Wilczyca 41-50




----- WILCZYCA -----


Część 5 (rozdziały XLI – L)



Rozdział XLI 

Pierwsza sesja Michała

Berlin, luty 2024

Michał klęczał na środku pomieszczenia, zgodnie z poleceniem recepcjonistki. W głowie kotłowały mu się myśli – wiedział, że moment, na który czekał od tak dawna, jest coraz bliżej. Nasłuchiwał każdego szmeru, kroków na korytarzu, delikatnego odgłosu zamykanych drzwi. Każdy dźwięk wydawał się być sygnałem, że Lady Fenriss, Paulina, wkrótce wejdzie do pokoju. W panującej ciszy wydawało mu się, że słyszy nawet gdzieś czyjeś krzyki. Poczuł zimny dreszcz. W jego sercu mieszały się ekscytacja i lęk. To już za chwilę, powtarzał sobie w myślach, a jednocześnie nie mógł przestać zastanawiać się, co przyniesie ten moment. Czuł, że jest blisko spełnienia tego, czego pragnął, ale z drugiej strony – niepewność była wszechobecna. Czy naprawdę był gotowy? Czy zrozumiał w pełni, co oznacza spotkanie z Lady Fenriss?

Każdy oddech wydawał się być głośniejszy, każde uderzenie serca coraz mocniejsze. W jego myślach wciąż powracała postać Pauliny – jej zimna pewność siebie, jej dominująca natura, wszystko, co tak go fascynowało. Już niedługo – powtarzał w duchu, czekając, aż drzwi się otworzą i Lady Fenriss stanie przed nim.

---

Drzwi otworzyły się nagle, z lekkim skrzypnięciem, które wstrząsnęło nim. ,,To ten moment, doczekałeś się" – pomyślał, próbując opanować swoje nerwy. 
Zanim zgodnie z zasadami opuścił wzrok, jego oczy na moment napotkały ją – Lady Fenriss  stojącą w progu.
Zobaczył przed sobą postać, która niemal oślepiała swoim majestatem. W skórzanej sukience do połowy uda, która opinała ciało, wyglądała jak prawdziwa bogini władzy i zmysłowości. Materiał lśnił w delikatnym świetle, a złote detale subtelnie migotały przy każdym ruchu. Jej wysokie kozaki na szpilce podkreślały smukłość jej nóg i dodawały jeszcze więcej autorytetu. Na dłoniach miała długie, skórzane rękawiczki, które połyskiwały lekko, gdy delikatnie ściskała w palcach smukłą szpicrutę. Cienki złoty łańcuszek na jej szyi i subtelne kolczyki dodawały delikatnej elegancji, kontrastując z surowością stroju. Makijaż był perfekcyjny – intensywne, przydymione oczy o wyraźnej linii eyelinera dodawały spojrzeniu głębi, a czerwone usta były jak pieczęć kobiecej dominacji.
Twarz miała spokojną, niemal niewzruszoną, ale oczy błyszczały chłodną pewnością siebie. Stała tam, promieniując siłą i zmysłowością. 

Michał szybko opuścił wzrok, czując, że widzi coś więcej niż tylko kobietę – widział boginię. Boginię, której całe istnienie koncentrowało się na władzy, której był teraz gotów całkowicie się podporządkować.
Lady Ferniss podeszła powoli. Jej chłodne spojrzenie spoczęło na nim, emanując władzą i kontrolą. Przez chwilę patrzyła z góry, jakby oceniała gotowość na to, co miało nadejść. Bez słowa, wysunęła jedną stopę do przodu, skórzany but lśnił w świetle lampy. 
 Przywitaj mnie, jak należy   powiedziała spokojnym, ale lodowatym tonem. Nie było miejsca na jakikolwiek sprzeciw.
Pochylił się jeszcze niżej i złożył delikatny pocałunek na czubku buta. Czuł, jak wargi dotykają zimnej, twardej powierzchni skóry. Fenriss, bez żadnego śladu emocji na twarzy, wysunęła drugą nogę, wskazując szpicrutą but. 
 Jeszcze ten  dodała, z niezmiennym, zimnym wyrazem twarzy. Posłusznie pochylił się i również ten but ucałował z najwyższym szacunkiem. Wyprostuj się  rozkazała.
Posłusznie podniósł się, ale wciąż pozostawał na kolanach, z głową lekko spuszczoną. Jego ciało drżało z napięcia, a myśli mieszały się między ekscytacją a lękiem. Nie tracąc ani chwili, sięgnęła po skórzaną maskę, która leżała na stoliku obok. Podniosła ją i delikatnie nałożyła mu na głowę. Maska była surowa, wykonana z grubej, czarnej skóry. W miejscach, gdzie powinny być wycięcia na oczy, były jedynie małe otwory w postaci wielu małych okrągłych dziurek, które znacznie ograniczały widzenie. Świat przed nim stał się zamglony, a kształty rozmyte, co tylko potęgowało bezbronność i poddanie.
Ciasno zawiązała i zapięła ją, upewniając się, że dokładnie przylega. Sięgnęła po obrożę, grubą i szeroką, którą podniosła  eleganckim, powolnym ruchem. Zapięła ją dość ciasno, a gdy skończyła, miał mocno opiętą szyję. Poczuł, że ruchy jego głowy zostały wyraźnie ograniczone.
 Teraz jesteś gotowy   szepnęła chłodno, przysuwając się bliżej, choć jej twarz była teraz poza zasięgiem jego wzroku.
Przypięła do obroży smycz, chłodny, stalowy łańcuch wydał cichy dźwięk, gdy sięgała po nią. 
– Na czworaka. Za mną  poleciła, głos miała beznamiętny, zimny i stanowczy.
Opadł na ręce. Wzrok, ograniczony małymi otworami w masce, mógł jedynie dostrzec to, co było bezpośrednio przed nim – lśniące, wysokie kozaki. Stawiała kroki niczym modelka, każdy był pewny, wyrafinowany, jakby wszystko miało swoje precyzyjne miejsce w tej dynamicznej rozgrywce.
Szarpnęła lekko, zmuszając go do przyspieszenia. 
 Szybciej  rzuciła, nie odwracając się nawet, a on, czując nacisk na szyi, starał się dopasować tempo.

Wyszli na korytarz, pełzał tuż za jej kozakami, które błyszczały w świetle lamp. Czuł, jak jego miejsce jest teraz jasno określone – za nią, u jej stóp, poganiany ostrymi szarpnięciami. Wprowadziła go do jednego z pomieszczeń, niemal ciągnąc za sobą. Gdy weszli, ograniczone pole widzenia nie pozwoliło na dostrzeżenie wszystkiego od razu, choć powoli zaczął rozpoznawać otoczenie.

Pokój był duży, przestronny, urządzony w surowym stylu, ale pełen narzędzi, które od razu zdradzały swoje przeznaczenie. Po lewej stronie, tuż przy ścianie, znajdowała się stalowa klatka. Była dość duża, ale na tyle niska, by osoba wewnątrz nie mogła się wyprostować.  W centralnej części pokoju stała solidna ławka do spankingu, obita czarną skórą. Jej powierzchnia mimo że wyściełana, wyglądała na twardą i niewygodną. Po bokach ławki znajdowały się skórzane pasy do przypinania, które czekały na to, by unieruchomić każdego, kto znajdzie się na niej w odpowiedniej pozycji. Wzdłuż ścian wisiały różne narzędzia do bicia – pejcze, baty, packi, trzcinki. Na końcu, w centralnym punkcie, znajdował się masywny tron. Wykonany z ciemnego drewna, z obiciem z czerwonego aksamitu, prezentował się jak miejsce sprawowania władzy. Wysokie oparcie dominowało nad pomieszczeniem, a każdy, kto na nim zasiadał, spoglądał z góry na wszystko, co działo się w pomieszczeniu. Po prawej stronie znajdował się elektryczny wyciąg do podwieszania. Metalowa konstrukcja, której łańcuchy i haki pozwalały na unieruchomienie i podwieszenie osoby w różnych pozycjach.

Obserwowała go z chłodnym spokojem. Wzięła cienką, smukłą, błyszczącą szpicrutę.
 Zaczniemy od nauki podstawowych pozycji niewolnika  powiedziała odpinając smycz. 
 Są to pozycje, które będziesz znał na pamięć i wykonywał bezbłędnie. Każda z nich ma swój numer, a ty masz obowiązek reagować na mój rozkaz natychmiast. Zrozumiałeś? 
Skinął głową, nie odzywając się. Paulina natychmiast zareagowała. Szpicruta przecięła powietrze krótkim, suchym świstem i uderzyła go prosto w jądra. Zawył z bólu.
– Zawsze masz odpowiadać: „tak jest, Lady” – powiedziała patrząc na niego uważnie. – Skinienie głową to za mało. 
Odruchowo wyprostował się.
– Tak jest, Lady – odpowiedział wyraźnie.
Przez chwilę obserwowała go w milczeniu, jakby oceniała, czy zrozumiał różnicę. Potem odwróciła się w stronę ściany.
Na jasnym tle wisiało kilka plansz. Każda z nich przedstawiała dokładnie narysowaną sylwetkę mężczyzny w określonej pozycji. Pod rysunkami znajdowały się krótkie opisy i oznaczenia. Był to swoisty kodeks, którego każda domina w DSB wymagała od swoich uległych.
Podniosła szpicrutę i wskazała nią pierwszą.
– Zaczniemy od podstaw. – Jej głos był spokojny, niemal wykładowy. – To jest pozycja pierwsza. Najprostsza. A mimo to większość robi ją źle. Nie wiem dlaczego, tak po prostu jest, może dlatego, że jesteście tępi. Nazywa się ,,klęcznik.
Czubek szpicruty dotknął rysunku.
– Plecy proste. Kolana lekko rozstawione. Ręce za plecami. Głowa opuszczona, ale nie zgarbiona.
Odwróciła się w jego stronę.
– Pokaż.
Przesunął się o pół kroku i spróbował ustawić ciało tak, jak na ilustracji. Paulina obserwowała go uważnie, przesuwając wzrokiem od ramion po stopy.
– Nie tak.
Szpicruta znów dotknęła jego pleców.
– Wyżej barki. Nie garb się. I ręce bliżej siebie.
Poprawił pozycję. Przyglądała się jeszcze chwilę, a potem skinęła głową.
– Lepiej, chociaż wciąż bardzo daleko od ideału. Wyprostuj plecy, nie jesteś zwierzęciem, tylko niewolnikiem  powiedziała zimno, korygując błąd. Michał starał się poprawić postawę, czując jak oparła szpicrutę na jego plecach .
 Pozycja numer dwa to ,,pokłon"   kontynuowała wskazując na kolejną planszę.
Miał teraz przyjąć głębszą formę uległości – klęcząc, musiał pochylić się do przodu, opierając czoło na podłodze, dłonie wyciągnięte przed sobą w geście całkowitego poddaństwa. Starając się nie popełnić błędu, zgiął się, ale jego ręce były za blisko ciała. 
Uderzyła go kilka razy w płacy
 Ręce dalej, całkowite poddanie, nie zatrzymujesz nic dla siebie  instruowała. Rozciągnął ręce, czoło opadło na podłogę.
 Pozycja numer trzy to ,,na baczność"  powiedziała.
Michał musiał wstać z klęczek i przybrać wojskową postawę. Nogi razem, ręce opuszczone wzdłuż ciała, plecy wyprostowane, głowa lekko uniesiona, wzrok skierowany w dół. Gdy starał się wstać, jego ruch był zbyt niezdarny. Szpicruta znów trafiła go, tym razem w pośladki.
 Wolno ale dokładnie. W tej pozycji masz być gotowy na każdy mój rozkaz, nie pozwalaj sobie na niedokładność.
Poprawił postawę, starając się stać równo.
 Pozycja numer cztery to ,,poddaństwo.
Musiał usiąść na piętach, klęcząc, z wyciągniętymi przed siebie rękami i rozłożonymi dłońmi, jakby ofiarowywał siebie. Głowa miała być opuszczona, a ciało musiało wyrażać całkowitą uległość. Gdy próbował przyjąć pozycję, jego plecy znów nie były wystarczająco proste. 
Szpicruta przesunęła się po kręgosłupie. 
 Wyprostuj się. Poddaństwo to nie oznaka słabości, ale szacunku..
Starał się jak najlepiej przyjąć instrukcje, czując, że każdy najmniejszy błąd zostanie za chwilę skorygowany.
 Pozycja numer pięć to ,,pies.
Była to kolejna forma poddaństwa – Michał musiał zejść na czworaka, dłonie i kolana na ziemi, głowa opuszczona, wzrok wbity w podłogę. Miał być gotów na rozkazy, jak pies, całkowicie podporządkowany i uległy wobec swojej pani. Niepewnie, przyjął pozycję, ale jego dłonie były za daleko od siebie. 
Szpicruta dwa razy trafiła w jego bark, a Fenriss surowo rzuciła: 
 – Równo! Ręce i kolana w jednej linii. 
Poprawił ułożenie ciała.
Pozostał na czworakach, ręce i kolana ułożone równomiernie, głowa opuszczona, wzrok wbity w podłogę. Czuł napięcie w każdym mięśniu, starając się nie popełnić żadnego błędu, choć serce biło mu szybko, a ciało lekko drżało pod ciężarem oczekiwań. Nie odzywała się przez chwilę. Usłyszał tylko delikatny szelest sukienki, kiedy podchodziła bliżej, a potem subtelny dotyk jej dłoni na ramieniu. Nagle usiadła bokiem na jego plecach, niczym na krześle. Miał wrażenie, ze jest lekka jak piórko. Czuł, jak skórzana sukienka przylega do jego ciała, gładka i chłodna w dotyku. Wysokie kozaki, które wcześniej całował, teraz dotykały żeber. Zmysłowy, ale zarazem zimny dotyk rękawiczek przesuwał się po karku, delikatnie, jakby tylko przypominała mu o swojej niepodzielnej władzy.
 Będziemy pracować nad tymi pozycjami  powiedziała spokojnym, chłodnym tonem, jakby to, co mówiła, było jedyną słuszną rzeczywistością. 
– Każdy błąd będzie karany, aż w końcu nauczysz się. Oczekuje perfekcji. Doświadczenie mnie uczy, że najlepszym nauczycielem i motywatorem będą strach oraz ból.
Te słowa przenikały przez jego umysł jak ostrze, a myśl o karze natychmiast sprawiła, że starał się jeszcze mocniej. Czuł bliskość, jakby kontrolowała każdy oddech, każdy mięsień w jego ciele, nie pozwalając na żaden margines błędu. Każdy ruch, każde drgnienie mogło być interpretowane jako sprzeciw – a tego rozpaczliwie pragnął uniknąć za wszelką cenę.
Wstała, skórzana sukienka znów delikatnie zaszeleściła, kiedy wyprostowała się nad nim. Wciąż pozostawał w pozycji numer pięć – na czworakach, z głową spuszczoną, całkowicie podporządkowany. Bez słowa, jednym precyzyjnym gestem uniosła szpicrutę. Zalśniła gotowa do działania.
 Pozycja numer jeden  rozkazała zimnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Próbował wykonać ruch płynnie, ale wciąż był napięty, zbyt powolny. Zauważyła niedoskonałość, błyskawicznie uderzyła go w bok, zostawiając piekący ślad na skórze.
 Zbyt wolno. Mówiłam, że oczekuję perfekcji   jej ton był jeszcze bardziej surowy.
Czuł, jak adrenalina uderza mu do głowy, ale nie miał czasu na zastanawianie się. 
 Pozycja numer dwa!   rozkazała.
Szybko pochylił się w pokłonie, czołem dotykając podłogi. Starał się, jednak wciąż coś nie było jak należy. Szpicruta kilka razy trafiła go w plecy i pośladki, naprawdę mocno. Paulina, nie dając mu chwili wytchnienia, rzuciła kolejne polecenie.
 Na baczność! Pozycja numer trzy! – niemal wykrzyczała.
Wstał, ale za wolno. Tym razem trafiła w klatkę chastity, mimo to ból przeszył całe ciało. Nie miał jednak czasu na reakcję. Tempo zaczęło się zwiększać, Paulina zaczęła losowo przywoływać pozycje.
– Pięć!
Natychmiast opadł na czworaka, ale poczuł kolejne bolesne uderzenie. Każdy błąd, każde, nawet drobne niedociągnięcie, było bezwzględnie korygowane. 
– Cztery! Poddaństwo! – nie zwalniała tempa.
Michał starał się jak mógł, ale z każdą sekundą czuł, jak ciało zaczyna odmawiać mu posłuszeństwa. Kiedy znów zbyt wolno przysiadł na piętach uderzyła go w plecy. Czepiała się każdego, nawet najmniejszego błędu – zgiętych palców, nierównomiernego ułożenia kolan, zbyt wolnych ruchów.
 Jestem rozczarowana twoją niezdarnością. To wszystko, na co cię stać?
Michał próbował nadążać, ale tempo stawało się coraz bardziej zawrotne. Fenriss chodziła wokół niego,  wyrywkowo każąc mu zmieniać pozycje.
 Dwa! Trzy! Jeden! Pozycja numer cztery!
Każdy błąd był natychmiast korygowany coraz bardziej bolesnymi uderzeniami. Szpicruta świszczała w powietrzu, ale Michał mimo bólu, starał się wytrzymać, jednak każda zmiana pozycji stawała się coraz trudniejsza. Czuł, jak pot spływa mu po czole i plecach, jak oddech staje się coraz bardziej nierówny.
Spojrzała na niego z chłodnym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Oczy miała jak stal, w których nie było miejsca na współczucie ani akceptację słabości. Przez moment patrzyła, jakby oceniała jego nieudolność, a potem przerwała ciszę lodowatym tonem:
 Słabo. Jestem tak bardzo rozczarowana. Myślałam, że bardziej ci zależy niewolniku.
Każde słowo było jak ostrze, które wbijało się w jego dumę i oddanie. Klęczał tam, spocony i zmęczony, czując się mały i bezbronny w jej obliczu. Był zmęczony, pot ściekał mu już po całym ciele, a każdy mięsień pulsował od wysiłku i bólu. Uderzenia szpicruty zostawiły na jego skórze piekące ślady, które przy każdym ruchu przypominały o słabości i niedoskonałości. Oddychał ciężko, próbując złapać oddech, ale ból w klatce piersiowej i ramionach nie dawał mu spokoju. 

