kolce powoli schowały się w siedzisku. Ulga była natychmiastowa. Poczuł, jak ból ustępuje, choć ciało nadal pulsowało. Wyszeptał: 
– Dziękuję, Lady Fenriss.
Spojrzała na niego z aprobatą i sięgnęła po skórzane pasy, przymocowane do fotela. Zaczęła przypinać go. W pierwszej kolejności zostały unieruchomione przy poręczach fotela nadgarstki, następnie przyszła kolej na kostki. Pasy były sztywne, szorstkie i ciasne.

Kiedy był już całkowicie unieruchomiony, nachyliła się nad nim, a głos stał się cichy, niemal intymny: 
– Niewolniku, jesteś gotowy na więcej bólu?

Nie czekała na odpowiedź. Podeszła do ściany. Wróciła, pchając przed sobą niewielki stolik na kółkach. Na blacie stała elegancka, metalowa skrzynka, której zawartość natychmiast przyciągnęła uwagę Michała. W środku leżało violet wand – urządzenie, którego charakterystyczny zestaw końcówek wyglądał jednocześnie fascynująco i niepokojąco.
– Czy wiesz, co to jest?
Znał to urządzenie, widział je na filmach femdom, wiedział, do czego służy.
– Tak, Lady Fenriss– odpowiedział drżącym głosem, próbując zachować spokój, mimo narastającego napięcia. – Wiem, co to jest.
Paulina uśmiechnęła się szerzej, widząc jego reakcję. 
– Świetnie  – powiedziała, otwierając skrzynkę i powoli wyjmując violet wand. – Część teoretyczną zatem odpuścimy sobie a sprawdzimy, jak dobrze sobie poradzisz z praktyką.

Jej oczy błyszczały zimną satysfakcją, kiedy wybrała pierwszą końcówkę – szklaną elektrodę, która wyglądała jak delikatna, fioletowo-błyszcząca różdżka.  Obserwował, jak Fenriss wkłada elektrodę do urządzenia, przekręcając ją. Każdy ruch był dokładny, jakby przeprowadzała precyzyjną operację. Następnie podeszła do urządzenia, które stało na stoliku, i powoli, zaczęła ustawiać moc. Delikatne kliknięcia regulatora mocy rozbrzmiewały w ciszy, aż wybrała odpowiedni poziom. Na jej twarzy  pojawił się lekki, chłodny uśmiech, kiedy fioletowa elektroda zaczęła emitować subtelne, elektryczne trzaski.
– Zaczniemy delikatnie.

Zbliżyła końcówkę urządzenia do ciała Michała. Od razu zaczął oddychać szybciej. Najpierw przyłożyła ją do ramienia – zaledwie kilka milimetrów od skóry, a fioletowe wyładowania natychmiast zaczęły iskrzyć. Poczuł delikatne, ale jednocześnie intensywne mrowienie, jakby tysiące małych igieł przebiegały po ciele. Ból i przyjemność splatały się w jedno, tworząc falę szoku, która przechodziła przez  mięśnie.
– Boli?  – zapytała, przytrzymując końcówkę w jednym miejscu na tyle długo, by elektryczne impulsy wzmocniły odczucie. 
Przygryzł wargi i odpowiedział z lekkim drżeniem w głosie: 
– Jest intensywne Lady. Boli ale do wytrzymania.
– Bardzo dobrze -  odpowiedziała  przesuwając urządzenie po jego ciele, zbliżając je teraz do klatki piersiowej, gdzie mrowienie stało się silniejsze. 
Z wyraźną satysfakcją na twarzy, przekręciła pokrętło, zwiększając moc. Subtelne trzaski fioletowych wyładowań stały się bardziej intensywne, a ich dźwięk rozbrzmiewał w pomieszczeniu z elektryzującą siłą. Na jej ustach pojawił się uśmiech, który jedynie podkreślał zimną rozkosz, jaką czerpała z zadawania mu bólu.

Drgnął, kiedy poczuł pierwsze silniejsze wyładowanie. Każdy dotyk elektrody na skórze był teraz bardziej bolesny. Przesuwała urządzeni, zbliżając je do najbardziej wrażliwych miejsc –  klatki piersiowej, sutków a potem powoli w stronę brzucha. Fioletowe iskry przeskakiwały między elektrodą a skórą, powodując intensywny, piekący ból, który zmuszał go  do odruchowego napięcia.
Obserwowała to z sadystyczną przyjemnością a jej uśmiech stawał się coraz bardziej złowieszczy, gdy widziała, jak  zmaga się z bólem. Przesuwała violet wand powoli, z rozmysłem, zostawiając urządzenie na dłuższą chwilę w różnych miejscach, jakby testując jego wytrzymałość. Fioletowe wyładowania migały, zostawiając za sobą mrowienie, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej bolesne.

Zaciskał zęby, aby powstrzymać jęk. Fenriss to zauważyła i bez cienia współczucia, przesunęła elektrodę w stronę jąder, wiedząc, że to miejsce będzie jeszcze bardziej wrażliwe na wyładowania. Każdy ruch różdżki przynosił nową falę bólu, a ona wydawała się czerpać nieopisaną radość z zadawania mu go. Z satysfakcją na twarzy wyłączyła urządzenie i bez pośpiechu zaczęła zmieniać końcówkę. Tym razem wybrała bardziej agresywną – metalową, zakończoną kilkoma ostrymi wypustkami, które były zaprojektowane do przekazywania bardziej skoncentrowanych, bolesnych wyładowań. Jej chłodny uśmiech poszerzył się.
– Teraz poczujesz coś zupełnie innego.
Włączyła urządzenie, a dźwięk trzaskających wyładowań był teraz znacznie bardziej intensywny. Metalowe końcówki zaczęły iskrzyć, emanując energią, która niosła ze sobą złowieszczą obietnicę większego cierpienia.

Zbliżyła urządzenie do jego skóry. Gdy tylko końcówka dotknęła ciała, Michał natychmiast poczuł różnicę. Ból był znacznie bardziej  ostry i przenikliwy. Wyładowania przeskakiwały z wypustek na skórę jak małe, piekące igły, które wbijały się w ciało, przesyłając fale mrowienia, które szybko przekształcały się w nieznośne ukłucia. Każdy kontakt wywoływał nową falę bólu, o wiele bardziej intensywną niż wcześniej. Paulina z satysfakcją obserwowała jego reakcję. 
– Ból jest inny, prawda?   zapytała  z ciekawością,  przytrzymując elektrodę dłużej w jednym miejscu, tak aby w pełni poczuł moc nowego narzędzia. Czuł, jak każdy nerw w jego ciele reaguje na wyładowania. Zaciskał zęby, próbując powstrzymać krzyk, ale ból przenikał tak głęboko, sprawiając,  że całe jego ciało drżało od intensywności.
– Musisz wytrzymać   dodała, tym razem przesuwając końcówkę wzdłuż klatki piersiowej, w stronę sutków. Metalowe wypustki rozchodziły się po jego ciele niczym ogień, przenosząc wyładowania, które były tak intensywne, że każdy dotyk wywoływał niemal natychmiastową reakcję. Michał próbował oddychać spokojnie, ale ból był zbyt wielki, a wyładowania zbyt intensywne.
– Cierpienie jest nieodłącznym elementem oddania  szepnęła, zbliżając końcówkę do jego sutków, gdzie ból był szczególnie dotkliwy. Poczuł, jak jego mięśnie napinają się mimowolnie, a każdy impuls przynosił nową falę mrowienia, która przeszywała go na wskroś.

Paulina sięgnęła po kolejną końcówkę do urządzenia – tym razem wybór padł na metalową elektrodę z jedną ostrą wypustką, koncentrującą w sobie całą energię .Wyglądała jeszcze bardziej agresywnie niż poprzednia. Michał z napięciem obserwował każdy jej ruch, wiedząc, że nowa końcówka przyniesie zupełnie inne, bardziej intensywne odczucia. Paulina z wprawą zamontowała ją, a dźwięk trzaskających wyładowań wypełnił pokój.
– Sprawdźmy, jak sobie poradzisz z tym  powiedziała z zimnym uśmiechem, patrząc na swoją ofiarę, która wyczuwała nadchodzący ból. Te słowa brzmiały jak wyzwanie, któremu nie mógł się oprzeć, choć był już na granicy wytrzymałości.
Gdy przyłożyła nową końcówkę, impulsy przeszły przez niego z intensywnością, jakiej wcześniej nie doświadczył. Wypustka wywoływała ostrzejszy, bardziej skoncentrowany ból, przypominający serię precyzyjnych ukłuć. Elektryczne wyładowania nie były już tylko mrowieniem – teraz każdy kontakt przypominał tysiące małych iskier, które przenikały przez skórę, docierając głęboko do mięśni.
Fenriss zatrzymała się na sutkach, gdzie bodźce były szczególnie bolesne. Nie mógł powstrzymać się od krzyku, gdy fioletowe impulsy dosięgły najbardziej wrażliwych miejsc.
Zaśmiała się głośno, słysząc jego reakcję. Przesunęła końcówkę niżej, w kierunku penisa, który wciąż był uwięziony w klatce. Fioletowe wyładowania przeniknęły przez otwory w chastity, a on poczuł falę nowego, jeszcze silniejszego bólu. Krzyk wypełnił pomieszczenie.
– Mmm, niewolniku, cudownie się bawię, a ty? 
Poczuł, że te słowa trafiają w jego czuły punkt. Był rozdarty między bólem a fascynacją tym, jak bardzo potrafiła kontrolować sytuację. 
– Widzę, że chyba nie masz zbyt wiele do powiedzenia   dodała z nutą złośliwości. 

Wciąż milczał, bo wiedział, że jakakolwiek odpowiedź nie zmieniłaby sytuacji, że musi znaleźć w sobie siłę, by znieść to wszystko. Przez kolejne minuty kontynuowała swoją grę, raz za razem aplikując bolesne impulsy. Patrzyła z uśmiechem, widząc jak walczy, z każdą sekundą, próbując zapanować nad swoimi reakcjami, choć było to już prawie niemożliwe. Jego ciało drżało pod wpływem wyładowań, a każdy impuls wydawał się o krok za blisko jego granicy wytrzymałości. Ale mimo bólu, w głębi duszy czuł, że to jest właśnie to, czego szukał – pełne podporządkowanie, niemal hipnotyzująca władza, jaką miała nad nim Paulina. Piękna i okrutna. W końcu wyłączyła urządzenie. Spojrzała na niego jeszcze raz i odłożyła violet wand na stolik, jakby to była zwykła, codzienna czynność.
– Wystarczy   powiedziała rozbawionym głosem.

Michał był wyczerpany. W jego ciele wciąż tlił się ból, ale było w tym coś więcej – poczucie, że był całkowicie pod jej wpływem. Choć wyczerpany, czuł też ulgę, że  tortura dobiegła końca.

Odpięła pasy, pozwalając mu na moment ulgi. Bez słowa ruszyła w stronę tronu. Usiadła na nim z gracją. Wciąż oszołomiony i zmęczony, spoglądał na nią z mieszanką podziwu i strachu.
– Do mnie. Czołgaj się!
Nie mając wyboru, zaczął robić co kazała. Ciało bolało go od wcześniejszych tortur. Czołgając się w jej stronę, czuł, jak każdy centymetr ziemi pod nim staje się jego jedynym celem. Jego wzrok skupiał się na jej butach, a świadomość, że ona obserwuje każdy jego ruch, dodawała mu dziwnej mieszanki motywacji i strachu. Kiedy w końcu doczołgał się, uklęknął. Spojrzała na niego z góry i podała mu kluczyk, polecając, aby zdjął chastity.
Rzuciła mu prezerwatywę a zimny uśmiech pojawił się na jej twarzy.
 Załóż!  – powiedziała ostro.

Drżącymi rękoma zaczął wykonywać jej polecenie, jego myśli były pełne mieszanki emocji – z jednej strony poczucie bycia całkowicie zależnym od niej, z drugiej strony niepewność co do tego, co nastąpi dalej. Na szczęście szybki wzwód ułatwił sprawę.
– Masz trzy minuty. Jeśli nie zdążysz będę cię znowu biła, tym razem jeszcze mocniej   powiedziała.
Skupił wzrok na jej butach. Zaczął myśleć o  ukrytych wewnątrz stopach, które widział przez moment u siebie w domu, gdy siedząc na sofie zakładała skarpetki. W tym jednym punkcie próbował odnaleźć skupienie i spokój. Czas zdawał się zwalniać, a każda sekunda stawała się wiecznością. Z jego czoła spływały drobne kropelki potu, czuł to pod maską a napięcie w powietrzu stawało się niemal namacalne.

Nie spuszczała go z oczu, jakby obserwowała mistrzowskie widowisko, które stworzyła. Czuł ten wzrok na sobie, wywołujący dodatkową presję. Każdy ruch wydawał się być przez nią oceniany. W końcu, po nieco ponad dwóch minutach, ciszę przerwało ciche westchnienie, które wyrwało się z jego ust. 
– Brawo, sprawnie ci poszło.
Wstała i podeszła. Powoli zaczęła zdejmować mu maskę, obrożę i opaski z przegubów. 
– To już, koniec. Przeżyłeś   powiedziała, tonem niemal pobłażliwym.
Natychmiast zaczął całować jej buty. 
– Dziękuję, Lady... dziękuję   powtarzał cicho, czując, że choć sesja dobiegła końca, jego oddanie dla niej stało się jeszcze głębsze. Obserwowała to z zadowoleniem, pozwalając mu na moment pełnego oddania. W końcu, z lekkim zniecierpliwieniem w głosie, powiedziała chłodno: 
 Wystarczy. Chodź za mną.
Posłusznie wstał, wyrzucając pełną nasienia gumkę do wskazanego kosza. Wyszli na korytarz, zaprowadziła go z powrotem w kierunku szatni.  Kiedy dotarli, wskazała na drzwi. 
 Wykąp się i ubierz. Kiedy będziesz gotowy, naciśnij przycisk na ścianie.

Po szybkim prysznicu, czuł się odświeżony, choć jego myśli wciąż krążyły wokół tego, co właśnie przeżył. Pospiesznie się ubrał, wiedząc, że Paulina czeka na niego. Kiedy był gotowy, nacisnął przycisk na ścianie, jak poleciła. Po niespełna dwóch minutach drzwi otworzyły się i pojawiła się w drzwiach. Jej twarz była spokojna, wyraz zimnej dominacji zastąpiony subtelnym, niemal przyjaznym uśmiechem.

Zaprowadziła go z powrotem do pomieszczenia  podobnego do tego, w którym na początku sesji czekał na nią. Teraz atmosfera była już mniej napięta, ale wciąż naładowana emocjami. Wskazała mu miejsce na niewielkiej sofie, a kiedy usiadł, obdarzyła go kolejnym uśmiechem. 
– Napijesz się czegoś ? 
Poprosił o sok. Paulina, z nonszalancją, zdjęła  rękawiczki i rzuciła je na oparcie fotela, jakby nie przywiązywała do tego większej wagi. Potem podeszła do stolika, gdzie czekał dzbanek z sokiem. Podała mu szklankę i usiadła na przeciwko.

Wciąż w lekkim szoku po intensywnych przeżyciach, spojrzał na nią, starając się zebrać myśli. W jego głowie wciąż odbijały się emocje z sesji, a serce biło nieco szybciej, gdy próbował opisać to, co właśnie przeszedł.
– Jezu, Paulina, przepraszam, Lady… – zaczął, z trudem dobierając słowa. – To było… piękne, cudowne, niesamowite... Po prostu boskie. Jesteś mistrzynią.
Uśmiechnęła się czekając, aż opowie więcej.
– Nie spodziewałem się, że będzie aż tak intensywnie. Od samego początku, kiedy kazałaś mi przybierać te pozycje… czułem, jakby moje ciało i umysł stawały się jednym. Każda Twoja korekta, każde uderzenie szpicrutą było jak wykład o posłuszeństwie, o pokorze. Każdy ból był jak przypomnienie, że to Ty masz nad wszystkim kontrolę. Byłem kompletnie w Twoich rękach i... to było... takie fascynujące. A ten moment z monetą, Jezu, myślałem, że nie dam rady. Ale wiedziałem, że muszę to wytrzymać, musiałem Cię zadowolić, choć ból był ogromny. Twoje słowa, twoje spojrzenie, za każdym razem, kiedy czułem, że mogę nie dać rady, one mnie podnosiły. To, jak prowadziłaś mnie przez te etapy… czułem się, jakby to była podróż. Każda sekunda była wyzwaniem, ale też nagrodą, bo wiedziałem, że robię to dla Ciebie.

Napił się soku. Z każdym kolejnym zdaniem wylewał swoje emocje, jakby w lawinie słów potrzebował tego, by zrozumieć, co właściwie przeżył. 
– I na koniec, kiedy poczułem ulgę, kiedy zrozumiałem, że przetrwałem. To było jak katharsis. Jakby każda chwila cierpienia prowadziła do tego jednego momentu, w którym wiedziałem, że osiągnąłem coś więcej niż tylko twoje uznanie. Osiągnąłem swoje własne granice, a ty poprowadziłaś mnie przez nie.
Paulina słuchała uważnie, delikatny uśmiech błądził na jej ustach.
– Jesteś niesamowita. Dziękuję, jeszcze raz   powiedział z pełnym przekonaniem w głosie, jakby każde słowo miało dla niego teraz nowe, głębsze znaczenie.
Przełknął ślinę, a jego wzrok przeszedł od jej twarzy do szklanki, którą trzymał w ręku. 
– Już teraz wiem, że zrobię wszystko, żeby znów tu wrócić i spotkać się z tobą, w tym miejscu  dodał, jego głos brzmiał pewnie, jakby był gotów na kolejne wyzwania, niezależnie od tego, jak trudne by się okazały.
– Cieszę się, Michale. Podobno najlepsza sesja to taka, gdy od razu myślisz o kolejnej. Idź teraz odpocząć, najlepiej przenocuj w Berlinie. To był intensywny dzień, zasłużyłeś na chwilę relaksu. Ja niestety mam dziś jeszcze trzy sesje, więc nie będę mogła ci towarzyszyć, przepraszam. Nadrobimy to, obiecuję.

Pożegnali się. Wsiadł do windy i zjechał na dół, wciąż przetwarzając w głowie wszystko, co się wydarzyło. Kiedy wyszedł z budynku, świeże zimowe powietrze uderzyło go w twarz, ochładzając wciąż ciepłe, lekko czerwone policzki. Ten chłód działał jak kubeł zimnej wody, pozwalając mu stopniowo wrócić do rzeczywistości po emocjach, które go dopiero zaczynały ustępować.
Skierował się w stronę swojego samochodu, który stał na parkingu. W powietrzu unosiła się mieszanka wilgoci i zapachu palonego węgla. Kroki odbijały się echem po pustawym placu, gdy nagle zauważył, że na teren wjeżdża granatowe Maseratti Levante. Sportowy SUV zatrzymał się kilka miejsc dalej. Z lekką ciekawością, dyskretnie zerknął w tamtą stronę. Stojąc już obok swojej Panamery, kątem oka dostrzegł, jak z samochodu wysiada piękna, ciemnowłosa dziewczyna. Ubrana w białe futro i spodnie ze skóry, przeszła nie zwracając na niego najmniejszej  uwagi. Po chwili dotarło do niego, że musiała być jedną z domin z DSB, pewnie widział ją na zdjęciach na stronie studia. Może Isabella? Na pewno ona. Na żywo była jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach. Dyskretnie powiódł za nią wzrokiem, obserwując, jak wchodzi do budynku.

Z westchnieniem wrócił do rzeczywistości, wsiadł do samochodu i wybrał D. Porsche zawarczało nisko. Pora wracać do domu...

-----


Rozdział XLII 

New York, New York...

Berlin, jesień 2011

Jesień mijała błyskawicznie, niemal niezauważalnie. Paulina ponownie zanurzyła się w rytmie obowiązków, który z tygodnia na tydzień stawał się coraz bardziej intensywny – i zarazem coraz bardziej satysfakcjonujący. Zajęcia na uniwersytecie, gdzie prowadziła ćwiczenia z pierwszym rokiem oraz dodatkowy kurs dla studentów starszych roczników, kosztowały ją sporo pracy poświęcanej na przygotowania. Wieczorne sesje w Domina Studio Berlin wymagały zupełnie innego skupienia – fizycznego, emocjonalnego a nawet teatralnego. Tam była kimś zupełnie innym, a ten kontrast między światem akademickim a światem femdom coraz bardziej ją fascynował. Do tego dochodziły treningi. Trzy razy w tygodniu spotykała się z Andreasem – a on nie znał litości. Ich wspólne sesje na siłowni Velocity Berlin były intensywne, dopracowane, zaplanowane co do minuty. Przysiady z ciężarem, martwe ciągi, wiosłowanie, pompki na poręczach – trener skupiał się na kształtowaniu siły funkcjonalnej i podkreślaniu jej smukłej sylwetki. Nieraz z wysiłku miała aż mroczki przed oczami, ale po prysznicu, gdy zakładała wygodny, miękki dres i wychodziła na chłodne powietrze – czuła dumę i lekkość, której nie dało się porównać z niczym innym. Poświęcała również czas na bieganie. Wraz z koleżankami z Dominii, Gretą i Noëmi, dołączyły w październiku do Adidas Runners Berlin – programu wspierającego amatorów przygotowujących się do  biegów ulicznych. Celem był start w Generali Berliner Halbmarathon, zaplanowany na 6 kwietnia. Zorganizowane treningi odbywały się dwa razy w tygodniu – popołudniami, spod siedziby marki na Warschauer Straße. Dziewczyny biegały przez mosty, bulwary i parki Berlina, niekiedy kończąc wspólny wieczór gorącą herbatą lub kolacją w domu u którejś z nich.

Ale Paulina potrzebowała też samotności. Raz w tygodniu zakładała kaptur, słuchawki, włączała ulubioną playlistę. Biegła wtedy w swoim tempie. Lubiła czuć rytm oddechu, ciepło w klatce piersiowej i siłę pracujących w harmonii mięśni.

Na treningach Adidas Runners dziewczyny wyróżniały się od pierwszego spotkania. Paulina – zgrabna, skupiona, zawsze ubrana z klasą, nawet w sportowym wydaniu. Noëmi – zjawiskowo piękna, o skórze jak satyna i nienagannym stylu biegu. Greta – nordycka bogini z lodowatym spojrzeniem, która pokonywała kilometry z siłą i energią, jakby urodziła się do biegania. Wzbudzały podziw nie tylko swoją kondycją, ale i wyraźną aurą pewności siebie. Trzymały się zawsze blisko, a wśród męskiej części grupy szybko zaczęły krążyć żarty i zakłady, kto pierwszy odważy się zagadać.

Paulina czasem uśmiechała się do Noëmi, widząc nieśmiałe próby flirtu. 
– Nieszczęśnicy nawet nie wiedzą, z kim próbują się umówić – powiedziała kiedyś półgłosem. Przyjaciółka tylko poruszyła brwiami z lekkim rozbawieniem. 

Ku zaskoczeniu dziewczyn to Greta – najchłodniejsza z nich, najbardziej zdystansowana – jako pierwsza naprawdę się otworzyła. Marco nie był nowy w grupie. Wysoki, wysportowany, o łagodnym spojrzeniu i szerokim uśmiechu, który nie znikał z twarzy nawet przy piątym kilometrze. Biegał tuż obok niej, ale nie narzucał się. Kiedyś podał jej bidon, potem zapytał o buty, które miała na nogach. Z tygodnia na tydzień zaczęli rozmawiać więcej i więcej – o bieganiu, o muzyce, o winie, o podróżach. Pewnego wieczoru, gdy wracały z  treningu, popijając z butelki termicznej ciepłą herbatę, powiedziała spokojnie:
– Dziewczyny, muszę wam się przyznać zanim i tak się wyda. Spotykam się z Marco.
Noëmi spojrzała zaskoczona. 
– Serio? To świetnie, jest fajnym chłopcem.
– Serio. Jest inny. Nigdy nie czułam się tak dobrze z żadnym facetem. Jest czuły. Delikatny. Słucha mnie. Nie przytłacza.
Paulina popatrzyła na nią uważnie. 
– Myślisz, że...?
Greta wzruszyła ramionami. 
– Może. Czasem patrzy na mnie tak, że mam ochotę założyć mu  obrożę i pobić do krwi. Ale na razie czekam. Sprawdzam. Może kiedyś mu powiem. Może pokażę, kim naprawdę jestem. Ale teraz to nieistotne. 
Noëmi parsknęła cicho. 
– Tylko niech się chłopak nie przestraszy. Słyniesz w Domini z wyjątkowo ciężkiej ręki.
– Jak się przestraszy, to nie jest wart tego, żeby w ogóle o nim mówić – odparła Greta, a w jej oczach błysnęła znajoma stal. Ale wiecie co ? Dla mnie to teraz całkowicie nieistotne.

---

Paulina najwięcej czasu spędzała z Bellą  – niemal tak, jakby ich przyjaźń była czymś więcej niż zwykłą bliskością. Odkąd obie na dobre wpisały się w codzienność berlińskiego życia, ich relacja stała się głębsza, uważniejsza. Były dla siebie lustrem i schronieniem. Spotykały się na kawę w ulubionej kawiarni przy Savignyplatz, wspólnie chodziły na zakupy do butików wokół Ku’dammu, czasem po prostu siedziały u jednej z nich, popijając wino i rozmawiając bez końca. Od tamtej nocy, kiedy Bella została u Pauliny i zasnęły splecione w ciepłym, kobiecym uścisku, nic podobnego już się nie powtórzyło. A jednak – za każdym razem, gdy ich ramiona musnęły się choćby przypadkiem, gdy patrzyły sobie w oczy zbyt długo, gdy śmiały się razem zbyt swobodnie – coś niewidzialnego zawisało w powietrzu. Coś cichego, elektryzującego. Coś, czego żadna z nich nie defioniowała. Bella, z całym swoim włoskim temperamentem, czasem rzucała dwuznaczne uwagi – niby żartem, niby lekko – ale jej spojrzenie mówiło więcej. Paulina z kolei potrafiła odpowiedzieć równie błyskotliwą ripostą, choć czasem spuszczała wzrok z uśmiechem, jakby sama nie była pewna, czy to wszystko to jeszcze żart, czy już może coś więcej.
– Wiesz, Paulina – powiedziała  pewnego wieczoru, kiedy siedziały razem w jej mieszkaniu, sącząc Pinot Nero i jedząc owoce – niektóre rzeczy nie muszą się powtarzać, żeby pozostały wieczne.
– A inne... inne nie muszą się jeszcze zacząć, żeby już były obecne – odpowiedziała cicho.
Nie potrzebowały niczego więcej. Wiedziały, że ich więź jest wyjątkowa. Była jak piękna melodia, która nie musi być grana na głos, by wciąż brzmiała gdzieś w tle – wyraźna, intymna, wibrująca.

---

Późną jesienią Paulinę znowu odwiedzili Olga i Jacek. Przyjechali na kilka dni, korzystając z długiego listopadowego weekendu. Gdy tylko przekroczyli próg mieszkania, Olga zdjęła płaszcz i spojrzała chłodno na swojego partnera.
– Rozbieraj się, na co czekasz?  – Powiedziała cicho, lecz z tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– Tak, moja Pani – odpowiedział natychmiast, spuszczając wzrok. Bez słowa zdjął ubrania, poskładał je starannie i ułożył przy ścianie w przedpokoju. Był już przyzwyczajony – nagość w obecności kobiet była dla niego normą, nie powodem do wstydu. Znał Paulinę i wiedział, że przyjmie to zwyczajnie.
Oparta o framugę, przyglądała się temu z lekkim uśmiechem.
– Widać, że trzymasz go krótko – zauważyła.
– Jacek jest bardzo dobrze wytresowany, prawda, kochanie? – odparła Olga, wyjmując z torebki skórzaną obrożę i zapinając ją wokół szyi klęczącego u stóp mężczyzny.
– Tak, moja Pani – potwierdził cicho, nie podnosząc wzroku.

Przez kolejne dni atmosfera była gęsta od napięcia – nie tego codziennego, lecz subtelnego, intensywnego erotyzmu i wyrafinowanej władzy. Olga rozkazywała Jackowi – klękał, trzymał pozycję przez długie minuty, trwał w milczeniu, wykonywał polecenia z niemal nabożną czcią. Paulina pozwalała przyjaciółce w pełni korzystać z przestrzeni i rytmu, który sobie narzuciła. Czasem korzystała z jego obecności każąc my wykonywać jakieś czynności - od sprzątania po typowo męskie jak wymiana żarówki lub dokręcenie listwy.
Mimo tej intensywności, znalazły też czas na długie spacery po Berlinie. Obie wyglądały wtedy zjawiskowo i stylowo. W tym duecie wyglądały jak kobiety, których nie sposób zignorować – przyciągały spojrzenia i wzbudzały cichy respekt.
Paulina zarezerwowała też dla nich ponownie jedno z pomieszczeń w Dominia Studio Berlin.
– Tylko nie przesadź – powiedziała półżartem, wprowadzając Olgę i spoglądając na Jacka – On musi jutro chodzić.
– Obiecuję, że będzie chodził – odpowiedziała Olga z uśmiechem pełnym obietnicy bólu. – Ale nie będzie mu łatwo.
Ubrana w białą koszulę, dopasowane czarne skórzane spodnie i lśniące oficerki, wyglądała tego dnia jak zjawisko – piękna, niebezpieczna, absolutnie pewna siebie. Gdy wchodzili do studia, Jacek tylko szeptał:
– Dziękuję, że mogę tu z tobą być, moja Pani.
Wyszli po ponad dwóch godzinach. Olga promieniała, jej oczy błyszczały. Jacek szedł powoli, ostrożnie. Gdy uklęknął przy nodze swojej pani, Paulina zauważyła czerwone liczne ślady na jego plecach, pośladkach i udach.
– Będziesz musiała go teraz kurować przez dwa tygodnie – powiedziała z uśmiechem.
– On to przecież kocha. A ja się znowu czułam się jak dziecko wpuszczone do sklepu z zabawkami.
Wieczorem, kiedy mężczyzna klęczał nieruchomo przy ścianie, dziewczyny rozmawiały przy lampce burgunda. Paulina nie kryła podziwu.
– Naprawdę świetnie go wytresowałaś – powiedziała cicho. – To już nie tylko uległy. To właściwie niewolnik.
– Tak i nawet nie wiesz jak  dobrze mi z tym – odparła spokojnie Olga. – I jemu też. A wszystko dzięki tobie Pauli.

W niedzielę rano, kiedy szykowali się do wyjazdu, Paulina stała w przedpokoju w dresie, z kubkiem kawy w ręku. Olga podeszła do niej, objęła ją mocno i szepnęła:
– Dziękuję. Za to, że mnie rozumiesz. Za to, że jesteś. Kiedy jestem u ciebie nie muszę udawać grzecznej pani adwokat.
Paulina odpowiedziała jedynie uśmiechem i pocałowała ją w policzek. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, została jeszcze chwilę w ciszy. Ten tydzień coś w niej poruszył. To nie było zwykłe spotkanie – to było przypomnienie, jak silne mogą być kobiety, które dokładnie wiedzą, kim są. Potrzebują tylko u swojego boku odpowiednego mężczyzny.

---

Coraz lepiej czuła się na uniwersytecie. Studenci ją lubili – nie za pobłażliwość, bo tej nie było w jej stylu, ale za sposób, w jaki prowadziła zajęcia: jasno, metodycznie, z pasją i bez cienia protekcjonalności. Na jej środowych ćwiczeniach z Wprowadzenia do psychologii antropologicznej, zawsze panowała koncentracja – nikt nie śmiał się spóźnić ani mówić poza kolejnością. Zyskała w oczach studentów opinię bardzo wymagającej, ale sprawiedliwej.  Zawsze przychodziła elegancko ubrana: kremowe lub białe koszule z delikatnym kołnierzykiem, idealnie dopasowane spodnie z kantem, klasyczne szpilki. Czasem czarne, czasem w odcieniu chłodnego beżu. Jej makijaż był subtelny, niemal niedostrzegalny, włosy związane  lub rozpuszczone i lekko falujące. Florian, student pierwszego roku, nie mógł doczekać się każdej środy. Od czasu ich pierwszego spotkania – zabawnej pomyłki, gdy wziął ją za koleżankę z roku – jego uczucia względem Pauliny przeszły drogę od zażenowania do zauroczenia. Teraz, kiedy ich spojrzenia czasem się krzyżowały, potrafił się już nawet uśmiechnąć do niej. Ona również – z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który zawsze pozostawiał go z lekkim drżeniem serca.

Praca doktorska nabierała coraz bardziej konkretnych ram. Profesor Schneider był zadowolony z przedstawionego planu badawczego. Jednym z kluczowych elementów projektu była seria wywiadów pogłębionych z profesjonalnymi dominami, które od lat prowadziły swoją działalność w Nowym Jorku – mieście, które uchodziło za jedno z najbardziej otwartych i zróżnicowanych, jeśli chodzi o alternatywne formy ekspresji seksualnej i psychologicznej. Uniwersytet przyznał jej grant badawczy, który obejmował koszt biletu lotniczego, zakwaterowania oraz lokalnych przejazdów. Wyjazd miał nastąpić tuż po świętach – idealnie, by połączyć pracę naukową z chwilą oddechu i zmianą otoczenia. Miała umówione rozmowy z kilkoma kobietami – legendami nowojorskiego środowiska – których działalność nie tylko inspirowała, ale również ukazywała dominację jako złożoną, często terapeutyczną formę relacji opartej na zaufaniu, strukturze i granicach. Gdy tylko otrzymała potwierdzenie wszystkich terminów, usiadła wieczorem przy biurku w swoim mieszkaniu w Charlottenburgu i napisała krótką wiadomość do Patricka. Od czasu gdy widzieli się w Malezji byli w kontakcie. Wiadomości może nie były zbyt częste, ale wiedzieli mniej więcej na bieżąco, co dzieje się u każdego z nich. Patrick na początku listopada wrócił do Stanów i był właśnie na etapie otwierania jakiejś nowej firmy technologicznej. Sygnalizowała mu plany wyjazdu, nie chcąc jednak zdradzać szczegółów. Mówiła tylko, że to wyjazd związany z jej pracą na uczelni. Kiedy było już to potwierdzone wysłała wiadomość:

Udało się. Lecę do NY tuż po świętach. Mam badania i wywiady, ale liczę też, że uda mi się przywitać Nowy Rok w wyjątkowym towarzystwie.

Odpowiedź przyszła niespełna godzinę później:

Zarezerwowałem hotel. Będę na Ciebie czekał, moja przepiękna. Wyślij numer lotu.

Uśmiechnęła się do ekranu telefonu. Długo jeszcze siedziała w fotelu przy oknie z kieliszkiem wina w dłoni, patrząc na zimowy Berlin i myśląc o tym, jak nieprzewidywalnie piękne potrafi być życie, gdy tylko odważysz się w nim zanurzyć.

---

Nowy Jork -  zima 2011 / 2012

Patrick czekał na nią w hali przylotów lotniska JFK, ubrany w ciemną kurtkę puchową i szalik w kratę. W dłoni trzymał kubek kawy i nerwowo rozglądał się po twarzach pasażerów wychodzących z rękawa. Gdy tylko zobaczył Paulinę, jego twarz rozjaśniła się natychmiastowym uśmiechem. Podeszła do niego szybkim krokiem. Zatrzymali się na chwilę naprzeciwko siebie, jakby każde z nich potrzebowało ułamka sekundy, by uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Potem objęli się mocno. Uścisk był długi, ciepły, niemal milczący — jakby przez sam dotyk chcieli nadrobić czas dzielący ich od ostatniego spotkania.
– Cześć, piękna – powiedział cicho, przytrzymując ją jeszcze przez chwilę.
– Cześć, mój Kalifornijczyku.
Na zewnątrz było zimno, typowy nowojorski grudniowy dzień. Chłodny wiatr niósł w sobie zapowiedź nadchodzącej zmiany pogody. Wsiedli do taksówki, kierując się do hotelu. Zarezerwował  dla nich The NoMad, elegancki, butikowy hotel w samym sercu Manhattanu, znany z wysublimowanego wystroju, wysokich sufitów i atmosfery cichego luksusu. Podczas jazdy siedziała blisko, oparta lekko o jego ramię, patrząc przez okno na przesuwające się obrazy. Wieżowce, światła, mijające ich samochody – wszystko wydawało się intensywne, tętniące energią, która pulsowała pod skórą tego miasta. Głaskał delikatnie jej włosy, drugą dłonią obejmując rękę. 

Kiedy dotarli na miejsce, od razu zostali zaprowadzeni do apartamentu. Przestronny, z wysokimi oknami, drewnianą podłogą i sypialnią dużym łożem. W kącie stała kanapa, komoda z minibarem, a w łazience z oknem – marmurowa wanna. Zbliżył się do niej, spojrzał w oczy. Nie było w tym nic z pośpiechu – tylko czułość i narastające emocje. Odwzajemniła spojrzenie, objęła go za szyję. Ich usta spotkały się – najpierw spokojnie, potem coraz bardziej namiętnie. W tych objęciach było wszystko: radość, tęsknota i obietnica wspólnej nocy, która dopiero miała nadejść.
– Cieszę się, że przyjechałaś – szepnął, gdy w końcu oderwali się od siebie na moment.
– Ja też... – odpowiedziała Paulina. – Właśnie teraz tego potrzebowałam. Tego miasta. Ciebie.
Ujął jej dłoń i zaprowadził ją do okna, z którego roztaczał się widok na ulice tętniące światłami. 
– To będzie piękny tydzień – powiedział z przekonaniem.
Spojrzał na nią uważnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół – linię ramion, sposób, w jaki stała w półcieniu przy ogromnym oknie hotelowego apartamentu. Za szybą Manhattan pulsował światłami: niekończące się strumienie samochodów, neonowe refleksy odbijające się w mokrym asfalcie, dalekie syreny i głuchy szum miasta, które nigdy nie zasypia. Stała przez chwilę nieruchomo, patrząc na panoramę. Czuła jeszcze w ciele zmęczenie po podróży, ale jednocześnie dziwną lekkość, jakby samo miasto zdejmowało z niej ciężar ostatnich tygodni. Podszedł bliżej. Stanął za nią, bardzo blisko, niemal dotykając pleców. Najpierw tylko oparł dłonie lekko na jej biodrach, jakby sprawdzał, czy nie cofnie się odruchowo. Nie cofnęła. Pochylił się i zaczął powoli całować szyję. Delikatnie, z wyczuciem, jak ktoś, kto zna już reakcje drugiej osoby, ale wciąż odkrywa je na nowo. Poczuła dreszcz biegnący wzdłuż pleców. Patrick zamknął na moment oczy. Czuł perfumy i jej skórę: ciepłą, gładką, delikatną.
– Tęskniłem za tobą.
Spojrzała na niego przez ramię.  Odwrócił ją delikatnie i przyklęknął. Ujął jej stopę w dłonie i zaczął rozwiązywać sznurówki białych sneakersów. Na podeszwach wciąż widać było drobne ślady nowojorskiego śniegu. Zdjął pierwszy but, potem drugi. Pochylił się i musnął ustami stopę. Nie powiedziała nic. Oparła się plecami o okno  i patrzyła na niego z góry. Powoli przesunął dłonie wyżej – po kostkach, łydkach, aż do ud. Rozpiął zamek spodni i zsunął je z bioder. Gdy pochylił się bliżej, Paulina poczuła ciepło oddechu przy łonie.
– Poczekaj – powiedziała cicho. – Chcę się wykąpać po podróży. Odświeżyć trochę.
Uniósł wzrok, a w jego oczach nie było ani śladu wahania.
– Nie ma takiej konieczności.
Jego dłonie zsunęły się niżej, powoli ściągając majtki wzdłuż jej ud. Paulina poczuła, jak serce przyspiesza, a napięcie w dole brzucha budzi się gwałtowniej, niż się spodziewała. Przyciągnął ją bliżej, aż jej kolana niemal dotknęły krawędzi łóżka.
Uklęknął przed nią. To, co zrobił potem, nie było pośpiechem ani żądzą – było skupioną, niemal nabożną uwagą. Najpierw musnął ustami wewnętrzną stronę jej uda, potem wyżej, jakby dawał jej czas, by się oswoiła. Gdy jego język wreszcie dotknął jej najczulszej części, był ciepły, miękki i pewny. Zaczynał powoli – szerokimi, leniwymi ruchami, które obejmowały całe jej podniecenie, jakby chciał je poznać w całości.
Paulina wciągnęła powietrze głębiej. Każdy ruch jego języka był przemyślany: raz delikatny i płaski, sunący od dołu aż po sam czubek, raz bardziej skupiony, okrężny, precyzyjny. Odnajdywał rytm jej oddechu i podążał za nim, pogłębiając go. Kiedy poczuła, jak lekko ssie jej nabrzmiałą łechtaczkę, cichy, niekontrolowany jęk wymknął się z jej gardła.
Oparła się mocniej o ścianę za sobą. Nogi zaczęły jej drżeć. Próbowała utrzymać równowagę, ale z każdą kolejną falą ciepła, która rozchodziła się po brzuchu i udach, było to coraz trudniejsze. Patrick nie przyspieszał gwałtownie – przeciwnie, pogłębiał rytm, dodając do języka delikatną pracę ust i palców, które teraz ostrożnie wsunął w nią, odnajdując ten jeden, idealny punkt wewnątrz.
Cały świat skurczył się do tego miejsca, do jego ust i dłoni, do jej własnego, coraz bardziej rozpaczliwego oddechu. Wplotła palce w jego włosy, przyciągając go bliżej – nie z agresją, lecz z bezradną potrzebą. Jej biodra zaczęły poruszać się same, drobnymi, nieświadomymi ruchami, jakby szukały jeszcze większej bliskości. Fale napięcia stawały się coraz wyższe, coraz ostrzejsze – rozchodziły się od podbrzusza przez kręgosłup aż po kark, sprawiając, że skóra na ramionach pokryła się gęsią skórką.
Oddychała już głośno, nierówno, z każdym wdechem coraz bliżej krawędzi.

Za oknem Manhattan migotał tysiącami świateł, samochody przesuwały się w długich, świetlnych smugach, ale Paulina już tego nie widziała. Przez moment świat za oknem mógł równie dobrze przestać istnieć. Gdy napięcie w końcu przekroczyło granicę, poczuła nagłe, gwałtowne rozluźnienie, jakby całe ciało na moment straciło ciężar. Nogi ugięły się lekko, więc Patrick podtrzymał ją ramieniem.
Przez chwilę stała w milczeniu, oparta o niego, wciąż oddychając nierówno. Powoli przesunęła dłonią po jego włosach.
– Witaj w Nowym Jorku – szepnął z uśmiechem.

Podniósł się, obejmując ją ramionami. Ich usta odnalazły się znów – miękko, powoli, głęboko. Paulina westchnęła cicho, czując, jak dłonie przesuwają się po jej ciele, jak wsuwa je pod sweter, pieszcząc plecy. Kilka minut później byli już w sypialni. Oświetlona tylko przez lampy przy łóżku, pachnąca czystością, miękką pościelą i czymś drogim, ledwie wyczuwalnym w powietrzu. Położyła się na białym prześcieradle, a on ułożył się obok niej. Jej ręka spoczęła na jego klatce piersiowej.
– Chodź do mnie – szepnęła cicho, niemal bezgłośnie.

Noc była intensywna i pełna uniesień – taka, która nie zostawia miejsca na myśli ani słowa. Czuła, jak każda cząstka jej ciała odpowiada na dotyk z niespotykaną intensywnością. Jego czułość przeplatała się z głębokim pożądaniem, które nie pozostawiało niedosytu. Był uważny, uległy, silny i delikatny zarazem – i może właśnie dlatego miała wrażenie, że szybuje gdzieś wysoko, ponad zimowym Nowym Jorkiem. Zamknęła oczy i poddała się temu, co działo się między nimi. Słyszała swój przyspieszony oddech, jego szept tuż przy uchu, czuła ciepło jego dłoni na skórze, siłę jego penisa w sobie i to, jak z każdym kolejnym ruchem zatracała granicę między ciałem a emocją. Gdy zasnęli wtuleni w siebie, z rozwichrzoną pościelą i sercami bijącymi w tym samym rytmie, pomyślała, że to było jeszcze piękniejsze niż wszystko, czego doświadczyła w Malezji.

Nie potrzebowała słów, by wiedzieć, że to było prawdziwe.

---

Kolejne dni w Nowym Jorku były dla Pauliny prawdziwym kalejdoskopem doznań. Z Patrickiem spędzali długie godziny na zwiedzaniu – spacerowali po Central Parku, przechadzali się Piątą Aleją. Mimo jej lęku wysokości wjechali nawet na taras widokowy Top of the Rock. Nie czuła się tam jednak dobrze i szybko poprosiła o powrót na dół. Pojechali zjeść świeże bajgle na ławce w Battery Park z widokiem na Statuę Wolności. Wieczorami – dobra kolacja, wino, muzyka i coraz bardziej upojne noce w apartamencie z widokiem na rozświetlone miasto. Był nienasycony i oddany, a ona swobodna, rozkwitająca w jego zachwycie i niegasnącym pożądaniu.

Ale nie zapomniała, po co naprawdę przyleciała. Jednego wieczoru, gdy Patrick spotykał się ze starym znajomym z Doliny Krzemowej, Paulina odwiedziła legendarny nowojorski klub BDSM – The Velvet Den. Miejsce mieściło się w eleganckim, niepozornym budynku w Chelsea. Na zewnątrz – tylko czarna tabliczka przy drzwiach i numer. W środku – miękko oświetlone przestrzenie, ciemne ściany, aksamitne zasłony i zapach kadzideł, skóry i wina. Wszystko emanowało klasą i kontrolowaną intensywnością. Z pomocą Evy udało się wcześniej umówić spotkania z trzema dominami. Czwarta – Destiny Noir – dołączyła spontanicznie.

Alexis Vane, około czterdziestki, w czarnym kombinezonie z winylu, z mocnym nowojorskim akcentem. Była psychoterapeutką i dominą od piętnastu lat. Prowadziła także warsztaty dla kobiet, które chciały eksplorować swoją władzę w relacjach.

Lilith Ray, artystka, rudowłosa, o bladej skórze, z tatuażami w stylu art nouveau. Mówiła cicho, ale pewnie. Dla niej dominacja była rodzajem performance’u, emocjonalnego teatru – opowiadała Paulinie o tym, jak organizuje sesje w formie rytuałów.

Claudine Maret, pochodząca z Montrealu, dominowała z zimną elegancją. Mówiła z francuskim akcentem, poruszając się z gracją baletnicy. Większość jej klientów pracowała na Wall Street.

Destiny Noir, młodsza od pozostałych, może nieco po trzydziestce. Drobna, ale o spojrzeniu, które mogło zatrzymać w miejscu pędzący pociąg. Była niespodzianką tego wieczoru – zaintrygowana obecnością Pauliny, dołączyła do rozmowy i podzieliła się pierwszymi doświadczeniami, jeszcze jako switch, choć później dominacja stała się jej wyraźnym i jedynym wyborem.

Rozmowa była długa, inspirująca i bogata w detale. Paulina robiła notatki, chłonęła każde zdanie, czasem zadawała pytania – bardzo precyzyjne i analityczne. W pewnym momencie Claudine spojrzała na nią uważnie.
– You’re not just writing a dissertation, are you? You live it – powiedziała.
Paulina uśmiechnęła się tylko lekko, nie odpowiadając. Po wszystkim wróciła do hotelu taksówką – z głową pełną refleksji, sercem szybciej bijącym i dziwnym, ekscytującym napięciem pod skórą. Patrick już spał. Zdjęła płaszcz, stanęła przy oknie, patrząc na miasto i zapisała jedno zdanie w telefonie: ,,Power is not taken. It’s offered. Freely, intensively. And once it is – it transforms both.

Spotkała się z nimi jeszcze następnego dnia. Zaproszenie na imprezę przyszło nagle, na dzień przed Sylwestrem. Claudine napisała krótką wiadomość:
 
Jeśli chcesz zobaczyć, co znaczy prawdziwa noc w Nowym Jorku, będzie mi miło was gościć. Loft, Chelsea. 

Na ten wieczór nie mieli planów, zamierzali spędzić noc po prostu razem – w łóżku, z winem, jedzeniem na wynos i kilkoma orgazmami przerywanymi wspólnym śmiechem. Miało być ciepło, zmysłowo i leniwie.  Paulina pokazała Patrickowi wiadomość i spojrzała na niego pytająco.
– Claudine? – zapytał. – Ta sama, o której wspominałaś?
Paulina skinęła głową.
– Tak, prowadzi jeden z klubów, w których przeprowadzałam wywiady. Bardzo inteligentna kobieta. Uważają ją za ikonę nowojorskiej sceny femdom.
– Zatem... to wyjątkowe zaproszenie?
– Claudine nie zaprasza przypadkowych ludzi.
– Brzmi jak coś, czego nie powinniśmy przegapić. Jeśli tylko masz ochotę tam pójść, to ja też.

---

Kilka godzin później leżeli razem na łóżku. Pokój hotelowy był przyciemniony, światła Manhattanu migotały za oknem. Leżał za nią, opierając się na łokciu. Delikatnie przesuwał palcami po jej karku i włosach. Paulina czuła ciepło jego ciała i spokojny rytm oddechu. Co jakiś czas przesuwała się lekko, ocierając się o niego pośladkami, jakby odruchowo sprawdzała czy ciągle ma erekcję. 
Przez chwilę milczeli.
– Patrick… – powiedziała w końcu ciszej. – Muszę ci coś powiedzieć.
Jego dłoń zatrzymała się na jej ramieniu.
– Brzmi poważnie.
– Bo trochę jest.
Westchnęła lekko.
– Znasz tylko część prawdy o tym, co robię w Nowym Jorku.
Nie przerwał jej. Czekał.
– Mówiłam ci o wywiadach – kontynuowała. – O rozmowach z dominami. O badaniach.
Odwróciła głowę lekko w jego stronę.
– Ale jest coś jeszcze.
Na moment zawahała się.
– Sama jestem jedną z nich.
Milczał przez kilka sekund, ale poczuła, jak jego dłoń lekko zaciska się na jej ramieniu.
W końcu odezwał się spokojnie:
– Nie martw się… nikt nie jest idealny.
Paulina parsknęła śmiechem.
– O ty draniu.
Odwróciła się gwałtownie, usiadła na nim okrakiem i spojrzała mu w oczy. Patrick tylko się uśmiechnął. Przyciągnął ją do siebie i zaczął całować. Na moment zamknęła oczy, pozwalając mu na to. Ale po chwili przesunęła dłonie po jego torsie, podciągnęła koszulkę i wbiła paznokcie w jego sutek,  mocniej, niż się spodziewał.
Patrick aż drgnął.
– Okej, okej! – zaśmiał się nerwowo. – Przepraszam! Wycofuję się!
– Słucham?
– Jesteś najpiękniejszą i najdoskonalszą kobietą pod słońcem.
Przyjrzała mu się przez chwilę z udawaną surowością. Potem uśmiechnęła się z lekką aprobatą. Odetchnął głośno.
– Czy to naprawdę to, o czym myślę? – zapytał po chwili. – Skóry, pejcze, lochy?
Paulina zaśmiała się cicho.
– Mniej więcej, ale nie do końca tak to wygląda.
Przez chwilę opowiadała mu o Domina Studio Berlin. O sesjach. O tym, jak działa to miejsce. O kobietach, które tam pracują – o przyjaciółkach, które stały się dla niej niemal rodziną.
Mówiła spokojnie, bez wstydu.
– Ten świat jest trochę mroczny – przyznała. – Ale jest też bardzo prawdziwy. I w dziwny sposób, bardzo uczciwy.
Słuchał jej uważnie.
– A uniwersytet? – zapytał w końcu.
– To akurat prawda – odpowiedziała. – Jestem doktorantką i naprawdę przyjechałam tu robić badania a nie tłuc uległych po dupach,
Patrzył na nią przez chwilę.
– No po prostu ideał – powiedział tylko.
A potem powoli przesunął dłonie wzdłuż jej pleców i zaczął zsuwać z niej bluzę...

---

Następnego dnia wieczorem założyła dopasowaną, czarną, skórzaną sukienkę z wysokim rozcięciem z boku, sięgającym uda, czarne pończochy i wysokie szpilki od Laboutine'a. Uzupełniła wygląd delikatnym, złotym naszyjnikiem. Włosy zebrała w nisko upięty kok, usta pomalowała na karmin. Patrick nie mógł oderwać wzroku, kiedy wychodziła z łazienki.
– Czyli jednak coś planowałaś – powiedział z uśmiechem. – Takiej sukienki nie pakuje się przypadkiem.
Uśmiechnęła się tylko. Stojąc wciąż przed lustrem, założyła długie, czarne rękawiczki z jagnięcej skóry. Odwróciła się do niego wolno, z lekko uniesioną brodą. Na jej twarzy pojawił się uśmiech – chłodny, tajemniczy, kobiecy.
– Zawsze jestem gotowa – odparła miękko, niemal szeptem, i poprawiła dłonią włosy.
Patrick podszedł do niej, jakby przyciągany niewidzialną siłą. Ujął jej dłoń i uniósł ją do ust, całując delikatnie, z niemal rycerską atencją.
– Jesteś absolutnie zjawiskowa i jeszcze raz cofam moje słowa, jesteś idealna – powiedział, wpatrując się w nią z zachwytem. – W Malezji byłaś jak sen. A teraz wyglądasz jak królowa. Pewna siebie, piękna i trochę niebezpieczna.
Uśmiechnęła się szerzej, nie spuszczając z niego wzroku.
– Niebezpieczna? – powtórzyła cicho, jakby smakowała to słowo. – To zależy, dla kogo.
Zrobiła krok w jego stronę. Skóra rękawiczek zaskrzypiała delikatnie, gdy uniosła dłoń i musnęła jego policzek czubkiem palców.
– Nie musisz się mnie bać – powiedziała miękko. – Przynajmniej nie dziś.
Jej głos był spokojny, niemal kojący. Nie było w nim groźby, raczej pewność kogoś, kto dobrze zna własną siłę, ale nie widzi potrzeby aby jej używać.
– Dziś jesteśmy tylko w Nowym Jorku – dodała po chwili, z lekkim uśmiechem. – Dwoje ludzi na imprezie sylwestrowej. Nic więcej.
Przesunęła rękę z policzka na jego dłoń i ujęła ją lekko.
– A poza tym… – spojrzała mu prosto w oczy – czasem to, co wydaje się niebezpieczne, bywa po prostu fascynujące.
Patrick zaśmiał się cicho.
– Czyli mam się nie martwić?
Paulina uniosła lekko brew.
– Masz się dobrze bawić.
Odwróciła się, sięgając po torebkę.
– Chodźmy, nie powinniśmy się spóźnić.

---

Kiedy przyjechali na miejsce impreza już trwała, muzyka pulsowała przez sufit loftu. Strój zdecydowanej większości gości zdradzał ich zamiłowanie do fetyszy i BDSM. Szybko znaleźli schronienie w jednym z pokojów,  na chwilę odcięci od hałasu i pulsującego światła.
– Czy to... – zaczął Patrick, ale nie skończył.
Paulina uniosła brwi.
– Czy to zawsze takie jest? Ten świat? 
Spojrzała na niego poważnie. – Nie. Czasem to teatr. Czasem głupia gra. Ale dla tych, co wiedzą czego chcą, to przestrzeń prawdy.
Patrick znów podniósł jej dłoń do ust. – Wiesz, że gdybyś kazała mi teraz uklęknąć, zrobiłbym to bez wahania. Masz w sobie niesamowitą siłę.
Odwróciła wzrok.
– Nie chcę. Jeszcze nie teraz. Bo wiem, co bym z tobą zrobiła. A potem nic już nie byłoby takie jak teraz.
– Jesteś jeszcze bardziej pociągająca, kiedy mówisz takie rzeczy.
Paulina uśmiechnęła się z wdziękiem i szepnęła:
– Ale nie boisz się mnie chyba? Myśl o mnie tylko jak o doktorantce na wakacjach w tropiku, nie o tym kim powiedziałam ci, że jestem.
Przytuliła się do niego. Ich usta spotkały się w spokojnym, długim pocałunku, a miasto rozświetlone noworocznymi fajerwerkami było tylko tłem dla czegoś znacznie ważniejszego.
Patrick jeszcze raz spojrzał na jej profil – napięty łuk szczęki, lśniące w świetle długie rękawiczki, sukienkę, która oplatała ją niczym druga skóra.
– A co by się stało, gdybym jednak uklęknął? – zapytał cicho, z lekkim uśmiechem, ale w jego głosie pobrzmiewała autentyczna ciekawość.
Spojrzała mu w oczy, po czym przesunęła dłonią po jego policzku – powoli, niemal pieszczotliwie, ale nie do końca czułe. W tym geście było coś oceniającego, coś, co stawiało granicę.
– Wrócilibyśmy do hotelu – powiedziała spokojnie miękkim, jedwabistym głosem. – A potem... rozkazałabym ci się rozebrać. Wzięłabym bat i wychłostała cię. Biłam bym bardzo mocno, tak, byś zapamiętał każdy ślad. Może błagałbyś mnie o litość, na pewno błagałbyś, ale wiesz co? Wtedy biłabym jeszcze mocniej. 
Patrick przełknął ślinę, zafascynowany.
– To jest... niewiarygodnie pociągające – wyszeptał. – Myśl, że taki piękny anioł jak ty, byłby do tego zdolny.
– Właśnie dlatego moi klienci mnie ubóstwiają – powiedziała cicho. – Bo tylko anioł potrafi zadać piekło z takim wdziękiem. Wiesz, Patrick, naprawdę nie chcę, żebyś klękał. Nie ty. Ty masz być moim kochankiem. Nie niewolnikiem. Niewolników już mam.
Chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Pokiwał tylko głową i uśmiechnął się lekko.
– I właśnie za to tak cię uwielbiam – powiedział cicho. – Jesteś absolutnie jedyna w swoim rodzaju. Nie robiłem tego nigdy, nigdy nie ulegałem, ale jeśli tylko uznasz, że jest to potrzebne powiedz słowo. 

---

Kiedy wrócili do hotelu apartament otulił ich ciepłym światłem. Zdjął marynarkę, po czym podszedł do Pauliny i bez słowa zaczął powoli rozpinać zamek jej sukienki. Zsunęła się z jej ramion i opadła z cichym szelestem na podłogę. Pod nią miała jedwabne, czarne body, czarne pończochy z delikatnym połyskiem i wysokie szpilki. Na jej dłoniach wciąż lśniły długie rękawiczki.
Wstrzymał oddech. Stała przed nim niczym żywa bogini – surowa i jednocześnie zmysłowa, eteryczna, lecz silna.
– Zostań dziś w rękawiczkach i pończochach. Proszę.
Uśmiechnęła się i bez słowa zrobiła krok w jego stronę. Jej ciało pachniało luksusem, jedwabiem i siłą. Ujął jej talię, przyciągnął do siebie i pocałował – namiętnie, głęboko, jakby chciał wtopić się w nią całym sobą. 

To była kolejna noc namiętności. 

Pobyt w Nowym Jorku był dla niej jak tlen – intensywny, piękny, pełen emocji i zmysłowości. Wracała do Berlina odprężona, z błyskiem w oku, niosąc w sobie ciepło wspomnień i uczucie spełnienia. Każdy centymetr jej ciała był wypieszczony – dosłownie i symbolicznie. Patrick, choć daleko od jej świata władzy i dyscypliny, dawał jej coś innego – namiętność i bezpieczeństwo. Pozwalał jej być po prostu atrakcyjną kobietą.

---

Przez kolejne lata ich relacja nabrała rytmu, który z czasem stał się czymś w rodzaju cichej, doskonale wyczuwanej harmonii. Nie planowali jej i nigdy nie próbowali definiować. Spotykali się kilka razy w roku – czasem w Berlinie, czasem w Paryżu, innym razem w San Francisco, które Patrick uważał za najpiękniejsze miasto świata. Zdarzało się też, że ich drogi prowadziły dalej: do Azji, do miast pachnących wilgocią, kadzidłem i nocnym jedzeniem sprzedawanym na ulicznych straganach. Ich spotkania były jak krótkie wyspy czasu wyjęte z codzienności.

To właśnie z nim przeżyła jedną z podróży, którą później często wspominała. Kalifornię zobaczyła wtedy z perspektywy błękitnego Mustanga, którego wynajął specjalnie dla niej. Kiedyś, przy winie, wspomniała mimochodem, że zawsze marzyła o takiej drodze – bez planu, z otwartymi oknami, z wiatrem we włosach i muzyką country lecącą z radia. Zapamiętał te słowa.
Kilka miesięcy później czekał na nią na lotnisku z kluczykami w dłoni i tym charakterystycznym, trochę chłopięcym uśmiechem. Zaprowadził ją do samochodu mówiąc:
– Mówiłaś kiedyś, że chciałaś...
Rzuciła mu się wtedy na szyję a z oczu poleciały jej łzy wzruszenia. 

Ruszyli na północ. Najpierw przez most Golden Gate, który tonął w porannej mgle, potem wzdłuż oceanu drogą, która wije się nad urwistym wybrzeżem. Jechali godzinami. Czasem zatrzymywali się tylko na kawę w małych nadmorskich miasteczkach, czasem na kieliszek wina w przydrożnej restauracji, gdzie kelnerzy patrzyli na nich z lekką zazdrością – młodych, atrakcyjnych, wolnych, bez planu.

Prowadziła niemal cały czas, on siedział obok i patrzył to na nią to na ocean. Im dalej jechali na północ, tym krajobraz stawał się dzikszy. Mgły nad wodą, ogromne sosny, puste drogi, na których przez kilkadziesiąt minut nie mijali żadnego samochodu. W końcu dotarli aż do Oregonu, gdzie wybrzeże było jeszcze surowsze, a fale uderzały o skały z ciężkim, głuchym hukiem.
Nie rezerwowali nic wcześniej. Zatrzymywali się w małych motelach przy drodze – czasem schludnych, czasem zupełnie zwyczajnych, z neonowym napisem, migającym w nocnym powietrzu.
Były to noce pełne śmiechu, rozmów i namiętności, w których świat zewnętrzny przestawał istnieć. Rankiem pili kawę z papierowych kubków na parkingu, patrząc na ocean albo na niemal puste autostrady ciągnące się w nieskończoność.

