Wilczyca 41-50
Berlin, luty 2024
Michał klęczał na środku pomieszczenia, zgodnie z poleceniem recepcjonistki. W głowie kotłowały mu się myśli – wiedział, że moment, na który czekał od tak dawna, jest coraz bliżej. Nasłuchiwał każdego szmeru, kroków na korytarzu, delikatnego odgłosu zamykanych drzwi. Każdy dźwięk wydawał się być sygnałem, że Lady Fenriss, Paulina, wkrótce wejdzie do pokoju. W panującej ciszy wydawało mu się, że słyszy nawet gdzieś czyjeś krzyki. Poczuł zimny dreszcz. W jego sercu mieszały się ekscytacja i lęk. To już za chwilę, powtarzał sobie w myślach, a jednocześnie nie mógł przestać zastanawiać się, co przyniesie ten moment. Czuł, że jest blisko spełnienia tego, czego pragnął, ale z drugiej strony – niepewność była wszechobecna. Czy naprawdę był gotowy? Czy zrozumiał w pełni, co oznacza spotkanie z Lady Fenriss?
Każdy oddech wydawał się być głośniejszy, każde uderzenie serca coraz mocniejsze. W jego myślach wciąż powracała postać Pauliny – jej zimna pewność siebie, jej dominująca natura, wszystko, co tak go fascynowało. Już niedługo – powtarzał w duchu, czekając, aż drzwi się otworzą i Lady Fenriss stanie przed nim.
---
Stanęła obok, patrząc zimnym wzrokiem. – Siadaj! Spojrzał na nią, a potem na fotel. Wiedział, że nie ma wyboru. Powoli podszedł bliżej, wpatrując się w ostre kolce wystające z siedziska. Zacisnął zęby i delikatnie usiadł, starając się nie opierać całym ciężarem ciała. Gdy tylko jego obolała skóra pośladków zetknęła się z kolcami, poczuł ból. Każdy z tych małych, metalowych gwoździ wbijał się w jego ciało i chociaż nie przebijał skóry, powodował palący, pulsujący dyskomfort. Paulina obserwowała go z wyraźną satysfakcją.– No dalej. Usiądź porządnie. Równo! Rozgość się. Nie próbuj mnie oszukać.Podeszła bliżej patrząc na uległego, który z trudem utrzymywał się na kolczastym fotelu, każdy ruch wywoływał palący ból, jakby kolce wbijały się jeszcze głębiej w jego ciało. Nagle zaczęła siadać bokiem na jego kolanach. Dotyk miękkiej skóry, z której wykonana była sukienka dodatkowo podkreślał różnicę, między jej elegancją a jego nagością.Poczuł subtelny, ale intensywny zapach jej perfum – zapach luksusu, który od razu przyciągał uwagę. Był delikatnie kwiatowy, z nutą piżma, podkreślając jej zmysłowość i dominację. Jej nogi były blisko, opierała się lekko, a to dodatkowe obciążenie zwiększało nacisk na jego pośladki, które coraz bardziej wbijały się w ostre kolce fotela. Ból stawał się nie do zniesienia, ale musiał to wytrzymać, nie mógł zawieść. Zaczął wydawać z siebie ciche jęki.Paulina uniosła dłoń i zaczęła delikatnie, prawie czule gładzić jego maskę.– Udowodnisz mi teraz swoje oddanie ? – zapytała, jej głos był ciepły, niemal pieszczotliwy, ale w tej miękkości kryło się coś niebezpiecznego. Z trudem opanowywał ból, a jej bliskość była zarazem fascynująca i bolesna – zapach perfum, dotyk dłoni na masce, delikatne muśnięcia, a zarazem świadomość, że każdy ruch pogarszał jego cierpienie.– Tak, Lady Fenriss. Zrobię wszystko dla Pani.Uśmiechnęła się, a jej dłoń, nadal delikatnie głaszcząca maskę, przesunęła się na ramię. – Dobrze, niewolniku. Takiej odpowiedzi właśnie oczekiwałam.
Powoli wstała z jego kolan i nagle, ku jego zaskoczeniu, pociągnęła za dźwignię znajdującą się z boku fotela. Z cichym kliknięciem mechanizm zadziałał, a kolce powoli schowały się w siedzisku. Ulga była natychmiastowa. Poczuł, jak ból ustępuje, choć ciało nadal pulsowało. Wyszeptał: – Dziękuję, Lady Fenriss.Spojrzała na niego z aprobatą i sięgnęła po skórzane pasy, przymocowane do fotela. Zaczęła przypinać go. W pierwszej kolejności zostały unieruchomione przy poręczach fotela nadgarstki, następnie przyszła kolej na kostki. Pasy były sztywne, szorstkie i ciasne.
Kiedy był uż całkowicie unieruchomiony, nachyliła się nad nim, a głos stał się cichy, niemal intymny: – Niewolniku, jesteś gotowy na więcej bólu?
Nie czekała na odpowiedź. Podeszła do ściany. Wróciła, pchając przed sobą niewielki stolik na kółkach. Na blacie stała elegancka, metalowa skrzynka, której zawartość natychmiast przyciągnęła uwagę Michała. W środku leżało violet wand – urządzenie, którego charakterystyczny zestaw końcówek wyglądał jednocześnie fascynująco i niepokojąco.– Czy wiesz, co to jest?Znał to urządzenie, widział je na filmach femdom, wiedział, do czego służy.– Tak, Lady Fenriss– odpowiedział drżącym głosem, próbując zachować spokój, mimo narastającego napięcia. – Wiem, co to jest.Paulina uśmiechnęła się szerzej, widząc jego reakcję. – Świetnie – powiedziała, otwierając skrzynkę i powoli wyjmując violet wand. – Część teoretyczną zatem odpuścimy sobie a sprawdzimy, jak dobrze sobie poradzisz z praktyką.
Jej oczy błyszczały zimną satysfakcją, kiedy wybrała pierwszą końcówkę – szklaną elektrodę, która wyglądała jak delikatna, fioletowo-błyszcząca różdżka. Obserwował, jak Fenriss wkłada elektrodę do urządzenia, przekręcając ją. Każdy ruch był dokładny, jakby przeprowadzała precyzyjną operację. Następnie podeszła do urządzenia, które stało na stoliku, i powoli, zaczęła ustawiać moc. Delikatne kliknięcia regulatora mocy rozbrzmiewały w ciszy, aż wybrała odpowiedni poziom. Na jej twarzy pojawił się lekki, chłodny uśmiech, kiedy fioletowa elektroda zaczęła emitować subtelne, elektryczne trzaski.
– Zaczniemy delikatnie.
Zbliżyła końcówkę urządzenia do ciała Michała. Od razu zaczął oddychać szybciej. Najpierw przyłożyła ją do ramienia – zaledwie kilka milimetrów od skóry, a fioletowe wyładowania natychmiast zaczęły iskrzyć. Poczuł delikatne, ale jednocześnie intensywne mrowienie, jakby tysiące małych igieł przebiegały po ciele. Ból i przyjemność splatały się w jedno, tworząc falę szoku, która przechodziła przez mięśnie.– Boli? – zapytała, przytrzymując końcówkę w jednym miejscu na tyle długo, by elektryczne impulsy wzmocniły odczucie. Przygryzł wargi i odpowiedział z lekkim drżeniem w głosie: – Jest intensywne Lady. Boli ale do wytrzymania.– Bardzo dobrze - odpowiedziała przesuwając urządzenie po jego ciele, zbliżając je teraz do klatki piersiowej, gdzie mrowienie stało się silniejsze. Z wyraźną satysfakcją na twarzy, przekręciła pokrętło, zwiększając moc. Subtelne trzaski fioletowych wyładowań stały się bardziej intensywne, a ich dźwięk rozbrzmiewał w pomieszczeniu z elektryzującą siłą. Na jej ustach pojawił się uśmiech, który jedynie podkreślał zimną rozkosz, jaką czerpała z zadawania mu bólu.
Drgnął, kiedy poczuł pierwsze silniejsze wyładowanie. Każdy dotyk elektrody na skórze był teraz bardziej bolesny. Przesuwała urządzeni, zbliżając je do najbardziej wrażliwych miejsc – klatki piersiowej, sutków a potem powoli w stronę brzucha. Fioletowe iskry przeskakiwały między elektrodą a a skórą, powodując intensywny, piekący ból, który zmuszał go do odruchowego napięcia.Obserwowała to z sadystyczną przyjemnością a jej uśmiech stawał się coraz bardziej złowieszczy, gdy widziała, jak zmaga się z bólem. Przesuwała violet wand powoli, z rozmysłem, zostawiając urządzenie na dłuższą chwilę w różnych miejscach, jakby testując jego wytrzymałość. Fioletowe wyładowania migały, zostawiając za sobą mrowienie, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej bolesne.
Zaciskał zęby, aby powstrzymać jęk. Fenriss to zauważyła i bez cienia współczucia, przesunęła elektrodę w stronę jąder, wiedząc, że to miejsce będzie jeszcze bardziej wrażliwe na wyładowania. Każdy ruch różdżki przynosił nową falę bólu, a ona wydawała się czerpać nieopisaną radość z zadawania mu go. Z satysfakcją na twarzy wyłączyła urządzenie i bez pośpiechu zaczęła zmieniać końcówkę. Tym razem wybrała bardziej agresywną – metalową, zakończoną kilkoma ostrymi wypustkami, które były zaprojektowane do przekazywania bardziej skoncentrowanych, bolesnych wyładowań. Jej chłodny uśmiech poszerzył się.– Teraz poczujesz coś zupełnie innego.
Włączyła urządzenie, a dźwięk trzaskających wyładowań był teraz znacznie bardziej intensywny. Metalowe końcówki zaczęły iskrzyć, emanując energią, która niosła ze sobą złowieszczą obietnicę większego cierpienia.
Zbliżyła urządzenie do jego skóry. Gdy tylko końcówka dotknęła ciała, Michał natychmiast poczuł różnicę. Ból był znacznie bardziej ostry i przenikliwy. Wyładowania przeskakiwały z wypustek na skórę jak małe, piekące igły, które wbijały się w ciało, przesyłając fale mrowienia, które szybko przekształcały się w nieznośne ukłucia. Każdy kontakt wywoływał nową falę bólu, o wiele bardziej intensywną niż wcześniej. Paulina z satysfakcją obserwowała jego reakcję. – Ból jest inny, prawda? – zapytała z ciekawością, przytrzymując elektrodę dłużej w jednym miejscu, tak aby w pełni poczuł moc nowego narzędzia. Czuł, jak każdy nerw w jego ciele reaguje na wyładowania. Zaciskał zęby, próbując powstrzymać krzyk, ale ból przenikał tak głęboko, sprawiając, że całe jego ciało drżało od intensywności.– Musisz wytrzymać – dodała, tym razem przesuwając końcówkę wzdłuż klatki piersiowej, w stronę sutków. Metalowe wypustki rozchodziły się po jego ciele niczym ogień, przenosząc wyładowania, które były tak intensywne, że każdy dotyk wywoływał niemal natychmiastową reakcję. Michał próbował oddychać spokojnie, ale ból był zbyt wielki, a wyładowania zbyt intensywne.– Cierpienie jest nieodłącznym elementem oddania – szepnęła, zbliżając końcówkę do jego sutków, gdzie ból był szczególnie dotkliwy. Poczuł, jak jego mięśnie napinają się mimowolnie, a każdy impuls przynosił nową falę mrowienia, która przeszywała go na wskroś.
