Wilczyca 31-40


  

-----WILCZYCA------

Część 4 (rozdziały XXXI–XL)


Rozdział XXXI 
 Jonas


Berlin, wiosna 2011

Jonas von Hagen, prezes jednej z największych firm farmaceutycznych na świecie, opuścił salę konferencyjną z twarzą zastygłą w wyrazie zmęczenia, zniechęcenia i wewnętrznego napięcia. 

Ten dzień od samego początku nie zaczął się tak, jak powinien. Poranek należał do mediów. Hagen Pharma AG organizowała konferencję prasową dotyczącą wprowadzenia na rynek nowej generacji terapii stosowanej w leczeniu opornych postaci chorób autoimmunologicznych oraz innowacyjnego programu badań nad terapiami genowymi w onkologii dziecięcej. Projekt był przełomowy, kosztowny i – w zamyśle – miał ustawić spółkę w awangardzie światowej biotechnologii na kolejną dekadę. Jednak zamiast pytań o naukę, inwestycje i przyszłość, jeden z dziennikarzy podniósł temat, który wracał jak cień. Odszkodowania.

Hagen Pharma AG – konsorcjum chemiczno-farmaceutyczne, którego część infrastruktury w czasie wojny została wykorzystana przez aparat Trzeciej Rzeszy, od ponad roku wypłacała świadczenia ofiarom nazistowskich eksperymentów medycznych. To była jedna z pierwszych decyzji Jonasa, gdy objął stanowisko prezesa po tragicznej śmierci starszego brata. Fundusz kompensacyjny, otwarcie archiwów, niezależna komisja historyczna, publiczne przeprosiny. Wiedział, że nie cofnie krzywd, że nie da się naprawić cierpienia ludzi, którzy przeżyli piekło. Wierzył jednak, że można przynajmniej spróbować ułatwić im godne przeżycie ostatnich lat życia. Wielu z nich było już w podeszłym wieku, schorowanych, zaniedbanych przez systemy emerytalne swoich państw.
Dziennikarz zadawał napastliwe pytania: odpowiedzialność moralną zarządu, zyski wypracowane na historycznym cierpieniu, wreszcie o to, czy wypłaty nie są tanim gestem PR-owym. Jonas odpowiedział rzeczowo. Potem chłodniej. A potem – zbyt ostro. Ostatnie zdanie zabrzmiało jak oskarżenie pod adresem samego pytającego. Sala na moment zamarła. Konferencja zakończyła się szybciej, niż planowano. Kilkanaście minut później rzeczniczka prasowa musiała prostować, tłumaczyć, że prezes „nie miał na myśli personalnego zarzutu i nie sugerował finansowania przez konkurencję”.

Miał na myśli. Dokładnie to.

Kolejną część dnia wypełniły negocjacje z Francuzami. Planowane przejęcie tamtejszego producenta, specjalizującego się w generycznych lekach przeciwzakrzepowych, ciągnęło się od miesięcy. Spółka była zadłużona, źle zarządzana, ale posiadała ciekawe i cenne patenty oraz infrastrukturę produkcyjną w Tuluzie i Lyonie. Prezes miał jednak coraz silniejsze wrażenie, że rozmowy stoją w miejscu. Zderzał się z wybujałym ego właścicieli, którzy mimo spadającej wyceny i pogarszających się wyników finansowych wciąż zachowywali się tak, jakby sprzedawali perłę, a nie tonący okręt. Każda klauzula była kwestionowana. Każda poprawka wymagała godzin dyskusji. Grali na czas, licząc na lepszą ofertę. Wiedział, że jej nie będzie. Pod koniec dnia, gdy wreszcie podpisano wstępne porozumienie, nie czuł triumfu. Czuł się jak wyciśnięta cytryna – pozbawiony energii, z duszą obciążoną nieustanną odpowiedzialnością za miliardy euro, tysiące pracowników i historię, na którą nie miał wpływu, ale którą musiał nieść jak brzemię.

Kiedy samochód, którym jechał w końcu skręcił w prywatną aleję prowadzącą do domu w prestiżowej części podberlińskiego Kleinmachnow — modernistycznej willi z betonu i szkła, ukrytej za kutą bramą i pasem starannie przyciętej zieleni, z ogrodem opadającym łagodnie ku ścianie lasu — był przekonany, że cisza tego miejsca, choć na chwilę zdejmie z niego ciężar dnia. Zamiast ciszy czekała na niego jego żona — Clara. Stała w holu, w jasnym świetle wpadającym przez wysokie przeszklenia. Nie podniosła głosu, ale jej ton był napięty, chłodny, ostry jak szkło.
— Nawet nie zadzwoniłeś, że się spóźnisz. Goście siedzieli i czekali jak idioci.
Zdjął powoli płaszcz, jakby zyskiwał w ten sposób kilka sekund.
— Clara, miałem ciężkie spotkania. Mówiłem ci.
— Zobacz, która jest godzina — przerwała mu. — Zawsze masz spotkania. Zawsze jest coś ważniejszego. Ale kiedy chodzi o mnie, o nas, wtedy cię nie ma. Nigdy.
W jej głosie nie było już gniewu, było rozczarowanie, które wracało zbyt często, by jeszcze kogokolwiek zaskakiwać.
— Prosiłam, żebyś dziś przyjechał normalnie do domu. Mieliśmy ustalić, do której szkoły wysyłamy Sophie. Specjalnie zaprosiłam Beckerów, żeby opowiedzieli nam o tej prywatnej szkole w Poczdamie. Ich syn przecież jest już w drugiej klasie...
Przymknął oczy na ułamek sekundy. Obraz konferencji, negocjacji, tabel, oskarżeń i kamer mieszał się teraz z rozmową o wyborze szkoły. Wszystko wydawało się równie ważne i równie nie do udźwignięcia. Westchnął głęboko. Nie miał już siły ani na tłumaczenia, ani na kolejne rozmowy, które zaczynały się od pretensji, a kończyły poczuciem winy. Wziął płaszcz z oparcia fotela i włożył go z powrotem na ramiona, jakby właśnie wychodził na kolejne spotkanie.
Clara patrzyła na niego w milczeniu.
— Naprawdę? To wszystko, co masz mi do powiedzenia? — zapytała cicho.
Nie odpowiedział. Odwrócił się i wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym, ciężkim odgłosem, który w pustym holu zabrzmiał niemal jak wystrzał.

Zszedł po schodach do garażu. Pomieszczenie było większe niż niejeden apartament w centrum Berlina. Beton polerowany na gładko, podświetlane nisze w ścianach, równo ustawione samochody, półki z perfekcyjnie poukładanymi akcesoriami. Wszystko sterylne, ciche, niemal bezosobowe. Otto, jego kierowca, odwiózł go wcześniej pod dom. Gdy wysiadał, powiedział krótko, że na dziś ma wolne. Teraz musiał poradzić sobie sam. W garażu stało pięć samochodów. Wszystkie z gwiazdą na masce — rodzinna tradycja i konsekwencja, część kolekcji.
Pierwszy, Mercedes-Benz SL 63 AMG, którym jeździła jego żona. Czarny lakier, beżowa skóra, perfekcyjny w każdym detalu. Samochód był szybki, bezbłędny technicznie, naszpikowany elektroniką, która pilnowała każdego ruchu kierowcy. Spojrzał na niego z czymś na kształt niechęci. 
Obok stała G-Klasa z lat dziewięćdziesiątych, kanciasta i surowa. Lakier w kolorze bardzo ciemnej zieleni, na progach drobne ślady po kamieniach, jeszcze sprzed lat. Wnętrze pachniało skórą i olejem napędowym. Jeździła ciężko, jakby wciąż była gotowa wjechać w teren, którego od dawna już nie widziała. Dalej, pod miękkim światłem punktowych lamp, spoczywał Mercedes 450 SLC z 1974 roku. Ciemny granat, długie drzwi bez ramek, cienkie chromowane linie. Samochód wyglądał jak elegancki garnitur z epoki, w której luksus nie potrzebował krzyczeć. Przy przeciwległej ścianie stał czarny model W111, eleganckie, długie coupé z końca lat sześćdziesiątych.  Obok najnowszy nabytek — S 63 AMG w wersji W221. Czarny, długi, niemal majestatyczny. Pod maską ogromne V8 biturbo, w środku masaż w fotelach, miękka skóra i perfekcyjna cisza przy każdej prędkości. Komfort absolutny. Potęga ubrana w elegancję. Pięć samochodów. Pięć wersji tej samej marki. Pięć różnych odpowiedzi na pytanie o władzę, prestiż i potęgę niemieckiej inżynierii.

Podszedł do niewielkiej, drewnianej szafki przy ścianie i wyjął ciężki, metalowy kluczyk. Nie elektroniczny pilot. Prawdziwy klucz. Wybrał 450 SLC. Wsiadł. Wnętrze pachniało skórą, drewnem i czymś jeszcze — czymś z przeszłości. Przekręcił kluczyk. Silnik V8 obudził się głębokim, niskim pomrukiem. Nie był tak szybki, jak SL 63. Nie był tak monumentalny jak W111. Nie był tak komfortowy, jak S-Klasa. Był za to prawdziwy.

Minął bramę i wyjechał na pustą ulicę.

Mercedes sunął spokojnie, niemal majestatycznie. Mimo sportowego charakteru, zawieszenie miękko wybierało nierówności, jakby oddzielało go od świata cienką, amortyzowaną warstwą ciszy. Fotel obejmował plecy szeroko i pewnie, sprężyny i skóra pracowały razem, dając poczucie stabilności, którego brakowało mu przez cały dzień. Wnętrze wypełniał niski pomruk V8 — nie agresywny, nie demonstracyjny, lecz równy, pulsujący rytm, który działał jak metronom dla myśli. Kierownica stawiała lekki opór. Każdy ruch dłoni miał znaczenie. Nie było tu elektronicznych asystentów. Samochód reagował bezpośrednio, z wyczuwalnym ciężarem, ale i z elegancją, która sprawiała, że prowadzenie stawało się czymś więcej niż przemieszczaniem się z punktu A do B. To nie był pojazd, który odciążał kierowcę z odpowiedzialności. Wymagał obecności. Skupienia. Uważności. I właśnie to go uspokajało.

W miarę jak mijał kolejne skrzyżowania, napięcie z karku zaczęło powoli ustępować. Oddech wyrównał się z rytmem silnika. Myśli, dotąd chaotyczne i poszarpane, zaczęły układać się w dłuższe, spokojniejsze ciągi. W tym samochodzie nie było miejsca na gwałtowne reakcje ani ostre riposty. Był czas. Był dystans. Na krótkim odcinku autostrady pozwolił silnikowi wejść na wyższe obroty. Dźwięk pogłębił się, ale nadal pozostawał miękki. Po raz pierwszy tego dnia poczuł, że ma nad czymś kontrolę. Nie nad mediami, nie nad Francuzami, nie nad historią firmy — tylko nad kierownicą, pedałem gazu i linią asfaltu przed sobą. I to wystarczyło, żeby choć na chwilę odetchnąć. Jechał bez celu. Coraz szybciej, byle dalej od domu.