Każdy dłuższy urlop spędzała z nim. I za każdym razem wracała z tych podróży odmieniona. Przy Patricku rozkwitała jako kobieta – spokojniejsza, bardziej obecna, jakby odkrywała w sobie przestrzeń, na którą w Berlinie nigdy nie było czasu. Taka relacja jej odpowiadała. Nie było w niej zobowiązań, oczekiwań ani rozmów o przyszłości. Nie było planów wspólnego życia ani pytań o to, co będzie za kilka lat. Nie martwiła się o przyszłość. Nie tym razem. Nie popełniła drugi raz tego samego błędu. Było tylko ,,tu i teraz", jak kiedyś mawiał KamilByli kochankami i to jej wystarczało. Bez deklaracji, bez zazdrości, bez dramatów. Tylko oni i czas, który sobie ofiarowywali.

A kiedy wracała do Berlina, natychmiast zanurzała się z powrotem w swoje życie. W wir pracy na uczelni, w kolejne sesje, w spotkania towarzyskie, w długie rozmowy z Bellą i dziewczynami. W wykłady, artykuły naukowe, seminaria na uczelni. Miasto znowu przyspieszało jej rytm. Ale gdzieś głęboko w niej, zawsze zostawał ślad tamtych dróg – błękitnego Mustanga, zapachu oceanu i ciszy kalifornijskich nocy.

-----


Rozdział XLIII 

Życie jak film


Trójmiasto, kwiecień 2012

Paulina przyjechała do Polski na Wielkanoc kilka dni wcześniej, niż pierwotnie planowała. Rodzice poprosili ją o to podczas jednej z ostatnich rozmów telefonicznych. Nie kryli nawet powodu. Chcieli po prostu nacieszyć się swoją córkąOd kiedy przeprowadziła się do Berlina, widywali ją coraz rzadziej. Najpierw studia, potem doktorat, potem praca na uczelni i coraz bardziej intensywne życie w mieście, które potrafiło wciągnąć człowieka bez reszty. Zdarzało się, że wpadała tylko na dwa dni, czasem nawet na jedną noc. Tym razem miało być inaczej.

Czarne Audi S5 Coupé cicho wjechało na podjazd, błyszcząc w chłodnym, wiosennym słońcu. Silnik jeszcze przez chwilę pracował niskim, miękkim pomrukiem, zanim go wyłączyła. Wysiadła powoli, przeciągając się lekko po kilku godzinach jazdy z Berlina. Miała na sobie jasny płaszcz i ciemne okulary przeciwsłoneczne. Wiosenne powietrze było chłodne, ale pachniało już wilgotną ziemią i pierwszą zielenią. Ojciec wyszedł z domu niemal natychmiast, jakby obserwował przez okno moment jej przyjazdu.
– No wreszcie – powiedział z uśmiechem, kiedy zamykała drzwi samochodu.
– Cześć, tato.
Objął ją mocno.
– Matka od rana chodzi po domu jak na szpilkach.
– Domyślam się.
Pojawiła się w drzwiach chwilę później, ocierając dłonie o kuchenną ściereczkę.
– Paulina!
Podeszła szybko i przytuliła ją z taką siłą, jakby córka wróciła po kilku latach.
Odsunęła ją po chwili, żeby móc się jej dokładnie przyjrzeć.
– Ale ty jesteś piękna – powiedziała z czułością. – I jeszcze szczuplejsza niż ostatnio. Boże, kochana, czy ty w ogóle coś jesz?
– Mamo…
– No co? Prawda. Zobacz Jerzy jak ona wygląda... sama skóra i kości.
Tata tylko uśmiechnął się, mówiąc, że dla niego jest w sam raz a kiedy przytulał ją czuł mięśnie. 

W domu pachniało ciastem drożdżowym, wanilią i płynem do mycia szyb. Szybko pojawiła się herbata, potem kolacja, a rozmowy potoczyły się naturalnie – o Berlinie, o uczelni, o znajomych.
W pewnym momencie temat zszedł na Patricka. Mama wciąż nie potrafiła do końca zrozumieć.
– Ale jak to właściwie wygląda? – zapytała, marszcząc lekko brwi. – Mówisz, że się spotykacie… a potem nie widzicie się tygodniami?
Paulina uśmiechnęła się lekko.
– Normalnie.
– Normalnie?
– Nadrabiamy potem wszystko z nawiązką – odpowiedziała spokojnie. – A przecież jest Skype. Widzimy się na ekranie, rozmawiamy. Widzieliśmy się w Sylwestra w Nowym Jorku, a w marcu przyleciał do Paryża.
Mama pokręciła głową z niedowierzaniem.
– To dla mnie jakieś zupełnie nowe pojęcie związku.
Paulina wzruszyła ramionami.
– Na razie nie ma tematu niczego poważniejszego.
– A gdyby był?
Na chwilę zapadła cisza.
Paulina spojrzała w okno, jakby naprawdę zastanawiała się nad odpowiedzią.
– Gdyby chciał czegoś więcej… – powiedziała powoli. – Na przykład gdyby się oświadczył… to nie wiem, co bym zrobiła. Weź, nie strasz mnie, chyba tego nie zrobi, to nie w jego typie, jemu też odpowiada tak jak jest.
Mama spojrzała na nią zaskoczona.
– Naprawdę? Nie chciałabyś już być z kimś tak na poważnie, dłużej?
– Cenię sobie moją berlińską wolność. A nie do końca wyobrażam sobie siebie jako przykładną matkę i żonę na eleganckich przedmieściach San Francisco, z gromadką dzieci i złotym psem. Nie, to nie dla mnie. Wyobrażasz sobie jak jedziecie do mnie na święta co najmniej kilkanaście godzin?
Mama przez chwilę milczała, przyglądając się córce.
Potem westchnęła cicho.
– Zawsze byłaś inna.
Ale w tych słowach nie było wyrzutu. Raczej coś w rodzaju spokojnej akceptacji – i odrobiny dumy.
Paulina uśmiechnęła się tylko. Wiedziała, że mama ma rację.

---

Wielki Tydzień postanowiła podzielić między spokojny czas z rodzicami a spotkania. Wiedziała, że nie bywa w Polsce często, dlatego chciała wykorzystać te kilka dni tak, aby zobaczyć wszystkich, którzy byli dla niej ważni. Pierwsza wizyta miała jednak bardziej poważny, niemal smutny charakter. Kilka tygodni wcześniej babcia przeszła lekki wylew. Na szczęście lekarze szybko opanowali sytuację i nie było trwałych powikłań, ale rodzina zdecydowała, że najlepiej będzie, jeśli będzie dochodziła do siebie w domu, w dobrze znanym otoczeniu. Paulina pojechała do Orłowa wczesnym przedpołudniem. W powietrzu czuć było jeszcze chłód wczesnej wiosny, ale słońce świeciło już mocniej, a na klifach pojawiały się pierwsze zielone plamy młodych liści. Zaparkowała pod domem dziadków i przez chwilę stała przed furtką, patrząc na ogród, który pamiętała z dzieciństwa. Wszystko wyglądało prawie tak samo, tylko stara akacja lekko przechyliła się.
Babcia siedziała w fotelu przy oknie, przykryta lekkim kocem. Gdy weszła do pokoju, uniosła głowę i uśmiechnęła się słabo, ale szczerze.
– No proszę… – powiedziała cicho. – Moja berlińska wnuczka.
Paulina podeszła szybko i objęła ją delikatnie.
– Jak się czujesz?
– Jak staruszka po przygodach – odpowiedziała z lekkim uśmiechem. – Ale już lepiej.
Spędziły razem kilka godzin. Paulina pomagała jej przejść kilka kroków po mieszkaniu, robiła herbatę, słuchała opowieści o lekarzach, rehabilitacji i sąsiadkach, które regularnie wpadały sprawdzić, czy wszystko w porządku. Babcia co chwilę powtarzała, że nic jej nie jest i że wszyscy niepotrzebnie się martwią. W południe wrócił dziadek z krótkich zakupów. Kiedy zobaczył Paulinę w kuchni, uśmiechnął się szeroko.
– No, to teraz już naprawdę jesteśmy w komplecie.
Po obiedzie zaproponował spacer. Wyszli razem w stronę morza. Orłowo o tej porze roku było spokojne – kilka osób na molo, pojedynczy spacerowicze na plaży, cisza przerywana tylko szumem fal.
Szli powoli, bo dziadek ostatnio narzekał na zdrowie. Co jakiś czas zatrzymywał się na chwilę, patrząc w stronę horyzontu.
– Wiesz… – powiedział w pewnym momencie. – Chyba już nie dam rady odwiedzić cię w tym twoim Berlinie. Tyle gadałem, a jak przyszło co do czego to cholera, dopadła mnie starość. 
Paulina zatrzymała się natychmiast.
– Dziadku, nie mów tak.
Spojrzał na nią z lekkim uśmiechem.
– No co, trzeba patrzeć realnie. Jestem już starą dziadygą. Ostatnio widziałem się z Czesławem u generała, klub emerytów. Florian w ogóle nie dojechał.
– Nie. – Pokręciła głową stanowczo. – Nie będziesz mi tu mówił takich rzeczy.
Stanęła przed nim i spojrzała mu prosto w oczy.
– Masz przyjechać do mnie latem. Pociągiem. Bez dyskusji.
– A babcia?
– Babcią naprawdę ma się kto zająć przez kilka dni – odpowiedziała spokojnie. – Mama, ciocia, Dawid, Filip.
Przez chwilę milczał.
W jego spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego – może wzruszenie, może zwykła radość, że ktoś jeszcze tak stanowczo wierzy w jego plany.
– Zobaczymy – powiedział w końcu.
– Nie „zobaczymy”. Przyjedziesz.
Zaśmiał się cicho.
– Uparta jesteś.
– Po kimś musiałam to mieć i coś mi się zdaje, że sporo w tym twoich genów.
Resztę spaceru spędzili powoli, idąc pod rękę wzdłuż brzegu. Dziadek wypytywał ją o życie w Berlinie, o uczelnię, o podróże. Słuchał uważnie, czasem kiwał głową z uznaniem.
– Zawsze byłaś taka – powiedział w pewnym momencie. – Niezależna. I strasznie uparta.
– To źle?
– Nie. – Uśmiechnął się. – Bardzo dobrze.
Na końcu zatrzymali się na chwilę przy klifie.
– Obiecuję – powiedział po chwili ciszy. – Jak tylko poczuję się trochę silniejszy przyjadę.
Paulina spojrzała na niego uważnie.
– Trzymam cię za słowo.
Ale kiedy wracała później samochodem do domu rodziców, wciąż miała w głowie jego twarz.
I to delikatne, trudne do uchwycenia uczucie smutku, które pojawia się u ludzi, kiedy zaczynają rozumieć, że czas nie płynie już tak samo jak kiedyś. Cieszyła się, że będą widzieli się jeszcze u rodziców w Święta.

---

Następnego dnia pojechała do Olgi, która specjalnie wzięła wolny dzień, żeby móc spędzić z nią więcej czasu.
– No w końcu! – powiedziała, obejmując Paulinę tak mocno, że aż się roześmiały.
– Przecież mówiłam, że będę przed południem.
– Przed południem a nie koło południa  – odparła Olga.
Jak zawsze, kiedy się spotykały, rozmowa ruszyła od razu – bez rozgrzewki, bez uprzejmości. W jednej chwili przeskakiwały z tematów poważnych na zupełnie błahe, przerywając sobie nawzajem.
Usiadły w kuchni przy dużym stole. Olga zrobiła kawę, potem drugą, potem pojawiło się ciasto, które – jak twierdziła – upiekła specjalnie na tę okazję.
Paulina opowiadała o Patricku i o tym jak niesamowicie zna jej ciało i potrzeby. Olga słuchała z błyskiem w oczach, czasem przerywając pytaniami.
– Ty naprawdę żyjesz jak w filmie – powiedziała w pewnym momencie.
– Raczej jak w kilku filmach naraz – odpowiedziała Paulina z uśmiechem.
Po południu wrócił z pracy Jacek. Wszedł do mieszkania jeszcze w marynarce, z torbą przewieszoną przez ramię.
– No proszę, piękna Lady Fenriss – powiedział z uśmiechem, podchodząc, żeby ją przywitać.
– Cześć, Jacku.
Przywitali się serdecznie. Znali się już jakiś czas i zawsze traktował ją trochę jak młodszą siostrę Olgi – choć z nigdy nie ukrywał podziwu, a nawet lekkiej nieśmiałości wiedząc kim jest.
– To co, zabieramy naszą berlińską gwiazdę na spacer? – zaproponował.
Poszli w stronę pobliskiego parku nadmorskiego. Spacerowali bez pośpiechu, potem skręcili w stronę jednej z restauracji, gdzie zamówili kolację. 
Gdy wieczorem wrócili do mieszkania, na stole od razu pojawiła się butelka czerwonego wina, potem druga. Usiedli w salonie, a rozmowa znów zaczęła krążyć wokół Berlina.
Olga i Jacek słuchali z ogromną ciekawością jej opowieści. Szczególnie tych, które dotyczyły Domina Studio Berlin. Oni sami byli tam przecież dwa razy.
– Za każdym razem, kiedy o tym mówisz, brzmi to jeszcze bardziej surrealistycznie – powiedział Jacek, kręcąc kieliszkiem w dłoni.
– Bo to jest trochę inny świat – odparła Paulina spokojnie.
Olga uśmiechnęła się, przypominając sobie swoje wizyty.
– Ale trzeba przyznać… niesamowicie fascynujący.
– To prawda – przyznał Jacek. – Tam człowiek nagle zaczyna rozumieć, że relacje między ludźmi mogą wyglądać zupełnie inaczej, niż się wydaje.
Paulina tylko się uśmiechnęła. Rozmawiali tak jeszcze długo – aż noc zaczęła powoli cichnąć za oknami, a w mieszkaniu zrobiło się spokojnie i ciepło od światła lamp i pustych już butelek wina.

---

Nadrabiając wszystkie zaległości, postanowiła również odezwać się do Andrzeja. Dała mu znać już jakiś czas wcześniej, że wybiera się do Polski. Odpisał niemal od razu — krótko, ale z wyraźną radością.
Ich kontakt w ostatnim czasie stał się wyraźnie rzadszy. Nie było już długich rozmów, ani spontanicznych spotkań jak dawniej. Paulina miała do niego przez długi czas pewien żal. Nie chodziło nawet o samą krytykę, ale o sposób, w jaki zareagował, kiedy dowiedział się o jej współpracy z Domina Studio Berlin. Nie zrozumiał tego. A może raczej — zrozumiał po swojemu. Powiedział wtedy coś o komercjalizacji, o tym, że postrzegał ją inaczej. Słowa, które wypowiedział, były może niezręczne, może podszyte troską, ale w tamtej chwili Paulina odebrała je jak podważenie jej autentyczności. Zareagowała ostro. Bardzo szybko zorientował się, że popełnił błąd. Próbował jeszcze wtedy rozmawiać, wyjaśnić swoje słowa, ale nie chciała go słuchać. Przez dłuższy czas odmawiała spotkań, nie odpowiadała na propozycje rozmów. W końcu przestał próbować. Kontakt ograniczył się do kilku krótkich wiadomości rocznie. Zwykle zaczynały się podobnie:
Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku.
Albo pojawiały się przy okazjach — Nowy Rok, Dzień Kobiet, czasem jakieś inne święto. Zawsze uprzejme, nigdy nachalne. Z czasem złość zaczęła w Paulinie powoli wygasać. Spojrzała na tamtą sytuację z większym dystansem. I kiedy pomyślała, że znów go zobaczy, poczuła coś, czego się nie spodziewała. Radość.

Umówili się tradycyjnie przy kościele św. Jerzego w Sopocie, w miejscu w którym spotykali się po raz pierwszy. Był jak zawsze, punktualny. Stał kilka kroków od wejścia do kościoła, w ciemnym płaszczu, z rękami w kieszeniach. Kiedy ją zobaczył, uśmiechnął się szeroko.
Podeszła do niego spokojnym krokiem.
– Cześć.
– Cześć.
Przywitali się naturalnie, bez skrępowania. Nie było w tym spotkaniu nerwowości ani niezręczności, których się trochę obawiała. Rozmowa ruszyła niemal natychmiast — tak, jakby widzieli się tydzień temu.

Sopot był jeszcze przed sezonem. Na Monciaku było spokojniej, powietrze pachniało morzem i chłodną wiosną. Po kilku minutach weszli do jednej z nowych azjatyckich restauracji, która pojawiła się niedawno przy bocznej uliczce. Usiedli przy niewielkim stoliku przy oknie. Zamówili jedzenie i herbatę. Przez chwilę rozmawiali o sprawach zupełnie zwyczajnych — o pracy, o Berlinie, o zmianach w Sopocie. Ale w pewnym momencie Andrzej odłożył pałeczki i spojrzał na nią poważniej.
– Paulina… – zaczął z lekkim zakłopotaniem. – Chciałem cię jeszcze raz przeprosić za to, co powiedziałem wtedy.
Zamilkła, czekając.
– To było głupie – dodał. – Wynikało chyba z jakiegoś mojego niepoprawnego idealizmu. Widziałem cię w pewien sposób i kiedy okazało się, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, zareagowałem jak idiota. Nie chciałem cię urazić.
Słuchała spokojnie.
– Byłam wtedy bardzo zła – powiedziała w końcu. – Bo odebrałam to jako zakwestionowanie mnie. Tak jakbym była jakąś rolą, maską.
Spojrzała mu w oczy.
– A przecież Fenriss to ja. Nie jakaś wymyślona postać.
Andrzej skinął głową.
– Teraz to rozumiem.
Rozmowa stawała się coraz bardziej osobista. Wspominali dawne spotkania, dawne rozmowy. Śmiali się częściej, napięcie, które jeszcze chwilę wcześniej wisiało gdzieś między nimi, powoli znikało.
Kiedy wieczorem odwiózł ją samochodem pod dom rodziców, przez chwilę siedzieli jeszcze w milczeniu. Otworzyła drzwi. Wysiadła, ale zanim je zamknęła, odwróciła się jeszcze w jego stronę.
– Wpadnij kiedyś do Berlina – powiedziała lekko.
Andrzej uśmiechnął się.
– Wiesz, że dwa razy nie musisz mi tego proponować.
Paulina odwzajemniła uśmiech.
– Wiem.

---

Ostatnim punktem jej towarzyskiej agendy była Aneta, dobra znajoma jeszcze z czasów studiów. Kiedy tylko dowiedziała się, że Paulina przyjedzie do Polski, nie pozostawiła jej żadnego wyboru.
– Musimy się zobaczyć. Koniec, kropka – powiedziała przez telefon.

Umówiły się w ciągu dnia. Aneta miała już wolne przed świętami, więc zaproponowała jedną z kawiarni niedaleko centrum. Spotkały się przed wejściem. Znajoma przytuliła ją mocno, ale zanim jeszcze zdążyły wejść do środka, nie wytrzymała. Podniosła dłoń niemal pod sam nos Pauliny.
Na palcu błyszczał pierścionek.
– Oświadczył mi się. Kamil!
Paulina uśmiechnęła się odruchowo.
– No proszę…
Wzięła jej dłoń i obejrzała pierścionek uważnie.
– Bardzo ładny. Naprawdę dobrze wybrał. I pierścionek i ciebie.
– Wiem! Dziękuję! – Aneta była wyraźnie rozpromieniona.
Usiadły przy stoliku w kącie. Pogratulowała jej jeszcze raz, słuchała opowieści o tym, jak wyglądały zaręczyny, ale gdzieś w środku poczuła lekkie ukłucie. Nie potrafiła od razu nazwać tego uczucia. To nie był żal. Nie była to też zazdrość. Może raczej wspomnienie. Wciąż pamiętała dobrze chwile spędzone z Kamilem – jego uśmiech, sposób bycia, tę jego lekko zuchwałą pewność siebie. Czasem myślała o nim jak o „tym słodkim draniu”, jak żartobliwie nazywała go kiedyś w myślach. Ale to uczucie minęło szybko. Pomyślała o Patricku. Tak, w pewien sposób byli podobni. Ten sam rodzaj swobody, pewności siebie, magnetyzmu. Może to właśnie ją w takich mężczyznach przyciągało. Ale Pat był jednak zupełnie inną historią, dokończoną w pewien sposób, taką której nie pozwoliła przeminąć.
Przyjaciółka w tym czasie niemal bez przerwy mówiła. Moment zaręczyn opowiedziała chyba cztery razy, za każdym razem dodając jakiś nowy szczegół.
– I wtedy on wyciągnął pudełko… a ja myślałam, że to jakiś żart!
Paulina uśmiechała się cierpliwie.
– A kiedy ślub? – zapytała w końcu.
– Myślimy o sierpniu w przyszłym roku. – Aneta spojrzała na nią poważnie. – I nawet nie wyobrażaj sobie, że cię nie będzie.
– Postaram się.
Po chwili role się odwróciły.
– A ty? – zapytała Aneta. – Z kimś jesteś?
Paulina zawahała się tylko na moment.
– Tak. Spotykam się z kimś, ale to skomplikowane bo mieszka w Stanach.
Wyjęła telefon i pokazała jej zdjęcie Patricka.
Aneta spojrzała i gwizdnęła cicho.
– Nieźle ciacho. Ale ja to bym nie mogła tak na odległość.

Pod koniec spotkania opowieści Anety zaczęły już Paulinę lekko nużyć. Rozmawiały jeszcze chwilę o drobiazgach, po czym pożegnały się przed kawiarnią.
– Pozdrów Kamila – powiedziała.
– Oczywiście.
Wracając do domu, wyjęła telefon i napisała krótką wiadomość.

Gratulacje.

Telefon zadzwonił niemal natychmiast.
– Mogę przyjechać? – zapytał Kamil.
Paulina roześmiała się.
– Zwariowałeś? Dopiero co widziałam się z twoją narzeczoną.
– Oj… przecież mnie znasz. Pogadać chciałem. Zobaczyć się po latach.
Dwie godziny później czekał pod domem jej rodziców.
Zeszła na dół i wsiadła do samochodu, nawet nie zwracając uwagi, jakim modelem Audi tym razem przyjechał.
Kiedy ją zobaczył, jego twarz natychmiast się rozjaśniła.
– Zajebiście wyglądasz.
– Ty też dobrze wyglądasz – odpowiedziała spokojnie. – I jeszcze raz gratuluję.
Spojrzał na nią przez chwilę.
– Przejedziemy się?
Skinęła głową.
Ruszył przez miasto, potem wyjechali w stronę drogi prowadzącej na Kaszuby. Po kilku kilometrach ruch zrobił się rzadszy, pojawiły się lasy i małe jeziora.
Opowiadał o Anecie.
– Fajna dziewczyna – mówił. – Czasem trochę męcząca, ale to naprawdę dobra osoba.
Paulina tylko się uśmiechała.
W końcu zatrzymał samochód nad jednym z jezior. Wysiedli i przeszli kilka kroków na drewniany pomost. Przez chwilę patrzyli na wodę.
– Jesteś szczęśliwa tam w Berlinie? – zapytał nagle.
Paulina zamyśliła się na moment. Potem skinęła głową.
Opowiedziała mu trochę o swoim życiu – o uczelni, o pracy, o przyjaciółkach, o Patricku. Pominęła oczywiście temat DSB. Słuchał uważnie. Kiedy skończyła, spojrzała na niego uważnie.
– A tobie już oficjalnie przeszło? Nie będziesz mnie więcej unikał?
Skinął głową.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Po prostu, byłaś dla mnie kimś ważnym. Nie wierzyłem, że to się tak skończy. Dlatego tak bardzo zabolało.

Porozmawiali jeszcze chwilę, a potem poprosiła go, żeby odwiózł ją do domu. Cieszyła się, że ułożył sobie życie. I że on, i Aneta naprawdę wydają się szczęśliwi.
– Na wesele przyjedziesz? – zapytał jeszcze.
– Najpierw muszę dostać zaproszenie. Poza tym to jeszcze sporo czasu.
– Zaproszenie wyślę jak najszybciej się da. Będzie nam miło jeśli przyjedziesz. Zabierz swojego chłopaka. 
– Postaram się.
Pożegnali się.
Kiedy wróciła do domu, poczuła dziwny rodzaj spokoju. Teraz mogła już poświęcić czas tylko i wyłącznie rodzinie.

---

Berlin, kwiecień 2012

Chłodny, kwietniowy poranek przywitał Berlin ostrym powietrzem i słońcem przebijającym się przez wiosenne chmury. Tiergarten powoli zapełniało się biegaczami – tysiącami osób zgromadzonych na starcie półmaratonu. Gwar, napięcie, rozgrzewki, ostatnie łyki wody i energetycznych żeli. Wśród nich – Paulina, Greta i Noëmi, gotowe do biegu.

Miała na sobie dopasowane legginsy w kolorze grafitu oraz  czarną bluzę z suwakiem pod szyję. Na głowie – szara czapka z logo Nike, a na dłoniach cienkie rękawiczki z Gore-Teksu, które chroniły przed porannym chłodem. Wyglądała sportowo, ale bił z niej pewien rodzaj elegancja. Była skupiona, ale spokojna – jakby każda taka chwila należała do niej. Obok niej Greta – wysoka, blondynka o nordyckiej urodzie – rozciągała się, rzucając przy tym uśmiechy do Marco, swojego partnera, który również stawał dziś na starcie. Noëmi, z burzą spiętych ciemnych loków, ubrana w granatową bluzę i legginsy z charakterystycznymi białymi paskami adidasa, rozgrzewała się tanecznym krokiem, z charakterystyczną dla siebie lekkością. Na poboczu, z kawą w ręku stała Bella. Zamiast sportowych emocji – miała w sobie wdzięk włoskiej aktorki. Trencz, skórzane spodnie, eleganckie botki, okulary przeciwsłoneczne. Krzyknęła z uśmiechem:
– Dalej dziewczyny! Pokażcie na co was stać! Ja zrobię zdjęcia i czekam na was na mecie!
Paulina pomachała jej. Gdy padł sygnał startu, tłum ruszył. Stopy odbijały się od asfaltu, zegarki zaczęły liczyć czas. Ciało i umysł – w ruchu, w skupieniu. Paulina biegła równo, głęboko oddychając. 
Po dziesiątym kilometrze grupka rozdzieliła się. Noëmi lekko zwolniła – biegła dalej nieco wolniejszym, swoim tempem, skoncentrowana, z lekkością kobiety, która zna swoje ciało i wie, jak z nim rozmawiać. Marco, ambitny i zdeterminowany, postanowił z kolei przyspieszyć – rzucił Grecie szybki pocałunek w policzek i pobiegł naprzód, zostawiając ją z Pauliną.
Dziewczyny trzymały równe tempo – skupione, zgrane, milczące w tym biegowym porozumieniu, które nie potrzebowało słów. Mijały kolejne znaczniki kilometrów, punkty nawadniania, kibiców z transparentami i dzieci przybijające piątki. Zbliżały się do dłuższej, bardziej otwartej prostej w kierunku centrum. I wtedy – między czternastym a piętnastym kilometrem – Paulina kątem oka zauważyła znajomą sylwetkę. Mężczyzna w szarym dresie, ze słuchawkami w uszach był wyraźnie skupiony na biegu. Jego postawa, krok, linia pleców… zanim zdołała się zastanowić, on odwrócił głowę i spojrzał. To był Jonas.
Uśmiechnął się zaskoczony, skłonił lekko głową i przyspieszył. Paulina przez moment patrzyła za nim z mieszaniną zaskoczenia i czegoś trudnego do nazwania. 
Greta spojrzała na nią pytająco.
– Klient – powiedziała Paulina bez emocji, ale z błyskiem w oku.
Roześmiały się obie – krótko, ale szczerze. Paulina poczuła, jak napięcie w ciele rozluźnia się choć na chwilę. 
Kiedy przebiegły linię mety, zmęczone, spocone, ale szczęśliwe, tłum biegaczy i kibiców zlał się w jeden zgiełk, który z każdą minutą stawał się coraz bardziej chaotyczny. Greta natychmiast wypatrzyła Marco i z radością rzuciła mu się w objęcia. Paulina zwolniła, łapiąc oddech, próbując rozciągnąć ramiona i rozluźnić kark. Czuła satysfakcję – spojrzała na zegarek - bieg poszedł jej naprawdę dobrze.
Wtedy kątem oka znowu zobaczyła go – Jonas stał wśród tłumu przy barierkach. Ubrany w folie termiczną, z medalem finishera na szyi. Nie miała wątpliwości, że czekał. Odwróciła wzrok i udawała, że go nie dostrzegła, koncentrując się na oddychaniu i ćwiczeniach.
Ale on już ruszył w jej stronę.
– Paulina... – zaczął spokojnie, podając jej butelkę wody i folię. – Nie wiedziałem, że biegasz. Gratuluję. Niezłe tempo.
– Dziękuję – odpowiedziała chłodno, biorąc butelkę i zarzucając folię na ramiona. – Ty również mnie zaskoczyłeś. Powinnam domyślić się jednak po wysportowanym ciele.
– No tak, widzisz więcej. Staram się utrzymać formę. Ale nie spodziewałem się, że spotkam tu Lady Fenriss.
Uśmiechnęła się.
– W tym świecie nie ma Lady Fenriss. Tylko młoda dziewczyna, która lubi aktywnie spędzać czas.
– Dobrze to ujęłaś. – Jonas skinął głową z uznaniem. – Ale muszę przyznać, że nawet w tej wersji jesteś niepokojąco fascynująca.
– Po biegu wszystko jest fascynujące – odpowiedziała, nie dając się sprowokować.
Zaczęli iść wolnym krokiem w stronę punktu odbioru medali. Rozmawiali o biegu, trasie, pogodzie. Lekko, swobodnie, jakby na chwilę wszystkie inne konteksty – studio, dominacja, wcześniejsze sesje – nie istniały. 
– Może następnym razem pobiegniemy razem w jakimś biegu? Albo jakiś wspólny trening?
– Jeśli nie boisz się – odparła, uśmiechając się i mrugając porozumiewawczo okiem.
Zaproponował, żeby uczcili swój wysiłek pizzą i piwem — „bo przecież zasłużyli”. Paulina szybko przytaknęła, zaznaczając, że nie jest sama i za chwilę pojawią się jej znajomi. Chwilę później dołączyli do nich Greta i Marco. Niedługo potem przyszła też Bella prowadząc rower. Paulina przedstawiła go jako swojego znajomego, chociaż wszyscy oprócz Marco doskonale wiedzieli co może ich łączyć. 
Rozmowy wiąż toczyły się wokół biegu — trasa, tempo, przygotowania. Jonas wtopił się naturalnie w tę atmosferę, nie zabierając zbyt często głosu, ale pozostając uprzejmym i obecnym. Czasem zerkał w stronę Pauliny, choć z wyraźnym dystansem. Wiedział, że nimi istnieje pewna granica. Doceniał dyskrecję — nikt nie nawiązywał do drugiego życia, jakie prowadziły obecne tu kobiety. On też doskonale wiedział kim są. Dla niego to był kruchy balans między fascynacją a szacunkiem.
Po około pół godziny do stolika dołączyła Noëmi. Zrobiło się głośniej, luźniej, padały żarty, kolejne wspomnienia z trasy, śmiech.
W końcu Jonas wstał.
– Dziękuję za wspólne towarzystwo. To była naprawdę udana niedziela. – Uśmiechnął się do wszystkich, a na Paulinie zawiesił wzrok o sekundę dłużej. – Do zobaczenia. Może znów na trasie, a może gdzie indziej. Dziś muszę już wracać do siebie.
– Może, do zobaczenia, miłej niedzieli – odpowiedziała chłodno, ale nie bez wdzięku.
Gdy wyszedł, rozmowy potoczyły się dalej. Kiedy zbierali się już do wyjścia Greta podeszła bliżej, poprawiając sportową torbę na ramieniu.
– Wiesz kim jest twój klient?
Paulina spojrzała na nią z pozornym zdziwieniem.
– No, Jonas. Przedstawił się przecież. Biega, oddycha, ma nogi, dwie ręce. Całkiem przystojny i w dobrej kondycji jak na swoje lata.
Greta wybuchła cichym śmiechem, jakby nie mogła uwierzyć w jej ignorancję. Pokazała jej na ekranie telefonu. Było na nim jakieś oficjalne zdjęcie z podpisem:
– Jonas von Hagen, lat 39. W pierwszej dziesiątce najbogatszych Niemców według Forbes'a. Dziedzic fortuny. Główny akcjonariusz Hagen Pharma AG.
Paulina uniosła kącik ust w delikatnym uśmiechu, niemal ironicznie, poprawiając włosy i zakładając ciemne okulary przeciwsłoneczne.
– Dla mnie to po prostu uległy – prychnęła cicho. – I tak będzie, póki nie zechcę inaczej. A jeśli zechcę będzie nawet sprzątał moją toaletę, prał moje pończochy i szorował mi w domu podłogi.
Greta spojrzała na nią z mieszanką rozbawienia i podziwu.
– Jesteś niemożliwa - roześmiała się.
– Wiem – odpowiedziała Paulina, całując ją w policzek i  ruszając w stronę swojego samochodu.

---

Berlin, grudzień 2015

Ostatnie trzy lata Paulina wspominała jak długi, intensywny film – nieprzerwane pasmo wydarzeń, emocji, wysiłku i chwil absolutnego spełnienia. Czasem zastanawiała się, jak to wszystko się zmieściło: doktorat, studia podyplomowe z psychoterapii, zajęcia na uniwersytecie, sesje jako Lady Fenriss w Dominia Studio Berlin, mordercze treningi z Andreasem, biegi z Naomi i Gretą, podróże z Patrickiem, i – równie ważne – noce z winem, śmiechem i zwierzeniami z Bellą.

Jej doktorat, prowadzony pod czujnym okiem profesora Schneidera, był już na ukończeniu. Latem miała stanąć przed komisją. Praca była ambitna i dobrze przyjęta – łączyła psychologię relacji z aspektami władzy i kontroli, unikając jednak zbyt oczywistych odniesień do jej życia poza uczelnią. Schneider był nieustannie zachwycony dojrzałością i poziomem analizy. Wymusił prawie na niej kontynuowanie  zajęć – w tym obowiązkowego dla pierwszego roku przedmiotu: ,,Wprowadzenie do psychologii antropologicznej”. Zaproponował również, by od jesieni, już po obronie doktoratu, przejęła seminarium dla kilku studentów piszących prace licencjackie.

Na uczelni była znana z profesjonalizmu i stylu. Zawsze elegancka, spokojna, nieco chłodna. Męska część studentów nie ukrywała zauroczenia, choć Paulina nigdy nie dopuszczała do żadnych niejednoznaczności. Nawet Florian, który teraz był na trzecim roku, podchodził do niej z wielkim respektem. Nadal pamiętał swoją pomyłkę z pierwszego dnia – i nadal miał nadzieję, że kiedyś naprawdę zabierze ją na tę wyczekaną kawę. Po pierwszym roku nie udało mu się, napisał egzamin na dziewięćdziesiąt trzy procent. Była konsekwentna i nieubłagana, powiedziała mu, że kolejną szansę będzie miał na czwartym roku.

W Dominia Studio Berlin była uosobieniem absolutnej kontroli. Nie akceptowała już wielu nowych klientów ograniczając się do sprawdzonych, oddanych, lojalnych. Wśród nich był Jonas. To, co zaczęło się od jednej, aranżowanej na ostatnią chwilę sesji, z czasem stało się czymś więcej – nie relacją, nie przyjaźnią, ale pewnym rytuałem obecności. Czasem trenowali razem bieganie. Czasem rozmawiali. Nigdy o emocjach – ale Paulina czuła, że Jonas nie jest tylko jednym z wielu. Mimo to, drażniła się z Bellą:
– On jest jak filiżanka dobrej herbaty. Elegancki, ciepły, aromatyczny, ale ja czasem mam ochotę na espresso. Patrick, to właśnie moje espresso.
Bella parskała śmiechem.
– Ty masz ochotę na huragan bo sama nim jesteś.
Studio z czasem się zmieniało. Eva powoli wycofywała się z życia zawodowego. Pojawiała się coraz rzadziej. Przekazała Paulinie i Grecie kilku swoich lojalnych klientów. Ich rozmowy – wcześniej regularne, teraz rzadsze – miały w sobie coraz więcej niedopowiedzeń. Była spokojna, zamyślona, czasem wpadała w lekką melancholię. Jakby coś zamykała. Dziewczyny mówiły, że podobno choruje, ale nikt nie znał szczegółów. Próbowała nawet dowiedzieć się czegoś od Wolfiego czy profesora Schneidera ale obaj wzruszali tylko ramionami, zasłaniając się niewiedzą lub domysłami. 

Andreas – jej trener personalny – doprowadził jej ciało do formy, o jakiej wcześniej nawet nie marzyła. Jej sylwetka, smukła, lekko chłopięca, pełna siły, bez zbyt wielu krągłości, przyciągała spojrzenia. Bella żartowała, że jest jak supermodelka z innej planety.

Z Noëmi i Gretą tworzyły zgrany, piękny, ale też niebezpieczny tercet. Ich obecność na biegowych wydarzeniach była zawsze zauważana przez mężczyzn. Wspólne treningi – szczególnie w ramach projektu Berlin Pulse wspieranego przez lokalnych sponsorów – były nie tylko fizycznym wysiłkiem, ale też pretekstem do wspólnego śmiechu, motywacji i opowieści o ostatnich sesjach, randkach i podróżach. Greta, od kiedy związała się z Marco – lekko uległym i oddanym – promieniała. Noëmi pozostawała wolnym duchem, z niejedną przygodą w tle. A Bella? Bella była jak zjawisko – nigdy nie biegała, ale często była. Na rowerze, na Vespie, zawsze z kawą w kubku termicznym.

Czasem wyjeżdżały – do Mediolanu, Pazyża, Londynu, Monaco, Amsterdamu, Lizbony. Potrafiły spędzić cały weekend na zakupach, kolacjach i nocnych rozmowach. Podróże były szalone, pełne luksusu, zapachu perfum i stukotu obcasów na brukowanych uliczkach. Paulina żyła – intensywnie, pięknie, bez kompromisów. Czasem dołączała do nich Olga, czasem zabierały jakiegoś uległego lub uległych.

Patrick był ciągle obecny w jej życiu. Dwa, trzy, cztery  razy w roku. Kochanek, który znał jej ciało lepiej niż ktokolwiek. Byli jak dwie linie, które od czasu do czasu spotykały się w punkcie światła, ognia i rozkoszy. Nie dzwonili codziennie. Nie pytali, co u ciebie. Ale kiedy już byli razem – świat wokół znikał. Wszystko miało swój rytm. Wszystko było pod kontrolą. I tylko czasem, kiedy wracała wieczorem zmęczona, siadała na sofie w swoim pięknym apartamencie w Charlottenburgu, nalewała kieliszek wina i przez chwilę zastanawiała się, co będzie dalej. 

Przeprowadziła się tu w połowie roku, kiedy okazało się,  że w kamienicy w której wynajmowała mieszkanie jest coś na sprzedaż. Nie wahała się ani chwili. Uzyskanie kredytu nie było co prawda proste, biorąc pod uwagę jej zarobki na uczelni i brak niemieckiego obywatelstwa, ale wysoki wkład własny i pomoc jednego z uległych, który był wysokiej rangi menedżerem w jednym z banków szybko usprawniły proces. 

Do tego wszystkiego dołożyła jeszcze studia podyplomowe z psychoterapii, które rozpoczęła rok po rozpoczęciu studiów doktoranckich, kierując się nie tylko naukową ciekawością, ale też potrzebą głębszego zrozumienia ludzkich emocji i mechanizmów psychicznych. Już od pierwszych zajęć wiedziała, że to była dobra decyzja – wymagająca, pochłaniająca mnóstwo energii i czasu, ale dająca jej coś, czego do tej pory brakowało: narzędzia i struktury, by pomagać, ale też lepiej rozumieć siebie.

Przez trzy ostatnie lata jej kalendarz wypełniony był po brzegi. Cotygodniowe zajęcia teoretyczne i praktyczne, regularne spotkania superwizyjne, własna terapia oraz godziny obserwacyjne i praktyki w placówkach psychologicznych – to wszystko przeplatało się z wykładami i prowadzeniem zajęć na uniwersytecie, treningami z Andreasem, sesjami w Dominia Studio Berlin oraz podróżami z Patrickiem.

Była w tym wszystkim perfekcyjnie zorganizowana, niemal jak maszyna – ale za tym kryło się coś więcej. Wchodziła w dojrzały etap życia, w którym własna siła przestała być manifestem, a stała się spokojną pewnością siebie. Z każdym kolejnym rokiem stawała się bardziej wyważona, bardziej obecna. W swoich esejach i analizach potrafiła łączyć kliniczną precyzję z głęboką refleksją. W dyskusjach na uczelni – stanowcza, ale nie dogmatyczna. W studio – piękna i brutalna. W życiu prywatnym – selektywna i coraz bardziej świadoma.

Na przedostatnim roku studiów podyplomowych, przygotowując się już powoli do końcowego egzaminu i certyfikacji,  wiedziała, że ten etap, podobnie jak doktorat, dobiega końca. Ale równocześnie czuła, że nic się nie kończy – wszystko dopiero się zaczyna.

---

Właśnie zapinała ostatnią kieszeń walizki, przesuwając dłonią po gładkiej powierzchni jedwabnej sukienki, którą starannie ułożyła na wierzchu. Czerń materiału połyskiwała w świetle lampy, jakby sama przeczuwając, że noc, na którą została wybrana, miała być wyjątkowa.

Sylwester w Dubaju. Patrick.

Na myśl o tym, jak wyglądała ich ostatnia wspólny noc, usta Pauliny rozciągnęły się w lekki, niemal nieobecny uśmiech. Ta podróż miała być krótka, ale równie intensywna. Tak jak oni. Bez zbędnych planów, z tylko jednym założeniem – miało być zmysłowo i namiętnie. Bardzo namiętnie.

Spojrzała na łóżko – obok walizki leżały już przygotowane: czarne sandałki od Chanel, długi szal z jedwabiu i delikatne, koronkowe body. Wszystko eleganckie, luksusowe i lekkie jak powietrze. Nawet perfumy wybrała inne niż zwykle – lżejsze, z nutą bergamotki i różowego pieprzu. Miała ochotę być kimś innym, a jednak ciągle sobą – Pauliną, która potrafi zachwycać nie tylko siłą. Na fotelu czekał paszport, bilety i nieduża torebka. Telefon zabrzęczał cicho – wiadomość od Patricka: 

Będę czekał na Ciebie na lotnisku. Mamy pokój z widokiem na morze. 

Zadrżała lekko – z ekscytacji. Zamknęła drzwi mieszkania i zjechała na dół. Taksówka już czekała.
– Lotnisko, proszę – powiedziała krótko.
A w myślach miała już tylko Patricka. I Dubaj. I całe morze czekającej ją rozkoszy.

---

Dubaj, grudzień 2015 / styczeń 2016

Przylot do Dubaju był dokładnie taki, jakiego się spodziewała – szybki, otoczony luksusem i uderzeniem ciepła, które czuło się od razu po wyjściu z samolotu.  Patrick już czekał. Stał w cieniu jednego z filarów strefy powitań, w białej lnianej koszuli i beżowych spodniach. Jego sylwetka – wysoka, sprężysta – rzucała się od razu w oczy. Gdy ją zobaczył, twarz rozjaśniła mu się w ułamku sekundy. Paulina szła powoli, z gracją, w jasnej sukience do połowy łydki, lekkiej i eleganckiej, ciągnąc walizkę i chowając paszport do torebki. Na jej twarzy malował się ten charakterystyczny uśmiech, który łączył w sobie urok i tajemnicę. Nie wypowiedzieli żadnego słowa. Gdy tylko stanęła naprzeciw niego, objął ją stanowczo, przyciągnął do siebie i pocałował. Długo. Głęboko. Całym sobą. Ten pocałunek był wszystkim: tęsknotą, pragnieniem, zachwytem i niewypowiedzianą obietnicą nocy, która dopiero się zaczynała.
– Wyglądasz obłędnie – szepnął, gdy ich usta się rozdzieliły.
– Ty też – odpowiedziała, muskając palcami jego szczękę. – Ale nie przyleciałam tu tylko aby na ciebie patrzeć.

Czekała na nich kolacja w restauracji na dachu hotelu. Widok na Dubaj Marina był oszałamiający – światła wieżowców odbijały się w wodzie, a ciepły wieczór pachniał jaśminem i kadzidłem. Jedli kolację przy dźwiękach delikatnego jazzu – owoce morza, lekko przyprawiona jagnięcina, chłodne sauvignon blanc. Opierała łokieć o stół, przesuwając palcami po brzegu kieliszka, jej oczy iskrzyły się w świetle świec.
Rozmowa była lekka, pełna flirtu, gęsta od podtekstów. Dotykali się mimochodem – dłonią, kolanem, spojrzeniem. Kiedy zapłacił rachunek, rzuciła tylko:
– Już czas.
W apartamencie czekało chłodne prosecco, lśniące jedwabie pościeli i wielkie panoramiczne okna z widokiem na morze i rozświetlone miasto. Zanim dotarli do łóżka, znów się pocałowali – tym razem intensywniej, bardziej zachłannie. Rozpiął jej sukienkę z tyłu, palcami sunąc wzdłuż kręgosłupa. Skóra była chłodna, jedwabista. Pozostała tylko w koronkowej bieliźnie, która bardziej odsłaniała niż zakrywała. Wyglądała jak bogini. Władcza i krucha zarazem.
Zdjęła z jego ramion koszulę, muskając ustami jego sutki. Noc była ich. Pełna namiętności, która narastała z każdą godziną. Paulina była jak burza – raz spokojna, raz gwałtowna i nieprzewidywalna. Patrick, oddany, czuły, zachwycony – znów nie mógł uwierzyć, że ta kobieta jest prawdziwa. Zasnęli wtuleni w siebie, z zapachem nocy i kadzidła unoszącym się w powietrzu, przykryci jedwabną ciszą, która przyszła dopiero po ostatnim westchnieniu rozkoszy.

Spędzili razem tydzień, który przypominał pięknie skomponowany sen – zmysłowy, intensywny, pełen wrażeń i głębokiego oddechu od codzienności. 

Sylwestrowa noc była spektakularna – luksusowa impreza, pokaz fajerwerków, błysk szampanów w kryształowych kieliszkach, muzyka, która wibrowała gdzieś pod skórą. Miała na sobie suknię z cienkiego czarnego jedwabiu, głęboko wykrojoną na plecach. Przez całą noc nie mógł oderwać od niej wzroku. Gdy zegar wybił północ, ich pocałunek był długi, głęboki i pewny – jakby tylko ten moment naprawdę się liczył.

Kolejne dni spędzili na odkrywaniu miasta i okolicy – spacerowali po eleganckim Dubai Mall, próbowali lokalnych przysmaków na tętniących życiem targowiskach. Zabrał ją też na pustynię – szerokie, złote wydmy pod bezchmurnym niebem przypominały inny świat. Jechali razem przez piasek terenowym samochodem, potem szli boso, a wiatr targał jej lekką sukienkę. Zachód słońca był spektaklem czerwieni i złota. W pewnym momencie objął ją od tyłu, pocałował w kark i szeptem powiedział, że mógłby tak z nią uciec na zawsze.

Spędzali również czas na plaży – spokojne morze, jasny piasek, ciepła woda. Leżeli razem pod baldachimem, opaleni, zadowoleni, bliscy. Śmiała się prawie cały czas, mokre włosy miała splecione w niedbały warkocz, a on adorował ją bez pośpiechu, jakby miał na to całą wieczność.
Na plaży przyciągała wzrok – miała na sobie prosty, ale perfekcyjnie dopasowany czarny kostium jednoczęściowy z delikatnym połyskiem, który podkreślał jej wysportowaną sylwetkę. Jej ciało było jędrne z lekko zarysowanymi mięśniami – efekt wielu treningów i samodyscypliny. Nie miała klasycznych kobiecych krągłości, raczej sylwetkę zbliżoną do topmodelek: długie nogi, płaski brzuch, lekko zarysowane mięśnie ud i ramion, niewielkie piersi. Bella zawsze śmiała się, mówiąc że ma ciało wojowniczki i bogini, ale duszę grzesznicy.
Patrick patrzył na nią z podziwem i pożądaniem. Każdy jej gest był elegancki i instynktownie dominujący, jakby ciało samo pamiętało, kim jest. Gdy wstawała z leżaka i przeciągała się w słońcu, mimowolnie wstrzymywał oddech. Wiedział, że nie mógłby oderwać od niej wzroku, nawet gdyby bardzo chciał.

Ich dni nad zatoką były pełne czułości, śmiechu i ciszy – bo przy niej nie trzeba było mówić wiele. Wystarczyło to, że była. Tak pewna siebie, piękna i spokojna. I jego – przynajmniej na ten moment. A kiedy wracali do hotelu, czekały ich godziny w sypialni – długie, pełne namiętności, intymności i gry, która była tylko ich. Była w tych chwilach tak różna – raz miękka jak jedwab, innym razem – zimna i wymagająca, ale zawsze piękna. Oddawał się jej z zachwytem i głodem, jakby każda noc z nią była objawieniem.
Tydzień, który spędzili razem, na długo pozostał w nich – jak zapach orientu, jak smak daktyli i wino pite nocą przy otwartym oknie, gdy miasto spało, a oni nie mogli przestać się całować.
Pożegnanie na lotnisku było pełne emocji, choć oboje starali się zachować spokój. Stali blisko siebie, przy jednym z dyskretnych wejść dla pasażerów klasy biznes. Objął ją mocno, jakby chciał zapamiętać zapach jej perfum i dotyk ciała na czas kolejnego rozstania. Wtuliła głowę w jego tors, a potem uniosła wzrok – jej spojrzenie było ciepłe, ale i stanowcze.
– Trzy miesiące – powiedziała cicho. – Ani dnia dłużej.
– Obiecuję – odpowiedział, muskając jej usta delikatnym pocałunkiem. – Następnym razem... może gdzieś dłużej? 
– Może Tokio? Chciałabym w końcu zobaczyć Japonię.
–  Świetny pomysł, jesteśmy umówieni.

Dzieliła ich odległość – cały Atlantyk, kontynent, codzienność dwóch światów. Berlin i San Francisco. Ona – zakorzeniona w nauce, dyscyplinie, podwójnym życiu, którego nikt poza najbliższymi nie znał. On – zanurzony w nowoczesnym biznesie, dynamice Doliny Krzemowej, wśród ludzi, którzy nie wiedzieli, że jego serce biło mocniej tylko wtedy, gdy był z nią.

Zanim weszła do strefy bezpieczeństwa, jeszcze raz się odwróciła. Wciąż stał tam, patrząc na nią z tym samym spokojnym, głębokim zachwytem. Pomyślała wtedy, że coraz trudniej jest jej żegnać się z nim.
I że to nie jest już tylko przygodą.

---

Berlin, styczeń 2016

Był piątkowy wieczór, Berlin lekko przyprószony styczniowym śniegiem, a mimo to tętniący życiem. Minęły już około 3 tygodnie od powrotu z Dubaju. Dziewczyny ciągle mijały się aż wreszcie Bella zaprosiła ją na kolację do jednego z ich ulubionych miejsc – niewielkiej, klimatycznej restauracji w Charlottenburgu, prowadzonej przez włoskie małżeństwo. Lokal pachniał czosnkiem, ziołami i świeżym pieczywem. Z głośników cicho leciały jakieś stare włoskie przeboje. 
Paulina weszła ubrana w dopasowany, karmelowy płaszcz, jedwabny szal i wysokie kozaki. Jej twarz była nieco bladsza niż zwykle, oczy lekko przygaszone. Mimo to wyglądała jak zawsze – elegancko i z klasą. Bella czekała już przy stoliku, ubrana w golf i krótką spódniczkę. Na jej widok Paulina uśmiechnęła się ciepło.
– Ciao, skarbie – powiedziała wstając, by ją uściskać. – Wyglądasz jak zawsze przepięknie.
– Ciao, to ty wyglądasz jak milion euro, ja dziś jestem jakaś niewyspana, nie mogłam doprowadzić się do porządku.
Usiadły przy stoliku, kelner przyniósł kartę win.
– Białe, jak zwykle? – zapytała Bella, otwierając menu.
Paulina zawahała się.
– Wiesz co, chyba nie. Dzisiaj raczej bez alkoholu. Mam dziwne samopoczucie.
– Dziwne? – Bella zmarszczyła brwi z lekkim niepokojem.
– Nic wielkiego – odparła Paulina. – Trochę mdliło mnie rano, nie miałam ochoty na kawę, co jest dziwne samo w sobie. A kiedy robiłam zakupy w REWE to zapach sera prawie mnie zabił. Tak uciekałam z działu nabiałowego, że aż potrąciłam jakiegoś dziadka.
Bella uniosła brew.
– Czyżby nasza Lady Fenriss przeszła w tryb ultra-delikatności?
– Bardzo zabawne – Paulina przewróciła oczami, sięgając po wodę. – Po prostu jestem zmęczona. Chociaż… przesypiam noce jak kamień. A poza tym, ja przecież zawsze byłam delikatna.
– A Patrick? Nadal taki niesamowity? Mocno wymęczyłaś go w tym Dubaju? Opowiadaj.
Paulina odchyliła się nieco na krześle, uśmiechając się cicho.
– Jeszcze lepszy. Dubaj był jak sen. Plaże, jedzenie, pustynia, a potem długie godziny tylko dla nas. Miałam wrażenie, że każdy centymetr mojego ciała został odpowiednio zaopiekowany. To już 3 tygodnie a ja ciągle czuję jego zapach.
Bella uniosła kieliszek z białym winem i skinęła głową z uznaniem.
– Brzmi jak perfekcyjna końcówka i początek roku. Choć ty rzeczywiście jesteś dziś jakaś inna, niewyraźna.
Paulina westchnęła i odłożyła sztućce.
– Nie wiem. Może jakaś wirusówka mnie bierze? Czuję się nieswojo, ale jednocześnie spokojnie. Jakby moje ciało chciało mi coś powiedzieć.
Bella spojrzała na nią czujnie, ale nie dopytywała. Znały się za dobrze – wiedziała, że Paulina potrzebuje samej nazywać rzeczy po imieniu.
Rozmawiały jeszcze długo o podróży, o planowanych zajęciach na uczelni, o sesjach w studiu. Ale w głowie Pauliny coraz częściej pojawiała się myśl, którą odsuwała przez ostatnie dni. 
Przez kolejne dni zmęczenie zaczęło narastać. Nie było w tym nic dramatycznego, ale dobrze znała swoje ciało. W poniedziałek odwołała trening z Andreasem, tłumacząc się napiętym grafikiem. W rzeczywistości nie miała siły. Chciała tylko wrócić do domu, usiąść na sofie i zawinąć się w koc.
Jedzenie też zaczęło ją zaskakiwać. To, co zwykle kochała – mocna kawa, słone sery, ostre przyprawy – nagle przestało jej smakować. W zamian pojawiła się... nieoczekiwana zachcianka. Kiedy wracała z uczelni, przystanęła przed Edeką i niemal odruchowo weszła do środka. Chwilę później w jej koszyku wylądowała siatka pomarańczy. Nigdy za nimi nie przepadała – zawsze były dla niej zbyt kwaśne, zbyt intensywne, ale teraz nie mogła się powstrzymać. Jeszcze przed wyjściem ze sklepu, kupiła świeżo wyciskany sok i wypiła od razu pół butelki, jakby to było coś najpyszniejszego co miała w ustach.
Wieczorem miała jedną długą sesję w studiu. Była profesjonalna, jak zawsze – skórzany gorset, glos zimny i precyzyjny, ruchy pewne. Wszystko poszło perfekcyjnie, klient wyszedł oszołomiony i bardzo obolały. A jednak, kiedy zamknęła za nim drzwi, poczuła, że coś nie gra. Nie fizycznie – coś głębiej. 
Wróciła do mieszkania. W kamienicy panowała cisza, winda wjeżdżała powoli. Wchodząc do środka zrzuciła płaszcz, sięgnęła po butelkę wody z lodówki, ale zanim zdążyła ją otworzyć, spojrzała jeszcze na telefon. Zsunęła palcem ekran i otworzyła kalendarz. Cisza. Jej wzrok zatrzymał się na jednej, małej, czerwonej ikonie. Planowany okres. Sześć dni temu. Sześć. Zamarła. Oparła się o marmurowy blat kuchenny i jeszcze raz spojrzała. Nie mogła się pomylić. Cykle miała zawsze jak w zegarku. Cisza w mieszkaniu nagle wydawała się głębsza. Stała tak przez dłuższą chwilę, wpatrując się w ekran. I wtedy po raz pierwszy pomyślała to naprawdę: a jeśli…?

Rano wyszła wcześnie, zawiązując szybko płaszcz i zarzucając na ramię  torebkę. Powietrze było chłodne i ostre, ulice Charlottenburga jeszcze ciche. Minęła piekarnię, kiosk i skręciła w stronę apteki na rogu. Weszła do środka, rzucając krótkie spojrzenie farmaceutce. Nie musiała nic tłumaczyć – wystarczyło, że spojrzała na półkę. Włożyła pudełko do torby tak, jakby chowała coś zakazanego. Po chwili wyszła i ruszyła na uczelnię. Czekały ją zajęcia, później krótki lunch z Gretą, spotkanie z superwizorem a wieczorem dwie dwugodzinne sesje w studiu. Nosiła test cały dzień w torbie, czując jego obecność jak pulsującą myśl – cichą, ale nieustępliwą.

Dopiero późnym wieczorem, kiedy wróciła do domu, zamknęła drzwi i zdjęła buty, poczuła to napięcie wyraźniej. Zostawiła wszystko w przedpokoju, torbę rzuciła na stół. Weszła do łazienki i odkręciła kran pod prysznicem, ale po chwili zatrzymała się. Otworzyła torbę. Wyjęła pudełko, trzymając je przez chwilę w rękach, po czym rozpakowała powoli.
Kilka minut później siedziała na brzegu wanny, owinięta w ręcznik, z testem ciążowym w dłoni. Minuta... dwie... trzy... W okienku pojawiły się dwie wyraźne kreski. Zamarła. Jej wzrok nie odrywał się od maleńkiego paska plastiku. W łazience panowała cisza. Tylko dźwięk kapiącej wody przypominał, że świat wciąż się toczy. Po długiej chwili test opadł na jej kolana. Wciągnęła głęboko powietrze. Nie płakała. Nie śmiała się. Po prostu siedziała, trzymając w dłoni nową prawdę o sobie.

Nowe życie. W niej.