Jego wzrok, choć ograniczony przez maskę, pozwalał mu podziwiać stojącą przed nim Lady Fenriss. Każdy szczegół jej postaci sprawiał, że czuł jednocześnie fascynację i przerażenie. Była nieskazitelnie piękna, skórzana sukienka lśniła w świetle, a perfekcyjny makijaż tylko potęgował zimny, wymagający wizerunek. Wysokie kozaki były jednym z  symboli władzy nad nim, a on – mimo bólu – czuł, jak to go pociąga. Z jednej strony pragnął spełnić jej oczekiwania, pokazać, że potrafi być godny, że stać go na więcej. Z drugiej strony, czuł się bezradny wobec tej chłodnej perfekcji.  Zmęczenie, ból i świadomość jej rozczarowania mieszały się mu w głowie. Czuł wstyd, że nie potrafił sprostać zadaniu, ale również nie mógł oderwać myśli od tego, jak niesamowicie zmysłowa i jednocześnie niedostępna była przed nim ta kobieta. Piękna, ale w sposób, który nie był osiągalny – bardziej jak idea, której nie można dosięgnąć. Każde jej słowo, każde uderzenie szpicrutą miało w sobie coś, co go jednocześnie upokarzało i fascynowało. Przez chwilę zastanawiał się, jak daleko może jeszcze zajść. Mimo bólu, mimo zmęczenia – wiedział, że nie jest w stanie się zatrzymać.

Spojrzała na Michała, na jej twarzy pojawił się ledwie zauważalny uśmieszek, choć oczy pozostawały zimne. 
 Weź się w garść  rzuciła chłodno  bo resztę sesji spędzisz w klatce.
Choć zmęczony i obolały, poczuł, jak te słowa przebiły się przez jego wycieńczone ciało. Nie chciał, żeby jego wysiłki zostały zepchnięte na margines, a myśl o klatce była czymś, co go zmotywowało do tego, by spróbować jeszcze raz. Zacisnął zęby i skoncentrował się, gotowy, by wykonywać każde kolejne polecenie z jeszcze większym zaangażowaniem.
 Pozycja numer trzy! 
Wykonał ruch płynnie, choć zmęczenie było już widoczne. Stanął w pozycji na baczność, plecy proste, ręce wzdłuż ciała, lecz Fenriss nie była zadowolona. Szpicruta trafiła w jądra, tak mocno, że aż upadł na kolana i zaczął zwijać się z bólu.
 Wstawaj! Wstawaj! Wszystko nie tak. Twoje ręce są za sztywne.
Podniósł się ciężko i poprawił postawę.
 Numer jeden! 
Natychmiast opadł na kolana, ręce założone za plecy, plecy wyprostowane, głowa spuszczona. Wydawało się, że dobrze zapamiętał tę pozycję, ale Lady, szpicrutą wskazując jego kark, poprawiła go surowo:
– Głowa niżej!
Mimo że wykonywał polecenia z coraz większą precyzją, Paulina wciąż znajdowała powody, by go bić. Każdy drobny szczegół, nawet najmniejsza niedoskonałość, były natychmiast karane. Patrzyła na niego przez chwilę, oceniając jego uległość, po czym szpicruta znów trafiła w jego ramię.
 Zbyt wolno. Naprawdę tak ciężko ci to idzie?
W tym momencie uświadomił sobie, że ona nigdy nie będzie w pełni zadowolona. 
 Pięć!
Opadł na czworaka, tak jak uczyła go wcześniej, ale znów poczuł bolesne uderzenie szpicruty.
 Za szeroko kolana!   krzyknęła, kopiąc go w nogę.
Poprawił się jak najszybciej, wciąż mając w pamięci słowa o klatce i groźbę spędzenia w niej reszty sesji. Wiedział, że bez względu na to, jak dobrze będzie sobie radził, Lady Fenriss i tak zawsze znajdzie coś, co wymaga poprawy. To była jej gra – perfekcyjna kontrola, która nie pozwalała na jakąkolwiek ulgę.
Spojrzała z zimnym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy, choć przez chwilę, jakby gdzieś w głębi, pojawił się ledwo zauważalny ślad akceptacji. Usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
 Cóż  powiedziała powoli, przeciągając słowa, jakby zastanawiała się, czy w ogóle warto je wypowiedzieć. – Lepiej już chyba nie będzie, może nawet zaczyna to jakoś wyglądać. Sporo pracy przed tobą, jeśli naprawdę chcesz być moim niewolnikiem. Chcesz, prawda ?
 Tak Lady Fenriss, pragnę tego z całego serca – odpowiedział z pokorą. Poczuł lekką ulgę, choć wiedział, że to dopiero początek. Każda pochwała, nawet w formie tak chłodnej jak ta, działała na niego motywująco. 

Podeszła do tronu. Usiadła na nim, jakby to miejsce było stworzone specjalnie dla niej. Spojrzenie pozostało chłodne i kontrolujące, a ułożenie ciała pełne królewskiego majestatu.
 Do mnie!
Pełen nadziei na to, że zasłużył na ulgę, wstał i zaczął iść w jej stronę, starając się zachować jak najwięcej godności. Zrobił trzy kroki, zanim usłyszał jej lodowaty głos, który natychmiast zatrzymał go w miejscu.
– Stój!  rzuciła ostro.
Wstała, obcasy kozaków odbijały się echem od podłogi, kiedy podeszła. 
– Kto pozwolił ci wstać?  zapytała chłodno.
Uderzyła go kilka razy po plecach i udach, wymierzając karę za niesubordynację. Poczuł piekący ból. Nie czekała długo, uderzyła raz jeszcze, celując w genitalia, tym razem o wiele mocniej.
 Pozycja numer jeden!   rozkazała, a on natychmiast uklęknął, wiedząc, że każdy najmniejszy błąd będzie kosztował go jeszcze więcej bólu.
Kiedy ponownie znalazł się na kolanach, z rękami założonymi za plecy, wymierzyła jeszcze kilka szybkich uderzeń szpicrutą, dokładnie celując w jego klatkę chastity, uda i sutki.
 Nigdy nie wstawaj bez mojego pozwolenia!
Nie spuszczając z niego wzroku, podeszła do jednej z gablot w pomieszczeniu. Otworzyła ją bez pośpiechu, spojrzała na zestaw klamer na sutki, połączonych cienkim, metalowym łańcuszkiem, i wybrała je.

Bez słowa wróciła do Michała, który wciąż klęczał przed nią w pozycji numer jeden – z plecami prostymi, rękoma z tyłu i głową opuszczoną. Zanim się zorientował, poczuł na skórze zimny dotyk metalu. Starał się nie poruszać, ale ból narastał z każdą sekundą, kiedy powoli dokręcała klamry, upewniając się, że są odpowiednio ciasne. Zacisnął zęby, wiedząc, że jakikolwiek dźwięk z jego strony tylko pogorszyłby sytuację. Następnie Fenriss przypięła smycz do łańcuszka łączącego klamry, delikatnie szarpiąc nim, aby upewnić się, że jest odpowiednio napięty.
 Za mną!
Wciąż kolanach, posłusznie ruszył. Każdy ruch powodował ciągłe napięcie na łańcuszku, które przemieszczało się w rytm jej kroków. Kiedy pociągała lekko smycz, ból w sutkach nasilał się, a jemu trudno było zachować równowagę. Szła pewnym krokiem przed nim tak poruszając smyczą tak, aby była zawsze napięta. Wysokie kozaki stukały o podłogę, każdy krok wyznaczał rytm jego posłuszeństwa. Każde szarpnięcie powodowało, że ból wzmagał się, zmuszając go do jeszcze większej koncentracji. Czuł, jak każdy ruch staje się coraz trudniejszy. Jego nadwaga sprawiała, że poruszanie się na kolanach stawało się prawdziwym wyzwaniem. Z każdym krokiem czuł, jak kolana zaczynają pulsować bólem od kontaktu z twardą podłogą, a napięcie na klamrach wywoływało kolejne fale piekącego dyskomfortu. Zacisnął jednak zęby, próbując zignorować ból i zmęczenie. Wiedział, że każdy nieostrożny ruch, każde nieodpowiednie zachowanie mogłoby ponownie rozzłościć Paulinę, a to oznaczałoby dalsze kary. Na to nie mógł już sobie pozwolić. Starał się więc, być perfekcyjnie posłuszny – jego kroki na kolanach były ostrożne a oddech równomierny, mimo że serce waliło mu w piersi. Smycz pozostawała naciągnięta, a każdy lekki ruch Pauliny powodował, że musiał dostosować się do jej tempa, nie pozwalając sobie na żadne potknięcia.

Idąc za nią na kolanach, próbował odwrócić swoje myśli od bólu i zmęczenia. Patrzył na jej sylwetkę, na sposób, w jaki jej skórzana sukienka opinała idealnie proporcjonalne ciało. Była nieskazitelnie piękna, a jej zimna, nieugięta postawa dodawała w jego oczach jeszcze więcej uroku. 
Jednak mimo tych myśli, które mogłyby go zachwycić, dominowała w nim inna: ,,ale ona jest wredna." Uśmiechnął się do siebie w duchu, niemal rozbawiony tym, jak o ironio, ta cecha, która mogłaby go zrażać, pociągała go najbardziej. Jej chłodna surowość, brak jakiejkolwiek litości – to wszystko było dla niego fascynujące. Pomimo bólu, który czuł z każdym szarpnięciem łańcuszka i wycieńczenia od poruszania się na kolanach, nie mógł zaprzeczyć, że to właśnie ta jej władczość tak bardzo go przyciągała.