W końcu zjechał na parking przy zamkniętym już o tej porze kompleksie handlowym. Zgasił silnik. Cisza po wyłączeniu V8 była niemal bolesna. Wyjął telefon. Otworzył listę kontaktów. Zatrzymał się na jednym imieniu.

Eva. Palec zawisł nad ekranem.

Po kilku sygnałach w słuchawce odezwał się spokojny, lekko zachrypnięty głos.
– Tak?
Zamknął oczy, jakby samo brzmienie tego głosu przyniosło mu ulgę.
– Eva, potrzebuję cię – powiedział cicho, prawie szeptem.
W jego głosie było wszystko: wyczerpanie, frustracja, niepokój i pragnienie.
– Eva, potrzebuję cię – powtórzył cicho, jakby to jedno zdanie mogło odgonić napięcie, które ciążyło mu na barkach.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy. Eva Stern, której głos zawsze brzmiał zmysłowo odpowiedziała z wyraźnym współczuciem, ale bez cienia rozczulenia:
– Jonas, słyszę to w twoim głosie, ale dziś mnie nie ma. Jestem poza Berlinem, wracam dopiero w przyszłym tygodniu.
Zacisnął zęby i westchnął, odsuwając telefon od twarzy. Uderzył dłonią w kierownicę.
– Do cholery Eva, ja naprawdę muszę się zresetować. Dziś. Teraz. Nie mogę tego dłużej nosić w sobie. Przez cały dzień miałem ochotę wrzasnąć komuś prosto w twarz, a w domu...
– Jonas, wiem. Wiem, jak to działa. I właśnie dlatego spróbuję ci pomóc. Ale sama nie mogę dziś przyjechać – powiedziała spokojnie. Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. – Mam kogoś. Kogoś, komu możesz zaufać. 
Zmarszczył brwi.
– Kogo? Nie chcę kogoś kogo nie znam.
Usłyszał ciche westchnienie.
– Nazywa się Fenriss. Lady Fenriss.
– Nie znam jej – odpowiedział chłodno. – I mówiłem, że nie chcę kogoś, kogo nie znam, to zbyt delikatna sprawa.
– Jest młoda, piękna i ma to coś.
– Młoda? – przerwał jej ostro. – Eva, znasz mnie. Wiesz, że nie uklęknę przed jakąś gówniarą z batem, która dopiero uczy się, jak trzymać ludzi w ryzach, nie ważne jak by nie wyglądała.
Nie odpowiedziała od razu.
– Fenriss jest wyjątkowa – powiedziała w końcu cicho. – I ma talent, którego nie da się nauczyć. Ona nie potrzebuje wieku, żeby mieć autorytet. Uwierz mi, Jonas. To nie jest kwestia doświadczenia w latach. To kwestia talentu, daru. I nie jest żadną gówniara, chyba mnie znasz, nie przyjęłabym do siebie dziewczyny, gdyby nie reprezentowała czegoś sobą.
– Przepraszam, masz rację. Ale i tak nie znam jej – powtórzył, bardziej stanowczo. – Nie wiem, kim jest. A ty dobrze wiesz, że nie lubię niespodzianek.
– Posłuchaj mnie. Przypomnij sobie, ile razy szukałam ci kogoś do sesji na ostatnią chwilę, kiedy sama nie mogłam cię przyjąć i ile razy cię zawiodłam.
Zamilkł. Chociaż właśnie przypomniał sobie ,,pilne" spotkanie z jakąś dziewczyną, która nie do końca mu pasowała i już chciał jej o tym przypomnieć, ale Eva kontynuowała.
– Fenriss ma instynkt i  ciemną stronę, której potrzebujesz bardziej niż chcesz przyznać.
Westchnął z rezygnacją, ale w jego głosie pojawiła się nuta zainteresowania.
– Czyli uważasz, że da radę? 
– Ręczę za nią głową, zaufaj mi – powiedziała stanowczo. – Z tego co widzę, ma dziś jeszcze jedną sesję, ale kończy za nieco ponad godzinę. Muszę tylko zapytać, czy zostanie dłużej. Jeśli tak, przyjmie cię.
Spojrzał przez przednią szybę na pustą ulicę i pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Nie wierzę, że to znowu robię bez ciebie. Dobrze. Zadzwoń do niej. Daj mi znać.
– Dam. Zasługujesz dziś na Fenriss. Wiem, co mówię.
Rozłączył się, opadając ciężko na fotel z westchnieniem, które niosło w sobie całą gorycz ostatnich godzin. Po raz pierwszy od dawna poczuł jednak coś na kształt ciekawości.

---

Telefon zawibrował. Paulina zerknęła na ekran, dzwoniła Eva. Była właśnie w trakcie ostatnich przygotowań do zaplanowanej sesji. Miała jeszcze kilka minut. Ubrana już w czarną, satynową koszulę, skórzane spodnie i oficerki, poprawiała jeszcze włosy. Odebrała. Po drugiej stronie panowała przez moment cisza. Tylko cichy oddech Evy.
– Mam do ciebie prośbę. Pilną. Bardzo. Wiesz, jestem poza Berlinem i nie mogę dziś nikogo przyjąć, a on potrzebuje spotkania. Natychmiast.
Przewróciła oczami.
– On? Kim jest ten ,,On”, że dzwoni do ciebie o tej porze? Poza tym za chwilę mam godzinną sesję, a potem miałam już wracać do domu. Jutro mam zajęcia rano.
– Wiem dziecko, ale to ktoś zaufany, bardzo zaufany. Mój stały klient. Bardzo, bardzo lojalny. Nigdy nie prosi o coś takiego bez potrzeby. A dziś jest rozbity. Musi odreagować.
Paulina przeszła wolno do lustra, w którym odbijało się światło lamp. Spojrzała na swoje odbicie – wyprostowana sylwetka, spokojny oddech, perfekcyjny makijaż. Cienie na powiekach i czerwień ust nadawały jej twarzy wyraz, który znała dobrze. Władczy, nieprzenikniony.
– Ile czasu potrzebuje?
– Godzina. Może dłużej. Stawka podwójna – wszystko dla ciebie dziecko.
Milczała przez chwilę, po czym westchnęła cicho.
– Dobrze. Zgodzę się, ale robię to tylko dla ciebie i muszę przejrzeć jeszcze jego ankietę. Chcę znać preferencje, ograniczenia, hasła bezpieczeństwa. Zacznę z nim pół godziny po północy. Nie wcześniej, nie później. Ma być punktualnie, jeśli spóźni się...
– Wiem, wiem, przekażę mu. Zaraz ci go udostępnię i Paulina...
– Tak?
– Zrób z nim to, co robisz najlepiej. On ci się wtedy odda bez reszty. Uwierz mi.
Nie odpowiedziała od razu. Przesunęła palcem po udzie i w końcu rzuciła:
– Zobaczymy.
Pożegnały się.

---

Telefon Jonasa zawibrował w ciemnym wnętrzu Mercedesa, zaparkowanego na pustym parkingu sklepu sieci Edeka, nieopodal Zehlendorfu. Na ekranie wyświetliła się Eva. Nerwowym ruchem sięgnął po telefon i odebrał.
– Tak?
– Jonas. Lady Fenriss się zgodziła. Sesja pół godziny po północy. 
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy. Jonas odchrząknął.
– Eva… Ja… Myślałem nad tym i nie wiem, czy to jednak dobry pomysł. Nie znam jej. A jeśli się nie odnajdę? Jeśli to wszystko pójdzie źle? Jestem wściekły i zmęczony. Jeśli coś nie zagra, to ten wieczór mnie tylko dobije.
Zamilkła na moment. Kiedy znów się odezwała, jej głos nie miał już w sobie czułości – był lodowato spokojny i chłodno stanowczy.
– Jonas. Nie dzwoń do mnie po pomoc, jeśli zamierzasz się potem wycofywać. Wiesz dobrze, że nigdy nie powierzyłabym cię byle komu. Lady Fenriss zostanie specjalnie dla ciebie dłużej, a ona nie lubi zmian na ostatnią chwilę.
– Ale…
– Słuchaj uważnie. Jeśli naprawdę wolisz wrócić do Kleinmachnow i wdawać się z żoną w kolejną dyskusję to droga wolna. Możesz z powrotem zamknąć się w swojej złotej klatce. Udawać, że jesteś szczęśliwy. Że masz kontrolę.
Zacisnął szczękę, ściskając mocniej telefon. 
– Eva, ja tylko…
– Nie. Masz być na miejscu punktualnie. I masz jej zaufać. Jeśli nie potrafisz, to znaczy, że nie jesteś gotów. Ale błagam, nie mów mi, że po tych latach nie potrafisz zaryzykować. Przypomnij sobie, dlaczego tu dzwonisz i co tak naprawdę trzyma cię jeszcze w pionie.
Rozłączyła się.
Przez chwilę siedział w milczeniu, słuchając ciszy, a potem, bez słowa, przekręcił kluczyk w stacyjce.

Punktualnie o północy był już na dobrze znanym parkingu pod Dominia Studio Berlin. Znał to miejsce, znał też jego zasady – dzisiejsza noc miała być inna tylko pod jednym względem: nowa domina. Fenriss. Oby była warta tego całego zamieszania, które zrobił. Niech go zbije, każe wylizać sobie buty a potem  pozwoli sobie ulżyć. Nic więcej dziś nie oczekiwał. 

Wjechał windą na górę, otworzyła mu Anja. Wymienili krótkie spojrzenie – znali się dobrze. Bez słowa sięgnęła po kluczyk i podała mu go przez blat.
– Numer siedem – powiedziała krótko.
– O której? – zapytał, choć doskonale znał odpowiedź. Musiał ją usłyszeć jeszcze raz.
– Zero trzydzieści. Lady Fenriss już wie, że pan będzie.
Skinął głową i odszedł w stronę szatni. Zdjął garnitur, zegarek – wszystko układał starannie w szafce. 
Zamknął metalowe drzwiczki i wszedł pod prysznic. Nie musiał się rozglądać. Robił to setki razy.
Woda spływała po jego karku i plecach, gorąca, kojąca. Zamknął oczy i pozwolił sobie na dłuższy moment ciszy. Oddychał głęboko. Nie wiedział, co go czeka.

---

Paulina siedziała w półmroku swojej garderoby, biorąc głęboki oddech. Dłońmi przesunęła po gładkiej powierzchni stołu, na którym leżała wydrukowana przez Anję ankieta. Przesunęła spojrzeniem po znanych sobie rubrykach, które tak często mówiły jej więcej, niż jakakolwiek rozmowa.