---

Otworzyła laptopa. Ręce jej lekko drżały, choć starała się zachować spokojny wyraz twarzy. Kliknęła ikonę rozmowy wideo. Po kilku sygnałach ekran rozbłysł znajomym widokiem – Patrick, w swoim jasnym salonie, z kubkiem kawy w dłoni, z rozczochranymi włosami, lekko rozbawionym uśmiechem. Tylko że Paulina nie miała dziś nastroju na jego luz.
– Hej, skarbie! – powiedział, mrużąc oczy z czułością. – Tęskniłem.
Patrzyła prosto w kamerę. Jej spojrzenie było chłodne, skoncentrowane.
– Patrick, jestem w ciąży.
Cisza. Na długą chwilę jego twarz zamarła w półuśmiechu. Mrugnął.
– W ciąży? Ty? Naprawdę?
– Tak. Naprawdę – odparła spokojnie. – Sylwester. Dubaj. Pamiętasz?
– Tak… oczywiście, że pamiętam… tylko… przecież używaliśmy…
– Gumki? Tak. Najwyraźniej coś poszło nie tak. Czasem podobno się zdarza. Wiatropylna przecież nie jestem, a cud niepokalanego poczęcia też mi nie grozi. No wiesz... kobieta,  mężczyzna, namiętność... mam ci to rozrysować?
Odchylił się na oparcie krzesła i podrapał się po karku.
– To... no... cholera. Paulina, to dużo. Ja… nie wiem, co teraz. Co my teraz?
– Ja wiem – odpowiedziała, z lekkim gniewem  – Ja to dziecko urodzę. A ty? Ty musisz się ogarnąć, oczekuję od Ciebie, że staniesz na wysokości zadania. Musisz przestać być wiecznym chłopcem z Doliny,  a stać się ojcem. To życie. Prawdziwe życie. Dopadło nas. 
– Czekaj, czekaj – uniósł ręce. – Nie złość się. Po prostu... to duże zaskoczenie. No właśnie, oboje nie planowaliśmy tego. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
– Bo w twoim świecie wszystko ma być lekkie, łatwe i nieplanowane. Seks, uczucia, kobiety. Ale nie wszystko da się zaplanować. I nie wszystko da się odrzucić tylko dlatego, że akurat nie pasuje do twojej kalifornijskiej bajki. Ja też tego nie planowałam wyobraź sobie.
– Paulina… może… może jednak powinnaś chociaż rozważyć inne rozwiązania?
– Słucham? – spojrzała na niego lodowato.
– Ja nie mówię, że musisz… po prostu... jesteś młoda, masz karierę, tyle planów… może to nie jest najlepszy moment? Zawsze będzie lepszy czas...
– Nie wierzę, że to powiedziałeś. Nie wierzę! Ty naprawdę myślisz, że mogłabym po prostu to usunąć, żeby nie popsuć ci układanki życia? Pojebało cię?
– Ja… nie chciałem cię urazić, tylko… sam nie wiem, czy jestem gotów…
– Oczywiście, że nie jesteś. Przecież to słyszę w twoim głosie. Ty nigdy nie jesteś gotów. Patrick, jesteś Piotrusiem Panem w wersji premium. Przystojny, czarujący, zdolny i kompletnie bez odpowiedzialności.
– Paulina… nie dramatyzuj…
– Ach, nicht dramatisieren?! – warknęła. – Scheiße, du bist so ein verdammter Idiot!
Patrick otworzył usta, ale ona już rozłączała się. Ekran zgasł. Siedziała chwilę w ciszy, po czym trzasnęła ekranem laptopa, krzycząc:
– Arschloch! Dupek!
Wstała, podeszła do okna i oparła się o chłodną szybę. W jej oczach nie było łez. Był tylko gniew i rozczarowanie. Patrzyła przez okno na szary, wilgotny Charlottenburg. Ulica pod jej kamienicą tętniła codziennym życiem mimo późnej pory – starsza para z psem, dostawca pizzy przeciskający się między samochodami, czekająca na kogoś taksówka. Wszystko toczyło się dalej, jakby nic się nie stało.
Wzięła głęboki oddech i sięgnęła po telefon. Wybrała numer.
– Bella, możesz przyjechać? Proszę...
Nie musiała mówić nic więcej. Jej głos wystarczył. Była u niej po czterdziestu minutach. Wpadła do mieszkania. Paulina podała jej test ciążowy, który leżał na stole obok kubka z ostygłą herbatą z miodem.
Spojrzała na test, potem na Paulinę. Nie zadawała żadnych pytań. Objęła ją mocno, przyciągnęła do siebie i pocałowała w skroń.
– Kochana... – wyszeptała. – Już dobrze. Jestem tutaj. Gratuluję. Cieszę się. 
Usiadły na sofie. Paulina przez dłuższą chwilę milczała, wpatrując się w przestrzeń przed sobą. W końcu zaczęła mówić. Opowiedziała wszystko – o rozmowie z Patrickiem,  jego ucieczce i swojej emocjonalnej reakcji.
Przyjaciółka słuchała w ciszy, tylko coraz mocniej zaciskała palce na poduszce.
– Quel coglione... – mruknęła w końcu.
– Przepraszam, że cię ściągnęłam...
– Nie żartuj. Myślisz, że zostawiłabym cię z tym samą? Jestem jak kawaleria, zawsze przybywam z pomocą.
– Wiesz… mimo tego wszystkiego jestem dziwnie spokojna – powiedziała Paulina cicho. – Podjęłam decyzję. Co ja mówię, ani przez chwilę nie rozważałam innych opcji.  Nie zamierzam tego zmieniać. Jeśli on nie potrafi być mężczyzną, to jego problem. Ja sobie poradzę, będzie trzeba to ściągnę mamę na jakiś czas.
Bella uśmiechnęła się delikatnie i pogładziła ją po włosach.
– I właśnie za to cię kocham. Za tę siłę. I klasę. To dziecko będzie miało najwspanialszą matkę, jaką mogłoby sobie wymarzyć. I najlepszą ciocię oczywiście.
– Dzięki – wyszeptała Paulina. – A dzisiaj... dzisiaj po prostu chcę, żeby ktoś przy mnie był. Bez oceniania. Bez głupich pytań.
– To się akurat załatwia bardzo łatwo – powiedziała Bella, wstając z sofy. – Zostaję u ciebie na noc. Robimy kolację, herbatę z imbirem i miodem, a potem jakiś deser. Dzwonię po dziewczyny.
Paulina po raz pierwszy od rozmowy z Patrickiem uśmiechnęła się.
– Zrobimy plan? – zapytała.
– Plan A, B i C. Ale najpierw... coś ciepłego. I coś głupiego w telewizji – odparła Bella, kierując się do kuchni.
Paulina patrzyła za nią z czułością i z wdzięcznością.
Pół godziny później siedziały z dwiema łyżeczkami nad pustym pojemnikiem po lodach, wtulone w koc, z kubkami gorącej herbaty w dłoniach. Śmiały się z własnej słabości do słodyczy i z tego, jak absurdalnie kojący może być smak lodów pistacjowych w kryzysowych chwilach.
– No i widzisz – powiedziała Bella, odkładając pusty kubek. – Nie ma takiej katastrofy, której nie da się przejeść toną lodów.
Paulina tylko pokiwała głową. Była już spokojniejsza. Oparła głowę o ramię przyjaciółki. Niedługo potem zadzwonił domofon. W drzwiach pojawiły się Noëmi i Greta – obie w sportowych kurtkach, z włosami rozwianymi od wiatru i siatką pełną przekąsek.
– Bella powiedziała, że trzeba pilnie zorganizować wieczór ratunkowy – powiedziały niemal jednocześnie, wchodząc.
– A ja się nie pytam o szczegóły, tylko przywożę wino i chipsy z soczewicy – dodała Greta, całując Paulinę w policzek.
– Wino odpada – powiedziała Paulina, uśmiechając się – Ale chipsy mogą być, byle nie ostre.  Pokazała im test i opowiedziała wszystko.
Usiadły w salonie. Światła były przygaszone, w telewizorze leciało jakieś reality show. Rozmawiały, śmiały się, przekomarzały. Nie było tematów tabu, nie było miejsca na udawanie. Z każdą godziną czuła, że odzyskuje swoją wewnętrzną równowagę. Już wiedziała, że Patrick nie będzie jej do niczego potrzebny. Nie zamierzała czekać na jego, telefon, próbę zadośćuczynienia. Nie była kobietą, która daje drugie szanse. Była Pauliną Ritter. A to oznaczało, że kiedy podejmuje decyzję, nie cofa się ani o krok.

---

Przez kolejne tygodnie dostosowała swój rytm życia do nowej sytuacji, z typową dla siebie dyscypliną i opanowaniem. Ograniczyła intensywność treningów z Andreasem – zamiast siłowych obwodów skupiła się na rozciąganiu, ćwiczeniach równowagi i oddechu. Całkowicie zrezygnowała z biegania, choć zdarzało jej się chodzić na długie, szybkie spacery z Noëmi i Gretą, a czasem nawet Bellą. Czuła, że jej ciało zaczyna się zmieniać, ale akceptowała to z czułą uwagą.

Sesje Studio prowadziła nadal, choć z nieco mniejszą częstotliwością. Wybierała takie, które nie wymagały dużego wysiłku fizycznego. Miała zamiar pracować tak długo, jak będzie się dobrze czuła i jak długo jej sylwetka nie zdradzi tajemnicy, chociaż piersi już były jakby większe.

Z profesorem Schneiderem ustaliła, że obrona doktoratu odbędzie się jeszcze w maju. Jej praca była już niemal gotowa – pozostały tylko małe poprawki i końcowa redakcja. Zajęcia na uniwersytecie prowadziła z tym samym zaangażowaniem co wcześniej. Studenci wciąż ją uwielbiali – teraz jeszcze bardziej, bo promieniała jakimś wewnętrznym spokojem, który nadawał jej nowy blask.

Studia podyplomowe kontynuowała bez zmian. Życie toczyło się może nieco wolniej, z większą ostrożnością, ale wciąż było intensywne i pełne treści.

Spotkania z superwizorem były dla niej nie tylko akademickim obowiązkiem w ramach studiów podyplomowych z psychoterapii psychoanalitycznej – stały się jednym z najbardziej osobistych i transformujących doświadczeń ostatnich miesięcy. Odbywały się od prawie samego początku, regularnie, co dwa tygodnie, w czwartkowe poranki w eleganckiej kamienicy przy cichej ulicy w Wilmersdorfie, gdzie swój gabinet miał doktor Leonard Freis – doświadczony psychoanalityk, wykładowca i człowiek o nieprzeniknionej twarzy oraz zaskakująco łagodnym tonie głosu. Gabinet był wysmakowany, z ciemnymi półkami pełnymi oprawionych w płótno tomów Freuda, Junga, Winnicotta i Lacana, z dwiema lampami rzucającymi światło na gruby dywan w kolorze burgunda i leżanką. Na ścianach wisiały grafiki przedstawiające figury cienia i światła, a także kilka zdjęć starych ulic Wiednia – być może rodzinnego miasta Freisa, co zdradzał jego akcent.

Już na pierwszym spotkaniu – ku zaskoczeniu samej siebie – zdecydowała się na szczerość. Nie w pełni, nie bez zastrzeżeń, ale wystarczająco jasno, by uczynić z tej relacji coś więcej niż tylko ćwiczenie akademickie.
– Zanim zaczniemy analizować cokolwiek –  powiedziała, siedząc wyprostowana i patrząc mu prosto w oczy – muszę panu powiedzieć, że prowadzę podwójne życie. Poza uczelnią pracuję jako domina w ekskluzywnym studiu. Nie jest to coś, czego się wstydzę ale ma coraz większy wpływ na mój sposób myślenia, na relacje, jakie buduję z ludźmi i na to, jak rozumiem władzę, emocje i granice.
Freis uniósł lekko brwi, ale nie wyglądał na zaskoczonego. Przez chwilę milczał, a potem powiedział spokojnie:
– W takim razie musimy to uwzględnić. I traktować jako integralny element tego, kim pani jest. Psychoterapia nie polega na ukrywaniu aspektów własnej tożsamości, tylko na ich rozumieniu.
Od tego momentu ich rozmowy nabrały głębi i charakteru, jakiego się nie spodziewała. Omawiali nie tylko przypadki kliniczne, ale i delikatne mechanizmy władzy, przeniesienia w relacjach z klientami, granice intymności i granice profesjonalizmu.
– Gdzie kończy się rola, a zaczyna prawdziwa relacja? – zapytał kiedyś. – Kiedy władza przestaje być grą,  a zaczyna być realna?
Nie zawsze miała gotowe odpowiedzi, ale coraz częściej zadawała sobie te pytania również samej sobie. Czuła, że jego słowa trafiają nie tylko w jej praktykę zawodową, ale i w najintymniejsze rejony życia. Czasami wychodziła z gabinetu poruszona, z myślami, które wracały do niej wieczorem – podczas kąpieli, spacerów, a czasem nawet podczas sesji w studiu, kiedy trzymała w dłoni bat, a w oczach klienta widziała ból i strach.
Freis nigdy nie oceniał. Zadawał pytania. Czasem bardzo trudne. I właśnie to ceniła najbardziej. Czuła, że nie musi przed nim niczego udawać, że może być silna i niepewna jednocześnie. Dominująca i szukająca zrozumienia. Że może wreszcie być w pełni sobą.

Patrick kilkukrotnie próbował się z nią skontaktować. Pisał, dzwonił, raz nawet wysłał długiego maila. Ale Paulina nie odpowiadała. Czuła, że nie chce i nie musi prowadzić tej rozmowy. W końcu, pewnego wieczoru, po długim spacerze, usiadła z laptopem i napisała. Podziękowała mu za wspólne chwile, wspomnienia, które – jak przyznała – na zawsze zostaną w niej jako piękne. Napisała, że ich drogi się rozchodzą i że nie musi martwić się o dziecko – poradzi sobie. Nigdy nie upomni się o alimenty, nie będzie dzwonić z pretensjami, ani oczekiwać wsparcia lub udziału w wychowaniu. Może dalej żyć jak chce, jeździć po świecie, dobrze się bawić. Ona wybiera inną drogę. Na końcu dodała tylko jedno zdanie:
Czasami największym darem, jaki możemy sobie dać, to pozwolić się rozstać – z klasą, z godnością. I bez litości dla siebie samych. O to Cię proszę.

Kliknęła „Wyślij” i zamknęła komputer. Usiadła w ciszy, patrząc przez okno na ciemniejące niebo Berlina. Było jej dziwnie lekko.

-----


Rozdział XLIV 

Domowe obowiązki


Berlin, luty 2024

Paulina właśnie wyszła spod prysznica, gdy w telefonie rozległ się dźwięk powiadomienia. Owinęła się ręcznikiem, mokre włosy opadły na ramiona. Spojrzała na ekran i westchnęła, nie kryjąc irytacji. Po ostatnich wydarzeniach nie była pewna, czy chce teraz w ogóle z nim rozmawiać.
To była kolejna wiadomość od Łukasza, w której znów próbował się tłumaczyć, prosząc o wybaczenie. Przymknęła oczy, czując, jak narasta w niej frustracja. Przebiegła wzrokiem przez długi tekst pełen usprawiedliwień i błagań. Był przewidywalny, jak zawsze, próbował odwrócić sytuację na swoją korzyść i tłumaczyć się. Westchnęła ciężko, pocierając skronie. Nie miała już cierpliwości do jego niekończących się wyjaśnień. Odłożyła telefon na bok, mrucząc coś pod nosem i zastanawiając się, co z tym wszystkim zrobić. Szybko wzięła go z powrotem do ręki, napisała krótką i dosadną odpowiedź: 

Nie interesują mnie twoje żałosne tłumaczenia. Zostało ci jeszcze 40 dni na przemyślenia, nie zawracaj mi teraz głowy.

Bez chwili zawahania wysłała wiadomość, po czym odłożyła urządzenie, nawet nie czekając na to co napisze. Znała Łukasza na tyle dobrze, by wiedzieć, że prędzej czy później spróbuje jeszcze raz skomleć, ale teraz miała ważniejsze rzeczy do zrobienia.
Wzięła głęboki oddech, odsunęła zasłony w łazience, a następnie sięgnęła po suszarkę do włosów. Jej długie, blond włosy wciąż były wilgotne. Zaczęła je starannie suszyć, jednocześnie wygładzając szczotką każde pasmo. Gdy były już suche, zebrała je wysoko, zaczesując gładko do tyłu. Związała je w elegancki, wysoki koński ogon. 

Kiedy włosy były gotowe, podeszła do garderoby i wybrała bieliznę – elegancki, czarny zestaw z delikatnej koronki. Stanik był subtelnie wycięty, ale jednocześnie pełen klasy, a pasujące do niego koronkowe stringi idealnie przylegały do jej ciała. Sięgnęła po cienkie, jedwabiste pończochy Walford Satin Touch, w kolorze ciała, ostrożnie wciągając je na idealnie gładkie nogi. Przesunęła ręką po ich materiale, upewniając się, że są równo ułożone.  Następnie wybrała czarną sukienkę Gucci wykonaną z mieszanki jedwabiu i aksamitu. Była perfekcyjnie dopasowana, z delikatnym połyskiem, który idealnie podkreślał luksusowy charakter materiału. Krój był prosty, ale niezwykle elegancki, kończąc się tuż nad kolanami. Dekolt w kształcie łagodnej litery V zdobiły rzędy ozdobnych, złotych guzików, który nadawał kreacji wyjątkowego uroku. Mankiety rękawów były wykończone w podobny sposób, co podkreślało dbałość o detale. W talii, jako akcent, znajdował się pasek w klasycznych barwach Gucci – zielonym i czerwonym, który w subtelny, ale efektowny sposób przełamywał głęboką czerń, jednocześnie podkreślając jej talię. Dzięki jedwabistemu połyskowi materiału i aksamitnym wykończeniom, wyglądała jednocześnie elegancko i zmysłowo. Na koniec, sięgnęła po klasyczne, czarne szpilki, z charakterystyczną czerwoną podeszwą. Ostatnim akcentem była delikatna biżuteria – złote kolczyki w kształcie kół oraz cienka bransoletka na nadgarstku i elegancki zegarek. 
Przez moment jeszcze patrzyła na swoje odbicie w lustrze, przestudiowała każdy detal i zadowolona z efektu, poprawiła delikatnie włosy. Była gotowa.

----

Czarny Mercedes Maybach cicho zatrzymał się przed elegancką kamienicą w Charlottenburgu. Na tylnym siedzeniu siedział Jonas von Hagen, ubrany w perfekcyjnie skrojony garnitur. Zwrócił się do kierowcy:
– Dziś masz już wolne, Otto. Dam ci znać, kiedy będziesz potrzebny.
Szofer skinął tylko głową, szybko wysiadając, by otworzyć drzwi. Jonas wysiadł powoli, trzymając w jednej ręce bukiet starannie wybranych kwiatów, a w drugiej elegancki, niewielki pakunek. Stanął przed wejściem i nacisnął przycisk domofonu. Krótkie bzyczenie sygnalizowało, że drzwi zostały otwarte. Wszedł do eleganckiego holu i ruszył w stronę windy, której wnętrze odbijało subtelne refleksy światła. Wcisnął odpowiedni przycisk i poczuł, jak dźwig płynnie rusza w górę. Kiedy dotarł na odpowiednie piętro, drzwi windy otworzyły się cicho. Paulina stała już przy drzwiach. Czekała na niego z delikatnym uśmiechem. Wzrok mężczyzny przez chwilę zatrzymał się na niej, zanim powoli podszedł bliżej.

Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, natychmiast uklęknął. Wzięła od niego bukiet, delikatnie przesuwając dłonią po jedwabistych płatkach kwiatów. 
– Są piękne – powiedziała spokojnym, ale nieco chłodnym tonem. Następnie wzięła zapakowany prezent, rzucając tylko okiem na eleganckie opakowanie.
– Pozwól, że rozpakuję od razu –  dodała, spoglądając na uległego, który wciąż klęczał przed nią. Śledziła uważnie każdy jego ruch, kiedy pochylał się, aby pocałować buty. Usta lekko musnęły połyskującą skórę.
– Wstań, Jonas – poleciła, a mężczyzna posłusznie uniósł się. Trzymając w dłoniach elegancko zapakowany prezent, delikatnie zaczęła rozwiązywać wstążkę. Materiał opakowania był szlachetny, a jego faktura przyjemna w dotyku. Przesunęła palcami po wieczku pudełka, po czym powoli je otworzyła.
Wewnątrz, na czarnym aksamitnym tle, leżała misternie wykonana bransoletka z białego złota, ozdobiona niewielkimi diamentami. Przez chwilę patrzyła na nią, nie kryjąc zachwytu. 
– Jest taka piękna –  powiedziała cicho, jej oczy błyszczały.
Podniosła prezent, badając precyzję wykonania, po czym spojrzała na Jonasa z lekkim uśmiechem. 
– Pomóż mi ją zapiąć   poprosiła, wyciągając rękę w jego stronę. 
Starannie przypiął ją na nadgarstku. Kiedy skończył, odsunęła rękę, spoglądając na biżuterię, która teraz subtelnie połyskiwała na ręce.
– Dziękuję – powiedziała jeszcze raz po czym uniosła się lekko na palcach i pocałowała go w policzek.
– Lady Fenriss... Paulina... dziękuję, że znalazłaś dziś dla mnie czas… 
– Chodź do salonu –  rzuciła spokojnie, kierując się w stronę eleganckiej sofy. Poszedł za nią, trzymając się w pewnej odległości. Gdy usiadła, on automatycznie zajął miejsce na podłodze obok.  Delikatnie ujął jej dłoń i złożył na niej subtelny pocałunek.
– Opowiedz proszę, co się dzieje –  powiedziała, patrząc na niego z lekkim zainteresowaniem, choć głos nadal brzmiał chłodno.
Uniósł wzrok, próbując zebrać myśli, czując jednocześnie, że każde słowo, które wypowie, będzie przez nią dokładnie przeanalizowane.
– Ciężki dzień w biurze, a właściwie dni – zaczął wzdychając. – Ostatnie trzy tygodnie były szalone. Intensywna praca, mnóstwo stresu. Wdrażaliśmy nowy ważny dla nas lek, tygodnie ciągłego napięcia i nerwów, ale udało się. Wszystko przebiegło pomyślnie. Chciałem o tym zapomnieć, choć na chwilę. Uciec od tego wszystkiego. Wiem, że byliśmy umówieni dopiero za kilka dni, ale już nie mogłem wytrzymać. Tym bardziej dziękuję.
 Dzisiaj nie będziesz musiał już  myśleć o pracy, obiecuję ci. Rozbierz się.
Zaczął zdejmować ubranie, a chwilę później stał przed nią całkowicie nagi. Z satysfakcją spojrzała na chastity, które ściśle przylegało do jego członka. Uśmiechnęła się chłodno, podchodząc bliżej. 
Sięgnęła po szeroką, skórzaną obrożę leżącą na stoliku. Podniosła ją powoli, przyglądając się detalom, po czym zbliżyła się. Pochylił się lekko, a ona ciasno zapięła ją mu na szyi, upewniając się, że dobrze przylega, ograniczając jego ruchy. Poczuła satysfakcję.
– Możesz zaczynać – poleciła  spokojnym, ale niecierpiącym sprzeciwu głosem.
Wstał, skinął głową i udał się do małego gospodarczego pomieszczenia obok łazienki. Po chwili wrócił, niosąc odkurzacz. Bez słowa podłączył urządzenie i zaczął sprzątać.

Paulina siedziała wygodnie na sofie, śledząc każdy jego ruch i nie pozwalając mu zapomnieć, że jest pod ciągłą kontrolą. Czuła satysfakcję. Następnie wziął specjalnego mopa do parkietów i zaczął starannie przecierać podłogę, dbając o każdy szczegół. Kiedy skończył z podłogą w salonie, bez słowa udał się do łazienki. Natychmiast zabrał się tam za sprzątanie, myjąc umywalkę, lustro, wannę i kabinę prysznicową. Wszystko musiało być perfekcyjne. Każdy ruch był dokładny i pełen poświęcenia. 
Weszła  bezszelestnie, obserwując uległego, który właśnie klęczał na podłodze, skrupulatnie czyszcząc fugi małą szczoteczką. W dłoni trzymała elegancką szpicrutę, którą delikatnie stukała o dłoń.
– Dokładnie. Jeśli znajdę cokolwiek niedbale zrobionego, zostaniesz surowo ukarany.
Jonas, mimo swojej wysokiej pozycji zawodowej i społecznej, czuł coś niezwykle podniecającego w relacji z Pauliną. W świecie biznesu i w życiu codziennym był kimś, kto zawsze miał kontrolę, musiał mieć, nauczył się tego przez te wszystkie lata  – podejmował kluczowe decyzje, zarządzał ludźmi, a jego słowo często było ostateczne. Był przyzwyczajony do autorytetu, szacunku i posłuszeństwa innych wobec jego osoby. To poczucie władzy i odpowiedzialności definiowało jego codzienność.
Jednak w obecności Pauliny czuł coś zupełnie innego. Była uosobieniem wszystkiego, czego pragnął poza zawodowym życiem – dominująca, chłodna, trochę nieprzewidywalna ale też empatyczna i na swój sposób czuła. A przede wszystkim zabójczo piękna i inteligentna. Miał świadomość, że mimo swojej pozycji w jej obecności jest całkowicie bezbronny i podległy. To uczucie oddania i podporządkowania, które przeżywał w jej towarzystwie, było dla niego fascynujące, a nade wszystko wyzwalające. Mógł na chwilę odłożyć maskę pewnego siebie przywódcy i oddać kontrolę.
Podczas sprzątania łazienki,  był świadomy swojej nagości, swojego poniżenia, ale to właśnie nadawało temu momentowi sens. Każde spojrzenie w jego stronę przypominało mu, jak bardzo jest uzależniony od jej aprobaty. Z każdą chwilą spędzoną w jej obecności, fascynacja tylko rosła. Rozumiał, że Fenriss nie była jedynie osobą, którą podziwiał – była kimś, kto odciągał go od świata, w którym musiał zawsze być silny. W jej towarzystwie mógł eksplorować inną stronę siebie, pełną pokory, oddania i całkowitej uległości.

Znali się od wielu lat. Był jednym z jej pierwszych klientów, w czasie, gdy jego życie wydawało się powoli tracić sens, a w domu nie mógł znaleźć spokoju i zrozumienia.
Nie tak to sobie wszystko wyobrażał. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej był pewien, że jego przyszłość to kariera naukowa. Chciał poświęcać się badaniom, odkrywać nowe terapie, może nawet wynaleźć lek na raka. Dostać nagrodę Nobla. Biały fartuch, laboratorium – to było jego prawdziwe miejsce. Jednak, gdy jego starszy brat zginął w wypadku awionetki nad Andami musiał porzucić swoje marzenia i obiecującą karierę naukową. Biały fartuch zamienił na garnitur, a zamiast w laboratorium wylądował w szklanym biurowcu, z tytułem prezesa zarządu na wizytówce. Wcześniej też zarządzał, ale odpowiadał wyłącznie za pion badań naukowych. Czuł się tam w miarę bezpiecznie, przynajmniej na tyle, na ile pozwalała mu świadomość odpowiedzialności za ogromne projekty. Z czasem jednak ta odpowiedzialność zaczęła rosnąć. Najpierw zarządzanie mniejszymi spółkami w grupie, później coraz wyższe stanowiska, aż w końcu stanął na czele jednego z największych koncernów farmaceutycznych na świecie. Osiągnął to, o czym wielu mogło tylko marzyć, ale jednocześnie coraz bardziej oddalał się od tego, kim naprawdę był.
Po drodze było małżeństwo. Clara – uosobienie niemieckiej arystokracji finansowej, z typowymi szlachetnymi, teutońskimi rysami. Nie była brzydka, wręcz przeciwnie, imponowała swoją posągową urodą.  Ale to małżeństwo było od początku ustalone, niemal zaaranżowane. Wszyscy wiedzieli, jaki był jego cel. Clara miała urodzić dziedziców fortuny, kolejne pokolenie ludzi, którzy staną na czele rodu i biznesu. Byli zaprogramowani, by być panami świata. Z czasem jednak ich związek stał się pusty. Jonas nie pamiętał dokładnie, kiedy wyprowadził się z ich wspólnej sypialni, może niedługo po narodzinach drugiego dziecka. Nawet drugie imię syna –  Wilhelm – musiał nadać  zgodnie z długą rodzinną tradycją, nie mając w tym wyborze nic do powiedzenia.
Rozwód przyniósł ulgę. Minęło już prawie osiem lat od tamtego momentu, osiem lat wolności, której tak bardzo potrzebował. Ale to nie była zwykła wolność. To były również lata od momentu, kiedy Paulina – Lady Fenriss – otworzyła przed nim część swojego świata, niedostępną dla zwykłych śmiertelników. Od kilku lat mógł tytułować się jej osobistym niewolnikiem, służyć jej w sposób, który dawał mu ukojenie i balans. Była dla niego kimś znacznie więcej niż dominą. Była przewodniczką, która zapanowała nad chaosem w jego głowie. Jej imię znało tylko nieliczne grono osób. Jeszcze mniej mogło do niej zwracać się na ty, a on czuł się uprzywilejowany, będąc jednym z tych, którzy mieli do niej dostęp na poziomie tak intymnym jak i osobistym.
Dla świata był potężnym człowiekiem, głową koncernu farmaceutycznego, twardym negocjatorem, bezwzględnym biznesmenem. Ale dla Lady Fenriss – dla Pauliny – był tylko Jonasem, uległym, gotowym spełniać każdą jej zachciankę, być na każde jej zawołanie. Każde spotkanie z nią było dla niego nie tylko fizycznym wyzwaniem, ale także duchowym oczyszczeniem. W jej obecności mógł wreszcie przestać być odpowiedzialnym przywódcą. Oddanie kontroli dawało mu to, czego nie mogła zaoferować żadna korporacja ani bogactwo – spokój, pełną uległość i wyzwolenie od codziennych obowiązków. To Paulina, w całej swojej nieuchwytnej, zimnej i wymagającej naturze, była dla niego wszystkim, czym nie mogła być ani Clara ani żadna inna kobieta – kimś, kogo podziwiał i przed kim klękał.

Zanim poznał Paulinę, chodził na sesje do Evy Stern, zaspokajając swoje pragnienia, których nie mógł zrealizować w codziennym życiu. Każda z tych wizyt była dla niego tylko chwilowym rozwiązaniem. Wychodził, zamykał za sobą drzwi i zapominał. Wracał do swojego życia, pełnego stresu, odpowiedzialności i zimnych, kalkulowanych decyzji. Jednak to, co znalazł w Lady Fenriss, było czymś zupełnie innym, czymś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył.

Dnia, kiedy ją spotkał pierwszy raz nie zapomniał nigdy. Było to przypadkiem, w momencie, kiedy potrzebował szybkiego wyzwolenia. Chciał natychmiast zrzucić z siebie ciężar bycia szefem, człowiekiem, który zawsze musiał mieć odpowiedzi na każde pytanie. Pragnął zniewolenia, które przywróciłoby mu równowagę. Zadzwonił do Evy, nie mogła się z nim spotkać, to chyba właśnie wtedy dowiedziała się o swojej chorobie. Tylko jedna dziewczyna miała wolny termin tego wieczoru, a może zgodziła się zostać dłużej? Drobna blondynka, nawet atrakcyjna – może być, pomyślał. Nie oczekiwał niczego nadzwyczajnego, chciał tylko, żeby spełniła jego pragnienie – żeby go zbiła i zrobiła to porządnie, tak, aby jeszcze długo o tym pamiętał. Miał sporo obaw czy poradzi sobie z nim, ale nie miał wtedy innego wyboru. Musiał odreagować.

Gdy przekroczył próg studia, nie spodziewał się, że to spotkanie zmieni wszystko. Paulina – choć wówczas jeszcze nie znał jej imienia – wydawała się niepozorna, a jednak jej chłodne, pełne pewności siebie spojrzenie od razu przykuło jego uwagę. Gdy zaczęła, szybko zdał sobie sprawę, że to nie była sesja jak każda inna. Była bardzo ostra. Każde uderzenie, każdy ruch i rozkaz były tak precyzyjnie wymierzone, jakby znała jego umysł i ciało lepiej, niż on sam. Nie chodziło tylko o fizyczny ból, choć ten był dotkliwy i nie do zapomnienia. Chodziło o to, jak Lady Fenriss rozgrywała go psychicznie. Była nieprzenikniona, dominująca w każdym aspekcie – czuł, że znalazł kogoś, kto go naprawdę zrozumiał, kto potrafił wniknąć w jego pragnienia głębiej niż ktokolwiek przedtem.

Po tej sesji, po raz pierwszy w życiu, nie mógł przestać o niej myśleć. Zamiast ulgi i zapomnienia, czuł narastające pragnienie, żeby do niej wrócić. Był zafascynowany jej inteligencją, jej chłodem i zdolnością do wywoływania w nim emocji, których nie znał. Bo Lady Fenriss nie była jak inne dominy – była kimś, kto przenikał jego psychikę, kto naprawdę przejął nad nim kontrolę. I od tego momentu wiedział, że jego życie będzie inne. Była jak wyrafinowana mistrzyni psychologicznej gry – władczyni umysłów, a nie tylko ciał.

Po tamtym pamiętnym spotkaniu nigdy już nie odwiedził żadnej innej dominy. Chodził wyłącznie do niej. W miarę jak ich relacja się rozwijała, dowiedział się, że studiowała psychologię. Była bystra i świadoma, że raz wchodząc w świat dominacji, trudno z niego wyjść. To nie było tylko jej hobby ani tymczasowy sposób na życie – w pełni oddała się swojej roli, wiedząc, że ta ścieżka będzie na stałe wpisana w jej życie. I to on był tym, który namówił ją, by w odpowiednim momencie przejęła Dominię.

Znali się już wtedy od kilku lat.  Eva właśnie przegrywała walkę z chorobą. To była okazja – moment, który mógł całkowicie zmienić jej przyszłość.  Nie wahał się ani przez chwilę, kiedy przyszło do zaoferowania pomocy finansowej. Paulina początkowo się broniła, z uporem odmawiając przyjęcia pieniędzy. Nie miała wtedy do tego głowy, czuł u niej lekką rezygnację. Ciąża, świeżo obroniona praca doktorska. Musiała docelowo przejąć 3/4 udziałów i chyba nie czuła się na siłach. W końcu przyjęła jego ofertę pożyczki. Śmiali się później, że to był jedyny raz, kiedy mu uległa. Pieniądze zwróciła w ciągu dwóch lat, a ich relacja z każdym tygodniem stawała się głębsza i głębsza, a co najważniejsze, pełna obustronnego szacunku.

To, co od zawsze go fascynowało w Paulinie, to jej niezłomność. Nigdy nie można było jej niczym przekupić. Wiedział o kobietach, które w zamian za drogie prezenty były skłonne okazać więcej atencji, czasami nawet obniżyć swoje wymagania. Nie wspominał nawet o dziewczynach, które w zamian za drogie prezenty krążyły jak satelity wokół podstarzałych członków zarządów wielkich korporacji. Paulina była inna. Owszem, przyjmowała prezenty, ale to nigdy niczego nie zmieniało. Jej chłód i dystans zawsze pozostawały na tym samym poziomie. Nie było miejsca na specjalne względy. I zawsze musiało być tak jak chciała. To właśnie ta jej nieprzekupność i profesjonalizm sprawiały, że Jonas czuł do niej jeszcze większy respekt. Była silniejsza od wszystkiego, co wcześniej znał, i to czyniło ją kimś wyjątkowym w jego życiu. Wiedział, że dla Pauliny bycie dominą nie było tylko pracą – to było życie, coś, co ją w pełni definiowało. Był jej niewolnikiem, ale również kimś, kto głęboko podziwiał jej podejście, jej siłę i zdolność do kontrolowania wszystkiego wokół.

Doskonale zapamiętał też dzień, kiedy poznał ją bliżej, od innej strony. Leciał wtedy służbowo do Stanów Zjednoczonych, gdzie czekało na niego ważne spotkanie biznesowe. Na lotnisku jednak panował chaos – strajki powodowały opóźnienia i odwoływanie lotów, a tłumy ludzi kłębiły się wokół tablic odlotów. Kiedy wchodził do strefy VIP, jego wzrok przyciągnęła znajoma sylwetka. Zauważył ją w tłumie, ale przez chwilę się wahał. Czy to naprawdę była ona? Długa, zwiewna sukienka, sportowe buty, plecak przewieszony przez ramię, a włosy luźno związane w kucyk. Wydawała się taka dziewczęca, niewinna, niemalże niepodobna do zimnej i dominującej Fenriss, którą znał ze studia.
Zaciekawiony, podszedł  i przywitał się. To rzeczywiście była ona. Skończyła właśnie studia i wybierała się na wakacje do Malezji. Poczuł się nieco onieśmielony jej swobodnym wyglądem – zupełnie różnym od tego, jaki znał. Zaprosił ją do saloniku VIP, choć z początku przyjęła to z lekkim oporem. Gdy usiedli razem, ich rozmowa szybko się rozwinęła. Rozmawiali przez dobrych kilka godzin – o studiach, życiu, planach na przyszłość. To właśnie wtedy po raz pierwszy poznał jej prawdziwe imię. Było to coś, co przybliżyło ich do siebie w zupełnie inny sposób. W tej dziewczynie, która wydawała się taka naturalna, skrywało się o wiele więcej, niż mógł przypuszczać. Zaskoczyła go swoją autentycznością i szczerością. Była ambitna – właśnie została przyjęta na studia doktoranckie, co było dla niej ogromnym osiągnięciem. Potem każde z nich pojechało w swoją stronę. Ona do Malezji, on do USA. Przez miesiąc nie miał od niej żadnych wiadomości, ale kiedy wróciła, zaskoczyła go. Przywiozła mu mały prezent. Nic wielkiego, paczuszkę dobrej herbaty z Cameron Highlands, ale ten gest miał w sobie coś szczerego i ciepłego. Jonas, przyzwyczajony do luksusowych upominków i biznesowych prezentów, docenił to w sposób, którego się nie spodziewał. To nie był kolejny drogi przedmiot, a coś, co pokazało, że Paulina myślała o nim podczas swojego wyjazdu i znalazła miejsce w swoim niewielkim plecaku. Zaczynał zdawać sobie sprawę, że była nie tylko dominą o zimnym profesjonalizmie, ale także kobietą o głębszej, bardziej złożonej osobowości. To właśnie wtedy ich relacja zaczęła przybierać nowy wymiar, choć musiało minąć jeszcze wiele czasu, by mógł dumnie nazwać się jej osobistym niewolnikiem.

---

– Skup się, Jonas! – krzyk Pauliny, wzmocniony uderzeniem szpicruty, natychmiast wyrwał go z zamyślenia. Podniósł wzrok i napotkał jej chłodne, beznamiętne spojrzenie. Stała nad nim, patrząc z góry. W tej eleganckiej sukience, idealnie przylegającej do jej ciała, pończochach i szpilkach, wyglądała nieskazitelnie, niemal nierealnie.
Uwielbiał ten kontrast. Ona – elegancka, pełna klasy, perfekcyjnie ubrana. On – nagi, uległy, pozbawiony wszystkiego, co mogłoby go chronić. W takich chwilach czuł się zredukowany do swojej podstawowej funkcji – służenia. Paulina była esencją doskonałości, a on był jej przedmiotem.

Nieprzerwanie szorował fugi, starając się jak najlepiej wykonać swoją pracę. Każdy ruch szczoteczki był dokładny, jakby od tego zależało jego przetrwanie. Nagle poczuł delikatne muśnięcie na skórze – Usiadła na nim bokiem, lekko opierając łydkę o jego plecy. To było ledwo wyczuwalne, ale wystarczyło, żeby przyspieszyło mu tętno. W dłoni wciąż trzymała szpicrutę, którą leniwie wskazywała fragmenty posadzki, nad którymi musiał jeszcze popracować. Czuł jej obecność nad sobą – chłodną, kontrolującą, lecz równocześnie zmysłową. Każde polecenie było wyrażane bez słów, jedynie ruchem szpicruty, a on podążał za jej wskazówkami z pełnym oddaniem.
Po dłuższej chwili siedzenia i obserwowania jego pracy znudziła się. Wstała poprawiając sukienkę, a szpilki lekko stuknęły o posadzkę. Wciąż na czworakach nie odważył się spojrzeć w górę. Zanim wyszła, rzuciła chłodnym tonem: 
– Kiedy skończysz, przyjdź do mnie i zamelduj. Ma być perfekcyjnie.
Po kilkunastu minutach pojawił się w salonie. Bez słowa uklęknął, czekając cierpliwie na pozwolenie, by mógł się odezwać. Jego oddech był równy, a wzrok skupiony na podłodze, w pełni oddany swojej roli. Kiedy w końcu spojrzała na niego i skinęła głową, pozwalając mu mówić, zameldował: 
– Lady, łazienka jest gotowa.
Powoli, niemal leniwie, wstała z fotela. 
– Idź przodem –  rozkazała.
Z satysfakcją patrzyła, jak pełznie przed nią na czworakach, uległy i pokorny, całkowicie oddany jej władzy. Weszła do łazienki i powoli rozejrzała się po pomieszczeniu, uważnie oceniając każdy szczegół. Po chwili, z delikatnym uśmiechem, który świadczył o aprobacie, spojrzała na niego. „Dobra robota” – pomyślała, choć nie wypowiedziała tego na głos. Zamiast tego, chłodnym tonem, który zawsze trzymał go na baczności, wydała kolejne polecenie:
– Teraz zajmij się kuchnią. Podłoga, blaty, fronty szafek – wszystko ma lśnić.
Chwilę później, zajmował już się dalszym sprzątaniem, zwracając uwagę na każdy, nawet najmniejszy detal. Choć kuchnia, już zanim się nią zajął,  wydawała się niemal sterylnie czysta, nie mógł pozwolić sobie na najmniejszy błąd. Wiedział, że ona wymaga perfekcji w każdym calu, a jego zadanie nie polegało tylko na fizycznym sprzątaniu – to była forma jego pokory wobec niej i służby.

Zerknął dyskretnie w stronę salonu. Zdjęła buty, nogi spoczywały na sofie. Czytała książkę. Wzrok miała skupiony na lekturze, ale Jonasa bardziej przyciągnął inny widok. Patrzył, jak ruszała palcami u stóp, jakby bawiąc się nimi. To był podniecający widok, pełen delikatnej gry zmysłów, choć dla niego, będącego w chastity, jedynie bolesne przypomnienie o ograniczeniach. Jego myśli, mimo że starał się skupić na pracy, nieustannie krążyły wokół tego widoku.
Dostrzegłszy, że zerka na nią, odłożyła książkę na bok. Delikatny uśmiech ustąpił miejsca chłodnemu, stanowczemu wyrazowi twarzy. Rozkazała ostrym tonem:
– Podejdź tutaj!
Poczuł, jak napięcie w jego ciele wzrosło. Podpełzł, jak rozkazała. Sięgnęła po szpicrutę leżącą na stoliku obok, palce pewnie zacisnęły się na uchwycie. Gdy tylko znalazł się blisko, uderzyła go kilka razy w plecy i pośladki. Ciosy były wystarczająco mocne, by wydał z siebie stłumiony jęk. Każde uderzenie wywoływało krótkie ukłucie bólu, które znał aż za dobrze. Patrzyła na niego z góry, z chłodnym, nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniem, które nie pozwalało mu choćby na myśl o błędzie.
– Skup się na sprzątaniu! Masz zadanie, więc je wykonaj dokładnie! – powiedziała zimno.
Czując, jak ból po uderzeniach wciąż pulsuje na skórze, pochylił głowę i wrócił do swojej pracy. Paulina wróciła z kolei do czytania, ale jej uwaga nie była już skupiona na treści książki. Kartki przewracała leniwie, jej wzrok przesuwał się po linijkach, lecz myśli błądziły gdzie indziej. Czuła się spełniona i absolutnie zadowolona. Luksusowa, dopasowana sukienka z delikatnym połyskiem otulała jej ciało, a pończochy, których jedwabisty materiał gładko przylegał do nóg, dodawały elegancji połączonej ze zmysłowością. Leżąca obok szpicruta była niemym symbolem jej kontroli i władzy. Jej niewolnik nieprzerwanie sprzątał mieszkanie, a dźwięk jego skrupulatnej pracy niósł się po pomieszczeniu. Siedząc na sofie, zaczęła delikatnie pocierać stopą o stopę, czując jedwabistą gładkość pończoch. Każde muśnięcie materiału przypominało jej o luksusie, w którym się zanurzała. Zmysłowy dotyk działał na wyobraźnię, a uczucie miękkości dawało wyjątkowe poczucie komfortu. Jej stopy, zawsze idealnie zadbane, przesuwały się po sobie. Była szczęśliwa. Wzięła do ręki telefon. Nie było żadnej wiadomości od Łukasza.

I bardzo dobrze.

---

Kiedy Jonas skończył sprzątanie kuchni, wrócił do salonu, uklęknął, meldując wykonanie zadania i dalszą gotowość. Leniwie podniosła się z sofy, odłożyła książkę na bok i sięgnęła po szpicrutę. 
Weszła do kuchni, jej szpilki cicho stuknęły o podłogę. Uważnie obejrzała każdy zakątek, przesuwając wzrokiem po blatach i szafkach. Choć kuchnia lśniła czystością, Paulina nie należała do tych, którzy zadowalają się minimalnym wysiłkiem. W końcu jej wzrok zatrzymał się na jednej, ledwie zauważalnej smudze. Uniosła brew, po czym bez słowa wskazała mu szpicrutą to niedociągnięcie.
– Tutaj. Popraw to natychmiast.
Zanim zdążył zareagować, szybko i precyzyjnie wymierzyła mu uderzenie, które z cichym świstem przecięło powietrze. 
Spojrzała na niego z odrobiną zadowolenia w oczach, ale ton jej głosu pozostał chłodny i stanowczy. 
– Poza tym jednym śladem całkiem dobrze się spisałeś, ale wiesz, że jestem bardzo wymagająca. Nie możesz mnie nigdy zawieść. Teraz pokażę ci, co cię czeka, jeśli popełnisz kiedyś taki błąd.
Odwróciła się, szpicruta w dłoni wyznaczyła kierunek, w którym miał iść. Ruszyła w stronę jednego z pokoi – jej prywatnej, domowej izby tortur. Pomieszczenie było pełne narzędzi, które nie pozostawiały złudzeń co do swojego przeznaczenia. W środku, obok klatki, stała solidna ławeczka do spankingu, z przymocowanymi pasami, gotowa na to, by ktoś zajął na niej miejsce. Wskazała ją szpicrutą, nie spuszczając wzroku z uległego, który posłusznie zajął swoje miejsce.
Podeszła do szafki, z której wyjęła krótkie, eleganckie, skórzane rękawiczki. Powoli zaczęła wsuwać je na dłonie, przyglądając się  leżącemu na ławeczce niewolnikowi. Kiedy skończyła, delikatnie zacisnęła dłonie w pięści, czując, jak skóra idealnie przylega do palców. Uśmiechnęła się z satysfakcją.
– Gotowy?  – zapytała zimnym, lecz nieco zmysłowym tonem.
Jonas, z głową pochyloną, odpowiedział z szacunkiem: 
– Tak Lady.
Jego głos był cichy, ale pełen posłuszeństwa. Chwyciła jedną z trzcinek. Pierwsze uderzenie spadło z pełną mocą, zaskakująco silne jak na początek. Nie mógł powstrzymać cichego jęku, który wyrwał się z jego ust. Ból przeszył go natychmiast, ale wiedział, że nie ma wyboru – musi wytrzymać, bo to była jego lekcja, jego przypomnienie o tym, że nigdy nie można zawieść pięknej Fenriss. Nie był odporny na ból, nie uważał się za masochistę. Mimo to, przez te wszystkie lata tylko raz, dawno temu, poprosił ją o litość. Wstydził się tego później, uznając to za swoją słabość. Miał w sobie jednak pewną zawziętość, pragnienie, by zadowolić ją za wszelką cenę. Zawsze chciał zobaczyć ten wyjątkowy uśmiech satysfakcji na twarzy swojej Lady, nawet jeśli oznaczało to znoszenie bólu, który nierzadko wydawał się nie do wytrzymania. Bo ta piękna kobieta była prawdziwą sadystką, czerpała przyjemność z zadawania mu bólu, z kontrolowania jego granic. Każde kolejne uderzenie trzcinki paliło skórę jak żywy ogień, przeszywając ciało bólem, który ledwo mógł znieść. 
Nie był przywiązany, co tylko potęgowało jego trudności w utrzymaniu pozycji. Ból narastał z każdym uderzeniem, promieniując po ciele. Zaczął się wiercić w nadziei, że choć na chwilę ulży sobie w cierpieniu. Po jednym z wyjątkowo mocnych uderzeń nie mógł już wytrzymać. Jego ciało instynktownie przechyliło się na bok, obracając go przodem do Pauliny. Przez krótką chwilę leżał tak, patrząc na nią błagalnym wzrokiem, który mówił więcej niż słowa. W jego oczach było desperackie pragnienie ulgi, niema prośba o litość, której jednak nie mogła ani nie chciała mu dać. Spojrzała na niego chłodno, bez cienia emocji.  
– Wracaj na miejsce! 
Sięgnęła po nową trzcinkę, grubszą i cięższą. Gdy dostrzegł, że wymienia narzędzie kary, wiedział, że teraz ból będzie inny, bardziej intensywny, głębiej przenikający każdy nerw. 
– Zobaczymy, jak poradzisz sobie z tym.
Poczuł, jak uderza w jego ciało, głębszy i bardziej przytłaczający ból rozlał się po skórze, wnikając aż do kości. Odruchowo zacisnął zęby, próbując nie wydać z siebie dźwięku, ale kolejny cios sprawił, że nie mógł powstrzymać głośnego krzyku.
Po serii kolejnych uderzeń, przerwała nagle. Kazała mu wstać. Z trudem podniósł się z ławeczki, każdy jego ruch zdradzał, jak bardzo cierpi. Gdy tylko stanął na nogach, niemal natychmiast padł na kolana, bez zastanowienia pochylając się, by zacząć pocałować jej buty. Jego usta dotykały zimnej skóry, jakby w tym akcie mógł znaleźć dla siebie jakąś ulgę.
Patrzyła na niego bez cienia emocji, czekając, aż skończy, a on, wciąż całując, szeptał słowa wdzięczności. 
– Dziękuję, Lady… dziękuję…   Głos był cichy, pełen ulgi, jakby każdy pocałunek i każde słowo oddalało go od bólu, a zbliżało do spokoju, którego szukał.
– Wystarczy  powiedziała cicho, ale stanowczo. 
Jonas natychmiast przestał, zatrzymując się w bezruchu, czekając na dalsze polecenia. Nie mówiąc nic więcej, usiadła na nim jak na ławce, lekko opierając się o jego ciało. Zaczęła powoli gładzić go dłonią po karku. Kiedy na nim siedziała, odważył się zapytać, nieco swobodniej: 
– Może wyskoczymy gdzieś na kolację? 
Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem, w którym kryła się nuta rozbawienia. 
– Nie musisz mnie długo przekonywać. Idź pod prysznic i ubierz się.
Zsunęła się z jego pleców. Skinął głową z szacunkiem i poszedł do łazienki,  by szybko przygotować się na wieczór. 

---

Beżowy VW Passat kombi zatrzymał się pod wejściem do jednej z najbardziej ekskluzywnych japońskich restauracji w Berlinie – Sakura Hana. Jonas szybko wysiadł z samochodu, a następnie obszedł pojazd, by otworzyć drzwi swojej pani. Pomógł jej wysiąść, przytrzymując ją delikatnie za rękę, a na jego twarzy przez chwilę pojawił się lekki grymas bólu, który natychmiast starał się ukryć. Choć oboje wyglądali bardzo elegancko, widać było subtelne różnice w ich zachowaniu. Paulina szła pewnym krokiem w stronę wejścia, on podążał  pół kroku za nią,  a momentami widać było, że niektóre ruchy sprawiają mu dyskomfort. Wchodząc do środka, od razu poczuli elegancki klimat miejsca. Dyskretne światła tworzyły ciepłą, przytulną atmosferę. Przestronne wnętrze wypełniały jasne, drewniane panele i subtelne akcenty nawiązujące do japońskiej kultury – delikatne, bambusowe dekoracje i sztuczne drzewa wiśni z opadającymi różowymi kwiatami. Stonowane dźwięki tradycyjnej muzyki płynęły w tle, dodając miejscu harmonii.

Elegancko ubrany kelner zaprowadził ich do stolika w rogu sali, nieco na uboczu, zapewniając im prywatność. Jonas pomógł jej zdjąć płaszcz, odkładając go na wieszak obok stolika. Kiedy siadała,  przesunął jej krzesło, a następnie sam usiadł naprzeciwko niej. Wokół panowała cisza, przerywana tylko cichym szmerem rozmów gości. Stoliki były starannie rozstawione, a każdy fragment przestrzeni został zaprojektowana z myślą o zapewnieniu gościom intymności. Na środku stołu znajdowała się mała kompozycja z bonsai i świeczka w prostym, eleganckim lampionie. Kelner podszedł do nich z kartami dań.
Przeglądała menu z zainteresowaniem, w tym czasie Jonas zaproponował, by spróbowali czegoś specjalnego. Po krótkiej wymianie spojrzeń zamówili: zestaw sashimi z tuńczyka i łososia, z delikatnym imbirem i sosem sojowym, a do tego sake – lekko podgrzane, aby w pełni delektować się jego smakiem. Paulina zamówiła również tataki z wołowiny wagyu, a on japońską zupę miso z dodatkiem grzybów shiitake i tofu.
Spojrzał na nią z wdzięcznością i powiedział cicho:
 Dziękuję ci jeszcze raz. Dzięki tobie potrafię zawsze odzyskać spokój i równowagę. Nie wiem gdzie bym był gdybym nie spotkał cię kiedyś na swojej drodze.
Ujęła czarkę z sake i unosząc ją do ust, odpowiedziała z nutą zadowolenia w głosie:
 Cieszę się, Jonas.
Odłożył na bok pałeczki i spojrzał na nią z ciekawością. 
 A więc, masz już jakiś pomysł na nasz wspólny urlop? 
 Japonia. Zdecydowanie, Japonia, zainspirowałeś mnie dziś tą restauracją. Ostatecznie. Przyznaj, że zaplanowałeś to. A poza tym, 8 lat temu obiecałeś, że kiedyś mnie tam zabierzesz, pamiętasz? Ile mam czekać? Chcesz za każdy dzień mojego czekania ponieść karę?
Roześmiał się, słysząc jej odpowiedź.
 Tak pamiętam  odpowiedział i nieco posmutniał wspominając tamto upalne lato. 
 Nie zaprzeczam, poza tym to świetny kierunek. Masz jakieś specjalne życzenia na ten wyjazd?
Paulina odchyliła się lekko na oparcie krzesła, obracając czarkę w dłoniach. 
 Na razie myślę o Kyoto. Tyle o nim mi opowiadałeś i chciałabym spędzić tam więcej czasu. Oczywiście Tokio i koniecznie też coś spokojniejszego, bardziej tradycyjnego. Ale wiesz, planowanie zostawiam tobie. Zorganizujesz na pewno wszystko tak perfekcyjnie, jak trzeba. Jedźmy tam jesienią.
 Oczywiście, Lady. Z przyjemnością zajmę się wszystkim. Może zarezerwuję dla nas tradycyjny ryokan z prywatnym onsenem? Coś w górach, z pięknymi widokami. Idealne na odpoczynek.
Przytaknęła z aprobatą. 
- Brzmi świetnie... i ten spokój, który tam panuje. Przyda mi się relaks, bez zbędnych niespodzianek.
 W takim razie zorganizuję wszystko. Będziesz mieć najlepszy pobyt.
Podniosła czarkę z sake. 
 Za wyjazd, za Japonię.
 Za Japonię –  powtórzył, odwzajemniając toast.
 A co z twoją pracą? Uda ci się wyrwać aż na dwa tygodnie? Wiesz, że nie lubię przeszkadzania podczas urlopu. Dasz radę oderwać się?
 Nie martw się. Firma jest w dobrych rękach. Nikt nie powinien mnie niepokoić. Będę miał pełen spokój, może czasem tylko zerknę do maili. Ale szybko i dyskretnie.
Przyglądała się mu przez chwilę, jakby oceniała jego odpowiedź.
- Dobrze. Ja każę jutro Laurze wyłączyć mój cały kalendarz na wrzesień. Potrzebuję tego wyjazdu. Myślę, że oboje tego potrzebujemy. Szkoda, że to dopiero za pół roku.
– To będzie idealny czas, żeby odpocząć i naładować baterie. Nie mogę się doczekać. Minie szybciej niż myślisz.

---

Po powrocie do mieszkania weszła pierwsza, nie oglądając się za siebie. Wciąż miała na sobie elegancki płaszcz, który zsunęła z ramion jednym płynnym ruchem i odłożyła niedbale na oparcie fotela. Kolacja zostawiła w niej przyjemne, miękkie rozluźnienie — była spokojna, zadowolona, obecna w chwili.
Przeszła kilka kroków w głąb salonu i usiadła na sofie. Powoli zdjęła buty, odsunęła je na bok, po czym wyciągnęła przed siebie nogi, opierając się wygodnie. Przez moment patrzyła przed siebie, jakby jeszcze wracała myślami do wieczoru. Jonas uklęknął przed nią bez słowa.
Nie było w tym geście pośpiechu ani nerwowości — raczej coś wyuczonego, naturalnego, wynikającego z przyjętej między nimi dynamiki. Ujął delikatnie stopy w dłonie, jakby były czymś kruchym, wymagającym uwagi i skupienia. Zaczął powoli. Najpierw lekki nacisk kciuków na podbicie, potem dłuższe, spokojne ruchy wzdłuż stopy. Dłonie pracowały z wyczuciem — ani za mocno, ani za lekko. Każdy dotyk był przemyślany, niemal uważny, jakby chciał odczytać z jej reakcji dokładnie to, czego w danym momencie potrzebuje. Przymknęła oczy. Oddychała spokojnie, pozwalając, by napięcie, które jeszcze chwilę temu było gdzieś w jej ciele, powoli się rozpuszczało. Jej twarz złagodniała, rysy stały się miękkie, a w kącikach ust pojawił się cień zadowolenia.
Przesunął dłonie wyżej, ku kostkom, potem z powrotem w dół, zataczając powolne, powtarzalne ruchy. Skupiał się na detalach — na napięciu mięśni, na temperaturze skóry, na najmniejszych zmianach w jej oddechu. W tej ciszy było coś intymnego, ale jednocześnie uporządkowanego. Każde z nich znało swoje miejsce. Po dłuższej chwili otworzyła oczy.
– Dobrze. Teraz możesz iść spać.
Natychmiast przerwał. Ujął jeszcze na moment stopę, pocałował, po czym skłonił się nisko.
– Tak jest, Lady.
Podniósł się z klęczek i skierował do swojego pokoju. Nie oglądał się za siebie. Wiedział, co go tam czeka. Pomieszczenie było proste, niemal ascetyczne. W jego centrum stała metalowa klatka — element, który był częścią ustalonego porządku. Wszedł do środka, jak ktoś, kto akceptuje swoją rolę bez oporu.
Paulina została sama w salonie. Zerknęła na telefon, wciąż nie było żadnej wiadomości od Łukasza. Oparła głowę o tył sofy i na moment znów zamknęła oczy, pozwalając, by cisza mieszkania powoli ją otuliła.

---

Kiedy rano weszła do salonu, Jonas już czekał, ubrany i gotowy, stojąc przy kuchennym stole. Przygotował dla niej lekkie śniadanie.

Spokojnie popijała kawę, delektując się chwilą porannego spokoju. Stojąc przy oknie, zauważył nadjeżdżającą limuzynę. Samochód zatrzymał się przed kamienicą.
– Otto już przyjechał – powiedział cicho, podchodząc do niej.
Odłożyła filiżankę, mówiąc z lekkim smutkiem. 
– Czas wracać do rzeczywistości. Twoje obowiązki wzywają.
– Dziękuję. Za wszystko, za to, ze jesteś... tylko ty mnie rozumiesz.
 Do zobaczenia. I pamiętaj, czekam na plan wyjazdu.
Pocałowali się po przyjacielsku w policzki. Ukłonił się nisko i z ciężkim sercem, ale również poczuciem spełnienia, wyszedł z mieszkania.

Będąc już na dole,  spojrzał  jeszcze w stronę okien jej mieszkania, czując, jak mieszają się w nim emocje – szacunek, fascynacja i pewna nostalgia. Wsiadł do samochodu, a Otto z profesjonalnym opanowaniem zamknął za nim drzwi i odjechał w kierunku centrum.

Myślał o nich. O tej niesamowitej kobiecie, którą poznał wiele lat temu. I o tym co ciągle go ogranicza, nie pozwala mu zgarnąć pełnej nagrody. Bał się odrzucenia, kompromitacji  i wolał, aby było tak jak jest, niż miałby ją stracić przez swoją arogancję.

-----

Rozdział XLV 

Kara


Berlin, marzec 2024

Jonas wychodził właśnie z sauny w swoim domu, otoczony ciepłem i zapachem drewna. Jego willa, położona w zacisznej części Kleinmachnow, była oazą spokoju, idealnym miejscem na odpoczynek po ciężkim dniu pracy. Krople potu spływały mu po czole, kiedy sięgał po ręcznik, by przepasać biodra. Przez duże okna salonu rozpościerał się widok na starannie wypielęgnowany ogród. 
Kiedy usłyszał dźwięk telefonu leżącego na stoliku obok, natychmiast sięgnął po niego. Na ekranie pojawiło się imię: Fenriss.
Odebrał, czując przyspieszone bicie serca.
– Dzień dobry, Lady  powiedział z szacunkiem, odgarniając wilgotne włosy do tyłu.
– 
Dzień dobry Jonas.  Jak minął ci dzień?
Westchnął, opierając się o chłodną ścianę. 
– Dość spokojnie. Było trochę nerwowo, ale już wszystko pod kontrolą. Właśnie wyszedłem z sauny, chciałem się trochę zrelaksować. A jak Tobie minął dzień?
– 
Trochę odsypiałam. Miałam wczoraj do późnych godzin sesję z jednym z uległych. Zaczęliśmy wieczorem, a skończyliśmy w środku nocy. Muszę przyznać, że było satysfakcjonująco. Lubię takie wyzwania.
Słuchał uważnie, wyobrażając sobie, co mogło się dziać. 
– Brzmi niesamowicie. Jestem pewien, że to była niezapomniana noc dla twojego uległego. I spore wyzwanie, ale głównie dla niego.
Paulina roześmiała się cicho. 
– Nie ma wątpliwości, będzie ją bardzo długo pamiętał i spał na brzuchu przez jakiś czas. Słuchaj Jonas, moja aplikacja pokazuje, że jutro mija 30 dni twojego zamknięcia w chastity. Niestety, muszę rano wyjechać do Polski na kilka dni. Czy będziesz bardzo zły, jeśli sam sobie poradzisz?   powiedziała z wyraźnym tonem prowokacji.
Milczał przez chwilę i potwierdził coś, co Paulina zawsze u niego ceniła — lojalność, oddanie i pełne zrozumienie ich relacji.
– Lady, pozwól, że poczekam na twój powrót.
Przez chwilę milczała, a kiedy w końcu się odezwała, w jej głosie pojawiło się coś, co rzadko pozwalała sobie okazywać.
– Jonas...  zaczęła, tonem łagodniejszym niż zwykle.  Naprawdę doceniam to, co powiedziałeś. Wiesz, że rzadko pozwalam sobie na takie chwile, ale sprawiłeś mi tym przyjemność. Twoja cierpliwość, oddanie to dla mnie więcej niż tylko kwestia kontroli. Cieszę się, że jesteś moim niewolnikiem, zawsze mogę na tobie polegać. Dziękuję, że jesteś.
 Dla Ciebie zawsze, Lady Fenriss   odpowiedział z ciepłem w głosie.
 Wiem, Jonas. Wiem. Będziesz wynagrodzony, kiedy wrócę. Możesz być tego pewien.
– Dziękuję Lady Fenriss.

Po rozmowie przez chwilę patrzyła na ekran swojego telefonu. Następnie przesunęła palcem, otwierając nową wiadomość do Łukasza. Zastanawiała się przez chwilę, jak najlepiej sformułować swoje polecenie. Jej twarz była jak zawsze spokojna i skoncentrowana. W końcu napisała krótko, zdecydowanie:

W sobotę o godzinie 9 u mnie.

Bez żadnych dodatkowych słów, bez wyjaśnień. 

Łukasz wiedział, że kiedy dostaje taką wiadomość, nie ma miejsca na dyskusję. Odczytał ją i poczuł ciężar, który natychmiast osiadł mu piersi. Sobota... pięćdziesiąty dzień. To miało być końcem jego kary, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że prawdziwy koniec jest daleko poza jego zasięgiem. Przez ostatnie tygodnie walczył z własnymi myślami. Samowolne zdjęcie klatki chastity okazało się błędem, który kosztował go więcej, niż mógł przewidzieć. Paulina była wściekła, a kiedy przyjechał do niej porozmawiać ponownie założyła mu nową i wyznaczyła te przeklęte pięćdziesiąt dni na przemyślenie postępowania. Cud, że nie wydało się, co robił z Zosią.