Paulina sięgnęła po kolejną końcówkę do urządzenia – tym razem wybór padł na metalową elektrodę z jedną ostrą wypustką, koncentrującą w sobie całą energię .Wyglądała jeszcze bardziej agresywnie niż poprzednia. Michał z napięciem obserwował każdy jej ruch, wiedząc, że nowa końcówka przyniesie zupełnie inne, bardziej intensywne odczucia. Paulina z wprawą zamontowała ją, a dźwięk trzaskających wyładowań wypełnił pokój.– Sprawdźmy, jak sobie poradzisz z tym – powiedziała z zimnym uśmiechem, patrząc na swoją ofiarę, która wyczuwała nadchodzący ból. Te słowa brzmiały jak wyzwanie, któremu nie mógł się oprzeć, choć był już na granicy wytrzymałości.Gdy przyłożyła nową końcówkę, impulsy przeszły przez niego z intensywnością, jakiej wcześniej nie doświadczył. Wypustka wywoływała ostrzejszy, bardziej skoncentrowany ból, przypominający serię precyzyjnych ukłuć. Elektryczne wyładowania nie były już tylko mrowieniem – teraz każdy kontakt przypominał tysiące małych iskier, które przenikały przez skórę, docierając głęboko do mięśni.Fenriss zatrzymała się na sutkach, gdzie bodźce były szczególnie bolesne. Nie mógł powstrzymać się od krzyku, gdy fioletowe impulsy dosięgły najbardziej wrażliwych miejsc.Zaśmiała się głośno, słysząc jego reakcję. Przesunęła końcówkę niżej, w kierunku penisa, który wciąż był uwięziony w klatce. Fioletowe wyładowania przeniknęły przez otwory w chastity, a on poczuł falę nowego, jeszcze silniejszego bólu. Krzyk wypełnił pomieszczenie.– Mmm, niewolniku, cudownie się bawię, a ty? Poczuł, że te słowa trafiają w jego czuły punkt. Był rozdarty między bólem a fascynacją tym, jak bardzo potrafiła kontrolować sytuację. – Widzę, że chyba nie masz zbyt wiele do powiedzenia – dodała z nutą złośliwości.
Wciąż milczał, bo wiedział, że jakakolwiek odpowiedź nie zmieniłaby sytuacji, że musi znaleźć w sobie siłę, by znieść to wszystko. Przez kolejne minuty kontynuowała swoją grę, raz za razem aplikując bolesne impulsy. Patrzyła z uśmiechem, widząc jak walczy, z każdą sekundą, próbując zapanować nad swoimi reakcjami, choć było to już prawie niemożliwe. Jego ciało drżało pod wpływem wyładowań, a każdy impuls wydawał się o krok za blisko jego granicy wytrzymałości. Ale mimo bólu, w głębi duszy czuł, że to jest właśnie to, czego szukał – pełne podporządkowanie, niemal hipnotyzująca władza, jaką miała nad nim Paulina. Piękna i okrutna. W końcu wyłączyła urządzenie. Spojrzała na niego jeszcze raz i odłożyła violet wand na stolik, jakby to była zwykła, codzienna czynność.– Wystarczy – powiedziała rozbawionym głosem.
Michał był wyczerpany. W jego ciele wciąż tlił się ból, ale było w tym coś więcej – poczucie, że był całkowicie pod jej wpływem. Choć wyczerpany, czuł też ulgę, że tortura dobiegła końca.
Odpięła pasy, pozwalając mu na moment ulgi. Bez słowa ruszyła w stronę tronu. Usiadła na nim z gracją. Wciąż oszołomiony i zmęczony, spoglądał na nią z mieszanką podziwu i strachu.– Do mnie. Czołgaj się!Nie mając wyboru, zaczął robić co kazała. Ciało bolało go od wcześniejszych tortur. Czołgając się w jej stronę, czuł, jak każdy centymetr ziemi pod nim staje się jego jedynym celem. Jego wzrok skupiał się na jej butach, a świadomość, że ona obserwuje każdy jego ruch, dodawała mu dziwnej mieszanki motywacji i strachu. Kiedy w końcu doczołgał się, uklęknął. Spojrzała na niego z góry i podała mu kluczyk, polecając, aby zdjął chastity.Rzuciła mu prezerwatywę a zimny uśmiech pojawił się na jej twarzy.– Załóż! – powiedziała ostro.
Drżącymi rękoma zaczął wykonywać jej polecenie, jego myśli były pełne mieszanki emocji – z jednej strony poczucie bycia całkowicie zależnym od niej, z drugiej strony niepewność co do tego, co nastąpi dalej. Na szczęście szybki wzwód ułatwił sprawę.– Masz trzy minuty. Jeśli nie zdążysz będę cię znowu biła, tym razem jeszcze mocniej – powiedziała.Skupił wzrok na jej butach. Zaczął myśleć o ukrytych wewnątrz stopach, które widział przez moment u siebie w domu, gdy siedząc na sofie zakładała skarpetki. W tym jednym punkcie próbował odnaleźć skupienie i spokój. Czas zdawał się zwalniać, a każda sekunda stawała się wiecznością. Z jego czoła spływały drobne kropelki potu, czuł to pod maską a napięcie w powietrzu stawało się niemal namacalne.
Nie spuszczała go z oczu, jakby obserwowała mistrzowskie widowisko, które stworzyła. Czuł ten wzrok na sobie, wywołujący dodatkową presję. Każdy ruch wydawał się być przez nią oceniany. W końcu, po nieco ponad dwóch minutach, ciszę przerwało ciche westchnienie, które wyrwało się z jego ust. – Brawo, sprawnie ci poszło.Wstała i podeszła. Powoli zaczęła zdejmować mu maskę, obrożę i opaski z przegubów. – To już, koniec. Przeżyłeś – powiedziała, tonem niemal pobłażliwym.Natychmiast zaczął całować jej buty. – Dziękuję, Lady... dziękuję – powtarzał cicho, czując, że choć sesja dobiegła końca, jego oddanie dla niej stało się jeszcze głębsze. Obserwowała to z zadowoleniem, pozwalając mu na moment pełnego oddania. W końcu, z lekkim zniecierpliwieniem w głosie, powiedziała chłodno: – Wystarczy. Chodź za mną.Posłusznie wstał, wyrzucając pełną nasienia gumkę do wskazanego kosza. Wyszli na korytarz, zaprowadziła go z powrotem w kierunku szatni. Kiedy dotarli, wskazała na drzwi. – Wykąp się i ubierz. Kiedy będziesz gotowy, naciśnij przycisk na ścianie.
Po szybkim prysznicu, czuł się odświeżony, choć jego myśli wciąż krążyły wokół tego, co właśnie przeżył. Pospiesznie się ubrał, wiedząc, że Paulina czeka na niego. Kiedy był gotowy, nacisnął przycisk na ścianie, jak poleciła. Po niespełna dwóch minutach drzwi otworzyły się i pojawiła się w drzwiach. Jej twarz była spokojna, wyraz zimnej dominacji zastąpiony subtelnym, niemal przyjaznym uśmiechem.Zaprowadziła go z powrotem do pomieszczenia podobnego do tego, w którym na początku sesji czekał na nią. Teraz atmosfera była już mniej napięta, ale wciąż naładowana emocjami. Wskazała mu miejsce na niewielkiej sofie, a kiedy usiadł, obdarzyła go kolejnym uśmiechem. – Napijesz się czegoś ? Poprosił o sok. Paulina, z nonszalancją, zdjęła rękawiczki i rzuciła je na oparcie fotela, jakby nie przywiązywała do tego większej wagi. Potem podeszła do stolika, gdzie czekał dzbanek z sokiem. Podała mu szklankę i usiadła na przeciwko.
Wciąż w lekkim szoku po intensywnych przeżyciach, spojrzał na nią, starając się zebrać myśli. W jego głowie wciąż odbijały się emocje z sesji, a serce biło nieco szybciej, gdy próbował opisać to, co właśnie przeszedł.– Jezu, Paulina, przepraszam, Lady… – zaczął, z trudem dobierając słowa. – To było… piękne, cudowne, niesamowite... Po prostu boskie. Jesteś mistrzynią.Uśmiechnęła się czekając, aż opowie więcej.– Nie spodziewałem się, że będzie aż tak intensywnie – kontynuował, wciąż próbując poukładać sobie to, co przeżył.
– Od samego początku, kiedy kazałaś mi przybierać te pozycje… czułem, jakby moje ciało i umysł stawały się jednym. Każda Twoja korekta, każde uderzenie szpicrutą było jak wykład o posłuszeństwie, o pokorze. Każdy ból był jak przypomnienie, że to Ty masz nad wszystkim kontrolę. Byłem kompletnie w Twoich rękach i... to było... takie fascynujące. – A ten moment z monetą, Jezu, myślałem, że nie dam rady. Ale wiedziałem, że muszę to wytrzymać, musiałem Cię zadowolić, choć ból był ogromny. Twoje słowa, twoje spojrzenie, za każdym razem, kiedy czułem, że mogę nie dać rady, one mnie podnosiły. To, jak prowadziłaś mnie przez te etapy… czułem się, jakby to była podróż. Każda sekunda była wyzwaniem, ale też nagrodą, bo wiedziałem, że robię to dla Ciebie.
Napił się soku. Z każdym kolejnym zdaniem wylewał swoje emocje, jakby w lawinie słów potrzebował tego, by zrozumieć, co właściwie przeżył. – I na koniec, kiedy poczułem ulgę, kiedy zrozumiałem, że przetrwałem. To było jak katharsis. Jakby każda chwila cierpienia prowadziła do tego jednego momentu, w którym wiedziałem, że osiągnąłem coś więcej niż tylko twoje uznanie. Osiągnąłem swoje własne granice, a ty poprowadziłaś mnie przez nie.
Paulina słuchała uważnie, delikatny uśmiech błądził na jej ustach.– Jesteś niesamowita. Dziękuję, jeszcze raz – powiedział z pełnym przekonaniem w głosie, jakby każde słowo miało dla niego teraz nowe, głębsze znaczenie.
Przełknął ślinę, a jego wzrok przeszedł od jej twarzy do szklanki, którą trzymał w ręku. – Już teraz wiem, że zrobię wszystko, żeby znów tu wrócić i spotkać się z tobą, w tym miejscu – dodał, jego głos brzmiał pewnie, jakby był gotów na kolejne wyzwania, niezależnie od tego, jak trudne by się okazały.
Czuł, że jej słowa są jak rozkaz, który musi wypełnić. Jednak w głębi duszy nie chciał jeszcze odchodzić. Mimo to, Paulina kontynuowała: – Ja niestety mam dziś jeszcze trzy sesje, więc nie będę mogła ci towarzyszyć, przepraszam. Nadrobimy to, obiecuję.
– Cieszę się, Michale. Podobno najlepsza sesja to taka, gdy od razu myślisz o kolejnej. Idź teraz odpocząć, najlepiej przenocuj w Berlinie. To był intensywny dzień, zasłużyłeś na chwilę relaksu.
– Cieszę się, Michale. Podobno najlepsza sesja to taka, gdy od razu myślisz o kolejnej. Idź teraz odpocząć, najlepiej przenocuj w Berlinie. To był intensywny dzień, zasłużyłeś na chwilę relaksu.
Pożegnali się. Wsiadł do windy i zjechał na dół, wciąż przetwarzając w głowie wszystko, co się wydarzyło. Kiedy wyszedł z budynku, świeże zimowe powietrze uderzyło go w twarz, ochładzając wciąż ciepłe, lekko czerwone policzki. Ten chłód działał jak kubeł zimnej wody, pozwalając mu stopniowo wrócić do rzeczywistości po emocjach, które go dopiero zaczynały ustępować.Skierował się w stronę swojego samochodu, który stał na parkingu. W powietrzu unosiła się mieszanka wilgoci i zapachu palonego węgla. Kroki odbijały się echem po pustawym placu, gdy nagle zauważył, że na teren wjeżdża granatowe Maseratti Levante. Sportowy SUV zatrzymał się kilka miejsc dalej. Z lekką ciekawością, dyskretnie zerknął w tamtą stronę. Stojąc już obok swojej Panamery, kątem oka dostrzegł, jak z samochodu wysiada piękna, ciemnowłosa dziewczyna. Ubrana w białe futro i spodnie ze skóry, przeszła nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Po chwili dotarło do niego, że musiała być jedną z domin z DSB, pewnie widział ją na zdjęciach na stronie studia. Może Isabella? Na pewno ona. Na żywo była jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach. Dyskretnie powiódł za nią wzrokiem, obserwując, jak wchodzi do budynku.