Nagle odwróciła się, teraz idąc tyłem, jej zimny wzrok cały czas spoczywał na nim. Smycz była lekko napięta, a ona prowadziła go, pilnując, by nie pozwolił sobie na choćby chwilę rozluźnienia.
Od czasu do czasu, bez ostrzeżenia, unosiła szpicrutę i wymierzała szybkie uderzenia – raz w ramię, innym razem w plecy. Każde przeszywało go bólem, ale równocześnie zmuszało do jeszcze większej koncentracji.
 Znowu słabo, bardzo słabo  spojrzała z widocznym chłodem, po czym zdecydowanym ruchem odpięła smycz od łańcuszka, który wciąż łączył klamry na sutkach. Ból nieco zelżał.
 Sprawdzimy teraz, czy pamiętasz pozycje   powiedziała ostrym, bezwzględnym tonem, który przeszył ciszę w pokoju.
Uniosła szpicrutę, gotowa do egzekwowania dyscypliny. Jej głos wypełnił pomieszczenie:
– Trzy!
Szybko przeszedł do pozycji stojącej, prostując plecy, układając ręce wzdłuż ciała. Zrobił to płynnie, starając się sprostać jej oczekiwaniom.
 Pozycja numer jeden !
Opadł na kolana  z głębokim westchnieniem,  ręce założone za plecy, głowa opuszczona – idealnie, zgodnie z nauką.
– Pozycja numer dwa! Pokłon!
Zgiął się do przodu, opierając czoło o podłogę, ręce wyciągnięte przed sobą w geście całkowitego poddania. Starał się nie popełnić błędu. Czuł, że idzie mu dobrze i przez jakiś czas nawet szło.
Nagle jednak...
 Pozycja numer cztery!  krzyknęła.
Zbyt skupiony na poprzednich rozkazach, pomylił się. Zamiast przyjąć pozycję poddaństwa, ponownie przybrał pozycję na baczność. Chwila ciszy, która nastąpiła, była przerażająca. Spojrzała na niego z lodowatym wyrazem twarzy. Powoli uniosła szpicrutę. Przez dłuższą chwilę milczała, jakby rozważając jego nieudolność, po czym podeszła bliżej.
 To nie była zwykła pomyłka. To był brak posłuszeństwa, bo nie wierzę, że nie jesteś w stanie zapamiętać pięciu pozycji. Czy sądzisz, że możesz wybierać, kiedy spełniasz moje rozkazy, a kiedy nie? Jej głos przeszedł w niebezpieczny szept, który odbijał się mu echem w głowie.
Michał natychmiast zareagował. 
 Przepraszam, Lady... To był naprawdę błąd... nie chciałem...
Zignorowała jego słowa, patrząc na niego jak na kogoś, kto właśnie zrujnował zaufanie. Zimny, pełen dezaprobaty uśmiech pojawił się na jej twarzy. 
 Przeprosiny niczego nie zmienią. Nie chodzi o to, że popełniłeś błąd. Chodzi o to, że pokazałeś mi brak szacunku i posłuszeństwa. A za to musi być kara.
Każde słowo wbijało się w jego świadomość jak szpilka. Zmieszany, próbował jeszcze raz: 
 Lady, naprawdę... to nie było zamierzone...
Przerwała mu ostrym, kategorycznym gestem. 
 Nie interesuje mnie, co było zamierzone, a co nie. Niewolnik ma słuchać. A ty tego nie zrobiłeś. 
Spojrzała  z lodowatym uśmiechem. Przez chwilę jeszcze czekała, pozwalając, aby napięcie wzrosło. Potem bez słowa podeszła do jednej z szafek, otworzyła ją i wyjęła monetę o nominale jednego euro.
– Wstań i podejdź do ściany  powiedziała chłodno.

Podniósł się z trudem, nadal czując piekący ból po poprzednich uderzeniach. Kiedy znalazł się przy ścianie, podeszła bliżej, unosząc monetę do jego twarzy.
 Oprzyj się nosem o ścianę i przytrzymaj tę monetę – tak, aby znajdowała się między twoim nosem a ścianą.
Powoli zbliżył twarz do chłodnej powierzchni. Starał się ustawić tak, by moneta nie spadła, mocno opierając się nosem o ścianę, napinając wszystkie mięśnie szyi i ramion. Jego oddech był powolny, uważny, by przypadkiem nie poruszyć głową za mocno i nie pozwolić monecie upaść. Stanęła obok niego, przyglądając się, jak walczy o utrzymanie równowagi. 
 Nie ruszaj się ani na milimetr, bo jeśli moneta upadnie, kara będzie znacznie gorsza  wyszeptała mu złowrogo do ucha, jej głos przeszywał go jak nóż.
Bez pośpiechu podeszła do ściany, na której wisiały różne narzędzia dyscypliny. Wybór padł na flogger, którego rzemienie były szorstkie i wystarczająco giętkie  mogły sprawić ból, zależnie od intensywności uderzeń. Stanęła za nim i przez moment bawiła się, smyrając nimi po jego plecach i pośladkach. Poczuł lekki dreszcz. Zaczęła lekko uderzać, powoli, z wyczuciem. Rzemienie delikatnie obijały się o jego pośladki, ledwie wywołując ból. Z każdym kolejnym uderzeniem starał się utrzymać monetę na swoim miejscu, walcząc, by jego ciało nie poruszyło się ani o milimetr. Po chwili zaczęła zwiększać siłę uderzeń, choć wciąż nie była to pełna moc. Flogger coraz szybciej i pewniej uderzał o jego skórę. Ból stawał się wyraźny, ale do wytrzymania. Michał, choć czuł pulsujące uderzenia, które coraz bardziej piekły, wiedział, że musi pozostać nieruchomy. Każde jego drgnięcie mogło doprowadzić do tego, że moneta spadnie, a Fenriss wyraźnie dała mu do zrozumienia, że to oznaczałoby jeszcze większe kłopoty.

Przerwała bicie  i podeszła bliżej. Delikatnie dotknęła jego pośladków.
 Czuję, nawet przez rękawiczkę, że są już przyjemnie ciepłe   powiedziała z satysfakcją, klepiąc go, a jej głos był nasycony chłodną aprobatą. 
 Czas zatem na właściwą karę.
Bez pośpiechu odeszła na bok, sięgając po jedną z wielu trzcinek. Cienka i elastyczna  była idealnym narzędziem do zadawania precyzyjnego bólu. 
– Licz!
Pierwsze uderzenie spadło bez ostrzeżenia, rozcinając powietrze z głośnym świstem. Trzcinka uderzyła  prosto w pośladki, a ból natychmiast przeszył całe ciało. Było to zupełnie inne doświadczenie niż wcześniejsze uderzenia floggerem. Pieczenie rozchodziło się falami.
 Jeden!   zawołał, zaciskając zęby.
Nie zwlekała. Drugie uderzenie było równie bolesne, równo wycelowane w to samo miejsce, jakby chciała spotęgować odczucie bólu.
 Dwa  wydusił, starając się zachować spokój.
Trzecie i czwarte były precyzyjne i coraz bardziej rozpalały jego skórę. Mimo bólu, starał się liczyć głośno i wyraźnie, choć jego oddech stał się cięższy.
– Trzy... cztery –  zdołał wypowiedzieć.
Piąte spadło z taką samą precyzją, wywołując intensywną falę bólu, ale Michał zacisnął zęby, nie pozwalając sobie na jakąkolwiek reakcję, która mogłaby zdenerwować Paulinę.
 Pięć!  powiedział głośno, czując, jak jego pośladki pulsują od uderzeń, a skóra zaczyna płonąć. Ból był ostry, ale jeszcze do zniesienia.
Szóste uderzenie trzcinki spadło niespodziewanie z jeszcze większą siłą, przeszywając ciało ostrym, palącym bólem. Było znacznie mocniejsze niż poprzednie, Michał aż podskoczył, nie mogąc kontrolować reakcji swojego ciała. W tym momencie poczuł, jak moneta, którą trzymał nosem przy ścianie, oderwała się i z cichym dźwiękiem upadła na podłogę. Cisza, która nastąpiła po tym, była niemal ogłuszająca. Nie odważył się spojrzeć na Paulinę, ale czuł na sobie jej zimne spojrzenie.
 Podnieś to natychmiast i wracaj na pozycję   powiedziała sucho, bez śladu współczucia w głosie.
Drżąc, pośpiesznie sięgnął po monetę, która leżała na podłodze i z powrotem umieścił ją między nosem a ścianą, starając się jak najlepiej utrzymać ją w miejscu. 
 Zaczynamy od nowa   oznajmiła  chłodno.
Znowu usłyszał świst trzcinki w powietrzu, a ból powrócił, jeszcze mocniejszy niż za poprzednim razem. Wymierzała kolejne uderzenia, a on robił, co mógł, aby utrzymać monetę przy ścianie. Ostre uderzenia i nie do końca naturalna pozycja sprawiały, że nogi zaczynały mu drżeć. Mimo to, starał się trzymać głowę w miejscu, opierając się nosem o ścianę, by moneta nie spadła.
Pierwsze kilka uderzeń wytrzymywał zaciskając zęby i licząc kolejne raz za razem. Jednak za każdym razem, mniej więcej przy piątym czy szóstym uderzeniu, jego ciało nie wytrzymywało – mięśnie zbyt mocno reagowały, a moneta nieuchronnie spadała na podłogę. 
Kiedy to się działo, spoglądała na niego z wyraźną pogardą. Nie kryła złośliwości w swoim głosie, gdy mówiła: 
 Cóż nie wiedziałam, że jesteś taki słaby. –  Jej ton był przepełniony drwiną. 
– Naprawdę to wszystko, na co cię stać? Tylko pięć uderzeń? –  szydziła, podczas gdy Michał w milczeniu, z zażenowaniem kolejny raz podnosił monetę z podłogi, by wrócić do pozycji przy ścianie.
 Za każdym razem to samo. Czy naprawdę musimy ciągle zaczynać od nowa? Myślałam, że już się czegoś nauczyłeś  kontynuowała, gdy znowu opierał monetę o ścianę i ustawiał się w wyznaczonej pozycji.
Każde jej słowo było dla niego jak dodatkowe uderzenie. Każda porażka była momentem, w którym z łatwością zmieniała fizyczny ból w psychiczne upokorzenie. Kiedy moneta znowu upadała, Paulina zaśmiała się cicho i szyderczo: 
– Nie myślałam, że będzie to dla ciebie takie wyzwanie. Wracaj na pozycję.

Znowu musiał zaczynać od nowa, ale wiedział, że musi zrobić wszystko, by spełnić jej oczekiwania. Za każdym razem, gdy moneta spadała, Lady znajdowała nowe sposoby, by go upokorzyć.
– Jakie to żałosne. Zaczynam wątpić, czy masz w sobie cokolwiek, co zasługuje na miano mojego niewolnika.
Czuł, jak jego ciało powoli odmawiało posłuszeństwa. Każde kolejne uderzenie było bardziej bolesne, a każda próba utrzymania monety na miejscu kończyła się porażką. Pod maską, którą nałożyła na jego twarz, poczuł, jak łzy zaczynają mu napływać do oczu. Próbował je powstrzymać, ale emocje, upokorzenie, ból i frustracja były zbyt silne. Zaczęły powoli spływać po policzkach. Zaczął pociągać nosem.
 Już płaczesz ? – zapytała chłodnym, niemal znudzonym tonem. 
 Czy myślisz, że płacz cokolwiek tu zmieni? Że sprawi, że cię oszczędzę?
Starał się zapanować nad sobą, ale łzy napływały coraz szybciej, przeszkadzając mu w oddychaniu. Wiedział, że nie ma wyjścia, że nie może tego ukryć. Zbliżyła się do niego, a jej głos stał się jeszcze bardziej surowy. 
 Łzy nic ci nie pomogą. Tylko udowadniasz swoją słabość. Wracaj na pozycję. Natychmiast!
Drżący i upokorzony, posłusznie sięgnął po monetę, podnosząc ją kolejny raz z podłogi. Z całych sił próbował zapanować nad oddechem, by nie pociągać więcej nosem, ale było to niemal niemożliwe. Oparł się znowu  o ścianę, skoncentrował na tym, by utrzymać monetę na swoim miejscu, mimo że czuł, jak jego ciało drży od zmęczenia, a myśli były pełne beznadziei.

Paulina, widząc jego wewnętrzną walkę, patrzyła na niego z mieszanką chłodnej obojętności i satysfakcji. Dla niej był teraz całkowicie złamany, ale to nie oznaczało, że skończyła. W końcu zdołał utrzymać monetę przy ścianie przez całe dziesięć uderzeń. Jego ciało było wyczerpane, pośladki pulsowały bólem, a łzy nadal skapywały spod maski. Ale mimo to, udało mu się – moneta pozostała na miejscu. Kiedy wszystko ucichło, usłyszał dźwięk kroków. Powoli podeszła do niego. Uśmiechnęła się z widoczną satysfakcją, choć jej twarz wciąż zachowywała chłodny wyraz.
– Podziękuj mi teraz!
Padł na kolana i odsunął się od ściany. Jego wzrok, choć ograniczony przez maskę, wpatrywał się w wysokie kozaki. Zbliżył się, pełen uległości  i zaczął całować błyszczącą powierzchnię, zaczynając od czubków, a potem przesuwając usta wzdłuż obcasów.
 Dziękuję Lady Fenriss.
Spojrzała na niego z chłodnym uśmiechem, pozwoliła mu na to przez chwilę, ale jej głos przerwał ciszę.
 Nie omijaj żadnego miejsca, bo wrócisz zaraz pod ścianę, a tym razem nie będziesz miał tak łatwo.
Pochylił się bardziej, usta przesuwały się po gładkiej powierzchni skórzanego buta, starając się, aby każdy fragment został dokładnie ucałowany. 
Powoli przeszedł na drugi but, powtarzając czynność – starannie, niemal rytualnie, jakby każdy pocałunek miał być formą zadośćuczynienia za wcześniejsze błędy.
Paulina stała nieruchomo, patrząc z wyraźną satysfakcją, gotowa w każdej chwili przypomnieć mu o jego miejscu. 