Każdy dzień ciągnął się w nieskończoność. Jego ciało, w szczególności jądra, zdawały się wręcz wołać o ulgę. Były spuchnięte i obolałe, a frustracja, zarówno fizyczna, jak i psychiczna, narastała z każdą godziną. Czuł, że jego cierpliwość jest na granicy wytrzymałości. Zastanawiał się w myślach: co ona ze mną wyprawia?
Była bezwzględna, pozbawiona choćby krzty litości. Jego uczucia do niej były teraz mieszanką pożądania i strachu, uwielbienia i złości. Wiedział, że sobotnie spotkanie nie będzie łatwe. Miał do niej żal. Mimo że ją kochał, pragnął jej bardziej niż kiedykolwiek, to w sercu nosił głęboką ranę. Nie potrafił przestać myśleć o tym, jak brutalnie go wychłostała, jak bez cienia litości poniżyła, każąc mu znosić fizyczny ból i psychiczne upokorzenie. Czuł, że to było więcej niż dyscyplina, więcej niż kontrola. Było w tym coś bezwzględnego, coś, co sprawiło, że zaczął się zastanawiać, gdzie kończy się jego oddanie, a zaczyna niezdrowe uzależnienie. Była zimna, chłodna w swoim podejściu, a kara nie była tylko grą, była realnym doświadczeniem bólu i wstydu, którego nie mógł zapomnieć.
Jednocześnie nie mógł przestać jej pragnąć. Im więcej czuł do niej złości, tym silniejsze było to nieodparte przyciąganie. Pamiętał każdy dotyk jej chłodnej dłoni, każdy rozkaz wydany stanowczym tonem. Ona była dla niego wszystkim, co najpiękniejsze, ale i najgroźniejsze. Czuł się rozdarty. Dlaczego ona mu to robiła? Miał wrażenie, że testuje jego granice, sprawdzając, ile jeszcze zniesie. Była bezwzględna, ale w tej bezwzględności kryła się jakaś perwersyjna siła, która przyciągała go z powrotem.
Martwił się na myśl, co go czeka. Wiedział, że jest zła, a jej gniew nigdy nie był łagodny, od kiedy poznał ją bliżej. Ale teraz... przecież już go ukarała – te pięćdziesiąt dni w chastity były męką, której nie potrafił wymazać z pamięci. Był gotów na symboliczne uderzenia, na kilka razów szpicrutą,  to mógł znieść, ale nie chciał, by znów wszystko wymknęło się spod kontroli, jak ostatnio. A może nie wymknęło się? Może ona taka jest?
Jego plecy i pośladki dopiero co się zagoiły, ślady zniknęły, ale wciąż czuł je we wspomnieniach. Nie miała litości, była brutalna, sadystyczna a on wtedy nic nie zrobił. Zaczepił ją tylko o te dyby tylko, chciał pożartować, pokokietować. ,,Nie mogę na to pozwolić" – myślał, czując rosnący niepokój. Ale jednocześnie wiedział, że w jej obecności traci wszelką kontrolę. Za każdym razem, gdy się widzieli,  wszystko co sobie zaplanował, znikało w obliczu jej dominacji.

W piątkowy wieczór, czując narastający niepokój, doszedł do wniosku, że muszą najpierw porozmawiać, zanim cokolwiek się wydarzy. Wiedział, że to spotkanie o dziewiątej rano zapowiadało coś, co go przerażało. Będzie chciał spróbować wyjaśnić, co się stało, i poprosić o łagodniejsze podejście. Chwycił za telefon i napisał krótką wiadomość z prośbą o wcześniejszą rozmowę. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: 

Wyznaczyłam ci spotkanie jutro o 9, nie mamy o czym teraz rozmawiać.

Spojrzał na ekran, czując jak jego frustracja narasta. „Wredna suka...” – pomyślał z irytacją. Zawsze była nieugięta, ale tym razem naprawdę liczył, że może uda mu się złagodzić ten gniew. Ale nie, odpowiedź nie pozostawiała miejsca na jakiekolwiek negocjacje.

Nie mógł zasnąć, krążył po mieszkaniu, zastanawiając się, co go czeka. 

---

Gdynia Orłowo, marzec 2024

Przyjechał pod jej dom punktualnie o dziewiątej. Jego serce waliło, dłonie miał lekko spocone z nerwów. Otworzyła mu drzwi w luźnej bluzie i spodniach od dresu, wyglądała jakby niedawno skończyła trening. Próbował przywitać ją pocałunkiem, ale odsunęła się z chłodnym spojrzeniem. Było w niej coś surowego, jakby już od samego początku chciała mu dać do zrozumienia, że nie będzie łatwo.

Zdjął kurtkę, czekając na zaproszenie do salonu, ale zamiast tego, patrzyła na niego wyczekująco.
– Zapomniałeś chyba o czymś – powiedziała lodowatym tonem.
Patrzył na nią zdezorientowany, próbując zrozumieć, co ma na myśli.
– Miałeś rozbierać się do naga, kiedy jesteś u mnie. Na co czekasz? Na jakieś zaproszenie? Pismo urzędowe?  
Zaczerwienił się i zaczął powoli zdejmować ubrania. W głowie kotłowały mu się różne myśli, ale wiedział, że nie ma innej opcji, nie chciał eskalować.
Zmierzyła go wzrokiem, a w jej spojrzeniu pojawiła się mieszanka irytacji i chłodnej kalkulacji. Sięgnęła po obrożę, po czym rozkazała mu:
– Uklęknij!
Mimo wątpliwości i lęku, zrobił to, ale w momencie, gdy chciała mu ją założyć, odruchowo uniósł rękę, jakby chciał zatrzymać to, co nieuniknione.
Paulina była zaskoczona jego reakcją. W pokoju zapanowała gęsta cisza. Jej oczy zwęziły się, a twarz stężała.
– Co to miało być?  – zapytała ostro, głos wypełnił całą przestrzeń.
Poczuł, jakby serce na chwilę przestało bić.
Nagle kopnęła go prosto w krocze, szybko, mocno i co najgorsze  celnie. Zawył, jego ciało zwinęło się z bólu, upadł na podłogę całkowicie zaskoczony. 
– Ośmieliłeś mi się sprzeciwić? Zacznijmy więc od początku. Na kolana. Już!
Wciąż odczuwając ból, z trudem wrócił do poprzedniej pozycji. Tym razem nie próbował się sprzeciwić. Zapięła mu obrożę mocno wokół szyi, na tyle ciasno, że każdy oddech przypominał mu o jej władzy.
– Teraz jesteś na swoim miejscu – skomentowała sucho, patrząc na niego z wyraźnym zadowoleniem.
Bez słowa skierowała się do salonu. Niepewnie ruszył za nią, czując ciężar obroży. Kiedy usiadła na sofie, rzuciła mu krótkie spojrzenie, wskazując miejsce obok niej – na podłodze, tuż przy jej nogach.
– Uklęknij tutaj! Teraz grzecznie opowiesz mi, jak na spowiedzi, dlaczego zdjąłeś klatkę bez mojej wiedzy i zgody.

Zaczął mówić, próbując znaleźć odpowiednie słowa.
– Paulinko… ja… nie wiem, jak to wyjaśnić – zaczął, unikając jej wzroku. – Byłem rozbity. Czułem się… naprawdę źle. Psychicznie mnie to zmiażdżyło. Myślałem, że dam radę, że wytrzymam, ale po tym, co było… było coraz gorzej.
Nie odezwała się ani słowem. Siedziała nieruchomo, patrząc na niego uważnie. W jej spojrzeniu nie było gniewu, nie było też współczucia. Była tylko chłodna koncentracja.
– To było… trudne. Samotność, to wszystko… – zawahał się. – Potrzebowałem kogoś... czegoś.
Paulina lekko uniosła brew.
– Jak to kogoś?
To jedno słowo wystarczyło. Poczuł, jak coś w nim się zaciska. Jej głos był spokojny, ale pod nim kryło się coś, czego nie potrafił zignorować.
– Tak… po prostu… – zaczął, ale urwał.
Nie spuszczała z niego wzroku.
– Łukaszu – powiedziała cicho. – Nie każ mi z ciebie tego wyciągać. Czy był tam ktoś z tobą?
Zamilkł. Przez chwilę próbował jeszcze coś w sobie zatrzymać, uporządkować, znaleźć bezpieczniejsze słowa. Ale jej spojrzenie było zbyt przenikliwe. Jakby wiedziała już wszystko i tylko czekała, aż on sam to wypowie.
Opuścił głowę.
– Spotkałem się z Zosią – powiedział w końcu.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była ciężka.
Paulina nawet nie drgnęła.
– Z tą Zosią z twojej klasy, o której mi kiedyś mówiłeś? – zapytała spokojnie.
Skinął głową.
– Wiem, że to było złe – dodał szybko. – Ale ona… dała mi to, czego wtedy potrzebowałem. Ciepło, bliskość… Nie planowałem tego. To się po prostu stało.
Mówił coraz szybciej, jakby chciał uprzedzić jej reakcję.
– Zdjąłem klatkę… bo chciałem choć na chwilę poczuć się wolny. Zapomnieć o tym wszystkim. O bólu. O tym napięciu. Ja…
Zamilkł. Dopiero teraz uświadomił sobie w pełni, co właśnie powiedział i jak łatwo to z niego wyszło. Jakby wystarczyło jedno jej spojrzenie, jedno pytanie, żeby sam — bez przymusu — wyznał coś, co jeszcze chwilę temu próbował ukryć nawet przed sobą. Podniósł wzrok. Patrzyła na niego bez emocji. Jej twarz była spokojna, niemal piękna w tej chłodnej powściągliwości.
– Czyli była kobieta – powiedziała powoli.
Nie było w tym pytania. To było stwierdzenie.
– Tak, przepraszam – odpowiedział cicho.
Jej spojrzenie stało się jeszcze twardsze.
– Zdradziłeś mnie z inną kobietą.
Każde słowo wypowiedziała wyraźnie, z naciskiem.
– Jesteś moją własnością, Łukaszu. I nikt, absolutnie nikt, nie ma prawa nawet cię dotknąć bez mojej zgody.
Zrobiła krótką pauzę.
– A to, co zrobiłeś to podłość. Podłość!
Zamilkła na moment, jakby pozwalała, by znaczenie tych słów w pełni do niego dotarło. Potem spojrzała na niego jeszcze uważniej.
– Jak zamierzasz to naprawić? Nie sądzę aby ci się udało, ale możesz spróbować.
Łukasz czuł, jak pod jej słowami znika resztka jego odwag, ale nie znalazł żadnych słów, które mogłyby wyjaśnić lub złagodzić to, co zrobił. 
Patrzyła na niego z wyczekiwaniem. Spuścił wzrok, czując, jak napięcie narasta.
– Nie wiem, ale zrobię wszystko, czego zażądasz – wyszeptał, próbując jakoś wybrnąć z tej beznadziejnej sytuacji. 
– Wiem, że zawiodłem, ale naprawdę, chcę to naprawić. Cokolwiek zdecydujesz, przyjmę. Zrobię wszystko, żebyś mi tylko wybaczyła.
Paulina uniosła brew, jakby jego słowa wywołały u niej tylko lekką irytację.
– Wszystko? – zapytała, tonem, który sugerował, że nie wierzy w jego gotowość. – Czy naprawdę rozumiesz, co oznacza wszystko, Łukasz? Bo póki co widzę, że jedyne, co zrobiłeś, to złamałeś moje zasady i zdradziłeś mnie.
Poczuł, jak fala wstydu i strachu przelewa się przez niego. Cokolwiek miała na myśli, wiedział, że czeka go ciężka próba.
– Tak, Paulinko. Wszystko, cokolwiek zażądasz. Chcę to naprawić, nawet jeśli to oznacza ból i upokorzenie.
Uśmiechnęła się lekko, ale jej uśmiech nie wyrażał radości. To był uśmiech zimnej satysfakcji, a może nawet triumfu. Wstała, a on z trudem powstrzymywał oddech, czując jej bliskość. Sięgnęła do kieszeni bluzy i wyjęła opaskę na oczy z napisem Lufthansa. Bez słowa podała mu ją.
– Załóż – rozkazała chłodno. Kiedy opaska znalazła się na jego oczach, sprawdziła, czy dobrze przylega, delikatnie przesuwając palcami przed jego twarzą. Była zadowolona – upewniła się, że nic nie widzi. Bez słowa przypięła smycz do obroży i mocno pociągnęła.
– Chodź za mną – powiedziała zimnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Szedł za nią czując, jak smycz co jakiś czas szarpie w rytm kroków. Przez opaskę na oczach nic nie widział, ale wyraźnie czuł wokół siebie zapach jej perfum – intensywny, elegancki aromat, który mieszał się z jego przyspieszonym oddechem. Otworzyła jakieś drzwi, poczuł lekki powiew zimnego powietrza. Zapaliła światło i ostrzegła go zimnym, pozbawionym emocji głosem:
– Uważaj, przed tobą schody.
Poczuł, jak te słowa odbijają się echem w głowie, kiedy powoli, niepewnie stawiał kroki, próbując zachować równowagę. Czuł chłód stopni pod stopami, smycz ciągle lekko szarpała szyję. Prowadziła go do nieznanego miejsca.
Kiedy zatrzymała się, usłyszał charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi. Chwilę później opaska została zdjęta a jego oczu. Mrugnął kilkakrotnie, aby dostosować się do światła, a obraz, który zobaczył, wprawił go w osłupienie.

Stał w progu pomieszczenia, które wyglądało jak wyjęte z mrocznych fantazji. Surowe ściany z betonu, bez żadnych ozdób, były oświetlone jedynie kilkoma punktowymi lampami, które nadawały wnętrzu zimny charakter. Powietrze było chłodne, a każdy oddech niósł ze sobą echo, które potęgowało uczucie odosobnienia.
Na jednej ze ścian wisiał starannie ułożony zestaw narzędzi, który od razu przykuł jego wzrok. Były tam pejcze, bicze, skórzane rzemienie, a także kilka narzędzi, których przeznaczenia nie potrafił nawet odgadnąć, ale domyślił się że służą do zadawania bólu. Wisiały w równych odstępach, jakby każdy z nich miał swoje miejsce w tym idealnie zorganizowanym świecie. Naprzeciwko, pod sufitem, zwisała gruba, metalowa linka połączona z elektryczną wyciągarką. Jej hak kołysał się lekko w powietrzu, jakby czekał na to, by wypełnić swoje przeznaczenie. Żółty panel sterujący wyciągarką znajdował się obok, przy biurku, które było niemal minimalistyczne. W jego rogu stała tylko niewielka lampka, której światło nieznacznie rozjaśniało najbliższą okolicę. W kącie pokoju stała solidna, drewniana ławka do spankingu. Jej powierzchnia była gładka, a metalowe okucia i mocowania dodawały surowości. Skórzane pasy zwisały z boków, gotowe, by przytrzymać ofiarę w miejscu, unieruchamiając ją bez najmniejszej szansy na ucieczkę.
Na środku pokoju znajdował się fotel. Wyściełany, z wysokim oparciem, wyglądał jak tron. To było miejsce dla królowej tego mrocznego królestwa.

Poczuł, jak po plecach przebiegł mu dreszcz. Każdy element tego miejsca mówił jedno: kontrola była absolutna. To nie było zwykłe pomieszczenie. To była arena, w której jej właścicielka rządziła niepodzielnie, a on teraz, był teraz tylko pionkiem w tej brutalnej grze.
— Witam w mojej małej izbie prawdy. Pytałeś mnie kiedyś dokąd prowadzą te stare drzwi. Już wiesz, a ja dzisiaj sprawdzę, jak bardzo jesteś mi oddany. 

Wskazała mu mały, twardy taboret, na którym usiadł. Gdy tylko zapięła mu kajdanki na plecach, poczuł się całkowicie bezbronny. Usłyszał jej kroki oddalające się w stronę biurka, a w głowie pojawiły się tysiące myśli o tym, co mogła planować. Wróciła po chwili, stanęła naprzeciwko niego i powoli, niemal z namaszczeniem, zaczęła zakładać lateksowe rękawiczki. Szmer gumy ocierającej się o jej skórę tylko wzmagał napięcie, które unosiło się w powietrzu. Patrzył, jak ostrożnie wsunęła palce, przeciągając brzegi rękawiczek aż za nadgarstki. Ostatnie pociągnięcie wywołało delikatny trzask, jakby oznajmiając, że była gotowa do działania.
Wyjęła coś z szuflady. W pomieszczeniu rozległ się cichy, mechaniczny dźwięk – warkot maszynki do strzyżenia. Łukasz poczuł, jak jego ciało sztywnieje. Zanim zdążył się odezwać, stanęła za nim, a jej zimny dotyk na karku był jak ostrzeżenie. Maszynka zbliżyła się do jego włosów, a chwilę później poczuł jej wibracje na skórze.
— Nie ruszaj się — szepnęła chłodno, po czym zaczęła obcinać jego włosy.
Zerwał się na równe nogi, jego serce biło szybciej, adrenalina płynęła przez ciało. Poczuł gniew, złość, a przede wszystkim strach, który stopniowo narastał w nim jak fala. Spojrzał jej prosto w oczy i, mimo wewnętrznego zamętu, powiedział:
— Co Ty wyprawiasz?! Chcę z Tobą porozmawiać, a nie brać udział w tym cyrku!
Zmierzyła go lodowatym wzrokiem, jej twarz była jak maska — bez emocji, spokojna, niemal nieruchoma. Nie odpowiadając, wróciła do biurka. Sięgnęła po niewielkie, czarno czerwone urządzenie, które tam leżało. Był to electric zapper, narzędzie przypominające mały paralizator, idealne do wywoływania krótkich, ale intensywnych impulsów elektrycznych. Wydawało cichy warkot, kiedy włączyła je, przygotowując do użycia. Łukasz nie miał złudzeń — doskonale wiedział, że nie była to groźba bez pokrycia. Jego ciało przeszył dreszcz, wywołany zarówno napięciem, jak i rosnącą świadomością, że nie kontroluje sytuacji.
Podeszła do niego, trzymając zapper w jednej ręce, patrząc na niego z zimnym, niewzruszonym spokojem.
— Siadaj, już! — powiedziała niskim, twardym głosem, w którym nie było miejsca na sprzeciw.
Poczuł, jakby cały jego wewnętrzny bunt zderzył się z niewidzialną ścianą. Patrzył na nią przez chwilę, próbując znaleźć wyjście z sytuacji, ale w jej oczach nie widział ani litości, ani otwartej agresji — tylko stalową determinację.
— Chcę z Tobą porozmawiać, a nie bawić się w te gierki! — próbował jeszcze raz, ale jego głos zaczynał tracić na pewności.
Zrobiła jeden krok bliżej, uniosła zapper i przyłożyła go do jego boku. Poczuł nagły, ostry impuls bólu, jakby setki małych igieł przebiegły przez ciało. Było to krótkie, ale wystarczająco bolesne, by zmusić go do podjęcia decyzji.
— Siadaj — powtórzyła.
Zdezorientowany i z rosnącym poczuciem bezsilności, wiedział, że nie ma innego wyjścia. Powoli opadł na taboret, wciąż czując lekkie mrowienie w miejscu, gdzie impuls dotknął skóry. 
Podeszła bliżej, nachylając się nad nim z groźbą w głosie.
— Jeśli wstaniesz jeszcze raz, użyję tego ponownie. I tym razem wybiorę bardziej czułe miejsce, a masz ich wiele, nawet nie wiesz jak wiele – powiedziała zimnym tonem.
Chociaż już siedział, widocznie zdenerwowany, Paulina dla zabawy przyłożyła urządzenie do jego ramienia i ponownie włączyła impuls. Mały trzask wyładowania sprawił, że podskoczył, zasyczał z bólu, ale pozostał na miejscu, wiedząc, że jakikolwiek sprzeciw może tylko pogorszyć sytuację.
Odłożyła zapper i wróciła do swojego pierwotnego zadania. Znów stanęła za nim i zaczęła powoli, metodycznie obcinać mu włosy, jakby to była zwykła, rutynowa czynność. Czuł chłód lateksowych rękawiczek na skórze i dźwięk maszynki, który wypełniał ciszę piwnicy. Czuł też jak emocje kipią w nim niczym wulkan. Mieszanka złości, frustracji i bezsilności sprawiała, że trudno mu było zachować spokój. Jego ciało drżało, a w głowie krążyły myśli o tym, jak Paulina – kobieta, w której zakochał się – teraz tak go upokarzała. Każde cięcie wydawało się być jak cios w jego dumę. Zawsze dbał o swoje włosy, o idealną fryzurę, która była dla niego częścią tożsamości. Teraz, Paulina, ubrana zwyczajnie – w spodnie od dresu, luźną bluzę i wygodne futrzane kapcie, jakby to był zwykły, domowy dzień – obcinała go, niszcząc to, co było dla niego tak ważne.
Pomyślał, że fantazjował o femdom przez tyle lat. Wyobrażał sobie dominujące kobiety, które spełniają jego najskrytsze pragnienia, a teraz? Siedział jak ktoś, kto nie ma głosu, rażony prądem, zniszczony psychicznie i fizycznie przez kogoś, kto… kto nawet nie zadał sobie trudu, żeby się odpowiednio ubrać...
Te futrzane kapcie, które miała na nogach, były dla niego niemal absurdalnym dodatkiem do tej sytuacji. Z jednej strony, Paulina była mistrzynią kontroli, a z drugiej – to właśnie ta codzienna, wygodna odzież potęgowała jego upokorzenie. Czy naprawdę o to chodziło? O to, że w tym wszystkim była taka zwyczajna, a mimo to, całkowicie go miała?

Skończyła obcinać mu włosy i kazała wstać. Przepięła kajdanki na przód i poszli do pomieszczenia obok, które wyglądało jak duża łazienka. Kazała mu stanąć pod ścianą, wzięła wąż ogrodowy i odkręciła wodę. Ku jego zaskoczeniu nie była zimna.
Kiedy skończyła polewać go wodą, podeszła bliżej, wskazując na mały ręcznik, który wyglądał bardziej jak stara, szorstka szmata. 
– Wytrzyj się! 
Posłusznie sięgnął po niego i zaczął wycierać się. Był zdecydowanie za mały, by szybko i skutecznie wysuszyć ciało. Starał się, jak mógł, ale ruchy miał nieporadne przez ograniczenia kajdanek. Wyjątkowo trudne było wytarcie pleców i nóg. Przez kilka minut walczył, czując, że to zadanie jest niemal niemożliwe.

Stała obok, przyglądając się tym wysiłkom z wyraźną pogardą na twarzy. Kiedy w końcu odłożył ręcznik, myśląc, że zrobił to najlepiej, jak potrafił, podeszła do niego. 
– Niedokładnie – powiedziała zimno, wskazując miejsce na jego karku i ramieniu, które wciąż było wilgotne.
 Dlaczego nie wykonałeś mojego polecenia? – zapytała z nutą rozdrażnienia w głosie, mierząc go wzrokiem. Czuł się upokorzony i bezradny. 
– Starałem się ale kajdanki...
– Starałeś się? Nie widzę abyś się starał. Widać samo staranie nie jest wystarczające. Oczekuję od ciebie perfekcji. 
– Paulinko, proszę...
Nie dała mu dokończyć. Uderzyła go kilka razy w twarz otwartą dłonią.
 – Och Łukasz, dość już tego gadania. 
Ponownie wzięła do ręki zapper, spojrzała na niego z chłodnym wyrazem twarzy. 
– Wracaj do poprzedniego pomieszczenia! 

Potulnie poszedł za nią, starając się nie potknąć o własne stopy. Z każdym krokiem czuł, jak jego serce bije coraz szybciej, a w głowie krążyły myśli o tym, co może go jeszcze spotkać.
Kiedy dotarli do pokoju, bez ostrzeżenia dotknęła jego pleców, a potem brzucha. Małe, bolesne wyładowania elektryczne przeszyły ciało, zmuszając go do mimowolnego drgnięcia. Naprężyło się z bólu, wykrzywiając twarz w grymasie cierpienia.
– Wejdź do klatki! 
Wciąż w szoku po wyładowaniu, powoli skierował się w jej stronę, starając się nie popełnić żadnego błędu.

Klatka, w której znalazł się, była klaustrofobicznie wąska. Każdy ruch wymagał ostrożności, bo przestrzeń nie pozwalała na swobodne poruszanie się. Stał tam, czując, jak jego ramiona niemal dotykają krat, a możliwość znalezienia jakkolwiek wygodniej pozycji była całkowicie iluzoryczna. Mógł przykucnąć, ale to wiązało się z koniecznością przełożenia nóg przez wąskie pręty, co tylko potęgowało dyskomfort. Kiedy drzwi zatrzasnęły się z głośnym trzaskiem, poczuł dreszcz przechodzący przez całe ciało. W tej chwili uświadomił sobie, że nie ma wyjścia. Został tu zamknięty, pozbawiony jakiejkolwiek godności i możliwości ucieczki czy sprzeciwu. Podeszła, patrząc na niego z chłodnym spokojem, jakby wszystko, co robi, było częścią starannie zaplanowanej gry. 
– Zostawię Cię teraz samego, Łukasz. Wrócę później. Nie radzę krzyczeć lub hałasować, bo... — w tym momencie  uniosła zapper i ze złośliwym uśmiechem dodała — pogniewamy się jeszcze bardziej.
Nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Nagle nacisnęła wyłącznik światła. Pomieszczenie ogarnęła ciemność. Usłyszał, jak drzwi zamknęły się z delikatnym trzaskiem, a echo odbiło się od ścian. Stojąc w klatce, czując na ciele zimne pręty, wiedział, że nie ma wyboru – musi czekać.

Ciemność była gęsta i nieprzenikniona. Każdy dźwięk wydawał się głośniejszy, a cisza wyjątkowo ciężka. Mięśnie szybko zaczynały pulsować bólem. Początkowo próbował stać nieruchomo, opierając plecy o pręty, jednak po chwili poczuł, jak metal wbija się w jego skórę. Z każdą minutą odczucie było coraz bardziej nie do zniesienia. Potem spróbował kucnąć, ale przestrzeń była zbyt mała, by zrobić to wygodnie. Kiedy podkurczył nogi, poczuł, jak kolana opierają się o pręty, a po chwili jego uda zaczęły piec z wysiłku. Przekładanie nóg przez wąskie pręty, by znaleźć chociaż chwilowe wytchnienie, także nie przyniosło ulgi. Nieznośna ciasnota klatki sprawiała, że każda pozycja wydawała się boleśnie niewygodna. Spróbował usiąść, wciskając się w dół klatki, ale nie mógł znaleźć odpowiedniego miejsca na nogi. Każdy ruch wydawał się katorgą, a czas wydłużał się nieubłaganie. Kolejne minuty a potem godziny w tej klaustrofobicznej przestrzeni wydawały się wiecznością. W jego głowie zaczęły pojawiać się myśli, że może to test. Paulina chciała sprawdzić, ile wytrzyma. Czuł narastającą frustrację, ale wiedział, że krzyczenie czy hałasowanie nie przyniesie niczego dobrego. Próbując opanować rosnącą panikę i zmęczenie, myślał o tym, co go czeka.
Przesuwając się nieznacznie, pomyślał że ona nie jest do końca normalna. Owszem, narobił sporo złego, zdradził ją, złamał ustalone przez nią zasady, ale były chyba jakieś granice.  Ból i frustracja narastały, jego ciało drętwiało z każdą minutą. Wiedział, że gdy tylko Paulina przyjdzie z powrotem, każe jej się uwolnić. Przecież musi go wypuścić, aż tak psychiczna chyba nie jest. Jednak gdzieś głęboko wiedział, że to nie będzie takie proste, bo im dłużej czekał, tym bardziej rozumiał, że ona nie jest osobą, z którą można negocjować w taki sposób. Była mistrzynią kontroli, a każde jej działanie miało przemyślane konsekwencje. Każda sekunda w klatce była częścią tej samej gry – gry, którą prowadziła po mistrzowsku. Upokorzyła go, nie dopuściła do głosu, zamknęła w klatce, a on stał się kolejny raz jej ofiarą i to na własne życzenie. 

Próbował się uspokoić, ale myśli o tym, co go czeka, tylko nasilały lęk. Powtarzał sobie jednak, że musi wytrzymać.

---

Paulina zerkała na zegar, zadowolona z upływającego czasu. Wiedziała, że Łukasz jest teraz zamknięty w klatce, w niewygodnej pozycji,  odizolowany i bezradny, dokładnie tak, jak tego chciała. 
– Kara to kara – pomyślała z chłodnym uśmiechem – dlaczego miałaby być łagodna?
Wiedziała, że te pięć godzin będzie dla niego wiecznością, ale tak właśnie miało to wyglądać. Nie chodziło o fizyczny ból, o niewygodę, ale o coś znacznie głębszego – o psychiczne złamanie, o poczucie, że jest w pełni zależny od niej. Każda minuta była dokładnie zaplanowana, jak kolejny ruch w partii szachów. Nie miała zamiaru przyspieszać jego uwolnienia. Czas w klatce miał przypomnieć mu, że przekroczył granice, a ona nie zamierzała tego tolerować. Ostatecznie, to ona miała pełną kontrolę – zawsze. Wiedziała, że będzie mu niewygodnie - tak została zaprojektowana ta klatka, sama ją tak zaprojektowała. Wiedziała również, że poza brakiem komfortu i bólem mięśni nic mu nie grozi. Zerknęła do laptopa na obraz z piwnicy – stał nieruchomo jakby w końcu udało mu się znaleźć w miarę wygodną pozycję.
Usiadła przed toaletką i zaczęła nakładać makijaż. Następnie upięła swoje blond włosy w wysoki koński ogon. Gdy skończyła sięgnęła po swoje ubrania, które leżały starannie przygotowane na fotelu. Wybrała skórzane spodnie, które idealnie przylegały do jej nóg, podkreślając każdy ich kształt. Następnie nałożyła białą jedwabną koszulę i zapięła ją pod samą szyję, tworząc kontrast między surową skórą spodni a delikatną tkaniną. Sięgnęła po krótką skórzaną kurtkę, a następnie włożyła czarne oficerki. Na dłonie wsunęła krótkie, skórzane rękawiczki. Spojrzała na swoje odbicie – silna, piękna, dominująca. Uśmiechnęła się, zadowolona z efektu. Jeszcze raz przelotnie zerknęła w lustro i zeszła po schodach na dół, gotowa, by wymierzyć mu właściwą karę.
Gdy otworzyła drzwi, ostre światło padło na twarz więźnia, który odruchowo zmrużył oczy, oślepiony nagłą zmianą. Stał w klatce od kilku godzin, zmęczony, udręczony, każdy mięsień w jego ciele krzyczał z bólu. Zatrzymała się na moment, spoglądając na niego, a na jej twarzy pojawił się delikatny, ale zimny uśmiech. Przesunęła wzrokiem po ciele Łukasza, który już ledwo trzymał się na nogach, widocznie wyczerpany. Wiedziała, że te godziny w klatce były dla niego torturą – zmuszony do stania, z ograniczoną możliwością ruchu, był teraz u kresu sił. Czuł się bezbronny, a ona uwielbiała to uczucie, gdy miała przed sobą bezbronną ofiarę.
— Cóż, Łukaszu, wygląda na to, że dotychczasowa kara już cię czegoś nauczyła. Ale czy wystarczająco?
Podniosła brwi z lekką nutą zadowolenia, widząc jego wyczerpaną twarz. Każdy krok w stronę klatki był powolny, przemyślany, pełen władzy. Stojąc teraz bezpośrednio przed nim, spojrzała z wyraźną satysfakcją. Zaczęła powoli bawić się zapperem, przesuwając go w dłoni i cicho go włączając, wydobywając z urządzenia charakterystyczny dźwięk. Wyczerpany i rozdrażniony, spojrzał na nią, próbując zebrać się w sobie. Miał dosyć.
– Wypuść mnie – powiedział stanowczo, jego głos drżał nieco z emocji, ale brzmiał zdecydowanie. – Chcę z tobą porozmawiać.
Spojrzała zaskoczona, jej twarz stężała a oczy wbiły się w niego jak sztylety.
– Co takiego? Coś ci się pomieszało? Ty mi rozkazujesz?
Nie czekała na odpowiedź bez ostrzeżenia, przyłożyła mu zapper do brzucha. Zgiął się z bólu, wyraźnie zaskoczony siłą impulsu. Jego ciało drgnęło, a krzyk utknął mu w gardle.
– Nie masz prawa żądać ode mnie niczego – powiedziała chłodno. – Wszystko, co miało być powiedziane, już usłyszałam. Teraz jest tylko czas na karę.
Wciąż dochodząc do siebie po szoku, patrzył na nią z mieszanką przerażenia, bólu i złości. Wiedział, że nie ma z nią szans w takim stanie. Miała nad nim pełną kontrolę, i co gorsza, nie zamierzała jej oddać.
– Ale... Skoro uważasz mnie za niebezpieczną, pozwolę ci użyć słowo bezpieczeństwa – mówiła teraz spokojniej, niemal łagodnie. – Jeśli naprawdę uważasz, że zaszłam za daleko, że nie możesz tego znieść, wypowiedz je. Wtedy cię wypuszczę, od razu, bez żadnych warunków. 
Podniosła brew, a jej usta wykrzywił lekki, drwiący uśmiech.
– Ale pamiętaj – kontynuowała – jeśli to zrobisz, nie zobaczysz mnie nigdy więcej. Ani mnie, ani tego, co mogłabym ci dać. Odpuszczę ci karę, ale nigdy nie wrócę. Zastanów się więc dobrze.
Nachyliła się nieco bliżej, wpatrując mu się w oczy. Jej wzrok był przenikliwy, pełen wyczekiwania. Wiedziała, że Łukasz był rozdarty, wiedziała że kochał ją i nienawidził jednocześnie. Wiedziała, że właśnie teraz walczył z samym sobą.
– Co wybierzesz, Łukaszu? – zapytała, delikatnie przesuwając zapperem wzdłuż jego ciała, zaledwie dotykając skóry, ale wystarczająco, by poczuł napięcie w powietrzu. Będziesz moim posłusznym niewolnikiem i przyjmiesz zasłużoną karę?
– Hasło to ,,czerwony". Wypowiesz je? Czekam!
Spojrzał na nią z mieszanką strachu i determinacji. Nie chciał tego słowa. Nie mógł.
– Nie – odpowiedział cicho, choć w jego głosie była stanowczość.
Spojrzała,  jakby zaintrygowana.
– Więc wybierasz karę? Ale nie wystarczy, że to powiesz, niewolniku. Musisz pokornie o nią poprosić. Z całego serca. Błagać mnie abym cię ukarała.
Poczuł, jak coś w nim się załamuje. Wiedział, że to moment, w którym musi się poddać. To był ostatni krok, ostateczne poniżenie, na które musiał się zgodzić, by zyskać jej łaskę, by nie stracić jej całkowicie.
Zacisnął zęby, spojrzał na nią, a potem opuścił głowę. Cała jego wola, cała jego duma została złamana. 
– Paulinko.... Proszę cię o wymierzenie mi kary. Proszę cię o ukaranie mnie za moje błędy, za to, co zrobiłem.
Patrzyła na niego, jakby czekała na więcej. Jej wzrok mówił wszystko – nie była jeszcze usatysfakcjonowana.
– Zasłużyłem na karę – kontynuował, jego głos zaczął drżeć. – Wiem, że zawiodłem cię. Proszę... Błagam cię, ukarz mnie, tak jak uważasz za stosowne.
Na jej twarzy pojawił się cień satysfakcji. Oczekiwała tego – pełnego, pokornego poddania. Słowa Łukasza brzmiały dokładnie tak, jak chciała.
– Dobrze – powiedziała zimno, odkładając zapper z powrotem na miejsce. – Wiesz, co cię czeka, Łukaszu. Ale najpierw przygotuję cię odpowiednio.
Otworzyła klatkę i szarpnęła za obrożę, ciągnąc go za sobą jak zwierzę. Potknął się, ale poszedł posłusznie w stronę ławki do spankingu.
Mebel był prosty i bezlitosny – ciężka, surowa konstrukcja z ciemnego drewna, nachylona pod ostrym kątem. Miała wymuszać upokarzającą, całkowicie bezbronną pozycję: biodra uniesione najwyżej, głowa i klatka piersiowa niżej, plecy wygięte w łuk. Już sam jej widok sprawiał, że w gardle Łukasza zasychało.
– Podejdź – poleciła lodowatym głosem.
Stawiał kroki powoli, jakby każdy z nich przybliżał go do czegoś nieodwracalnego. Gdy stanął przy ławce, przyciągnęła go gwałtownie za obrożę i pchnęła mocno w dół. Jego tors uderzył o twarde drewno z głuchym odgłosem. Kolana natychmiast się ugięły, a nogi rozjechały się na boki – ławka była skonstruowana tak, by nie pozwalać na żadną wygodną postawę. Brzuch i biodra wbiły się w ostrą krawędź, a ciężar ciała przeniósł się na żebra i mostek, utrudniając oddychanie.
– Nie ruszaj się – syknęła.
Jej palce były szybkie i precyzyjne. Najpierw nadgarstki – metalowe pierścienie zamknęły się wokół nich z chłodnym szczęknięciem, a szerokie skórzane pasy zacisnęły boleśnie, wcinając się w skórę. Potem nogi. Pasy wokół kostek zostały mocno zapięte, a nogi rozciągnięto szeroko, niemal do granic możliwości. Każdy centymetr tej pozycji pogłębiał napięcie w dole pleców, w ścięgnach ud i w karku. Biodra unosiły się wysoko, całkowicie odsłaniając tyłek i krocze. Klatka piersiowa wisiała niemal w powietrzu, a drewniana krawędź wbijała się w brzuch jak stalowa belka.
Łukasz czuł, jak ciało protestuje już teraz – mięśnie drżały od nienaturalnego rozciągnięcia, oddech stał się płytki i urywany. Nie mógł się wyprostować, nie mógł złączyć nóg, nie mógł nawet unieść głowy. Był całkowicie unieruchomiony, wystawiony, bezradny.
Paulina obeszła ławkę powoli. Zatrzymała się przy jego głowie, pochyliła się i złapała go za podbródek unosząc mu twarz. W jej oczach płonęła zimna, głęboka satysfakcja.
– Wygodnie? – zapytała z drwiącym uśmieszkiem.
Nie był w stanie odpowiedzieć. Ślina zebrała mu się w ustach, ale gardło zacisnęło się w supeł. Drewno wbijało się w ciało z każdym oddechem, a świadomość, że nie może się ruszyć nawet o milimetr, zaczęła powoli zalewać jego umysł falą upokorzenia.
Puściła go i wyprostowała się. Przez chwilę milczała, patrząc na niego z góry – nagiego, związanego, z wypiętymi  pośladkami i drżącymi mięśniami.
– Dobrze – powiedziała cicho, niemal pieszczotliwie. – Właśnie tak cię chciałam widzieć

Sięgnęła po flogger. Rękojeść była ciężka i dobrze wyważona w dłoni, a długie, cienkie rzemienie z miękkiej skóry zwisały luźno, muskając jej udo. Wiedziała dokładnie, co potrafi to narzędzie – od delikatnego, rozgrzewającego masażu po palący, głęboki ból.
Stanęła z boku ławki, nieco z tyłu, tak by miał ją w ograniczonym polu widzenia. Przez chwilę ważyła narzędzie w dłoni, jakby dawała mu czas na przygotowanie się. Potem zamachnęła się lekko.
Pierwsze uderzenie było niemal pieszczotą – rzemienie świsnęły w powietrzu i opadły na jego pośladki z miękkim, rozłożonym plaśnięciem. Kolejne przyszły w równym, powolnym rytmie. Każdy zamach kończył się szerokim, obejmującym uderzeniem, które rozgrzewało skórę.
Łukasz wciągnął powietrze. Na początku czuł tylko ciepło – lekkie, łaskoczące pieczenie, które rozlewało się po pośladkach i udach. Rzemienie muskały go raz po raz, budując napięcie warstwa po warstwie. Skóra stawała się coraz bardziej wrażliwa, coraz gorętsza. Z każdym uderzeniem pieczenie pogłębiało się, przechodziło w wyraźniejsze, ostre ukłucia.
Paulina nie spieszyła się. Obserwowała jego reakcje z zimną uwagą – drżenie mięśni, napięcie w plecach, sposób, w jaki palce zaciskały się bezsilnie w powietrzu. Stopniowo zwiększała siłę. Rzemienie zaczęły świstać głośniej, a uderzenia stały się cięższe, bardziej zdecydowane. Teraz każdy cios zostawiał po sobie wyraźny, piekący ślad.
Jego pośladki szybko przybrały głęboki, czerwony odcień. Skóra płonęła. Tam, gdzie rzemienie trafiały na już rozgrzane miejsca, ból stawał się ostrzejszy, bardziej gryzący. Czuł, jak ciepło rozchodzi się głębiej – do mięśni, do krwi. Każdy oddech przypominał mu, jak bardzo jest unieruchomiony, jak całkowicie wystawiony na jej wolę.
Zmieniła kąt uderzenia, trafiając nieco niżej, na granice pośladków i ud. Tym razem syknął cicho przez zaciśnięte zęby. Uśmiechnęła się.
– Już zaczyna boleć? – zapytała cicho, niemal czule. – To dopiero rozgrzewka.
Flogger znów świsnął w powietrzu. Tym razem uderzenie było mocniejsze, bardziej skupione. Piekący żar eksplodował na skórze, a on mimowolnie szarpnął się w więzach, choć wiedział, że to na nic.
Po kilku minutach intensywnego bicia floggerem odłożyła narzędzie na stolik. Skóra Łukasza płonęła, ale ona wciąż nie wydawała się usatysfakcjonowana.
– To dopiero początek – rzuciła zimno, niemal obojętnie.
Sięgnęła po pierwszą packę – ciężką, szeroką, wykonaną z grubej, sztywnej skóry. Była masywna, zaprojektowana tak, by uderzenie rozkładało się na dużej powierzchni, ale wbijało się głęboko w ciało.
Stanęła z boku i bez ostrzeżenia wymierzyła pierwsze uderzenie. Głuche, mocne plaśnięcie rozeszło się po pomieszczeniu. Łukasz szarpnął się w więzach i wydał z siebie zduszony jęk. Ból był zupełnie inny niż przy floggerze – ciężki, rozległy, wciskający się w mięśnie. Packa nie smagała, tylko miażdżyła. Każde uderzenie powodowało falę gorąca, która rozchodziła się po pośladkach i udach.
Paulina biła równo, metodycznie, zostawiając mu sekundę, dwie na złapanie oddechu, po czym następował kolejny cios. Z każdym uderzeniem skóra robiła się coraz bardziej napięta, coraz gorętsza. Po kilkunastu razach pośladki pulsowały już żywym, głębokim bólem.
– Boli, prawda? – zapytała spokojnie. – A to wciąż tylko rozgrzewka.
Zaciskał zęby tak mocno, że słyszał ich zgrzytanie. Mięśnie drżały mu z wysiłku, próbując choć trochę złagodzić impet uderzeń. Frustracja mieszała się z bólem – im bardziej się napinał, tym gorzej to znosił.
Paulina odłożyła pierwszą packę i sięgnęła po drugą. Była mniejsza, węższa i znacznie twardsza. Gdy uderzyła nią po raz pierwszy, Łukasz wydał głośniejszy, bardziej zwierzęcy jęk. Ból był teraz ostry, skoncentrowany, jakby ktoś wbijał mu rozżarzony pręt w ciało. Każde uderzenie zostawiało po sobie palące, głębokie echo, które nie chciało ustąpić.
Biła go dalej – rytmicznie, bez litości. Pośladki i górna część ud stały się jedną wielką, pulsującą powierzchnią bólu. Ciało zaczęło drżeć w sposób, nad którym nie mógł zapanować. Z gardła wydobywały mu się już nie tylko jęki, ale ciche, zduszone skomlenia.
W końcu przerwała. Odłożyła packę i powoli przesunęła dłonią po jego rozgrzanych, intensywnie czerwonych pośladkach. Skóra była gorąca, niemal parzyła. Delikatnie wbiła palce w obolałe mięśnie, wywołując nowy, ostry dreszcz bólu.
Uśmiechnęła się z zimną satysfakcją.
– Jesteś już dobrze przygotowany – powiedziała cicho. – Skóra napięta, rozgrzana, wrażliwa… Idealna. Nawet przez rękawiczkę czuję jaka jest gorąca. 
Obeszła ławkę i stanęła przed nim. W ręku trzymała trzy trzcinki. Pokazała mu je, jedną po drugiej.
– To będzie właściwa część kary – oznajmiła. – Zaczniemy od najłagodniejszej.
Uniosła pierwszą – klasyczną, długą i cienką, wykonaną z rattanu. Była giętka, niemal elegancka. Przeciągnęła nią powoli przez dłoń, jakby sprawdzała sprężystość. Druga była czarna, gumowa – cięższa i bardziej elastyczna niż rattan. Paulina zważyła ją w dłoni, uśmiechając się lekko.
– Z tą będzie już znacznie trudniej – powiedziała cicho, niemal pieszczotliwie. – Dużo głębiej.
Trzecia była z bambusa – pozornie delikatna, smukła, ale nieustępliwa i wyjątkowo sprężysta.
– A ta… – zawiesiła głos, przesuwając palcem po gładkiej powierzchni. – Jeśli w ogóle do niej dotrzesz, to zapamiętasz ją na bardzo długo. Choć szczerze wątpię, żebyś dał radę. Jesteś na to zbyt słaby.
Łukasz milczał, oddychając płytko.
– Każda po dwadzieścia uderzeń – kontynuowała Paulina. – Będziesz liczył na głos, wyraźnie i spokojnie. Jeśli się pomylisz, zacznę od nowa. Zrozumiano?
Nie czekała na odpowiedź. Stanęła za nim, uniosła pierwszą trzcinkę i zamachnęła się. Świst. Ostry, suchy trzask. Ból przeciął pośladki jak rozżarzony drut. Łukasz szarpnął się w więzach, ale nie mógł uciec nawet o milimetr.
– Jeden… – wyszeptał, starając się utrzymać głos w ryzach.
Paulina nie spieszyła się. Czekała, aż ból w pełni się rozwinie, zanim uniosła trzcinkę ponownie. Drugie uderzenie spadło prawie w to samo miejsce, potęgując poprzednie.
– Dwa…
Z każdym kolejnym ciosem ból stawał się gęstszy, bardziej palący. Trzcinka zostawiała wąskie, idealnie proste linie, które szybko zmieniały kolor na głęboką czerwień, a potem purpurę. Po piątym uderzeniu czuł już, jak zaczyna tracić kontrolę nad oddechem.
– Pięć… sześć… siedem… – liczył coraz bardziej drżącym głosem.
Ciało instynktownie próbowało uciec, napinało się, wiło w bezsilnych skurczach, ale pasy trzymały go bezlitośnie w miejscu. Mógł tylko przyjmować każdy cios dokładnie tam, gdzie Paulina chciała.
– Osiem… dziewięć… dziesięć…
Przy trzynastym uderzeniu głos mu się załamał. Ból był już tak głęboki, że czuł go nie tylko na skórze, ale w mięśniach, w kościach biodrowych. Pot spływał mu po plecach i skroniach.
– Czternaście… piętnaście…
– Głośniej – upomniała go spokojnie.
– Sz-sz… szesnaście… siedemnaście…
Zaciskał zęby tak mocno, że szczęka mu drżała. Mięśnie nóg i pośladków trzęsły się niekontrolowanie.
– Osiemnaście… dziewiętnaście… Dwadzieścia!
Kiedy wypowiedział ostatnie słowo, opuściła trzcinkę. Przez chwilę milczała, przyglądając się efektowi swojej pracy. Pośladki Łukasza były pokryte równymi, równoległymi pręgami – niektóre jaskrawo czerwone, inne już sine. Skóra pulsowała gorącem.
Podeszła bliżej i musnęła palcami jedną z linii. Łukasz syknął przez zęby.
– Nieźle jak na początek – powiedziała cicho. – Ale to była najłagodniejsza z trzech.
Odłożyła rattan i sięgnęła po czarną, gumową. Ta była wyraźnie cięższa, bardziej giętka, groźniejsza.
– Teraz będzie bolało naprawdę, obiecuję ci.
Pierwsze uderzenie spadło z ciężkim, głuchym hukiem. Siła była tak duża, że całe jego ciało zesztywniało w jednej sekundzie. Ból nie był ostry i czysty jak przy rattanie – był ciężki, rozległy, miażdżący. Gumowa trzcinka wbiła się głęboko w już i tak obolałe mięśnie, pozostawiając pulsujący, palący ślad, który rozchodził się falami daleko poza miejsce uderzenia.
Drugie uderzenie przyszło chwilę później. Tym razem drgnął gwałtownie, jakby przeszyła go elektryczność. Ból był głębszy, bardziej tępy, jakby trzcinka nie tylko smagała skórę, ale wciskała się w samo ciało.
Trzecie. Zacisnął zęby tak mocno, że poczuł ból w szczęce. Oddech stał się krótki, urywany. Piekący żar narastał z każdą sekundą, nie pozwalając mu złapać tchu.
Czwarte uderzenie wyrwało mu z gardła pierwszy, niekontrolowany krzyk. Gumowa trzcinka była nieubłagana – uderzała wolniej, ale z o wiele większą masą i elastycznością, przez co ból rozciągał się w czasie, pogłębiał i wracał jeszcze silniejszy.
Piąte. Tym razem trafienie w to samo, już obrzmiałe miejsce. Szarpnął się w więzach z całej siły, ale pasy trzymały go bezlitośnie. Szóste uderzenie złamało go.
Krzyk, który wyrwał mu się z piersi, był głośny, rozpaczliwy, niemal zwierzęcy.
– Sześć! – wysapał, a potem głos mu się całkowicie załamał. – Nie mogę… nie dam rady! Proszę!
Paulina zatrzymała rękę w połowie zamachu. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko jego ciężkim, urywanym oddechem. Obeszła ławkę i stanęła przed nim. Schyliła się lekko, łapiąc go za podbródek i unosząc mu głowę, by musiał spojrzeć jej w oczy. Jej spojrzenie było lodowate, spokojne i absolutnie bezlitosne.
– Dlaczego nie dasz rady, Łukaszu? – zapytała cicho, niemal intymnie. – Przecież sam tego chciałeś. Sam prosiłeś o karę. A teraz, po zaledwie sześciu uderzeniach drugą trzcinką, już się poddajesz?
Jej głos był miękki, ale każde słowo wbijało się jak igła.
– Myślałeś, że to będzie łatwe? Że wystarczy zacisnąć zęby i przetrwać? Nie. Kara ma boleć. Ma cię złamać. Ma ci przypomnieć, gdzie jest twoje miejsce i kto jest twoją panią.
Łukasz czuł, jak pieką go oczy. Łzy napływały mu do powiek, ale starał się je powstrzymać. Ciało drżało mu niekontrolowanie, pośladki pulsowały żywym, głębokim bólem, a każda komórka krzyczała, żeby to się skończyło.
– Naprawdę nie dam rady… – wyszeptał słabym, załamanym głosem. – To za dużo…
Patrzyła na niego jeszcze przez chwilę, po czym na jej ustach pojawił się chłodny, sardoniczny uśmieszek.
– Nie dasz rady? – powtórzyła z wyraźną pogardą. – Tak myślałam. Jesteś słaby. Żałośnie słaby. No więc jak będzie? Poddajesz się? Czy jednak przyjmiesz resztę jak mężczyzna i dokończysz karę? Decyduj. 
Jej oczy były zimne i wyczekujące. Każdy nerw w ciele Łukasza krzyczał. Pośladki pulsowały żywym, głębokim ogniem, a gumowa trzcinka w dłoni Pauliny wydawała się o wiele cięższa i bardziej okrutna niż rattan.
Podeszła bliżej, nachylając twarz tuż przy jego mokrej od potu skroni.
– Przecież to kara, Łukaszu – powiedziała cicho, niemal troskliwie. – Naprawdę myślałeś, że będzie inaczej?
Zaczął błagać, głosem drżącym i załamanym:
– Proszę… Paulina… już nie mogę… błagam cię, zlituj się… to za dużo…
Jej twarz pozostała niewzruszona. Jedynie kącik ust drgnął lekko.
– Hasło albo biję dalej – powiedziała spokojnie, obracając trzcinkę w palcach. – Decyzja należy do ciebie.
Zacisnął powieki. W głowie szumiało mu od adrenaliny i desperacji. Wiedział, że jedno słowo wystarczy, by wszystko się skończyło. Ale nie mógł go wypowiedzieć. Nie chciał. Paulina wyprostowała się i uniosła rękę. Siódme uderzenie spadło z siłą, która wycisnęła mu z płuc resztki powietrza. Krzyknął głośno, szarpiąc się w więzach.
Ósme. Dziewiąte. Dziesiąte.
Ból już nie był falą – był stałym, palącym piekłem, które wgryzało się coraz głębiej w mięśnie. Łzy ponownie napłynęły mu do oczu i popłynęły po policzkach.
– Dość… dość, błagam! – wychrypiał między uderzeniami.
– Hasło albo biję do dwudziestu – powtórzyła lodowato, nie zwalniając tempa.
Jedenaste. Dwunaste. Trzynaste.
Krzyk przeszedł w szloch. Ciało trzęsło się, pot spływał po plecach, a pośladki pulsowały tak mocno, jakby miały zaraz pęknąć.
– Paulinko… proszę… nie dam rady… – łkał, opuszczając głowę.
– Nie ma litości za zdradę. Znasz zasady. Jedno słowo i jesteś wolny. Inaczej dokończę karę.
Nie powiedział hasła.
Czternaste uderzenie. Piętnaste. Szesnaste.
Krzyczał już bez opamiętania, szlochając i krztusząc się. Głos ledwo mu wychodził spomiędzy łez.
– Szesnaście… – wysapał z trudem.
– Głośniej – poleciła ostro.
– Siedemnaście…
Osiemnaste uderzenie było najmocniejsze jak dotąd. Ciałem wstrząsnął potężny spazm.
– Osiemnaście…!
Dziewiętnaste. Dwudzieste.
Przy ostatnim uderzeniu z jego gardła wyrwał się już tylko ochrypły, rozpaczliwy krzyk. Potem zapadła cisza, przerywana tylko ciężkim, urywanym szlochem.
Paulina odłożyła gumową trzcinkę na stolik z cichym stuknięciem. Przez chwilę przyglądała się efektowi swojej pracy – pośladki Łukasza były pokryte grubymi, ciemnoczerwonymi i purpurowymi pręgami, niektóre zaczynały sinieć. Skóra była napięta i gorąca.
Obeszła ławkę i stanęła przed nim. Powoli, niemal zmysłowo zaczęła poprawiać rękawiczki. Naciągała je palec po palcu, wygładzała z namaszczeniem. Skóra cicho zatrzeszczała. Każdy ruch był spokojny, kontrolowany, pełen świadomej uwodzicielskiej nonszalancji.
Patrzyła na niego z góry – drżącego, zapłakanego, całkowicie złamanego – a na jej ustach pojawił się delikatny, triumfalny uśmiech.
– Dobry chłopiec – powiedziała cicho, prawie pieszczotliwie. – Wytrzymałeś. Choć ledwo.
Jej oczy błyszczały ciemnym zadowoleniem. Stała nad nim jak królowa, która właśnie potwierdziła swoją absolutną władzę.
Sięgnęła po trzecią trzcinkę – bambusową. Najcięższą, najtwardszą i najbardziej bezlitosną z całej trójki. Była smukła, ale sztywna, niemal jak stalowy pręt pokryty lakierem. 
– Jeśli choć raz zaczniesz błagać mnie o litość – powiedziała cicho, z zimnym uśmiechem – doliczę kolejne dziesięć uderzeń. A teraz licz. Głośno i wyraźnie.
Pierwsze uderzenie spadło z suchym, ostrym trzaskiem. Ból był natychmiastowy i brutalny – jakby ktoś przeciął mu skórę rozżarzonym nożem. Fala ognia wystrzeliła w górę kręgosłupa aż do karku.
– Jeden… – wycedził przez zaciśnięte zęby, walcząc, by nie krzyknąć.
Drugie uderzenie było jeszcze gorsze. Uderzyła celowo w to samo miejsce, pogłębiając ranę.
– Dwa… – jęknął, a głos mu drżał.
Trzecie. Ciało zaczęło mu się trząść mimowolnie. Mięśnie nóg i pośladków kurczyły się w spazmach.
– Trzy…
Czwarty cios spadł dokładnie tam, gdzie poprzednie. Skóra już pękała. Łukasz nie wytrzymał – krzyk wyrwał mu się z gardła.
– Cztery!
Piąte uderzenie odebrało mu oddech. Ból stał się tak głęboki, że czuł go w kościach biodrowych.
– Pięć… – wysapał.
Szóste. Siódme.
Przy siódmym nie zdołał powstrzymać błagania:
– Siedem! Proszę… Paulina, błagam… nie mogę więcej…
– Doliczam dziesięć – powiedziała spokojnie, bez najmniejszego wahania. – Razem dwadzieścia trzy. Licz dalej i nie waż się ponownie prosić o litość.
Ósme. Dziewiąte. Dziesiąte.
Głos Łukasza stawał się coraz bardziej załamany, ledwo rozpoznawalny. Pośladki płonęły żywym ogniem, każdy centymetr skóry pulsował piekącym, rozdzierającym bólem.
Przy jedenastym uderzeniu coś w nim pękło.
– Nie! Czerwony! – wrzasnął rozpaczliwie. – Czerwony! Czerwony!
Zatrzymała rękę w połowie zamachu. Trzcinka znieruchomiała w powietrzu. Łukasz szlochał głośno, całym ciałem wstrząsały mu konwulsje. Łzy spływały strumieniami po jego twarzy, mieszały się z potem. Oddychał ciężko, urywanie, jakby tonął.
Paulina przez chwilę milczała. Potem obeszła ławkę i stanęła przed nim. Złapała go i uniosła jego zapłakaną twarz, by musiał spojrzeć jej w oczy.
– Zdecydowałeś – powiedziała cicho. – Znasz zasady. Hasło to hasło. Kara kończy się w tej chwili.
Łukasz opuścił głowę, drżąc i szlochając z ulgi, wyczerpania i upokorzenia. Stała nad nim jeszcze przez moment, patrząc na jego drżące, pokryte potem i łzami ciało. Na jej ustach pojawił się bardzo delikatny, prawie niedostrzegalny uśmiech – mieszanka satysfakcji i dumy.
– Znasz zasady. To koniec.

Gdy uwolniła go z więzów, jego ciało opadło bezwładnie na podłogę. Mimo ogromnego bólu, natychmiast podczołgał się do jej stóp. Twarz dotknęła skórzanych oficerek, a usta zaczęły składać na nich ciche, błagalne pocałunki.
– Proszę, Paulinko... błagam cię, daj mi jeszcze jedną szansę  szeptał, głos łamał mu się od bólu i desperacji. Każde słowo wydawało się nasycone całkowitą uległością. Stała nieruchomo, przyglądając się temu widowisku z lekkim, złośliwym uśmiechem na ustach. Jej piękna twarz była jak maska – zimna, opanowana, uderzała lekko trzcinką o dłoń. Każde uderzenie tworzyło rytmiczny, niepokojący dźwięk, jakby odliczała coś w swojej głowie. Oficerki błyszczały w świetle, a on, skulony przy jej stopach, był obrazem całkowitej bezradności.
Przez chwilę nic nie mówiła, patrząc na niego z góry, obserwując jego desperację z chłodnym zadowoleniem. Nagle, bez ostrzeżenia, odsunęła się gwałtownie, przerywając ten moment upokorzenia.
– Nie! – jej głos przebił powietrze jak uderzenie. 
Zatrzymał się w miejscu, a on, wciąż na kolanach, zadrżał, słysząc te słowa. Spojrzała na niego z pogardą.
– Znałeś zasady. Masz dziesięć minut na opuszczenie mojego domu.

Spojrzał na nią z mieszanką przerażenia i wściekłości, jego oczy były szeroko otwarte. Nie wiedział, jak zareagować. Stała bokiem wciąż uderzając trzcinką o dłoń, rękawiczki połyskiwały delikatnie w świetle. Nie czekała na jego reakcję. Po prostu odeszła, zostawiając go samego na podłodze, zdruzgotanego i bezradnego. Stanęła w drzwiach
 Szybciej –  rzuciła chłodno, jakby to, co się wydarzyło, nie miało dla niej żadnego znaczenia. Wciąż zapłakany i rozbity, poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość, umysł płonął od myśli, które przez ostatnie chwile tłumił.
 Jesteś jednak nienormalna, wszyscy mieli rację   wykrztusił w końcu, głos wibrował od emocji.   Zobacz, co ty wyprawiasz! Żyjesz w jakimś chorym świecie, to wszystko jest... to jest chore!   Łzy spływały mu po policzkach, mieszając się z gniewem i żalem, ale w jego słowach pojawił się pierwszy raz od dawna cień buntu.
Paulina nie zareagowała. Po prostu stała i patrzyła na niego z chłodnym dystansem. Jej twarz pozostawała nieprzenikniona, jakby te słowa były jedynie cieniem, który przeleciał obok. Spojrzała na zegarek, całkowicie ignorując ten emocjonalny wybuch. 

Łukasz wszedł na górę, czując w sobie narastającą frustrację. Mimo bólu ubierał się szybko, jednocześnie wyrzucając jej wszystkie krzywdy, jakie mu wyrządziła. Słowa były pełne goryczy i żalu. Paulina, dotąd słuchała przez chwilę z kamienną twarzą ale nie wytrzymała w końcu. 
 Oj, zamknij się w końcu i już wypierdalaj!  – powiedziała ostro, podchodząc do niego zdecydowanym krokiem. Chwyciła go za ramię i niemal siłą wypchnęła za drzwi. Zdezorientowany, znalazł się na zewnątrz, drzwi zatrzasnęły się. Kurtkę musiał ubrać już na dworze, czując zimny podmuch wiatru, który dodatkowo spotęgował jego irytację. Usłyszał za sobą kliknięcie zamka. Przechodząc obok jej Audi, pełen złości, kopnął w koło. Nagle rozległ się głośny alarm samochodowy, który odbił się echem po spokojnej okolicy. Odetchnął ciężko, z trudem wsiadł do swojego auta, wciąż czując palący ból na pośladkach, który przeszywał ciało przy każdym ruchu. Kiedy odjeżdżał, w głowie miał tysiące myśli, ale czuł, że musi się od niej uwolnić. Raz na zawsze. I chyba udało mu się... „Psychopatka. Pojebana sadystka” – pomyślał.

Paulina, stojąc za firanką, dyskretnie obserwowała całe zajście. Widziała, jak odjeżdża, a lekki uśmiech pojawił się na jej ustach. Alarm samochodowy wył a ona tylko spokojnie czekała, aż sam się wyłączy. Patrzyła na oddalające się światła jego Clio. To był koniec tej farsy.