Z westchnieniem wrócił do rzeczywistości, wsiadł do samochodu i wybrał D. Porsche zawarczało nisko. Pora wracać do domu...
-----
Rozdział XLII
New York, New York...
Berlin, jesień 2011Jesień mijała błyskawicznie, niemal niezauważalnie. Paulina ponownie zanurzyła się w rytmie obowiązków, który z tygodnia na tydzień stawał się coraz bardziej intensywny – i zarazem coraz bardziej satysfakcjonujący. Zajęcia na uniwersytecie, gdzie prowadziła ćwiczenia z pierwszym rokiem oraz dodatkowy kurs dla studentów starszych roczników, kosztowały ją sporo pracy poświęcanej na przygotowania. Wieczorne sesje w Domina Studio Berlin wymagały zupełnie innego skupienia – fizycznego, emocjonalnego a nawet teatralnego. Tam była kimś zupełnie innym, a ten kontrast między światem akademickim a światem femdom coraz bardziej ją fascynował. Do tego dochodziły treningi. Trzy razy w tygodniu spotykała się z Andreasem – a on nie znał litości. Ich wspólne sesje na siłowni Velocity Berlin były intensywne, dopracowane, zaplanowane co do minuty. Przysiady z ciężarem, martwe ciągi, wiosłowanie, pompki na poręczach – trener skupiał się na kształtowaniu siły funkcjonalnej i podkreślaniu jej smukłej sylwetki. Nieraz z wysiłku miała aż mroczki przed oczami, ale po prysznicu, gdy zakładała wygodny, miękki dres i wychodziła na chłodne powietrze – czuła dumę i lekkość, której nie dało się porównać z niczym innym. Poświęcała również czas na bieganie. Wraz z koleżankami z Dominii, Gretą i Noemi, dołączyły w październiku do Adidas Runners Berlin – programu wspierającego amatorów przygotowujących się do biegów ulicznych. Celem był start w Generali Berliner Halbmarathon, zaplanowany na 6 kwietnia. Zorganizowane treningi odbywały się dwa razy w tygodniu – popołudniami, spod siedziby marki na Warschauer Straße. Dziewczyny biegały przez mosty, bulwary i parki Berlina, niekiedy kończąc wspólny wieczór gorącą herbatą lub kolacją w domu u którejś z nich.
Ale Paulina potrzebowała też samotności. Raz w tygodniu zakładała kaptur, słuchawki, włączała ulubioną playlistę. Biegła wtedy w swoim tempie. Lubiła czuć rytm oddechu, ciepło w klatce piersiowej i siłę pracujących w harmonii mięśni.
Na treningach Adidas Runners dziewczyny wyróżniały się od pierwszego spotkania. Paulina – zgrabna, skupiona, zawsze ubrana z klasą, nawet w sportowym wydaniu. Noemi – zjawiskowo piękna, o skórze jak satyna i nienagannym stylu biegu. Greta – nordycka bogini z lodowatym spojrzeniem, która pokonywała kilometry z siłą i energią, jakby urodziła się do biegania. Wzbudzały podziw nie tylko swoją kondycją, ale i wyraźną aurą pewności siebie. Trzymały się zawsze blisko, a wśród męskiej części grupy szybko zaczęły krążyć żarty i zakłady, kto pierwszy odważy się zagadać.
Paulina czasem uśmiechała się do Noemi, widząc nieśmiałe próby flirtu. – Nieszczęśnicy nawet nie wiedzą, z kim próbują się umówić – powiedziała kiedyś półgłosem. Przyjaciółka tylko poruszyła brwiami z lekkim rozbawieniem.
Ku zaskoczeniu dziewczyn to Greta – najchłodniejsza z nich, najbardziej zdystansowana – jako pierwsza naprawdę się otworzyła. Marco nie był nowy w grupie. Wysoki, wysportowany, o łagodnym spojrzeniu i szerokim uśmiechu, który nie znikał z twarzy nawet przy piątym kilometrze. Biegał tuż obok niej, ale nie narzucał się. Kiedyś podał jej bidon, potem zapytał o buty, które miała na nogach. Z tygodnia na tydzień zaczęli rozmawiać więcej i więcej – o bieganiu, o muzyce, o winie, o podróżach. Pewnego wieczoru, gdy wracały z treningu, popijając z butelki termicznej ciepłą herbatę, powiedziała spokojnie:
– Dziewczyny, muszę wam się przyznać zanim i tak się wyda. Spotykam się z Marco.
Noemi spojrzała zaskoczona. – Serio? To świetnie, jest fajnym chłopcem.
– Serio. Jest inny. Nigdy nie czułam się tak dobrze z żadnym facetem. Jest czuły. Delikatny. Słucha mnie. Nie przytłacza.
Paulina popatrzyła na nią uważnie. – Myślisz, że...?
Greta wzruszyła ramionami. – Może. Czasem patrzy na mnie tak, że mam ochotę założyć mu obrożę i pobić do krwi. Ale na razie czekam. Sprawdzam. Może kiedyś mu powiem. Może pokażę, kim naprawdę jestem. Ale teraz to nieistotne.
Noemi parsknęła cicho. – Tylko niech się chłopak nie przestraszy. Słyniesz w Domini z wyjątkowo ciężkiej ręki.
– Jak się przestraszy, to nie jest wart tego, żeby w ogóle o nim mówić – odparła Greta, a w jej oczach błysnęła znajoma stal. Ale wiecie co ? Dla mnie to teraz całkowicie nieistotne.---
Paulina najwięcej czasu spędzała z Bellą – niemal tak, jakby ich przyjaźń była czymś więcej niż zwykłą bliskością. Odkąd obie na dobre wpisały się w codzienność berlińskiego życia, ich relacja stała się głębsza, uważniejsza. Były dla siebie lustrem i schronieniem. Spotykały się na kawę w ulubionej kawiarni przy Savignyplatz, wspólnie chodziły na zakupy do butików wokół Ku’dammu, czasem po prostu siedziały u jednej z nich, popijając wino i rozmawiając bez końca. Od tamtej nocy, kiedy Bella została u Pauliny i zasnęły splecione w ciepłym, kobiecym uścisku, nic podobnego już się nie powtórzyło. A jednak – za każdym razem, gdy ich ramiona musnęły się choćby przypadkiem, gdy patrzyły sobie w oczy zbyt długo, gdy śmiały się razem zbyt swobodnie – coś niewidzialnego zawisało w powietrzu. Coś cichego, elektryzującego. Coś, czego żadna z nich nie defioniowała. Bella, z całym swoim włoskim temperamentem, czasem rzucała dwuznaczne uwagi – niby żartem, niby lekko – ale jej spojrzenie mówiło więcej. Paulina z kolei potrafiła odpowiedzieć równie błyskotliwą ripostą, choć czasem spuszczała wzrok z uśmiechem, jakby sama nie była pewna, czy to wszystko to jeszcze żart, czy już może coś więcej.
– Wiesz, Paulina – powiedziała pewnego wieczoru, kiedy siedziały razem w jej mieszkaniu, sącząc Pinot Nero i jedząc owoce – niektóre rzeczy nie muszą się powtarzać, żeby pozostały wieczne.
– A inne... inne nie muszą się jeszcze zacząć, żeby już były obecne – odpowiedziała cicho.
Nie potrzebowały niczego więcej. Wiedziały, że ich więź jest wyjątkowa. Była jak piękna melodia, która nie musi być grana na głos, by wciąż brzmiała gdzieś w tle – wyraźna, intymna, wibrująca.---
Późną jesienią Paulinę znowu odwiedzili Olga i Jacek. Przyjechali na kilka dni, korzystając z długiego listopadowego weekendu. Gdy tylko przekroczyli próg mieszkania, Olga zdjęła płaszcz i spojrzała chłodno na swojego partnera.– Rozbieraj się, na co czekasz? – Powiedziała cicho, lecz z tonem nieznoszącym sprzeciwu.– Tak, moja Pani – odpowiedział natychmiast, spuszczając wzrok. Bez słowa zdjął ubrania, poskładał je starannie i ułożył przy ścianie w przedpokoju. Był już przyzwyczajony – nagość w obecności kobiet była dla niego normą, nie powodem do wstydu. Znał Paulinę i wiedział, że przyjmie to zwyczajnie.Oparta o framugę, przyglądała się temu z lekkim uśmiechem.– Widać, że trzymasz go krótko – zauważyła.– Jacek jest bardzo dobrze wytresowany, prawda, kochanie? – odparła Olga, wyjmując z torebki skórzaną obrożę i zapinając ją wokół szyi klęczącego u stóp mężczyzny.– Tak, moja Pani – potwierdził cicho, nie podnosząc wzroku.
Przez kolejne dni atmosfera była gęsta od napięcia – nie tego codziennego, lecz subtelnego, intensywnego erotyzmu i wyrafinowanej władzy. Olga rozkazywała Jackowi – klękał, trzymał pozycję przez długie minuty, trwał w milczeniu, wykonywał polecenia z niemal nabożną czcią. Paulina pozwalała przyjaciółce w pełni korzystać z przestrzeni i rytmu, który sobie narzuciła. Czasem korzystała z jego obecności każąc my wykonywać jakieś czynności - od sprzątania po typowo męskie jak wymiana żarówki lub dokręcenie listwy.Mimo tej intensywności, znalazły też czas na długie spacery po Berlinie. Obie wyglądały wtedy zjawiskowo i stylowo. W tym duecie wyglądały jak kobiety, których nie sposób zignorować – przyciągały spojrzenia i wzbudzały cichy respekt.Paulina zarezerwowała też dla nich ponownie jedno z pomieszczeń w Dominia Studio Berlin.– Tylko nie przesadź – powiedziała półżartem, wprowadzając Olgę i spoglądając na Jacka – On musi jutro chodzić.– Obiecuję, że będzie chodził – odpowiedziała Olga z uśmiechem pełnym obietnicy bólu. – Ale nie będzie mu łatwo.Ubrana w białą koszulę, dopasowane czarne skórzane spodnie i lśniące oficerki, wyglądała tego dnia jak zjawisko – piękna, niebezpieczna, absolutnie pewna siebie. Gdy wchodzili do studia, Jacek tylko szeptał:– Dziękuję, że mogę tu z tobą być, moja Pani.Wyszli po ponad dwóch godzinach. Olga promieniała, jej oczy błyszczały. Jacek szedł powoli, ostrożnie. Gdy uklęknął przy nodze swojej pani, Paulina zauważyła czerwone liczne ślady na jego plecach, pośladkach i udach.– Będziesz musiała go teraz kurować przez dwa tygodnie – powiedziała z uśmiechem.– On to przecież kocha. A ja się znowu czułam się jak dziecko wpuszczone do sklepu z zabawkami.Wieczorem, kiedy mężczyzna klęczał nieruchomo przy ścianie, dziewczyny rozmawiały przy lampce burgunda. Paulina nie kryła podziwu.– Naprawdę świetnie go wytresowałaś – powiedziała cicho. – To już nie tylko uległy. To właściwie niewolnik.– Tak i nawet nie wiesz jak dobrze mi z tym – odparła spokojnie Olga. – I jemu też. A wszystko dzięki tobie Pauli.