Uległy. Dość niski próg bólu. Zmotywowany. Dyscyplina. Pony play. Tease and denial. Fetysz skóry.

Zamrugała wolno, westchnęła cicho i sięgnęła po puszkę Red Bulla, która czekała obok. Otworzyła ją z lekkim sykiem, a zimny, słodki płyn momentalnie orzeźwił jej zmęczone ciało i umysł. Wiedziała, że czeka ją jeszcze jedna sesja tej nocy – nieplanowana, nieco narzucona – ale zaakceptowana. Bo gdy dzwoni Eva, nie odmawia się. Nigdy. Zwłaszcza jeśli słyszy się w jej głosie prośbę.

Spojrzała na siebie w lustrze – wciąż była ubrana w czarne, skórzane spodnie o wysokim stanie i dopasowaną czarną koszulę. Wyglądała elegancko, ale to nie był ten efekt, który chciała osiągnąć.
Wstała powoli i rozebrała się, odsłaniając elegancką, bieliznę – koronkowy biustonosz o miękkim połysku, majtki i cienkie, czarne pończochy na podwiązce. Lubiła tę bieliznę – była luksusowa, zmysłowa, ale też praktyczna. 
Z wieszaka zdjęła catsuit. Lśniąca, czarna skóra z wnętrzem podszytym zimną, srebrzystą satyną. Przesunęła palcami po wnętrzu – uwielbiała ten kontrast: chłód materiału na rozgrzanym ciele, napięcie, które budowało się z każdym kolejnym centymetrem zakładanej odzieży.
Najpierw lewa noga – ostrożnie, powoli, sunęła pończochą po wnętrzu nogawki. Potem prawa. Catsuit szczelnie objął uda, biodra, talię. Przyciągnęła materiał w górę, przesuwając go po umięśnionym brzuchu i klatce piersiowej, aż po ramiona. Sięgnęła za plecy i jednym płynnym ruchem przesunęła zamek w górę – aż pod kark. Cicho zasyczał, zatrzaskując ją w czarnej, lśniącej powłoce.
Stała teraz w swojej drugiej skórze – opięta, smukła, gotowa. Ale to nie był jeszcze koniec. Założyła wysokie kozaki, a następnie z półki obok wzięła czarny, lakierowany gorset z bydlęcej skóry – ciężki, masywny, z długimi metalowymi zapięciami i wiązaniem z tyłu. Usiadła na krześle, oparła się stabilnie i ostrożnie zapięła z przodu kolejne haftki, jeden po drugim, czując, jak ściska talię i zbiera ją w szlachetną linię. Potem odwróciła się do lustra, poprawiła wiązania z tyłu, dociągając rzemienie, aż poczuła znajomy, lekki brak tchu. Uwielbiała ten moment.
Na koniec założyła rękawiczki – czarne, skórzane, sięgające niemal do łokci. Wsuwała je wolno. Ich zapach – intensywny, czysty, naturalnej skóry, uderzył w zmysły. Były jak pieczęć. Jak sygnał, że czas gry właśnie się zaczął. Ostatni rzut oka w lustro. Lśniła. Każdy centymetr jej sylwetki był perfekcyjny, ostry jak brzytwa. Fenriss gotowa do działania.
Wzięła do ręki cienki, giętki bat, spleciony z czarnej skóry,  którego trzask potrafił przeciąć powietrze jak ostrze.

Zamknęła garderobę i ruszyła powoli, ale pewnym krokiem w stronę saloniku. Klient był już przygotowany.

---

Jonas klęczał. Posadzka była chłodna, miękko oświetlona, a wnętrze – zmysłowo surowe: ciemne drewno, stalowe detale, zapach skóry, olejków i cichego napięcia. Miał na sobie jedynie obrożę – prostą, czarną, z niklowanym kółkiem – oraz szerokie opaski na przegubach.  Przed chwilą Anja, bez zbędnych słów, poprosiła go do środka, spojrzała tylko krótko i z lekkim ruchem ręki wskazała miejsce na środku pomieszczenia. Zamknęła za sobą drzwi, nie odwracając się już więcej. Został sam. Klęczał dokładnie tak, jak czynił to już dziesiątki razy w tym miejscu: nogi rozstawione na szerokość barków, pośladki tuż nad piętami, dłonie oparte grzbietem o uda, głowa spuszczona, wzrok wbity w podłogę. Było mu chłodno. Nie z zimna – z oczekiwania i lekkiego niepokoju. Każdy oddech był cięższy od poprzedniego, jakby powietrze gęstniało.
Nie widział nigdy wcześniej tej kobiety. Lady Fenriss. Nic ponad jedno zdjęcie na stronie – ujęcie z boku, tylko sylwetka: długa linia nóg w skórzanym catsuicie, pejcz. Żadnych szczegółów, żadnej twarzy. Krótki opis: ''surowa dyscyplina, pasja i elegancja. Wymiary oraz wiek: 165 cm / 55 kg / 24 lata."
Sam miał 195 cm wzrostu, pomyślał sobie, że to fajnie. Lubił kontrast, lubił gdy domina jest znacznie niższa od niego. Potrzebował go. Zwłaszcza dzisiaj.

Cisza była niemal namacalna. Jego własny oddech zdawał się być głośniejszy,  ostrzejszy. A on czekał, nie wiedząc, czego dokładnie się spodziewać. W tym właśnie był sens – oczekiwanie, które z każdym uderzeniem serca przeradzało się w podporządkowanie.
Pozycja bolała. Już teraz czuł napięcie w udach, lekki ucisk w kolanach. Ale nie drgnął. Nie wolno było. Nie tutaj. Niewiedza była częścią tej gry. Nie znał jej prawdziwego imienia. Nie znał jej głosu. Nie wiedział, kiedy przyjdzie. Ale wiedział jedno – nie miał już możliwości odwrotu.

Drzwi otworzyły się powoli, niemal bezszelestnie. Usłyszał jednak ten dźwięk, zanim zobaczył ją. Podniósł lekko głowę – instynktownie, dyskretnie bo wiedział, że nie powinien. 
Stała w progu – niewysoka, szczupła, niemal eteryczna, o pięknej, młodej twarzy i chłodnej, niemal arystokratycznej urodzie. Nie miała mocnego makijażu  – tylko delikatnie podkreślone oczy, chłodne usta. Ale to nie twarz przykuła jego uwagę na dłużej. Catsuit oplatał jej ciało niczym druga skóra – błyszcząca, gładka, perfekcyjnie dopasowana. Materiał lśnił przy każdym kroku, odbijając miękkie światło saloniku. W talii miała zapięty gorset – wysoki, ciasny, podkreślający jej filigranowe proporcje, ale zarazem nadający sylwetce bezdyskusyjnej siły. Jej ruchy były powolne, pełne gracji i pewności. Na stopach – długie, lśniące kozaki z lekko szpiczastym noskiem i masywnym obcasem, które rytmicznie uderzały o podłogę, kiedy szła w jego stronę.

Nie powiedziała nic. Nie musiała. Wystarczyło jedno spojrzenie – chłodne, beznamiętne, oceniające. 

Bez słowa wysunęła lekko prawą nogę do przodu. But lśnił jak wypolerowana zbroja. Od razu zrozumiał. Pochylił się nisko i złożył delikatny pocałunek na czubku buta. Poczuł zapach skóry, chłód materiału i dreszcz, który przeszył go od karku aż po biodra. 
– Witaj – powiedziała chłodno. – Będziesz odzywał się tylko wtedy, gdy ci pozwolę. Jeśli w ogóle ci pozwolę.
Sięgnęła po smycz zakończoną karabińczykiem. Pochyliła się lekko, przypięła ją do metalowego kółka  obroży. To nie był jakiś gest symboliczny. To było objęcie w posiadanie.
– Na czworaka. Za mną – rzuciła krótko.
Smycz naprężyła się lekko. Ruszył za nią na czworaka, z głową spuszczoną, słysząc jak echo obcasów i szelest skóry niosą się po korytarzu. Każdy metr dzielił go od świata, który właśnie się przed nim otwierał.

Poruszał się, posłusznie, krok w krok za Lady Fenriss. Smycz naprężała się delikatnie przy każdym jej ruchu. Podłoga była chłodna i gładka, a on czuł każdy kontakt kolan i dłoni o jej powierzchnię. Nie to jednak zaprzątało mu uwagę.
Z odrobiną nieposłusznej ciekawości uniósł wzrok i spojrzał przed siebie. Obraz, który ujrzał, zaparł mu dech w piersi. Jej biodra poruszały się powoli, rytmicznie, z elegancją właściwą tylko kobietom absolutnie świadomym swojej władzy i własnego ciała. Pośladki Lady Fenriss – opięte gładką, lśniącą skórą catsuita – poruszały się w takt kroków, idealnie napięte, zarysowane, hipnotyzujące. Cień światła odbijał się od połyskującej powierzchni, podkreślając każdy kontur. Poczuł, jak serce bije mu mocniej. Była zjawiskowa. Fenriss nie była tylko kobietą. Była czystą siłą i pięknem.
Zatrzymała się przed drzwiami o matowym, czarnym wykończeniu. Bez słowa nacisnęła klamkę i weszła do środka. Pełzł za nią – wciąż na czworaka, z głową ponownie opuszczoną. 

Ciemne ściany, wykończone miękką, grafitową tapicerką z subtelnym pikowaniem, tłumiły dźwięki i dodawały przestrzeni intymnej głębi. Światło było przygaszone – punkty oświetleniowe ukryte w niszach, z których sączyła się złotawa poświata, tworząc atmosferę luksusowego mroku. Pachniało skórą, olejkami, drewnem – zapachami, które nie pozostawiały złudzeń, gdzie się znajduje.
Po lewej stronie wisiały równo rozmieszczone narzędzia: krótkie i długie baty o plecionych rzemieniach, czarne pejcze z matowej skóry, smukłe trzcinki różnej długości, a także bogaty wybór floggerów – zamszowe, skórzane, z miękkimi i ostrzejszymi końcówkami, starannie zawieszone na metalowych hakach.
Z prawej strony znajdowała się solidna, tapicerowana ławka do spankingu – stabilna, z regulowaną wysokością i szerokością nóg. Wykończona twardą czarną skórą, błyszczącą jak tafla oleju. Obok niej – skrzynia z uprzężami i pasami, a dalej – dwa wysokie stojaki z zawieszonymi mankietami i obręczami do przypięcia ciała w różnych pozycjach. Na jednej ze ścian wisiał krzyż świętego Andrzeja – wykonany z ciemnego drewna, z masywnymi, chromowanymi okuciami. Przy jednej ze ścian stał masywny tron, symbol władzy Fenriss. Na środku stał także niski klęcznik – idealny, by klęknąć i czekać. Przestrzeń była tak zaprojektowana, by zdominować, odizolować i poddać, ale jednocześnie była piękna. Luksusowa. Każdy detal: gładkie wykończenia, precyzyjne przeszycia, rozmieszczenie sprzętu – wszystko było tu celowe. Świadczyło o dbałości, o estetyce, ale przede wszystkim – o sile i doświadczeniu tej, która tu rządziła.