-----






Rozdział XLVI
„Sześćdziesiona"


Trójmiasto, marzec 2024


Kilka dni po tym, co wydarzyło się u Pauliny, Łukasz wciąż nie mógł dojść do siebie. Przeżycia tamtej nocy odbiły się na nim mocniej, niż mógł przypuszczać. Jego ciało co prawda powoli regenerowało się po brutalnym pobiciu, ale to, co działo się w głowie, było znacznie trudniejsze do uporządkowania. Paulina odcisnęła na nim swoje piętno – była nie tylko dominująca, ale też bezwzględna, a to co mu zrobiła wykraczało daleko poza jego granice. Czuł gniew i upokorzenie. Przez te kilka dni był zagubiony, nie wiedząc, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Odczuwając ulgę, że to już koniec, myślał o Zosi i o tamtej nocy, kiedy znalazł w niej chwilę ciepła i bezpieczeństwa. Wspomnienie o tym było jednak równie bolesne – Zosia nie chciała niczego więcej poza przyjaźnią. Czuł, że jego życie w tej chwili jest pełne chaosu.
Długo patrzył w ekran telefonu, zanim zdecydował się w końcu wybrać jej numer. Jego palce drżały, a myśli krążyły wokół tego, co chciał powiedzieć. W końcu zebrał się na odwagę i zadzwonił. Po kilku sygnałach usłyszał jej głos.
– Łukasz?
– Zosiu... – zaczął niepewnie. – Potrzebuję cię. Przyjedź, proszę.
– Łukasz, co się dzieje? Wszystko w porządku? Masz jakiś dziwny głos.
– Nie... nie jest w porządku. Potrzebuję pogadać. Potrzebuję ciebie. Mogłabyś przyjechać? Pamiętam co mówiłaś, ale potrzebuję cię.
– Dobrze, przyjadę. Porozmawiamy na spokojnie, okej?
– Dziękuję...



Pojawiła się po godzinie.
Gdy tylko weszła do mieszkania, od razu poczuła, że coś jest nie tak. W powietrzu wisiało napięcie — ciężkie, trudne do uchwycenia, ale wyraźnie obecne. 
– Hej… – powiedziała cicho.
Podszedł do niej, ale jego ruchy były nienaturalnie ostrożne. Kiedy go objęła na powitanie, odruchowo się napiął — i niemal natychmiast odskoczył, jakby coś go sparzyło. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu, którego nie zdążył ukryć.
– Co ci jest? – zapytała, cofając się o krok i patrząc na niego uważnie.
– Nic… – odpowiedział zbyt szybko.
Zmrużyła oczy, ale nic nie powiedziała. Przeszła do salonu i usiadła na kanapie, odkładając torebkę obok siebie. Przez chwilę obserwowała go w milczeniu. Łukasz wciąż stał, jakby ta pozycja była dla niego bezpieczniejsza.
– Usiądź, co tak stoisz?
Zawahał się. Podszedł powoli i spróbował usiąść. W momencie, gdy jego ciało zbliżyło się do kanapy, napiął się wyraźnie. Opuszczał się ostrożnie, centymetr po centymetrze, jakby każdy ruch sprawiał mu trudność. Kiedy w końcu usiadł, zrobił to bardzo delikatnie, z wyraźnym wysiłkiem, starając się nie okazać, jak dużo go to kosztuje.
Zosia patrzyła na niego coraz uważniej.
– Łukasz… co się dzieje? Masz mi powiedzieć.
Przetarł dłonią twarz.
– Zosiu… – zaczął cicho. – Nie wiem, od czego zacząć.
Zamilkł na moment, jakby próbował uporządkować myśli, które rozchodziły się w nim na wszystkie strony.
– Wszystko się posypało – powiedział w końcu. – Paulina… to, co się między nami wydarzyło, to już nie jest normalne.
Jego głos był zmęczony. I gdzieś pod nim było coś jeszcze — coś, co Zosia rozpoznała od razu. Bezradność.
– Co masz na myśli?
– Wszystko się wydało.
– Co się wydało? O co ci chodzi?
– Ona... ona ma taka moc w sobie. Tylko spojrzała i do wszystkiego się przyznałem. Do tego, że spotkałem się z tobą, do tego, że zdjąłem chastity. Nie mogłem tego znieść. To było piekło. Nie wytrzymałem ani fizycznie, ani psychicznie.
– Co zdjąłeś? Jakie chastity? O czym ty mówisz?
– Paulina miała nade mną pełną kontrolę. Byłem jej zabawką. Zamknęła mi klatke na penisie, kazała nosić przez wiele dni. To było upokarzające. 
Zosia zamarła. 
– Co zrobiła? Łukasz, jak mogłeś się na to zgodzić? To jakaś chora gra.
– Nie wiem. Wydawało mi się, że ją kocham, że to ważne dla naszej relacji, dla niej. Teraz już wiem, że nie. Ona mnie złamała.
Zosia wstała. 
– To chore! To jakaś patologia.
Wbił wzrok w podłogę. 
– Wiem, ale dopiero teraz to rozumiem. Ona mnie chyba nienawidzi. Zosia, ja jej nie chcę. Naprawdę.
– Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Myślałam, że jesteś mądrzejszy. A ty wbiłeś sobie ją do głowy wiele lat temu. Wszyscy mówili, że ona jest walnięta, nie słuchałeś. Przecież już w szkole była agresywna.
– Przepraszam. Nie wiedziałem, a może nie chciałem wiedzieć.
Zosia usiadła z powrotem. 
– Paulina cię nie kochała, skoro tak cię traktowała.
– Wiem. Dlatego teraz potrzebuję ciebie.
– Co jeszcze ci robiła? – zapytała, ignorując jego słowa.
– Kary cielesne. To stało się normą. Na początku myślałem, że mi się to nawet podoba. Ale szybko przestało być grą. Zadawała mi ból, biła i karała. Ratanowe trzcinki, baty wszystko. Miała nawet takie rękawice z kolcami...
Zosia spojrzała na niego z niedowierzaniem. 
– Naprawdę cię biła?
– Tak. Musiałem liczyć uderzenia. Jak się pomyliłem – zaczynała od nowa.
– Ale dlaczego zgodziłeś się na to?
– Myślałem, że to miłość. Ona była taka dominująca, a ja robiłem wszystko, żeby była zadowolona. Nie potrafiłem przestać.
– Jakie jeszcze były kary?
– Klatka. Stałem w niej przez godziny. Czułem się jak zwierzę. Kazała mi potem prosić o karę. Gdy krzyczałem i błagałem o litość, była jeszcze bardziej bezlitosna, tak jakby ją to nakręcało.
– To przerażające...
– Byłem zakochany... chyba. Ona wpędzała mnie ciągle w poczucie winy.
– Masz ślady?
Skinął głową. 
– Pokaż mi je. 
– No co ty Zosia...
– Pokaż, muszę to zobaczyć.
Wstał ostrożnie. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby się wahał. W końcu odwrócił się ostrożnie i opuścił spodnie.

Zamarła. Skóra była pokryta ciemnofioletowymi pręgami. Nierównymi, głębokimi, jakby wciąż pulsowały pod powierzchnią.
– Boże… biedny...
Przez chwilę nie była w stanie nic więcej powiedzieć.
– Jak ty musiałeś cierpieć…
Zrobiła krok do przodu i objęła go mocno. Tym razem nie odskoczył. Najpierw tylko zesztywniał, jakby nie wiedział, jak przyjąć ten dotyk. A potem coś w nim puściło. Objął ją nieporadnie, chowając twarz w jej ramieniu. I wtedy poleciały łzy. Najpierw pojedyncze, szybko tłumione. Po chwili już nie potrafił ich zatrzymać. Oddychał nierówno, ramiona zaczęły mu drżeć. Przesunęła dłoń na jego kark, głaszcząc go spokojnie.
– Już dobrze… jestem tu.
Przytuliła go mocniej.
– Jesteś bezpieczny.
Po chwili odsunęła się i spojrzała mu prosto w oczy. W jej spojrzeniu pojawiła się złość.
– To trzeba zgłosić. To nie jest normalne. To jest przemoc.
– Zosia no co ty, wstydzę się. Jak mam to powiedzieć policji?
– To było znęcanie się. Musisz to zrozumieć. To nie wstyd.
– Ale ja się zgadzałem
– Może na początku. Ale przekroczyła granice.
– I co teraz?
– Ubieraj się. Jedziemy robić obdukcję – powiedziała.
Spojrzał na nią niepewnie, ale wiedział, że miała rację.


---


Gdynia Orłowo, marzec 2024


Dzień podkomisarza Dariusza Makowskiego, nazywanego przez koleżeństwo z komisariatu Policji w Orłowie „Makówa”, nie zapowiadał się szczególnie interesująco. Siedział za swoim biurkiem, zgarbiony, w lekko rozpiętej koszuli. Przeglądał kolejne papiery związane z umorzeniem sprawy serii włamań do piwnic w okolicznych apartamentowcach. Jego wzrok powoli sunął po dokumentach, nie zdradzając najmniejszych oznak zaangażowania. Co jakiś czas poprawiał okulary i podpisywał kolejne kartki, niemal automatycznie. Dzień jak co dzień. Papier. Podpis. Kolejny papier. Nic szczególnego. Od czasu do czasu zza ściany dochodził przytłumiony dźwięk rozmowy albo krótki śmiech któregoś z młodszych funkcjonariuszy. W korytarzu ktoś przeszedł ciężkim krokiem, trzasnęły drzwi. Nawet nie podniósł głowy. Był zmęczony. Nie tyle pracą, co jej powtarzalnością. 
Cały komisariat zdawał się tkwić w czasie, który dawno przeminął. Budynek pamiętał jeszcze lata osiemdziesiąte — a może i wcześniejsze. Na korytarzach unosił się charakterystyczny zapach starego linoleum, kawy rozpuszczalnej i papierosów, które niby już dawno były zakazane, ale mocno wsiąkły w ściany. Farba była miejscami obdrapana, a tablice ogłoszeń uginały się pod ciężarem pożółkłych komunikatów i wydruków, których nikt nie miał serca zdejmować.
W pokoju, w którym siedział Makówa, stały ciężkie, wysłużone biurka z płyty wiórowej, każde inne, jakby kompletowane latami z tego, co akurat było dostępne. Na jednym z nich ktoś zostawił niedopitą herbatę w szklance z metalowym koszyczkiem. Na parapecie stała zakurzona roślina, która od dawna żyła już bardziej z przyzwyczajenia niż z czyjejś troski.
Drzwi do pokoju otworzyły się nagle z impetem, uderzając o ścianę. Makówa drgnął lekko i podniósł wzrok. W progu stał Stefan, zwany przez wszystkich „Starym” — przełożony i szef zespołu dochodzeniowego. Był jednym z tych ludzi, którzy wnosili ze sobą energię, nawet jeśli nic szczególnego się nie działo. Wszedł bez pukania, jak zawsze. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, który u Makówy natychmiast wzbudził czujność. To nie był uśmiech od pogaduszek przy wódce. Podszedł do biurka i bez słowa rzucił przed nim teczkę. Uderzyła o stos dokumentów, rozsuwając je na boki.
– Masz coś ciekawszego niż te piwnice – rzucił.
Dariusz spojrzał najpierw na teczkę, potem na niego.
– Co dla odmiany? Włamanie do garażu? Jakiemuś emerytowanemu marynarzowi ukradli Nissana z lat osiemdziesiątych?
Stefan parsknął śmiechem. Obaj doskonale pamiętali tamtą sprawę.
Zaczęło się niewinnie — zgłoszenie od starszego mężczyzny, wyraźnie zdenerwowanego, niemal roztrzęsionego. Twierdził, że ktoś ukradł mu samochód z garażu. Na miejsce przyjechała ekipa, żadnych śladów włamania. Przyjęli zgłoszenie. Auto było charakterystyczne: biały Nissan Sunny z 1988 roku, na czarnych tablicach rejestracyjnych. Samochód z innej epoki, niemal już niespotykany na ulicach.
Informacja poszła w eter, patrole dostały dokładny opis. I rzeczywiście — długo nie trzeba było czekać. Jeden z radiowozów zauważył pojazd na stacji benzynowej przy Centrum Handlowym Klif. Stał spokojnie pod dystrybutorem, lśniący, zadbany, jakby dopiero co wyjechał z garażu pasjonata.
Kierowca — młody mężczyzna, spokojny, zupełnie niepasujący do obrazu złodzieja — tankował bez pośpiechu. Zatrzymali go. Procedura była rutynowa. Dokumenty, pytania, szybka weryfikacja. I wtedy wszystko zaczęło się rozjeżdżać. W papierach wszystko się zgadzało, chłopak miał je pedantycznie powpinane do niewielkiego segregatora. Umowa darowizny, podpisana dwa tygodnie wcześniej. Przekazanie pojazdu wnukowi. Formalności związane z rejestracją już w toku, a nawet złożony wniosek o uznanie auta za zabytek. Szybko stało się oczywiste, że żadnej kradzieży nie było.
Dopiero później wyszło na jaw, że właściciel cierpi na początki demencji. Zapomniał o całej sprawie. O przekazaniu samochodu. O podpisanych dokumentach. O tym, że sam oddał kluczyki i jeszcze pojechał w wnukiem na stację diagnostyczną zrobić przegląd. W jego rzeczywistości samochód po prostu zniknął. Stefan uśmiechnął się jeszcze pod nosem na to wspomnienie, a potem stuknął palcem w teczkę.
Tym razem zapowiadało się coś zupełnie innego.
– Przemoc domowa. Dziewczyna pobiła chłopaka.
Makówa podniósł brew, zerkając na teczkę z niedowierzaniem.
– Serio kurwa? Co mu zrobiła? Zajebała patelnią czy tylko deską do krojenia? – zapytał, odchylając się na krześle i przyglądając szefowi z mieszaniną zdziwienia i niedowierzania.
– No, nieczęsta sprawa, co? – Stary usiadł na rogu biurka, wyraźnie rozbawiony sytuacją. 
– Pomyślałem, że to cię może zainteresować. Tłukła go kijem po dupie, czy coś...
Dariusz otworzył teczkę, a jego wzrok padł na zdjęcia i raporty medyczne. Starał się powstrzymać uśmiech, ale coś w tej sytuacji go intrygowało.
– Naprawdę dziewczyna to mu zrobiła? 
– No tak. Przesłuchaj ją, tylko delikatnie, to wnuczka jednego z naszych.
Stary wstał, klepnął go po ramieniu i wyszedł, zostawiając Makowskiego z teczką.

---

Dwa dni później, przypomniał sobie o teczce. Leżała odłogiem, zapomniana w gąszczu innych spraw. Westchnął, otworzył ją i zaczął przeglądać papiery.
Poszkodowany, Łukasz Kwiatkowski, złożył zeznania, w których donosił na swoją byłą dziewczynę, Paulinę Ritter, oskarżając ją o przemoc fizyczną w ramach ich relacji. W swoich zeznaniach opisywał, że kobieta regularnie go karała, używając m.in. tzw. trzcinek – cienkich i elastycznych zrobionych z ratanu, gumy, a nawet tworzyw sztucznych. Używała też batów.
Makówa zmarszczył brwi, przeglądając załączone zdjęcia. Na fotografiach widniały ślady na ciele mężczyzny. Zdjęcia były dość szczegółowe i brutalne – na jego pośladkach widniały długie, ciemne pręgi, niektóre ledwo zagojone, inne świeże, mocno zaczerwienione. Widać było, że siła uderzeń była znacząca, a niektóre miejsca wskazywały na głębsze obrażenia. Na nogach, szczególnie w okolicy ud, widać było rozległe zasinienia o różnym stopniu intensywności. Pojawiały się nawet niewielkie obrzęki, jakby niektóre uderzenia były skierowane w jedno miejsce wielokrotnie. Ciało poszkodowanego wyglądało na wyczerpane – ślady na skórze były świadectwem nie tylko jednorazowego lecz powtarzającego się bicia. Drobne ślady na kostkach, sugerujące, że nogi były również krępowane w sposób ograniczający ruch. W teczce znajdowały się także zdjęcia nadgarstków poszkodowanego – obdarte, zaczerwienione, z wyraźnymi śladami po kajdankach. Musiały być bardzo ciasno zapięte, pozostawiając głębokie odciski na skórze.
Przerzucił strony i natknął się na wyniki obdukcji. Potwierdzały to, co było widać na zdjęciach. Obrażenia obejmowały: długie pręgi i zasinienia na pośladkach o długości od 10 do 30 cm. Zasinienia na udach, głównie w górnej części, o intensywnym zabarwieniu fioletowo-niebieskim. Otarcia skóry na nadgarstkach, co mogło świadczyć o stosowaniu kajdanek lub podobnych narzędzi restrykcyjnych.
– No nie miał lekko z nią chłopina – powiedział do siebie. 
Oderwał wzrok od zdjęć i raportów. Chwycił za telefon i wybrał podany w aktach numer. Po kilku sygnałach usłyszał w słuchawce damski głos:
— Słucham?
— Podkomisarz Dariusz Makowski, policja. Czy Pani Paulina Ritter ?
— Tak — Chciałbym z panią porozmawiać na temat pewnej sprawy. Mamy skargę na panią. Czy możemy podjechać, czy woli pani otrzymać wezwanie na komisariat?
Po drugiej stronie linii zapanowała chwilowa cisza, jakby Paulina w ogóle nie była zaskoczona ani zaniepokojona tą informacją. W końcu odpowiedziała chłodnym tonem:
— Zapraszam do mnie na piętnastą. Myślę, że traficie, prawda?
Zanim zdążył odpowiedzieć, połączenie zostało przerwane. Spojrzał na telefon, po czym odłożył go na biurko. Nastepnie podniósł słuchawkę telefonu stacjonarnego i wybrał numer.
— Młodszy aspirant Dąbrowska, słucham.
— Dobra, Gocha, nie wydurniaj się — powiedział Makówa — mam dla ciebie ciekawą sprawę. Pojedziesz ze mną przesłuchać kogoś?
— A co to za sprawa? — spytała zaciekawiona.
— Przemoc domowa, ale tym razem odwrotnie niż zwykle. Kobieta pobiła chłopaka. I to nie byle jak. Zobaczysz sama, niezła historia, powiem tylko, że nieźle dostał od niej po dupie. Tłukła go jakimś kijem a nawet batem.
Gosia nie kryła zdziwienia. 
— Batem? Ciekawe. To jakieś sado-maso może? Dobra, wchodzę w to. Kiedy jedziemy?
— Na piętnastą, wystarczy, że wyjedziemy dziesięć minut wcześniej. Spotkajmy się na parkingu.
---

Paulina usiadła na sofie, opierając się o miękkie poduszki. Chwyciła telefon i wybrała numer. Po chwili w słuchawce odezwał się znajomy głos.
— Olga? Potrzebuję twojego wsparcia. Możesz przyjechać? Najlepiej od razu.
— Jasne. Co się dzieje? — zapytała z lekkim niepokojem.
Spokojnie, rzeczowo wyjaśniła sytuację — telefon z policji, oskarżenia Łukasza, cały kontekst.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— A to jebana sześćdziesiona. Spokojnie, już do ciebie jadę Pauli — rzuciła pewnym tonem.
— Poczekaj, poczekaj, co to znaczy „sześćdziesiona”?
Olga prychnęła cicho.
— No widzisz, pani doktor z Berlina, a podstaw nie zna — zażartowała. — „Sześćdziesiona” to taki, co donosi. Kabluje. Sprzedaje innych. Od artykułu sześćdziesiątego, jednym słowem: konfident.
Paulina przez chwilę milczała, przetwarzając to spokojnie.
— Rozumiem... — powiedziała cicho.
— Pewnie się rozpruł na psiarni, ale wszystko wyjaśnimy — dodała Olga.
— Rozpruł się na psiarni? — powtórzyła Paulina, tym razem wyraźnie zdezorientowana. — Olga, ja naprawdę nic z tego nie rozumiem, skąd ty znasz taki język.
Olga roześmiała się krótko.
— Wyciągnęłam z dołka niejednego gangusa to i tobie pomogę. Rozpruł się, czyli powiedział wszystko policji.
Paulina westchnęła cicho, ale na jej ustach pojawił się lekki, chłodny uśmiech.
— Zdecydowanie musisz zmienić towarzystwo.
— Dobra, ogarnij się, niczego nie podpisuj gdybym nie zdążyła i przede wszystkim nie panikuj.
— Nie panikuję — odpowiedziała spokojnie Paulina.
— No wiem. Już jadę.
Rozłączyły. Odłożyła telefon na stolik. Przez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc gdzieś przed siebie.
---
Godzinę później, elegancka i pewna siebie Olga, wysiadła z zielonego Mini Countrymana, który zaparkowała tuż pod domem Pauliny. Wysoka brunetka z czarnymi włosami do połowy szyi i charakterystyczną grzywką, ubrana w idealnie skrojony garnitur, który podkreślał jej profesjonalny wygląd. Była uosobieniem prawniczego autorytetu. Okulary w czarnych oprawkach nadawały jej jeszcze większej powagi.

Kiedy Paulina otworzyła jej drzwi, obie przywitały się z ciepłym uśmiechem i pocałunkami w policzki.
— Cieszę się, że mogłaś tak szybko przyjechać — powiedziała, wpuszczając przyjaciółkę do środka.
— Oczywiście. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.
Paulina opowiedziała jeszcze raz o całej sytuacji, szczegółowo relacjonując wydarzenia, które doprowadziły do zgłoszenia. Siedząc na sofie, gestykulowała, opowiadając o Łukaszu, jego zdradzie i o tym, jak wymierzyła mu zasłużoną karę. Pokazywała też wiadomości, które do niej wysyłał pisząc jak bardzo marzy o niej i jak wiele jest wstanie cierpieć pod jej batem.
— No cóż, muszę przyznać, że zawsze byłaś moją mentorką w tych sprawach — powiedziała z lekkim, złośliwym uśmiechem. — Ale tu sytuacja jest trochę inna, niż myślisz.
— To znaczy?
Olga oparła się wygodniej, spoglądając na nią już całkiem poważnie.
— Jeżeli obrażenia przekraczają siedem dni to wchodzimy w inną kategorię. W polskim prawie to już nie jest lekki uszczerbek, tylko średni. A to oznacza jedno: ściganie z urzędu.
— Czyli?
— Czyli jego zgoda… — Olga zawahała się na ułamek sekundy — przestaje mieć takie znaczenie, jakbyś chciała. Nawet jeśli wszystko było dobrowolne, nawet jeśli się na to godził, to przy takim poziomie obrażeń prokurator może uznać, że interes publiczny jest ważniejszy niż wasze ustalenia.
Paulina skrzyżowała nogi, wciąż spokojna, ale już wyraźnie skupiona.
— Czyli nie może po prostu wycofać oskarżeń?
— Może próbować, ale to nie zatrzyma sprawy, poza tym nie wiemy czy to zrobi, nawet jak grzecznie go poprosisz — odpowiedziała Olga rzeczowo.
— O nic nie będę go prosiła. 
— Przy ściganiu z urzędu to nie pokrzywdzony prowadzi sprawę. On może zmienić zeznania, może złagodzić narrację, ale jeżeli policja i prokurator uznają, że doszło do przestępstwa, to i tak będą to ciągnąć.
Na chwilę zapadła cisza.
— Innymi słowy — dodała spokojniej — to już nie jest sytuacja, którą można załatwić jednym „dogadaliśmy się”.
— Rozumiem, co teraz?
Olga przyjrzała jej się uważnie.
— Spokojnie — dodała po chwili, nieco łagodniej. — To nie znaczy, że jesteś na przegranej pozycji. Dalej liczy się kontekst. Relacja między wami. Brak zamiaru. To, czy przekroczyłaś granice, czy działałaś w ramach tego, na co on się godził.
— Miał hasło bezpieczeństwa, wiedział o nim od początku — powiedziała Paulina cicho.
— Dokładnie — skinęła głową Olga. — Tylko ciągle musisz mieć świadomość, że może być normalne postępowanie karne. Ale nie martw się, masz mnie a ja mam Jacka. 
Paulina uśmiechnęła się lekko. Nie nerwowo — raczej chłodno, z pewnością siebie.
— Tym bardziej dobrze, że tu jesteś.
Olga odwzajemniła uśmiech, poprawiając okulary.
— Dlatego właśnie przyjechałam. Porozmawiamy spokojnie z tymi psami, a potem Jacek dostanie ode mnie instrukcję co z tym zrobić. 
— Czy mogę mu się jakoś odwdzięczyć?
— No co ty, jako szef Prokuratury Rejonowej jest nieprzekupny. Ale jest dyspozycyjny, odbiera polecenia wyłącznie ode mnie i czasem od ministra, więc spokojnie. 

---

Punktualnie o piętnastej, szara nieoznakowana Kia Ceed zaparkowała pod domem Pauliny. Z samochodu wysiadło dwoje policjantów po cywilnemu. Pierwszy wysiadł podkomisarz Dariusz Makowski – średniego wzrostu, krępy mężczyzna po czterdziestce, o krótkich, ciemnych włosach i kilkudniowym zaroście. Miał na sobie ciemny, gruby płaszcz, pod którym widoczny był szary, wełniany golf. Na nogach nosił wygodne, skórzane buty, idealne na zimowe warunki, a w dłoniach ściskał teczkę z dokumentami. Obok niego pojawiła się młodsza aspirant Małgorzata Dąbrowska – wysoka, szczupła kobieta o długich, blond włosach związanych w kucyk. Miała na sobie pikowaną, ciemnoniebieską kurtkę, pod którą krył się ciepły, kremowy sweter. Wąskie, ciemne dżinsy i wysokie, skórzane buty dopełniały jej zimowy wygląd. Trzymała ręce w kieszeniach, sprawdzając przy okazji, czy zabrała ze samochodu telefon i kluczyki.
— No, to idziemy zobaczyć tę oprawczynię. Podobno mieszkał tu kiedyś jakiś ważny generał ze służb — rzucił Makówa, patrząc na fasadę domu Pauliny.
— Precz z komuną —powiedziała cicho Dąbrowska.
— Kiedyś to wszystko zrozumiesz Gocha, a na razie głupia jeszcze jesteś. 


Drzwi otworzyła im Olga, uśmiechnęła się profesjonalnie.
— Dzień dobry, adwokat Olga Sobieska, reprezentuję panią doktor Ritter, dziękuję za punktualność. Zapraszam do środka — powiedziała, wskazując drogę.
Weszli do środka. Już w przedpokoju coś przykuło ich uwagę. Na ścianie wisiała seria oprawionych zdjęć — czarno-białych i lekko pożółkłych od upływu czasu. Oficjalne portrety, ujęcia z uroczystości, jakieś defilady, spotkania przy stołach przykrytych ciężkimi obrusami. Twarze znane z podręczników historii. Wśród nich bez trudu można było rozpoznać Jaruzelskiego i Kiszczaka — ujęcia z czasów, gdy ich nazwiska budziły respekt albo strach, zależnie od tego, kto patrzył. Na większości zdjęć był jednak prawdopodobnie dawny mieszkaniec tego domu, o którym dowiedział się od Stefana. 
Makówa zwolnił na moment, zerkając na ścianę uważniej. Uniósł lekko brew, po czym dyskretnie trącił łokciem Gochę.
— Patrz… — mruknął półgłosem.
Spojrzała tylko przelotnie i przewróciła oczami.
— No i co z tego, czerwona zaraza — odpowiedziała równie cicho, niemal bezgłośnie poruszając ustami.
Makówa wzruszył ramionami, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś na kształt rozbawienia pomieszanego z lekką ciekawością. Weszli do przestronnego, nowoczesnego salonu. Jasne światło wpadało przez duże okna, odbijając się od mebli i jasnych ścian. Wszystko było uporządkowane, eleganckie, niemal sterylne.
Na sofie, pod oknem, siedziała Paulina — filigranowa, eteryczna blondynka, której delikatna uroda kontrastowała z opowieścią, którą przeczytali w aktach. Ubrana była w zwykłe jeansy i jasny sweter, co nadawało jej naturalny, domowy wygląd. 
Policjanci wymienili szybkie spojrzenia, zaskoczeni jej delikatnością. Makówa podszedł do niej z neutralnym wyrazem twarzy.
— Dzień dobry pani Ritter, jestem podkomisarz Makowski a to aspirant Dąbrowska — zaczął, siadając naprzeciwko niej. — Mamy kilka pytań dotyczących skargi, którą wniósł pani były partner.
Paulina uśmiechnęła się lekko, pozostając spokojna i opanowana.
— Rozumiem, jestem gotowa odpowiedzieć na wasze pytania — odpowiedziała cicho, a jej głos był tak łagodny, że przez chwilę trudno było sobie wyobrazić, że mogłaby być powiązana z czymkolwiek brutalnym.
Policjant otworzył teczkę i spojrzał na dokumenty, zweryfikował tożsamość Pauliny. Przejrzał kilka stron, po czym uniósł wzrok i zadał pierwsze pytanie:
— Pani Ritter, czy może nam pani opowiedzieć o swojej relacji z Łukaszem Kwiatkowskim? Jak długo byliście razem i w jakich okolicznościach doszło do zakończenia waszego związku?
Paulina zachowała spokojny wyraz twarzy, a jej głos brzmiał łagodnie, choć pewnie:
— Z Łukaszem spotykaliśmy się sporadycznie przez około 4 miesiące. To nie był związek, raczej specyficzna relacja, oparta na pewnych zasadach, które ustaliliśmy wspólnie. Rozstaliśmy się, ponieważ nie potrafił przestrzegać tych zasad — odpowiedziała spokojnie, zerkając na Olgę, która siedziała obok, gotowa interweniować, jeśli zajdzie potrzeba.
Policjant otworzył szerzej oczy, jakby czekał na rozwinięcie tematu.
— Zasady? Czy mogłaby pani to doprecyzować? — zapytał.
Paulina uśmiechnęła się, jakby wiedziała, że to pytanie w końcu padnie.
— Nasza relacja miała charakter oparty na konsensualnym femdom. Zgoda i wzajemne zrozumienie były podstawą wszystkiego, co się między nami działo. To on zaproponował ten rodzaj relacji, a ja się zgodziłam, bo ufałam, że rozumie, na czym to polega — odpowiedziała, zerkając ponownie na Olgę, która skinęła głową, potwierdzając słowa Pauliny.
Gocha zmarszczyła brwi, notując coś w swoim notesie, ale jej wzrok zdradzał ciekawość i lekkie zaskoczenie. Podkomisarz, lekko przygryzając długopis spojrzał w stronę Pauliny i zadał kolejne pytanie:
— A te… kary cielesne? Czy to również było częścią waszych ustaleń?
Paulina, nadal zachowując spokój, skinęła głową:
— Oczywiście. Wszystko, co się działo między nami, odbywało się za zgodą obu stron. Stosowanie kar cielesnych było istotnym elementem naszej relacji. Łukasz nie tylko to akceptował, ale wręcz tego oczekiwał i prosił o to. Były to granice, o których rozmawialiśmy i które były jasno ustalone.
Policjantka wyraźnie zdziwiona, zapytała:
— Czy możliwe jest, żeby jedna ze stron zmieniła zdanie w trakcie takich… spotkań?
— Oczywiście, dlatego też w tego typu relacjach używa się tak zwanych słów bezpieczeństwa. Jeśli ktoś czuje, że przekraczana jest jego granica, mówi odpowiednie słowo, które natychmiast przerywa wszystko. W naszym przypadku Łukasz tylko raz użył tego słowa — odpowiedziała rzeczowo.
Makówa rzucił szybkie spojrzenie w stronę Gosi, po czym wrócił do przeglądania akt.
— Czyli twierdzi pani, że wszystko odbywało się za jego zgodą? Nawet to bicie? — dodał, z lekką nutą powątpiewania w głosie.
Paulina spojrzała na Makówę z lekkim uśmiechem, po czym spokojnie odpowiedziała:
— Dyscyplina była integralną częścią naszej relacji. On był świadomy, że takie praktyki mają na celu budowanie zaufania, a nie zadawanie niepotrzebnego bólu. Kary cielesne, takie jak bicie trzcinką, były elementem tej dyscypliny. To on sam chciał poddawać się tej formie kontroli, a ja, jako odpowiedzialna partnerka, dbałam o to, by wszystko odbywało się zgodnie z zasadami bezpieczeństwa.
Przerwała na chwilę, jakby chciała podkreślić wagę swoich słów, po czym dodała:
— Dyscyplina to nie przemoc, to forma mojej odpowiedzialności za niego.
Aspirant spojrzała na Paulinę i zadała kolejne pytanie:
— Oprócz uszkodzenia ciała, były partner oskarża Panią również o narażenie zdrowia. Podobno kazała mu Pani pracować w cienkim drelichu w mroźny dzień, podczas gdy sama była ciepło ubrana.
Paulina poprawiła się na kanapie, uśmiechając się lekko, ale z widoczną nutą irytacji.
— Łukasz doskonale wiedział, na co się pisze. To, co pani nazywa pracą, było częścią naszej wspólnej gry i jasno określonego układu. Żadnych działań nie podejmowaliśmy bez jego zgody. Co więcej, sam często proponował scenariusze, w których miał wykonywać różne zadania nago. Z uwagi na panującą tego dnia pogodę nie mogłam pozwolić mu wyjść do ogrodu bez okrycia, dostał drelich roboczy. 
Zawiesiła na chwilę głos, by po chwili kontynuować:
— Owszem, ja byłam wtedy ciepło ubrana, w elegancki płaszcz, kozaki i rękawiczki. To również było częścią dynamiki naszej relacji. Lubił te kontrasty. A ja dbam o swoje zdrowie, więc nie widzę powodu, by marznąć. On z kolei nie był nagi tak jak chciał, dałam mu to robocze ubranie. 
Paulina uśmiechnęła się nieco szerzej, patrząc w stronę kobiety.
— Wszystko odbywało się w granicach naszej umowy, nie rozumiem więc skąd te jego pretensje po czasie ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że może być to podyktowane pewnym żalem do mnie, że nie odwzajemniłam jego uczuć.
Gdy Paulina skończyła swoją odpowiedź, Olga przekręciła w stronę policjantów laptopa, pokazując przygotowane zrzuty ekranu zawierające wiadomości od Łukasza. 
— Pozwolą państwo, że przytoczę kilka wiadomości od samego pana Kwiatkowskiego — zaczęła spokojnie. — "Zrobię wszystko dla Ciebie, Paulinko", "Pociąga mnie Twój sadystyczny charakter", „Paulinko, uwielbiam kiedy jesteś taka ostra” — to tylko niektóre z jego wypowiedzi. Jak widać, pan Kwiatkowski sam bardzo aktywnie uczestniczył w tej relacji, wyrażając swoje pragnienia w sposób, który sugeruje pełną świadomość i akceptację tej dynamiki.
Olga spojrzała na funkcjonariuszy.
— Mamy tu do czynienia z relacją opartą na wspólnych ustaleniach, zgodach i pragnieniach, które były w pełni świadome i dobrowolne z obu stron.
Wzięła oddech, po czym kontynuowała stanowczo:
— Z przykrością stwierdzam, że obecne oskarżenia ze strony pana Kwiatkowskiego są niczym innym jak próbą zemsty za nieudany związek. Traktujemy to jako osobistą vendettę, wynikającą z frustracji po zakończeniu relacji, a nie rzeczywiste narażenie na krzywdę. W świetle tych dowodów oraz pełnej zgody na określone praktyki, nie ma tutaj podstaw do oskarżeń o przemoc.
Olga na moment zawiesiła głos, po czym kontynuowała już spokojniej, bardziej rzeczowo:
— Jednocześnie, uprzedzając ewentualne wątpliwości, pragnę jasno wskazać, że pani doktor Ritter ma świadomość, iż doszło do powstania obrażeń, które mogą zostać zakwalifikowane jako naruszenie czynności narządu ciała trwające powyżej siedmiu dni.
Makówa uniósł lekko głowę, uważniej wsłuchując się w jej słowa.
— Natomiast — podjęła Olga, lekko akcentując ton — w naszej ocenie kluczowe znaczenie mają tutaj okoliczności towarzyszące. Mówimy o relacji opartej na dobrowolności, świadomości i uprzednim uzgodnieniu granic. Mówimy o osobie dorosłej, w pełni poczytalnej, która nie tylko wyrażała zgodę, ale aktywnie uczestniczyła w tej relacji. W związku z powyższym pani doktor Ritter, mimo świadomości skutków fizycznych, nie poczuwa się do winy w rozumieniu prawa karnego. Uważamy, że brak jest tutaj zamiaru wyrządzenia krzywdy w sensie penalnym, a całe zdarzenie należy rozpatrywać w kontekście specyfiki relacji między stronami, a nie w oderwaniu od niej.
Jej głos pozostał spokojny, niemal chłodny.
— Oczywiście jesteśmy gotowe do pełnej współpracy z organami ścigania i przedstawienia wszelkich dowodów potwierdzających ten stan rzeczy.
Makówa i Gocha spojrzeli na siebie, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia.
— Cóż, rzeczywiście wygląda na to, że wszystko już wiemy — powiedział Makówa, zamykając teczkę.
Policjantka przytaknęła, dodając:
— Wszystko wydaje się być jasne. Dziękujemy za współpracę.
Wymienili jeszcze kilka kurtuazyjnych zdań z Pauliną i Olgą, zachwycając się elegancją wnętrza domu.
— Pięknie tutaj, czy wie Pani kto mieszkał tu wcześniej? — rzucił, patrząc na wystrój.
— Dziękuję. To miłe z pana strony. To dom po dziadku, odziedziczyłam go po jego śmierci — odpowiedziała, lekko się uśmiechając. 

Pożegnali się formalnie i ruszyli w stronę wyjścia. Chwilę później, szara Kia odjechała spod domu.
— Dziękuję, że byłaś — powiedziała Paulina, odwracając się w stronę przyjaciółki. — A z drugiej strony, co za menda z niego, polazł na policję. Pięćdziesiona?
Olga roześmiała się.
— Szcześćdziesiona. Spokojnie, sprawa już załatwiona. On myślał, że ci zaszkodzi, a tylko się ośmieszył. Załatwię szybkie umorzenie, Jacek się tym zajmie osobiście.
Paulina pokręciła głową, jeszcze lekko wstrząśnięta całą sytuacją.
— Tylko jak można być takim... — Zatrzymała się na chwilę, szukając odpowiednich słów. — Po prostu żałosnym.
Olga podeszła bliżej i delikatnie ją przytuliła.
— Taki facet, który nie potrafi zaakceptować swojej porażki, zawsze będzie szukał winy gdzie indziej. Dobrze wiesz, że zrobiłaś wszystko zgodnie z zasadami. Ale swoją drogą nieźle przetrzepałaś mu dupę ty sadystko.
— Powiedziała ta delikatna! No cóż, nie mógł powiedzieć, że nie wiedział, na co się pisze, sam tego chciał.
— No tak, to było do przewidzenia, że szybko pokażesz mu, jak to jest być pod twoją opieką.
Obie parsknęły śmiechem, a atmosfera od razu stała się lżejsza.
— Przydałby się teraz jakiś niewolnik... — powiedziała Olga, przeciągając się na sofie.
Paulina spojrzała na nią z uśmiechem, podchwytując temat.
— Właśnie pomyślałam o tym samym. Nie masz nikogo pod ręką? 
Olga uśmiechnęła się tajemniczo.
— No opowiadaj — ponagliła ją, z zainteresowaniem.
— Mam całkiem fajnego aplikanta — zaczęła, jakby niechcący. — Podobam mu się, to widać. A co najlepsze, jestem na sto procent pewna, że jest uległy.
— Skąd się domyślasz? Daje ci jakieś sygnały? 
— Owszem, wystarczy na niego popatrzeć. Zawsze, jak jestem w pobliżu, robi się nerwowy, spuszcza wzrok. Raz, kiedy miałam na sobie te czarne kozaki, prawie się na mnie przewrócił, tak bardzo był rozproszony. No i jak coś mu polecę do zrobienia, to wykonuje to z taką nadgorliwością, jakby chciał mi zaimponować.
Paulina uśmiechnęła się z wyraźnym rozbawieniem.
— Wygląda na to, że masz potencjalnego niewolnika na wyciągnięcie ręki. I co zamierzasz z nim zrobić?
— Myślę, że dam mu kiedyś szansę się wykazać — odpowiedziała z błyskiem w oku. — Jeszcze trochę go podpuszczę i zobaczę, jak zareaguje. A jak Jonas? 
— Planujemy wyjazd do Japonii. To będzie coś wyjątkowego, wiesz, zwiedzanie, relaks, może kurs shibari. Ale to dopiero we wrześniu, a na pewno planujemy jakieś weekendy w Adlerheim. A tak przy okazji — musisz mnie znowu tam odwiedzić. Pamiętasz, jak było ostatnim razem?
— Oczywiście, Adlerheim... cudownie tam jest, na pewno przy najbliższej okazji zwalę ci się na głowę i nie będziesz mogła się mnie pozbyć. A Jonas, jak sobie radzi?
Paulina lekko wzruszyła ramionami.
— Jak zawsze, jest niezawodny. Znasz go, ceni dyscyplinę. Ideał. Czasem trochę brakuje mu może polotu, ale uświadomiłam sobie, że on już raczej nie zmieni się i że ja chyba też już chcę, żeby taki pozostał. 
— Po co ty właściwie spotykałaś się z tym Łukaszem, skoro masz taki skarb jak Jonasa?
Paulina westchnęła, przeciągając palcem po krawędzi szklanki, jakby zastanawiała się, jak ująć to w słowa.
— Wiesz, na początku wydawał mi się być kimś, kto ma potencjał. Był fascynujący w swojej spontanicznej uległości, ale przede wszystkim dawał mi wrażenie, że jest gotów na więcej. Myślałam, że z czasem wejdzie głębiej w naszą relację i zrozumie, o co chodzi. Ale szybko okazało się, że to tylko fasada. A ja? Ja przez moment pomyślałam, że fajnie mieć tu kogoś w Polsce, przeżyć coś fajnego, romantycznego na swój sposób. A potem szybko zaczął mnie irytować. Bez sensu to było.
Olga spojrzała na nią uważnie, popijając swoją kawę.
— Czego mu zabrakło? — zapytała.
— Nie miał wytrwałości. Ani psychicznej, ani fizycznej. Chciał emocji, chciał być prowadzony, ale nie rozumiał, co to naprawdę znaczy. Gdy przyszło do prawdziwych prób, łamał się i nie potrafił pogodzić z własną słabością. Chociaż był gotowy na różne scenariusze, dużo gadał, a przy pierwszym bólu pękał.
— I myślał, że to będzie łatwiejsze? Z tobą? — zapytała Olga z lekkim sarkazmem.
— Najwyraźniej. Przetrzepanie skóry trzcinkami było dla niego prawdziwym koszmarem. Krzyczał, błagał, mimo że to była kara, na którą zasłużył i o którą sam poprosił. To było rozczarowujące. Kiedy potrzebowałam od niego więcej, okazało się, że nie jest w stanie dać mi tego, czego szukałam.
— I skończyło się na tym, że pobiegł na policję — stwierdziła Olga, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Paulina uśmiechnęła się z lekką nutą ironii.
— Tak. Nie spodziewałam się, że okaże się takim tchórzem i debilem.
— Faceci są słabi, myślą, że femdom to tylko kobieta w skórze, której można wylizać stopy... — dodała Olga, przeciągając słowa z lekkim obrzydzeniem.
Paulina pokiwała głową, a jej uśmiech stał się bardziej cyniczny.
— Tak, masz rację. Ale wiesz, nie każda dominująca kobieta lubi zadawać ból. My obie jesteśmy sadystkami. Uwielbiamy to, ale nie każda dominacja musi wiązać się z bólem. Może on myślał, że tak będzie. 
— Dokładnie! — Olga uniosła palec, jakby potwierdzając. — To nie jest tylko fizyczna kontrola. To gra zmysłów i umysłów. Absolutna kontrola. Ale boleć musi.
Paulina spojrzała na Olgę z aprobatą.
— I może właśnie dlatego nigdy nie był odpowiedni — stwierdziła. — Nie był gotowy na to, żeby być mi całkowicie podporządkowanym.
— No ale wiesz Pauli, nie jeden twardziel by wymiękł, kiedy zaczęłabyś go bić tą gumową trzcinką. Widziałam, jak mocno to robisz — powiedziała z uznaniem w głosie, ale i lekką złośliwością.
Paulina odpowiedziała, wzruszając ramionami.
— Biję mocno, bo o to w tym chodzi. Nie ma sensu udawać. Kiedy karzę, chcę, żeby czuli, że to prawdziwa kara. Że naprawdę odpowiadają za swoje błędy.
— No tak, ale gumowa trzcinka... — To jednak coś innego. To nie jest zabawa dla każdego.
— Nie wszyscy są gotowi na taką intensywność. Nie każdy ma w sobie tyle siły, by to przyjąć. Ale ci, którzy potrafią to wytrzymać, docenią ten ból. Jest on oczyszczający. To coś, co sprawia, że naprawdę czują się poniżeni, ale i zrozumiani. A Ty Olga nie naśmiewaj się bo doskonale pamiętam jak kiedyś w Berlinie prawie obdarłaś Jacka ze skóry. 
Olga roześmiała się, kręcąc głową.
— No dobrze, dobrze, nie zaprzeczam. Pamiętam, faktycznie trochę mnie poniosło, ale to było takie cudowne. Zresztą, jak pamiętasz, wytrzymał do końca i jeszcze ładnie podziękował.
Paulina spojrzała na nią z rozbawieniem.
— A widzisz! Więc nie naśmiewaj, bo sama potrafisz być równie brutalna — dodała z uśmiechem.
Olga westchnęła teatralnie.
— Ach, faceci. Tacy słabi, a jednocześnie pragną, żebyśmy ich poniżały i karały. Mięczaki. Pożyczysz mi tę gumową trzcinkę.
— Jest twoja, pierwszych dziesięć uderzeń w moim imieniu.
— Bosko. Dziś Jacek będzie spał na brzuchu a jutro zajmie się twoją sprawą.
— Zamawiamy coś do jedzenia? Dzwonisz po tego aplikanta? 
— Może tylko jedzenie na razie, ale chętnie umówię się na jakąś wspólną sesję z naszymi niewolnikami. W Adlerheim? My dwie, całe w skórach z pejczami, a u naszych stóp Jacek i Jonas? 
— Weź, aż się wilgotna zrobiłam na myśl o tym. 
— Ja też. A teraz zamówmy jakieś sushi...

-----

Rozdział XLVII
Przyjaciel


Berlin, wiosna 2016

Obrona pracy doktorskiej Pauliny odbyła się w jasnej, przestronnej sali na parterze budynku Instytutu Psychologii Uniwersytetu Humboldta. Wiosenne światło wpadało przez duże okna, niosąc ze sobą delikatny zapach kwitnących kasztanów z pobliskiego parku. Był początek czerwca – dzień ciepły, spokojny, niemal uroczysty z natury. W sali zapanowała cisza, kiedy profesor Karl-Heinz Schneider rozpoczął spotkanie, witając zebranych i przedstawiając Paulinę Ritter jako kandydatkę do stopnia doktora psychologii.
Paulina stała wyprostowana, ubrana w elegancką sukienkę w odcieniu głębokiego granatu, dopasowaną, ale miękko układającą się na jej ciele. Widoczna już ciąża nie była ukrywana – przeciwnie, zdawała się symbolicznie dopełniać etap jej życia, który kończył się właśnie dziś. Miała na sobie proste szpilki, włosy upięte w klasyczny kok, delikatny makijaż. Wyglądała pięknie, ale nie to przykuwało uwagę. To była jej pewność, opanowanie, spojrzenie – spokojne, silne i czujne.
– Pani Ritter – rozpoczął profesor Schneider – proszę przedstawić główne tezy swojej pracy doktorskiej oraz metodologię przeprowadzonych badań.

Przez niemal pięćdziesiąt minut mówiła płynnie i rzeczowo. Jej praca nosiła ostatecznie tytuł: „Władza, intymność i granice – fenomenologia relacji dominujących kobiet i uległych mężczyzn w perspektywie psychologicznej”. Była to kontynuacja i rozwinięcie jej pracy magisterskiej, tym razem oparta na dwudziestu pogłębionych wywiadach narracyjnych oraz analizie porównawczej doświadczeń dominujących kobiet z różnych środowisk kulturowych, w tym z Berlina, Nowego Jorku i Paryża.
W części poświęconej pytaniom jako pierwsza zabrała głos profesor Erhardt:
– Pani Ritter, w swojej pracy przywołuje pani kategorię kontroli narracyjnej w relacjach dominacji. Jak weryfikowała pani autentyczność wypowiedzi respondentek, mając na uwadze, że relacje tego typu bywają silnie performatywne, a opowieści często stylizowane?
Paulina uniosła lekko głowę i odpowiedziała spokojnie, z pełną koncentracją:
– Dziękuję za to pytanie, pani profesor. Przyznam, że spodziewałam się go właśnie od pani, w kontekście pani bogatego dorobku naukowego. Oczywiście, zjawisko stylizacji wypowiedzi w kontekście relacji o charakterze dominacyjnym jest dobrze udokumentowane w literaturze. Aby zminimalizować ten efekt, zastosowałam podwójną strategię: po pierwsze, prowadziłam rozmowy w kilku etapach, umożliwiając uczestniczkom powrót do pewnych wątków i ich przedefiniowanie; po drugie, analizowałam zbieżność treści wywiadów z danymi pochodzącymi z samoopisowych ankiet uzupełniających, skonstruowanych z użyciem skal z psychologii społecznej i klinicznej. Pozwoliło mi to zyskać wielowarstwowy obraz doświadczeń – nie tylko deklaratywny, ale i ustrukturyzowany.
Recenzentka skinęła głową, notując coś na formularzu. Paulina patrzyła spokojnie przed siebie. Wiedziała, że pytania dopiero się zaczęły – ale nie czuła strachu. Czuła gotowość.
– W pracy odwołuje się pani również do swoich doświadczeń, z jakiegoś dawnego związku. Jak poradziła sobie pani z własną pozycją w relacji badaczka–obiekt? W jakim stopniu uwewnętrzniony kod kulturowy wpłynął  na sposób prowadzenia wywiadów?
Paulina odpowiedziała rzeczowo, z akademicką precyzją, ale i z osobistym ciepłem. Nie ukrywała swojej roli, zaznaczyła wręcz, że dzięki niej mogła zyskać zaufanie rozmówczyń i dotrzeć głębiej.
– Myślę, że moje doświadczenie nie było przeszkodą. Było mostem – podsumowała.

Profesor Heller natomiast skupił się na warstwie teoretycznej, zadając pytania o Winnicotta i koncepcję prawdziwego a fałszywego self w kontekście ról dominujący – uległy. Paulina zacytowała fragmenty z jego pism, nawiązując do psychologicznej funkcji maski, a potem zgrabnie przeszła do współczesnych modeli relacji asymetrycznych.

Gdy odpowiedziała na ostatnie pytanie, zapadła cisza, po której profesor Schneider uśmiechnął się szeroko:
– Gratuluję, pani doktor. W imieniu komisji informuję, że jednogłośnie przyznaliśmy pani tytuł doktora psychologii. A to dopiero...
Sala wybuchła oklaskami. Najpierw powoli, potem coraz śmielej – kilka osób z kadry dydaktycznej, grupka studentów. Były też Greta, Bella i Noëmi – ubrane elegancko, pełne dumy. Włoszka pierwsza rzuciła się z bukietem białych piwonii. 
– Pani doktor! – zawołała.
Paulina uśmiechała się, lekko zarumieniona. Gdy trzymała w rękach kwiaty, gdy gratulowano jej, ściskano dłoń, kiedy padały kolejne słowa uznania, wiedziała jedno  była kobietą, która przeszła całą drogę – intelektualną, emocjonalną i osobistą. I właśnie stawała u progu nowego rozdziału.

Ciepły wieczór w Berlinie był idealnym tłem dla celebracji. Paulina wybrała na tę okazję kameralną, elegancką restaurację przy Savignyplatz – miejsce o nienagannej opinii, z kuchnią francuską i dyskretną obsługą, idealne na takie chwile. Uroczystość była kameralna, ale każda osoba obecna przy stole miała w życiu Pauliny szczególne miejsce.
Eva, przyszła jako jedna z pierwszych. Przytuliła ją a uścisk, choć słaby, trwał nieco dłużej niż zwykle. Szepnęła jej do ucha:
– Jestem z ciebie  taka dumna, moja dziecko, naprawdę.
Obok niej siedziała Noëmi – jak zwykle efektowna, pewna siebie i tryskająca energią. Greta przyszła z Marco, a Thomas, cichy i lojalny, jak zawsze trzymał się blisko Belli, nie rzucając się w oczy.
Olga, Dawid i Jacek specjalnie przyjechali z Trójmiasta. Z uwagi na obowiązki zawodowe, nie mogli być na samej obronie. Kiedy tylko zobaczyła Paulinę, od razu rzuciła się jej na szyję, mówiąc pół żartem, pół serio:
– No masz, już jesteś panią doktor, a dopiero co przyjechałaś do naszej kancelarii po wydrukowane dokumenty. Szybko ci poszło, zdolna bestio. A ja ciągle muszę użerać się z aplikantami i niedouczonymi sędziami! Gratuluję kochana. Dawid z kolei przytulał ją długo i mocno, gratulując w imieniu całej rodziny. 

Wśród życzeń, toastów i różnych opowieści, przyłapała się na myśli, że brakuje jej dziś Jonasa.  Zaprosiła go na obronę ale nie mógł być obecny – miał od dawna zaplanowany wyjazd do Japonii i Korei, gdzie miał negocjować jakieś wielkie kontrakty. Przesłał jej gratulacje, list i imponujący bukiet – czerwonych peonii i białych orchidei, które czekały na nią na uczelni z kartką: „Jesteś piękna i mądra. JvH.” 

Rodzice, choć nie mogli przyjechać tego dnia, zadzwonili i długo z nią rozmawiali. Mama, wzruszona, powiedziała tylko jedno zdanie:
– Jesteś naszą dumą, córeczko.
Tego wieczoru, gdy kolejne lampki szampana unosiły się w górę, Paulina, wznosząc toast sokiem winogronowym,  patrzyła na swoich bliskich i poczuła coś rzadkiego: czyste, spokojne spełnienie. Nie chciała niczego więcej. Miała ich, miała siebie, miała dziecko i miała przyszłość.

Pod koniec wieczoru, gdy a śmiechy i rozmowy powoli cichły, Eva wstała od stołu wolniej niż zwykle. Jej ruchy były nieco mniej pewne, jakby na moment opadła z sił. Uniosła kieliszek w geście toastu, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, objęła spojrzeniem dziewczyny i z lekkim uśmiechem skinęła głową.
– Dziewczyny, musimy się spotkać. Prześlę wam datę i miejsce. Zaktualizujcie wasze kalendarze w systemie, żebym miała podgląd. Proszę. To ważne i pilne.
Jej ton był cichy, ale stanowczy. Nikt nie odważył się zapytać, o co chodzi – coś w jej głosie mówiło, że to nie czas ani miejsce na wyjaśnienia. Paulina spojrzała pytająco na Bellę, ta jednak tylko pokręciła głową z rezygnacją.
– Próbowałam już. Nawet mi nic nie chciała powiedzieć – szepnęła, nachylając się do Pauliny. – Ale to musi być coś bardzo poważnego. Czuję to.

Kiedy żegnała się, obejmując każdą z nich z osobna, jej uśmiech był serdeczny, lecz nosił w sobie cień czegoś niepokojącego. Po jej wyjściu, na chwilę zapadła cisza. Paulina patrzyła za nią z napięciem w ramionach, ściskając w dłoni kartkę z dedykacją od Jonasa. Poczuła, że nadchodzi coś, na co żadna z nich nie była gotowa.

---

Dom, do którego dotarły, był usytuowany na skraju niewielkiej miejscowości pod Berlinem. Paulina była zaskoczona – mimo tylu lat znajomości z Evą, nigdy nie zastanawiała się, gdzie ona mieszka. Teraz, stojąc przed starą, ale zadbaną willą, poczuła dziwne wzruszenie. Budynek miał ciemnozielone okiennice, starannie przycięty żywopłot i werandę porośniętą bluszczem.

Dziewczyny – Bella, Greta, Noëmi i Paulina – przyjechały punktualnie. Gdy weszły, Eva już czekała. Stała w korytarzu w eleganckim, prostym swetrze, wyraźnie blada, ale z tym samym dumnym wyrazem twarzy co zawsze. Jej uśmiech był ciepły, choć nieco zmęczony.
– Wejdźcie – powiedziała cicho, gestem zapraszając je do środka.
W salonie czekał już mężczyzna – starszy, siwiejący, o łagodnym spojrzeniu i nienagannej postawie. Gdy dziewczyny weszły, wstał.
– Mecenas Albrecht – przedstawił się z uprzejmym ukłonem. – Wieloletni przyjaciel i powiernik pani Stern.
Eva usiadła powoli w fotelu, na chwilę zamknęła oczy, jakby zbierając siły, a potem spojrzała na każdą z nich po kolei. Jej głos był nieco chrapliwy.
– Moje kochane… – zaczęła, a Paulina poczuła, jak coś ściska ją w gardle. – Zawsze myślałam, że powiem wam to inaczej, może w inny sposób, mniej emocjonalny. Ale nie ma już czasu na planowanie. Od wielu lat choruję. Nowotwór. Walczyłam. Przechodziłam leczenie, przerwy, nawroty. Długo się nie poddawałam.
Bella otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamilkła. Greta spuściła wzrok. Noëmi wpatrywała się w nią bez mrugnięcia, a Paulina poczuła, jak palce zaciskają jej się na podłokietniku krzesła.
– Teraz jest znów nawrót. Kolejny, a mój organizm już nie chce walczyć. Lekarze dają mi maksymalnie trzy miesiące. Może krócej, może dłużej, nie ma to już znaczenia. Czuję, że czas się kończy.
Zapadła cisza. Przez chwilę nikt się nie poruszył, jakby słowa wciąż nie dotarły do końca.
– Chciałam, żebyście się dowiedziały tego ode mnie. Bez niedomówień. Bez plotek. Przez te lata stałyście się dla mnie ważne. Każda z was, jak córki, których nigdy nie miałam. To, co stworzyłyśmy, to nie było tylko studio. To była wspólnota. Energia. Sens. I chciałabym, żeby coś z tego zostało, gdy odejdę.
W salonie zapanowała cisza, poza pojedynczymi westchnieniami i urwanymi szeptami. Świat za oknami wydawał się zupełnie obcy, nierzeczywisty – a każda z nich czuła, że właśnie teraz coś się kończy. 

Eva przygotowała wszystko tak, jakby od dawna planowała ten dzień, bez sentymentów, bez łez. Kiedy zakończyła swoje krótkie, rzeczowe przemówienie, uniosła się z trudem z fotela.
Paulina poczuła, jak pieką ją oczy. Próbowała jeszcze chwilę walczyć ale po chwili poleciała pierwsza łza, potem kolejne. Pierwsza wstała Bella. Powoli, podeszła do Evy i mocno ją objęła. Greta i Noëmi
 przyłączyły się chwilę później. Paulina wstała jako ostatnia – nie dlatego, że czuła mniej, tylko dlatego, że nie potrafiła poradzić sobie z nagłą falą emocji.

– Nie chcę czułych pożegnań, nie chcę rozklejania się. Wiem, że jesteście silne i mądre. I wiem, że dacie sobie radę. Teraz zostawiam was z mecenasem – powiedziała spokojnie i wyszła z salonu, zanim którakolwiek zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Drzwi zamknęły się cicho. Zapanowała cisza, a potem odezwał się mecenas Albrecht, wyjmując z eleganckiej skórzanej teczki uporządkowane dokumenty.
– Dziękuję za przybycie. Pani Stern życzyła sobie, aby sprawy zostały przekazane osobiście, w tym właśnie gronie. Proszę pozwolić, że przejdę do rzeczy.

– Gospodarstwo w Spreewaldzie – powiedział, przeglądając dokumenty – zostało przepisane wspólnie na panie Isabellę Ventresca, Gretę Nørgaard i Paulinę Ritter. To nieruchomość o powierzchni ponad 12 hektarów. Zgodnie z wolą pani Stern, ma ono zachować swoją dotychczasową funkcję – miejsca, w którym organizowane są spotkania społeczności BDSM, tak zwane Sklavenkamp.
Dziewczyny spojrzały po sobie – nie były zaskoczone, lecz poruszone. Znały to miejsce doskonale. Tam tworzyła się historia. 
– Pani Noëmi Girard otrzymuje apartament w Paryżu, przy Rue des Martyrs. Trzy pokoje, kamienica z lat dwudziestych. Pani Stern uznała po jednej z rozmów, że skoro planuje pani powrót do Francji powinna mieć tam swoje miejsce. I że to odpowiedni czas, by przestała w końcu wynajmować od kogoś mieszkanie – powiedział z lekkim uśmiechem.
— Teraz pani Ritter — kontynuował mecenas.  Eva Stern przekazuje pani nieruchomość o nazwie Adlerheim. To stary dom z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych, blisko Bayreuth w Północnej Bawarii, który odziedziczyła wiele lat temu po wuju. Miał ostatnio zostać wyremontowany i być miejscem gdzie spędzi emeryturę, ale los zdecydował inaczej.
Zawiesił głos na moment, jakby chciał podkreślić wagę kolejnych słów.
— Co ciekawe, z zachowanych dokumentów i korespondencji wynika,  że dom zaprojektował osobiście sam Walter Gropius. Tak czy inaczej, duch Bauhausu jest tam obecny w sposób niemal podręcznikowy. Mecenas spojrzał na Paulinę uważnie.
— Pani Stern uznała, że pani, jako osoba zafascynowana tym nurtem, spośród wszystkich najbardziej zrozumie jego potencjał. Dom jest położony na niewielkim wzgórzu, z widokiem na jezioro i zajmuje sporą działkę. Prosta bryła, duże przeszklenia, funkcjonalny układ, wszystko podporządkowane idei światła, przestrzeni i proporcji.
Przesunął delikatnie dokument w jej stronę.
— Ma swoją historię. I czeka na nowe życie. Warunek jest jeden, nie może go pani sprzedać przez najbliższe pięć lat.
Paulina nic nie odpowiedziała — jedynie lekko skinęła głową. Znała tę nazwę. Eva kiedyś zobaczyła jej album o Bauhausie, przywieziony jeszcze z Polski. Pamiętała, jak przesuwały razem palcami po fotografiach surowych, geometrycznych brył, jak Eva mówiła o czystości formy, o dyscyplinie przestrzeni, o architekturze, która nie udaje niczego ponad to, czym jest. Wtedy wspomniała o Adlerheim. O domu, który miał być jej azylem. Miejscem ciszy, światła i porządku. Miejscem, w którym kiedyś — na starość — chciała zamieszkać. A teraz był jej.