Leżał na zimnej podłodze, jego było ciało zmęczone i wyczerpane. Czuł, jak jego serce przyspiesza, kiedy gdy pewnym momencie oparła nogę na jego głowie, przyciskając ją delikatnie do ziemi. 
 Widzisz, jeśli chcesz, potrafisz być dobrym niewolnikiem, chociaż czeka cię jeszcze bardzo dużo wysiłku. I bólu. O tak, zwłaszcza bólu.
Choć wyczerpany, czuł mieszankę fascynacji i strachu. Był pod całkowitą kontrolą Fenriss, jej dominacja była absolutna, a jego uległość niepodważalna.
 Jesteś gotowy starać się dla mnie?  zapytała chłodno, patrząc na niego z góry, jakby była pewna odpowiedzi, którą miała usłyszeć.
Ledwo mogąc wyrazić myśli, wyszeptał, prawie nie słysząc własnego głosu: 
 Tak, Lady. Jestem gotowy. Będę się starać dla Pani. Tylko dla Pani.
W tym momencie zdał sobie sprawę, że jest gotowy na naprawdę wiele. Leżąc tam, z butem opartym na głowie, czuł, jak każdy aspekt jego dotychczasowego życia blaknie w porównaniu do tej chwili. Gotowość, by sprostać jej wymaganiom, by oddać się w pełni i bez oporu, z każdym kolejnym jej słowem stawała się coraz silniejsza. Pomimo bólu, upokorzenia i ciągłej walki z własnymi słabościami, czuł, że to wszystko jest niczym w porównaniu do tego, co jeszcze mógłby dla niej zrobić. Z każdym uderzeniem swojego serca, czuł, że to właśnie ona była tą osobą, dla której był gotów przekroczyć swoje granice, oddać się w pełni – bez względu na koszty.
– Pozycja numer jeden! – ostry głos wyrwał go z zamyślenia. Ton znów nie zostawiał miejsca na wahanie ani pomyłkę. Natychmiast podniósł się na kolana, ręce skrzyżowane za plecami, głowa opuszczona, tak jak to wcześniej ćwiczył. Czuł, jak jego serce przyspiesza, wiedząc, że każdy błąd będzie surowo ukarany.
– Dwa! – poleciła, a Michał szybko zmienił pozycję, klękając jeszcze niżej, z głową dotykającą podłogi.
Jej głos, ostry i bezlitosny, wypełniał przestrzeń w pomieszczeniu, a on walczył, by utrzymać perfekcję w każdym ruchu. Wiedział, że każde, nawet najmniejsze potknięcie, skończy się kolejną karą. 
 Numer trzy! – wykrzyczała, obserwując, jak uległy szybko przechodzi do pozycji stojącej, wyprostowany jak struna, z oczami wpatrzonymi w podłogę.
Paulina kontynuowała, wydając kolejne komendy, a Michał zmieniał pozycje zgodnie z jej wymaganiami. 
 Numer cztery! Pięć! – jej głos coraz bardziej naciskał, a on starał się nie zawieść.
Spojrzała z cieniem satysfakcji w oczach, gdy zobaczyła, jak posłusznie wykonuje jej rozkazy. 
 Dobrze, widzisz? Jak chcesz, to potrafisz. Za mną, na czworaka  poleciła, wskazując mu kierunek. Zbliżali się do fotela, a jego wzrok powoli zaczął dostrzegać szczegóły. Mebel był niepozorny, ale to, co go wyróżniało, zjeżyło mu włosy na karku. Powierzchnia siedziska była pokryta setkami małych, wystających, przypominających gwoździe, kolców. Skórzane pasy przymocowane do poręczy i oparcia jasno sugerowały, że nie jest to zwykły fotel, ale narzędzie tortur.

Stanęła obok, patrząc zimnym wzrokiem. 
– Siadaj! 
Spojrzał na nią, a potem na fotel. Wiedział, że nie ma wyboru. Powoli podszedł bliżej, wpatrując się w ostre kolce wystające z siedziska. Zacisnął zęby i delikatnie usiadł, starając się nie opierać całym ciężarem ciała. Gdy tylko jego obolała skóra pośladków zetknęła się z kolcami, poczuł ból. Każdy z tych małych, metalowych gwoździ wbijał się w jego ciało i chociaż nie przebijał skóry, powodował palący, pulsujący dyskomfort.  Paulina obserwowała go z wyraźną satysfakcją.
– No dalej. Usiądź porządnie. Równo! Rozgość się. Nie próbuj mnie oszukać.
Podeszła bliżej patrząc na uległego, który z trudem utrzymywał się na kolczastym fotelu, każdy ruch wywoływał palący ból, jakby kolce wbijały się jeszcze głębiej w jego ciało. Nagle zaczęła siadać bokiem na jego kolanach. Dotyk miękkiej skóry, z której wykonana była sukienka dodatkowo podkreślał różnicę, między jej elegancją a jego nagością.
Poczuł subtelny, ale intensywny zapach jej perfum – zapach luksusu, który od razu przyciągał uwagę. Był delikatnie kwiatowy, z nutą piżma, podkreślając jej zmysłowość i dominację. Jej nogi były blisko, opierała się lekko, a to dodatkowe obciążenie zwiększało nacisk na jego pośladki, które coraz bardziej wbijały się w ostre kolce fotela. Ból stawał się nie do zniesienia, ale musiał to wytrzymać, nie mógł zawieść. Zaczął wydawać z siebie ciche jęki.
Paulina uniosła dłoń i zaczęła delikatnie, prawie czule gładzić jego maskę.
– Udowodnisz mi teraz swoje oddanie ? – zapytała, jej głos był ciepły, niemal pieszczotliwy, ale w tej miękkości kryło się coś niebezpiecznego. 
Z trudem opanowywał ból, a jej bliskość była zarazem fascynująca i bolesna – zapach perfum, dotyk dłoni na masce, delikatne muśnięcia, a zarazem świadomość, że każdy ruch pogarszał jego cierpienie.
– Tak, Lady Fenriss. Zrobię wszystko dla Pani.
Uśmiechnęła się, a jej dłoń, nadal delikatnie głaszcząca maskę, przesunęła się na  ramię. 
– Dobrze, niewolniku. Takiej odpowiedzi właśnie oczekiwałam.

Powoli wstała z jego kolan i nagle, ku jego zaskoczeniu, pociągnęła za dźwignię znajdującą się z boku fotela. Z cichym kliknięciem mechanizm zadziałał, a kolce powoli schowały się w siedzisku. Ulga była natychmiastowa. Poczuł, jak ból ustępuje, choć ciało nadal pulsowało. Wyszeptał: 
– Dziękuję, Lady Fenriss.
Spojrzała na niego z aprobatą i sięgnęła po skórzane pasy, przymocowane do fotela. Zaczęła przypinać go. W pierwszej kolejności zostały unieruchomione przy poręczach fotela nadgarstki, następnie przyszła kolej na kostki. Pasy były sztywne, szorstkie i ciasne.

Kiedy był uż całkowicie unieruchomiony, nachyliła się nad nim, a głos stał się cichy, niemal intymny: 
– Niewolniku, jesteś gotowy na więcej bólu?

Nie czekała na odpowiedź. Podeszła do ściany. Wróciła, pchając przed sobą niewielki stolik na kółkach. Na blacie stała elegancka, metalowa skrzynka, której zawartość natychmiast przyciągnęła uwagę Michała. W środku leżało violet wand – urządzenie, którego charakterystyczny zestaw końcówek wyglądał jednocześnie fascynująco i niepokojąco.
– Czy wiesz, co to jest?
Znał to urządzenie, widział je na filmach femdom, wiedział, do czego służy.
– Tak, Lady Fenriss– odpowiedział drżącym głosem, próbując zachować spokój, mimo narastającego napięcia. – Wiem, co to jest.
Paulina uśmiechnęła się szerzej, widząc jego reakcję. 
– Świetnie  – powiedziała, otwierając skrzynkę i powoli wyjmując violet wand. – Część teoretyczną zatem odpuścimy sobie a sprawdzimy, jak dobrze sobie poradzisz z praktyką.

Jej oczy błyszczały zimną satysfakcją, kiedy wybrała pierwszą końcówkę – szklaną elektrodę, która wyglądała jak delikatna, fioletowo-błyszcząca różdżka.  Obserwował, jak Fenriss wkłada elektrodę do urządzenia, przekręcając ją. Każdy ruch był dokładny, jakby przeprowadzała precyzyjną operację. Następnie podeszła do urządzenia, które stało na stoliku, i powoli, zaczęła ustawiać moc. Delikatne kliknięcia regulatora mocy rozbrzmiewały w ciszy, aż wybrała odpowiedni poziom. Na jej twarzy  pojawił się lekki, chłodny uśmiech, kiedy fioletowa elektroda zaczęła emitować subtelne, elektryczne trzaski.
– Zaczniemy delikatnie.

Zbliżyła końcówkę urządzenia do ciała Michała. Od razu zaczął oddychać szybciej. Najpierw przyłożyła ją do ramienia – zaledwie kilka milimetrów od skóry, a fioletowe wyładowania natychmiast zaczęły iskrzyć. Poczuł delikatne, ale jednocześnie intensywne mrowienie, jakby tysiące małych igieł przebiegały po ciele. Ból i przyjemność splatały się w jedno, tworząc falę szoku, która przechodziła przez  mięśnie.
– Boli?  – zapytała, przytrzymując końcówkę w jednym miejscu na tyle długo, by elektryczne impulsy wzmocniły odczucie. 
Przygryzł wargi i odpowiedział z lekkim drżeniem w głosie: 
– Jest intensywne Lady. Boli ale do wytrzymania.
– Bardzo dobrze -  odpowiedziała  przesuwając urządzenie po jego ciele, zbliżając je teraz do klatki piersiowej, gdzie mrowienie stało się silniejsze. 
Z wyraźną satysfakcją na twarzy, przekręciła pokrętło, zwiększając moc. Subtelne trzaski fioletowych wyładowań stały się bardziej intensywne, a ich dźwięk rozbrzmiewał w pomieszczeniu z elektryzującą siłą. Na jej ustach pojawił się uśmiech, który jedynie podkreślał zimną rozkosz, jaką czerpała z zadawania mu bólu.

Drgnął, kiedy poczuł pierwsze silniejsze wyładowanie. Każdy dotyk elektrody na skórze był teraz bardziej bolesny. Przesuwała urządzeni, zbliżając je do najbardziej wrażliwych miejsc –  klatki piersiowej, sutków a potem powoli w stronę brzucha. Fioletowe iskry przeskakiwały między elektrodą a a skórą, powodując intensywny, piekący ból, który zmuszał go  do odruchowego napięcia.
Obserwowała to z sadystyczną przyjemnością a jej uśmiech stawał się coraz bardziej złowieszczy, gdy widziała, jak  zmaga się z bólem. Przesuwała violet wand powoli, z rozmysłem, zostawiając urządzenie na dłuższą chwilę w różnych miejscach, jakby testując jego wytrzymałość. Fioletowe wyładowania migały, zostawiając za sobą mrowienie, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej bolesne.

Zaciskał zęby, aby powstrzymać jęk. Fenriss to zauważyła i bez cienia współczucia, przesunęła elektrodę w stronę jąder, wiedząc, że to miejsce będzie jeszcze bardziej wrażliwe na wyładowania. Każdy ruch różdżki przynosił nową falę bólu, a ona wydawała się czerpać nieopisaną radość z zadawania mu go. Z satysfakcją na twarzy wyłączyła urządzenie i bez pośpiechu zaczęła zmieniać końcówkę. Tym razem wybrała bardziej agresywną – metalową, zakończoną kilkoma ostrymi wypustkami, które były zaprojektowane do przekazywania bardziej skoncentrowanych, bolesnych wyładowań. Jej chłodny uśmiech poszerzył się.
– Teraz poczujesz coś zupełnie innego.
Włączyła urządzenie, a dźwięk trzaskających wyładowań był teraz znacznie bardziej intensywny. Metalowe końcówki zaczęły iskrzyć, emanując energią, która niosła ze sobą złowieszczą obietnicę większego cierpienia.

Zbliżyła urządzenie do jego skóry. Gdy tylko końcówka dotknęła ciała, Michał natychmiast poczuł różnicę. Ból był znacznie bardziej  ostry i przenikliwy. Wyładowania przeskakiwały z wypustek na skórę jak małe, piekące igły, które wbijały się w ciało, przesyłając fale mrowienia, które szybko przekształcały się w nieznośne ukłucia. Każdy kontakt wywoływał nową falę bólu, o wiele bardziej intensywną niż wcześniej. Paulina z satysfakcją obserwowała jego reakcję. 
– Ból jest inny, prawda?   zapytała  z ciekawością,  przytrzymując elektrodę dłużej w jednym miejscu, tak aby w pełni poczuł moc nowego narzędzia. Czuł, jak każdy nerw w jego ciele reaguje na wyładowania. Zaciskał zęby, próbując powstrzymać krzyk, ale ból przenikał tak głęboko, sprawiając,  że całe jego ciało drżało od intensywności.
– Musisz wytrzymać   dodała, tym razem przesuwając końcówkę wzdłuż klatki piersiowej, w stronę sutków. Metalowe wypustki rozchodziły się po jego ciele niczym ogień, przenosząc wyładowania, które były tak intensywne, że każdy dotyk wywoływał niemal natychmiastową reakcję. Michał próbował oddychać spokojnie, ale ból był zbyt wielki, a wyładowania zbyt intensywne.
– Cierpienie jest nieodłącznym elementem oddania  szepnęła, zbliżając końcówkę do jego sutków, gdzie ból był szczególnie dotkliwy. Poczuł, jak jego mięśnie napinają się mimowolnie, a każdy impuls przynosił nową falę mrowienia, która przeszywała go na wskroś.