W niedzielę rano, kiedy szykowali się do wyjazdu, Paulina stała w przedpokoju w dresie, z kubkiem kawy w ręku. Olga podeszła do niej, objęła ją mocno i szepnęła:– Dziękuję. Za to, że mnie rozumiesz. Za to, że jesteś. Kiedy jestem u ciebie nie muszę udawać grzecznej pani adwokat.Paulina odpowiedziała jedynie uśmiechem i pocałowała ją w policzek. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, została jeszcze chwilę w ciszy. Ten tydzień coś w niej poruszył. To nie było zwykłe spotkanie – to było przypomnienie, jak silne mogą być kobiety, które dokładnie wiedzą, kim są. Potrzebują tylko u swojego boku odpowiednego mężczyzny.---
Coraz lepiej czuła się na uniwersytecie. Studenci ją lubili – nie za pobłażliwość, bo tej nie było w jej stylu, ale za sposób, w jaki prowadziła zajęcia: jasno, metodycznie, z pasją i bez cienia protekcjonalności. Na jej środowych ćwiczeniach z Wprowadzenia do psychologii antropologicznej, zawsze panowała koncentracja – nikt nie śmiał się spóźnić ani mówić poza kolejnością. Zyskała w oczach studentów opinię bardzo wymagającej, ale sprawiedliwej. Zawsze przychodziła elegancko ubrana: kremowe lub białe koszule z delikatnym kołnierzykiem, idealnie dopasowane spodnie z kantem, klasyczne szpilki. Czasem czarne, czasem w odcieniu chłodnego beżu. Jej makijaż był subtelny, niemal niedostrzegalny, włosy związane lub rozpuszczone i lekko falujące. Florian, student pierwszego roku, nie mógł doczekać się każdej środy. Od czasu ich pierwszego spotkania – zabawnej pomyłki, gdy wziął ją za koleżankę z roku – jego uczucia względem Pauliny przeszły drogę od zażenowania do zauroczenia. Teraz, kiedy ich spojrzenia czasem się krzyżowały, potrafił się już nawet uśmiechnąć do niej. Ona również – z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który zawsze pozostawiał go z lekkim drżeniem serca.
Praca doktorska nabierała coraz bardziej konkretnych ram. Profesor Schneider był zadowolony z przedstawionego planu badawczego. Jednym z kluczowych elementów projektu była seria wywiadów pogłębionych z profesjonalnymi dominami, które od lat prowadziły swoją działalność w Nowym Jorku – mieście, które uchodziło za jedno z najbardziej otwartych i zróżnicowanych, jeśli chodzi o alternatywne formy ekspresji seksualnej i psychologicznej. Uniwersytet przyznał jej grant badawczy, który obejmował koszt biletu lotniczego, zakwaterowania oraz lokalnych przejazdów. Wyjazd miał nastąpić tuż po świętach – idealnie, by połączyć pracę naukową z chwilą oddechu i zmianą otoczenia. Miała umówione rozmowy z kilkoma kobietami – legendami nowojorskiego środowiska – których działalność nie tylko inspirowała, ale również ukazywała dominację jako złożoną, często terapeutyczną formę relacji opartej na zaufaniu, strukturze i granicach. Gdy tylko otrzymała potwierdzenie wszystkich terminów, usiadła wieczorem przy biurku w swoim mieszkaniu w Charlottenburgu i napisała krótką wiadomość do Patricka. Od czasu gdy widzieli się w Malezji byli w kontakcie. Wiadomości może nie były zbyt częste, ale wiedzieli mniej więcej na bieżąco, co dzieje się u każdego z nich. Patrick na początku listopada wrócił do Stanów i był właśnie na etapie otwierania jakiejś firmy nowej technologicznej. Sygnalizowała mu plany wyjazdu, nie chcąc jednak zdradzać szczegółów. Mówiła tylko, że to wyjazd związany z jej pracą na uczelni. Kiedy było już to potwierdzone wysłała wiadomość:
Udało się. Lecę do NY tuż po świętach. Mam badania i wywiady, ale liczę też, że uda mi się przywitać Nowy Rok w wyjątkowym towarzystwie.
Odpowiedź przyszła niespełna godzinę później:
Zarezerwowałem hotel. Będę na Ciebie czekał, moja przepiękna. Wyślij numer lotu.
Uśmiechnęła się do ekranu telefonu. Długo jeszcze siedziała w fotelu przy oknie z kieliszkiem wina w dłoni, patrząc na zimowy Berlin i myśląc o tym, jak nieprzewidywalnie piękne potrafi być życie, gdy tylko odważysz się w nim zanurzyć.
---
Nowy Jork - zima 2011 / 2012
Patrick czekał na nią w hali przylotów lotniska JFK, ubrany w ciemną kurtkę puchową i szalik w kratę. W dłoni trzymał kubek kawy i nerwowo rozglądał się po twarzach pasażerów wychodzących z rękawa. Gdy tylko zobaczył Paulinę, jego twarz rozjaśniła się natychmiastowym uśmiechem. Podeszła do niego szybkim krokiem. Zatrzymali się na chwilę naprzeciwko siebie, jakby każde z nich potrzebowało ułamka sekundy, by uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Potem objęli się mocno. Uścisk był długi, ciepły, niemal milczący — jakby przez sam dotyk chcieli nadrobić czas dzielący ich od ostatniego spotkania.
– Cześć, piękna – powiedział cicho, przytrzymując ją jeszcze przez chwilę.
– Cześć, mój Kalifornijczyku.
Na zewnątrz było zimno, typowy nowojorski grudniowy dzień. Chłodny wiatr niósł w sobie zapowiedź nadchodzącej zmiany pogody. Wsiedli do taksówki, kierując się do hotelu. Zarezerwował dla nich The NoMad, elegancki, butikowy hotel w samym sercu Manhattanu, znany z wysublimowanego wystroju, wysokich sufitów i atmosfery cichego luksusu. Podczas jazdy siedziała blisko, oparta lekko o jego ramię, patrząc przez okno na przesuwające się obrazy. Wieżowce, światła, mijające ich samochody – wszystko wydawało się intensywne, tętniące energią, która pulsowała pod skórą tego miasta. Głaskał delikatnie jej włosy, drugą dłonią obejmując rękę.
Jesień mijała błyskawicznie, niemal niezauważalnie. Paulina ponownie zanurzyła się w rytmie obowiązków, który z tygodnia na tydzień stawał się coraz bardziej intensywny – i zarazem coraz bardziej satysfakcjonujący. Zajęcia na uniwersytecie, gdzie prowadziła ćwiczenia z pierwszym rokiem oraz dodatkowy kurs dla studentów starszych roczników, kosztowały ją sporo pracy poświęcanej na przygotowania. Wieczorne sesje w Domina Studio Berlin wymagały zupełnie innego skupienia – fizycznego, emocjonalnego a nawet teatralnego. Tam była kimś zupełnie innym, a ten kontrast między światem akademickim a światem femdom coraz bardziej ją fascynował. Do tego dochodziły treningi. Trzy razy w tygodniu spotykała się z Andreasem – a on nie znał litości. Ich wspólne sesje na siłowni Velocity Berlin były intensywne, dopracowane, zaplanowane co do minuty. Przysiady z ciężarem, martwe ciągi, wiosłowanie, pompki na poręczach – trener skupiał się na kształtowaniu siły funkcjonalnej i podkreślaniu jej smukłej sylwetki. Nieraz z wysiłku miała aż mroczki przed oczami, ale po prysznicu, gdy zakładała wygodny, miękki dres i wychodziła na chłodne powietrze – czuła dumę i lekkość, której nie dało się porównać z niczym innym. Poświęcała również czas na bieganie. Wraz z koleżankami z Dominii, Gretą i Noemi, dołączyły w październiku do Adidas Runners Berlin – programu wspierającego amatorów przygotowujących się do biegów ulicznych. Celem był start w Generali Berliner Halbmarathon, zaplanowany na 6 kwietnia. Zorganizowane treningi odbywały się dwa razy w tygodniu – popołudniami, spod siedziby marki na Warschauer Straße. Dziewczyny biegały przez mosty, bulwary i parki Berlina, niekiedy kończąc wspólny wieczór gorącą herbatą lub kolacją w domu u którejś z nich.
Ale Paulina potrzebowała też samotności. Raz w tygodniu zakładała kaptur, słuchawki, włączała ulubioną playlistę. Biegła wtedy w swoim tempie. Lubiła czuć rytm oddechu, ciepło w klatce piersiowej i siłę pracujących w harmonii mięśni.
Na treningach Adidas Runners dziewczyny wyróżniały się od pierwszego spotkania. Paulina – zgrabna, skupiona, zawsze ubrana z klasą, nawet w sportowym wydaniu. Noemi – zjawiskowo piękna, o skórze jak satyna i nienagannym stylu biegu. Greta – nordycka bogini z lodowatym spojrzeniem, która pokonywała kilometry z siłą i energią, jakby urodziła się do biegania. Wzbudzały podziw nie tylko swoją kondycją, ale i wyraźną aurą pewności siebie. Trzymały się zawsze blisko, a wśród męskiej części grupy szybko zaczęły krążyć żarty i zakłady, kto pierwszy odważy się zagadać.
– Dziewczyny, muszę wam się przyznać zanim i tak się wyda. Spotykam się z Marco.
Noemi spojrzała zaskoczona.
– Serio. Jest inny. Nigdy nie czułam się tak dobrze z żadnym facetem. Jest czuły. Delikatny. Słucha mnie. Nie przytłacza.
Paulina popatrzyła na nią uważnie.
Greta wzruszyła ramionami.
Noemi parsknęła cicho.
– Jak się przestraszy, to nie jest wart tego, żeby w ogóle o nim mówić – odparła Greta, a w jej oczach błysnęła znajoma stal. Ale wiecie co ? Dla mnie to teraz całkowicie nieistotne.
---
– Wiesz, Paulina – powiedziała pewnego wieczoru, kiedy siedziały razem w jej mieszkaniu, sącząc Pinot Nero i jedząc owoce – niektóre rzeczy nie muszą się powtarzać, żeby pozostały wieczne.
– A inne... inne nie muszą się jeszcze zacząć, żeby już były obecne – odpowiedziała cicho.
Nie potrzebowały niczego więcej. Wiedziały, że ich więź jest wyjątkowa. Była jak piękna melodia, która nie musi być grana na głos, by wciąż brzmiała gdzieś w tle – wyraźna, intymna, wibrująca.
---
---
Coraz lepiej czuła się na uniwersytecie. Studenci ją lubili – nie za pobłażliwość, bo tej nie było w jej stylu, ale za sposób, w jaki prowadziła zajęcia: jasno, metodycznie, z pasją i bez cienia protekcjonalności. Na jej środowych ćwiczeniach z Wprowadzenia do psychologii antropologicznej, zawsze panowała koncentracja – nikt nie śmiał się spóźnić ani mówić poza kolejnością. Zyskała w oczach studentów opinię bardzo wymagającej, ale sprawiedliwej. Zawsze przychodziła elegancko ubrana: kremowe lub białe koszule z delikatnym kołnierzykiem, idealnie dopasowane spodnie z kantem, klasyczne szpilki. Czasem czarne, czasem w odcieniu chłodnego beżu. Jej makijaż był subtelny, niemal niedostrzegalny, włosy związane lub rozpuszczone i lekko falujące. Florian, student pierwszego roku, nie mógł doczekać się każdej środy. Od czasu ich pierwszego spotkania – zabawnej pomyłki, gdy wziął ją za koleżankę z roku – jego uczucia względem Pauliny przeszły drogę od zażenowania do zauroczenia. Teraz, kiedy ich spojrzenia czasem się krzyżowały, potrafił się już nawet uśmiechnąć do niej. Ona również – z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który zawsze pozostawiał go z lekkim drżeniem serca.