Mecenas Albrecht przerzucił kolejne dokumenty i spoważniał.
– Pozostaje kwestia najistotniejsza. Dominia Studio Berlin – powiedział. – Klub został wyceniony na kwotę dwóch milionów euro. Pani von Stern zawarła jednak klauzulę preferencyjnego nabycia. Zgodnie z jej wolą, tylko wy cztery – pani Ritter, pani Ventresca, pani Nørgaard oraz pani Girard – macie prawo przejąć własność studia, za kwotę zredukowaną do sześciuset tysięcy euro.
Zapadła cisza. Paulina spojrzała na Bellę. Greta i Noëmi również wymieniły szybkie spojrzenia.
– W rozporządzeniu pani Stern wskazała, że środki te mają zostać przekazane Fundacji Stern – kontynuował mecenas. – To organizacja non-profit, którą niedawno założyła. Fundacja zajmuje się edukacją i wsparciem kobiet po traumach seksualnych oraz przemocowych, głównie z rodzin emigranckich z trzeciego świata. Finansuje szkolenia zawodowe i stypendia edukacyjne. Zgodnie z kolejnym zapisem, dziesięć procent dochodów studia ma zasilać konto tej fundacji. 
Dziewczyny słuchały w milczeniu. Teraz już wszystko miało sens. Eva, nawet w obliczu swojej śmierci, zadbała o to, by potęga, którą zbudowała, przekuła się na coś większego.
– Jeśli zdecydujecie się przejąć klub – mówił dalej mecenas – będziecie jego nowymi właścicielkami. Musicie jednak wspólnie złożyć deklarację kontynuacji działalności w duchu, jaki ustanowiła pani Stern, z zachowaniem etyki, rygoru, rytuału i absolutnego profesjonalizmu. 
Paulina spojrzała na mecenas Albrechta.
– Herr Albrecht... przepraszam,  czy mógłby pan zostawić nas same? – zapytała uprzejmie, ale stanowczo. – Potrzebujemy chwili aby omówić to między sobą.
Mężczyzna skinął głową, bez słowa zebrał swoje dokumenty, zamknął elegancką skórzaną teczkę i wyszedł z salonu. Kiedy drzwi się zamknęły, zapadła cisza. Żadna z nich nie sięgnęła po wodę. Tylko tykający zegar na ścianie wyznaczał upływające sekundy.
Pierwsza odezwała się Noëmi. 
— Ja chcę wrócić do Francji. Do Paryża. Od dawna planuję otworzyć własne studio. Mam odłożone pieniądze, a jeśli teraz wykupię udziały, cały projekt się opóźni. A nie chcę znowu odkładać tego na później.
Greta uniosła wzrok znad stołu. 
— Ja też niedługo się wycofuję — powiedziała cicho, ale pewnie. — Marco i ja planujemy ślub. Jeszcze się nie oświadczył, ale to kwestia czasu. Chcę zacząć coś nowego. Dom, dzieci, normalność. Nie chcę już wracać późnymi wieczorami, żyć w tym tempie.
Na moment zawiesiła głos.
— Kocham was i to, co razem stworzyłyśmy, ale czuję, że to już nie jest moja droga. Wracam do Norwegii. Moi rodzice mają pensjonat na Lofotach — niewielki, ale pięknie położony. Pomogę im go prowadzić. Marco jest programistą i może pracować zdalnie, więc to ma sens.
Przesunęła dłonią po stole.
— Mogę wykupić swoje udziały, ale potem musi je przejąć któraś z was.
Zapadła cisza.
Bella spojrzała na Paulinę, potem na pozostałe. Wzruszyła lekko ramionami, jakby decyzja była dla niej oczywista.
— Ja wchodzę. — powiedziała bez wahania. — Ale znacie mnie. Nie jestem mistrzynią oszczędzania. Lubię żyć intensywnie. — uśmiechnęła się lekko. — Z Thomasem mamy jakieś sto tysięcy. I to jest absolutny sufit. Może coś jeszcze uda się dozbierać, ale dopiero co kupiliśmy ten dom w Toskanii.

Paulina powoli odłożyła dokumenty na stół. Przez chwilę patrzyła na nie w milczeniu, jakby próbowała ułożyć wszystko w głowie.
— Ja… — zaczęła cicho. — Ja praktycznie nic nie mam. Wszystko wpakowałam w mieszkanie. — uniosła wzrok. — I mam wrażenie, że jestem tutaj najsłabszym ogniwem.
W pokoju zapanowała ciężka cisza. Noëmi przerwała ją pierwsza.
— Dwa lata. — powiedziała spokojnie. — Tyle mogę poczekać. Potem mnie spłacisz. I dasz prawo do używania logo i nazwy Dominia Studio Paris. Jako oficjalna filia. 
Paulina spojrzała na nią uważnie.
— Masz to jak w banku.
Greta skinęła głową, jakby właśnie podjęła decyzję.
— Ja zapłacę za swoje udziały i przekażę je tobie. Uporządkujemy to formalnie — zabezpieczenie, harmonogram spłat, rozłożymy to na kilka lat.
Paulina uśmiechnęła się lekko, z wyraźną wdzięcznością, ale też cieniem napięcia.
— Dziękuję… naprawdę. Jesteście niesamowite. — zawahała się na moment. — Ale to wciąż nie rozwiązuje kwestii mojego wkładu na start.
Spojrzała na każdą z nich po kolei.
— Dajcie mi kilka dni. Spróbuję coś wymyślić.

Mecenas wrócił do salonu.
– Herr Albrecht, co jeśli nie uda nam się zebrać tych środków – odezwała się Paulina, stojąc przy oknie.
W ciszy, która zapadła, mężczyzna odchrząknął lekko i poprawił mankiet koszuli, jakby przygotowywał się do mniej wygodnej części rozmowy.
— W tej sytuacji — zaczął rzeczowo — muszę uprzedzić panie o konsekwencjach. Jeśli nie dojdziecie do porozumienia i nie zostanie przedstawiony realny plan przejęcia udziałów, studio zostanie wystawione na sprzedaż. W przypadku braku zainteresowania ze strony kupców pozostanie jego likwidacja. Zamykanie działalności, rozliczenie majątku, rozwiązanie wszystkich umów.
Te słowa zawisły w powietrzu ciężko.
Bella przestała się uśmiechać. Noëmi skrzyżowała ręce, patrząc gdzieś w bok. Greta spuściła wzrok.
Paulina milczała przez chwilę, jakby ważyła coś w sobie.
— Nie dojdzie do tego. Proszę nam dać dwa tygodnie.
Mecenas spojrzał na nią uważnie.
— Dwa tygodnie wystarczą, żebyśmy mogły to poukładać. Znaleźć rozwiązanie. Nie pozwolimy, żeby to miejsce tak po prostu zniknęło.
Mężczyzna skinął głową, powoli, jakby dokładnie rozważał jej słowa.
— Dobrze, oczywiście — odpowiedział w końcu. 
Złożył dłonie na stole.
— Wstrzymam wszelkie działania do tego czasu. Mam nadzieję, że przedstawią panie konkretny plan.
Zatrzymał na moment spojrzenie na Paulinie.
— I trzymam kciuki aby udało się.
Jego ton złagodniał, po raz pierwszy od początku rozmowy.
— To miejsce zasługuje na to, żeby dalej istniało. W takim kształcie, w jakim je stworzyłyście razem z Evą. Z tym charakterem, tą konsekwencją i tym poziomem.
Delikatnie zamknął teczkę.
— Szkoda byłoby to zaprzepaścić.

---

Było już dobrze po dwudziestej, kiedy telefon Pauliny zawibrował na marmurowym blacie kuchennej wyspy. Spojrzała na wyświetlacz, telefonował Jonas. Nie dzwonił do niej od dawna, nie widzieli się od ponad czterech miesięcy. To wtedy przeprowadziła z nim ostatnią sesję. Miał dużo pracy, ciągle gdzieś podróżował, a jednocześnie wiedział, że Paulina przygotowuje się do obrony doktoratu. Zaskoczona odebrała.
– Lady Fenriss? – jego głos był jak zawsze opanowany, ale tym razem słychać było w nim zaskakującą miękkość. – Nie chcę przeszkadzać, chciałem umówić z panią sesję, ale kalendarz jest nieaktywny. Czy wszystko w porządku?
– Dziękuję, Jonas, wszystko w porządku... chyba. Dziękuję za kwiaty i liścik, sprawił mi wielką przyjemność – odpowiedziała, siadając powoli. W tle dało się słyszeć szum klimatyzowanego biura, najwyraźniej był jeszcze w pracy. – Ale to nie jest rozmowa na telefon. Przyjedź proszę do mnie jeśli masz ochotę.
Chwila ciszy.
– Rozumiem. – jego ton stał się bardziej napięty. –  Dziś? Jutro? Kiedy ci pasuje?
Paulina spojrzała przez okno. Zachód słońca kładł się ciepłym światłem na wysokich koronach starych drzew za oknem. Położyła dłoń na zaokrąglonym brzuchu.
– Możesz wpaść jutro wieczorem. Po dziewiętnastej. Będę czekała.
– Dziękuję. Lady... Paulina,  cieszę się, że usłyszałem twój głos.
– Do zobaczenia, Jonas – powiedziała cicho rozłączając się i odkładając telefon.
Zanim ekran zgasł, spojrzała jeszcze na jego imię. Przez sekundę coś w niej zadrżało – jakiś cień emocji, którego nie chciała jeszcze nazwać. Potem wstała i sięgnęła po filiżankę z ziołową herbatą. 

Wróciła do stołu, na którym leżały różne wydruki z lokat bankowych i jej notatki. Przeliczyła wszystko jeszcze raz, wciąż brakowało jej ponad sto tysięcy euro. Zdenerwowana pogniotła kartkę i rzuciła na podłogę. Po weekendzie zadzwoni do banku, może uda jej się wyciągnąć część wkładu własnego i zwiększyć kredyt, to był jedyny sensowny plan. Najwyżej sprzeda samochód, Dominia musi zostać w ich rękach. 

---

Jonas przyjechał jak zawsze punktualnie. Czarny Maybach sunął cicho wzdłuż eleganckiej ulicy Charlottenburga, by zatrzymać się tuż przed kamienicą, w której mieszkała Paulina. Wysiadł z samochodu, poprawił mankiet koszuli i wziął głęboki oddech, jakby potrzebował przygotować się na coś ważnego. Nacisnął przycisk domofonu, usłyszał bzyczenie. Wjechał na 3 piętro.
Otworzyła drzwi niemal natychmiast. Stała w progu ubrana w prostą, letnią sukienkę w kolorze écru, przewiązaną pod biustem delikatną tasiemką. Jej twarz była promienna, a skóra miała zdrowy blask, którego wcześniej nie dostrzegał. Jednak to nie twarz przykuła jego wzrok. Gdy stanęła bokiem, nie było już wątpliwości.
Zamarł. Dosłownie na ułamek sekundy jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
– Paulina... gratuluję – powiedział cicho, jakby sam próbował upewnić się, że dobrze widzi.
– Teraz już wiesz, dlaczego nie prowadzę sesji i dlaczego nie wyciągnęłam cię od dawna na bieganie. 
Otworzyła drzwi szerzej. 
– Wejdź i rozgość się.
Wszedł do mieszkania, które pachniało lawendą i świeżo parzoną miętą. Zaproponowała mu coś do picia, poprosił o szklankę wody,
– Wyglądasz przepięknie – powiedział w końcu. – Naprawdę przepięknie. Ciąża ci służy.
Uśmiechnęła się. Jej uśmiech był łagodny, grzeczny, ale bez radości. Jakby obecny tylko na powierzchni twarzy. Milczała przez moment, a potem skinęła głową.
– Dziękuję. To podobno będzie chłopiec, więc nie zabrał mi urody, tak mawia moja mama.
Jonas uśmiechnął się i dodał ostrożnie:
– Gratuluję. Tobie i ojcu.
Spojrzała na niego z ukosa. Bez goryczy, ale też bez cienia ciepła.
– Dziękuję, ale... chyba nie będę miała okazji mu tego przekazać. Nie będzie obecny w naszym życiu.
Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale od razu się powstrzymał. W jego oczach pojawiło się pytanie, którego nie wypowiedział, byłoby dla niego zbyt śmiałe. Paulina dostrzegła to i lekko pokręciła głową.
– Wolałabym o tym nie mówić. To wszystko jest zamknięte. Może kiedyś opowiem ci, teraz nie jestem jeszcze na to gotowa.
– Oczywiście – powiedział cicho. – Przepraszam.
– Nie musisz przepraszać. Naprawdę.
Usiedli na jasnej sofie. Zsunęła japonki i podciągnęła nogi pod siebie. Jej bose stopy spoczęły na miękkiej tkaninie.  Była spokojna, lekko melancholijna.
– Upał zaczyna mi dawać się we znaki – przyznała z lekkim uśmiechem. – Tegoroczny czerwiec w Berlinie jest nieznośny, jakby słońce  zakochało się w tym mieście.
Obserwował ją z uwagą. Od chwili, kiedy ją zobaczył, nie mógł oderwać wzroku. Była piękna – piękna inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Miała w sobie coś, co wymykało się słowom – siłę i miękkość zarazem. Świadomość, że nosi w sobie nowe życie, nadawała jej obecności niemal mityczny wymiar.
Spojrzała na niego, jakby czytała w myślach.
– A ty? Opowiedz mi coś. Wyrwij mnie z tego świata mdłości, badań i kopniaków w żebra – zażartowała z uśmiechem. – Opowiedz mi coś o swojej ostatniej podróży. Znowu do Japonii, prawda?
Ożywił się. Przechylił się lekko w jej stronę i westchnął cicho, jakby wracał myślami do innego świata.
– Tak. Japonia i Korea. Najpierw Tokio i Kyoto, potem parę dni w Sendai. Wiesz, na początku myślałem, że znów będzie jak zawsze: spotkania, transakcje, kolacje biznesowe. Ale kiedy wyszedłem rano na taras hotelu, miasto było inne. Puste, mokre po nocnym deszczu, ciche. Pachniało ziołami i czymś metalicznym. A może tylko wydawało mi się, że czuję coś. Stałem tam i poczułem się, jakby wszystko się zatrzymało.
Paulina słuchała z zamkniętymi oczami. Czasem lekko poruszała palcami stóp. Była wyłącznie słuchaczką – zanurzoną w jego opowieści.
– Wymknąłem się z hotelu któregoś poranka. Byłem w herbaciarni, którą znalazłem przypadkiem. Mała, drewniana, gdzieś w bocznej uliczce Asakusy. Starsza kobieta podała mi herbatę – miała może siedemdziesiąt lat. Nosiła kimono, poruszała się cicho, jak duch. I wiesz, kiedy podała mi filiżankę, zrobiła to z takim skupieniem, że poczułem się, jakby mnie oczyszczała. Serio.
Paulina otworzyła oczy i spojrzała na niego z miękkim uśmiechem.
– Masz w sobie coś z poety – powiedziała cicho. – I dobrze, nie znałam cię z tej strony.
Uśmiechnął się zawstydzony.
– Ty też jesteś zupełnie inna – powiedział po chwili. – Wyglądasz jak kobieta z obrazu namalowanego, najpiękniejszymi farbami.
Roześmiała się miękko. Przesunęła dłonią po włosach.
– Nie wiem, czy to brzmi bardziej jak komplement, czy jak fragment eseju o ekspresji ciążowej – zażartowała. – Ale dziękuję. Dobrze mieć cię tutaj dziś.
– Zawsze, Paulino. Zawsze możesz na mnie liczyć. Pamiętaj proszę o tym. Może będę akurat na drugim końcu świata, ale zawsze zrobię wszystko co w mojej mocy, aby cię wesprzeć, kiedy tylko będziesz tego potrzebowała. Na miejscu jest zawsze Otto, on zrobi co będzie trzeba. Nie krępuj się, lepiej jechać na badania na tylnej kanapie Maybacha niż samej prowadzić samochód, lub co gorsza jechać metrem.
– Dziękuję Jonas, doceniam to... naprawdę.

Rozmawiali jeszcze przez dłuższą chwilę – spokojnie,  bez napięcia. Jonas dalej opowiadał z pasją o Japonii i Korei, a ona, rozmarzona, słuchała, czasem zadając pytania, czasem tylko kiwając głową z uśmiechem. Było w niej coś niezwykle kobiecego i delikatnego, kiedy siedziała tak, z bosymi stopami podwiniętymi na sofie, w letniej sukience, z lekko zaróżowionymi od upału policzkami.
Gdy temat podróży powoli się wyczerpał, wciąż patrzyła przed siebie, zatopiona we własnych myślach. W pokoju zapadła chwila ciszy.
– Wiesz – odezwał się ostrożnie – nie chcę zabrzmieć zbyt butnie, wiem kim jesteś, ale chciałbym cię kiedyś tam zabrać. Do Japonii.
Spojrzała na niego uważnie. Nie odpowiedziała od razu. Uśmiechnęła się tylko. To wystarczyło, by w jego sercu rozlało się ciepło, ale też lekki niepokój. Nie wiedział, co dalej powiedzieć, przez moment wahał się, po czym wypalił z pozornie luźną propozycją:
– A skoro jestem teraz w Berlinie... może... może przydałby ci się ktoś do pomocy? Mógłbym... ogarniać zakupy, pomagać, nie wiem – sprzątać nawet – dodał z lekkim zawahaniem.
Spojrzała na niego z rozbawieniem.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że moje wymagania są bardzo wysokie? – powiedziała spokojnie, przekrzywiając głowę. – A za każde niedociągnięcie czekałaby cię kara? Jeśli chcesz u mnie sprzątać, musisz robić to lepiej od pani Jovanović.
Oboje wybuchli śmiechem, choć doskonale wiedział, że Paulina, nawet w ciąży, była jak najbardziej zdolna do tego, by spełnić swoją groźbę.
– Dobrze – powiedziała po chwili, już spokojniej. – Kiedy naprawdę będę czegoś potrzebować, dam ci znać.
Skinął głową z wdzięcznością. Paulina sięgnęła po filiżankę z herbatą i oparła się wygodniej.
– Spotkałyśmy się niedawno z Evą. To było... trudne. Jest w bardzo kiepskim stanie.
Opowiedziała mu dokładnie, jak wyglądało tamto spotkanie – o domu pod Berlinem, o mecenasie Albrechcie, o zapisach i warunkach przejęcia udziałów. Jonas słuchał w ciszy.
– Nie wiem co dalej z Dominią. Greta się wycofuje – kontynuowała. – Chce stworzyć rodzinę i wrócić do Norwegii. Poznałeś Marco, są idealną i piękną parą. Noëmi chce otworzyć paryski oddział Domini i wraca do Francji. Wyprosiłam ją niemal, żeby chwilę wstrzymała się jeszcze. Bella oczywiście... Bella jak to Bella. Ile zarobi tyle wyda. I tak cud, że coś miała. Ma dużo chęci, ale wiesz jaka jest. Ja muszę wykupić mój udział, część udziału Belli i zacząć spłacać pozostałe dziewczyny. 
Zamilkła na chwilę.
– W poniedziałek pojadę do banku, może zwiększą mi kredyt i zwrócą część wkładu własnego na to mieszkanie. Ale szczerze mówiąc, nie mam chyba teraz głowy, żeby to wszystko organizować. Ciąża, doktorat, uczelnia. Po prostu za dużo naraz. Prawdopodobnie odpuszczę temat. Od rodziców przecież nie pożyczę, bo co im powiem?
Jonas milczał.
– Może – dodała, już łagodniej – kiedy maleństwo będzie nieco starsze, zastanowię się, co dalej. 
– Posłuchaj – powiedział cicho, ale stanowczo. – Dla mnie to nie jest żaden problem. Naprawdę. Mogę ci dać te pieniądze.
Podniosła wzrok. Przez moment jeszcze milczała. Patrzyła na niego długo, jakby próbując wyczytać, czy mówi poważnie. Potem pokręciła głową.
– Nie. Nie ma mowy. Nie mogę przyjąć od ciebie takiej sumy. Takie mam zasady.
Zamilkła, ale Jonas wyczuł, że coś w niej drgnęło. Pojawiło się to jedno, drobne zawahanie – ledwie widoczne, jak cień unoszący się w źrenicy. Po chwili dodała:
– Ale... jeśli zechcesz mi je pożyczyć, obiecuję, że cię spłacę. Najszybciej, jak tylko będę w stanie. Obiecuję.
– Spłacisz wtedy, kiedy będziesz mogła. Bez presji. Bez napięć. Po prostu zaufaj mi. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdyby ktoś inny miał przejąć Dominię. To byłby koniec tego miejsca, takiego jakie je wszyscy znamy i na swój sposób kochamy.
Skinęła głową, nieco wolniej niż zwykle. Jej twarz pozostała poważna, ale w oczach pojawił się cień wzruszenia. Nie pozwoliła mu się rozlać. Wzięła głęboki wdech, sięgnęła po filiżankę z herbatą i spojrzała przed siebie.
– Zatem, umowa między dżentelmenem a dominą? – zapytała z lekkim, ironicznym uśmiechem.
– Chyba najlepszy rodzaj umowy, jaki mogę sobie wyobrazić – odparł.
Powoli podniósł się i klęknął przed nią.
– Chyba musimy to jakoś symbolicznie przyklepać – powiedział cicho, prawie szeptem.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, nachylił się i z największą czułością pocałował jej stopę. Była bosa, wciąż oparta na sofie, lekko przesunięta w bok. Usta musnęły skórę z niemal nabożnym szacunkiem. Paulina nie cofnęła jej. Nie drgnęła. Spojrzała na niego z góry, z uznaniem. Po chwili sięgnęła dłonią do jego twarzy i położyła ją delikatnie na policzku.
– Dziękuję, że dziś przyjechałeś.
Pozostał jeszcze przez chwilę w tej pozycji, jakby nie chciał, by ten moment się skończył. Potem usiadł na podłodze. Rozmawiali dalej – spokojnie, z lekkością, która mogła istnieć tylko między dwojgiem ludzi, którzy znali się już naprawdę dobrze. Było coś niezwykle intymnego w tej rozmowie, a jednocześnie pozbawionego ciężaru: dwoje dorosłych, świadomych swoich dróg.
Paulina mówiła jeszcze o klubie. Wyjaśniła mu, że była już naprawdę bliska podjęcia decyzji o odpuszczeniu, jeśli bank odmówiłby aneksowania umowy kredytowej. 
– Gdyby nie twoja pomoc klub przestałby istnieć  – przyznała. – Po urodzeniu dziecka, na pewno zrobiłabym sobie dłuższą przerwę. A potem może otworzyłabym razem z Bella coś znacznie mniejszego, bardziej prywatnego. A może zostawiłabym to za sobą i skupiła się na normalnej pracy.
Słuchał w milczeniu, uważnie patrząc  na nią z zachwytem.
– W końcu mam już ten doktorat, etat na uczelni i kończę studia podyplomowe, będę mogła zostać psychoterapeutką – dodała bardziej do siebie niż do niego. – Za jakiś czas będę mogła przyjmować pacjentów. Prawdziwych pacjentów. Może to czas, żeby przestać dzielić życie między dwa światy.
Zamilkła na chwilę i spojrzała przez okno, jakby wypatrując jakiejś odpowiedzi w rozświetlonym berlińskim niebie. Jonas nie odpowiedział od razu. Po chwili znów pochylił się i złożył czuły pocałunek na wierzchu jej stopy — z większą świadomością i czymś więcej niż tylko czułością. Było w tym niemal oddanie, cichy hołd złożony kobiecie, która od początku zdominowała nie tylko jego ciało, ale i myśli.
– Berliński świat femdom poniósłby nieodżałowaną stratę, gdybyś to zrobiła – powiedział cicho, nie patrząc jeszcze w górę. – Wierz mi jesteś jedyna w swoim rodzaju. Jesteś najlepsza.
Paulina zadrżała nieco, nie z powodu słów, ale z powodu tonu — tak głębokiego, tak pełnego szczerości, że przez chwilę nie potrafiła odpowiedzieć. Uniósł głowę. Ich spojrzenia się spotkały. Powoli pochyliła się lekko, wyciągnęła dłoń i musnęła jego policzek opuszkami palców — tak delikatnie, jakby dotykała płatka róży.
– Dziękuję, Jonas – powiedziała cicho. – Za wszystko.

Kiedy opuścił jej mieszkanie późnym wieczorem, przez dłuższy czas nie mogła zasnąć. Leżała na boku, z dłońmi złożonymi pod głową, wsłuchując się w ciszę, która wypełniała elegancko urządzone wnętrze. Myśli wciąż wracały do jego wizyty — do jego obecności, do delikatności, z jaką traktował jej ciało, jej słowa, jej decyzje. Było w nim coś, co wyraźnie się zmieniło.
Zastanawiała się, skąd ta nowa śmiałość, całowanie stóp i dłoni bez jej pozwolenia — może wynikała po prostu z faktu, że wreszcie był naprawdę wolny. Przecież sam jej mówił pół roku temu, że zakończył wreszcie sprawę rozwodową. Z jego opowieści wynikało, że nie był to łatwy proces. Umiejętnie i precyzyjnie spisana umowa majątkowa uratowała go przed podziałem fortuny, ale koszt emocjonalny i finansowy i tak był spory. „Koszt świętego spokoju”, jak to ujął z gorzkim śmiechem.
Mimo wszystko dostrzegała w jego słowach cień zmęczenia. Rozwód nawet wśród ludzi z jego kręgów, z jego pozycją, nie był tylko formalnością. Zawsze zostawały ślady. A może to właśnie one sprawiły, że spojrzał na nią inaczej, z większym uczuciem, z jeszcze większym oddaniem? Przypomniała sobie ten dzień kiedy wystrojona w sukienkę od Channel liczyła na coś więcej. Kolację, wspólne wyjście i jaka wtedy była zła. Na niego, na siebie, na świat. Przez te kilka lat wiele się zmieniło w ich relacji. Kim dla niej teraz był? Dobrym znajomym? A może już przyjacielem?

Westchnęła cicho, przesuwając dłonią po brzuchu. W jej ciele rosło nowe życie, a w sercu — coraz więcej pytań, na które nie znała jeszcze odpowiedzi. Jedno wiedziała na pewno: Jonas był kimś, kto zaczynał coraz mocniej zaznaczać swoją obecność. W niej i wokół niej. I choć nie była jeszcze gotowa, by nazwać to pragnieniem, czuła, że ten mężczyzna — ten jej uległy, spokojny Jonas — z każdym dniem stawał się jej coraz bliższy.

---

Dzięki jego pomocy udało się szybko sfinalizować nabycie udziałów w Dominia Studio Berlin. Paulina stała się właścicielką czterdziestu procent. Pozostałe pięćdziesiąt było w rękach Grety i Noëmi, a dziesięć objęła Bella. Była zadłużona po uszy, ale dziwnie spokojna, że wszystko spłaci. Urodzi dziecko, odpocznie i weźmie się ostro do pracy. Powoli układała już sobie w głowie pewien plan. 


Rozdział XLVIII

Pustka

Berlin, lato 2016

Bella mieszkała w dzielnicy Neukölln – tej jej bardziej zadbanej, urokliwej części, która w ostatnich latach stała się modna wśród młodych profesjonalistów, artystów i ludzi, którzy chcieli być blisko pulsującego serca Berlina, a jednocześnie uciec od tłumu turystów z Mitte. Mieszkanie znajdowało się w jednej z kamienic z końca dziewiętnastego wieku, z wysokimi sufitami, skrzypiącym parkietem i oknami wychodzącymi na zielone podwórze.

Tego ranka obudziła się wcześnie jak na nią. Ze szklanką wody usiadła przy oknie w kuchni i przez chwilę patrzyła na dziedziniec, po którym snuł się leniwie biały kot sąsiadów. W telefonie miała już wiadomość od Pauliny z potwierdzeniem godziny spotkania – miały zobaczyć się w centrum, przy Kurfürstendamm i wspólnie odwiedzić kilka sklepów z akcesoriami dla dzieci.

Po porannej kawie weszła do łazienki, wzięła szybki prysznic, nałożyła lekki makijaż, podkręciła włosy i wróciła do garderoby. Wybrała luźny biały T-shirt z logo jednego z włoskich domów mody, ciemne dżinsy i krótką kurtkę motocyklową z miękkiej, koniakowej skóry. Pocałowała śpiącego jeszcze Thomasa, i zeszła na dół, gdzie czekała jej ukochana Vespa – czerwona i lśniąca. Wsiadła, wsunęła dłonie w rękawiczki z cienkiej skóry, zapięła kask i ruszyła. Przemykała przez ulice z wprawą i pewnością, jak zawsze – kochała ten sposób przemieszczania się, zwłaszcza rano, kiedy Berlin dopiero budził się do życia. Jechała przez Kreuzberg, potem skręciła w kierunku Tiergarten, czując wiatr i zapach miasta.

Po niespełna dwudziestu minutach wjechała na Kurfürstendamm. Zaparkowała na jednej z bocznych uliczek, zdjęła kask, poprawiła okulary przeciwsłoneczne i spojrzała w telefon. Paulina właśnie napisała, że jest już w drodze. Uśmiechnęła się pod nosem, rozejrzała po znajomej okolicy i ruszyła w stronę umówionego miejsca, gotowa na zakupy – i na to, by jak zawsze być obok swojej ukochanej przyjaciółki. Usiadła przy niewielkim stoliku w cieniu parasola, w jednej z przytulnych kawiarenek. Miejsce znała dobrze – eleganckie, ale bez przesady, z prostymi białymi filiżankami, delikatną ceramiką i dyskretną muzyką. Wybrała stolik przy oknie, skąd mogła obserwować ulicę – ludzi przechodzących spokojnie z zakupami, kelnerów w białych koszulach i ruch powoli budzącej się do życia metropolii.
Przed nią, na stoliku, stała filiżanka mocnej, intensywnej kawy. Paulina spóźniała się już szesnaście minut. Spojrzała na ekran, przesunęła palcem i znów nic. Żadnej wiadomości. Żadnego „już jestem” ani „zaraz będę”. Zmarszczyła lekko brwi, odłożyła telefon i rozejrzała się po ulicy, przysłaniając oczy dłonią. To było całkowicie niepodobne do Pauliny. Zawsze punktualna, wręcz idealna – typ kobiety, który przychodzi pięć minut wcześniej i czeka, zerkając na zegarek wściekając się, że inni nie przyszli tak jak ona, przed czasem. A teraz – cisza. Westchnęła. Wzięła filiżankę do ręki i upiła niewielki łyk. Wciąż gorąca, gorzka i esencjonalna – tak jak lubiła. Przesunęła dłonią po spodzie naczynia i spojrzała na puste krzesło naprzeciwko.
– Może zaspała albo źle się poczuła. Nie, to bez sensu, przecież pisała, że jest w drodze. Może szuka miejsca do parkowania – powiedziała do siebie pod nosem, bardziej żeby zagłuszyć niepokój niż z przekonaniem.
Spojrzała znów na telefon, potem na mijające ją pary i rowerzystów na ścieżce. Zawahała się, ale nie wybrała numeru. Jeszcze nie. Znała Paulinę zbyt dobrze – wiedziała, że jeśli coś się wydarzyło, da znać. A jeśli nie, to nie ma sensu dopytywać. I tak nie znosiła, kiedy ktoś ją kontrolował.
– Daję jej jeszcze dziesięć minut i dzwonię.  
Oparła się wygodniej, poprawiła okulary przeciwsłoneczne i znów spojrzała w ulicę. Czekała. I choć zwykle nie lubiła czekać – dziś nie ruszyłaby się stąd za nic.

---

Paulina od rana czuła się nieswojo, obudziła się z dziwnym, trudnym do opisania uczuciem. Leżała przez chwilę w łóżku, wsłuchując się w swoje ciało. Brzuch wydawał się napięty bardziej niż zwykle, a od czasu do czasu przechodził przez niego tępy, rozlany ból – nie silny, ale na tyle wyraźny, że wzbudził lekki niepokój. Uznała jednak, że to pewnie naturalne na tym etapie ciąży. Nie chciała wyjść na panikarę, ale postanowiła zadzwonić do swojego lekarza, zaraz po zakupach z Bellą. Wzięła chłodny prysznic, zjadła lekkie śniadanie – choć miała nieco mniej apetytu – i sięgnęła po sukienkę, którą wybrała specjalnie na dzisiejsze spotkanie. Zawsze cieszyły ją takie chwile: rozmowy, śmiech i wspólne planowanie, tym razem czegoś tak ważnego jak wybór wózka. Jednak nawet przy nakładaniu makijażu zauważyła w lustrze, że jej twarz wydaje się nieco bardziej zmęczona. Przez cały poranek towarzyszyło jej uczucie napięcia – fizycznego i emocjonalnego. Podczas odpisywania na maile czuła, że trudno jej się skupić. W pewnym momencie musiała nawet na chwilę przerwać korespondencję, czując delikatne zawroty głowy. Pomyślała, że  to pewnie przez pogodę, zerknąwszy na termometr za oknem, który wskazywał już ponad 28 stopni. Mimo wszystko nie zamierzała odwoływać spotkania. Wsiadła do samochodu i ruszyła w kierunku centrum, starając się nie przywiązywać zbyt wielkiej wagi do tych drobnych, choć niepokojących sygnałów. To tylko upał, pieprzone berlińskie lato. 

Zaparkowała swoje czarne Audi S5 przy bocznej uliczce, w pobliżu Friedrichstraße, niedaleko kawiarenki, w której umówiła się z Bellą. Ubrana w lekką, beżową sukienkę i płaskie sandały, szła powoli chodnikiem, poprawiając pasek torby na ramieniu. Zatrzymała się przy przejściu dla pieszych, czekając na zielone światło. I właśnie wtedy, zupełnie nagle, poczuła ostry, rwący ból w dole brzucha – tak intensywny, że aż ją zgięło wpół. Przez moment próbowała ustać, łapiąc odruchowo za barierkę przy drodze dla rowerów. Jej druga dłoń automatycznie powędrowała do brzucha. Oddychała płytko, oczy miała szeroko otwarte, a na czole pojawiły się krople potu.
– Wszystko w porządku? – zapytał mężczyzna, może pięćdziesięcioletni, który właśnie jechał na rowerze. Zatrzymał się tuż przy niej, wyraźnie zaniepokojony.
Paulina próbowała coś odpowiedzieć, ale głos jej się załamał.
– Brzuch.... strasznie boli... – wydusiła, ledwo słyszalnie.
Do mężczyzny natychmiast dołączyły dwie kobiety – jedna z nich, młoda, w sportowym stroju i z plecakiem, druga wyglądała na starszą. Obie zauważyły wyraźnie zaokrąglony brzuch i błyskawicznie zorientowały się w sytuacji.
– Ona jest w ciąży – powiedziała młodsza kobieta, już wyciągając telefon z kieszeni. – Musimy wezwać karetkę. Szybko.
Starsza pani położyła delikatnie dłoń na plecach Pauliny.
– Oddychaj spokojnie, kochanie. Zaraz ktoś przyjedzie. Będzie dobrze.
– O Boże… – wyszeptała druga, wskazując na nogi Pauliny. – Ona krwawi…
Strużka krwi spływała powoli po udzie Pauliny. Kobieta uklękła obok niej.
– Proszę się nie ruszać, już wzywamy pomoc – powiedziała spokojnym, ale stanowczym tonem. – Wszystko będzie dobrze.
Paulina stała zgięta, prawie skulona, trzymając się za brzuch. Nie mogła się wyprostować. Twarz miała bladą jak papier, oczy przymknięte – walczyła ze strachem, bólem. Ktoś podał jej butelkę wody, ktoś inny zdjął bluzę i próbował ją podłożyć, by mogła usiąść na schodkach pobliskiego budynku.
Z oddali słychać było już syrenę.
Karetka podjechała błyskawicznie. Ratownicy medyczni wyskoczyli i natychmiast otoczyli ją. Jeden z nich klęknął przy niej, drugi rozmawiał z przechodniami, zbierając informacje. Pozwoliła, by ją poprowadzili do karetki. 
Choć półprzytomna, słyszała to wszystko jak przez mgłę. Wiedziała tylko jedno: coś było nie tak. Coś bardzo, bardzo nie tak. W głowie miała tylko jedno: nie teraz, nie teraz, proszę...

---

Bella siedziała wciąż przy stoliku, przesuwając palcem po ściankach pustej filiżanki po kawie. Minęło już ponad dwadzieścia minut od umówionej godziny. Zerknęła na ekran telefonu. Żadnej wiadomości. Paulina nigdy się nie spóźniała, a już na pewno nie bez słowa.
Właśnie miała wyjąć telefon i zadzwonić, gdy usłyszała charakterystyczny, narastający dźwięk syreny pogotowia. Zbliżał się szybko, przecinał powietrze z natarczywością, która sprawiła, że poczuła nagły niepokój. Instynkt odezwał się natychmiast. Zerwała się z krzesła, zostawiła pięć euro na stoliku i nie oglądając się za siebie, pobiegła w stronę dźwięku. Torba przewieszona przez ramię uderzała ją w biodro przy każdym kroku. Minęła kilku spacerowiczów, wyprzedziła rowerzystę i wybiegła na róg skrzyżowania – akurat wtedy, gdy karetka z piskiem opon włączyła się do ruchu i ruszyła w kierunku szpitala, z niebieskimi światłami odbijającymi się od witryn sklepowych.
– Przepraszam! – zawołała, zatrzymując przypadkowego przechodnia. – Co się stało? Ta karetka... – wskazała ręką, jeszcze ciężko oddychając.
Starsza kobieta odezwała się jako pierwsza:
– Młoda kobieta… w ciąży. Zasłabła przy przejściu. Krwawiła. Przyjechała karetka i zabrała ją przed chwilą.
Bella poczuła, jak robi jej się najpierw gorąco, a zaraz potem zimno. Jej palce zacisnęły się mocniej na pasku torby. Instynktownie wiedziała. To była Paulina.
– Do którego szpitala? – zapytała nerwowo, ale nikt nie wiedział.
Stała jeszcze chwilę w miejscu, patrząc za oddalającym się pojazdem, jakby próbując wymusić odpowiedź z pustki ulicy. Potem sięgnęła po telefon. Zaczęła dzwonić.

---

Pokój był cichy i zaciemniony. Jedynie jednostajny dźwięk aparatury monitorującej tętno i ciśnienie delikatnie przecinał ciszę. Paulina powoli otworzyła oczy. Przez dłuższą chwilę patrzyła w sufit, nieruchoma, zdezorientowana, czując chłód prześcieradła pod palcami i suchość w gardle. Próbowała się poruszyć, ale ból w podbrzuszu był zbyt ostry, zbyt rzeczywisty. Wszystko wracało stopniowo – kroki ludzi na ulicy, głosy, ból, karetka. Zamknęła oczy. Wiedziała.

Kilka minut później otworzyły się drzwi. Do sali wszedł mężczyzna w białym fartuchu, o łagodnych rysach, lekko posiwiałych włosach i spokojnym spojrzeniu. Miał w dłoni tablet z jej kartą.
– Dzień dobry, pani Ritter – powiedział cicho, z troską, stając obok łóżka. – Nazywam się doktor Weiss. Jestem pani lekarzem prowadzącym.
Spojrzała na niego bez słowa. Oczy miała szeroko otwarte, spokojne, ale pełne niepokoju.
– Obudziła się pani po krótkim znieczuleniu – kontynuował łagodnie. – Trafiła pani do nas z objawami krwawienia i bardzo silnymi skurczami. Zespół ratunkowy zareagował błyskawicznie, ale niestety… – tu przerwał na ułamek sekundy, po czym dokończył z cichym współczuciem – ciąży nie udało się uratować.
Odwróciła wzrok w stronę okna, z którego widać było tylko fragment nieba i zielone liście kołyszące się na lekkim wietrze. Łzy napłynęły do oczu natychmiast, ale nie towarzyszył im płacz, tylko bezdźwięczne drżenie brody. Jedna łza spłynęła po policzku, potem druga. Oddychała płytko, dłonie miała zaciśnięte na prześcieradle.
– Bardzo mi przykro – powiedział cicho doktor Weiss. – Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.
Skinęła lekko głową, choć nadal nie patrzyła na niego. Po kilku chwilach usłyszała kolejne pytanie.
– Czy powinniśmy powiadomić ojca dziecka? W jaki sposób można się z nim skontaktować?
Zamilkła. Trwało to dłuższą chwilę. W końcu odwróciła głowę w stronę lekarza. Jej głos był cichy, ale nie drżał.
– Nie… Proszę… Sama mu powiem. Jeśli uznam to za konieczne.
Doktor Weiss zawahał się na moment, wciąż stojąc przy łóżku. Jego spojrzenie było pełne delikatności, lecz również wyczuwalnej troski.
– Pani Ritter – odezwał się cicho – w takich sytuacjach, jak ta, zapewniamy także pomoc psychologiczną. Jeśli będzie pani chciała porozmawiać z kimś z naszego zespołu, możemy natychmiast kogoś wezwać. To zupełnie naturalne…
Spojrzała na niego – tym razem prosto, spokojnie, z pewnym chłodem, który bardziej chronił ją samą niż był wyrazem niechęci.
– Dziękuję, doktorze – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Nie potrzebuję teraz nikogo. Dajcie mi tylko coś uspokajającego. Coś mocnego. 
Doktor skinął głową ze zrozumieniem. Chciał coś jeszcze dodać, może zapytać, czy jest ktoś, do kogo powinni zadzwonić, ale zrezygnował. Odłożył tablet na blat obok łóżka i dodał tylko:
– Jeśli zmieni pani zdanie, wystarczy dać znać personelowi. Jesteśmy tutaj, jeśli będzie nas pani potrzebować. A teraz proszę odpoczywać, za chwilę podejdzie pielęgniarka.
Odwrócił się i wyszedł bezszelestnie, zostawiając Paulinę samą – z ciężarem ciszy i łzami, które cały czas spływały po policzkach. Nie zasłaniała ich. Nie musiała nikomu niczego wyjaśniać.

---

Wieczorem drzwi do sali otworzyły się cicho. Paulina nie uniosła wzroku – domyśliła się, że to Bella, zanim jeszcze usłyszała znajomy krok i delikatne westchnienie. Jej przyjaciółka zbliżyła się powoli i przez chwilę po prostu stała obok, nie mówiąc ani słowa.
W końcu usiadła na skraju łóżka, delikatnie, z ostrożnością kogoś, kto rozumie, że słowa nie są teraz najważniejsze. Paulina nie odwróciła głowy, pozwoliła tylko, by przyjaciółka położyła dłoń na jej włosach i zaczęła je spokojnie głaskać.
– Czekałam na ciebie w kawiarni – powiedziała cicho. – Zrobiłam się nerwowa. I wtedy usłyszałam syreny. Nie wiem, dlaczego, po prostu poczułam że to ty. Boże...
Paulina milczała. Miała zamknięte oczy. Jej oddech był spokojny, ale napięcie w ramionach zdradzało, jak bardzo wszystko w niej było wciąż zaciśnięte, bolesne.
– Podbiegłam. Ludzie mówili, że kobieta w ciąży zasłabła. Że była krew. Miałam złe przeczucie – dodała ledwo słyszalnie. 
Paulina tylko skinęła głową.
– Nie przyniosłam kwiatów – dodała po chwili. – Nie wiedziałam, czy byłoby to na miejscu.
– Dobrze, że jesteś – szepnęła Paulina. – Tylko to się teraz liczy.
Bella nachyliła się nieco, przesunęła dłonią po jej policzku i położyła głowę tuż obok niej na poduszce, jakby chciała podzielić z nią choć ułamek ciężaru tego dnia.
– Jestem z tobą, Fenriss. Nie musisz mówić nic więcej.
I przez długą chwilę milczały razem. Dwie kobiety, dwie przyjaciółki, w pokoju pełnym ciszy, która mówiła więcej niż wszystkie słowa świata.

---

Paulina opuściła szpital po sześciu dniach. Czas płynął tam inaczej – w rozmazanej ciszy, która otulała ją jak gęsta mgła. Nie rozmawiała z nikim poza Bellą i lekarzem. Dała znać Jonasowi, nie wiedziała dlaczego, poczuła, że powinien wiedzieć. Zaskoczyło ją jednak, że chciał przylecieć aż z Teksasu, by z nią być. Nie zgodziła się. Odmówiła również konsultacji psychologicznych. Nie była gotowa na rozmowy z obcymi. Nie potrzebowała analizy. Potrzebowała ciszy, przestrzeni i oddechu.

Tego ranka, gdy została wypisana, przy wejściu czekał na nią czarny Maybach. Otto wysiadł z auta i otworzył jej drzwi, witając się delikatnym skinieniem głowy. W jego postawie było coś, co Paulina od razu wyczuła – troska, ale bez litości. Dyskrecja, ale nie dystans.
– Jestem Otto Janitschek. Przysłał mnie pan prezes von Hagen – powiedział spokojnie. – Kazał przekazać, że myślami jest z panią.
Kiwnęła głową. Wsiadła bez słowa. W trakcie jazdy, kierowca spojrzał na jej odbicie, w lusterku wstecznym.
– Jeśli będzie pani czegoś potrzebować… czegokolwiek… proszę się nie wahać. O każdej porze.
Paulina po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęła się delikatnie, blado.
– Dziękuję, Otto. Doceniam to.
Weszła do pustego mieszkania. Klucz przekręcił się w zamku z lekkim zgrzytem, jakby nawet drzwi stawiały opór przed tym, co miało się wydarzyć. Weszła bez słowa, zamknęła za sobą cicho drzwi i zsunęła buty.
W salonie panował półmrok. Zasłony były lekko przymknięte, światło przeciskało się do środka miękkimi smugami. Przez dłuższą chwilę nie poruszyła się ani o milimetr. Tylko cisza, ledwo słyszalny szum ulicy i tykanie zegara nad kredensem.
Była sama. Po raz pierwszy od kilku dni naprawdę sama. I to uderzyło w nią mocniej niż cokolwiek innego. Siedziała w półmroku salonu niezdolna zebrać myśli. W końcu sięgnęła po telefon. Wsunęła palec na ekran, odnalazła znajomy numer i nacisnęła zieloną słuchawkę.
Po dwóch sygnałach odezwał się znajomy, ciepły głos.
– Paulinko?
Otworzyła usta, ale przez chwilę nie wydobył się z nich żaden dźwięk. W końcu powiedziała cicho, niemal szeptem:
– Mamuś... straciłam dziecko.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem roztrzęsiony głos matki:
– Jak to? Co się stało? Kiedy? Córeczko...
– Wszystko ci powiem, jak przyjedziecie – powiedziała Paulina, łamiącym się głosem. – Proszę... tylko przyjedźcie. Szybko.
– Już się pakujemy – odpowiedziała bez zawahania. – Zaraz będziemy. Trzymaj się, kochanie. Jerzy, chodź szybko... !
Paulina nie powiedziała już nic więcej. Tylko skinęła głową, choć przecież nikt tego nie widział. Rozłączyła się i odłożyła telefon na stolik, potem pochyliła się do przodu i ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała – łzy już wyschły. Ale serce bolało tak samo.

---

Siedziała na sofie, owinięta w miękki koc, z kubkiem herbaty w dłoniach, kiedy usłyszała dźwięk domofonu. Wstała, odłożyła kubek i podeszła do drzwi. Drżącym głosem wcisnęła przycisk otwierający bramę.
Około siedem godzin minęło od jej telefonu do mamy – siedem długich godzin samotności, ciszy i prób zebrania myśli. Podeszła do drzwi. Mama wysiadała właśnie z windy. Widząc córkę, natychmiast rzuciła się do niej i objęła ją mocno, bez żadnych pytań. Uścisk był ciepły, pewny, matczyny – dokładnie taki, jakiego potrzebowała. Przez kilka długich chwil stały w progu, przytulone do siebie, bez słów. W końcu oderwała się lekko i spojrzała jej w twarz.
– Jestem tutaj, kochanie – powiedziała miękko, głaszcząc ją po policzku.
Tata w tym czasie zajmował się parkowaniem samochodu w garażu podziemnym, na jednym z dwóch  miejsc przynależnych do mieszkania Pauliny. Po chwili dołączył do nich – również zmęczony, zaniepokojony, ale jak zawsze opanowany. Przytulił Paulinę. 
Chwilę później wszyscy zasiedli razem na sofie, mama trzymała ją za dłoń.
– Powiedz nam wszystko, jeśli tylko dasz radę – powiedziała cicho.
Wzięła głęboki oddech. Poczuła, jak łzy znów spływają jej po policzkach, cicho, bez szlochu. Wzrok miała utkwiony w podłogę.
– To miał był zwykły dzień – zaczęła. – Rano czułam się trochę gorzej, lekko pobolewał mnie brzuch, ale nic szczególnego. Myślałam, że to po prostu zmęczenie. Pojechałam na spotkanie z Bellą. Zaparkowałam, przeszłam kilkadziesiąt metrów i... wtedy poczułam, jak mnie ścina z bólu. Taki nagły, mocny. Ledwo mogłam stać. Podjechał do mnie jakiś mężczyzna na rowerze, potem przyszły dwie kobiety... Ktoś zadzwonił po pogotowie. A potem… potem był szpital. Straciłam przytomność. Kiedy się obudziłam, już wiedziałam.
Zamilkła. Łzy spływały bezgłośnie. Matka objęła ją ramieniem, przytuliła do siebie. Tata siedział cicho, a w jego oczach również zbierał się blask niewypowiedzianego bólu. Nie trzeba było więcej słów. Byli z nią – i to się teraz liczyło najbardziej.
– Lekarz był w porządku. Bardzo taktowny. Usiadł przy mnie, nie mówił z dystansem. Powiedział, że to przedwczesne odklejenie łożyska. Że czasem tak się zdarza, bez ostrzeżenia, bez oczywistego powodu.
Mama przytuliła ją mocniej, nie przestając gładzić jej włosów.
– Pytał, czy coś dźwigałam, czy byłam przemęczona. A ja... przecież nie robiłam niczego głupiego. Żadnych treningów od kilku tygodni. Jeździłam autem. Spałam dobrze. – Głos Pauliny zadrżał. – Ale czasem... czasem to się po prostu dzieje. Losowy zbieg okoliczności. Biologia. Tego się nie kontroluje.
Ojciec nie wytrzymał – dyskretnie wytarł oczy.
– I powiedział jeszcze jedno – dodała po chwili Paulina. – Że to nie przekreśla moich szans. Że organizm musi się zregenerować, że potrzebuje czasu. Ale nie widzi przeszkód, żebym w przyszłości znowu spróbowała. Że jestem młoda. Zdrowa.
– Bo jesteś – szepnęła matka. – Jesteś silna. I przejdziemy przez to razem.
Paulina kiwnęła głową, nie patrząc na nich. Patrzyła w jedno miejsce, jakby próbowała wyobrazić sobie inne zakończenie tej historii. Inne życie. Inne słowa lekarza. Ale wiedziała, że teraz to już nie miało znaczenia. Liczyli się ci, którzy byli przy niej. Mama. Tata. Bella. Dziewczyny... może Jonas.
I to, co jeszcze mogło się wydarzyć – w innym czasie. W nowym życiu, którego dopiero miała się nauczyć na nowo.
Rodzice zostali z nią ponad tydzień, zapewniając cichy, troskliwy azyl w czasie, który jeszcze kilka dni wcześniej miał wyglądać zupełnie inaczej. Mieli być wkrótce świadkami szczęśliwego oczekiwania na wnuka, może kompletowania pokoju dla wnuka. Zamiast tego skupili się na tym, co było teraz – na córce, na jej spokojnym, choć wciąż kruchym powrocie do codzienności.
Mama gotowała codziennie – proste, ciepłe obiady, jakich córka nie jadła od czasów wyjazdu z Polski. Krupnik, zupa pomidorowa z ryżem, pieczone ziemniaki, kurczak w sosie koperkowym. Wszystko przemyślane tak, jakby w każdej łyżce chciała przekazać miłość i ukojenie. Nie narzucała się, po prostu była – obecna, czuwająca, z filiżanką herbaty zawsze blisko.
Tata zabierał ją na długie spacery – bez planu, bez celu, po prostu ruszali przed siebie, najczęściej do Tiergarten. Milczeli sporo, ale to było dobre milczenie – pełne zrozumienia, bez presji. Czasami opowiadał jej różne historie o dawnych czasach, o swoim dzieciństwie, o młodości mamy. Paulina chłonęła te opowieści z czułością, jakby chciała nimi zalepić pęknięcia w sercu.
Od czasu do czasu wpadała też Bella. Zawsze ubrana z klasą, zawsze z małym prezentem – kwiatami, pudełkiem z cukierni. Wychodziły razem na kolację lub jadły w domu. Bella... po prostu była i otaczała ją ciepłem i przyjacielską miłością.
Każdego dnia czuła się trochę silniejsza. Rany jeszcze się nie zagoiły, ale wiedziała, że nie musi już przez to przechodzić sama. 

-----

Rozdział XLIX

Adlerheim


Adlerheim / Berlin, lipiec — sierpień  2016

W połowie lipca, w cichy, upalny dzień, odeszła Eva – niemal tak, jak żyła przez ostatnie miesiące: w cieniu, z godnością i milczeniem, które było bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa. Uroczystości pogrzebowe były skromne, zupełnie jakby sama je zaplanowała – bez zbędnego patosu, bez rozgłosu. Tylko najbliżsi przyjaciele, kilka osób z dawnych lat, ktoś z dalekiej rodziny i mecenas Albrecht.

Mężczyzna, który przez lata uchodził za jej zaufanego doradcę prawnego, w ostatnich tygodniach stał się również kimś więcej – jej cichym powiernikiem, opiekunem spraw, o których wiedzieli tylko nieliczni. Dziewczyny z Domini, patrząc na jego twarz w czasie ceremonii, wymieniały między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Podejrzewały to już od dawna. Ewa nie miała wielu słabości, ale Albrecht był jedną z nich – lojalny, dyskretny, oddany. Właściwie – poddany. Wraz ze śmiercią Evy nabrały mocy zapisy testamentowe. Paulina stała się właścicielką Adlerheim oraz połowy gospodarstwa w Spreewaldzie. Przeniesienie własności udziałów w Dominia Studio Berlin zostało sfinalizowane jeszcze przed śmiercią.

Kilka dni po pogrzebie poprosiła najbliższe przyjaciółki o spotkanie. Zaprosiła również trzy inne dziewczyny, z którymi miała dobry kontakt. Pomieszczenie, w którym spotkały się, było używane głównie do sesji z początkującymi uległymi. Nie było tu nic z przesadnej teatralności głównych sal. Wystrój był prosty, funkcjonalny. Jasne ściany, solidna podłoga, kilka starannie dobranych elementów wyposażenia ustawionych tak, by nie przytłaczać, a raczej porządkować przestrzeń. Wszystko miało swoje miejsce i swoją rolę.
Noëmi siedziała na wąskiej, drewnianej ławce do sparkingu, z nogą założoną na nogę. Greta stała nieopodal, oparta lekko o stół, obracając w dłoniach bat — jak ktoś, kto potrzebuje czymś zająć ręce, żeby nie zdradzić napięcia. Rozmawiały półgłosem. 

Kiedy Paulina weszła, rozmowy natychmiast ucichły. Przez krótką chwilę nikt się nie odezwał. Pierwsza podeszła Bella. Bez słów objęła ją mocno. Zaraz potem Greta — spokojniej, delikatniej, przytulając ją na dłużej. Noëmi podeszła jako ostatnia, ujęła jej twarz w dłonie i pocałowała w policzek.
— Tak mi przykro — powiedziała cicho.
Pozostałe dziewczyny również podeszły — każda na swój sposób, mniej lub bardziej formalnie, ale wszystkie z wyraźnym współczuciem w oczach.
Paulina przez moment stała nieruchomo. Czuła, jak coś podchodzi jej do gardła. Jak napięcie, które trzymała w sobie od dni, zaczyna się rozluźniać w najmniej odpowiednim momencie. Była blisko, bardzo blisko, ale opanowała się. Delikatnie odsunęła się i skinęła głową, jakby chciała wrócić do porządku rzeczy.

Kiedy przeszły do właściwego spotkania, jej głos był już spokojny — może odrobinę cichszy niż zwykle.
— Potrzebuję od was trochę czasu — powiedziała. — Wrócę najpóźniej w połowie września. Muszę odpocząć. Zregenerować się i zresetować.
Na moment zawiesiła spojrzenie gdzieś obok.
— Do tego czasu proszę was, żebyście prowadziły wszystko tak, jak dotychczas. Bez zmian. Stabilnie.
Spojrzała na nie kolejno.
— A kiedy wrócę, obiecuję, że włączę się aktywnie. W zarządzanie, w rozwój studia. Mam kilka pomysłów, ale chciałabym też usłyszeć wasze. Zastanówcie się, co można poprawić. Co nie działa tak, jak powinno. Co można zrobić lepiej. Jeszcze lepiej.
Zapadła cisza, ale tym razem nie była ciężka.
— Teraz naprawdę nie powinnaś się tym zajmować — odezwała się Greta spokojnie. — Odpocznij. My sobie poradzimy.
— Dokładnie — dodała Noëmi. — Studio stoi. I będzie stało, a ulegli będą cierpieć tak jak cierpieli pod naszymi batami.
Paulina uśmiechnęła się słysząc te słowa. Spotkanie nie trwało długo.
— Dziękuję wam — powiedziała szczerze. — Za wszystko. Za to, że jesteście.
Spojrzała na Gretę i Noëmi.
— Mogę pożyczyć pieniądze. Szybciej was spłacić. Nie chcę, żebyście były w to dłużej uwikłane niż trzeba.
Obie zareagowały niemal jednocześnie.
— Wykluczone — powiedziała Noëmi krótko.
— Nawet o tym nie myśl — dodała Greta spokojniej. — To nie jest moment, żebyś się bardziej zadłużała. Zostajemy w tym teraz razem. Zostanę jeszcze w Berlinie. Przynajmniej na jakiś czas. 
Bella westchnęła teatralnie, opierając ręce na biodrach.
— No dobra, skoro już robimy poważne deklaracje… — rzuciła w swoim stylu. — To ja też się poświęcę. Koniec z rozrzutnością. Koniec z głupotami. Przede mną długie lata wyrzeczeń, zaciskania pasa, picie taniego wina i życie jak studentka.
Spojrzała na nie z błyskiem w oku.
— I pomogę Fenriss wykupić od was te udziały, choćby nie wiem co.
Na chwilę zapadła cisza.
— Oczywiście… — dodała po chwili z lekkim uśmiechem — w granicach rozsądku. Nie przesadzajmy. Do ALDI po wino nie będę chodziła.
To wystarczyło. Paulina znowu uśmiechnęła się. Naprawdę. Po raz pierwszy od dawna tak szeroko. Podeszła najpierw do Belli, ujęła jej twarz w dłonie i pocałowała czule. 
— Kocham cię — powiedziała cicho. 
Potem spojrzała na Gretę i Noëmi. 
— Was też. 
Przytuliły się na pożegnanie — mocno, bez słów, jakby chciały na chwilę zatrzymać ten moment.

---

Zgodnie z zapisami testamentu, stała się właścicielką  Adlerheim – domu w Bawarii, który Eva kiedyś  odziedziczyła.

Z samego rana  Charlottenburg był jeszcze cichy. Promienie słońca wpadały przez zasłony, kładąc się złotym światłem na podłodze salonu. W sypialni kończyła właśnie pakowanie dużej, eleganckiej walizki. Wszystko było przemyślane – najpierw luźne lniane sukienki, potem kremowy, dzianinowy sweter na chłodniejsze wieczory. Do kosmetyczki wsunęła kilka ulubionych flakonów perfum i starannie dobrane drobiazgi. Ostatnia była koperta z dokumentami – akt notarialny, pismo od mecenasa Albrechta i klucze z wygrawerowaną literą A. Spojrzała na nie przez chwilę, po czym zamknęła walizkę.

Godzinę później czarne Audi S5 sunęło autostradą na południe. Droga była spokojna – szeroka, otoczona polami, które z każdą godziną stawały się coraz bardziej pagórkowate. Gdy nawigacja wskazywała już tylko kilka minut do celu, przed oczami ukazał się pejzaż rodem z sielankowego snu – wzgórza porośnięte bukami i dębami, w oddali sylwetki pasących się krów i ciche, ukryte wśród zieleni gospodarstwa.

Adlerheim znajdowało się na lekkim wzniesieniu, u stóp wzgórza, z którego rozciągał się widok na całą dolinę. Otworzyła starą bramę i wjechała na podjazd wysypany drobnym żwirem. Z zewnątrz dom prezentował się zadziwiająco dobrze – prosty, modernistyczny budynek z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych, o surowej elegancji. Gładkie, białe tynki, duże prostokątne okna, geometryczne detale. Nieco ukryta wśród drzew i starych krzewów willa sprawiała wrażenie samotnika – cichego, ale świadomego swojej wartości. Zatrzasnęła drzwi auta i przez chwilę patrzyła na dom, trzymając w dłoni ciężki klucz. Weszła po trzech kamiennych stopniach, wsunęła go do zamka i przekręciła z cichym kliknięciem.

Kiedy przekroczyła próg, z wnętrza uderzył ją charakterystyczny chłód niezamieszkanego domu i zapach starego drewna zmieszany z nutą kurzu. Przez chwilę trwała bez ruchu, przyzwyczajając wzrok do półmroku. Hol był przestronny, przesiąknięty ciszą i czymś jeszcze – jakąś obecnością historii, powagi miejsca. Meble – eleganckie i zapewne kosztowne – przykryte były płóciennymi pokrowcami w kolorze kości słoniowej. Każdy z nich był idealnie ułożony, jakby ktoś starannie zadbał o to, by czas nie zniszczył ich powierzchni. Podeszła powoli do fotela stojącego pod oknem i zsunęła tkaninę z jego oparcia. Odsłoniła się grafitowa wełna, delikatnie przetarta na podłokietnikach, ale wciąż zachowująca szlachetną formę. Przez kolejne minuty chodziła po salonie, ściągając kolejne pokrowce: z kanapy o prostych liniach, z dębowego stolika kawowego, z lampy o mosiężnej podstawie. Za każdym razem towarzyszył temu cichy szelest płótna i nieznaczne uniesienie kurzu w powietrzu. Dom wydawał się budzić z długiego snu.

Na ścianach, oświetlonych przez wpadające przez okna słońce, wisiały obrazy. Zbliżyła się do nich powoli, z rosnącym niedowierzaniem. Nie była jakąś wielką znawczynią sztuki, ale miała wystarczająco wyczulony zmysł estetyczny, by dostrzec niezwykłość tych dzieł. Jeden z obrazów – groteskowy portret kobiety z zaciśniętymi ustami, o przerysowanych rysach – wyglądał jak namalowany przez Otto Dixa. Inny, bardziej abstrakcyjny, pełen rytmicznych linii i subtelnych kolorów, natychmiast przywołał jej na myśl Paula Klee. Spojrzała na sygnaturę w dolnym rogu – tak, Klee. Zamarła w miejscu, pozwalając, by ta myśl w niej dojrzała. To nie były reprodukcje. Ramy, patyna, sposób malowania – wszystko wskazywało na to, że to oryginały. Serce zabiło jej szybciej. Czy Eva wiedziała, co tu się znajduje? 