Paulina sięgnęła po kolejną końcówkę do urządzenia – tym razem wybór padł na metalową elektrodę z jedną ostrą wypustką, koncentrującą w sobie całą energię .Wyglądała jeszcze bardziej agresywnie niż poprzednia. Michał z napięciem obserwował każdy jej ruch, wiedząc, że nowa końcówka przyniesie zupełnie inne, bardziej intensywne odczucia. Paulina z wprawą zamontowała ją, a dźwięk trzaskających wyładowań wypełnił pokój.
– Sprawdźmy, jak sobie poradzisz z tym  powiedziała z zimnym uśmiechem, patrząc na swoją ofiarę, która wyczuwała nadchodzący ból. Te słowa brzmiały jak wyzwanie, któremu nie mógł się oprzeć, choć był już na granicy wytrzymałości.
Gdy przyłożyła nową końcówkę, impulsy przeszły przez niego z intensywnością, jakiej wcześniej nie doświadczył. Wypustka wywoływała ostrzejszy, bardziej skoncentrowany ból, przypominający serię precyzyjnych ukłuć. Elektryczne wyładowania nie były już tylko mrowieniem – teraz każdy kontakt przypominał tysiące małych iskier, które przenikały przez skórę, docierając głęboko do mięśni.
Fenriss zatrzymała się na sutkach, gdzie bodźce były szczególnie bolesne. Nie mógł powstrzymać się od krzyku, gdy fioletowe impulsy dosięgły najbardziej wrażliwych miejsc.
Zaśmiała się głośno, słysząc jego reakcję. Przesunęła końcówkę niżej, w kierunku penisa, który wciąż był uwięziony w klatce. Fioletowe wyładowania przeniknęły przez otwory w chastity, a on poczuł falę nowego, jeszcze silniejszego bólu. Krzyk wypełnił pomieszczenie.
– Mmm, niewolniku, cudownie się bawię, a ty? 
Poczuł, że te słowa trafiają w jego czuły punkt. Był rozdarty między bólem a fascynacją tym, jak bardzo potrafiła kontrolować sytuację. 
– Widzę, że chyba nie masz zbyt wiele do powiedzenia   dodała z nutą złośliwości. 

Wciąż milczał, bo wiedział, że jakakolwiek odpowiedź nie zmieniłaby sytuacji, że musi znaleźć w sobie siłę, by znieść to wszystko. Przez kolejne minuty kontynuowała swoją grę, raz za razem aplikując bolesne impulsy. Patrzyła z uśmiechem, widząc jak walczy, z każdą sekundą, próbując zapanować nad swoimi reakcjami, choć było to już prawie niemożliwe. Jego ciało drżało pod wpływem wyładowań, a każdy impuls wydawał się o krok za blisko jego granicy wytrzymałości. Ale mimo bólu, w głębi duszy czuł, że to jest właśnie to, czego szukał – pełne podporządkowanie, niemal hipnotyzująca władza, jaką miała nad nim Paulina. Piękna i okrutna. W końcu wyłączyła urządzenie. Spojrzała na niego jeszcze raz i odłożyła violet wand na stolik, jakby to była zwykła, codzienna czynność.
– Wystarczy   powiedziała rozbawionym głosem.

Michał był wyczerpany. W jego ciele wciąż tlił się ból, ale było w tym coś więcej – poczucie, że był całkowicie pod jej wpływem. Choć wyczerpany, czuł też ulgę, że  tortura dobiegła końca.

Odpięła pasy, pozwalając mu na moment ulgi. Bez słowa ruszyła w stronę tronu. Usiadła na nim z gracją. Wciąż oszołomiony i zmęczony, spoglądał na nią z mieszanką podziwu i strachu.
– Do mnie. Czołgaj się!
Nie mając wyboru, zaczął robić co kazała. Ciało bolało go od wcześniejszych tortur. Czołgając się w jej stronę, czuł, jak każdy centymetr ziemi pod nim staje się jego jedynym celem. Jego wzrok skupiał się na jej butach, a świadomość, że ona obserwuje każdy jego ruch, dodawała mu dziwnej mieszanki motywacji i strachu. Kiedy w końcu doczołgał się, uklęknął. Spojrzała na niego z góry i podała mu kluczyk, polecając, aby zdjął chastity.
Rzuciła mu prezerwatywę a zimny uśmiech pojawił się na jej twarzy.
 Załóż!  – powiedziała ostro.

Drżącymi rękoma zaczął wykonywać jej polecenie, jego myśli były pełne mieszanki emocji – z jednej strony poczucie bycia całkowicie zależnym od niej, z drugiej strony niepewność co do tego, co nastąpi dalej. Na szczęście szybki wzwód ułatwił sprawę.
– Masz trzy minuty. Jeśli nie zdążysz będę cię znowu biła, tym razem jeszcze mocniej   powiedziała.
Skupił wzrok na jej butach. Zaczął myśleć o  ukrytych wewnątrz stopach, które widział przez moment u siebie w domu, gdy siedząc na sofie zakładała skarpetki. W tym jednym punkcie próbował odnaleźć skupienie i spokój. Czas zdawał się zwalniać, a każda sekunda stawała się wiecznością. Z jego czoła spływały drobne kropelki potu, czuł to pod maską a napięcie w powietrzu stawało się niemal namacalne.

Nie spuszczała go z oczu, jakby obserwowała mistrzowskie widowisko, które stworzyła. Czuł ten wzrok na sobie, wywołujący dodatkową presję. Każdy ruch wydawał się być przez nią oceniany. W końcu, po nieco ponad dwóch minutach, ciszę przerwało ciche westchnienie, które wyrwało się z jego ust. 
– Brawo, sprawnie ci poszło.
Wstała i podeszła. Powoli zaczęła zdejmować mu maskę, obrożę i opaski z przegubów. 
– To już, koniec. Przeżyłeś   powiedziała, tonem niemal pobłażliwym.
Natychmiast zaczął całować jej buty. 
– Dziękuję, Lady... dziękuję   powtarzał cicho, czując, że choć sesja dobiegła końca, jego oddanie dla niej stało się jeszcze głębsze. Obserwowała to z zadowoleniem, pozwalając mu na moment pełnego oddania. W końcu, z lekkim zniecierpliwieniem w głosie, powiedziała chłodno: 
 Wystarczy. Chodź za mną.
Posłusznie wstał, wyrzucając pełną nasienia gumkę do wskazanego kosza. Wyszli na korytarz, zaprowadziła go z powrotem w kierunku szatni.  Kiedy dotarli, wskazała na drzwi. 
 Wykąp się i ubierz. Kiedy będziesz gotowy, naciśnij przycisk na ścianie.

Po szybkim prysznicu, czuł się odświeżony, choć jego myśli wciąż krążyły wokół tego, co właśnie przeżył. Pospiesznie się ubrał, wiedząc, że Paulina czeka na niego. Kiedy był gotowy, nacisnął przycisk na ścianie, jak poleciła. Po niespełna dwóch minutach drzwi otworzyły się i pojawiła się w drzwiach. Jej twarz była spokojna, wyraz zimnej dominacji zastąpiony subtelnym, niemal przyjaznym uśmiechem.

Zaprowadziła go z powrotem do pomieszczenia  podobnego do tego, w którym na początku sesji czekał na nią. Teraz atmosfera była już mniej napięta, ale wciąż naładowana emocjami. Wskazała mu miejsce na niewielkiej sofie, a kiedy usiadł, obdarzyła go kolejnym uśmiechem. 
– Napijesz się czegoś ? 
Poprosił o sok. Paulina, z nonszalancją, zdjęła  rękawiczki i rzuciła je na oparcie fotela, jakby nie przywiązywała do tego większej wagi. Potem podeszła do stolika, gdzie czekał dzbanek z sokiem. Podała mu szklankę i usiadła na przeciwko.

Wciąż w lekkim szoku po intensywnych przeżyciach, spojrzał na nią, starając się zebrać myśli. W jego głowie wciąż odbijały się emocje z sesji, a serce biło nieco szybciej, gdy próbował opisać to, co właśnie przeszedł.
– Jezu, Paulina, przepraszam, Lady… – zaczął, z trudem dobierając słowa. – To było… piękne, cudowne, niesamowite... Po prostu boskie. Jesteś mistrzynią.
Uśmiechnęła się czekając, aż opowie więcej.
– Nie spodziewałem się, że będzie aż tak intensywnie –  kontynuował, wciąż próbując poukładać sobie to, co przeżył. 
 Od samego początku, kiedy kazałaś mi przybierać te pozycje… czułem, jakby moje ciało i umysł stawały się jednym. Każda Twoja korekta, każde uderzenie szpicrutą było jak wykład o posłuszeństwie, o pokorze. Każdy ból był jak przypomnienie, że to Ty masz nad wszystkim kontrolę. Byłem kompletnie w Twoich rękach i... to było... takie fascynujące. 
– A ten moment z monetą, Jezu, myślałem, że nie dam rady. Ale wiedziałem, że muszę to wytrzymać, musiałem Cię zadowolić, choć ból był ogromny. Twoje słowa, twoje spojrzenie, za każdym razem, kiedy czułem, że mogę nie dać rady, one mnie podnosiły. To, jak prowadziłaś mnie przez te etapy… czułem się, jakby to była podróż. Każda sekunda była wyzwaniem, ale też nagrodą, bo wiedziałem, że robię to dla Ciebie.

Napił się soku. Z każdym kolejnym zdaniem wylewał swoje emocje, jakby w lawinie słów potrzebował tego, by zrozumieć, co właściwie przeżył. 
– I na koniec, kiedy poczułem ulgę, kiedy zrozumiałem, że przetrwałem. To było jak katharsis. Jakby każda chwila cierpienia prowadziła do tego jednego momentu, w którym wiedziałem, że osiągnąłem coś więcej niż tylko twoje uznanie. Osiągnąłem swoje własne granice, a ty poprowadziłaś mnie przez nie.
Paulina słuchała uważnie, delikatny uśmiech błądził na jej ustach.
– Jesteś niesamowita. Dziękuję, jeszcze raz   powiedział z pełnym przekonaniem w głosie, jakby każde słowo miało dla niego teraz nowe, głębsze znaczenie.
Przełknął ślinę, a jego wzrok przeszedł od jej twarzy do szklanki, którą trzymał w ręku. 
– Już teraz wiem, że zrobię wszystko, żeby znów tu wrócić i spotkać się z tobą, w tym miejscu  dodał, jego głos brzmiał pewnie, jakby był gotów na kolejne wyzwania, niezależnie od tego, jak trudne by się okazały.
Czuł, że jej słowa są jak rozkaz, który musi wypełnić. Jednak w głębi duszy nie chciał jeszcze odchodzić. Mimo to, Paulina kontynuowała: 
– Ja niestety mam dziś jeszcze trzy sesje, więc nie będę mogła ci towarzyszyć, przepraszam. Nadrobimy to, obiecuję.
 Cieszę się, Michale. Podobno najlepsza sesja to taka, gdy od razu myślisz o kolejnej. Idź teraz odpocząć, najlepiej przenocuj w Berlinie. To był intensywny dzień, zasłużyłeś na chwilę relaksu. 

Pożegnali się. Wsiadł do windy i zjechał na dół, wciąż przetwarzając w głowie wszystko, co się wydarzyło. Kiedy wyszedł z budynku, świeże zimowe powietrze uderzyło go w twarz, ochładzając wciąż ciepłe, lekko czerwone policzki. Ten chłód działał jak kubeł zimnej wody, pozwalając mu stopniowo wrócić do rzeczywistości po emocjach, które go dopiero zaczynały ustępować.
Skierował się w stronę swojego samochodu, który stał na parkingu. W powietrzu unosiła się mieszanka wilgoci i zapachu palonego węgla. Kroki odbijały się echem po pustawym placu, gdy nagle zauważył, że na teren wjeżdża granatowe Maseratti Levante. Sportowy SUV zatrzymał się kilka miejsc dalej. Z lekką ciekawością, dyskretnie zerknął w tamtą stronę. Stojąc już obok swojej Panamery, kątem oka dostrzegł, jak z samochodu wysiada piękna, ciemnowłosa dziewczyna. Ubrana w białe futro i spodnie ze skóry, przeszła nie zwracając na niego najmniejszej  uwagi. Po chwili dotarło do niego, że musiała być jedną z domin z DSB, pewnie widział ją na zdjęciach na stronie studia. Może Isabella? Na pewno ona. Na żywo była jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach. Dyskretnie powiódł za nią wzrokiem, obserwując, jak wchodzi do budynku.

Z westchnieniem wrócił do rzeczywistości, wsiadł do samochodu i wybrał D. Porsche zawarczało nisko. Pora wracać do domu...

-----


Rozdział XLII 

New York, New York...

Berlin, jesień 2011

Jesień mijała błyskawicznie, niemal niezauważalnie. Paulina ponownie zanurzyła się w rytmie obowiązków, który z tygodnia na tydzień stawał się coraz bardziej intensywny – i zarazem coraz bardziej satysfakcjonujący. Zajęcia na uniwersytecie, gdzie prowadziła ćwiczenia z pierwszym rokiem oraz dodatkowy kurs dla studentów starszych roczników, kosztowały ją sporo pracy poświęcanej na przygotowania. Wieczorne sesje w Domina Studio Berlin wymagały zupełnie innego skupienia – fizycznego, emocjonalnego a nawet teatralnego. Tam była kimś zupełnie innym, a ten kontrast między światem akademickim a światem femdom coraz bardziej ją fascynował. Do tego dochodziły treningi. Trzy razy w tygodniu spotykała się z Andreasem – a on nie znał litości. Ich wspólne sesje na siłowni Velocity Berlin były intensywne, dopracowane, zaplanowane co do minuty. Przysiady z ciężarem, martwe ciągi, wiosłowanie, pompki na poręczach – trener skupiał się na kształtowaniu siły funkcjonalnej i podkreślaniu jej smukłej sylwetki. Nieraz z wysiłku miała aż mroczki przed oczami, ale po prysznicu, gdy zakładała wygodny, miękki dres i wychodziła na chłodne powietrze – czuła dumę i lekkość, której nie dało się porównać z niczym innym. Poświęcała również czas na bieganie. Wraz z koleżankami z Dominii, Gretą i Noemi, dołączyły w październiku do Adidas Runners Berlin – programu wspierającego amatorów przygotowujących się do  biegów ulicznych. Celem był start w Generali Berliner Halbmarathon, zaplanowany na 6 kwietnia. Zorganizowane treningi odbywały się dwa razy w tygodniu – popołudniami, spod siedziby marki na Warschauer Straße. Dziewczyny biegały przez mosty, bulwary i parki Berlina, niekiedy kończąc wspólny wieczór gorącą herbatą lub kolacją w domu u którejś z nich.

Ale Paulina potrzebowała też samotności. Raz w tygodniu zakładała kaptur, słuchawki, włączała ulubioną playlistę. Biegła wtedy w swoim tempie. Lubiła czuć rytm oddechu, ciepło w klatce piersiowej i siłę pracujących w harmonii mięśni.