Praca doktorska nabierała coraz bardziej konkretnych ram. Profesor Schneider był zadowolony z przedstawionego planu badawczego. Jednym z kluczowych elementów projektu była seria wywiadów pogłębionych z profesjonalnymi dominami, które od lat prowadziły swoją działalność w Nowym Jorku – mieście, które uchodziło za jedno z najbardziej otwartych i zróżnicowanych, jeśli chodzi o alternatywne formy ekspresji seksualnej i psychologicznej. Uniwersytet przyznał jej grant badawczy, który obejmował koszt biletu lotniczego, zakwaterowania oraz lokalnych przejazdów. Wyjazd miał nastąpić tuż po świętach – idealnie, by połączyć pracę naukową z chwilą oddechu i zmianą otoczenia. Miała umówione rozmowy z kilkoma kobietami – legendami nowojorskiego środowiska – których działalność nie tylko inspirowała, ale również ukazywała dominację jako złożoną, często terapeutyczną formę relacji opartej na zaufaniu, strukturze i granicach. Gdy tylko otrzymała potwierdzenie wszystkich terminów, usiadła wieczorem przy biurku w swoim mieszkaniu w Charlottenburgu i napisała krótką wiadomość do Patricka. Od czasu gdy widzieli się w Malezji byli w kontakcie. Wiadomości może nie były zbyt częste, ale wiedzieli mniej więcej na bieżąco, co dzieje się u każdego z nich. Patrick na początku listopada wrócił do Stanów i był właśnie na etapie otwierania jakiejś firmy nowej technologicznej. Sygnalizowała mu plany wyjazdu, nie chcąc jednak zdradzać szczegółów. Mówiła tylko, że to wyjazd związany z jej pracą na uczelni. Kiedy było już to potwierdzone wysłała wiadomość:
Udało się. Lecę do NY tuż po świętach. Mam badania i wywiady, ale liczę też, że uda mi się przywitać Nowy Rok w wyjątkowym towarzystwie.
Odpowiedź przyszła niespełna godzinę później:
Zarezerwowałem hotel. Będę na Ciebie czekał, moja przepiękna. Wyślij numer lotu.
Uśmiechnęła się do ekranu telefonu. Długo jeszcze siedziała w fotelu przy oknie z kieliszkiem wina w dłoni, patrząc na zimowy Berlin i myśląc o tym, jak nieprzewidywalnie piękne potrafi być życie, gdy tylko odważysz się w nim zanurzyć.
---
Nowy Jork - zima 2011 / 2012
– Cześć, piękna – powiedział cicho, przytrzymując ją jeszcze przez chwilę.
– Cześć, mój Kalifornijczyku.
Na zewnątrz było zimno, typowy nowojorski grudniowy dzień. Chłodny wiatr niósł w sobie zapowiedź nadchodzącej zmiany pogody. Wsiedli do taksówki, kierując się do hotelu. Zarezerwował dla nich The NoMad, elegancki, butikowy hotel w samym sercu Manhattanu, znany z wysublimowanego wystroju, wysokich sufitów i atmosfery cichego luksusu. Podczas jazdy siedziała blisko, oparta lekko o jego ramię, patrząc przez okno na przesuwające się obrazy. Wieżowce, światła, mijające ich samochody – wszystko wydawało się intensywne, tętniące energią, która pulsowała pod skórą tego miasta. Głaskał delikatnie jej włosy, drugą dłonią obejmując rękę.
Kiedy dotarli na miejsce, od razu zostali zaprowadzeni do apartamentu. Przestronny, z wysokimi oknami, drewnianą podłogą i sypialnią dużym łożem. W kącie stała kanapa, komoda z minibarem, a w łazience z oknem – marmurowa wanna. Zbliżył się do niej, spojrzał w oczy. Nie było w tym nic z pośpiechu – tylko czułość i narastające emocje. Odwzajemniła spojrzenie, objęła go za szyję. Ich usta spotkały się – najpierw spokojnie, potem coraz bardziej namiętnie. W tych objęciach było wszystko: radość, tęsknota i obietnica wspólnej nocy, która dopiero miała nadejść.
– Cieszę się, że przyjechałaś – szepnął, gdy w końcu oderwali się od siebie na moment.
– Ja też... – odpowiedziała Paulina. – Właśnie teraz tego potrzebowałam. Tego miasta. Ciebie.
Ujął jej dłoń i zaprowadził ją do okna, z którego roztaczał się widok na ulice tętniące światłami.
– To będzie piękny tydzień – powiedział z przekonaniem.
Spojrzał na nią uważnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół – linię ramion, sposób, w jaki stała w półcieniu przy ogromnym oknie hotelowego apartamentu. Za szybą Manhattan pulsował światłami: niekończące się strumienie samochodów, neonowe refleksy odbijające się w mokrym asfalcie, dalekie syreny i głuchy szum miasta, które nigdy nie zasypia. Stała przez chwilę nieruchomo, patrząc na panoramę. Czuła jeszcze w ciele zmęczenie po podróży, ale jednocześnie dziwną lekkość, jakby samo miasto zdejmowało z niej ciężar ostatnich tygodni. Podszedł bliżej. Stanął za nią, bardzo blisko, niemal dotykając pleców. Najpierw tylko oparł dłonie lekko na jej biodrach, jakby sprawdzał, czy nie cofnie się odruchowo. Nie cofnęła. Pochylił się i zaczął powoli całować szyję. Delikatnie, z wyczuciem, jak ktoś, kto zna już reakcje drugiej osoby, ale wciąż odkrywa je na nowo. Poczuła dreszcz biegnący wzdłuż pleców. Patrick zamknął na moment oczy. Czuł perfumy i jej skórę: ciepłą, gładką, delikatną.
– Tęskniłem za tobą.
Spojrzała na niego przez ramię. Odwrócił ją delikatnie i przyklęknął. Ujął jej stopę w dłonie i zaczął rozwiązywać sznurówki białych sneakersów. Na podeszwach wciąż widać było drobne ślady nowojorskiego śniegu. Zdjął pierwszy but, potem drugi. Pochylił się i musnął ustami stopę. Nie powiedziała nic. Oparła się plecami o okno i patrzyła na niego z góry. Powoli przesunął dłonie wyżej – po kostkach, łydkach, aż do ud. Rozpiął zamek spodni i zsunął je z bioder. Gdy pochylił się bliżej, Paulina poczuła ciepło oddechu przy łonie.
– Poczekaj – powiedziała cicho. – Chcę się wykąpać po podróży. Odświeżyć trochę.
Uniósł wzrok, a w jego oczach nie było ani śladu wahania.
– Nie ma takiej konieczności.
Jego dłonie zsunęły się niżej, powoli ściągając majtki wzdłuż jej ud. Paulina poczuła, jak serce przyspiesza, a napięcie w dole brzucha budzi się gwałtowniej, niż się spodziewała. Przyciągnął ją bliżej, aż jej kolana niemal dotknęły krawędzi łóżka.
Uklęknął przed nią. To, co zrobił potem, nie było pośpiechem ani żądzą – było skupioną, niemal nabożną uwagą. Najpierw musnął ustami wewnętrzną stronę jej uda, potem wyżej, jakby dawał jej czas, by się oswoiła. Gdy jego język wreszcie dotknął jej najczulszej części, był ciepły, miękki i pewny. Zaczynał powoli – szerokimi, leniwymi ruchami, które obejmowały całe jej podniecenie, jakby chciał je poznać w całości.
Paulina wciągnęła powietrze głębiej. Każdy ruch jego języka był przemyślany: raz delikatny i płaski, sunący od dołu aż po sam czubek, raz bardziej skupiony, okrężny, precyzyjny. Odnajdywał rytm jej oddechu i podążał za nim, pogłębiając go. Kiedy poczuła, jak lekko ssie jej nabrzmiałą łechtaczkę, cichy, niekontrolowany jęk wymknął się z jej gardła.
Oparła się mocniej o ścianę za sobą. Nogi zaczęły jej drżeć. Próbowała utrzymać równowagę, ale z każdą kolejną falą ciepła, która rozchodziła się po brzuchu i udach, było to coraz trudniejsze. Patrick nie przyspieszał gwałtownie – przeciwnie, pogłębiał rytm, dodając do języka delikatną pracę ust i palców, które teraz ostrożnie wsunął w nią, odnajdując ten jeden, idealny punkt wewnątrz.
Cały świat skurczył się do tego miejsca, do jego ust i dłoni, do jej własnego, coraz bardziej rozpaczliwego oddechu. Wplotła palce w jego włosy, przyciągając go bliżej – nie z agresją, lecz z bezradną potrzebą. Jej biodra zaczęły poruszać się same, drobnymi, nieświadomymi ruchami, jakby szukały jeszcze większej bliskości. Fale napięcia stawały się coraz wyższe, coraz ostrzejsze – rozchodziły się od podbrzusza przez kręgosłup aż po kark, sprawiając, że skóra na ramionach pokryła się gęsią skórką.
Oddychała już głośno, nierówno, z każdym wdechem coraz bliżej krawędzi.
Za oknem Manhattan migotał tysiącami świateł, samochody przesuwały się w długich, świetlnych smugach, ale Paulina już tego nie widziała. Przez moment świat za oknem mógł równie dobrze przestać istnieć. Gdy napięcie w końcu przekroczyło granicę, poczuła nagłe, gwałtowne rozluźnienie, jakby całe ciało na moment straciło ciężar. Nogi ugięły się lekko, więc Patrick podtrzymał ją ramieniem.Przez chwilę stała w milczeniu, oparta o niego, wciąż oddychając nierówno. Powoli przesunęła dłonią po jego włosach.– Witaj w Nowym Jorku – szepnął z uśmiechem.
– Poczekaj – powiedziała cicho. – Chcę się wykąpać po podróży. Odświeżyć trochę.
Uniósł wzrok, a w jego oczach nie było ani śladu wahania.
– Nie ma takiej konieczności.
Jego dłonie zsunęły się niżej, powoli ściągając majtki wzdłuż jej ud. Paulina poczuła, jak serce przyspiesza, a napięcie w dole brzucha budzi się gwałtowniej, niż się spodziewała. Przyciągnął ją bliżej, aż jej kolana niemal dotknęły krawędzi łóżka.
Uklęknął przed nią. To, co zrobił potem, nie było pośpiechem ani żądzą – było skupioną, niemal nabożną uwagą. Najpierw musnął ustami wewnętrzną stronę jej uda, potem wyżej, jakby dawał jej czas, by się oswoiła. Gdy jego język wreszcie dotknął jej najczulszej części, był ciepły, miękki i pewny. Zaczynał powoli – szerokimi, leniwymi ruchami, które obejmowały całe jej podniecenie, jakby chciał je poznać w całości.
Paulina wciągnęła powietrze głębiej. Każdy ruch jego języka był przemyślany: raz delikatny i płaski, sunący od dołu aż po sam czubek, raz bardziej skupiony, okrężny, precyzyjny. Odnajdywał rytm jej oddechu i podążał za nim, pogłębiając go. Kiedy poczuła, jak lekko ssie jej nabrzmiałą łechtaczkę, cichy, niekontrolowany jęk wymknął się z jej gardła.
Oparła się mocniej o ścianę za sobą. Nogi zaczęły jej drżeć. Próbowała utrzymać równowagę, ale z każdą kolejną falą ciepła, która rozchodziła się po brzuchu i udach, było to coraz trudniejsze. Patrick nie przyspieszał gwałtownie – przeciwnie, pogłębiał rytm, dodając do języka delikatną pracę ust i palców, które teraz ostrożnie wsunął w nią, odnajdując ten jeden, idealny punkt wewnątrz.