Lady Fenriss – zamknęła drzwi. Smycz jeszcze raz naprężyła się w jej dłoni. Jonas pochylił głowę jeszcze niżej. Był w jej świecie i należał już do niej.
Stanęła za nim, wciąż trzymając smycz w dłoni. Przez kilka sekund panowała zupełna cisza, jedynie ich oddechy były słyszalne – jej spokojny, kontrolowany i jego – płytki, napięty, pełen oczekiwania. Zdecydowanym ruchem odpięła smycz z obroży. Metalowy klik zabrzmiał głośno w ciszy pokoju.
– Pozycja na kolanach. Pokaż mi, czego cię nauczono – rzuciła krótko.
Uniósł się powoli, klękając tak, jak potrafił: kolana rozstawione, pośladki lekko cofnięte, plecy proste, ręce splecione na karku, wzrok spuszczony w dół. Trwał w bezruchu. Próbował kontrolować drżenie mięśni, spięcie karku, ale czuł jej obecność – jak cień, jak napięcie tuż za plecami.
Zdjęła z uchwytu na ścianie szpicrutę – długą, elastyczną, ze zdobioną rękojeścią i błyszczącym skórzanym języczkiem na końcu. 
Podeszła bliżej i bez uprzedzenia uderzyła go w udo. Plask. Wystarczająco mocno, by dać mu do zrozumienia, że się zaczęło.
– Palce stóp razem. 
Szpicruta trafiła w łydkę. 
– Kolana równiej. Plecy prosto, nie jak u starego, schorowanego  urzędnika!
Poprawił się natychmiast, ale to było za mało.
– Głowa równo!
Uderzenie w kark 
– Nie jesteś zającem. Pokaż szyję. Dumnie, ale pokornie. To takie trudne? – Ton jej głosu był chłodny, pozbawiony emocji, ale każde słowo cięło jak skalpel.
Przechadzała się wokół niego powoli, jakby go oceniała w konkursie, którego zasady znała tylko ona. Co kilka sekund szpicruta dosięgała jego skóry: raz ud, raz barku, raz ramienia. Każde uderzenie przypominało mu, kto tu rządzi.
– Ręce wyżej. Spleć palce. Prosto! Plecy! Co to ma być?! 
Uderzenie. Tym razem jeszcze mocniej, w bok uda. 
– Czy ktoś w ogóle poświęcił ci choć pięć minut na tresurę?
Jonas zadrżał, napiął mięśnie, próbował zachować równowagę. Milczał. Tak, jak mu kazała.
– Nie rozumiem, jak ktoś mógł dopuścić do takiego braku dyscypliny. – Głos Fenriss był teraz cichszy, ale pełen pogardy. 
– Albo jesteś nowy i próbujesz udawać, że coś wiesz, albo zostałeś źle nauczony. A może robisz to specjalnie, żeby mnie sprowokować? Tak czy inaczej, u mnie to nie przejdzie.
Uderzenie. Szpicruta trafiła prosto w czubek penisa, a Jonas aż zawył z bólu.
Stanęła przed nim. Patrzyła z góry, mierząc go zimnym spojrzeniem. Wbił wzrok w podłogę, wciąż czując ból tam, gdzie uderzyła.
– U mnie nauka zaczyna się od zera. Wszystko, co ci się wydawało, że umiesz, możesz zapomnieć. Z resztą, niewiele umiałeś. Prawie nic.  
Jej głos był jak stal: chłodny, gładki, ostry.  
– Jedno mogę ci obiecać: zapamiętasz tę noc na bardzo długo.
Zamachnęła się. Świst. Uderzenie znowu spadło na czubek penisa. Ciało zareagowało napięciem, ale tym razem nawet nie drgnął.
Fenriss nie dawała mu wytchnienia.
– Nogi szerzej. Ręce na karku. Piersi wypnij. Nie jesteś workiem na kości, tylko narzędziem, moim narzędziem.
Bez słowa poprawił pozycję. Kolana rozsunięte szerzej, pośladki cofnięte. Ramiona uniesione, ręce splątane z tyłu głowy, kark odsłonięty. Czuł, że pali go każdy centymetr skóry – od chłodu podłogi, napięcia mięśni, od uderzeń, które odciskały się czerwienią na jego ciele. Nie odwrócił wzroku. Kiedy Fenriss krążyła wokół niego, odważył się spojrzeć – nie za długo, wystarczająco, by pochłonąć obraz.
Widział ją – zmysłową, surową, nieprzeniknioną. Jej ciało było idealnie opięte połyskującym kombinezonem, poruszała się z niespieszną gracją. Każdy krok brzmiał stanowczo – obcasy uderzały o posadzkę z regularnością metronomu. Gorset podkreślał jej talię, biust i biodra, nadając sylwetce niemal posągową formę. Szpicruta unosiła się w powietrzu z lekkością skrzydła – i spadała jak wyrok.
Kolejne uderzenie przecięło ciszę. Skóra na wewnętrznej stronie uda aż zafalowała. Westchnął cicho – z bólu i uwielbienia. Kolejne uderzenie – tym razem prosto w jądra. Gwałtownie odwrócił głowę, wciągnął powietrze. Ale nie jęknął. Fenriss uśmiechnęła się pod nosem. Przystanęła. Spojrzała na niego z góry, lekko przechylając głowę. Jej spojrzenie nie było już tylko chłodne. W tym momencie poczuła to, co zawsze przychodziło w pewnej fazie sesji – fala rozgrzewająca wnętrze klatki piersiowej, sunąca przez brzuch aż do łona. Była w centrum. Wszystko pod nią się uginało – posłuszeństwo, pozycja, dźwięk, skóra. Jej piękno, władza i siła splatały się w jedno. Czuła to fizycznie. Uwielbiała ten moment, kiedy władza nie wymagała podniesionego głosu  – bo sama obecność wystarczała, by podporządkować ciało i duszę uległego.
Szybko to zrozumiał. Patrzył na nią z dołu, z mieszaniną strachu i czci. I tego błysku – błysku, który Paulina znała. To był zachwyt. Nie nad kobietą. Nad boginią. Nad uosobieniem absolutnej dominacji.
– Dobrze... – powiedziała cicho. – Przynajmniej nie płaczesz jak dziecko. Jeszcze.
Podeszła do jego pleców. Szpicruta uniosła się i spadła raz, drugi, trzeci. Zadrżał z bólu. Popatrzyła na niego z dumą. Był już jej. Jego ciało, jego reakcje, jego emocje – wszystko to należało do niej. Upajała się tym. Czuła się piękna, nie tylko przez to, jak wyglądała, ale przez to, jaką miała kontrolę. 
Szpicruta znów spadła – tym razem dokładnie między łopatki.
– Jeszcze daleka droga przed tobą – powiedziała nisko. – Ale może... może coś z ciebie będzie.
Jej głos był miękki, niemal czuły.  
Kompletnie się tego nie spodziewał. Gdy jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej siedział w samochodzie przed studiem, pełen wątpliwości i niechęci do „tej nowej”, oczekiwał czegoś zupełnie innego. Spodziewał się może chłodnej, zachowawczej sesji – takiej, w której sam będzie musiał dyskretnie prowadzić nowicjuszkę, czekając aż się rozkręci, aż nabierze odwagi.
Tymczasem Fenriss – Lady Fenriss – od pierwszej sekundy przejęła pełną inicjatywę. Zaskoczyła go tym, że zaczęła czepiać się, kwestionować jego doświadczenie jako uległego. Tym kompletnie go rozbiła. Co więcej, używała szpicruty z niebywała wprawą, a uderzenia były nie tylko celne i bardzo szybkie, one były zaskakująco bolesne. Ale nade wszystko, była piękna. Nawet bardziej, niż mógł sobie to wcześniej wyobrazić. Delikatna twarz, porcelanowa cera, ciało ubrane w idealnie dopasowaną skórę. Gorset tylko podkreślał proporcje, czarne kozaki błyszczały w świetle lamp, a spojrzenie... to spojrzenie rozcinało jego opór jak żyletka. Nie zostawiała złudzeń. Nie była tu po to, by mu schlebiać. Była bezlitosna. Mówiła rzadko, ale każde słowo było jak cios – niekoniecznie w ciało, ale w ego. A jednak, nie mógł przestać jej podziwiać. I wtedy – zupełnie niespodziewanie – ta myśl przeszła mu przez głowę, jak błyskawica: „Co za wredna suka.”
Zwykle nie pozwalał sobie na taki język. Ale teraz, w tym kontekście, te słowa były komplementem. Może najwyższym, na jaki go było stać. Nie był zły. Był zaskoczony. Oszołomiony. Zafascynowany. Fenriss wdarła się w jego przestrzeń bez litości – i choć jego ciało krzyczało od bólu, choć chciał uciec, coś innego w nim – coś głębszego – pragnęło tylko jednego: by nie przestawała.
I choć przecież chciał spokojnej sesji – z lekkim dyscyplinowaniem, może jakąś adoracją stóp – teraz czuł, jak wciąga go ten rytm, ten bezlitosny rytuał. Coraz bardziej się wkręcał. Z każdym kolejnym ciosem, z każdym pogardliwym komentarzem, jego bunt słabł, a fascynacja rosła. Czuł się jak glina formowana w jej dłoniach i właśnie to zaczęło dawać mu satysfakcję. Nie wiedział jeszcze, jak długo potrwa ta noc, ale wiedział jedno: nie chciał, by się kończyła.