Na treningach Adidas Runners dziewczyny wyróżniały się od pierwszego spotkania. Paulina – zgrabna, skupiona, zawsze ubrana z klasą, nawet w sportowym wydaniu. Noemi – zjawiskowo piękna, o skórze jak satyna i nienagannym stylu biegu. Greta – nordycka bogini z lodowatym spojrzeniem, która pokonywała kilometry z siłą i energią, jakby urodziła się do biegania. Wzbudzały podziw nie tylko swoją kondycją, ale i wyraźną aurą pewności siebie. Trzymały się zawsze blisko, a wśród męskiej części grupy szybko zaczęły krążyć żarty i zakłady, kto pierwszy odważy się zagadać.

Paulina czasem uśmiechała się do Noemi, widząc nieśmiałe próby flirtu. 
– Nieszczęśnicy nawet nie wiedzą, z kim próbują się umówić – powiedziała kiedyś półgłosem. Przyjaciółka tylko poruszyła brwiami z lekkim rozbawieniem. 

Ku zaskoczeniu dziewczyn to Greta – najchłodniejsza z nich, najbardziej zdystansowana – jako pierwsza naprawdę się otworzyła. Marco nie był nowy w grupie. Wysoki, wysportowany, o łagodnym spojrzeniu i szerokim uśmiechu, który nie znikał z twarzy nawet przy piątym kilometrze. Biegał tuż obok niej, ale nie narzucał się. Kiedyś podał jej bidon, potem zapytał o buty, które miała na nogach. Z tygodnia na tydzień zaczęli rozmawiać więcej i więcej – o bieganiu, o muzyce, o winie, o podróżach. Pewnego wieczoru, gdy wracały z  treningu, popijając z butelki termicznej ciepłą herbatę, powiedziała spokojnie:
– Dziewczyny, muszę wam się przyznać zanim i tak się wyda. Spotykam się z Marco.
Noemi spojrzała zaskoczona. 
– Serio? To świetnie, jest fajnym chłopcem.
– Serio. Jest inny. Nigdy nie czułam się tak dobrze z żadnym facetem. Jest czuły. Delikatny. Słucha mnie. Nie przytłacza.
Paulina popatrzyła na nią uważnie. 
– Myślisz, że...?
Greta wzruszyła ramionami. 
– Może. Czasem patrzy na mnie tak, że mam ochotę założyć mu  obrożę i pobić do krwi. Ale na razie czekam. Sprawdzam. Może kiedyś mu powiem. Może pokażę, kim naprawdę jestem. Ale teraz to nieistotne. 
Noemi parsknęła cicho. 
– Tylko niech się chłopak nie przestraszy. Słyniesz w Domini z wyjątkowo ciężkiej ręki.
– Jak się przestraszy, to nie jest wart tego, żeby w ogóle o nim mówić – odparła Greta, a w jej oczach błysnęła znajoma stal. Ale wiecie co ? Dla mnie to teraz całkowicie nieistotne.

---

Paulina najwięcej czasu spędzała z Bellą  – niemal tak, jakby ich przyjaźń była czymś więcej niż zwykłą bliskością. Odkąd obie na dobre wpisały się w codzienność berlińskiego życia, ich relacja stała się głębsza, uważniejsza. Były dla siebie lustrem i schronieniem. Spotykały się na kawę w ulubionej kawiarni przy Savignyplatz, wspólnie chodziły na zakupy do butików wokół Ku’dammu, czasem po prostu siedziały u jednej z nich, popijając wino i rozmawiając bez końca. Od tamtej nocy, kiedy Bella została u Pauliny i zasnęły splecione w ciepłym, kobiecym uścisku, nic podobnego już się nie powtórzyło. A jednak – za każdym razem, gdy ich ramiona musnęły się choćby przypadkiem, gdy patrzyły sobie w oczy zbyt długo, gdy śmiały się razem zbyt swobodnie – coś niewidzialnego zawisało w powietrzu. Coś cichego, elektryzującego. Coś, czego żadna z nich nie defioniowała. Bella, z całym swoim włoskim temperamentem, czasem rzucała dwuznaczne uwagi – niby żartem, niby lekko – ale jej spojrzenie mówiło więcej. Paulina z kolei potrafiła odpowiedzieć równie błyskotliwą ripostą, choć czasem spuszczała wzrok z uśmiechem, jakby sama nie była pewna, czy to wszystko to jeszcze żart, czy już może coś więcej.
– Wiesz, Paulina – powiedziała  pewnego wieczoru, kiedy siedziały razem w jej mieszkaniu, sącząc Pinot Nero i jedząc owoce – niektóre rzeczy nie muszą się powtarzać, żeby pozostały wieczne.
– A inne... inne nie muszą się jeszcze zacząć, żeby już były obecne – odpowiedziała cicho.
Nie potrzebowały niczego więcej. Wiedziały, że ich więź jest wyjątkowa. Była jak piękna melodia, która nie musi być grana na głos, by wciąż brzmiała gdzieś w tle – wyraźna, intymna, wibrująca.

---

Późną jesienią Paulinę znowu odwiedzili Olga i Jacek. Przyjechali na kilka dni, korzystając z długiego listopadowego weekendu. Gdy tylko przekroczyli próg mieszkania, Olga zdjęła płaszcz i spojrzała chłodno na swojego partnera.
– Rozbieraj się, na co czekasz?  – Powiedziała cicho, lecz z tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– Tak, moja Pani – odpowiedział natychmiast, spuszczając wzrok. Bez słowa zdjął ubrania, poskładał je starannie i ułożył przy ścianie w przedpokoju. Był już przyzwyczajony – nagość w obecności kobiet była dla niego normą, nie powodem do wstydu. Znał Paulinę i wiedział, że przyjmie to zwyczajnie.
Oparta o framugę, przyglądała się temu z lekkim uśmiechem.
– Widać, że trzymasz go krótko – zauważyła.
– Jacek jest bardzo dobrze wytresowany, prawda, kochanie? – odparła Olga, wyjmując z torebki skórzaną obrożę i zapinając ją wokół szyi klęczącego u stóp mężczyzny.
– Tak, moja Pani – potwierdził cicho, nie podnosząc wzroku.

Przez kolejne dni atmosfera była gęsta od napięcia – nie tego codziennego, lecz subtelnego, intensywnego erotyzmu i wyrafinowanej władzy. Olga rozkazywała Jackowi – klękał, trzymał pozycję przez długie minuty, trwał w milczeniu, wykonywał polecenia z niemal nabożną czcią. Paulina pozwalała przyjaciółce w pełni korzystać z przestrzeni i rytmu, który sobie narzuciła. Czasem korzystała z jego obecności każąc my wykonywać jakieś czynności - od sprzątania po typowo męskie jak wymiana żarówki lub dokręcenie listwy.
Mimo tej intensywności, znalazły też czas na długie spacery po Berlinie. Obie wyglądały wtedy zjawiskowo i stylowo. W tym duecie wyglądały jak kobiety, których nie sposób zignorować – przyciągały spojrzenia i wzbudzały cichy respekt.
Paulina zarezerwowała też dla nich ponownie jedno z pomieszczeń w Dominia Studio Berlin.
– Tylko nie przesadź – powiedziała półżartem, wprowadzając Olgę i spoglądając na Jacka – On musi jutro chodzić.
– Obiecuję, że będzie chodził – odpowiedziała Olga z uśmiechem pełnym obietnicy bólu. – Ale nie będzie mu łatwo.
Ubrana w białą koszulę, dopasowane czarne skórzane spodnie i lśniące oficerki, wyglądała tego dnia jak zjawisko – piękna, niebezpieczna, absolutnie pewna siebie. Gdy wchodzili do studia, Jacek tylko szeptał:
– Dziękuję, że mogę tu z tobą być, moja Pani.
Wyszli po ponad dwóch godzinach. Olga promieniała, jej oczy błyszczały. Jacek szedł powoli, ostrożnie. Gdy uklęknął przy nodze swojej pani, Paulina zauważyła czerwone liczne ślady na jego plecach, pośladkach i udach.
– Będziesz musiała go teraz kurować przez dwa tygodnie – powiedziała z uśmiechem.
– On to przecież kocha. A ja się znowu czułam się jak dziecko wpuszczone do sklepu z zabawkami.
Wieczorem, kiedy mężczyzna klęczał nieruchomo przy ścianie, dziewczyny rozmawiały przy lampce burgunda. Paulina nie kryła podziwu.
– Naprawdę świetnie go wytresowałaś – powiedziała cicho. – To już nie tylko uległy. To właściwie niewolnik.
– Tak i nawet nie wiesz jak  dobrze mi z tym – odparła spokojnie Olga. – I jemu też. A wszystko dzięki tobie Pauli.

W niedzielę rano, kiedy szykowali się do wyjazdu, Paulina stała w przedpokoju w dresie, z kubkiem kawy w ręku. Olga podeszła do niej, objęła ją mocno i szepnęła:
– Dziękuję. Za to, że mnie rozumiesz. Za to, że jesteś. Kiedy jestem u ciebie nie muszę udawać grzecznej pani adwokat.
Paulina odpowiedziała jedynie uśmiechem i pocałowała ją w policzek. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, została jeszcze chwilę w ciszy. Ten tydzień coś w niej poruszył. To nie było zwykłe spotkanie – to było przypomnienie, jak silne mogą być kobiety, które dokładnie wiedzą, kim są. Potrzebują tylko u swojego boku odpowiednego mężczyzny.

---

Coraz lepiej czuła się na uniwersytecie. Studenci ją lubili – nie za pobłażliwość, bo tej nie było w jej stylu, ale za sposób, w jaki prowadziła zajęcia: jasno, metodycznie, z pasją i bez cienia protekcjonalności. Na jej środowych ćwiczeniach z Wprowadzenia do psychologii antropologicznej, zawsze panowała koncentracja – nikt nie śmiał się spóźnić ani mówić poza kolejnością. Zyskała w oczach studentów opinię bardzo wymagającej, ale sprawiedliwej.  Zawsze przychodziła elegancko ubrana: kremowe lub białe koszule z delikatnym kołnierzykiem, idealnie dopasowane spodnie z kantem, klasyczne szpilki. Czasem czarne, czasem w odcieniu chłodnego beżu. Jej makijaż był subtelny, niemal niedostrzegalny, włosy związane  lub rozpuszczone i lekko falujące. Florian, student pierwszego roku, nie mógł doczekać się każdej środy. Od czasu ich pierwszego spotkania – zabawnej pomyłki, gdy wziął ją za koleżankę z roku – jego uczucia względem Pauliny przeszły drogę od zażenowania do zauroczenia. Teraz, kiedy ich spojrzenia czasem się krzyżowały, potrafił się już nawet uśmiechnąć do niej. Ona również – z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który zawsze pozostawiał go z lekkim drżeniem serca.

Praca doktorska nabierała coraz bardziej konkretnych ram. Profesor Schneider był zadowolony z przedstawionego planu badawczego. Jednym z kluczowych elementów projektu była seria wywiadów pogłębionych z profesjonalnymi dominami, które od lat prowadziły swoją działalność w Nowym Jorku – mieście, które uchodziło za jedno z najbardziej otwartych i zróżnicowanych, jeśli chodzi o alternatywne formy ekspresji seksualnej i psychologicznej. Uniwersytet przyznał jej grant badawczy, który obejmował koszt biletu lotniczego, zakwaterowania oraz lokalnych przejazdów. Wyjazd miał nastąpić tuż po świętach – idealnie, by połączyć pracę naukową z chwilą oddechu i zmianą otoczenia. Miała umówione rozmowy z kilkoma kobietami – legendami nowojorskiego środowiska – których działalność nie tylko inspirowała, ale również ukazywała dominację jako złożoną, często terapeutyczną formę relacji opartej na zaufaniu, strukturze i granicach. Gdy tylko otrzymała potwierdzenie wszystkich terminów, usiadła wieczorem przy biurku w swoim mieszkaniu w Charlottenburgu i napisała krótką wiadomość do Patricka. Od czasu gdy widzieli się w Malezji byli w kontakcie. Wiadomości może nie były zbyt częste, ale wiedzieli mniej więcej na bieżąco, co dzieje się u każdego z nich. Patrick na początku listopada wrócił do Stanów i był właśnie na etapie otwierania jakiejś firmy nowej technologicznej. Sygnalizowała mu plany wyjazdu, nie chcąc jednak zdradzać szczegółów. Mówiła tylko, że to wyjazd związany z jej pracą na uczelni. Kiedy było już to potwierdzone wysłała wiadomość:

Udało się. Lecę do NY tuż po świętach. Mam badania i wywiady, ale liczę też, że uda mi się przywitać Nowy Rok w wyjątkowym towarzystwie.

Odpowiedź przyszła niespełna godzinę później:

Zarezerwowałem hotel. Będę na Ciebie czekał, moja przepiękna. Wyślij numer lotu.

Uśmiechnęła się do ekranu telefonu. Długo jeszcze siedziała w fotelu przy oknie z kieliszkiem wina w dłoni, patrząc na zimowy Berlin i myśląc o tym, jak nieprzewidywalnie piękne potrafi być życie, gdy tylko odważysz się w nim zanurzyć.

---

Nowy Jork -  zima 2011 / 2012

Patrick czekał na nią w hali przylotów lotniska JFK, ubrany w ciemną kurtkę puchową i szalik w kratę. W dłoni trzymał kubek kawy i nerwowo rozglądał się po twarzach pasażerów wychodzących z rękawa. Gdy tylko zobaczył Paulinę, jego twarz rozjaśniła się natychmiastowym uśmiechem. Podeszła do niego szybkim krokiem. Zatrzymali się na chwilę naprzeciwko siebie, jakby każde z nich potrzebowało ułamka sekundy, by uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Potem objęli się mocno. Uścisk był długi, ciepły, niemal milczący — jakby przez sam dotyk chcieli nadrobić czas dzielący ich od ostatniego spotkania.
– Cześć, piękna – powiedział cicho, przytrzymując ją jeszcze przez chwilę.
– Cześć, mój Kalifornijczyku.
Na zewnątrz było zimno, typowy nowojorski grudniowy dzień. Chłodny wiatr niósł w sobie zapowiedź nadchodzącej zmiany pogody. Wsiedli do taksówki, kierując się do hotelu. Zarezerwował  dla nich The NoMad, elegancki, butikowy hotel w samym sercu Manhattanu, znany z wysublimowanego wystroju, wysokich sufitów i atmosfery cichego luksusu. Podczas jazdy siedziała blisko, oparta lekko o jego ramię, patrząc przez okno na przesuwające się obrazy. Wieżowce, światła, mijające ich samochody – wszystko wydawało się intensywne, tętniące energią, która pulsowała pod skórą tego miasta. Głaskał delikatnie jej włosy, drugą dłonią obejmując rękę. 