Przysiadła na krawędzi odsłoniętej kanapy i przez chwilę tylko patrzyła – nie na meble, nie na sztukę, ale przed siebie. Czuła, że weszła do świata, który dopiero zacznie się przed nią otwierać. Adlerheim nie był tylko domem. Był zagadką. Dziedzictwem.

W sąsiednim pomieszczeniu, będącym kiedyś zapewne gabinetem, stało potężne biurko z hebanu i skórzany fotel. Na półkach stały równo ułożone opasłe tomy – głównie literatura niemiecka i francuska, filozofia, medycyna i sztuka. Wszystko w doskonałym stanie.

Przeszła wolnym krokiem do kuchni – wnętrze modernistyczne, ale praktyczne. Marmurowe blaty, stare kafle, sprzęty w odcieniach srebra i czerni. Po chwili wróciła do salonu, położyła klucze na stoliku i znów usiadła na kanapie. Przez ogromne okno obserwowała zarośnięty ogród z bujną roślinnością poruszaną lekkim wiatrem. Czuła się, jakby właśnie to miejsce miało stać się przestrzenią, w której po raz pierwszy od miesięcy będzie mogła naprawdę odetchnąć. Wzięła głęboki oddech, oparła głowę o miękkie oparcie i zamknęła oczy. Nie było żadnych głosów, żadnych pytań. Tylko ona, nowy dom i cisza.

Weszła po szerokich solidnych schodach prowadzących na wyższy poziom domu. Drewniane stopnie lekko skrzypiały pod jej stopami, a chłód zaciemnionego wnętrza owionął ją niczym oddech przeszłości. Odsłoniła zasłony – kolejny pokój – może kiedyś biblioteka, może pokój muzyczny – oświetlony był teraz smugą popołudniowego światła wpadającego przez wąskie okno. Na ścianach wisiały kolejne obrazy,  przykryte cienką warstwą ochronnego materiału. Paulina zsunęła jeden z pokrowców. Jej oczom ukazało się surowe, dramatyczne dzieło – ekspresyjna sylwetka kobiety, rozciągnięta w geście niemal bólu, w wyblakłych błękitach i ochrach. Styl i podpis w rogu nie pozostawiały wątpliwości: Emil Nolde. Obok – pastelowy, niemal dziecięcy w swojej formie, ale uderzający intensywnością spojrzenia portret kobiety z ręką na twarzy. Paulina znała ten styl: Ernst Ludwig Kirchner. Trzeci obraz, najbardziej niepokojący, przedstawiał groteskową scenę miejską – wykrzywione twarze, nachylone ciała, kobieta w czerwonej sukni z wyrazem paniki na twarzy. George Grosz, pomyślała niemal z pewnością. Cała trójka należała do twórców, których dzieła w latach Trzeciej Rzeszy zostały potępione jako sztuka zdegenerowana. Uczyła się o nich na jednym z fakultatywnych wykładów, jeszcze podczas studiów w Polsce. Potem, już w Berlinie trafiła w jednym a antykwariatów na album. Kupiła go bez zastanowienia. Wstrzymała oddech. Stała wśród obrazów, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu uważano za groźne, niebezpieczne – a dziś były warte fortunę. Sztuka zakazana, sztuka niezależna, znienawidzona przez nazistów – teraz należała do niej.

Poszła dalej, chciała zobaczyć resztę domu. Sypialnia znajdowała się na piętrze – przestronna, z dużym łóżkiem z ciemnego drewna o prostym, modernistycznym wezgłowiu. Mimo surowej formy emanowało z niego coś intymnego. Przy jednej ze ścian stała stara toaletka z trzema lustrami, a pod oknem – klasyczne, niskie biurko z chromowanymi detalami. W kącie – fotel z miękkim obiciem w kolorze głębokiej oliwki.

Obok sypialni mieściły się jeszcze dwa pokoje gościnne – mniejsze, ale urządzone z taką samą dbałością o formę i detal. W jednym z nich łóżko z ramą z rurek stalowych – niemal jak z katalogu Bauhausu – w drugim niski, zabudowany regał i miękki dywan w geometryczny wzór.

Oparła się plecami o ścianę, zamknęła oczy i przez dłuższą chwilę po prostu oddychała. To wszystko naprawdę było jej. Dom. Obrazy. Meble. Cała ta przestrzeń. Nie odziedziczyła tylko willi – odziedziczyła fragment przeszłości, opowieść zapisaną w drewnie, betonie, płótnie i stali. Czuła, jak ciężar odpowiedzialności splata się z wdzięcznością i ekscytacją. Wiedziała, że jeszcze nie do końca rozumie, co dostała. Jedno było pewne: Adlerheim otworzył właśnie nowy rozdział jej życia.

Pierwsza samotna noc w dużym, starym domu była dla niej dziwnym przeżyciem. Mimo zmęczenia długo nie mogła zasnąć. Każdy trzask drewna, każdy przeciąg, każde ciche skrzypnięcie w strukturze budynku, wydawało się głośniejsze, bardziej wyraźne niż powinno. W korytarzu i salonie zostawiła lampy z ciepłym, przytłumionym światłem. Potrzebowała tego – nie z lęku, ale z ostrożności. Nowe miejsce, nowe ściany. Mimo całego piękna tego miejsca, tej nocy czuła się tu tylko gościem.

Rano obudziło ją światło wpadające przez wielkie okno. Przez chwilę leżała bez ruchu, słuchając ciszy, która już nie była tak niepokojąca – raczej otulająca. Dom milczał, ale w tym milczeniu było coś znajomego. Wstała, zwinęła śpiwór, zrobiła sobie herbatę i przez dłuższą chwilę stała w cieniu wysokich buków, spoglądając przez ogromne przeszklenia salonu.

---

Szybko zaczęła poznawać okolice. Spacerowała po posesji, która – ku jej zaskoczeniu – okazała się większa, niż sądziła. Frontową część działki od drogi oddzielał solidny, biały mur z kutą bramą. Za nim – podjazd wysypany żwirem i szeroki zarośnięty trawnik, z dawno nie strzyżonymi żywopłotami.

Z tyłu wszystko stawało się jeszcze bardziej dzikie, bardziej tajemnicze. Ogrodzenie było tam inne, niemal niewidoczne – cienka linia między światem zorganizowanym a naturą. Dalej rozciągał się niewielki las ze starymi dębami i bukami, który łagodnie piął się ku zboczu wzgórza. Między drzewami znajdowały się ścieżki – niektóre zarosły już trawą, inne były wciąż wydeptane, jakby ktoś jeszcze niedawno tamtędy chodził. Paulina szła jedną z nich, lekko wciągając chłodne, leśne powietrze. Wokół pachniało wilgotną ziemią. Pomyślała, że to dobre miejsce – nie tylko na odpoczynek. Na myślenie. Na leczenie ran. Na planowanie. Z każdym krokiem czuła się odrobinę bardziej u siebie. 

---

Najbliższe miasteczko nazywało się Reichenfels – niewielkie, ale zadbane i urokliwe, położone między zielonymi pagórkami i lasami północnej Bawarii, zaledwie kilkanaście minut jazdy samochodem z Adlerheim. Kamieniczki o pastelowych fasadach i spadzistych dachach stały ciasno przy brukowanych uliczkach. Na środku ozdobionego kwiatami rynku znajdowała się kamienna fontanna z herbem miejscowości i mała, barokowa kapliczka świętej Anny z 1631 roku. Czas płynął tu wolniej.
Zaparkowała na niewielkim placyku. Na rogu, pod drewnianym szyldem z wyblakłym złotym napisem Gasthaus zum Grünen Hahn, znajdowała się gospoda należąca od kilku pokoleń do rodziny pana Helmuta Golke. Drzwi skrzypnęły znajomo, kiedy weszła do środka – wnętrze było niskie, przytulne, z ciemnym drewnem na ścianach, kaflowym piecem w rogu i zapachem świeżo pieczonego chleba oraz ziół. Przy jednym ze stołów siedziało trzech starszych mężczyzn, grających w karty. Nad ich głowami wisiała wypolerowana miedziana tablica z jakimś cytatem w dialekcie frankońskim.
Za ladą stał właściciel – mężczyzna około sześćdziesiątki, z siwymi włosami zaczesanymi do tyłu, rumianą twarzą i życzliwym, trochę ciekawskim spojrzeniem.
– Grüß Gott. Pierwszy raz panią widzę. Przyjezdna? – zapytał z uśmiechem, kiedy Paulina usiadła przy jednym z wolnych stolików pod oknem.
– I tak, i nie – odpowiedziała z lekkim uśmiechem. – Jestem nową właścicielką Adlerheim.
Mężczyzna uniósł brwi.
– Adlerheim? – powtórzył z pewnym uznaniem w głosie. – Stary, piękny dom. Kiedyś należał do doktora Adlera. Po jego śmierci, chyba pod koniec lat osiemdziesiątych, odziedziczył go ktoś z rodziny, kobieta, ale rzadko ją widywaliśmy. Elegancka dama, ale bardzo tajemnicza. Przyjeżdżała tu czasem. Kupiła go pani o niej?
– Odziedziczyłam. Nazywała się Eva Stern. Była dla mnie kimś bardzo ważnym. Zmarła niedawno.
– Ach... – twarz restauratora przybrała wyraz szczerego współczucia. 
– Niech spoczywa w pokoju. Nie znałem jej dobrze, mówiło się tylko, że nie każdy potrafił ją zrozumieć. Kiedyś przyjeżdżała tu na wakacje, ale nie utrzymywała bliższego kontaktu z nikim tutejszym.
– Chciałabym coś zjeść. I rozejrzeć się po okolicy.
– Oczywiście, oczywiście – powiedział pan Golke. – Mamy dziś Rinderbraten mit Blaukraut und Klößen – pieczeń wołową z czerwoną kapustą i bawarskimi kluskami. Albo coś lżejszego – sałatkę z pstrągiem wędzonym z naszego stawu. Co dla pani?
– Wezmę to drugie. I sok pomarańczowy jeśli można.
– Już się robi. Proszę czuć się jak u siebie. W Reichenfels nie dzieje się wiele, ale jeśli potrzebuje pani ciszy, lepszego miejsca nie znajdzie.
Paulina uśmiechnęła się, patrząc przez okno na rynek i powoli chłonąc ciepło, które zaczynało wracać do jej ciała. Właśnie tego potrzebowała – braku pośpiechu, prostoty i życzliwych twarzy. W tym małym miasteczku, gdzie niemal wszyscy znali się z imienia, zaczynała czuć się bezpieczna.
Kiedy skończyła posiłek zapytała właściciela, czy może polecić jej kogoś kto zajmie się ogrodem i domem.
Mężczyzna, który przez całe życie mieszkał w miasteczku i znał niemal każdego w promieniu kilkunastu kilometrów, uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem, słysząc tę prośbę.
– Trafiła pani pod właściwy adres. Znam człowieka, który zna się na zieleni jak nikt w okolicy. Michael Rössner. Młody, ale bardzo solidny. Jego ojciec był ogrodnikiem u samego hrabiego von Lauterbach, jeszcze zanim ten sprzedał majątek. Michael ma teraz własną firmę. A jeśli chodzi o dom, to polecę pani Bertę i Johannę – dwie siostry, które od lat pomagają w porządkach u starszych mieszkańców. Dyskretne, sumienne i mają sprawdzoną ekipę. Dam im znać jeszcze dziś. Jeśli pani odpowiada, mogą być nawet jutro w Adlerheim.
– Byłabym bardzo wdzięczna – odpowiedziała Paulina z lekkim uśmiechem. – Chciałabym, żeby to miejsce znów odzyskało blask.
– Gdyby pani czegokolwiek potrzebowała, proszę śmiało przychodzić. Znam tu wszystkich a wszyscy znają mnie. A właśnie...
Golkę urwała na moment, jakby coś sobie przypomniał. Sięgnął do kieszeni po niewielki, sfatygowany notes, przekartkował kilka stron, po czym zatrzymał się i wyjął długopis. Szybkim, pewnym ruchem zapisał coś na wyrwanej kartce.
— To numer do mojego dobrego znajomego — powiedział, podając jej skrawek papieru. — Klaus Müller. Jego mama znała doktora Adlera, była pediatrą w przychodni, w której pracował.
Na moment się zamyślił.
— Może mieć już ponad dziewięćdziesiąt lat, ale o ile wiem, wciąż żyje. A pamięć... cóż, podobno wciąż ma lepszą niż niejeden młody.
Paulina wzięła kartkę, spojrzała na zapisany numer i skinęła głową.
— Dziękuję. To może być bardzo cenne. Na pewno ją odwiedzę.
— Proszę spróbować. W takich miejscach historie nie znikają. Czekają tylko, aż ktoś o nie zapyta — dodał z lekkim uśmiechem.
Pożegnała się i wyszła.

Na zewnątrz powietrze było świeże, ciepłe, pachniało latem i kwiatami. Przeszła się powoli przez miasteczko, mijając niskie, zadbane domy, niewielki plac i kilka sklepików.
Jej uwagę przyciągnęło wzgórze górujące nad okolicą. Na jego szczycie wznosiły się ruiny zamku — poszarpane mury, fragmenty wież, kamień nadgryziony przez czas. Stały tam nieruchomo, jak strażnicy pamięci tego miejsca. Zatrzymała się na chwilę, patrząc w górę.
Urokliwie tu — pomyślała.

---

Już następnego dnia, tuż po dziesiątej, na podjeździe pojawił się ciemnozielony VW Transporter z logo Rössner Gartenpflege. Michael – trzydziestoparoletni, uprzejmy mężczyzna, o opalonej twarzy i jasnych oczach – przywitał się z Pauliną i, nie tracąc czasu, od razu wskazał swoim pracownikom kilka miejsc. Z samochodu wyładowali narzędzia: elektryczne nożyce do żywopłotów, glebogryzarkę, grabie, sekatory, kosiarkę. Przez kolejne godziny starannie przycinali dziko rosnące krzewy, formowali geometryczne linie wokół alejek, napowietrzali ziemię i nawozili trawniki. O zmroku zieleń wokół domu wyglądała jak ogród przy luksusowej posiadłości – uporządkowana, przywrócona do życia.

W tym samym czasie siostry Berta i Johanna weszły do środka z kilkoma pracownikami i pełnym ekwipunkiem: profesjonalnymi środkami czystości, woskami do parkietów, parowymi oczyszczaczami. Rozdzieliły pomieszczenia między pracowników, zwinęły pozostające jeszcze w kilku miejscach płócienne pokrowce z mebli i odkurzyły je z wielką ostrożnością, zwracając uwagę na każdy detal – błyszczące niklowane gałki, chromowane elementy w stylu Bauhausu, mosiężne zawiasy w biblioteczce. Dywany – niektóre z nich wyglądały na ręcznie tkane – zostały starannie wytrzepane na zewnątrz i dokładnie odkurzone. Miedziane uchwyty, klamki i elementy lampionów wypolerowano do połysku. Podłogi zostały wypastowane i zakonserwowane naturalnym woskiem. Powietrze w Adlerheim pachniało teraz lawendą i czystością.

Po kilku dniach intensywnych prac, Paulina chodziła od pokoju do pokoju. Każdy z nich – od holu wejściowego, przez salon z dużymi oknami wychodzącymi na ogród, po sypialnię z masywnym łożem i miękkim dywanem u stóp – wyglądał teraz tak, jakby właścicielka zaraz miała zaprosić gości. Zatrzymała się przy jednym z okien i spojrzała na ogród – już przycięty, harmonijny. W tej ciszy, pachnącej drewnem i ziołami, poczuła coś, czego nie czuła od dawna: spokój. Adlerheim zaczął oddychać razem z nią.

Przez kolejne dni stopniowo wracała do siebie — nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Wraz z uporządkowaniem domu i ogrodu, jej własny świat nabierał struktury, cicho domykał to, co zbyt długo pozostawało otwarte. Letnie poranki spędzała najczęściej w ogrodzie. Rozkładała leżak pod dużym parasolem przy południowej stronie domu, z widokiem na starannie przycięty żywopłot i lśniący w słońcu trawnik. Obok zawsze stał niski stolik z dzbankiem lemoniady albo filiżanką kawy, a na kolanach miała książkę — raz psychologiczną literaturę fachową, innym razem powieść z kobiecą bohaterką w tle. Pogoda dopisywała — sierpniowe dni w północnej Bawarii były ciepłe, ale nie duszne, a ciche wieczory pozwalały jej znów poczuć przyjemność płynącą z codzienności. Co kilka dni zjeżdżała do miasteczka — po zakupy, na kawę do gospody pana Golkę, albo po prostu na spacer. Z czasem zaczęła zauważać, że niektórzy mieszkańcy ją rozpoznają — kłaniali się,  a czasem nawet zagadywali.

Podczas jednej z takich wizyt zajrzała ponownie do gospody, gdzie przy stoliku w cieniu winorośli usiadła z właścicielem i poruszyła temat elewacji willi oraz otaczającego ją muru.
– Myślę, że w przyszłym roku, będę musiała coś zrobić z elewacją. Jest piękna, ale czas odcisnął na niej ślad – powiedziała, upijając łyk wody z cytryną. Ogrodzenie też by się przydało przejrzeć. 
Helmut Golke przytaknął. 
– Pani Ritter, znam kogoś bardzo solidnego. Prowadzi firmę już kilkanaście lat, pochodzi chyba z Polski, ale od dawna mieszka tu z rodziną. Fachowiec pierwsza klasa, nazywa się Mirek Rogalski.
– Świetnie – odpowiedziała Paulina. – Czy może mnie pan z nim skontaktować?
Już następnego dnia odezwał się telefon. Rozmowa z panem Rogalskim była rzeczowa i konkretna. Umówili się, że jesienią spotkają się w Adlerheim, by na spokojnie obejrzeć cały dom i teren. Prace miały ruszyć dopiero późną wiosną przyszłego roku, a oni do tego czasu omówią wszystkie szczegóły: zakres robót, plan działania i budżet.
Wiedząc, że wszystko ma swój rytm i że powoli buduje nowy etap życia, poczuła coś w rodzaju lekkości. Dom należał do niej nie tylko na papierze. Teraz miała czas, by go uczynić naprawdę własnym.

Żal i trauma po utracie dziecka nie zniknęły całkowicie — nie mogły. Ale z każdym dniem stawały się mniej ostre, mniej wszechogarniające. Nie zapominała, ale zaczynała oddychać jakby lżej. Pomagała myśl, że to nie była żadna choroba, że miała po prostu wielkiego pecha. Lekarze powiedzieli jasno: może jeszcze zostać matką. I to było coś, czego trzymała się jak pijany poręczy.

Profesor Schneider był jednym z nielicznych spoza kręgu przyjaciół, którzy wiedzieli, co się wydarzyło. Kiedy tylko się dowiedział, zadzwonił do niej. Nie pytał, nie naciskał. Powiedział tylko jedno krótko.
– Doktor Ritter, jeśli uzna pani, że potrzebuje roku wolnego – uczelnia nie będzie stawiała oporu. Zdrowie i równowaga są teraz dla pani teraz najważniejsze.
Ale Paulina nie chciała odsuwać się od rzeczywistości. Wiedziała, że działanie ją uratuje. Że struktura dnia, rytm obowiązków, kontakt ze studentami, nauka, biblioteki i seminaria będą balsamem dla jej duszy. Wieczorem usiadła przy biurku w salonie, przetarła ekran telefonu i wybrała numer profesora. Odebrał niemal od razu.
– Doktor Ritter, jak dobrze słyszeć pani głos. – W jego tonie brzmiała szczera życzliwość.
– Dobry wieczór, panie profesorze. Dziękuję za wszystko, co pan powiedział. Ale... myślę, że jestem gotowa. Chciałabym wrócić do pracy już od tego roku akademickiego.
Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.
– Czy pani to dobrze przemyślała?
– Tak. Myślę, że praca pomoże mi lepiej przejść przez to, co się wydarzyło. Chciałabym poprowadzić zajęcia, tak jak w zeszłym roku. I mogłabym przyjąć kilku seminarzystów. Jeśli są chętni.
– Są – odparł profesor z uśmiechem w głosie. – Prawdę mówiąc, już dopytywali, czy będzie pani prowadziła seminarium. To doskonała wiadomość, doktor Ritter. Witamy z powrotem. A to dopiero...
Rozmowa zakończyła się ciepło, profesjonalnie. Kiedy odłożyła telefon, przez chwilę siedziała w ciszy. 

Wracała. Może nie jeszcze w pełni — ale wracała. Został jej jeszcze tydzień przedłużonych wakacji. 

---

Pakowanie zajęło niewiele czasu. Poruszała się po domu spokojnie, niemal mechanicznie — składała rzeczy, odkładała je na swoje miejsce, zamykała kolejne etapy pobytu w Adlerheim. W pewnym momencie, sięgając po torebkę, natrafiła na złożoną kartkę. Rozprostowała ją. Klaus Müller i numer telefonu.
Na chwilę zatrzymała wzrok na nazwisku, jakby dopiero teraz wróciło do niej znaczenie tej rozmowy. Sięgnęła po telefon i wybrała numer. Odebrał po kilku sygnałach.
— Müller, słucham?
— Dzień dobry, nazywam się Paulina Ritter. Otrzymałam pański numer od pana Golkego. — mówiła spokojnie, wyraźnie. — Powiedział mi, że pańska mama znała doktora Adlera. Chciałam zapytać, czy byłaby możliwość, żebym z nią porozmawiała? Jestem nową właścicielką Adlerheim.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— A tak, Helmut wspominał, że ktoś może się odezwać, ale to było jeszcze w sierpniu — odpowiedział mężczyzna. Jego głos był niski, spokojny, lekko szorstki. — Mama już niewiele osób pamięta, ale czasem zaskakuje. Jeśli chce pani spróbować, zapraszam jutro. Będziemy na miejscu. Mam ucieszy się, że będzie miała towarzystwo.
— Bardzo dziękuję.
Następnego dnia pojechała do miasteczka.
Dom Müllerów znajdował się nieco na uboczu — przy wąskiej, zadbanej, ślepej uliczce, gdzie ruch praktycznie nie istniał. Kilka starych domów stało w równym rzędzie, każdy z niewielkim ogrodem. Było tam cicho, niemal sennie. Ich dom nie wyróżniał się niczym szczególnym. Jasna, lekko spękana elewacja, ciemne, drewniane okiennice, równo przycięty żywopłot i wszechobecne donice z kwiatami. Widać było, że ktoś się tym miejscem opiekuje — może bez przesadnej estetyki, ale z konsekwencją.
Zaparkowała i podeszła do drzwi. Otworzył jej  gospodarz.
Mężczyzna po sześćdziesiątce, wysoki, nieco przygarbiony, z siwymi włosami, i spokojnym spojrzeniem zza okularów w złotych oprawkach. Ubrany prosto, ale schludnie. Paulina od razu zauważyła krótkie spodenki wyprasowane na kant.
— Pani Ritter — powiedział, jakby upewniając się. — Zapraszam. Mama już czeka w ogrodzie.
Cofnął się, robiąc jej miejsce.
— Napije się pani czegoś? Kawa, herbata?
— Jeśli można herbata miętowa.
— Oczywiście.
Chwilę później prowadził ją przez dom — prosty, cichy, wypełniony starymi meblami i zapachem płynu do płukania tkanin. Wyszli do ogrodu
Na jednym z foteli, w lekkim cieniu, siedziała staruszka. Była drobna, niemal krucha, jakby składała się już tylko z cienkich linii i delikatnych ruchów. Siwe włosy miała starannie upięte, dłonie spoczywały spokojnie na podłokietnikach. Twarz nosiła ślady wieku — głębokie zmarszczki, lekko zapadnięte policzki — ale oczy… Oczy były zaskakująco żywe. Jasne, czujne, jakby wciąż obecne tu i teraz, niepogubione w czasie.
Mężczyzna pochylił się lekko w stronę Pauliny.
— Trzeba mówić głośniej — powiedział półgłosem. — Mama niedosłyszy.
Paulina skinęła głową i podeszła bliżej.
— Dzień dobry, pani Müller — powiedziała wyraźnie, z lekkim uśmiechem.
Staruszka podniosła na nią wzrok.
— Dzień dobry… — odpowiedziała, wolno, ale pewnie. — Mój syn mówił, że pani przyjedzie.
Wskazała dłonią na krzesło obok.
— Proszę usiąść.
— Ma pani tu naprawdę piękne miejsce — powiedziała Paulina, lekko podnosząc głos. — Cisza, zieleń… można odpocząć.
Gerda uśmiechnęła się delikatnie, jakby to zdanie słyszała już wiele razy, ale wciąż sprawiało jej przyjemność.
— Tak… latem jest tu najładniej — odpowiedziała powoli. — Wszystko rośnie… pachnie. Kiedyś sama więcej robiłam w ogrodzie.
Paulina skinęła głową.
— Okolica jest naprawdę urokliwa. Spacerowałam trochę po miasteczku i widziałam ruiny zamku na wzgórzu.
— A… zamek… — staruszka uniosła lekko brwi. — Tam mi się mój Heinrich oświadczył, w 1940 roku, tydzień później wzięli go do wojska. Ślub wzięliśmy dopiero po wojnie. 
Na chwilę zapadła cisza.
— A jak się pani czuje? — zapytała Paulina łagodnie.
Gerda westchnęła cicho, jakby to pytanie było obowiązkowym elementem każdej rozmowy.
— Och… różnie bywa — odpowiedziała z lekkim uśmiechem. — Tu boli, tam nie słyszę… czasem coś zapomnę.
Machnęła lekko ręką.
— Ale jak na prawie sto lat… — zawiesiła głos i spojrzała na Paulinę z błyskiem w oku — może być gorzej.
Paulina uśmiechnęła się szczerze.
— Zdecydowanie. Świetnie pani trzyma się.  A pamięta pani doktora Adlera?
— Doktor Adler — staruszka na moment zamyśliła się, jakby sięgała pamięcią bardzo daleko, a potem uśmiechnęła się lekko. — Cóż to był za mężczyzna… Klaus, Klaus!
Po chwili w drzwiach ogrodu pojawił się jej syn.
— Tak, mamo?
— Przynieś album. Ten w zielonej oprawie.
— Jeśli Lotte znowu go gdzieś nie przełożyła… — mruknął pod nosem. — Zaraz poszukam.
— Jest u mnie w pokoju — odpowiedziała kobieta z pewnością, która nie pozostawiała miejsca na dyskusję.
Zniknął w domu, a po chwili wrócił, trzymając w rękach stary, ciężki album w zielonej, lekko wytartej oprawie.
Gerda położyła album na kolanach i powoli go otworzyła. Jej palce, mimo wieku, poruszały się pewnie, jakby znały układ tych stron na pamięć.
Przekartkowała kilka zdjęć, aż zatrzymała się na jednym.
— O… tutaj.
Obróciła album w stronę Pauliny.
Zdjęcie było czarno-białe, lekko wyblakłe. Przedstawiało grupę ludzi stojących przed budynkiem o prostych, funkcjonalnych liniach — zapewne miejscowym szpitalem. Na górze, w tle, wyraźnie widoczna była flaga ze swastyką, poruszona lekko na wietrze. Pod fotografią widniał odręczny podpis: Bayreuth 1935.
Na pierwszym planie stała grupa osób — mężczyźni w białych fartuchach, kobiety w uniformach pielęgniarskich, a obok nich dwóch mężczyzn w mundurach.
— To było otwarcie nowego ośrodka zdrowia — powiedziała Gerda, pochylając się lekko nad zdjęciem. — Ja stoję tutaj.
Wskazała cienkim palcem drobną, jasnowłosą dziewczynę w schludnym stroju.
— Miałam siedemnaście lat. Zaczynałam tam pracę, należałam wtedy do Bund Deutscher Mädel.
Na chwilę uśmiechnęła się do własnych wspomnień.
— A to… — przesunęła palec na środek fotografii — doktor Karl Adler.
Paulina przyjrzała się uważniej.
Mężczyzna wyróżniał się wyraźnie. Wysoki, postawny, stał dokładnie pośrodku, jakby naturalnie zajmował centralne miejsce. Miał na sobie biały fartuch, spod którego wystawał starannie zawiązany krawat. Włosy zaczesane gładko do tyłu, z wyraźnym przedziałkiem. Na twarzy wąsy — cienkie, starannie przycięte. Nosił okrągłe okulary w cienkich oprawkach, które nadawały mu intelektualny, ale też surowy wygląd.
Stał prosto, pewnie.
— Wszyscy go słuchali — dodała Gerda cicho. — I trochę się go bałyśmy ale każda z nas była w nim zakochana po uszy...

---

Opowieść Gerdy Müller

Wszystkie się w nim kochałyśmy. Każda z nas, po cichu, na swój sposób. Ale on… on miał tylko jedną kobietę. Również była lekarką. Piękna, ciemnowłosa i ciemnooka. Miała na imię Esther. Tak… była Żydówką. Przyjechała z Wiednia, ach co to była za dama.
Straciła jednak pracę krótko po tym, jak Hitler objął władzę. Pochodziła z bardzo bogatej rodziny. Jej ojciec kupił tu sporą działkę i zbudował dla nich dom. Mówiło się, że zatrudnił najlepszego architekta… nazwisko wyleciało mi z głowy… nieważne. Nazwali to Adlerheim.
Potem wyemigrował do Ameryki. Stracił sporą część majątku, ale uratował życie.  Ludzie szeptali, że zdążył ukryć jakiś skarb w domu swojej córki. Tak się mówiło… wie pani, jak to jest na prowincji.
Ona praktycznie nie wychodziła. Jeśli już, to rzadko, szybko, bez zwracania na siebie uwagi. Większość czasu spędzała w domu. Za murem Adlerheim. On pracował. Był lekarzem. I to takim, o którym się nie zapomina. Chirurgiem, uratował niejedno życie. Ludzie go szanowali. Naprawdę.
Wszystko zaczęło się zmieniać. Coraz więcej przepisów, coraz więcej zakazów. Najpierw drobne rzeczy, potem już takie, których nie dało się nie zauważyć. Żydzi znikali z przestrzeni publicznej, z pracy i z życia.
Wokół Adlerheim panował jednak spokój. Jakby to miejsce było trochę poza tym wszystkim. Nikt nie mówił głośno nic złego. Nie ośmielił się. Z szacunku do doktora. A jego żonę też dobrze wspominano. Cicho, ale dobrze. Ja wtedy pracowałam jako pomoc pielęgniarki. Uczyłam się dopiero, chodziłam jeszcze do szkoły. Widziałam różne rzeczy, słyszałam rozmowy dorosłych, których niby nie powinnam rozumieć… ale coś do mnie docierało. Pamiętam, że mówiono, że doktor namawiał ją na wyjazd do Ameryki, do teścia, ale Esther nie zgodziła się.
Dla takich jak ona oznaczało to realne niebezpieczeństwo. Ludzie tacy jak ona znikali. Najpierw gdzieś wyjeżdżali, potem przestawano o nich mówić w ogóle. Pojawiały się listy, wezwania, kontrole. Jednego dnia był żydowski sklep, drugiego coś zupełnie innego, aryjskiego. Wystarczyło jedno nazwisko, jeden donos. Spłonęła też synagoga. Wszyscy wiedzieli, co to może oznaczać. Ale ona… wciąż była w Adlerheim.
Doktor miał swoje sposoby. Znał ludzi. Leczył ich od lat. Wśród nich był też szef miejscowego Gestapo, Kluge. Mówiono, że podobno uratował życie jego żonie i że ten dług nigdy nie został zapomniany.
Plotkowano też, że doktor mu płacił. Nie wiem ile, nie wiem jak często… ale mówiło się, że regularnie, złotem i dolarami. To była cena za spokój. Za to, żeby nikt nie zadawał pytań. Żeby nikt nie zaglądał za mur Adlerheim.
I przez jakiś czas to działało. Kluge był wyjątkową kanalią, wszyscy się go bali, ale wywiązał się. Nie było rewizji, nie było scen, jakby to miejsce było pod jakąś cichą ochroną. Okoliczni ludzie wiedzieli… i jednocześnie nie chcieli wiedzieć.
Mijałam ten dom czasem w drodze do pracy, jeździłam na rowerze z Reichenfels do Bayreuth. Kiedy miałam więcej czasu wybierałam drogę blisko tego miejsca, Okna były zasłonięte, ogród zadbany. Wszystko wyglądało normalnie. A jednocześnie każdy czuł, że to normalność tylko na powierzchni.
 Potem powołali doktora do wojska. Wysłali go do jakiegoś szpitala polowego, na wschodzie. Nawet ze swoimi znajomościami nie potrafił się wywinąć. Esther została sama. Mówiono, że ktoś jej pomagał. Ktoś w nocy przynosił jedzenie, załatwiał rzeczy, których sama nie mogła zdobyć. 

Pamiętam jeden dzień bardzo wyraźnie. Jechałam do pracy… i zobaczyłam otwartą bramę. To już samo w sobie było dziwne. Zawsze była zamknięta. A na drzwiach… jakieś urzędowe pieczęcie. Papier, lak, oznaczenia. Zatrzymałam się tylko na chwilę. I uciekłam. Bałam się. Wszyscy się baliśmy. Nikt nic nie wiedział… albo nie chciał wiedzieć co się tam wydarzyło. W takich czasach lepiej było nie pytać.

Doktor wrócił dopiero rok po wojnie. Mówiono, że Polacy go trzymali w jakimś obozie jenieckim, ale wypuścili. Podobno dał komuś złoty sygnet i zegarek. Inaczej przekazaliby go pewnie Sowietom… a wtedy ślad by po nim zaginął. Kiedy wrócił… od razu zaczął jej szukać.  I dziecka. Bo kiedy wyjeżdżał, była w ciąży. Najpierw pytał ludzi. Chodził, wypytywał, próbował coś ustalić. Ale nikt nic nie wiedział. Wpadł w rozpacz. Szukał jej jeszcze przez kilka lat, różne urzędy, Czerwony Krzyż. Jeździł, pisał, próbował dotrzeć do jakichś list, rejestrów… aż w końcu dostał dokumenty. Takie, którym nie można było zaprzeczyć. Wywieźli ją stąd do Dachau, a potem dalej, do Auschwitz. Ona… i ich półroczny syn. Nie przeżyli. Od tego momentu coś w nim pękło. Zamknął się w sobie. Zdziwaczał. Wrócił do pracy, bo musiał, bo był lekarzem… ale ludzie mówili, że już z nikim właściwie nie rozmawiał. Przychodził, robił swoje i wracał do domu.
Ja później też zostałam lekarką. Skończyłam studia, pracowałam w tym samym szpitalu, ale chyba nigdy nie zamieniłam z nim ani słowa. Widywałam go tylko czasem i zawsze to samo. W jego oczach był smutek… taki, którego nie da się opisać. Jakby powoli znikał, zapadał się w sobie. Kiedy przeszedł na emeryturę, właściwie przestał się pokazywać. Dom coraz bardziej zarastał, niszczał. Adlerheim powoli umierało razem z nim. Czasem przyjeżdżała do niego latem jakaś dziewczyna. Mówili, że to wnuczka jego brata. Widywano ją czasem w okolicy, ale nigdy z doktorem. Ja ostatni raz widziałam go… chyba w siedemdziesiątym czwartym. Jak zdobyliśmy mistrzostwo świata. Był wtedy na rynku, widziałam go z daleka. Wśród świętującego tłumu on jeden stał i patrzył gdzieś daleko przed siebie. Potem już nie. Nawet lekarz jeździł do niego, nie odwrotnie. Taka to historia.

---

Staruszka umilkła i przez chwilę patrzyła na Paulinę w ciszy. Jej spojrzenie było spokojne, uważne — jakby próbowała coś jeszcze odczytać z jej twarzy. Dostrzegła łzy. Sięgnęła powoli po album i zamknęła go ostrożnie, jakby odkładała nie tylko zdjęcia, ale i całe tamte lata.
— Wzruszyło to panią. To dobrze, to znaczy, że ma pani serce i jest dobrym człowiekiem. Dawno o tym nie opowiadałam. Człowiek pamięta, ale… nie zawsze chce wracać do tamtych okropnych czasów.
Westchnęła cicho i spojrzała na Paulinę jeszcze raz.
— Dobrze, że pani przyjechała.
Paulina otarła łzy, starając się odzyskać spokój. Wzięła głębszy oddech i spojrzała na Gerdę z wdzięcznością.
— Dziękuję… naprawdę — powiedziała cicho. — Za tę historię. Myślę, że już zawsze będę inaczej patrzyła na to miejsce.
— I dobrze — odpowiedziała spokojnie. — Ale niech ta historia pani nie przytłacza.
Poprawiła się nieznacznie w fotelu.
— Proszę przywrócić temu domowi świetność. On na to zasługuje. Ale niech to będzie pani dom… nie ich.
Spojrzała na nią uważnie.
— Niech pani tam będzie szczęśliwa. I robi to, co pani chce.
Paulina uśmiechnęła się delikatnie.
— Na razie planuję remont elewacji, na wiosnę. Kiedy wszystko będzie gotowe, chciałabym panią zaprosić.
Na twarzy staruszki pojawił się cień uśmiechu.
— Dziękuję, to bardzo miłe — powiedziała. — Ale w moim wieku… nie planuje się już nic na długo.
Zawiesiła głos na moment.
— Najwyżej na kolejną godzinę. A i tu… — uniosła lekko rękę — Bóg może mieć inne plany.
Zapadła krótka, spokojna cisza. 

Pożegnały się.

Paulina nigdy już jej nie zobaczyła, Gerda Müller zmarła we śnie, w wigilię Bożego Narodzenia. Przeżyła prawie sto lat. 

---

Wracała do Adlerheim w ciszy. Droga prowadziła przez znajome już wzgórza i wąskie odcinki lasu. Samochód sunął spokojnie, a ona przez większość czasu milczała, wciąż mając w głowie słowa Gerdy. Obrazy mieszały się ze sobą — czarno-białe fotografie, opowieść o Karlu i Esther, spojrzenie starej kobiety. Kiedy zatrzymała się przed domem, przez chwilę siedziała jeszcze w aucie.

Weszła do środka i niemal od razu podjęła decyzję. Piwnica. Była tam tylko raz — krótko po przyjeździe. Zeszła wtedy na chwilę, zobaczyła kurz, stare rzeczy, pajęczyny. Nic, co zatrzymałoby ją na dłużej. Zresztą światło nie działało — żarówka była przepalona. Teraz było inaczej. Sięgnęła po świecę, zapaliła ją i skierowała się w stronę schodów. Powietrze na dole było chłodniejsze. Wilgotne. Pachniało starą cegłą, kurzem i czymś jeszcze — czymś, co zawsze unosi się w miejscach, których nikt nie dotyka od lat. Schodziła powoli, ostrożnie, osłaniając dłonią płomień. Piwnica była niska, sklepiona, z grubymi murami. Światło świecy rzucało nierówne cienie, które poruszały się wraz z każdym jej krokiem.
Wzdłuż ścian stały stare meble — krzesła, ciężki, drewniany stół, którego blat pokrywała warstwa kurzu. W rogu opierał się zardzewiały rower, z opuszczonym łańcuchem i sparciałymi oponami. Obok — kilka pudeł, skrzyń, jakieś zawinięte w materiał przedmioty. Pajęczyny ciągnęły się między belkami. Przesuwała się powoli, zaglądając do kolejnych zakamarków. Otwierała pudła, przeglądała zawartość. Stare książki, jakieś zeszyty, drobne przedmioty bez większego znaczenia. Nic, co przyciągałoby uwagę na dłużej. W pewnym momencie zauważyła pod ścianą dużą, drewnianą skrzynię.
Podeszła bliżej, uważając, by nie zgasić świecy. Otworzyła ją. W środku leżały dokumenty i fotografie. Starannie poukładane, choć nadgryzione zębem czasu. Wyjęła kilka z nich.
Dyplomy doktora Adlera. Świadectwa. Oficjalne pisma, z różnych lat, z różnymi pieczęciami. Przesuwała po nich wzrokiem, czując, jak historia tego miejsca zaczyna się materializować w jej dłoniach. Odłożyła dokumenty i uniosła świecę wyżej. Wtedy to zauważyła. W kącie, tuż obok skrzyni, stało kilka opartych o ścianę desek. A za nimi — coś jeszcze. Fragment ramy, wystający spod białego, zakurzonego płótna. Podeszła bliżej. Postawiła świecę na chwilę na jakiejś szafce, odsunęła deski i ostrożnie wyciągnęła ukryty przedmiot. Był to obraz. Zdjęła płótno, które go przykrywało, i uniosła świecę. Światło drgnęło, rozlało się po powierzchni farby. Na obrazie była kobieta. Młoda. Ciemnowłosa. O wyraźnych rysach twarzy i głębokich, ciemnych oczach, które zdawały się patrzeć prosto na nią — spokojnie, pewnie, bez cienia lęku. Usta miała lekko zarysowane, niemal zamknięte w półuśmiechu. W jej postawie było coś powściągliwego, a jednocześnie silnego. Ubrana prosto ale elegancko. Tło — oszczędne, niemal surowe. Styl wyraźnie modernistyczny, charakterystyczny dla końca lat dwudziestych. Na dolnej krawędzi, w rogu, widniał podpis: Christian Schad.
Paulina zamarła na moment.
— Więc tu jesteś, Esther… — powiedziała cicho.
Jeszcze przez chwilę patrzyła na portret. Potem ostrożnie wzięła go pod ramię, drugą ręką chwytając świecę i ruszyła w stronę schodów.  Weszła do salonu i zatrzymała się przy kredensie. Oparła obraz o ścianę, ustawiając go tak, by światło z okna padało na twarz kobiety. Przez chwilę stała, patrząc.
— Przywrócę ci należne miejsce — powiedziała spokojnie.

Poszła spakować resztę rzeczy, jutro wracała do Berlina.

-----

Rozdział L

Powrót Wilczycy

Berlin, jesień 2016

W Adlerheim spędziła kilka tygodni. Wystarczająco długo, by złapać oddech, poukładać myśli i odzyskać wewnętrzną równowagę. Kiedy wracała do Berlina, wiedziała już, że wraca na swoich zasadach.
Zaparkowała w garażu pod kamienicą w Charlottenburgu. Wyglądała znowu jak ona. Silna, skupiona, zdeterminowana. Wypoczęta, opalona, z promienną cerą i tym charakterystycznym błyskiem w oczach. Jej kroki były pewne, sylwetka wyprostowana. Wróciła do siebie — nie tylko fizycznie. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniła do Andreasa.
— Doprowadź moje ciało do porządku — powiedziała bez wstępu. — Wiem, że wyglądam dobrze, nawet bardzo dobrze, ale chcę wyglądać doskonale. Jak bogini, którą jestem.
Andreas zaśmiał się krótko.
— Jutro o ósmej. Klub. Nie spóźnij się. Fajnie, że wróciłaś.
Była punktualnie. Ubrana w czarne, dopasowane legginsy i sportowy top, weszła na salę pewnym krokiem. Zapach gumowej maty, ciężarów i potu był znajomy. Kojący.
Andreas podszedł do niej od razu. Nie powiedział nic przez chwilę — po prostu ją objął. Krótko, mocno, bez przesady, ale z wyraźną szczerością.
— Wiem, co się stało — powiedział cicho. — Myślami byłem przy cały czas przy tobie.
Skinęła głową.
— Dziękuję.
Nie potrzebowali więcej słów. Po chwili odsunął się, spojrzał na nią oceniająco, jak zawsze — już bardziej trener niż przyjaciel.
— Dobra. Koniec czułości. Bierz się za rozgrzewkę.
I rzeczywiście. Nie było taryfy ulgowej. Od pierwszych minut weszli w intensywne tempo. Ćwiczenie za ćwiczeniem, seria za serią. Bez pauz, bez rozmów. Andreas był bezlitosny i wymagający — dokładnie taki, jakiego potrzebowała. A ona odpowiadała tym samym. Skupiona, zdyscyplinowana, obecna w każdym ruchu. Jakby chciała nie tylko wzmocnić ciało, ale też coś z siebie wyrzucić. Oczyścić się z resztek napięcia, które jeszcze w niej zostały. Pot spływał po skroniach, oddech przyspieszał, mięśnie zaczynały palić. I właśnie tego potrzebowała.

Krótko po treningu zaczęła dzwonić po dziewczynach.  Spotkały się dwa dni później w Dominia Studio Berlin. Paulina stanęła naprzeciw nich – elegancka, pewna siebie, w dopasowanej białej koszuli, czarnych spodniach i eleganckich szpilkach, z włosami upiętymi w kucyk. 
– Kochane, DSB nie może być tylko dawną legendą. Musimy być największym i najbardziej ekskluzywnym klubem Femdom w Niemczech a nawet w Europie. Obiecuję Wam, że tak będzie. Bierzemy się ostro do roboty. Będzie więcej edycji Sklavenkamp. Ściągamy najlepsze z najlepszych – dziewczyny o sile, o prezencji, z klasą i autorytetem.
– Skąd je weźmiemy ? – zapytała Bella.
– Wybieramy tylko te najlepsze. Uruchomcie kontakty, sprawdzajcie fora, pytajcie zaufanych uległych.  Jeśli któraś będzie naprawdę rokująca, damy jej konkurencyjną stawkę. Będzie nas na to stać bo  będziemy drożsi od konkurencji, zarobimy na naszą marżę. Mercedes też nie sprzedaje samochodów w cenie Volkswagena. 
Zaległa cisza, po czym Noëmi pokiwała głową z aprobatą.
– Ile nas będzie docelowo?
– Nie wiem, ale nie ilość się liczy, tylko jakość. Zrobimy też lifting studia – kosmetyka, ale także przebudowa. Musimy stworzyć nowe przestrzenie, wszystko na najwyższym poziomie.
– A Ty? – zapytała Greta cicho. – Dasz radę to wszystko połączyć?
Paulina uśmiechnęła się lekko.
– Muszę. Ale też chcę. To już nie tylko praca. To dziedzictwo. To moje miejsce. Wiem, że chcesz wrócić do Norwegii,  ale proszę, zostań jeszcze trochę i pomóż nam. Szukaj dziewczyn, negocjuj. 
Spojrzała na nie kolejno – Noëmi, Bellę, Gretę – a potem, unosząc podbródek, dodała:
– Zrobimy to razem.
Wszystkie trzy skinęły głowami, jakby potwierdzając nie tylko decyzję, ale też milczącą przysięgę.

Kiedy tylko wróciła do prowadzenia sesji, jej elektroniczny kalendarz zaczął zapełniać się niemal natychmiast. Wystarczyło kilka dni, by wolne terminy przestały istnieć, a każdy kolejny pojawiający się slot znikał równie szybko, jak się pojawiał. Podniesienie stawki do tysiąca euro za godzinę nie tylko nikogo nie odstraszyło, ale wręcz podkreśliło jej pozycję — stała się jeszcze bardziej pożądana, jeszcze trudniej dostępna. W krótkim czasie miała zamknięty grafik do końca roku, a ci bardziej zapobiegliwi rezerwowali od razu kilka spotkań, układając je w rytm miesięcy, jak coś stałego, niemal koniecznego. Przed sesjami i po nich klienci opowiadali jej różne rzeczy — że czekali na powrót, że bez niej studio było tylko pustą przestrzenią, że nikt nie potrafił jej zastąpić. Niektórzy przyznawali wprost, że w tym czasie nie spotykali się z nikim innym, inni nie zdradzali swoich historii, ale każdy, bez wyjątku, dawał do zrozumienia, że jest dla nich kimś więcej niż tylko dominą. Słuchała tego spokojnie, bez emocji, ale te słowa rezonowały głęboko, wzmacniając to, co i tak było w niej silne — poczucie kontroli, pewność siebie, świadomość własnej pozycji. To ją napędzało, dodawało energii i ostrości. Podczas sesji była w pełni sobą — chłodna, bezwzględna w egzekwowaniu zasad, które sama ustanawiała, brutalna przy wymierzaniu kar. Nie było w niej miejsca na przypadek ani wahanie, wszystko było świadome, dopracowane, podporządkowane jednemu celowi – zadawaniu bólu i całkowitemu złamaniu woli uległego. Opanowała to do perfekcji. A jednocześnie była piękna w sposób niemal nierealny — nie tylko fizycznie, ale przez to, jak wypełniała przestrzeń, jak budowała napięcie, jak sprawiała, że dla drugiej strony świat przestawał istnieć poza tą jedną chwilą. I właśnie dlatego zawsze wracali. Jednym z takich klientów był oczywiście Jonas. Spotkali się już we wrześniu. Po trzech niezwykle intensywnych godzinach wyszedł, ledwo trzymając się na nogach, ale szczęśliwy i spełniony. Miał przed sobą bardzo pracowity miesiąc, ale obiecali sobie, że umówią się na jakieś wspólne bieganie, gdy już wróci z kolejnej służbowej podróży. 

---


Berlin, październik 2016

Było ciepłe jak na połowę października popołudnie – berlińska jesień rozpieszczała jeszcze ostatnimi promieniami słońca. Liście klonów i lip frunęły w powietrzu przy lekkich podmuchach wiatru, tworząc rdzawo-złoty kalejdoskop nad ulicami Charlottenburga. Paulina zaparkowała samochód na miejscu, w podziemnym garażu pod kamienicą. Silnik zgasł cicho, a ona przez chwilę jeszcze siedziała zbierając myśli po zajęciach na uczelni. Miała na sobie beżowy, lekki trencz przewiązany paskiem, pod spodem śmietankowy golf i ciemne cygaretki. Na nogach wygodne, czarne botki  – eleganckie, ale nie przesadzone. Zabrała torebkę i zamknęła drzwi auta, które błyszczało czystością w blasku lamp. Zamiast od razu jechać do mieszkania, nacisnęła guzik prowadzący na parter. Miała ochotę na coś konkretnego – od czasów ciąży polubiła sok pomarańczowy, a najlepszy był naturalny, świeżo wyciskany,  z lokalnego sklepiku za rogiem. Winda zatrzymała się na poziomie ulicy. Wyszła z kamienicy i skręciła w lewo, przecinając brukowaną uliczkę. Sklep był niewielki, z rustykalną witryną i starannie ułożonymi skrzynkami z owocami przed wejściem. Znała to miejsce. Weszła do środka, od razu kierując się do lodówki z napojami. Sok z włoskich pomarańczy  – ten sam, który przez pewien czas piła niemal codziennie. Wzięła od razu dwie butelki.
– Dzień dobry  – uśmiechnął się do niej sprzedawca.
– Dzień dobry, panie Fuchs. Dziś tylko soki.
Zapłaciła gotówką, pożegnała się z uprzejmym skinieniem głowy i wróciła  spokojnie do domu.
Winda znów zawiozła ją, tym razem już na trzecie piętro. Gdy drzwi się rozsunęły, wyszła do znajomego, jasnego korytarza. Otworzyła mieszkanie – klucz przekręcił się z miękkim kliknięciem w zamku. W środku przywitał ją zapach lawendowego płynu do płukania, który unosił się jeszcze w powietrzu po porannym praniu. Zsunęła buty, odwiesiła trencz na wieszak i zdjęła golf, zostając w bawełnianym podkoszulku.
W kuchni nalała sobie szklankę soku i usiadła przy stole, przez moment słuchając tylko ciszy. Słońce wpadało przez zasłony, kładąc ciepłe światło na podłodze. Była sama, ale nie czuła się samotna.
Nie prowadziła dziś sesji. Tego dnia nie musiała ubierać ani eleganckich kostiumów, ani czarnych szpilek, ani chłodnej maski Fenriss. Była po prostu sobą – kobietą, która potrzebowała chwili dla ciała i umysłu.
Z kuchni przeszła do sypialni, zostawiając w zlewie pustą szklankę. Otworzyła szufladę i wyjęła obcisłe legginsy w kolorze głębokiej czerni, bluzę z kapturem oraz sportowy biustonosz w odcieniu khaki. Przebrała się szybko, związała włosy, założyła lekkie buty do biegania, a do ucha włożyła bezprzewodowe słuchawki.
Zeszła po schodach i już po chwili, przebiegła przez ulicę w kierunku pobliskiego parku. Znała tę trasę bardzo dobrze. Park ciągnął się wzdłuż rzeki, a o tej porze dnia był niemal pusty.
Równe tempo, jednostajny oddech. Krok za krokiem. Biegła ścieżką wijącą się między drzewami. Mijani nieliczni spacerowicze uśmiechali się do niej, niektórzy odwracali za nią,  obserwując jak biegnie. Ale ona patrzyła tylko przed siebie, chłonąc to, co dawała chwila: puls miasta ukryty za linią drzew, zapach jesiennych liści, rytm muzyki w uszach.
Po kilku kilometrach zatrzymała się na moment przy ławce nad wodą. Oparła dłonie na biodrach, oddychając głęboko. Jej ciało było lekkie, a głowa – oczyszczona. Spojrzała na taflę rzeki, po której przesuwały się spokojnie kaczki. Przez chwilę stała tak w bezruchu, czując wdzięczność za to, że znowu potrafiła odczuwać spokój. Potem ruszyła w drogę powrotną – już wolniej, bez napięcia, pozwalając sobie na rozluźnienie. Jesień w Berlinie potrafiła być naprawdę piękna.

Wróciła do mieszkania. Ciepłe światło lampy w przedpokoju rozlało się miękko po ścianach. Po biegu czuła się zmęczona, ale w dobrym sensie. Zsunęła sportowe buty, rzuciła bluzę i przeszła do łazienki. Otworzyła szafkę, wyjęła świeży ręcznik i weszła pod prysznic. Woda obmywała jej ciało równym, ciepłym strumieniem. Oparła się dłonią o kafelki i zamknęła oczy. Czuła się spokojna, niemal wolna – od przeszłości, od bólu, od złych wspomnień. Po kąpieli włożyła wygodne domowe ubranie: jasnoszarą, miękką bluzę z herbem Herthy Berlin i spodnie od dresu, bose stopy wsunęła w skarpetki. Zaparzyła herbatę, usiadła przy biurku i otworzyła laptopa. Przejrzała maile, poprawiła notatki dla seminarzystów, zaczęła czytać nową wiadomość przesłaną przez Gretę. Praca dawała jej stabilność – coś, czego mogła się trzymać.
Nagle usłyszała pukanie do drzwi. Dwa, trzy stonowane uderzenia. Zamarła. Nikogo nie spodziewała się. Po drodze jeszcze zajrzała do łazienki czy przypadkiem nie zalewa sąsiada z dołu. Było sucho. Podeszła ostrożnie, spojrzała przez wizjer i znieruchomiała.

Patrick.

Stał na klatce schodowej z plecakiem, w ciemnej kurtce, z wyraźnymi cieniami pod oczami. Twarz miał spiętą, niepewną, jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. W jego oczach była mieszanka lęku, napięcia i jakiejś spóźnionej determinacji. Otworzyła drzwi.
– Co ty tu robisz? – zapytała spokojnie, ale głos miała twardy. Jak wszedłeś do kamienicy?
– Przyjechałem... przyjechałem zobaczyć nasze dziecko – odpowiedział cicho. – I pomóc ci. Brama na dole była otwarta. 
Jej spojrzenie natychmiast się zmieniło. Jakby nagle wyziębło do granic.
– Nie ma dziecka. Straciłam je. W szóstym miesiącu. Poroniłam.
Cofnął się o pół kroku. Wyglądał, jakby coś uderzyło go prosto w klatkę piersiową. Zbladł, otworzył usta, ale nie znalazł słów.
– Ale... jak... – wyjąkał wreszcie. – Nie wiedziałem...
– Oczywiście, że nie wiedziałeś. Bo się wycofałeś. Bo jak tylko usłyszałeś słowo „dziecko”, to uciekłeś. Bałeś się odpowiedzialności, prawda? Tego, że nie będziesz mógł jeździć sobie po świecie i posuwać turystki.
Milczał. Wpatrywał się w nią z rosnącym przerażeniem. Była opanowana, ale jej głos tętnił gniewem i rozczarowaniem. W oczach miała chłód, którego nigdy wcześniej u niej nie widział.
– Możesz wejść – dodała po chwili. – Ale nie waż się mnie dotknąć.
Wpuściła go do mieszkania. Nie próbował już nawet zbliżyć się do niej. Była jak marmurowa rzeźba – piękna, elegancka, ale nieprzystępna. Wskazała mu miejsce na kanapie w salonie, sama usiadła naprzeciwko, na fotelu, ze skrzyżowanymi nogami i filiżanką herbaty w dłoniach.
– Chcesz herbaty? – zapytała. Głos miała już opanowany, niemal neutralny.
– Nie... dziękuję – odpowiedział cicho.
Usiadł ciężko. Oparł dłonie na kolanach, nie patrzył jej w oczy.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej? – zapytał w końcu.
– Dlaczego? Bo nie miałam na to siły. I nie wiedziałam, czy masz jeszcze do tego jakiekolwiek prawo. Powiedziałeś mi jasno: nie jesteś gotowy. Nie chciałeś być ojcem. Więc postanowiłam, że będę matką sama. Że wychowam je bez ciebie. A potem... 
Cisza między nimi była ciężka jak ołów. W końcu podniósł wzrok.
– Przykro mi – powiedział. – Nie wiem, co mam powiedzieć.
– Może nic nie mów. To już nie ma większego znaczenia – odpowiedziała chłodno.
Jej dłoń delikatnie drżała, gdy trzymała filiżankę z herbatą.
Patrick wyglądał na człowieka złamanego – spóźnionego z żalem, którego nikt już nie potrzebował.
– Jeśli przyjechałeś tylko po to, żeby wyrazić współczucie, to już to zrobiłeś. A teraz musisz zrozumieć, że cię już potrzebuję. Do niczego. Zbyt wiele się wydarzyło.
Milczał, a ona nie patrzyła już na niego tak jak kiedyś. Już nie. Siedział przez chwilę w milczeniu, nie bardzo wiedząc, gdzie spojrzeć. W końcu ponownie uniósł wzrok.
– To co mam zrobić? – zapytał cicho, niemal błagalnie.
Nie poruszyła się nawet o milimetr, głos miała lodowato obojętny:
– Nic. Po prostu opuść moje mieszkanie. Wyjedź. Nie wracaj. Zachowaj wspomnienia.
Nie uniosła głosu, ale brzmiało to jak wyrok.
– Możesz się chwilę odświeżyć po podróży, jeśli chcesz. Ale nie chcę, żebyś był tu dłużej, niż to konieczne. To koniec, Patrick. Nie dostaniesz drugiej szansy.
Poruszył się nerwowo.
– Paulina, proszę… ja wiem, że spieprzyłem. Ale może moglibyśmy… chociaż porozmawiać?
– Nie, Patrick. Nie jesteś już częścią mojego życia. Nie potrzebuję cię. Zniknąłeś, kiedy najbardziej cię potrzebowałam, więc teraz nie ma o czym mówić.
– Ale ja… nie wiedziałem, że... – zaczął znowu, ale przerwała mu beznamiętnie:
– Chcesz skorzystać z łazienki, czy wychodzisz?
Wstał bez słowa, sięgnął po plecak stojący przy drzwiach. Ruchy miał powolne, jakby nie dowierzał, że właśnie został wyrzucony z jedynego miejsca, w którym miał jeszcze nadzieję na jakąkolwiek bliskość z nią. Nie odezwał się już ani słowem. Przeszedł do drzwi, otworzył je i wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Bez pośpiechu przekręciła zamek. Na moment oparła czoło o chłodne drewno, a potem szepnęła przez zęby:
– Verdammter Feigling.
Odwróciła się i poszła do kuchni. Wzięła do ręki telefon, usiadła na krześle przy wyspie kuchennej i wybrała numer Belli.
– Kochana, nie uwierzysz – powiedziała Paulina, bez przywitania
– Co się stało?
– Zjawił się. Patrick. Z plecakiem. Przyszedł… zobaczyć dziecko. 
– O mein Gott.
– Powiedziałam mu, wszystko,  że nie ma dziecka. Że je straciłam. Że nie chcę go więcej widzieć. I ze ma wynosić się.
Po drugiej stronie przez chwilę było tylko westchnienie.
– Jestem z ciebie dumna, Fenriss. Naprawdę. Taka właśnie jesteś. Taka masz być. Taką cię kocham. 
Paulina uśmiechnęła się słabo.
– Wiesz, miał w oczach taką żałosną nadzieję. Ale nie poczułam nic. Zero. Żadnego współczucia. Po prostu… było za późno. Nie porucha sobie dziś. Nie mnie. 
– To dobrze. Znaczy, że to już za tobą. Teraz jesteśmy tylko my. Ty, ja, dziewczyny i DSB.
– Tak. I tego właśnie chcę.
Rozmawiały jeszcze przez pół godziny, jakby Patrick nigdy nie istniał. Jakby był tylko głuchym wspomnieniem z innego życia – życia, które Paulina zamknęła już na zawsze.

---

Był pogodny październikowy dzień, już chłodny, ale jeszcze przyjemny. Poranne słońce oświetlało elewacje kampusu, łagodnie podkreślając kontury drzew i przeszklone ściany budynku Instytutu Psychologii Uniwersytetu Humboldta. W powietrzu unosił się lekki zapach wilgotnych liści i parującej kawy – typowa aura wczesnej berlińskiej jesieni.

Paulina wyszła właśnie z zajęć dla studentów pierwszego roku – wstępu do psychologii antropologicznej. Miała na sobie jasnoszarą, lekko dopasowaną marynarkę, pod nią kremowy sweter z kaszmiru i klasyczne, proste spodnie w odcieniu grafitu. Na nogach skórzane półbuty, torba przewieszona przez ramię. Nie była to ostentacyjna elegancja – raczej starannie dobrany minimalizm, wyważony i bezbłędny.