 Paulina krążyła wokół Jonasa jak drapieżnik – spokojna, skupiona, bezlitosna. Jej kroki były ciche, ale pewne, każdy ruch starannie wymierzony, jakby całe jej ciało było instrumentem wytrenowanej dyscypliny. Szpicruta śmigała w jej dłoni – raz z lekkością, raz z ostrzejszym świstem, gdy uderzała go w udo, bok żeber, penisa,  czy pośladki.
– Żałosne – powiedziała chłodno, zatrzymując się nagle przed nim. – Myślałam, że będzie z ciebie pożytek, że może dostanę już odpowiednio uformowanego uległego. A ty jesteś po prostu niezdarny. Oporny. Beznadziejny.
Zadrżał. Nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy.
– Spodziewałam się dobrej sesji, wyzwania na koniec dnia. A tymczasem co? Myślałeś, że dostaniesz kilka razy po dupie i pozwolę ci dotknąć moich stóp?
Wysunęła prawą nogę, przystając tuż przed nim. Czubek lśniącego, długiego kozaka znalazł się niemal przy jego ustach.
– Zasłuż sobie! – warknęła, cofając but, zanim zdążył sięgnąć wargami. – Jeszcze nie jesteś tego wart.
Opuścił głowę jeszcze niżej. Twarz miał gorącą od wstydu, kark mokry od potu. Ale jego głos był cichy, pokorny.
– Tak, Lady... Przepraszam, Lady... Proszę...
Nie czekała.
– Właź! – powiedziała stanowczo, wskazując szpicrutą tapicerowany mebel. Ławka do spankingu stała na srodku – masywna, skórzana, z wyraźnymi śladami używania przez lata. Metalowe pierścienie przytwierdzone do boków połyskiwały w nastrojowym świetle.
Podpełzł, uginając kolana. Wdrapał się, jak mógł najsprawniej – opierając uda i klatkę piersiową o tapicerowaną powierzchnię, z głową spuszczoną w dół i rękami wystawionymi w bok.
Nawet nie zauważył, kiedy znalazła się tuż za nim. Szybko. Jak zjawa. Skórzane pasy opadły na jego nadgarstki i kostki, zacieśniając się Metalowe sprzączki zapięły się z charakterystycznym trzaskiem. Kolejny pasek przeszedł przez jego lędźwie, dociskając go jeszcze mocniej. Próbował się nie ruszać – nie dlatego, że nie mógł, ale dlatego, że nie śmiał.
Paulina wyprostowała się. Na chwilę zapadła cisza – zmysłowa, napięta, jak zawieszenie między oddechem a ciosem.
– Zostaniesz ukarany bo mnie zawiodłeś. Liczyłam na fajną sesję a muszę uczyć cię podstaw.
Uniosła rękę. W dłoni miała już nie szpicrutę, lecz cienką, elastyczną trzcinkę.
Pierwsze uderzenie było czyste i gwałtowne. Jonas wydał z siebie stłumiony jęk.
Uśmiechnęła się lekko, niemal niezauważalnie.
W tej chwili czuła absolutną władzę. I nie miała najmniejszego zamiaru jej oddawać.
Trzcinka w jej dłoni była lekka, sprężysta, cienka – doskonałe narzędzie do karcenia. Znała ją dobrze. Znała dźwięk, który wydaje, gdy przecina powietrze i znała reakcje, jakie wywołuje na skórze ofiary.
Wzięła głęboki oddech. Przez krótką chwilę panowała cisza.
– Licz! – rozkazała chłodno
Uderzenie przecięło powietrze z ostrym świstem i wylądowało w poprzek pośladków.
– Jeden! – wydyszał, głos drżał mu już od początku.
Drugie – nieco niżej.
– Dwa!
Trzecie – mocniejsze. Skóra zaczęła momentalnie czerwienieć.
– Trzy!
Nie mówiła nic. Twarz miała skupioną, spojrzenie chłodne. Czuła, jak jej ciało reaguje na każdy jego jęk, każde napięcie mięśni. To było więcej niż kontrola. To było upojenie.
Czwarte uderzenie – szybsze, bardziej zdecydowane. Jonas syknął, głos mu zadrżał.
– Cztery!
Piąte – bezlitosne. Jego biodra odruchowo drgnęły.
– Pięć!
Znowu poczuła znajome ciepło rozlewające się pod skórą. Każdy jęk tylko ją nakręcał. Miała go. Już wiedziała.
Szóste. Siódme. Ósme. Każde ostrzejsze, każde coraz bardziej precyzyjne. Krzyżowała ślady.
– Sześć!... Siedem!... Osiem!
Po dziesiątym zaczął się rozsypywać. Głos mu się załamał. Oczy miał zamknięte. Pot spływał po plecach.
– Dziesięć!... – wyjęczał przez zaciśnięte zęby.
Odsunęła się o krok. Jej pierś unosiła się rytmicznie. W oczach miała coś, co było jednocześnie chłodne i gorące. Czuła satysfakcję, która z każdą sekundą przybierała intensywniejszą formę – mieszała się z podnieceniem, z poczuciem dominacji, z czymś głęboko kobiecym, pierwotnym. On był tylko narzędziem. Materiałem. Ciałem. Reakcją.
Biła dalej. Jedenaście. Dwanaście. Głos Jonasa był już nieregularny.
– Trzynaście... – wychrypiał.
Czternaście – prosto w poprzednie miejsce. Skóra tam była już mocno podrażniona.
– Aaah... czternaście...
– Ciszej bo cię zaknebluję – powiedziała zimno. 
Piętnaście. Szesnaście. Siedemnaście. Już nie potrafił liczyć jednym tchem. Mówił z opóźnieniem. Próbował być posłuszny, ale drżał. Ramiona mu opadały. Skóra była rozpalona i wilgotna zarazem.
– Siedemnaście... osiemnaście...
Dziewiętnaste uderzenie trafiło w jedno z wcześniejszych miejsc. Jego głos złamał się na samym końcu.
– Dziewię... dzięwiętnaście...
Dwudzieste – mocne, kończące. Paulina celowo zrobiła przerwę między wdechem a ciosem. Usłyszała głośny skowyt, zanim padło:
– Dwadzieścia...
Stała przez chwilę, patrząc na czerwone, poprzecinane pręgami pośladki. Czuła się potężna. Czuła się piękna. Czuła się sobą. Stała tuż za jego ciałem – rozgrzanym, udręczonym, napiętym do granic. Jonas cały drżał, oddech miał płytki, urywany. Pręgi na pośladkach zdawały się pulsować razem z jego sercem. Bez pośpiechu uniosła dłoń w rękawiczce. Skóra była czarna, lśniąca, idealnie dopasowana, tak cienka, że czuła przez nią ciepło i każdy skurcz jego mięśni, spowodowany dotykiem. Położyła ją płasko na jego pośladku i nacisnęła. Jęknął cicho, niemal niezauważalnie, a jego ciało szarpnęło się w odruchu.
– Drżysz – powiedziała cicho, niemal z rozbawieniem.
Przesunęła dłoń powoli, w bok, potem w górę, po lędźwiach, wzdłuż kręgosłupa. Kontynuowała ruch aż do karku. Tam zacisnęła lekko palce. Potem schyliła się niżej, przesuwając po jego ramieniu, aż do policzka. Dotknęła go delikatnie.
– Już płaczesz? Tak szybko? – zapytała chłodno, przesuwając kciukiem po jego wilgotnym policzku. – Jakie to żałosne…
Nie odpowiedział. Wyszeptał tylko coś niezrozumiałego, jakby chciał prosić o litość, lecz nie miał już siły sklecić zdań.
Odsunęła się. Podeszła do ściany i wybrała kolejną trzcinkę, jedną z tych gorszych – cieńszą, bardziej sprężystą, z mikroskopijnymi zadziorami. Wiedziała, jak boli. Wiedziała, że to będzie zupełnie inne doświadczenie. Kara innej kategorii. Chwyciła ją pewnie i uniosła na wysokość oczu. Sprawdziła sprężystość, biorąc zamach w powietrzu. Uśmiechnęła się pod nosem, nieco złośliwie.
– Teraz pora, żebyś zrozumiał, jak bardzo mnie rozczarowałeś.
Wróciła do ławki. Jonas leżał bez ruchu, cicho, z policzkiem opartym o skórzane obicie, dłońmi przywiązanymi do metalowych uchwytów. Jego plecy unosiły się i opadały, nieregularnie, wciąż walcząc o oddech.
Ustawiła się dokładnie za nim, trzymając nową trzcinkę pod kątem, gotowa. W jej oczach było coś surowego, pięknego i przerażającego jednocześnie.
Zamach. Świst
Pierwszy cios nową wylądował nisko, tuż nad udami. Był szybki, precyzyjny, a jego dźwięk był inny – wyższy, bardziej ostry. Jonas krzyknął. Nie jęknął, nie sapnął – wydał z siebie pełny, niekontrolowany krzyk bólu.
Paulina uśmiechnęła się. To był dźwięk, którego oczekiwała.
– Jeden – wydusił.
Drugi, tym razem w poprzek. Rózga zostawiła jasny, poprzeczny ślad, który szybko zaczął się wyostrzać i ciemnieć.
– Dwa!
Fenriss czuła, jak adrenalina płynie w niej równym, gorącym nurtem. Nie czuła już ani znużenia, ani zmęczenia. Zastąpiła je czysta, skoncentrowana satysfakcja. Każdy jego oddech, każdy ruch mięśnia pod jej dłonią – wszystko to sprawiało, że czuła się nie tyle panią sytuacji, co istotą wyższą. Boską. Nie było w tym ani okrucieństwa, ani czułości. Było piękno władzy.
Trzeci cios. Spróbował się nie poruszyć, ale ciało zdradzało go coraz szybciej. Jego dłonie zaciskały się, a plecy wiły pod jej spojrzeniem.
– Trzy...
Czwarty. Piąty. Paulina nie przyspieszała. Każde uderzenie miało swój rytm. Uderzenie – pauza – reakcja – uderzenie. Po kolejnych dwóch Jonas zawisł w półoddechu, jego głos zaczynał się łamać. 
– Sześć... Siedem. 
Głos mu się zupełnie załamał. Nie wypowiedział „siedem” – wyjęczał je.
Paulina poczuła to. Ten moment. Gdy mężczyzna nie jest już tylko poddany, ale złamany. Jej wzrok spoczął na jego karku – spiętym, błyszczącym od potu. Westchnęła cicho, niemal z rozkoszą. Była piękna. Czuła to. Każdy jej ruch, każda poza. Widziała swoje odbicie w lustrze za Jonasem – kobieta w catsuicie, gorset idealnie przylegający, długie rękawiczki – to była figura z jej wyobraźni. Teraz realna.
– Osiem. Dziewięć. Dziesięć. 
Nie odpowiadał natychmiast. Milczał. Dopiero po kilku sekundach wypowiadał liczbę, z trudem. Sięgnęła dłonią do jego ramienia, pochyliła się i powiedziała mu do ucha:
– Jeszcze dziesięć. 
Zadrżał.
Jedenasty. Dwunasty. Ciosy stawały się coraz bardziej bolesne, bo skóra była już cała w długich czerwonych liniach, wręcz nadwrażliwa. Zaczął łkać. Prawdziwie. Bez krzyku. Cicho, w sobie, jakby nie chciał, by to było słychać.
Obserwowała to z fascynacją. Upajała się tą delikatną granicą – między bólem a uległością, między kontrolą a rozpaczą. 
Trzynasty. Czternasty. Próbował znowu liczyć, ale zacinał się.
– Czterna... ście...
– Głośniej – rzuciła chłodno. – Albo zaczynam od początku. 
Piętnasty. Szesnasty. Siedemnasty. Tracił oddech. Drżał całym ciałem. I właśnie to lubiła najbardziej – moment, kiedy już nie walczą. Kiedy są w jej rękach. Bezwolni. 
Osiemnasty. Dziewiętnasty.
Zawahała się przed dwudziestym. Patrzyła, jak jego grzbiet unosi się i opada. Jak wstrzymuje oddech. Czekał. Bał się.
Dwudziesty.
Świst. Uderzenie. Głośne wycie. Potem cisza.
Odłożyła trzcinkę i bez pośpiechu stanęła przed nim. Jego ciało nadal drżało, czerwone ślady na pośladkach pulsowały gorącym bólem, paliły żywym ogniem. Był wstrząśnięty, pokonany, a jednocześnie, ku swojemu zaskoczeniu gotowy na więcej, gdyby tylko wyraziła taką wolę.
Powoli, bez słowa, uniosła dłoń i  zatrzymała mu ją tuż przed warzą, na wysokości ust. Jonas nie mógł oderwać od niej wzroku.
– Uważasz, że zasłużyłeś, by ją pocałować? – zapytała cicho, z tonem, w którym mieszały się kpiąca łagodność i chłodna surowość.
Jej głos był jak jedwab przeciągany po ostrzu brzytwy. Patrzył na jej dłoń – smukłą, drobną, opiętą miękką, idealnie napiętą skórą rękawiczki. Widział połysk światła na palcach, widział szwy, czuł zapach. Dłoń była drobna, ale niosła w sobie władzę absolutną. Mogła karać. Mogła nagradzać. Mogła odebrać wszystko jednym gestem.
Otworzył usta, ale nie odpowiedział. Tylko skinął głową, prawie niezauważalnie. Milczenie – jedyny język, na który było go teraz stać. Przez chwilę patrzyła na niego, jakby rozważała, czy naprawdę warto. Potem powoli cofnęła dłoń i poklepała go lekko po policzku. Ruch był lekki, niemal czuły, ale pełen dominacji.
– Jeszcze nie – powiedziała chłodno.
Odwróciła się i ruszyła w stronę ściany. Mimo bólu, mimo upokorzenia, poczuł nagły przypływ pożądania – nie seksualnego, lecz egzystencjalnego. Chciał być godny tej ręki. Chciał na nią zasłużyć. Spojrzenie, dotyk – to była nagroda, o jaką warto było walczyć. Znowu.