Cały świat skurczył się do tego miejsca, do jego ust i dłoni, do jej własnego, coraz bardziej rozpaczliwego oddechu. Wplotła palce w jego włosy, przyciągając go bliżej – nie z agresją, lecz z bezradną potrzebą. Jej biodra zaczęły poruszać się same, drobnymi, nieświadomymi ruchami, jakby szukały jeszcze większej bliskości. Fale napięcia stawały się coraz wyższe, coraz ostrzejsze – rozchodziły się od podbrzusza przez kręgosłup aż po kark, sprawiając, że skóra na ramionach pokryła się gęsią skórką.
Oddychała już głośno, nierówno, z każdym wdechem coraz bliżej krawędzi.
Podniósł się, obejmując ją ramionami. Ich usta odnalazły się znów – miękko, powoli, głęboko. Paulina westchnęła cicho, czując, jak dłonie przesuwają się po jej ciele, jak wsuwa je pod sweter, pieszcząc plecy. Kilka minut później byli już w sypialni. Oświetlona tylko przez lampy przy łóżku, pachnąca czystością, miękką pościelą i czymś drogim, ledwie wyczuwalnym w powietrzu. Położyła się na białym prześcieradle, a on ułożył się obok niej. Jej ręka spoczęła na jego klatce piersiowej.
– Chodź do mnie – szepnęła cicho, niemal bezgłośnie.
Noc była intensywna i pełna uniesień – taka, która nie zostawia miejsca na myśli ani słowa. Czuła, jak każda cząstka jej ciała odpowiada na dotyk z niespotykaną intensywnością. Jego czułość przeplatała się z głębokim pożądaniem, które nie pozostawiało niedosytu. Był uważny, uległy, silny i delikatny zarazem – i może właśnie dlatego miała wrażenie, że szybuje gdzieś wysoko, ponad zimowym Nowym Jorkiem. Zamknęła oczy i poddała się temu, co działo się między nimi. Słyszała swój przyspieszony oddech, jego szept tuż przy uchu, czuła ciepło jego dłoni na skórze, siłę jego penisa w sobie i to, jak z każdym kolejnym ruchem zatracała granicę między ciałem a emocją. Gdy zasnęli wtuleni w siebie, z rozwichrzoną pościelą i sercami bijącymi w tym samym rytmie, pomyślała, że to było jeszcze piękniejsze niż wszystko, czego doświadczyła w Malezji.
Nie potrzebowała słów, by wiedzieć, że to było prawdziwe.---
Kolejne dni w Nowym Jorku były dla Pauliny prawdziwym kalejdoskopem doznań. Z Patrickiem spędzali długie godziny na zwiedzaniu – spacerowali po Central Parku, przechadzali się Piątą Aleją. Mimo jej lęku wysokości wjechali nawet na taras widokowy Top of the Rock. Nie czuła się tam jednak dobrze i szybko poprosiła o powrót na dół. Pojechali zjeść świeże bajgle na ławce w Battery Park z widokiem na Statuę Wolności. Wieczorami – dobra kolacja, wino, muzyka i coraz bardziej upojne noce w apartamencie z widokiem na rozświetlone miasto. Był nienasycony i oddany, a ona swobodna, rozkwitająca w jego zachwycie i niegasnącym pożądaniu.
Ale nie zapomniała, po co naprawdę przyleciała. Jednego wieczoru, gdy Patrick spotykał się ze starym znajomym z Doliny Krzemowej, Paulina odwiedziła legendarny nowojorski klub BDSM – The Velvet Den. Miejsce mieściło się w eleganckim, niepozornym budynku w Chelsea. Na zewnątrz – tylko czarna tabliczka przy drzwiach i numer. W środku – miękko oświetlone przestrzenie, ciemne ściany, aksamitne zasłony i zapach kadzideł, skóry i wina. Wszystko emanowało klasą i kontrolowaną intensywnością. Z pomocą Evy udało się wcześniej umówić spotkania z trzema dominami. Czwarta – Destiny Noir – dołączyła spontanicznie.
Alexis Vane, około czterdziestki, w czarnym kombinezonie z winylu, z mocnym nowojorskim akcentem. Była psychoterapeutką i dominą od piętnastu lat. Prowadziła także warsztaty dla kobiet, które chciały eksplorować swoją władzę w relacjach.
Lilith Ray, artystka, rudowłosa, o bladej skórze, z tatuażami w stylu art nouveau. Mówiła cicho, ale pewnie. Dla niej dominacja była rodzajem performance’u, emocjonalnego teatru – opowiadała Paulinie o tym, jak organizuje sesje w formie rytuałów.
Claudine Maret, pochodząca z Montrealu, dominowała z zimną elegancją. Mówiła z francuskim akcentem, poruszając się z gracją baletnicy. Większość jej klientów pracowała na Wall Street.
Destiny Noir, młodsza od pozostałych, może nieco po trzydziestce. Drobna, ale o spojrzeniu, które mogło zatrzymać w miejscu pędzący pociąg. Była niespodzianką tego wieczoru – zaintrygowana obecnością Pauliny, dołączyła do rozmowy i podzieliła się pierwszymi doświadczeniami, jeszcze jako switch, choć później dominacja stała się jej wyraźnym i jedynym wyborem.
Rozmowa była długa, inspirująca i bogata w detale. Paulina robiła notatki, chłonęła każde zdanie, czasem zadawała pytania – bardzo precyzyjne i analityczne. W pewnym momencie Claudine spojrzała na nią uważnie.
– You’re not just writing a dissertation, are you? You live it – powiedziała.
Paulina uśmiechnęła się tylko lekko, nie odpowiadając. Po wszystkim wróciła do hotelu taksówką – z głową pełną refleksji, sercem szybciej bijącym i dziwnym, ekscytującym napięciem pod skórą. Patrick już spał. Zdjęła płaszcz, stanęła przy oknie, patrząc na miasto i zapisała jedno zdanie w telefonie: ,,Power is not taken. It’s offered. Freely, intensively. And once it is – it transforms both.”
Spotkała się z nimi jeszcze następnego dnia. Zaproszenie na imprezę przyszło nagle, na dzień przed Sylwestrem. Claudine napisała krótką wiadomość:
Jeśli chcesz zobaczyć, co znaczy prawdziwa noc w Nowym Jorku, będzie mi miło was gościć. Loft, Chelsea.
Na ten wieczór nie mieli planów, zamierzali spędzić noc po prostu razem – w łóżku, z winem, jedzeniem na wynos i kilkoma orgazmami przerywanymi wspólnym śmiechem. Miało być ciepło, zmysłowo i leniwie. Paulina pokazała Patrickowi wiadomość i spojrzała na niego pytająco.
– Claudine? – zapytał. – Ta sama, o której wspominałaś?
Paulina skinęła głową.
– Tak, prowadzi jeden z klubów, w których przeprowadzałam wywiady. Bardzo inteligentna kobieta. Uważają ją za ikonę nowojorskiej sceny femdom.– Zatem... to wyjątkowe zaproszenie?
– Claudine nie zaprasza przypadkowych ludzi.
– Brzmi jak coś, czego nie powinniśmy przegapić. Jeśli tylko masz ochotę tam pójść, to ja też.
---
Kilka godzin później leżeli razem na łóżku. Pokój hotelowy był przyciemniony, światła Manhattanu migotały za oknem. Leżał za nią, opierając się na łokciu. Delikatnie przesuwał palcami po jej karku i włosach. Paulina czuła ciepło jego ciała i spokojny rytm oddechu. Co jakiś czas przesuwała się lekko, ocierając się o niego pośladkami, jakby odruchowo sprawdzała czy ciągle ma erekcję. Przez chwilę milczeli.– Patrick… – powiedziała w końcu ciszej. – Muszę ci coś powiedzieć.Jego dłoń zatrzymała się na jej ramieniu.– Brzmi poważnie.– Bo trochę jest.Westchnęła lekko.– Znasz tylko część prawdy o tym, co robię w Nowym Jorku.Nie przerwał jej. Czekał.– Mówiłam ci o wywiadach – kontynuowała. – O rozmowach z dominami. O badaniach.Odwróciła głowę lekko w jego stronę.– Ale jest coś jeszcze.Na moment zawahała się.– Sama jestem jedną z nich.Milczał przez kilka sekund, ale poczuła, jak jego dłoń lekko zaciska się na jej ramieniu.W końcu odezwał się spokojnie:– Nie martw się… nikt nie jest idealny.Paulina parsknęła śmiechem.– O ty draniu.Odwróciła się gwałtownie, usiadła na nim okrakiem i spojrzała mu w oczy. Patrick tylko się uśmiechnął. Przyciągnął ją do siebie i zaczął całować. Na moment zamknęła oczy, pozwalając mu na to. Ale po chwili przesunęła dłonie po jego torsie, podciągnęła koszulkę i wbiła paznokcie w jego sutek, mocniej, niż się spodziewał.Patrick aż drgnął.– Okej, okej! – zaśmiał się nerwowo. – Przepraszam! Wycofuję się!– Słucham?– Jesteś najpiękniejszą i najdoskonalszą kobietą pod słońcem.Przyjrzała mu się przez chwilę z udawaną surowością. Potem uśmiechnęła się z lekką aprobatą. Odetchnął głośno.– Czy to naprawdę to, o czym myślę? – zapytał po chwili. – Skóry, pejcze, lochy?Paulina zaśmiała się cicho.– Mniej więcej, ale nie do końca tak to wygląda.Przez chwilę opowiadała mu o Domina Studio Berlin. O sesjach. O tym, jak działa to miejsce. O kobietach, które tam pracują – o przyjaciółkach, które stały się dla niej niemal rodziną.Mówiła spokojnie, bez wstydu.– Ten świat jest trochę mroczny – przyznała. – Ale jest też bardzo prawdziwy. I w dziwny sposób, bardzo uczciwy.Słuchał jej uważnie.– A uniwersytet? – zapytał w końcu.– To akurat prawda – odpowiedziała. – Jestem doktorantką i naprawdę przyjechałam tu robić badania a nie tłuc uległych po dupach,Patrzył na nią przez chwilę.– No po prostu ideał – powiedział tylko.A potem powoli przesunął dłonie wzdłuż jej pleców i zaczął zsuwać z niej bluzę...
---
– Chodź do mnie – szepnęła cicho, niemal bezgłośnie.
Noc była intensywna i pełna uniesień – taka, która nie zostawia miejsca na myśli ani słowa. Czuła, jak każda cząstka jej ciała odpowiada na dotyk z niespotykaną intensywnością. Jego czułość przeplatała się z głębokim pożądaniem, które nie pozostawiało niedosytu. Był uważny, uległy, silny i delikatny zarazem – i może właśnie dlatego miała wrażenie, że szybuje gdzieś wysoko, ponad zimowym Nowym Jorkiem. Zamknęła oczy i poddała się temu, co działo się między nimi. Słyszała swój przyspieszony oddech, jego szept tuż przy uchu, czuła ciepło jego dłoni na skórze, siłę jego penisa w sobie i to, jak z każdym kolejnym ruchem zatracała granicę między ciałem a emocją. Gdy zasnęli wtuleni w siebie, z rozwichrzoną pościelą i sercami bijącymi w tym samym rytmie, pomyślała, że to było jeszcze piękniejsze niż wszystko, czego doświadczyła w Malezji.
Nie potrzebowała słów, by wiedzieć, że to było prawdziwe.
---
Kolejne dni w Nowym Jorku były dla Pauliny prawdziwym kalejdoskopem doznań. Z Patrickiem spędzali długie godziny na zwiedzaniu – spacerowali po Central Parku, przechadzali się Piątą Aleją. Mimo jej lęku wysokości wjechali nawet na taras widokowy Top of the Rock. Nie czuła się tam jednak dobrze i szybko poprosiła o powrót na dół. Pojechali zjeść świeże bajgle na ławce w Battery Park z widokiem na Statuę Wolności. Wieczorami – dobra kolacja, wino, muzyka i coraz bardziej upojne noce w apartamencie z widokiem na rozświetlone miasto. Był nienasycony i oddany, a ona swobodna, rozkwitająca w jego zachwycie i niegasnącym pożądaniu.