Kiedy dotarli na miejsce, od razu zostali zaprowadzeni do apartamentu. Przestronny, z wysokimi oknami, drewnianą podłogą i sypialnią dużym łożem. W kącie stała kanapa, komoda z minibarem, a w łazience z oknem – marmurowa wanna. Zbliżył się do niej, spojrzał w oczy. Nie było w tym nic z pośpiechu – tylko czułość i narastające emocje. Odwzajemniła spojrzenie, objęła go za szyję. Ich usta spotkały się – najpierw spokojnie, potem coraz bardziej namiętnie. W tych objęciach było wszystko: radość, tęsknota i obietnica wspólnej nocy, która dopiero miała nadejść.
– Cieszę się, że przyjechałaś – szepnął, gdy w końcu oderwali się od siebie na moment.
– Ja też... – odpowiedziała Paulina. – Właśnie teraz tego potrzebowałam. Tego miasta. Ciebie.
Ujął jej dłoń i zaprowadził ją do okna, z którego roztaczał się widok na ulice tętniące światłami. 
– To będzie piękny tydzień – powiedział z przekonaniem.
Spojrzał na nią uważnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół – linię ramion, sposób, w jaki stała w półcieniu przy ogromnym oknie hotelowego apartamentu. Za szybą Manhattan pulsował światłami: niekończące się strumienie samochodów, neonowe refleksy odbijające się w mokrym asfalcie, dalekie syreny i głuchy szum miasta, które nigdy nie zasypia. Stała przez chwilę nieruchomo, patrząc na panoramę. Czuła jeszcze w ciele zmęczenie po podróży, ale jednocześnie dziwną lekkość, jakby samo miasto zdejmowało z niej ciężar ostatnich tygodni. Podszedł bliżej. Stanął za nią, bardzo blisko, niemal dotykając pleców. Najpierw tylko oparł dłonie lekko na jej biodrach, jakby sprawdzał, czy nie cofnie się odruchowo. Nie cofnęła. Pochylił się i zaczął powoli całować szyję. Delikatnie, z wyczuciem, jak ktoś, kto zna już reakcje drugiej osoby, ale wciąż odkrywa je na nowo. Poczuła dreszcz biegnący wzdłuż pleców. Patrick zamknął na moment oczy. Czuł perfumy i jej skórę: ciepłą, gładką, delikatną.
– Tęskniłem za tobą.
Spojrzała na niego przez ramię.  Odwrócił ją delikatnie i przyklęknął. Ujął jej stopę w dłonie i zaczął rozwiązywać sznurówki białych sneakersów. Na podeszwach wciąż widać było drobne ślady nowojorskiego śniegu. Zdjął pierwszy but, potem drugi. Pochylił się i musnął ustami stopę. Nie powiedziała nic. Oparła się plecami o okno  i patrzyła na niego z góry. Powoli przesunął dłonie wyżej – po kostkach, łydkach, aż do ud. Rozpiął zamek spodni i zsunął je z bioder. Gdy pochylił się bliżej, Paulina poczuła ciepło oddechu przy łonie.
– Poczekaj – powiedziała cicho. – Chcę się wykąpać po podróży. Odświeżyć trochę.
Uniósł wzrok, a w jego oczach nie było ani śladu wahania.
– Nie ma takiej konieczności.
Jego dłonie zsunęły się niżej, powoli ściągając majtki wzdłuż jej ud. Paulina poczuła, jak serce przyspiesza, a napięcie w dole brzucha budzi się gwałtowniej, niż się spodziewała. Przyciągnął ją bliżej, aż jej kolana niemal dotknęły krawędzi łóżka.
Uklęknął przed nią. To, co zrobił potem, nie było pośpiechem ani żądzą – było skupioną, niemal nabożną uwagą. Najpierw musnął ustami wewnętrzną stronę jej uda, potem wyżej, jakby dawał jej czas, by się oswoiła. Gdy jego język wreszcie dotknął jej najczulszej części, był ciepły, miękki i pewny. Zaczynał powoli – szerokimi, leniwymi ruchami, które obejmowały całe jej podniecenie, jakby chciał je poznać w całości.
Paulina wciągnęła powietrze głębiej. Każdy ruch jego języka był przemyślany: raz delikatny i płaski, sunący od dołu aż po sam czubek, raz bardziej skupiony, okrężny, precyzyjny. Odnajdywał rytm jej oddechu i podążał za nim, pogłębiając go. Kiedy poczuła, jak lekko ssie jej nabrzmiałą łechtaczkę, cichy, niekontrolowany jęk wymknął się z jej gardła.
Oparła się mocniej o ścianę za sobą. Nogi zaczęły jej drżeć. Próbowała utrzymać równowagę, ale z każdą kolejną falą ciepła, która rozchodziła się po brzuchu i udach, było to coraz trudniejsze. Patrick nie przyspieszał gwałtownie – przeciwnie, pogłębiał rytm, dodając do języka delikatną pracę ust i palców, które teraz ostrożnie wsunął w nią, odnajdując ten jeden, idealny punkt wewnątrz.
Cały świat skurczył się do tego miejsca, do jego ust i dłoni, do jej własnego, coraz bardziej rozpaczliwego oddechu. Wplotła palce w jego włosy, przyciągając go bliżej – nie z agresją, lecz z bezradną potrzebą. Jej biodra zaczęły poruszać się same, drobnymi, nieświadomymi ruchami, jakby szukały jeszcze większej bliskości. Fale napięcia stawały się coraz wyższe, coraz ostrzejsze – rozchodziły się od podbrzusza przez kręgosłup aż po kark, sprawiając, że skóra na ramionach pokryła się gęsią skórką.
Oddychała już głośno, nierówno, z każdym wdechem coraz bliżej krawędzi.

Za oknem Manhattan migotał tysiącami świateł, samochody przesuwały się w długich, świetlnych smugach, ale Paulina już tego nie widziała. Przez moment świat za oknem mógł równie dobrze przestać istnieć. Gdy napięcie w końcu przekroczyło granicę, poczuła nagłe, gwałtowne rozluźnienie, jakby całe ciało na moment straciło ciężar. Nogi ugięły się lekko, więc Patrick podtrzymał ją ramieniem.
Przez chwilę stała w milczeniu, oparta o niego, wciąż oddychając nierówno. Powoli przesunęła dłonią po jego włosach.
– Witaj w Nowym Jorku – szepnął z uśmiechem.

Podniósł się, obejmując ją ramionami. Ich usta odnalazły się znów – miękko, powoli, głęboko. Paulina westchnęła cicho, czując, jak dłonie przesuwają się po jej ciele, jak wsuwa je pod sweter, pieszcząc plecy. Kilka minut później byli już w sypialni. Oświetlona tylko przez lampy przy łóżku, pachnąca czystością, miękką pościelą i czymś drogim, ledwie wyczuwalnym w powietrzu. Położyła się na białym prześcieradle, a on ułożył się obok niej. Jej ręka spoczęła na jego klatce piersiowej.
– Chodź do mnie – szepnęła cicho, niemal bezgłośnie.

Noc była intensywna i pełna uniesień – taka, która nie zostawia miejsca na myśli ani słowa. Czuła, jak każda cząstka jej ciała odpowiada na dotyk z niespotykaną intensywnością. Jego czułość przeplatała się z głębokim pożądaniem, które nie pozostawiało niedosytu. Był uważny, uległy, silny i delikatny zarazem – i może właśnie dlatego miała wrażenie, że szybuje gdzieś wysoko, ponad zimowym Nowym Jorkiem. Zamknęła oczy i poddała się temu, co działo się między nimi. Słyszała swój przyspieszony oddech, jego szept tuż przy uchu, czuła ciepło jego dłoni na skórze, siłę jego penisa w sobie i to, jak z każdym kolejnym ruchem zatracała granicę między ciałem a emocją. Gdy zasnęli wtuleni w siebie, z rozwichrzoną pościelą i sercami bijącymi w tym samym rytmie, pomyślała, że to było jeszcze piękniejsze niż wszystko, czego doświadczyła w Malezji.

Nie potrzebowała słów, by wiedzieć, że to było prawdziwe.

---

Kolejne dni w Nowym Jorku były dla Pauliny prawdziwym kalejdoskopem doznań. Z Patrickiem spędzali długie godziny na zwiedzaniu – spacerowali po Central Parku, przechadzali się Piątą Aleją. Mimo jej lęku wysokości wjechali nawet na taras widokowy Top of the Rock. Nie czuła się tam jednak dobrze i szybko poprosiła o powrót na dół. Pojechali zjeść świeże bajgle na ławce w Battery Park z widokiem na Statuę Wolności. Wieczorami – dobra kolacja, wino, muzyka i coraz bardziej upojne noce w apartamencie z widokiem na rozświetlone miasto. Był nienasycony i oddany, a ona swobodna, rozkwitająca w jego zachwycie i niegasnącym pożądaniu.

Ale nie zapomniała, po co naprawdę przyleciała. Jednego wieczoru, gdy Patrick spotykał się ze starym znajomym z Doliny Krzemowej, Paulina odwiedziła legendarny nowojorski klub BDSM – The Velvet Den. Miejsce mieściło się w eleganckim, niepozornym budynku w Chelsea. Na zewnątrz – tylko czarna tabliczka przy drzwiach i numer. W środku – miękko oświetlone przestrzenie, ciemne ściany, aksamitne zasłony i zapach kadzideł, skóry i wina. Wszystko emanowało klasą i kontrolowaną intensywnością. Z pomocą Evy udało się wcześniej umówić spotkania z trzema dominami. Czwarta – Destiny Noir – dołączyła spontanicznie.

Alexis Vane, około czterdziestki, w czarnym kombinezonie z winylu, z mocnym nowojorskim akcentem. Była psychoterapeutką i dominą od piętnastu lat. Prowadziła także warsztaty dla kobiet, które chciały eksplorować swoją władzę w relacjach.

Lilith Ray, artystka, rudowłosa, o bladej skórze, z tatuażami w stylu art nouveau. Mówiła cicho, ale pewnie. Dla niej dominacja była rodzajem performance’u, emocjonalnego teatru – opowiadała Paulinie o tym, jak organizuje sesje w formie rytuałów.

Claudine Maret, pochodząca z Montrealu, dominowała z zimną elegancją. Mówiła z francuskim akcentem, poruszając się z gracją baletnicy. Większość jej klientów pracowała na Wall Street.

Destiny Noir, młodsza od pozostałych, może nieco po trzydziestce. Drobna, ale o spojrzeniu, które mogło zatrzymać w miejscu pędzący pociąg. Była niespodzianką tego wieczoru – zaintrygowana obecnością Pauliny, dołączyła do rozmowy i podzieliła się pierwszymi doświadczeniami, jeszcze jako switch, choć później dominacja stała się jej wyraźnym i jedynym wyborem.

Rozmowa była długa, inspirująca i bogata w detale. Paulina robiła notatki, chłonęła każde zdanie, czasem zadawała pytania – bardzo precyzyjne i analityczne. W pewnym momencie Claudine spojrzała na nią uważnie.
– You’re not just writing a dissertation, are you? You live it – powiedziała.
Paulina uśmiechnęła się tylko lekko, nie odpowiadając. Po wszystkim wróciła do hotelu taksówką – z głową pełną refleksji, sercem szybciej bijącym i dziwnym, ekscytującym napięciem pod skórą. Patrick już spał. Zdjęła płaszcz, stanęła przy oknie, patrząc na miasto i zapisała jedno zdanie w telefonie: ,,Power is not taken. It’s offered. Freely, intensively. And once it is – it transforms both.

Spotkała się z nimi jeszcze następnego dnia. Zaproszenie na imprezę przyszło nagle, na dzień przed Sylwestrem. Claudine napisała krótką wiadomość:
 
Jeśli chcesz zobaczyć, co znaczy prawdziwa noc w Nowym Jorku, będzie mi miło was gościć. Loft, Chelsea. 

Na ten wieczór nie mieli planów, zamierzali spędzić noc po prostu razem – w łóżku, z winem, jedzeniem na wynos i kilkoma orgazmami przerywanymi wspólnym śmiechem. Miało być ciepło, zmysłowo i leniwie.  Paulina pokazała Patrickowi wiadomość i spojrzała na niego pytająco.
– Claudine? – zapytał. – Ta sama, o której wspominałaś?
Paulina skinęła głową.
– Tak, prowadzi jeden z klubów, w których przeprowadzałam wywiady. Bardzo inteligentna kobieta. Uważają ją za ikonę nowojorskiej sceny femdom.
– Zatem... to wyjątkowe zaproszenie?
– Claudine nie zaprasza przypadkowych ludzi.
– Brzmi jak coś, czego nie powinniśmy przegapić. Jeśli tylko masz ochotę tam pójść, to ja też.