Paulina sięgnęła po kolejną trzcinkę. Grubszą. Cięższą. Taką, która zostawiała ślady nie tylko na skórze, ale głęboko w duszy.
Wróciła do ławki. Już się nie bronił. Leżał. Trząsł się. Nie był już tym samym człowiekiem, który przyszedł na sesję.
– Kolejne dwadzieścia – powiedziała sucho.
Pierwszy cios spadł gwałtownie, od razu zostawiając ciemniejszy ślad niż poprzednie. Jonas szarpnął się, krzyknął.
– Jeden.
Nie przyspieszała. Uderzała regularnie, metodycznie. Z zegarmistrzowską precyzją.
– Dwa. Trzy. Cztery...
Jego mięśnie napinały się przy każdym kolejnym uderzeniu, ale wytrzymywał. I mimo bólu, mimo łez  – czuł coś dziwnego. Euforię. Endorfiny zaczęły działać jak narkotyk. Chciało mu się krzyczeć i płakać, zaczynał odpływać.
– Dziesięć...
Obserwowała go jak artysta obserwuje swoje dzieło w trakcie tworzenia. Czuła, jak jego opór zmienia się w czyste, głębokie poddanie. Jak jego ciało odpowiada na to co mu robi, jak rytm uderzeń staje się rytmem jego oddechu. To była symfonia – jej władzy, jego bólu. 
– Piętnaście... szesnaście...
Trzcinka świszczała w powietrzu, zostawiając za sobą echo bólu i ekstazy.
– Siedemnaście... Osiemnaście...
Jonas był cały mokry, ciało błyszczało mu od potu, a oddech urywał się w spazmach i pełnych rozpaczy krzykach. 
– Dziewiętnaście... Dwadzieścia...
Cisza. Tylko bicie serca i drżenie.
Odłożyła narzędzie kaźni na bok. Bez słowa odpięła pasy przytrzymujące jego nadgarstki i kostki. Skórzane zapięcia puściły z cichym kliknięciem, a on niemal natychmiast osunął się na podłogę. Jego ciało było pokryte potem, policzki czerwone od wysiłku, oddech urywany, gardło suche, ale w oczach miał coś nowego – mieszaninę zachwytu, pokory i niemego uwielbienia.
Podeszła do tronu – masywnego, obitego czarną skórą, z metalowymi okuciami i wysokim oparciem. Usiadła powoli, pewnie, rozkładając nogi w lekkim rozkroku. Jedna dłoń spoczęła na podłokietniku, druga wsparła się lekko na udzie. Spojrzenie było chłodne, ale jednocześnie niosło w sobie elektryczną intensywność.
– Do mnie, niewolniku!
Jonas, jeszcze przed chwilą roztrzęsiony i na granicy, poczuł przypływ nowej energii. Na czworakach, z trudem, powoli, ruszył w jej stronę. Każdy krok był pełen pokory. Każdy oddech – ciężki, ale świadomy. Zbliżał się do niej jak do świętości.
Uniosła dłoń i powoli, z wyraźnym zamysłem, wskazała palcem na pudełko leżące na stoliku obok tronu.
– Papieros – powiedziała krótko, nie podnosząc głosu.
Mimo zmęczenia, natychmiast zrozumiał. Na czworakach podpełzł do stolika, otworzył paczkę i z szacunkiem wyjął cienkiego, eleganckiego papierosa. Podał go obiema dłońmi, z głową pochyloną nisko. Przyjęła go bez słowa. Wyciągnęła rękę, nieco wyżej niż powinna, każąc mu napiąć się i dosięgnąć.
– Zapal!
Drżącymi palcami sięgnął po zapalniczkę. Przystawił płomień. Zaciągnęła się głęboko, czerwień żaru rozżarzyła się intensywnie. Chwilę później powoli wypuściła dym – prosto w jego twarz. Ciepły, aromatyczny obłok otoczył go natychmiast, uderzając w nozdrza i oczy.
– Wystaw język – rozkazała chłodno, wpatrując się w niego z góry.
Uniósł głowę. Jego spojrzenie spotkało się z jej. W oczach miał mieszaninę pożądania, upokorzenia i oddania. Otworzył usta i powoli, z namaszczeniem, wysunął język przed siebie, czekając w ciszy – gotowy.
Patrzyła na niego z kamienną twarzą, w której nie było ani grama współczucia. Tylko chłodne skupienie i pełna kontrola. Po pierwszym strzepnięciu popiołu, który opadł na jego język, zawahał się tylko przez ułamek sekundy. Potem, z wyraźnym trudem, zamknął usta i przełknął – powoli, jakby każdy milimetr gardła stawiał opór. Drobne napięcie przebiegło mu przez twarz. Dostrzegła to doskonale.
Zaciągnęła się ponownie, głęboko, dłużej. Żar znów się rozświetlił. Zbliżyła papierosa nad jego język i lekko stuknęła palcem. Kolejna porcja ciepłego, suchego popiołu opadła na język. Zmrużył oczy, ale nie cofnął się. Zmusił się do kolejnego połknięcia. Oddychał teraz płytko, powoli, jakby chciał opanować odruch, który wstydziłby się okazać. Znowu zaciągnięcie, znowu strzepnięcie. Cichy szept popiołu opadającego na język. Tym razem próba przełknięcia było już niemal desperacka. Miał zaczerwienione oczy, gardło zaciskało mu się z wysiłku, ale wytrwał. Paulina nachyliła się nieco.
– Czujesz smak mojej władzy, prawda? – zapytała chłodno.
Skinął tylko lekko głową, nie mogąc wydobyć z siebie słowa.
Czwarty raz. Popiół opadł. Jonas zadrżał, jakby to już było zbyt wiele. Ale przełknął. I choć z trudem, z wyraźnym grymasem, nie zaprotestował. Zaciągnęła się po raz ostatni. Dym uniósł się leniwie, a potem – bez żadnego ostrzeżenia – wypuściła go prosto w jego twarz.
– Otwórz szerzej!
Po raz piąty opuściła popiół na jego język. Przełknął powoli, niemal z czcią, jakby połykał coś więcej niż tylko proch. Swoje miejsce. Swoją rolę. Jej wolę.
Siedziała na tronie roztaczając aurę absolutnej dominacji. Na jej twarzy nie było uśmiechu, ale w spojrzeniu kryło się coś głębokiego — pewność, że to miejsce, ta rola, ta chwila — należą do niej. To był jej świat. U jej stóp klęczał nagi mężczyzna, spocony, upokorzony, z twarzą uniesioną ku górze i nadal lekko wysuniętym językiem. Popatrzyla na niego, jakby oceniając, ile jeszcze może znieść. Dokończyła papierosa wolnym, długim zaciągnięciem. Cisza w pomieszczeniu była niemal sakralna. Jedynie cichy trzask tlącego się żaru i jego płytki oddech przypominały, że czas płynie.
Zgasiła go bez pośpiechu o metalową popielniczkę, zostawiając końcówkę — gorzką, wciąż ciepłą, z nadpalonym filtrem..
– Połknij – powiedziała cicho, tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.
Jonas spojrzał na niedopałek. Otworzył usta szerzej, język drżał lekko. Zamknął usta. Przełknął.
Patrzyła na niego chłodno, z wyższością.
– Nie zasłużyłeś dziś na to, by zobaczyć, a tym bardziej dotknąć moich stóp – powiedziała lodowatym tonem. – Staraj się bardziej, a może kiedyś cię nagrodzę. Może, chociaż na twoim miejscu nie liczyłabym na to zbyt szybko.
Sięgnęła do stolika obok tronu i rzuciła mu prezerwatywę.
– Masz trzy minuty.
Zamarł tylko na sekundę. Potem mechanicznie sięgnął po to, co mu dała. Upokorzenie było bolesne, ale pragnienie – jeszcze silniejsze. Jego oddech znów stał się nieregularny, ręce drżały. Wiedział, że patrzy. Że ocenia. I wiedział, że nie wolno mu błagać o więcej.
Dwie minuty. Tyle mu wystarczyło.
Spojrzała na niego z mieszaniną politowania i rozbawienia, podnosząc jedną brew.
– Szybko ci poszło - skomentowała chłodno, ale w kącikach ust zatańczył cień ironicznego uśmiechu.
Wstała z tronu jakby znudzona widowiskiem. Podeszła bliżej, powoli, bez pośpiechu. Jej buty uderzały cicho o podłogę.
Zatrzymała się tuż przed nim i, nie patrząc mu nawet w oczy, wysunęła przed siebie stopę w wysokim, błyszczącym kozaku.
– Podziękuj – rozkazała cicho.
Zgiął się niemal w pół, całując czubek buta z czcią i wdzięcznością. Nie powiedział ani słowa – usta dotykały skóry, która pachniała perfekcją. Fenriss stała ponad nim – zadowolona, dumna, pełna siły.
Wyszła z sali powolnym krokiem, nie oglądając się za siebie. Jej sylwetka zniknęła w cieniu korytarza, a drzwi za nią zamknęły się z miękkim stuknięciem. W pomieszczeniu przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie przyspieszonym oddechem Jonasa i delikatnym szelestem jego ruchów na podłodze.
Po chwili do środka weszła Anja, cicho, bez słowa. Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem, jakby dobrze znała ten stan.
– Chodźmy, pomogę panu – powiedziała spokojnie, podchodząc i kładąc mu dłoń na ramieniu.
Wciąż półprzytomny z emocji, pozwolił się podnieść. Jego ciało wciąż przechodziły dreszcze, a pośladki paliły gorącym bólem – każde napięcie mięśni przypominało mu o tym, co właśnie się wydarzyło. Mimo to, w jego oczach było coś więcej niż tylko wyczerpanie – błysk euforii, spełnienia, uniesienia.
Szli powoli korytarzem, on wciąż nagi, oszołomiony, ona spokojna, opanowana, przyzwyczajona do tego rytuału. Zaprowadziła go pod prysznic, nie pytając o nic ani nie komentując
Wszedł pod strumień ciepłej wody. Kiedy krople spadły na ciało, poczuł jakby powoli wracał do rzeczywistości. Ból pośladków mieszał się z chłodnym ukojeniem. Woda spływała po karku, plecach, po miejscach, które Fenriss oznaczyła swoją wolą. Każdy ślad, każda linia, każdy palący punkt był jak trofeum. Zamknął oczy. Serce nadal waliło jak młot, ale umysł był cichy, spokojny. Czuł się oczyszczony i szczęśliwy.
Około dwadzieścia minut później, już ubrany, stał w saloniku. Nadal nieco drżące dłonie, wskazywały, że emocje wciąż w nim buzują. Miękkie światło lamp budowało atmosferę spokoju, niemal intymności. Wciąż czuł pieczenie na pośladkach – ostry, palący ból, który przesyłał falę satysfakcji przez całe ciało.