Ale nie zapomniała, po co naprawdę przyleciała. Jednego wieczoru, gdy Patrick spotykał się ze starym znajomym z Doliny Krzemowej, Paulina odwiedziła legendarny nowojorski klub BDSM – The Velvet Den. Miejsce mieściło się w eleganckim, niepozornym budynku w Chelsea. Na zewnątrz – tylko czarna tabliczka przy drzwiach i numer. W środku – miękko oświetlone przestrzenie, ciemne ściany, aksamitne zasłony i zapach kadzideł, skóry i wina. Wszystko emanowało klasą i kontrolowaną intensywnością. Z pomocą Evy udało się wcześniej umówić spotkania z trzema dominami. Czwarta – Destiny Noir – dołączyła spontanicznie.
Alexis Vane, około czterdziestki, w czarnym kombinezonie z winylu, z mocnym nowojorskim akcentem. Była psychoterapeutką i dominą od piętnastu lat. Prowadziła także warsztaty dla kobiet, które chciały eksplorować swoją władzę w relacjach.
Lilith Ray, artystka, rudowłosa, o bladej skórze, z tatuażami w stylu art nouveau. Mówiła cicho, ale pewnie. Dla niej dominacja była rodzajem performance’u, emocjonalnego teatru – opowiadała Paulinie o tym, jak organizuje sesje w formie rytuałów.
Claudine Maret, pochodząca z Montrealu, dominowała z zimną elegancją. Mówiła z francuskim akcentem, poruszając się z gracją baletnicy. Większość jej klientów pracowała na Wall Street.
Destiny Noir, młodsza od pozostałych, może nieco po trzydziestce. Drobna, ale o spojrzeniu, które mogło zatrzymać w miejscu pędzący pociąg. Była niespodzianką tego wieczoru – zaintrygowana obecnością Pauliny, dołączyła do rozmowy i podzieliła się pierwszymi doświadczeniami, jeszcze jako switch, choć później dominacja stała się jej wyraźnym i jedynym wyborem.
– You’re not just writing a dissertation, are you? You live it – powiedziała.
Paulina uśmiechnęła się tylko lekko, nie odpowiadając. Po wszystkim wróciła do hotelu taksówką – z głową pełną refleksji, sercem szybciej bijącym i dziwnym, ekscytującym napięciem pod skórą. Patrick już spał. Zdjęła płaszcz, stanęła przy oknie, patrząc na miasto i zapisała jedno zdanie w telefonie: ,,Power is not taken. It’s offered. Freely, intensively. And once it is – it transforms both.”
Jeśli chcesz zobaczyć, co znaczy prawdziwa noc w Nowym Jorku, będzie mi miło was gościć. Loft, Chelsea.
Na ten wieczór nie mieli planów, zamierzali spędzić noc po prostu razem – w łóżku, z winem, jedzeniem na wynos i kilkoma orgazmami przerywanymi wspólnym śmiechem. Miało być ciepło, zmysłowo i leniwie. Paulina pokazała Patrickowi wiadomość i spojrzała na niego pytająco.
– Claudine? – zapytał. – Ta sama, o której wspominałaś?
Paulina skinęła głową.
– Tak, prowadzi jeden z klubów, w których przeprowadzałam wywiady. Bardzo inteligentna kobieta. Uważają ją za ikonę nowojorskiej sceny femdom.
– Claudine nie zaprasza przypadkowych ludzi.
– Brzmi jak coś, czego nie powinniśmy przegapić. Jeśli tylko masz ochotę tam pójść, to ja też.
Następnego dnia wieczorem założyła dopasowaną, czarną, skórzaną sukienkę z wysokim rozcięciem z boku, sięgającym uda, czarne pończochy i wysokie szpilki od Laboutine'a. Uzupełniła wygląd delikatnym, złotym naszyjnikiem. Włosy zebrała w nisko upięty kok, usta pomalowała na karmin. Patrick nie mógł oderwać wzroku, kiedy wychodziła z łazienki.
– Czyli jednak coś planowałaś – powiedział z uśmiechem. – Takiej sukienki nie pakuje się przypadkiem.
Uśmiechnęła się tylko. Stojąc wciąż przed lustrem, założyła długie, czarne rękawiczki z jagnięcej skóry. Odwróciła się do niego wolno, z lekko uniesioną brodą. Na jej twarzy pojawił się uśmiech – chłodny, tajemniczy, kobiecy.
– Zawsze jestem gotowa – odparła miękko, niemal szeptem, i poprawiła dłonią włosy.
Patrick podszedł do niej, jakby przyciągany niewidzialną siłą. Ujął jej dłoń i uniósł ją do ust, całując delikatnie, z niemal rycerską atencją.
– Jesteś absolutnie zjawiskowa i jeszcze raz cofam moje słowa, jesteś idealna – powiedział, wpatrując się w nią z zachwytem. – W Malezji byłaś jak sen. A teraz wyglądasz jak królowa. Pewna siebie, piękna i trochę niebezpieczna.
Uśmiechnęła się szerzej, nie spuszczając z niego wzroku.
– Niebezpieczna? – powtórzyła cicho, jakby smakowała to słowo. – To zależy, dla kogo.
Zrobiła krok w jego stronę. Skóra rękawiczek zaskrzypiała delikatnie, gdy uniosła dłoń i musnęła jego policzek czubkiem palców.
– Nie musisz się mnie bać – powiedziała miękko. – Przynajmniej nie dziś.
Jej głos był spokojny, niemal kojący. Nie było w nim groźby, raczej pewność kogoś, kto dobrze zna własną siłę, ale nie widzi potrzeby aby jej używać.
– Dziś jesteśmy tylko w Nowym Jorku – dodała po chwili, z lekkim uśmiechem. – Dwoje ludzi na imprezie sylwestrowej. Nic więcej.
Przesunęła rękę z policzka na jego dłoń i ujęła ją lekko.
– A poza tym… – spojrzała mu prosto w oczy – czasem to, co wydaje się niebezpieczne, bywa po prostu fascynujące.
Patrick zaśmiał się cicho.
– Czyli mam się nie martwić?
Paulina uniosła lekko brew.
– Masz się dobrze bawić.
Odwróciła się, sięgając po torebkę.
– Chodźmy, nie powinniśmy się spóźnić.
---
Kiedy przyjechali na miejsce impreza już trwała, muzyka pulsowała przez sufit loftu. Strój zdecydowanej większości gości zdradzał ich zamiłowanie do fetyszy i BDSM. Szybko znaleźli schronienie w jednym z pokojów, na chwilę odcięci od hałasu i pulsującego światła.
– Czy to... – zaczął Patrick, ale nie skończył.
Paulina uniosła brwi.
– Czy to zawsze takie jest? Ten świat?
Spojrzała na niego poważnie. – Nie. Czasem to teatr. Czasem głupia gra. Ale dla tych, co wiedzą czego chcą, to przestrzeń prawdy.
Patrick znów podniósł jej dłoń do ust. – Wiesz, że gdybyś kazała mi teraz uklęknąć, zrobiłbym to bez wahania. Masz w sobie niesamowitą siłę.
Odwróciła wzrok.
– Nie chcę. Jeszcze nie teraz. Bo wiem, co bym z tobą zrobiła. A potem nic już nie byłoby takie jak teraz.
– Jesteś jeszcze bardziej pociągająca, kiedy mówisz takie rzeczy.
Paulina uśmiechnęła się z wdziękiem i szepnęła:
– Ale nie boisz się mnie chyba? Myśl o mnie tylko jak o doktorantce na wakacjach w tropiku, nie o tym kim powiedziałam ci, że jestem.
Przytuliła się do niego. Ich usta spotkały się w spokojnym, długim pocałunku, a miasto rozświetlone noworocznymi fajerwerkami było tylko tłem dla czegoś znacznie ważniejszego.
Patrick jeszcze raz spojrzał na jej profil – napięty łuk szczęki, lśniące w świetle długie rękawiczki, sukienkę, która oplatała ją niczym druga skóra.
– A co by się stało, gdybym jednak uklęknął? – zapytał cicho, z lekkim uśmiechem, ale w jego głosie pobrzmiewała autentyczna ciekawość.
Spojrzała mu w oczy, po czym przesunęła dłonią po jego policzku – powoli, niemal pieszczotliwie, ale nie do końca czułe. W tym geście było coś oceniającego, coś, co stawiało granicę.
– Wrócilibyśmy do hotelu – powiedziała spokojnie miękkim, jedwabistym głosem. – A potem... rozkazałabym ci rozebrać się Wzięłabym bat i wychłostała cię. Biłam bym bardzo mocno, tak, byś zapamiętał każdy ślad. Może błagałbyś mnie o litość, na pewno błagałbyś, ale wiesz co? Wtedy biłabym jeszcze mocniej.
Patrick przełknął ślinę, zafascynowany.
– To jest... niewiarygodnie pociągające – wyszeptał. – Myśl, że taki piękny anioł jak ty, byłby do tego zdolny.
– Właśnie dlatego moi klienci mnie ubóstwiają – powiedziała cicho. – Bo tylko anioł potrafi zadać piekło z takim wdziękiem. Wiesz, Patrick, naprawdę nie chcę, żebyś klękał. Nie ty. Ty masz być moim kochankiem. Nie niewolnikiem. Niewolników już mam.
Chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Pokiwał tylko głową i uśmiechnął się lekko.
– I właśnie za to tak cię uwielbiam – powiedział cicho. – Jesteś absolutnie jedyna w swoim rodzaju. Nie robiłem tego nigdy, nigdy nie ulegałem, ale jeśli tylko uznasz, że jest to potrzebne powiedz słowo. ---
Kiedy wrócili do hotelu apartament otulił ich ciepłym światłem. Zdjął marynarkę, po czym podszedł do Pauliny i bez słowa zaczął powoli rozpinać zamek jej sukienki. Zsunęła się z jej ramion i opadła z cichym szelestem na podłogę. Pod nią miała jedwabne, czarne body, czarne pończochy z delikatnym połyskiem i wysokie szpilki. Na jej dłoniach wciąż lśniły długie rękawiczki.
Wstrzymał oddech. Stała przed nim niczym żywa bogini – surowa i jednocześnie zmysłowa, eteryczna, lecz silna.
– Zostań dziś w rękawiczkach i pończochach. Proszę.
Uśmiechnęła się i bez słowa zrobiła krok w jego stronę. Jej ciało pachniało luksusem, jedwabiem i siłą. Ujął jej talię, przyciągnął do siebie i pocałował – namiętnie, głęboko, jakby chciał wtopić się w nią całym sobą.
To była kolejna noc namiętności.
Pobyt w Nowym Jorku był dla niej jak tlen – intensywny, piękny, pełen emocji i zmysłowości. Wracała do Berlina odprężona, z błyskiem w oku, niosąc w sobie ciepło wspomnień i uczucie spełnienia. Każdy centymetr jej ciała był wypieszczony – dosłownie i symbolicznie. Patrick, choć daleko od jej świata władzy i dyscypliny, dawał jej coś innego – namiętność i bezpieczeństwo. Pozwalał jej być po prostu atrakcyjną kobietą.
---
Kiedy przyjechali na miejsce impreza już trwała, muzyka pulsowała przez sufit loftu. Strój zdecydowanej większości gości zdradzał ich zamiłowanie do fetyszy i BDSM. Szybko znaleźli schronienie w jednym z pokojów, na chwilę odcięci od hałasu i pulsującego światła.
– Czy to... – zaczął Patrick, ale nie skończył.