---

Kilka godzin później leżeli razem na łóżku. Pokój hotelowy był przyciemniony, światła Manhattanu migotały za oknem. Leżał za nią, opierając się na łokciu. Delikatnie przesuwał palcami po jej karku i włosach. Paulina czuła ciepło jego ciała i spokojny rytm oddechu. Co jakiś czas przesuwała się lekko, ocierając się o niego pośladkami, jakby odruchowo sprawdzała czy ciągle ma erekcję. 
Przez chwilę milczeli.
– Patrick… – powiedziała w końcu ciszej. – Muszę ci coś powiedzieć.
Jego dłoń zatrzymała się na jej ramieniu.
– Brzmi poważnie.
– Bo trochę jest.
Westchnęła lekko.
– Znasz tylko część prawdy o tym, co robię w Nowym Jorku.
Nie przerwał jej. Czekał.
– Mówiłam ci o wywiadach – kontynuowała. – O rozmowach z dominami. O badaniach.
Odwróciła głowę lekko w jego stronę.
– Ale jest coś jeszcze.
Na moment zawahała się.
– Sama jestem jedną z nich.
Milczał przez kilka sekund, ale poczuła, jak jego dłoń lekko zaciska się na jej ramieniu.
W końcu odezwał się spokojnie:
– Nie martw się… nikt nie jest idealny.
Paulina parsknęła śmiechem.
– O ty draniu.
Odwróciła się gwałtownie, usiadła na nim okrakiem i spojrzała mu w oczy. Patrick tylko się uśmiechnął. Przyciągnął ją do siebie i zaczął całować. Na moment zamknęła oczy, pozwalając mu na to. Ale po chwili przesunęła dłonie po jego torsie, podciągnęła koszulkę i wbiła paznokcie w jego sutek,  mocniej, niż się spodziewał.
Patrick aż drgnął.
– Okej, okej! – zaśmiał się nerwowo. – Przepraszam! Wycofuję się!
– Słucham?
– Jesteś najpiękniejszą i najdoskonalszą kobietą pod słońcem.
Przyjrzała mu się przez chwilę z udawaną surowością. Potem uśmiechnęła się z lekką aprobatą. Odetchnął głośno.
– Czy to naprawdę to, o czym myślę? – zapytał po chwili. – Skóry, pejcze, lochy?
Paulina zaśmiała się cicho.
– Mniej więcej, ale nie do końca tak to wygląda.
Przez chwilę opowiadała mu o Domina Studio Berlin. O sesjach. O tym, jak działa to miejsce. O kobietach, które tam pracują – o przyjaciółkach, które stały się dla niej niemal rodziną.
Mówiła spokojnie, bez wstydu.
– Ten świat jest trochę mroczny – przyznała. – Ale jest też bardzo prawdziwy. I w dziwny sposób, bardzo uczciwy.
Słuchał jej uważnie.
– A uniwersytet? – zapytał w końcu.
– To akurat prawda – odpowiedziała. – Jestem doktorantką i naprawdę przyjechałam tu robić badania a nie tłuc uległych po dupach,
Patrzył na nią przez chwilę.
– No po prostu ideał – powiedział tylko.
A potem powoli przesunął dłonie wzdłuż jej pleców i zaczął zsuwać z niej bluzę...

---

Następnego dnia wieczorem założyła dopasowaną, czarną, skórzaną sukienkę z wysokim rozcięciem z boku, sięgającym uda, czarne pończochy i wysokie szpilki od Laboutine'a. Uzupełniła wygląd delikatnym, złotym naszyjnikiem. Włosy zebrała w nisko upięty kok, usta pomalowała na karmin. Patrick nie mógł oderwać wzroku, kiedy wychodziła z łazienki.
– Czyli jednak coś planowałaś – powiedział z uśmiechem. – Takiej sukienki nie pakuje się przypadkiem.
Uśmiechnęła się tylko. Stojąc wciąż przed lustrem, założyła długie, czarne rękawiczki z jagnięcej skóry. Odwróciła się do niego wolno, z lekko uniesioną brodą. Na jej twarzy pojawił się uśmiech – chłodny, tajemniczy, kobiecy.
– Zawsze jestem gotowa – odparła miękko, niemal szeptem, i poprawiła dłonią włosy.
Patrick podszedł do niej, jakby przyciągany niewidzialną siłą. Ujął jej dłoń i uniósł ją do ust, całując delikatnie, z niemal rycerską atencją.
– Jesteś absolutnie zjawiskowa i jeszcze raz cofam moje słowa, jesteś idealna – powiedział, wpatrując się w nią z zachwytem. – W Malezji byłaś jak sen. A teraz wyglądasz jak królowa. Pewna siebie, piękna i trochę niebezpieczna.
Uśmiechnęła się szerzej, nie spuszczając z niego wzroku.
– Niebezpieczna? – powtórzyła cicho, jakby smakowała to słowo. – To zależy, dla kogo.
Zrobiła krok w jego stronę. Skóra rękawiczek zaskrzypiała delikatnie, gdy uniosła dłoń i musnęła jego policzek czubkiem palców.
– Nie musisz się mnie bać – powiedziała miękko. – Przynajmniej nie dziś.
Jej głos był spokojny, niemal kojący. Nie było w nim groźby, raczej pewność kogoś, kto dobrze zna własną siłę, ale nie widzi potrzeby aby jej używać.
– Dziś jesteśmy tylko w Nowym Jorku – dodała po chwili, z lekkim uśmiechem. – Dwoje ludzi na imprezie sylwestrowej. Nic więcej.
Przesunęła rękę z policzka na jego dłoń i ujęła ją lekko.
– A poza tym… – spojrzała mu prosto w oczy – czasem to, co wydaje się niebezpieczne, bywa po prostu fascynujące.
Patrick zaśmiał się cicho.
– Czyli mam się nie martwić?
Paulina uniosła lekko brew.
– Masz się dobrze bawić.
Odwróciła się, sięgając po torebkę.
– Chodźmy, nie powinniśmy się spóźnić.

---

Kiedy przyjechali na miejsce impreza już trwała, muzyka pulsowała przez sufit loftu. Strój zdecydowanej większości gości zdradzał ich zamiłowanie do fetyszy i BDSM. Szybko znaleźli schronienie w jednym z pokojów,  na chwilę odcięci od hałasu i pulsującego światła.
– Czy to... – zaczął Patrick, ale nie skończył.
Paulina uniosła brwi.
– Czy to zawsze takie jest? Ten świat? 
Spojrzała na niego poważnie. – Nie. Czasem to teatr. Czasem głupia gra. Ale dla tych, co wiedzą czego chcą, to przestrzeń prawdy.
Patrick znów podniósł jej dłoń do ust. – Wiesz, że gdybyś kazała mi teraz uklęknąć, zrobiłbym to bez wahania. Masz w sobie niesamowitą siłę.
Odwróciła wzrok.
– Nie chcę. Jeszcze nie teraz. Bo wiem, co bym z tobą zrobiła. A potem nic już nie byłoby takie jak teraz.
– Jesteś jeszcze bardziej pociągająca, kiedy mówisz takie rzeczy.
Paulina uśmiechnęła się z wdziękiem i szepnęła:
– Ale nie boisz się mnie chyba? Myśl o mnie tylko jak o doktorantce na wakacjach w tropiku, nie o tym kim powiedziałam ci, że jestem.
Przytuliła się do niego. Ich usta spotkały się w spokojnym, długim pocałunku, a miasto rozświetlone noworocznymi fajerwerkami było tylko tłem dla czegoś znacznie ważniejszego.
Patrick jeszcze raz spojrzał na jej profil – napięty łuk szczęki, lśniące w świetle długie rękawiczki, sukienkę, która oplatała ją niczym druga skóra.
– A co by się stało, gdybym jednak uklęknął? – zapytał cicho, z lekkim uśmiechem, ale w jego głosie pobrzmiewała autentyczna ciekawość.
Spojrzała mu w oczy, po czym przesunęła dłonią po jego policzku – powoli, niemal pieszczotliwie, ale nie do końca czułe. W tym geście było coś oceniającego, coś, co stawiało granicę.
– Wrócilibyśmy do hotelu – powiedziała spokojnie miękkim, jedwabistym głosem. – A potem... rozkazałabym ci rozebrać się Wzięłabym  bat i wychłostała cię. Biłam bym bardzo mocno, tak, byś zapamiętał każdy ślad. Może błagałbyś mnie o litość, na pewno błagałbyś, ale wiesz co? Wtedy biłabym jeszcze mocniej. 
Patrick przełknął ślinę, zafascynowany.
– To jest... niewiarygodnie pociągające – wyszeptał. – Myśl, że taki piękny anioł jak ty, byłby do tego zdolny.
– Właśnie dlatego moi klienci mnie ubóstwiają – powiedziała cicho. – Bo tylko anioł potrafi zadać piekło z takim wdziękiem. Wiesz, Patrick, naprawdę nie chcę, żebyś klękał. Nie ty. Ty masz być moim kochankiem. Nie niewolnikiem. Niewolników już mam.
Chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Pokiwał tylko głową i uśmiechnął się lekko.
– I właśnie za to tak cię uwielbiam – powiedział cicho. – Jesteś absolutnie jedyna w swoim rodzaju. Nie robiłem tego nigdy, nigdy nie ulegałem, ale jeśli tylko uznasz, że jest to potrzebne powiedz słowo. 

---

Kiedy wrócili do hotelu apartament otulił ich ciepłym światłem. Zdjął marynarkę, po czym podszedł do Pauliny i bez słowa zaczął powoli rozpinać zamek jej sukienki. Zsunęła się z jej ramion i opadła z cichym szelestem na podłogę. Pod nią miała jedwabne, czarne body, czarne pończochy z delikatnym połyskiem i wysokie szpilki. Na jej dłoniach wciąż lśniły długie rękawiczki.
Wstrzymał oddech. Stała przed nim niczym żywa bogini – surowa i jednocześnie zmysłowa, eteryczna, lecz silna.
– Zostań dziś w rękawiczkach i pończochach. Proszę.
Uśmiechnęła się i bez słowa zrobiła krok w jego stronę. Jej ciało pachniało luksusem, jedwabiem i siłą. Ujął jej talię, przyciągnął do siebie i pocałował – namiętnie, głęboko, jakby chciał wtopić się w nią całym sobą. 

To była kolejna noc namiętności. 

Pobyt w Nowym Jorku był dla niej jak tlen – intensywny, piękny, pełen emocji i zmysłowości. Wracała do Berlina odprężona, z błyskiem w oku, niosąc w sobie ciepło wspomnień i uczucie spełnienia. Każdy centymetr jej ciała był wypieszczony – dosłownie i symbolicznie. Patrick, choć daleko od jej świata władzy i dyscypliny, dawał jej coś innego – namiętność i bezpieczeństwo. Pozwalał jej być po prostu atrakcyjną kobietą.

---

Przez kolejne lata ich relacja nabrała rytmu, który z czasem stał się czymś w rodzaju cichej, doskonale wyczuwanej harmonii. Nie planowali jej i nigdy nie próbowali definiować. Spotykali się kilka razy w roku – czasem w Berlinie, czasem w Paryżu, innym razem w San Francisco, które Patrick uważał za najpiękniejsze miasto świata. Zdarzało się też, że ich drogi prowadziły dalej: do Azji, do miast pachnących wilgocią, kadzidłem i nocnym jedzeniem sprzedawanym na ulicznych straganach. Ich spotkania były jak krótkie wyspy czasu wyjęte z codzienności.

To właśnie z nim przeżyła jedną z podróży, którą później często wspominała. Kalifornię zobaczyła wtedy z perspektywy błękitnego Mustanga, którego wynajął specjalnie dla niej. Kiedyś, przy winie, wspomniała mimochodem, że zawsze marzyła o takiej drodze – bez planu, z otwartymi oknami, z wiatrem we włosach i muzyką country lecącą z radia. Zapamiętał te słowa.
Kilka miesięcy później czekał na nią na lotnisku z kluczykami w dłoni i tym charakterystycznym, trochę chłopięcym uśmiechem. Zaprowadził ją do samochodu mówiąc:
– Mówiłaś kiedyś, że chciałaś...
Rzuciła mu się wtedy na szyję a z oczu poleciały jej łzy wzruszenia. 

Ruszyli na północ. Najpierw przez most Golden Gate, który tonął w porannej mgle, potem wzdłuż oceanu drogą, która wije się nad urwistym wybrzeżem. Jechali godzinami. Czasem zatrzymywali się tylko na kawę w małych nadmorskich miasteczkach, czasem na kieliszek wina w przydrożnej restauracji, gdzie kelnerzy patrzyli na nich z lekką zazdrością – młodych, atrakcyjnych, wolnych, bez planu.

Prowadziła niemal cały czas, on siedział obok i patrzył to na nią to na ocean. Im dalej jechali na północ, tym krajobraz stawał się dzikszy. Mgły nad wodą, ogromne sosny, puste drogi, na których przez kilkadziesiąt minut nie mijali żadnego samochodu. W końcu dotarli aż do Oregonu, gdzie wybrzeże było jeszcze surowsze, a fale uderzały o skały z ciężkim, głuchym hukiem.
Nie rezerwowali nic wcześniej. Zatrzymywali się w małych motelach przy drodze – czasem schludnych, czasem zupełnie zwyczajnych, z neonowym napisem, migającym w nocnym powietrzu.
Były to noce pełne śmiechu, rozmów i namiętności, w których świat zewnętrzny przestawał istnieć. Rankiem pili kawę z papierowych kubków na parkingu, patrząc na ocean albo na niemal puste autostrady ciągnące się w nieskończoność.

Każdy dłuższy urlop spędzała z nim. I za każdym razem wracała z tych podróży odmieniona. Przy Patricku rozkwitała jako kobieta – spokojniejsza, bardziej obecna, jakby odkrywała w sobie przestrzeń, na którą w Berlinie nigdy nie było czasu. Taka relacja jej odpowiadała. Nie było w niej zobowiązań, oczekiwań ani rozmów o przyszłości. Nie było planów wspólnego życia ani pytań o to, co będzie za kilka lat. Nie martwiła się o przyszłość. Nie tym razem. Nie popełniła drugi raz tego samego błędu. Było tylko ,,tu i teraz", jak kiedyś mawiał KamilByli kochankami i to jej wystarczało. Bez deklaracji, bez zazdrości, bez dramatów. Tylko oni i czas, który sobie ofiarowywali.

A kiedy wracała do Berlina, natychmiast zanurzała się z powrotem w swoje życie. W wir pracy na uczelni, w kolejne sesje, w spotkania towarzyskie, w długie rozmowy z Bellą i dziewczynami. W wykłady, artykuły naukowe, seminaria na uczelni. Miasto znowu przyspieszało jej rytm. Ale gdzieś głęboko w niej, zawsze zostawał ślad tamtych dróg – błękitnego Mustanga, zapachu oceanu i ciszy kalifornijskich nocy.


-----



kolejne rozdziały wkrótce :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wilczyca 1-10

Wilczyca 31-40

Wilczyca 11-20