Do środka weszła Fenriss – już przebrana, ale równie nieprzenikniona i wyniosła. Miała na sobie idealnie dopasowane czarne skórzane spodnie, których miękka, matowa powierzchnia opinała smukłe biodra i długie nogi. Na stopach czarne, połyskujące botki na wysokim obcasie, które przy każdym kroku stukały rytmicznie o podłogę. Cienki, czarny golf z delikatnej wełny – prosty, minimalistyczny, okrywał ciało, podkreślając minimalistyczną elegancję. Włosy związała w niski kucyk. Gdy tylko zobaczył ją, poderwał się niemal automatycznie, jakby instynktownie. Oczy miał szeroko otwarte, pełne podziwu i wdzięczności.
– Lady Fenriss... – powiedział niemal szeptem. – Jestem absolutnie zachwycony. To było coś niezwykłego. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem się tak... właściwie to chyba nigdy się tak nie czułem – dodał, szukając odpowiednich słów, by oddać siłę wrażeń.Uśmiechnęła się. Skinęła głową i usiadła wskazując mu fotel na przeciwko. Pokręcił przecząco głową i przykucnął obok na podłodze, starając się dobrać odpowiedną pozycję aby nie przeciążyć obolałych pośladków.– Cieszę się, że sesja spełniła pana oczekiwania. Zależy mi na tym, by każdy mój gość wyniósł z niej coś prawdziwego. Coś, co zostanie z nim na długo.Skinął głową. – Zostanie na bardzo długo, Lady... Nigdy jeszcze nie doświadczyłem czegoś tak doskonałego, tak czystego. Ten moment przy tronie pani głos, nawet sposób, w jaki rzuciła mi pani prezerwatywę... – zamilkł, uśmiechając się z zażenowaniem.Przysłuchiwała się uważnie.– To był dla mnie zaszczyt – powiedział cicho.
Zapadła krótka, znacząca cisza. Sięgnęła szklankę z wodą, upiła łyk, po czym odstawiła ją na stolik. Jej ruchy były oszczędne, eleganckie – jak wszystko, co robiła.
– Czy ma pan jeszcze jakieś pytania? – zapytała uprzejmie, jakby kończyła spotkanie biznesowe.
Przez moment milczał.
– Tylko jedno – powiedział w końcu, wyraźnie zbierając się na odwagę. – Czy… będzie jeszcze kiedyś szansa spotkać się z panią?
Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na niego uważnie, jakby ważyła nie tyle słowa, ile jego intencję.
– To zależy – odparła cicho. – Od pana. I od tego, czy naprawdę będzie pan gotów.
– Gotów na co?
– Na uczciwość – odpowiedziała bez wahania. – Nie wobec mnie. Wobec siebie.
– Chciałbym… – zaczął, po czym przerwał. – Chciałbym wrócić do pani.
– W takim razie wie pan co zrobić – powiedziała spokojnie. – Drzwi są otwarte.

Wstał powoli. Nie było w tym pośpiechu ani niezręczności. Zbliżył się do niej i pochylił nisko. Ujął jej dłoń w sposób niemal niewidoczny — a właściwie jej nie ujął. Nie zamknął jej w swojej ręce, nie ścisnął. Pochylił się głęboko i musnął ją tylko ustami bez dotyku dłoni, jakby oddawał ukłon. To ją ujęło. Było w tym coś staroświeckiego, niemal szlachetnego. Szacunek bez poufałości.
– Dziękuję, że zgodziła się pani zostać specjalnie dla mnie i za to niezwykłe spotkanie – powiedział cicho.
Skinęła głową. Nie przedłużała chwili. Życzyła mu spokojnej nocy, pożegnała się i wyszła.
Został sam — z przyspieszonym pulsem, z myślą, która nie chciała go opuścić i z poczuciem, że to spotkanie mogło być początkiem czegoś, czego szukał od dawna i czego nawet Eva nie potrafiła mu dać.

---

Jonas nie wrócił tej nocy do domu.

Nie skręcił w stronę Kleinmachnow. Mercedes poprowadził go w przeciwnym kierunku — ku centrum Berlina, gdzie w jednej z najdroższych i najbardziej eleganckich lokalizacji, niedaleko Gendarmenmarkt, miał swój prywatny azyl. Nowoczesny budynek z ciemnego szkła i betonu, z podziemnym parkingiem, całodobową recepcją i windą wjeżdżającą bezpośrednio do apartamentu. Minimalizm, cisza, anonimowość.
Zaparkował w prywatnej części garażu, wjechał windą na najwyższe piętro. Drzwi otworzyły się bezszelestnie, odsłaniając przestrzeń pełną światła i szkła. Panorama miasta nocą była chłodna i elegancka — kopuła Französischer Dom w oddali, wieża telewizyjna, rzędy świateł odbijające się w czarnych taflach.
Rozebrał się. Powoli. Bez pośpiechu. Gdy stanął przed lustrem w sypialni, zobaczył na skórze ślady. Czerwone, miejscami przechodzące w fioletowe pręgi na pośladkach i udach. Pulsowały jeszcze lekko, jakby przypominały o każdej minucie spędzonej z nią. Dotknął jednej z nich opuszkami palców. Uśmiechnął się pod nosem. Tego właśnie dziś potrzebował. Nie bezsensownej rozmowy z Clarą. Nie kolejnych negocjacji. Nie wyważonych zdań dla mediów. Potrzebował tej bezwzględnej konsekwencji. Tej dziewczyny. Eva miała rację. Musi jej jutro podziękować. I przeprosić za swoją arogancję.

Położył się na łóżku, nagi, na brzuchu. Sen jednak nie przychodził od razu. W jego głowie zaczęła kiełkować myśl — jeszcze nie w pełni uformowana, ale wyraźna. Musi z nią jutro porozmawiać o tej dziewczynie. 

Ta dziewczyna…

Anioł o duszy diabła. Zimna, bezlitosna, nie dająca mu chwili wytchnienia. Od pierwszej minuty popychała go na cienką taflę lodu, każąc iść dalej, choć czuł, że może pod nim pęknąć. Żadnego wahania. Żadnej litości. A jednocześnie pilnowała aby lód nie pękł. I właśnie to było doskonałe. Nawet sesje z Evą — a przecież była legendą, mistrzynią — nie dawały mu takiej intensywności. Tam była głęboka znajomość, wyrafinowanie, tradycja. Tutaj było coś pierwotnego. Instynkt. Talent. Dar od Boga. A może raczej od Szatana. Roześmiał się cicho z własnych myśli.

Sięgnął po telefon i napisał krótką wiadomość do Otto — gdzie ma go jutro odebrać i o której godzinie. Konkret, bez wyjaśnień. Odłożył telefon na nocny stolik.

Leżał jeszcze chwilę, patrząc w sufit. Nie mógł usnąć.

Uniósł się powoli z łóżka i podszedł do panoramicznego okna. Nagi, bezwstydnie ludzki w tej ogromnej, nowoczesnej przestrzeni z betonu i szkła. Czuł pod stopami chłód drewnianej podłogi, na skórze delikatne napięcie powietrza. Miasto za panoramicznym oknem migotało, a jego myśli zaczęły się uspokajać. Berlin nocą był spokojny, bardziej uporządkowany. Rzędy świateł rysowały linie ulic, reflektory przecinały skrzyżowania, w oddali wznosiła się smukła sylwetka Wieży Telewizyjnej w pobliżu Alexanderplatz — jasna, nieruchoma, jak igła wbita w czarne niebo. Patrzył w tamtym kierunku długo, jakby w tej konstrukcji było coś stałego, niezmiennego. Światło odbijało się w szybie, nakładając na miasto jego własne odbicie. Silne ramiona, płaski brzuch, zarysowane mięśnie. Ślady na skórze, wyraźne nawet w półmroku. Uśmiechnął się.

Myślał o niej.

Kim naprawdę była? Skąd się wzięła? Czy mieszkała w Berlinie, czy przyjeżdżała tylko na sesje?  Skąd? Miała coś lekko twardego w akcencie, z północy? Z Meklemburgii? Czy miała swoje życie poza tym miejscem — przyjaciół, rodzinę, psa, chłopaka, kogoś, kto widział ją inaczej? Jak wyglądała, gdy nie była Fenriss? Czy śmiała się głośno? Czy miała poczucie humoru? Czy ktoś wiedział, jaki ma dar? Czy miała uległego?