Po krótkiej przerwie udała się do jednej z sal, gdzie tego dnia miała mieć pierwsze spotkanie z pięciorgiem seminarzystów. Wszyscy zaczynali pracę pod jej opieką nad swoimi licencjatami. Panowała cisza przerywana tylko szelestem kartek i odgłosem stukających klawiszy. Siedzieli wokół prostego stołu — wnętrze było oszczędne, ale funkcjonalne: kilka półek z książkami, rzutnik, czajnik z wodą i filiżanki.
Zajęła miejsce na końcu stołu, spojrzała na nich uważnie.
— Zanim zaczniemy mówić o waszych tematach, ustalmy jedną rzecz. To nie będzie seminarium, na którym prześlizgniecie się przez tekst i oddacie coś wystarczająco dobrego.
Kilka osób uniosło wzrok znad notatek.
— Jeśli ktoś z was liczy na minimum wysiłku, to radzę przemyśleć decyzję o współpracy ze mną już teraz. To pierwsze moje seminarium, zdaję sobie sprawę, że nikt ze starszych roczników nie ostrzegł was przede mną. 
Ostatnie zdanie wypowiedziała uśmiechając się i rozluźniając nieco atmosferę.
— Praca licencjacka to nie jest formalność. To pierwszy moment, w którym macie pokazać, że potraficie myśleć samodzielnie. Że umiecie coś zbudować — argument, strukturę, narrację. I że potraficie to obronić. Potraktujcie to jako przygodę intelektualną a nie obowiązek, to połowa sukcesu.
Wstała i podeszła do tablicy, zapisując kilka słów: problem — teza — metodologia — konsekwencja.
— Każdy z was musi wiedzieć, na jakie pytanie odpowiada. Nie temat, nie ogólny obszar — konkretne pytanie. Jeśli go nie ma, nie ma pracy.
Odwróciła się do nich.
— Druga rzecz — źródła. Nie interesują mnie kompilacje cudzych opinii. Macie czytać, rozumieć i wybierać. Świadomie. Jeśli nie jesteście w stanie powiedzieć, dlaczego korzystacie z danego autora, to znaczy, że nie powinniście z niego korzystać.
Przez chwilę mówiła dalej — o strukturze pracy, o tym, jak budować rozdziały, jak unikać powtórzeń i pustych fraz. O tym, że styl nie jest dodatkiem, tylko narzędziem. Że każde zdanie musi coś znaczyć.
Potem zaczęła zadawać pytania.
Każdy po kolei mówił o swoim pomyśle. Ona nie przerywała, słuchała uważnie, czasem tylko dopytywała. Wystarczyło jedno pytanie, żeby ktoś nagle się zawahał, zgubił wątek albo zrozumiał, że jego temat nie jest jeszcze gotowy.
— To nie jest jeszcze teza — powiedziała do jednego z nich spokojnie. — To jest obserwacja. Proszę to pogłębić.
Innemu wskazała, że jego temat jest zbyt szeroki.
— Jeśli chce pan opisać wszystko, nie opisze pan niczego. Terminy znacie. Konsultacje są obowiązkowe. Jeśli ktoś zniknie na miesiąc, zakładam, że rezygnuje.
Zamknęła notes.
— I jeszcze jedno. Nie interesują mnie prace poprawne. Interesują mnie bardzo dobre. Pamiętajcie, że będzie je czytał 
sam profesor Schneider.
Zapadła krótka cisza, którą przerwał jeden ze studentów:
— A to dopiero...
Wszyscy wybuchli śmiechem. Paulina pierwsza spoważniała. 
— To wszystko na dziś. Widzimy się za dwa tygodnie i bez podśmiewania się z profesora proszę was.
Zaczęli się zbierać. Krzesła przesunęły się cicho po podłodze, ktoś zamknął laptop, ktoś inny szybko spakował notatki.
— Pani Mileno — odezwała się, gdy dziewczyna była już przy drzwiach. — Proszę zostać jeszcze chwilę.

Milena pochodziła z Dolnej Saksonii, z niewielkiego miasteczka niedaleko Hildesheim. Jej rodzice – Serb i Albanka – przyjechali z Kosowa w połowie lat dziewięćdziesiątych. Uciekli przed osądami rodzin, zakazaną miłością i w poszukiwaniu stabilności. Była ich trzecią, najmłodszą córką, miała 22 lata. Wyraźnie wyższa od Pauliny, o pełniejszych, kobiecych kształtach, których nie ukrywała – ale też nie podkreślała w sposób ostentacyjny. Miała bardzo jasną cerę, niemal mleczną, z wyraźnym kontrastem głębokiej czerni włosów, które nosiła prosto i gładko, z grubą grzywką przyciętą tuż nad brwiami. W lewym nozdrzu błyszczał niewielki, srebrny kolczyk. Jej styl był alternatywny, może miał nawet coś z bohemy. Dziś miała na sobie długą, grafitową spódnicę z miękkiej tkaniny i bordowy golf. Całość dopełniały cięższe buty, które wydawały lekki dźwięk przy każdym kroku. Sprawiała wrażenie osoby zamyślonej, z pozoru zamkniętej – ale w rzeczywistości uważnie obserwującej otoczenie.

Gdy zostały same, Paulina odsunęła lekko krzesło i wskazała miejsce naprzeciwko.
– Proszę usiąść jeszcze na chwilę. 
Dziewczyna usiadła, wyprostowana, splatając dłonie na kolanach. Czuła lekkie napięcie, ale także satysfakcję – ceniła Paulinę i liczyła się z jej opinią.
– Pani temat pracy to ,,Hierarchiczne napięcia w relacjach kobiecych. W stronę psychoanalizy uległości”. Brzmi ciekawie. Odważnie. Chciałam zapytać, skąd takie zainteresowanie? – zapytała, pochylając się lekko do przodu. 
Milena przez chwilę milczała, ważąc słowa.
– Myślę, że zawsze fascynowało mnie to, co poza głównym nurtem. Rzeczy, o których nie mówi się na zajęciach, chociaż przecież istnieją i wpływają na nasze życie. W relacjach między kobietami też są układy władzy. Subtelne, często ukryte, ale realne. I rzadko kto je opisuje. A przecież w nich również może być dominacja, zależność, struktura. Poza tym, trochę zainspirowałam się pani pracą doktorską, tylko że ja poświęcę uwagę wyłącznie kobietom.
Paulina uniosła nieznacznie brwi.
– Czyli chce pani rozebrać na części coś, co zwykle jest idealizowane? Pokazać, że pomiędzy kobietami też mogą występować mechanizmy kontroli?
Skinęła głową.
– Tak. I że niekoniecznie są czymś złym. Czasem są potrzebne. Czasem są naszym wyborem. Czasem dają bezpieczeństwo. A czasem są przemocą, tylko nikt tego nie chce przyznać. 
– Dobrze. To może być bardzo ciekawa praca. Proszę dobrać właściwą literaturę, teorię i opisać to bez tanich kontrowersji. 
– Rozumiem pani doktor – odpowiedziała z cichą determinacją.
– Proszę przesłać mi na maila szkic hipotezy badawczej i proponowaną bibliografię. Chcę widzieć, jak to będzie ułożone.
Milena wstała, dziękując krótko, z delikatnym ukłonem głowy. Po chwili wyszła z sali, zostawiając Paulinę samą.
Ta jeszcze przez chwilę siedziała w ciszy, z rękami złożonymi przed sobą. Czuła satysfakcję – praca dydaktyczna, choć czasem monotonna, potrafiła przynosić momenty prawdziwego zaangażowania. Podobała jej się ta dziewczyna. Była inna. Niekonwencjonalna. Myśląca samodzielnie. Paulina dostrzegała w niej coś znajomego – może echo własnej młodości. Ale nie pozwalała sobie na sentymenty. Przede wszystkim była jej opiekunką naukową, a ten temat był trudny. Ryzykowny. Kontrowersyjny, ale nade wszystko, wyjątkowo interesujący.

---

Od ostatniej  rozmowy Paulinie i Jonasowi udało się kilka razy wspólnie pobiegać. Imponował jej kondycją maratończyka, ale dzielnie dotrzymywała mu kroku. Po treningu każde z nich wracało do siebie. Nie nawiązywała do ich czerwcowej rozmowy. W czasie sesji traktowała go chłodno, z odpowiednią dozą okrucieństwa, które przeplatała chwilami wytchnienia. Robiła swoje, bez mrugnięcia, bez drżenia dłoni, bez żadnych obietnic i bez najmniejszego sygnału, że „po” mogłoby mieć jakieś inne znaczenie niż koniec ustalonej godziny. Nie ułatwiała mu. Nie zamierzała. Jeśli miał zrobić kolejny krok – musiał dojrzeć do tego sam. Nie było w niej jednak cienia łagodności, która mogłaby popchnąć go do działania. Jonas znowu wyjechał, nie widzieli się już przeszło dwa tygodnie i właśnie dlatego ten telefon zaskoczył ją tak mocno.
Usłyszała jego głos późnym wieczorem, kiedy kończyła porządkować notatki na kolejne zajęcia. Odebrała niemal odruchowo. 
– Dobry wieczór, Lady Fenriss... Paulino... – zaczął z pewnym napięciem. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
– Nie – odparła spokojnie. – Miło, że dzwonisz. 
Przez chwilę mówił o głupotach – z wyczuciem, jakby chciał wybadać teren, upewnić się, czy rozmowa nie skończy się po pierwszym zdaniu. Zapytał, jak mnął jej dzień, czy zmiany w DSB idą zgodnie z planem. Ona, z pozorną nonszalancją, odpowiedziała, że owszem – wszystko idzie szybko i konsekwentnie do przodu. Opowiedziała mu o nowych dziewczynach, o tym, że Greta zrekrutowała dwie naprawdę utalentowane osoby, że SEO w końcu działa jak powinno, że stawki wzrosły, że kalendarz eventów jest niemal pełen. Wspomniała mimochodem o ostatnim Sklavenkamp, który był wyjątkowo udany.
Jonas słuchał, dopytywał. A potem sam opowiedział o Japonii – o kolejnym wyjeździe służbowym, o długich dniach i jeszcze dłuższych kolacjach z klientami, o wieczorach spędzonych samotnie w hotelowym barze w Kyoto, gdzie podawano najlepszą japońską whisky, ale nikt nie wiedział, jak właściwie ją pić.
Słuchała go w milczeniu, raz na jakiś czas rzucając jakimś neutralnym pytaniem. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, jego głos zadrżał. To był cień emocji – nie dramatyczny, nie przesadzony. Ale autentyczny. Tak rzadki w jego tonie, że uderzył jak drobny kamień rzucony na taflę spokojnego jeziora.
– Lady… – zawahał się. – Skoro i tak rozmawiamy... czy musimy przez telefon? Czy mogłabyś... czy zgodziłabyś się pojechać gdzieś ze mną w sobotę? Tak po prostu. Wypad za miasto, póki jest jeszcze znośna pogoda. Przez kilka sekund panowała cisza. Paulina nie odpowiedziała od razu. Spojrzała przez okno na miasto pogrążone w październikowym półmroku. Miała ochotę się uśmiechnąć, ale nie pozwoliła sobie na to.
– To miłe, że pytasz, ale najbliższe dwie soboty mi nie odpowiadają, mam już inne plany. Może kolejna – dodała szybko, jakby intuicyjnie bojąc się, że jej rozmówca zbyt łatwo się podda.
W słuchawce zapadła krótka cisza. Po niej odezwał się znów, głosem nieco niższym, jakby ostrożniejszym, podszytym nadzieją:
— Czyli… jesteśmy umówieni? W sobotę za dwa tygodnie?
Zawahała się na ułamek sekundy. Nie dlatego, że nie znała odpowiedzi — ta była oczywista. Zatrzymała się, bo świadomie wybierała ton pełen rezerwy. W środku poczuła lekkie ukłucie satysfakcji. Tę cichą, kontrolowaną radość, kiedy coś układa się dokładnie tak, jak powinno. Uśmiechnęła się niemal niedostrzegalnie, choć wiedziała, że on tego nie zobaczy.
Zanim odpowiedziała, wyrównała oddech. W głosie nie mogło być tego, co czuła.
— Można tak powiedzieć — odparła spokojnie, chłodno. — W przyszłą sobotę.
Zrobiła krótką pauzę, jakby to dla niej nie miało większego znaczenia.
A jednak miało. Nie dodała nic więcej. Nie powiedziała „do zobaczenia”, nie użyła jego imienia. Zostawiła go z tym krótkim potwierdzeniem, tak, jak zostawia się kogoś na progu – ani go nie zapraszając, ani nie zamykając mu drzwi przed nosem. Neutralnie. Z pozoru bez emocji. Potem szybko rozłączyła się, mówiąc, że musi kończyć, nie czekając na dalsze słowa. Odłożyła telefon, wstała od biurka i podeszła do otwartego okna. Miasto błyszczało ciepłym światłem lamp ulicznych, gdzieś w oddali słychać było czyjś śmiech.
Czuła wyraźny błysk emocji, coś lekkiego, przyjemnego, niemal dziewczęcego, ale natychmiast zamknęła to w sobie, przykrywając znajomą warstwą spokoju i kontroli. Sięgnęła po telefon.
Otworzyła kalendarz, przesunęła ekran do przodu i zatrzymała się na ustalonym dniu. Przez chwilę patrzyła na puste pole, jakby to jedno miejsce miało nagle większe znaczenie niż wszystkie pozostałe. Kliknęła. Wpisała krótko: Jonas. Potem, niemal odruchowo, dopisała obok jego imienia małą, uśmiechniętą buźkę. Zatrzymała na niej wzrok przez moment, jakby sama siebie przyłapała na czymś, czego nie chciała przyznać. Nie usunęła jej.
Zablokowała telefon i odłożyła go obok notatek, wracając do pracy, jakby nic się nie wydarzyło. Nie musiał wiedzieć, że również ona zaczęła odliczać. To była wyłącznie jej tajemnica.

---

Berlin, listopad 2016

W sobotę temperatura o poranku ledwie przekraczała sześć stopni, dzień zapowiadał się chłodny, suchy, z mlecznym światłem przesączającym się przez blade niebo. Paulina właśnie dziś miała spotkać się z Jonasem – zaprosił ją dwa tygodnie temu, proponując wspólny wypad za miasto. Zgodziła się. Ostatecznie. Zdawkowo. Pozornie bez entuzjazmu. Ale odkąd odłożyła słuchawkę, raz po raz przyłapywała się na myśli, że czeka. Że liczy dni. Rano wstała wcześnie. Zaparzyła kawę, przez chwilę przeglądała wiadomości na laptopie. Poszła pobiegać. Gdy wróciła weszła do łazienki i wzięła długi prysznic. Miała czas. I lubiła mieć go dla siebie, bez pośpiechu. Zwłaszcza wtedy, gdy odrobinę się przejmowała – a dzisiaj się przejmowała, choć nie zamierzała tego nikomu przyznać.
Z szafy wyjęła zestaw na chłodny, listopadowy dzień. Bazę stanowił dopasowany golf z cienkiej wełny i kaszmiru w kolorze głębokiego grafitu — niemal czarnego, ale cieplejszego, bardziej szlachetnego w odbiorze. Do tego dobrała spodnie ze skóry z wysokim stanem w odcieniu ciemnego burgundu — cięższe, lekko strukturalne, z wyraźnie zaznaczoną linią nogawki. Nie były obcisłe, ale trzymały formę, nadając całości wyraźną, elegancką geometrię. Na nogi włożyła skórzane kozaki w kolorze głębokiej czerni, do kolan, z prostą cholewką i stabilnym, średnim obcasem.
Na wierzch zarzuciła płaszcz z grubej wełny w kolorze ciemnej śliwki, wpadającej momentami w czerń. Długi, o prostym kroju, z szerokimi klapami i paskiem, który podkreślał talię. Materiał miał ciężar i strukturę — dobrze układał się w ruchu, nadając jej sylwetce pewnej powagi. Z dębowej konsoli przy drzwiach wzięła torebkę Celine z charakterystyczną złotą klamrą — jedyny wyraźniejszy akcent. Sięgnęła po rękawiczki — czarne, z miękkiej, gładkiej skóry, sięgające kilka centymetrów za nadgarstek. Były idealnie dopasowane, z delikatnym, wydłużającym optycznie dłoń przeszyciem biegnącym wzdłuż palców. W środku wykończone były jedwabiem, dzięki czemu gładko sunęły po skórze i dawały przyjemne, lekkie ciepło — dokładnie takie, jakie lubiła o tej porze roku. Założyła je powoli, poprawiając krótkim, pewnym ruchem. Włosy zostawiła rozpuszczone. Opadały swobodnie na ramiona, lekko wygładzone, bez przesadnej stylizacji. Makijaż był oszczędny — delikatnie przyciemnione powieki, nieco wyraźniejsze podkreślenie rzęs, usta w naturalnym, chłodnym odcieniu. Spojrzała w lustro i uśmiechnęła się.

Zeszła po schodach na parter. I wtedy usłyszała  dźwięk silnika – niski, głęboki, zupełnie inny niż wszystkie współczesne auta. Podjechał czarny Mercedes-Benz W111 Coupe, z lśniącym chromowanym grillem, klasycznymi reflektorami i przedłużoną, arystokratyczną sylwetką. Był piękny, jakby wyjęty z innej epoki, ale w idealnym stanie. Kierowca wysiadł z auta i uśmiechnął się lekko. Miał na sobie ciemny, wełniany płaszcz, szary golf i czarne chinosy. Buty klasyczne, idealnie wypastowane.

Podeszła bliżej i podała mu dłoń. Czarna skóra rękawiczki miękko pracowała przy każdym ruchu palców. Nie ujął jej dłoni. Zatrzymał się na moment, po czym nachylił się i musnął ustami skórę rękawiczki, nie dotykając jej własną ręką. Poczuła w tym coś szlachetnego — jakby z innej epoki. Uśmiechnęła się, z wyraźną satysfakcją.
– Ale cudo. To twój? – zapytała, przenosząc wzrok na samochód.
– Tak. Od zawsze w rodzinie – odpowiedział spokojnie. – Mój tata kupił go nowego, pod koniec lat sześćdziesiątych. Silnik sześciocylindrowy, 2.8 litra. Nadal chodzi jak zegarek. Wiesz, w mojej rodzinie nie sprzedaje się starych samochodów, lądują po prostu w jednym z garaży. Pomyślałem sobie, że jemu też zrobi dobrze trochę ruchu. 
Paulina spojrzała raz jeszcze na auto. Widać było dbałość. I coś jeszcze — przywiązanie, którego się po nim nie spodziewała.
– Zaczyna być interesująco. Dużo masz takich skarbów?
– Wystarczy jeszcze na co najmniej kilka weekendowych wypadów.
Otworzył drzwi pasażera. Wsiadła, położyła torebkę na kolanach, spojrzała na niego kątem oka. Nie powiedziała nic więcej – nie musiała. Samochód ruszył miękko spod kamienicy, wtapiając się w poranny ruch Berlina. Przez chwilę patrzyła przez boczne okno, obserwując, jak znajome ulice przesuwają się wolno obok, po czym odwróciła głowę w stronę Jonasa. Głos miała spokojny, ale z lekkim cieniem wyczekiwania:
– Dokąd mnie zabierasz?
– Na północ, do Rheinsbergu. Jest tam jezioro, pałac, park. Myślałem, że może spacer, może kawa, coś spokojnego, jesiennego,  zanim zrobi się naprawdę zimno.
Nie odpowiedziała od razu. Znowu odwróciła wzrok, patrząc znów przez szybę. Jej spojrzenie złagodniało.
Mercedes sunął po szosie miękko, bez szarpnięć. Perfekcyjnie utrzymany, był samochodem, który się nie spieszył. Nie musiał. Czarna, lakierowana karoseria odbijała światło niczym fortepian. Wnętrze pachniało tapicerką o charakterystycznej nucie starej skóry, drewnem i wywietrzałą benzyną. Deska rozdzielcza wykończona orzechem włoskim błyszczała w świetle poranka, a chromowane detale połyskiwały subtelnie wokół wskaźników, zegarów i przełączników. 

Jonas trzymał kierownicę lekko, ale pewnie. Zmieniał biegi długą, metalową dźwignią a sześciocylindrowy silnik pracował nisko, aksamitnie. Auto nie potrzebowało prędkości, by robić wrażenie. Wyciszenie wnętrza było imponujące – tylko delikatny szum opon i cichy pomruk jednostki napędowej przypominały, że są w ruchu. Siedzenia były głębokie, miękkie, otulające. Paulina przesunęła dłonią po boczku drzwi.
– Już lubię ten samochód – powiedziała cicho. – Nie przypuszczałam, że jeszcze istnieją takie auta. Piękne i z duszą.  I że można je prowadzić z taką lekkością i elegancją.
Uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od drogi.
– Lubię rzeczy, które mają historię. I które zasługują na szacunek.
 
Samochód płynął dalej przez berlińskie przedmieścia, potem przez rzadziej zabudowane okolice. Wysokie drzewa, już prawie nagie, rysowały się na tle szarego nieba. Jesień była w pełni, liście pokrywały pobocza szos grubą, rudą warstwą. Wszystko miało w sobie spokojny rytm. Mercedes. Krajobraz. Nawet cisza między nimi.

Około południa wjechali do Rheinsbergu – niewielkiego, urokliwego miasteczka, gdzie czas zdawał się płynąć wolniej. Ciche alejki, brukowane ulice i kolorowe, zadbane fasady kamienic tworzyły atmosferę dawnej, nieco sennej elegancji. W tle majaczył barokowy pałac, odbijający się w spokojnej tafli jeziora Grienericksee. Wszystko było tu jakby wytłumione – dźwięki, kolory, zapachy – jakby stworzone po to, by zwolnić oddech i dać myślom przestrzeń. Zaparkowali niedaleko rynku, przy bocznej uliczce wysadzanej grabami. Otworzył jej drzwi. Paulina wysiadła, otuliła szyję ciepłym szalem. Powietrze było chłodne, rześkie, z zapowiedzią deszczu unoszącą się w wilgotnym zapachu mchu i kamienia.

W kawiarni z dużymi oknami wychodzącymi na rynek, zamówili kawę – wybrała flat white, Jonas czarną, bez cukru. Drewniane wnętrze pachniało świeżo zmielonymi ziarnami i cynamonem, a przez szybę widać było ludzi spacerujących leniwie po niewielkim deptaku. Rozpięła płaszcz, usiadła, zakładając nogę na nogę. Nie mógł oderwać od niej wzroku – była piękna. Nie tylko piękna: była najpiękniejsza.
Rozmawiali spokojnie, o wszystkim i o niczym. O nowych projektach w DSB, o różnicach między japońską i niemiecką etykietą biznesową, o ostatnim artykule w Frankfurter Allgemeine, który Paulina skomentowała z błyskotliwym dystansem. Jonas słuchał uważnie, uśmiechał się, śledząc każdy jej gest – ruch dłoni, spojrzenie, nawet sposób, w jaki ułożyła filiżankę na spodku.
Po kawie poszli w stronę pałacowego parku – ogromnego, rozciągającego się aż do jeziora. Aleje obsadzone starymi lipami i dębami tworzyły szpaler, przez który przeświecało blade, jesienne słońce. Mijali pary – młodsze, starsze, niektóre trzymające się za ręce, inne rozmawiające szeptem. Atmosfera była spokojna, niemal kontemplacyjna. W pewnym momencie od strony jednej z alejek podszedł mężczyzna w granatowym płaszczu, minął ich, po czym zwolnił i skinął głową:
– Dzień dobry, panie prezesie – powiedział z szacunkiem.
– Dzień dobry, doktorze Schöning.
Zamienili kilka zdawkowych zdań na temat pogody.  Kiedy oddalił się, Paulina spojrzała pytająco. 
– Doktor Schöning, szef działu księgowości w mojej głównej spółce. Chyba mieszka tu gdzieś w okolicy. 
Kiwnęła głową, nie komentując. 

Pierwsze, niemrawe krople deszczu zaczęły spadać z nieba. Jonas bez słowa otworzył parasol – stary, czarny, składany, z rączką z ciemnego drewna – i nachylił go nad nią. Przez moment tylko patrzyła na niego, a potem – bez słowa – wsunęła rękę pod jego ramię. Szli dalej. Blisko. Cicho. Spokojnie. Rozmawiali. Śmiali się. Ona wspominała zabawną historię z jednej z konsultacji studenckich, on opowiadał o japońskich pociągach, które nie spóźniają się nawet o sekundę, ale za to gubią duszę po drodze. Paulina słuchała z uwagą. Potem powiedział, że uważa, że powinna już teraz wykupić resztę udziałów w Dominii i że pożyczy jej na to pieniądze. Dzięki temu, jako większościowy udziałowiec będzie miała wyższe zarobki i szybciej spłaci pożyczkę od niego niż dziewczyny. Słuchała go z uwagą, trochę krępowała się, ostatecznie powiedziała, że zgodzi się, ale pod warunkiem spisania jakiejś umowy i zabezpieczenia na udziałach. Jonas aż przyklasnął w dłonie, mówiąc że przez chwilę będzie mógł czuć się, jak właściciel tego miejsca. Roześmiała się, poczuł jak nieco mocniej ściska jego ramię.

Wciąż przyglądał się jej kątem oka. Nie chciał, by ten spacer się kończył. Wyszli z głównej alei, kierując się w stronę wody. Mokre liście szeleściły cicho pod butami, a wiatr z jeziora niósł ze sobą chłodny zapach jesieni – mieszankę wilgoci, drewna i dalekich, ledwo uchwytnych dymów z kominków. Ścieżka prowadziła wzdłuż brzegu, lekko opadając ku pomostowi, z którego rozciągał się widok na całe Grienericksee. W oddali majaczyła sylwetka pałacu, otulona przez ciężkie chmury i miękkie światło gasnącego popołudnia.
Przystanęli na chwilę przy balustradzie. Parasol opadł delikatnie w dół – deszcz ustał, a powietrze zrobiło się prawie nieruchome. Oparła dłonie o drewno poręczy, patrząc na fale rozchodzące się na tafli jeziora. Zmarszczki wody układały się w nieregularne wzory, jakby natura prowadziła rozmowę w języku, którego nikt już nie zna.
– Tu jest naprawdę pięknie – powiedziała z wyczuwalnym uznaniem.
Tylko skinął głową. Stał obok, blisko, ale nie za blisko. Słyszał bicie własnego serca i czuł dziwną potrzebę powiedzenia czegoś więcej – ale nic nie przychodziło mu do głowy, co nie brzmiałoby zbyt patetycznie, zbyt banalnie albo zbyt żałośnie. A wiedział jedno: nie chciał przy niej brzmieć jak ktoś, kto jest żałosny. Uniosła wzrok. Spojrzała na niego. Krótko, uważnie.
– Długo zastanawiałeś się, zanim zatelefonowałeś? – zapytała nagle.
Roześmiał się cicho, próbując zamaskować lekkie zawstydzenie.
– Tak. Długo. Bardzo długo. Zbyt długo. W głowie jakiś głos ciągle mówił mi: zrób to. Ale ciągle bałem się, że powiesz mi, żebym więcej nie dzwonił, że muszę znać swoje miejsce i że są pewne granice, że możemy razem pobiegać, ale to nic nie znaczy.
– A powiedziałam?
– Nie.
Spojrzał przed siebie. Jezioro lśniło szarością, a niebo zaczęło się powoli rozjaśniać, jakby chmury traciły impet. Zrobiło się odrobinę jaśniej.
– Czyli mam jakąś szansę?
Nie odpowiedziała od razu. Wzięła głęboki oddech i również spojrzała w stronę wody.
– Powiedzmy, że masz przywilej być blisko mnie, a tego nie miało wielu. Ale nie pomyl tego z szansą, to złe słowo. Rozumiesz różnicę?
– Chyba tak – odparł. I po chwili dodał – To jak z prowadzeniem starego mercedesa. Nie wybacza głupoty. Ale jeśli jesteś delikatny, cierpliwy i słuchasz silnika, odwdzięczy się.
Spojrzała na niego z ukosa. Tym razem uśmiechnęła się subtelnie.
– Ciekawa metafora.
Zapadła cisza. Przez chwilę słychać było tylko delikatne pluskanie wody i szelest ostatnich kropel deszczu spadających z gałęzi.
– Chcesz już wracać? – zapytał, nie kryjąc, że nie chce jeszcze kończyć.
– Jeszcze chwila. Jeszcze pięć minut ciszy – odparła i znów oparła się o poręcz. Nie potrzebowała teraz słów. Zrozumiał. Stanął obok niej, również patrząc na wodę i ponownie rozkładając parasol. Czuł, że z każdą minutą dzieje się coś ważnego – nie spektakularnego, ale autentycznego. Nie był pewien, czy dostanie więcej. Ale dostał tę chwilę. I wiedział, że ją zapamięta.

Świat był mokry, zimny, ale pod parasolem wszystko było ciepłe. Jakby tylko oni istnieli – on i ona.

---

Samochód toczył się powoli przez opustoszałe ulice. Za oknami migotały światła miasta, blade odbicia w szybach zaparkowanych aut. We wnętrzu Mercedesa panował spokój i miękkie ciepło. Silnik pracował równo, zawieszenie łagodnie pochłaniało nierówności, a zapach starej, wyprawianej skóry mieszał się z dyskretną nutą perfum Pauliny. Prowadził spokojnie, z jedną ręką na cienkiej kierownicy. Od czasu do czasu zerkał w jej stronę.  Patrzyła przez okno, zamyślona. Nie rozmawiali już zbyt wiele. Nie było potrzeby. Dotarli pod kamienicę. Zaparkował równo przy chodniku, tuż przed wejściem. 
– Dziękuję za dziś – powiedziała, zerkając na niego z lekkim uśmiechem. – To było naprawdę przyjemne.
Nie odpowiedział od razu. Wziął głębszy oddech, jakby zbierał się w sobie. Widać było napięcie – ledwo dostrzegalne, ale obecne. Jego palce lekko poruszyły się na kierownicy, jakby próbował je uspokoić.
– Paulina… – zaczął cicho, ale zaraz poprawił się. – Lady Fenriss…
Odwróciła głowę, patrząc mu prosto w oczy.
– Proszę – powiedział, a jego głos drżał lekko, choć nie tracił intensywności. – Daj mi szansę… Czy mogę… być Twoim osobistym niewolnikiem?
– Moim niewolnikiem? A co to dla ciebie znaczy być moim niewolnikiem?
W powietrzu zawisła na moment gęsta cisza.
– Chcę służyć Ci. Być przy Tobie. Każda chwila z Tobą jest czymś pięknym, cudownym… Proszę… – mówił dalej, a jego głos stawał się coraz cichszy, bardziej przejęty. – Nie chcę już udawać, że jestem tylko klientem. Nie jestem. Byłem tylko przez chwilę. To coś więcej, myślę że dla ciebie też, ja to czuję. W każdej rozmowie. W każdym spojrzeniu. W Twoim głosie. Gdy milczysz. Gdy mówisz. Gdy po prostu jesteś. Chcę być dla ciebie silny i nie widzieć poza tobą świata. Chcę zawsze być dla ciebie wsparciem.
Patrzyła na niego bez słowa. Jej twarz nie zdradzała ani zaskoczenia, ani wzruszenia, a on mówił dalej, niemal szeptem, jakby bał się ciszy, która mogłaby nastać po jego słowach. Jakby bał się końca, jeśli przerwie.
Nagle uniosła rękę. Delikatnym, ale stanowczym ruchem przyłożyła palec do jego ust. Zamilkł natychmiast.
– Dość – powiedziała cicho. – Wystarczy.
Zbliżyła się nieco, wciąż wpatrując się w jego oczy. 
– Zgadzam się, Jonas – powiedziała. – Ale pamiętaj jedno: ta decyzja oznacza znacznie wyższe wymagania. I jeszcze większą surowość, być może taką, na jaką nie jesteś jeszcze gotowy. To nie jest kaprys, to jest droga. Będziesz kroczył po cierniach, a gdy upadniesz będziesz musiał się podnieść i być jeszcze silniejszy.
Zamilkła. Jonas nie poruszył się ani o milimetr. Jakby sam oddech mógł zburzyć tę chwilę.
– Dam ci szansę – dodała. – Ale nie zaprzepaść jej, bo nie zniosę rozczarowania.
To ostatnie powiedziała już ciszej. Spuścił wzrok i, niemal nieśmiało, uniósł jej dłoń do ust. Pocałował ją, z nabożnym szacunkiem, jakby składał przysięgę. 
– Dziękuję… Dziękuję… – szeptał, nie odrywając ust od gładkiej skóry rękawiczki.
Pozwoliła mu na to przez kilka sekund, a potem powoli wycofała dłoń.
– Jedź już. Dostaniesz instrukcje. Nie kontaktuj się pierwszy. Czekaj.
Otworzyła drzwi. Wysiadła. Zatrzymała się przy krawężniku i jeszcze raz spojrzała na niego przez szybę. Nie uśmiechnęła się. Skinęła tylko głową, a potem odwróciła się i poszła w stronę wejścia do kamienicy.
Został sam w samochodzie. Serce biło mu szybko. Wciąż czuł na ustach chłód rękawiczki a w duszy – ciepło i drżenie. Nie wiedział, co przyniesie jutro, ale wiedział jedno: wreszcie zrobił ten krok.

Drzwi mieszkania zamknęły się za nią cicho, z charakterystycznym kliknięciem zamka. W przedpokoju panowała cisza, ale w sercu Pauliny buzowały emocje, które nie pozwalały jej jeszcze w pełni odetchnąć. Zdjęła płaszcz i zawiesiła go starannie na wieszaku. Kozaki ustawiła dokładnie w wyznaczonym miejscu, obok innych butów – równo, tak jak zawsze. Torebkę i rękawiczki położyła na komodzie w przedpokoju. Przesunęła dłonią po włosach, westchnęła i ruszyła w stronę salonu.
Wnętrze było ciepłe, przytulne, zanurzone w miękkim świetle lampy stojącej przy sofie. Zdjęła  golf, została w jedwabnym topie i spodniach. Usiadła powoli na sofie, podwijając nogi pod siebie i przymykając na chwilę oczy. Przez moment pozwoliła sobie tylko być – bez roli, bez maski, bez tytułu. 
Sięgnęła po telefon, przesunęła palcem po ekranie i wybrała numer. Po dwóch sygnałach odezwał się znajomy, aksamitny głos.
– Ciao kochana.
– Hej – powiedziała Paulina, a w jej głosie zabrzmiało coś miękkiego, niespodziewanie ciepłego.
– Opowiadaj. – Bella była konkretna, ale i pełna wyczekiwania. – Jak było?
Paulina westchnęła cicho i zaczęła opowiadać. Nie pomijała szczegółów – opisała jazdę zabytkowym Mercedesem, jego wnętrze, zapach skóry. Spacer po parku, elegancką kawiarnię, rozmowę, gesty, spojrzenia. A potem moment pod domem. Jego pytanie. Ton jej głosu był spokojny, ale Bella – znająca ją jak mało kto – wyczuła w nim subtelną zmianę. Coś miękkiego, może nawet kruchszego niż zwykle.
– I co? – spytała przyjaciółka, choć odpowiedź znała już prawie na pewno.
Milczała przez chwilę. Spojrzała przez okno, za którym światła uliczne zmieniały zmierzch w pomarańczowo-szary teatr cieni.
– Zgodziłam się – powiedziała cicho.
– Fenriss... – Bella wyraźnie się uśmiechnęła po drugiej stronie. – To brzmi, jakbyś…
Paulina nie pozwoliła jej dokończyć.
– Jestem znów szczęśliwa, nawet nie wiesz jak – powiedziała.
Słowa zabrzmiały cicho, ale wyraźnie. Powiedziane z namysłem, jakby ważyła je w duszy przez długie tygodnie i dopiero teraz pozwoliła sobie je wypowiedzieć. Nie było w nich euforii – raczej spokojne, głębokie przekonanie. Były prawdziwe. Wreszcie. Po drugiej stronie zapadła cisza. Tylko przez chwilę.
– Czekałam, aż to powiesz – odparła Bella. – I cieszę się.
Rozmawiały jeszcze długo. Nie o Jonasie. Nie o planach. O niczym, co miało konkretne znaczenie. Ich głosy płynęły jak delikatna muzyka, potrzebna tylko im – dwóm kobietom, które rozumiały się bez słów. Gdy w końcu się rozłączyły, Paulina została jeszcze chwilę na sofie, zapatrzona w przestrzeń. Tak, była znowu szczęśliwa. 

---

Minęło zaledwie kilka dni, odkąd zgodziła się na prośbę Jonasa.
Ubrana w starannie dobraną, dopasowaną czarną sukienkę o prostym, ale wyrafinowanym kroju, z delikatnie błyszczącym materiałem na wysokości bioder, wyglądała jak uosobienie elegancji i siły. Na nogach miała czarne szpilki, które wydłużały już i tak jej długie nogi a cieliste pończochy ze szwem oraz  dyskretnym połyskiem nadawały im idealną gładkość. Włosy rozpuściła – opadały na ramiona jak jasny, jedwabisty welon. Makijaż podkreślał ostrość spojrzenia, nie przytłaczając twarzy. W dłoniach trzymała szklankę z sokiem pomarańczowym.
Jonas zjawił się punktualnie. 
– Wejdź i chodź do salonu - powiedziała krótko.
Widać było po nim napięcie. Wiedział, że coś się zmieniło, że próg, który przekroczył, nie był jedynie emocjonalny. To był rytuał inicjacyjny. Usiadła w wysokim fotelu, zakładając nogę na nogę w sposób naturalny, ale wymowny. W jej spojrzeniu nie było cienia łagodności.
– Rozbierz się. Uklęknij.
Posłusznie wykonał polecenie. Znał już ten ton głosu. Nagi uklęknął przed nią, spuszczając wzrok. Wiedział, że nie może patrzeć zbyt długo, bez pozwolenia. I wiedział, że nie potrafiłby tego zrobić bez emocji – była zbyt piękna. Zbyt silna.
Uniosła jedynie kącik ust, nie musiała nic mówić. Jego drżenie, nerwowość, mimowolne reakcje ciała – wszystko to zdradzało go bez słów. Nie potrafił, nie mógł ukryć olbrzymiej erekcji.
– Aż tak ci się podobam? Wiesz, że mam na to sposób – powiedziała chłodno, niemal obojętnie, jakby mówiła o czymś oczywistym.
Wstała i sięgnęła do eleganckiego pudełka, które stało na komodzie. Otworzyła je i uniosła w dłoni delikatnie błyszczącą, metalową klatkę chastity. To nie był jedynie symbol. To była decyzja.
– Trzydzieści dni. Z przerwami na higienę, które będziesz skrupulatnie dokumentować. Jeśli zobaczę, że coś jest nie tak… nie muszę mówić, co się stanie.
Założyła lateksowe rękawiczki – jasne, lśniące, chłodne w dotyku. Jonas znowu zadrżał. Wiedziała o tym. Wszystko miało znaczenie: przygotowanie, kontrola, dystans. Założyła mu klatkę z precyzją i spokojem lekarza wykonującego rutynową procedurę medyczną, która jest konieczna, choć bolesna. Z powodu erekcji, musiała użyć trochę siły czyniąc to jeszcze bardziej nieprzyjemnym. Potem sięgnęła po solidną, czarną obrożę. Pokazała mu ją wcześniej, ale teraz trzymała w dłoniach, jak symbol nowej fazy ich relacji.
– Wybrałam ją specjalnie dla ciebie u Wolfiego – powiedziała. – Mam nadzieję, że ci się podoba conajmniej, tak samo jak mi.
– Tak jest, moja Lady. Dziękuję... dziękuję...
Nie przerywała mu. Nie musiała. Patrzyła tylko – z góry, spokojnie, bez emocji. Ale wewnątrz – była czujna, spokojnie uważna. Wiedziała, że ten moment to nie tylko forma. To było coś więcej. Zgoda. Pieczęć. Przekroczenie granicy, zza której nie ma powrotu.
Salon był cichy, tylko miękkie światło lampy przy fotelu otulało przestrzeń ciepłym blaskiem. W powietrzu unosił się subtelny zapach drewna sandałowego i bursztynu – dokładnie ten, który lubiła najbardziej. Usiadła ponownie w fotelu, z nogą założoną na nogę.  Klęczał tuż obok, w milczeniu. Jego głowa pochylona była lekko do przodu, dłonie spoczywały na udach. Był nagi – odarty nie tylko z ubrań, ale z wszelkich masek i mechanizmów obronnych. Patrzył w podłogę. Czekał. Był gotów
.

Wzięła głęboki oddech. Przez chwilę milczała, jakby zastanawiała się, od czego zacząć. Ale przecież wszystko wiedziała. To był ten moment.
– Jeśli chcesz być moim niewolnikiem – zaczęła chłodno – musisz wiedzieć, że nie przyjmuję połowicznych deklaracji. Nie potrzebuję ucznia. Potrzebuję sługi, ale również partnera, przede wszystkim partnera. Kogoś, kto jest dyspozycyjny – kiedy każę, bez względu na porę. Kogoś silnego, pewnego siebie, kogoś kto nie ma wymówek i nie tłumaczy się ciągle. 
Jonas drgnął lekko. Jej głos był ostry.
– Całkowite posłuszeństwo. Bez oporu. Bez zbędnych pytań. Twoim obowiązkiem będzie mnie słuchać, wspierać, znosić moje humory i służyć. Będziesz oddany całym sobą. Fizycznie, psychicznie, emocjonalnie. Nawet wtedy, gdy będzie to trudne. Zwłaszcza wtedy.
Zamilkła na moment, pozwalając słowom osadzić się głęboko. Potem dodała jeszcze chłodniej:
– Nie będzie miejsca na niezdecydowanie. Na ego. Na rywalizację. Twoja wierność musi być absolutna, a uczciwość bezwarunkowa. Żadnych tajemnic. Masz być moim narzędziem, podporą, cieniem, jeżeli trzeba.
Uniósł lekko głowę, spojrzał na nią z mieszaniną pokory i zachwytu. 
– Nie jestem tu po to, by cię zadowalać – dodała. – Ale jeśli sprostasz moim wymaganiom dostąpisz nagrody i przywilejów, o jakich nawet nie śniłeś w swoich najgłębszych fantazjach. Wpuszczę cię do do samego jądra mojego świata i będę wobec ciebie lojalna. Będziesz mógł na mnie liczyć zawsze gdy będziesz tego potrzebował. Zawsze.
Zamilkła. Zapanowała absolutna cisza.
I wtedy Jonas, jakby wreszcie zrozumiał pełnię ciężaru tej chwili, pochylił się nisko. Złożył delikatny, niemal nabożny pocałunek na czubku jej lakierowanego buta. Potem na drugim.
– Dziękuję, moja Lady – wyszeptał z głębi serca. – Dziękuję za wszystko. Za to, że pozwalasz mi być przy Tobie, że dajesz mi szansę. Przysięgam, że nigdy Cię nie zawiodę.
Paulina uśmiechnęła się ledwo zauważalnie, ale w jej oczach pojawił się błysk satysfakcji. Nie musiała już nic mówić. Nie poruszyła się nawet o milimetr, gdy on wciąż klęczał przy jej butach, z pochyloną głową. W końcu podniosła dłoń – powoli, z pełną świadomością gestu – i uniosła jego brodę jednym, chłodnym ruchem palców. Ich spojrzenia spotkały się.
– Pamiętaj o jeszcze jednej rzeczy – powiedziała spokojnie, niemal szeptem, ale z siłą, której nie dało się zignorować. – Za każdy błąd będziesz karany. Surowo. Bez wyjątków. Bez próśb o łaskę. Nie wolno ci nawet próbować unikać uderzeń – to byłoby podwójne nieposłuszeństwo.
Przesunęła dłonią wzdłuż jego policzka – delikatnie, z pozorną czułością. 
– Po każdej karze – kontynuowała – masz mi dziękować. Za dyscyplinę. Za uwagę. Za troskę. Rozumiesz?
– Tak jest, moja Lady – odparł natychmiast, bez zająknięcia.
– Jest jeszcze jedno, pieniądze które od ciebie pożyczyłam oddam ci co do centa. Nie próbuj nic kombinować i darować mi. Jeśli to zrobisz, będę zła na ciebie, a tego nie chcesz. A teraz chodź. Pokażę ci twój pokój.

Wstała i ruszyła korytarzem. Jej ruchy były dostojne – wąska talia, lekkie kołysanie bioder, szpilki stukające o podłogę. Jonas nie potrzebował polecenia – od razu poszedł za nią na czworakach. Czuł chłód podłogi pod dłońmi, słyszał dźwięk obcasów i widział to, co miał widzieć. Każdy szczegół jej sylwetki był dla niego jak błogosławieństwo.
Zatrzymała się przy końcu korytarza, przekręciła klucz w drzwiach i uchyliła je.
– Wchodź – powiedziała, otwierając szerzej. – To twój pokój.
Wpełzł do środka i rozejrzał się. Pomieszczenie było surowe. Ściany pomalowane na chłodną szarość, jedno okno z grubą roletą, mała szafka. I w samym centrum – klatka. Solidna, stalowa, wysoka na metr, z grubymi prętami i zamkiem szyfrowym. Wewnątrz czarna mata. Minimalizm i surowość.
Stanęła w progu i skrzyżowała ręce.
– Kiedy będziesz u mnie nocować śpisz tu. Z czasem przywiozę kilka rzeczy z DSB – tam po ostatnich zmianach zostało sporo nieużywanego wyposażenia. Ławka do spankingu, kilka batów, może jakieś akcesoria. Zobaczymy co będzie potrzebne.
Zamilkła na moment. Jonas nie śmiał się ruszyć, patrzył na nią z wdzięcznością pomieszaną z niemym zachwytem.
– Powiedz dziękuję moja Lady – rzuciła chłodno, odwracając się do wyjścia.
– Dziękuję, moja Lady – odpowiedział z pełnym oddaniem.
Drzwi zatrzasnęły się za nią powoli, z ciężkim, głuchym dźwiękiem. Został sam, w swoim nowym miejscu. I wiedział, że dokładnie tego pragnął od dawna. Stał się osobistym niewolnikiem Lady Fenriss.

---

Berlin, zima 2016 / 2017

Jesień przeszła w zimę niemal niezauważalnie. W Berlinie bywała chłodna, szara i nieprzyjazna, ale dla Pauliny i Jonasa te kolejne tygodnie stały się czasem intensywnej przemiany. Ich relacja rozciągała się teraz na dwa równoległe światy – jeden twardy, wymagający i surowy, drugi zaskakująco codzienny, niemal ludzki, choć także i ten podporządkowany był regułom. Między nimi zapanowała niepisana rutyna – osobliwa, pełna kontrastów, ale coraz bardziej stała. Spotykali się regularnie, najczęściej raz w tygodniu, czasem co dwa, zależnie od ich zobowiązań zawodowych. Spotkania niemal zawsze odbywały się w jej domu. Do pokoju urządzonego specjalnie z myślą o nim trafiła zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią część sprzętu z Dominii. Pod ścianą wciąż stała solidna klatka, którą Jonas znał już dobrze. Centralne miejsce zajęła się masywna ławka do spankingu, z pasami do unieruchomienia. Na ścianie – równiutko zawieszone bicze, rózgi, drewniane packi, paski, a także bardziej wyrafinowane narzędzia – klamerki, sondy, elektrody. Każda niedoskonałość, każda zbyt wolna odpowiedź, niedokładne posprzątanie kuchni czy niedoprasowana koszula Pauliny miały swoje konsekwencje. Surowe, ale sprawiedliwe.

Jednocześnie zaczęli być bliżej siebie także w inny sposób. Z czasem coraz częściej pojawiała się u jego boku, a wspólne wyjścia stawały się nową normą. Weekendy za miastem, spokojne spacery po berlińskich muzeach, kolacje w małych restauracjach z degustacyjnym menu. Chodzili razem do teatru, do filharmonii, choć Paulina nigdy nie ukrywała, że nie przepada za operą. Gdy jednak Jonas zaprosił ją na Toscę, ubrała się tak olśniewająco, że przez cały spektakl patrzył tylko na nią.

Zawsze pięknie ubrana, często z drogą torebką i subtelnie zaznaczonym makijażem. On – zawsze przy niej. Niekiedy jako partner, częściej  po prostu towarzysz. Ale pod powierzchnią tej relacji buzował prąd oddania i absolutnej wierności. Ciągle nosił klatkę chastity, a Paulina skrupulatnie pilnowała miesięcznych interwałów. Z czasem wprowadziła zasadę krótkich, kontrolowanych „okien higieny” co pięć dni, trwających dokładnie 15 minut, pod jej ścisłym nadzorem.

Na przełomie lutego i marca wyjechali razem do Sankt Moritz. Było to pierwsze oficjalne pojawienie się Pauliny jako partnerki w gronie jego znajomych. Elegancki hotel przy Via Serlas, apartament z widokiem na zamarznięte jezioro i ośnieżone szczyty. Już pierwszego wieczoru, podczas kolacji w restauracji, kilka osób z otoczenia Jonasa zerkało na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Nie tylko z powodu jej urody – w Sankt Moritz to nie wystarczało. Paulina miała w sobie coś jeszcze: pewność, klasę, dystans. Poznała kilku starszych panów na wysokich stanowiskach, z nadmiarem pieniędzy i niedosytem sensu. Ich partnerki były dużo młodsze, często po korektach ust i biustu, a przy tym płytkie – nie potrafiły ukryć lekkiego zakłopotania w rozmowie z nią. Jej sposób mówienia, pytania, którymi trafiała prosto w sedno, spojrzenie, które nie potrzebowało potwierdzenia – wszystko to wprowadzało subtelne napięcie. Jonas obserwował to z ukrytym podziwem i satysfakcją. Wiedział, że przyćmiewa wszystkie inne kobiety i należała do niego – choć nie w ten sposób, jak inni to rozumieli. Bo Paulina górowała nad nimi pod każdym względem – nie tylko klasą, ale i inteligencją. Podczas gdy one – choć piękne, świetnie ubrane i z pozoru elokwentne – po kilku zdaniach sprowadzały rozmowę do banałów o zakupach, diecie albo nowym zabiegu medycyny estetycznej, Paulina potrafiła jednym trafnym pytaniem lub ironią rozbroić w pył tę fasadę. Rozmowy z nimi gasły jak źle rozpalony ogień – szybko, bez ciepła i bez sensu. Jonas zauważał, jak szybko straciła nimi zainteresowanie. W jej oczach pojawiał się wtedy specyficzny chłód, subtelny uśmiech, który mówił więcej niż tysiąc słów – jestem uprzejma, ale nie mam ochoty tracić czasu. Bo w przeciwieństwie do nich była kobietą, która potrafiła rozmawiać o polityce, o filozofii, o kondycji współczesnych społeczeństw, a zaraz potem przerzucić się na dogłębną analizę filmowego kadru z filmu Tarantino, albo emocji ukrytych w partyturze Mahlera. Była nieprzenikniona i fascynująca, jak szachistka, która już po kilku ruchach zna przebieg całej partii. Dla niego było to jak olśnienie i zarazem zrozumienie, że cała reszta była tylko tłem, a Paulina jedynym obrazem, na który naprawdę warto patrzeć.

W ciągu dnia jeździli razem na nartach. Paulina – w idealnie dopasowanym kombinezonie Moncler, z czarnymi goglami i matowym kaskiem – zjeżdżała lekko, pewnie, czasem na granicy ryzyka. Śmiała się do siebie, że pamiętne lekcje z Jędrkiem nie poszły na marne. Wieczorami pojawiali się na przyjęciach, wspólnych kolacjach, w barze hotelowym lub przy grze w polo na śniegu. A kiedy wracali do apartamentu – role wracały na swoje miejsce. Często musiał poruszać się po pokoju w humblerze. Innych akcesoriów, oprócz kilku batów i klamer nie zabrali – uznała, że to nieporęczne. Ale dyscyplina i kontrola nie potrzebowały gadżetów. Jej ton głosu, sposób siedzenia, lekkie uniesienie brwi – to wystarczyło. Któregoś wieczoru, gdy pozwoliła mu masować stopy przez ponad godzinę w milczeniu, powiedziała mu tylko:
– Sankt Moritz jest piękne, dawno tyle nie jeździłam na nartach. Ale proszę, nie zabieraj mnie już na takie wyjazdy. Nie mogę patrzeć i słuchać tych pustych i tępych glonojadów.
Zaśmiał się ale zrozumiał i był szczęśliwy, bo był u jej boku. Bo każdy dzień z nią, każda minuta u jej stóp – miały dla niego wartość, której nic innego nie mogło dać. Z zewnątrz mogliby uchodzić za idealną parę. Elegancki mężczyzna, piękna kobieta. Razem na kolacji, razem w teatrze. Ale ich relacja była czymś znacznie głębszym. Symfonią władzy i poddania, pragnienia i kontroli. Ona – pani, właścicielka. On – sługa, niewolnik, oddany z wyboru.
A jednak, kiedy czasem siedzieli razem przy stole, przy lampce wina, milcząc, patrząc sobie w oczy – nie trzeba było słów, by zrozumieć, że to coś więcej niż układ. To był świadomy wybór ich obojga.

W pewnym momencie, między jednym wieczornym przyjęciem a wyjściem do teatru, Paulina zaczęła wyczuwać, że balans, który dotąd z taką precyzją utrzymywała, powoli staje się bardziej napięty. Jonas nie był tylko jej osobistym niewolnikiem, lojalnym sługą zamkniętym w klatce, który prał jej  pończochy i klękał przed nią. Był również postacią niemal publiczną – prezesem wielkiej spółki farmaceutycznej, członkiem kilku rad nadzorczych, partnerem w fundacjach. Otaczał się ludźmi wpływowymi, którzy zaczynali ją rozpoznawać. A ona... ona wciąż prowadziła podwójne życie, z chirurgiczną wręcz precyzją rozdzielając dni jako wykładowczyni i Lady Fenriss – właścicielka najbardziej ekskluzywnego w Niemczech studia femdom. Jeszcze potrafiła i chciała to utrzymać, jeszcze wszystko było pod kontrolą. Wiedziała jednak, że jeżeli ten związek będzie się rozwijał – a wszystko wskazywało, że tak właśnie będzie – to nadejdzie dzień, gdy trzeba będzie podjąć decyzję. Jeszcze nie teraz, jeszcze miała czas. W głębi duszy wiedziała, że kiedyś będzie musiała się zdecydować, kim chce być dla świata – i jak wiele świat ma prawo o niej wiedzieć. Nie bała się tego dnia. Na razie miała cel: rozwój Dominia Studio Berlin. Od momentu odkupienia udziałów i przejęcia sterów minęło już kilka tygodni. Zespół się rozrósł, a ona miała coraz większą satysfakcję z tego, jak studio stawało się nie tylko miejscem praktyk, ale centrum nowej estetyki władzy i kontroli. Jej plan był rozpisany precyzyjnie – kolejne inwestycje, rozbudowa strony, szkolenia i najwyższa jakość.  Jesień była czasem porządkowania, zimowe tygodnie – budowania. Greta, z typową dla siebie determinacją i smakiem, pomogła namówić kilka kobiet ze swojego kręgu – byłych modelek, performerek, kobiet z wyraźnym charakterem i doświadczeniem. Noëmi aktywowała kontakty z Paryża. Bella, naturalnie promienna i zorganizowana, odezwała się do kilku dawnych koleżanek z alternatywnych scen Berlina i Amsterdamu. Sama Paulina – Fenriss – dokonała ostrej selekcji. Ostatecznie w zespole mogły być tylko te, które spełniały surowe kryteria – estetyczne, intelektualne i emocjonalne.

Do pomocy Anji, która odpowiadała za administrację i komunikację, zatrudniono Laurę – młodą, skrupulatną kobietę z doświadczeniem w zarządzaniu eventami i dyskrecją godną zaufania. Razem tworzyły niezawodny duet logistyczny. Studio zachowało płynność organizacyjną. W planach była adaptacja kolejnej części budynku. Klub liczył obecnie kilkanaście domin – różnych i starannie dobranych. Każda z nich wniosła swój własny akcent, styl i specjalizację. Obok Lady Fenriss,  Dominy Isabelli i Maîtresse Naomi w  pracowały równie piękne i niezwykłe kobiety.

Lady Mirelle, pochodząca z Berlina, wysoka blondynka o klasycznych rysach i zmysłowym chłodzie w spojrzeniu. Zawsze ubrana w czarne, skórzane komplety. Jej styl to perfekcyjna dyscyplina i reedukacja. Uwielbia sesje z obowiązkami domowymi, perfekcyjną postawą i ciszą przerywaną jedynie jej rozkazami lub uderzeniami pejcza oraz krzykami bólu.

Domina Hexe, pochodząca z Hamburga, ciemnowłosa, smukła, o intensywnym spojrzeniu i tatuażach w geometryczne wzory. Umiejetnie łącząca elementy BDSM z rytuałami inspirowanymi okultyzmem. Specjalizuje się w kontroli oddechu, hipnozie i psychicznej manipulacji.  Nosi długie, lejące się suknie ze skóry lub latexu.

Fräulein Kora, pochodząca z Lipska, niewysoka, drobna, ale niesamowicie wysportowana i silna. Krótkie, rude włosy, intensywnie zielone oczy. Specjalizuje się w chłoście i bardzo brutalnej dyscyplinie. 

Miss Lore, pochodząca z Berlina, zjawiskowo piękna, o alabastrowej cerze i czarnych włosach. Nosi gorsety, pończochy, koronki i vintage'owe suknie. Jej przestrzeń przypomina boudoir. Specjalizuje się w feminizacji, przebraniu, roli nauczycielki lub szefowej. 

Domina Sellin, pochodząca z Berlina, piękna dziewczyna o tureckich korzeniach. Zmysłowa, ciemnooka, o oliwkowej cerze i czarnych włosach. Styl łączy orientalne bogactwo z niemiecką dyscypliną. Zawsze nosi złote akcenty, bransolety, welwet lub aksamit. Uwielbia sesje z elementami kontrolowanej zmysłowości i ostrych kontrastów.

Lady Scarlett, pochodząca z Anglii, wysoka, rudowłosa, w okularach. Specjalistka od brytyjskiej dyscypliny, zawsze w białej koszuli, ołówkowej spódnicy i szpilkach.  Nie rozstaje się z trzcinką.

Mistress Freya, pochodząca ze Szwecji,  jasnowłosa i błękitnooka, smukła, o twarzy jak z rzeźby.  Milczenie, dotyk lodu, chłód. Sesje z sensory deprivation, kontrolą oddechu albo niekończącymi się razami jej pejcza. 

Mistress Lumi, pochodząca z Finlandii, kolejna blondynka o niebieskich oczach.  Uwielbia sesje CBT, elektro, medical i kontrolę oddechu. Chłód szpitala, dźwięk lateksowych rękawiczek i sterylna przestrzeń.

Mistress Aiko, pochodzaca z Japonii, drobna,  zawsze nienagannie uczesana, z idealnie pomalowanymi ustami. Nosi tradycyjne kimona lub lateks. Shibari to jej świat: perfekcyjne wiązania, kontrola ciała przez linę. Jej sesje są ceremonialne, wyważone i rytualne. I pełne cierpienia.

Mistress Severija, pochodząca z Litwy, wysoka blondynka o nordyckich rysach i bardzo spokojnym głosie. Zawsze w klasycznych strojach. Dominacja ekonomiczna, kontrola życia codziennego, kontrakty, umowy, fetysze,  więzienna dyscyplina.

Domina Violeta, pochodząca z Hiszpani, zmysłowa brunetka o wyrazistych ustach i ciele tancerki flamenco. Jej sesje są pełne rytmu, kontrastu między uśmiechem a nagłym bólem. Krzyki uległych są przerywane jej głośnym śmiechem.

Madame Cécile, pochodząca z Francji,  wyrafinowana, chłodna brunetka. Nosi, czarne suknie i  rękawiczki operowe. Jej sesje przypominają teatr: scenariusze, dramaturgia, kontrolowane katharsis. Głos jak jedwab, gesty jak cięcie nożem.

Domina Lucrezia, znajoma Belli z Włoch. Ciemnowłosa, o pięknej, opalonej skórze i pełnych ustach.   Uwielbia ciężkie baty i electrostymulację.

Mistress Eden, Amerykanka o kasztanowych włosach i lekko piegowatej cerze. Wysoka, o miękkim, ale głębokim głosie. Jej poddani tracą poczucie czasu w jej obecności. Uwielbia surową dyscyplinę.

Frau Blitz, pochodząca z Drezna, wysportowana blondynka, podobno była wojskowa, która służyła w jednostce specjalnej. Wysokie kości policzkowe, krótko obcięte włosy, delikatny makijaż. Przejęła większość obowiązków w Sklavenkamp, gdzie wprowadziła jeszcze surowszą dyscyplinę. Zawsze w eleganckim mundurze, z pejczem i wypolerowanymi za pomocą języków niewolników, wysokimi butami.

Domina Studio Berlin rozkwitało.  Każda z kobiet była niepowtarzalna, świadoma siebie i swojej siły. To nie był już tylko klub. To była świątynia kobiecej dominacji. 

---

Pracowała bardzo intensywnie. Dni układały się w rytm, który znała i który lubiła — uczelnia, gdzie wymagała i ale również wspierała. Kalendarz w DSB był wypełniony sesjami do ostatniego wolnego miejsca na długo do przodu, treningi, które przywracały jej dyscyplinę ciała i spokój myśli. Pomiędzy tym wszystkim znajdował się jeszcze czas dla Jonasa, który był obecny, uważny, wpisany w jej życie dokładnie tam, gdzie chciała go mieć. Była w swoim żywiole i dobrze się z tym czuła.
Świat wokół niej był uporządkowany, spójny, zbudowany według zasad, które sama wyznaczyła. Miała wpływ, miała kontrolę, miała przestrzeń, by się rozwijać — jako kobieta, jako wykładowczyni, jako domina i jako ktoś, kto tworzył coś większego niż tylko chwilę. Tylko czasem — rzadko, niespodziewanie — kiedy zostawała sama, cisza była inna. Zbyt cicha. W takich chwilach wracała myśl, której nie dało się całkiem uciszyć. Krótka, ostra, bolesna w swojej prostocie. Dziecko. Nie analizowała jej. Nie rozkładała na części. Pozwalała jej przez moment być — tak po prostu. Zdarzało się, że łzy same pojawiały się na policzkach, cicho, bez dramatyzmu, bez słów. A potem mijało. Zamykała oczy, brała oddech i wracała do siebie. Do tego, co było tu i teraz. Do świata, który ją otaczał i który — w przeciwieństwie do przeszłości — był namacalny, realny, pełen życia. Do przyjaciółek, które były obok. Do pracy na uczelni, która dawała jej satysfakcję i poczucie sensu. Do studia, które rozwijało się i rosło razem z nią. Do relacji, które budowała na własnych zasadach. I do niego.

Świadomość tego wszystkiego nie tylko przywracała równowagę. Dawała siłę. Z czasem zrozumiała, że to właśnie w tej równowadze — między kontrolą a chwilami słabości, między przeszłością a teraźniejszością — znajduje coś, co mogła nazwać spokojem, a może nawet szczęściem.

I to było więcej, niż kiedykolwiek zakładała.

----- KONIEC CZĘŚCI 5 -----


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wilczyca 51-60

Wilczyca 31-40