Paulina uniosła brwi.
– Czy to zawsze takie jest? Ten świat?
Spojrzała na niego poważnie. – Nie. Czasem to teatr. Czasem głupia gra. Ale dla tych, co wiedzą czego chcą, to przestrzeń prawdy.
Patrick znów podniósł jej dłoń do ust. – Wiesz, że gdybyś kazała mi teraz uklęknąć, zrobiłbym to bez wahania. Masz w sobie niesamowitą siłę.
Odwróciła wzrok.
– Nie chcę. Jeszcze nie teraz. Bo wiem, co bym z tobą zrobiła. A potem nic już nie byłoby takie jak teraz.
– Jesteś jeszcze bardziej pociągająca, kiedy mówisz takie rzeczy.
Paulina uśmiechnęła się z wdziękiem i szepnęła:
– Ale nie boisz się mnie chyba? Myśl o mnie tylko jak o doktorantce na wakacjach w tropiku, nie o tym kim powiedziałam ci, że jestem.
Przytuliła się do niego. Ich usta spotkały się w spokojnym, długim pocałunku, a miasto rozświetlone noworocznymi fajerwerkami było tylko tłem dla czegoś znacznie ważniejszego.
Patrick jeszcze raz spojrzał na jej profil – napięty łuk szczęki, lśniące w świetle długie rękawiczki, sukienkę, która oplatała ją niczym druga skóra.
– A co by się stało, gdybym jednak uklęknął? – zapytał cicho, z lekkim uśmiechem, ale w jego głosie pobrzmiewała autentyczna ciekawość.
Spojrzała mu w oczy, po czym przesunęła dłonią po jego policzku – powoli, niemal pieszczotliwie, ale nie do końca czułe. W tym geście było coś oceniającego, coś, co stawiało granicę.
– Wrócilibyśmy do hotelu – powiedziała spokojnie miękkim, jedwabistym głosem. – A potem... rozkazałabym ci rozebrać się Wzięłabym bat i wychłostała cię. Biłam bym bardzo mocno, tak, byś zapamiętał każdy ślad. Może błagałbyś mnie o litość, na pewno błagałbyś, ale wiesz co? Wtedy biłabym jeszcze mocniej.
Patrick przełknął ślinę, zafascynowany.
– To jest... niewiarygodnie pociągające – wyszeptał. – Myśl, że taki piękny anioł jak ty, byłby do tego zdolny.
– Właśnie dlatego moi klienci mnie ubóstwiają – powiedziała cicho. – Bo tylko anioł potrafi zadać piekło z takim wdziękiem. Wiesz, Patrick, naprawdę nie chcę, żebyś klękał. Nie ty. Ty masz być moim kochankiem. Nie niewolnikiem. Niewolników już mam.
Chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Pokiwał tylko głową i uśmiechnął się lekko.
– I właśnie za to tak cię uwielbiam – powiedział cicho. – Jesteś absolutnie jedyna w swoim rodzaju. Nie robiłem tego nigdy, nigdy nie ulegałem, ale jeśli tylko uznasz, że jest to potrzebne powiedz słowo.
---
Wstrzymał oddech. Stała przed nim niczym żywa bogini – surowa i jednocześnie zmysłowa, eteryczna, lecz silna.
– Zostań dziś w rękawiczkach i pończochach. Proszę.
Uśmiechnęła się i bez słowa zrobiła krok w jego stronę. Jej ciało pachniało luksusem, jedwabiem i siłą. Ujął jej talię, przyciągnął do siebie i pocałował – namiętnie, głęboko, jakby chciał wtopić się w nią całym sobą.
To była kolejna noc namiętności.
Pobyt w Nowym Jorku był dla niej jak tlen – intensywny, piękny, pełen emocji i zmysłowości. Wracała do Berlina odprężona, z błyskiem w oku, niosąc w sobie ciepło wspomnień i uczucie spełnienia. Każdy centymetr jej ciała był wypieszczony – dosłownie i symbolicznie. Patrick, choć daleko od jej świata władzy i dyscypliny, dawał jej coś innego – namiętność i bezpieczeństwo. Pozwalał jej być po prostu atrakcyjną kobietą.
Przez kolejne lata ich relacja nabrała rytmu, który z czasem stał się czymś w rodzaju cichej, doskonale wyczuwanej harmonii. Nie planowali jej i nigdy nie próbowali definiować. Spotykali się kilka razy w roku – czasem w Berlinie, czasem w Paryżu, innym razem w San Francisco, które Patrick uważał za najpiękniejsze miasto świata. Zdarzało się też, że ich drogi prowadziły dalej: do Azji, do miast pachnących wilgocią, kadzidłem i nocnym jedzeniem sprzedawanym na ulicznych straganach. Ich spotkania były jak krótkie wyspy czasu wyjęte z codzienności.
To właśnie z nim przeżyła jedną z podróży, którą później często wspominała. Kalifornię zobaczyła wtedy z perspektywy błękitnego Mustanga, którego wynajął specjalnie dla niej. Kiedyś, przy winie, wspomniała mimochodem, że zawsze marzyła o takiej drodze – bez planu, z otwartymi oknami, z wiatrem we włosach i muzyką country lecącą z radia. Zapamiętał te słowa.
Kilka miesięcy później czekał na nią na lotnisku z kluczykami w dłoni i tym charakterystycznym, trochę chłopięcym uśmiechem. Zaprowadził ją do samochodu mówiąc:
– Mówiłaś kiedyś, że chciałaś...
Rzuciła mu się wtedy na szyję a z oczu poleciały jej łzy wzruszenia.
Ruszyli na północ. Najpierw przez most Golden Gate, który tonął w porannej mgle, potem wzdłuż oceanu drogą, która wije się nad urwistym wybrzeżem. Jechali godzinami. Czasem zatrzymywali się tylko na kawę w małych nadmorskich miasteczkach, czasem na kieliszek wina w przydrożnej restauracji, gdzie kelnerzy patrzyli na nich z lekką zazdrością – młodych, atrakcyjnych, wolnych, bez planu.
Prowadziła niemal cały czas, on siedział obok i patrzył to na nią to na ocean. Im dalej jechali na północ, tym krajobraz stawał się dzikszy. Mgły nad wodą, ogromne sosny, puste drogi, na których przez kilkadziesiąt minut nie mijali żadnego samochodu. W końcu dotarli aż do Oregonu, gdzie wybrzeże było jeszcze surowsze, a fale uderzały o skały z ciężkim, głuchym hukiem.
Nie rezerwowali nic wcześniej. Zatrzymywali się w małych motelach przy drodze – czasem schludnych, czasem zupełnie zwyczajnych, z neonowym napisem, migającym w nocnym powietrzu.
Były to noce pełne śmiechu, rozmów i namiętności, w których świat zewnętrzny przestawał istnieć. Rankiem pili kawę z papierowych kubków na parkingu, patrząc na ocean albo na niemal puste autostrady ciągnące się w nieskończoność.
Każdy dłuższy urlop spędzała z nim. I za każdym razem wracała z tych podróży odmieniona. Przy Patricku rozkwitała jako kobieta – spokojniejsza, bardziej obecna, jakby odkrywała w sobie przestrzeń, na którą w Berlinie nigdy nie było czasu. Taka relacja jej odpowiadała. Nie było w niej zobowiązań, oczekiwań ani rozmów o przyszłości. Nie było planów wspólnego życia ani pytań o to, co będzie za kilka lat. Nie martwiła się o przyszłość. Nie tym razem. Nie popełniła drugi raz tego samego błędu. Było tylko ,,tu i teraz", jak kiedyś mawiał Kamil. Byli kochankami i to jej wystarczało. Bez deklaracji, bez zazdrości, bez dramatów. Tylko oni i czas, który sobie ofiarowywali.
A kiedy wracała do Berlina, natychmiast zanurzała się z powrotem w swoje życie. W wir pracy na uczelni, w kolejne sesje, w spotkania towarzyskie, w długie rozmowy z Bellą i dziewczynami. W wykłady, artykuły naukowe, seminaria na uczelni. Miasto znowu przyspieszało jej rytm. Ale gdzieś głęboko w niej, zawsze zostawał ślad tamtych dróg – błękitnego Mustanga, zapachu oceanu i ciszy kalifornijskich nocy.
To właśnie z nim przeżyła jedną z podróży, którą później często wspominała. Kalifornię zobaczyła wtedy z perspektywy błękitnego Mustanga, którego wynajął specjalnie dla niej. Kiedyś, przy winie, wspomniała mimochodem, że zawsze marzyła o takiej drodze – bez planu, z otwartymi oknami, z wiatrem we włosach i muzyką country lecącą z radia. Zapamiętał te słowa.
Kilka miesięcy później czekał na nią na lotnisku z kluczykami w dłoni i tym charakterystycznym, trochę chłopięcym uśmiechem. Zaprowadził ją do samochodu mówiąc:
– Mówiłaś kiedyś, że chciałaś...
Rzuciła mu się wtedy na szyję a z oczu poleciały jej łzy wzruszenia.
Ruszyli na północ. Najpierw przez most Golden Gate, który tonął w porannej mgle, potem wzdłuż oceanu drogą, która wije się nad urwistym wybrzeżem. Jechali godzinami. Czasem zatrzymywali się tylko na kawę w małych nadmorskich miasteczkach, czasem na kieliszek wina w przydrożnej restauracji, gdzie kelnerzy patrzyli na nich z lekką zazdrością – młodych, atrakcyjnych, wolnych, bez planu.
Prowadziła niemal cały czas, on siedział obok i patrzył to na nią to na ocean. Im dalej jechali na północ, tym krajobraz stawał się dzikszy. Mgły nad wodą, ogromne sosny, puste drogi, na których przez kilkadziesiąt minut nie mijali żadnego samochodu. W końcu dotarli aż do Oregonu, gdzie wybrzeże było jeszcze surowsze, a fale uderzały o skały z ciężkim, głuchym hukiem.
Nie rezerwowali nic wcześniej. Zatrzymywali się w małych motelach przy drodze – czasem schludnych, czasem zupełnie zwyczajnych, z neonowym napisem, migającym w nocnym powietrzu.
Były to noce pełne śmiechu, rozmów i namiętności, w których świat zewnętrzny przestawał istnieć. Rankiem pili kawę z papierowych kubków na parkingu, patrząc na ocean albo na niemal puste autostrady ciągnące się w nieskończoność.
Każdy dłuższy urlop spędzała z nim. I za każdym razem wracała z tych podróży odmieniona. Przy Patricku rozkwitała jako kobieta – spokojniejsza, bardziej obecna, jakby odkrywała w sobie przestrzeń, na którą w Berlinie nigdy nie było czasu. Taka relacja jej odpowiadała. Nie było w niej zobowiązań, oczekiwań ani rozmów o przyszłości. Nie było planów wspólnego życia ani pytań o to, co będzie za kilka lat. Nie martwiła się o przyszłość. Nie tym razem. Nie popełniła drugi raz tego samego błędu. Było tylko ,,tu i teraz", jak kiedyś mawiał Kamil. Byli kochankami i to jej wystarczało. Bez deklaracji, bez zazdrości, bez dramatów. Tylko oni i czas, który sobie ofiarowywali.
A kiedy wracała do Berlina, natychmiast zanurzała się z powrotem w swoje życie. W wir pracy na uczelni, w kolejne sesje, w spotkania towarzyskie, w długie rozmowy z Bellą i dziewczynami. W wykłady, artykuły naukowe, seminaria na uczelni. Miasto znowu przyspieszało jej rytm. Ale gdzieś głęboko w niej, zawsze zostawał ślad tamtych dróg – błękitnego Mustanga, zapachu oceanu i ciszy kalifornijskich nocy.

Komentarze
Prześlij komentarz