I dlaczego, do diabła, właśnie ona potrafiła tak idealnie dotknąć miejsca, którego nikt wcześniej w nim nie odnalazł?

Zamknął oczy na moment.

Nie chodziło tylko o ból. Chodziło o sposób, w jaki prowadziła. O pewność. O to, że ani przez sekundę nie zawahała się przed nim — przed jego nazwiskiem, pozycją, pieniędzmi.

Fernsehturm stała niewzruszona.

Odsunął się od szyby i wrócił do łóżka. Położył się na plecach, ręce założył pod głowę. Miasto wciąż pulsowało za szkłem, ale jego myśli zaczęły cichnąć.

Tym razem nie walczył ze snem.

Przyszedł spokojnie, jakby noc uznała, że zrobiła już wystarczająco dużo.

---

Paulina wyszła ze studia szybkim krokiem. Noc była chłodna, powietrze czyste po opadach deszczu. Wsiadła do swojego czerwonego Fiata 500 i ruszyła przez opustoszałe ulice Berlina. Miasto o tej porze było inne — cichsze, mniej ostentacyjne, jakby na chwilę zdejmowało z siebie warstwę hałasu i ambicji. Minęła Bramę Brandenburską, przecięła szeroką arterię w stronę Alexanderplatz. Światła sygnalizacji zmieniały się dla niej niemal automatycznie. Jechała pewnie, dynamicznie, ale nie przekraczając dozwolonej prędkości.

Mieszkanie, które wynajmowała od zaprzyjaźnionej rodziny Wirtzów, znajdowało się w starannie odnowionym bloku we wschodniej części miasta. Weszła do środka, zamknęła drzwi i oparła się o nie przez chwilę, jakby oddzielała dwa światy cienką warstwą drewna. Zrzuciła ubranie, zmyła makijaż, który i tak był dyskretny, i weszła pod prysznic. Ciepła woda spływała po ramionach, zmywając zapach skóry, dymu i cudzego napięcia. Stała pod strumieniem dłużej niż zwykle, aż ciało rozluźniło się całkowicie. Potem założyła miękki, szary dres. Zrobiła sobie mocną kawę — mimo późnej pory. Usiadła przy drewnianym stole pod lampą i otworzyła podręcznik do psychologii klinicznej i psychopatologii zaburzeń osobowości. Przeglądała strony, zatrzymując wzrok na podkreśleniach. Mechanizmy obronne. Zaburzenia narcystyczne i borderline. Znała to wszystko. Rozumiała. Analizowała intuicyjnie. Ale na jutrzejszym kolokwium nie mogło być żadnej wpadki. Musiała być najlepsza. 

Na chwilę uniosła wzrok znad książki i spojrzała przez okno. Z jej mieszkania widać było Wieżę Telewizyjną — jasną, chłodną, dominującą nad linią dachów. Pod nią migotały światła neonów, nocnych autobusów, samochodów. Berlin nie spał jeszcze. Pulsował.
Uśmiechnęła się lekko. Mimo zmęczenia cieszyła się, że spełniła prośbę Evy. Bo jeśli był kimś ważnym dla Evy, to również dla niej. Poza tym... spodobał jej się, mimo wieku. Był wysoki, wyraźnie wysportowany. Miał dobrze zarysowane mięśnie — twarde, sprężyste, ale nie przesadzone. Nie wyglądał jak ktoś, kto spędza życie na siłowni, budując objętość dla samego efektu. Raczej jak sportowiec. Może pływał. Może trenował boks albo tenis. Biegał? Sylwetka była funkcjonalna, proporcjonalna, utrzymana z dyscypliną, a nie próżnością. A przecież na pewno miał już swoje lata. Na pewno przekroczył czterdziestkę. Jeśli tak, dobrze się trzymał. I kim do cholery on był, że Eva poruszyła niebo i ziemię, żeby go zadowolić? Ona przecież nie robiła nic bez powodu. Nie polecała nikogo przypadkiem. A już na pewno nie nalegała na przeprowadzenie sesji. To znaczyło, że ten mężczyzna był ważny. Może wpływowy. Nie znała odpowiedzi, nie kojarzyła go. Może w końcu czas kupić telewizor?

Wiedziała jednak jedno. Przed nią nie był ani wpływowy, ani ważny. Nie był nazwiskiem, funkcją, majątkiem. Był tylko mężczyzną, który oddał jej kontrolę. I zrobił to świadomie. Ta sesja była naprawdę dobra. Podobał jej się moment, w którym zobaczyła w jego oczach zmianę — gdy zrozumiał, że to nie będzie kolejny scenariusz, który dobrze zna. Że nie będzie miał żadnego wpływu na przebieg. Żadnych nagród w postaci adorowania stóp. Żadnej kontroli. Chciała zostawić w nim niedosyt. 

W ustach poczuła nagle nieprzyjemny posmak papierosa. Skrzywiła się. Co jej przyszło do głowy, żeby go zapalić? Rzadko to robiła. Prawie nigdy. Wstała, poszła do łazienki, wzięła szczoteczkę do zębów i wróciła do salonu. Stała przy oknie, myjąc zęby, patrząc na panoramę miasta. Biała piana kontrastowała z ciemnym szkłem, za którym wciąż świeciła Wieża Telewizyjna.

Berlin był ogromny. Zimny. Ambitny. A ona miała jutro kolokwium.

---

Jonas zadzwonił do Evy następnego dnia późnym popołudniem, gdy w końcu poczuł, że potrafi ubrać w słowa to, co przeżył poprzedniej nocy. Siedział jeszcze w swoim gabinecie w jednym z biurowców należących do Hagen Pharma AG. Wciąż miał przed oczami obraz czarnego catsuitu, lśniących kozaków, drobnej sylwetki i tej anielskiej twarzy, która tak brutalnie i pięknie wdarła się w jego świat.
Odebrała po drugim sygnale.
– Jonas? – Głos Evy zabrzmiał cicho, trochę zaspanym tonem.
– Eva – powiedział ciepło. – Dzwonię, żeby ci podziękować. Za wszystko. Za to, że cię znam i… że mi pomogłaś. Fenriss... Ona była niesamowita. Właściwie... to najpotężniejsze doświadczenie, jakie miałem. I mówię to, jako twój lojalny klient od tylu lat. Chciałem też przeprosić, znowu miałaś rację, niepotrzebnie wczoraj dyskutowałem z tobą, ale wiesz jaki jestem.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Kilka sekund – może trzy – ale dla Jonasa wydały się zbyt długie.
– Eva? – zapytał ostrożnie.
– Słyszę cię – powiedziała w końcu, ale jej głos był inny. Niski, matowy, niemal zrezygnowany.
Zmarszczył brwi.
– Wszystko w porządku? Chciałem ci tylko powiedzieć, że nie chcę, żebyś poczuła się odtrącona. Wiesz, że to ty byłaś zawsze pierwsza. Że to ty otworzyłaś mi drzwi. To nie było porównanie. Nie chciałem cię zranić.
Eva zaśmiała się cicho, ale w tym śmiechu nie było radości. Bardziej melancholia, może cień rozczarowania. Albo coś głębszego.
– Nie chodzi o to, Jonas. Nie rywalizuję z moimi dziewczynami – powiedziała powoli. – A Fenriss... ona jest wyjątkowa. Wiedziałam, że cię poruszy. Dlatego właśnie ci ją zaproponowałam. Wiedziałam, że da ci dokładnie to, czego ci brakowało.
– Dała... więcej, niż się spodziewałem – przyznał, ściszając głos. – Ale... w twoim głosie coś jest. Coś, czego nie rozumiem. Powiedz mi, o co chodzi.
Z drugiej strony znów zapadła cisza. Eva westchnęła, niemal niedosłyszalnie. Potem jej głos wrócił – poważniejszy niż kiedykolwiek dotąd.
– Jonas... to nie jest rozmowa na telefon. Musimy się spotkać, prywatnie.
Poczuł nagłe napięcie w karku. Coś w jej tonie było inne. Niewyrażona treść, coś zawieszonego między słowami.
– Eva... o co chodzi?
– Nie dzisiaj. Po prostu... pozwól, że sama się odezwę. Dobrze? Obiecuję, że wkrótce.
– Dobrze – powiedział po chwili milczenia, czując, że dopytywanie nic nie da. – Czekam.

Rozłączyli się bez pożegnania. Patrzył przez chwilę na wygaszony ekran telefonu. Czuł, że coś się zmieniło. Nie wiedział jeszcze co. Ale wiedział, że w tym świecie, który dotąd znał, właśnie przesunęło się jakieś niewidzialne koło.

-----


Rozdział XXXII — Opóźniony lot


Berlin, wiosna / lato 2011

Jonas ustalił z Evą, że kolejne sesje będzie miał już wyłącznie z Fenriss. To ona sama to zaproponowała — bez dramatów, bez niedopowiedzeń. Powiedziała, że wyczuwa między nimi napięcie, które warto rozwijać i że nie widzi powodu, by stawać między nimi jako pośrednik, tym bardziej, że nie czuła się ostatnio najlepiej i musiała dużo odpoczywać. Jonas, choć wciąż nie wiedział, co tak naprawdę stało za tą decyzją,  poczuł wyraźną ulgę. Uniknął niezręczności, której tak się obawiał. Nie chciał porównań, nie chciał rywalizacji ani cienia lojalności rozdartej między dwie kobiety.

Ta dziewczyna niezmiennie go fascynowała, choć wciąż wiedział o niej zaskakująco niewiele. Nie znał jej prawdziwego imienia, nie wiedział, gdzie mieszka, ani kim jest poza studiem. A jednak to połączenie — chłodnej urody i bezwzględności w działaniu — było dla niego czymś, czego nie potrafił zignorować. W jej spojrzeniu było coś czystego i bezkompromisowego. Nie kokietowała. Nie próbowała go zdobyć. Była sobą i to wystarczało.  Chłonął to, przeżywał każdą sesję głęboko i emocjonalnie. Czasem niemal się rozpadał, aby na koniec wyjść z podniesionym czołem, wyraźnie wzmocniony. Paulina obserwowała to z ciekawością. Czuła, że jego zaangażowanie nie było grą. Jednocześnie ona również niewiele o nim wiedziała. I tak miało pozostać – jak zawsze strzegła swojej prywatności, poza kilkoma zdawkowymi zdaniami podczas aftercare. On nie pytał ani nie mówił wiele o sobie. Wiedział, że są granice, których nie należy przekraczać. Jedynie od Evy dowiedziała się, że to ktoś bardzo ważny i żonaty. Ale takich klientów miała już wielu. Nic szczególnego.

Dni Pauliny były wypełnione do granic. Zaczęła rozszerzać swój kalendarz w Dominia Studio Berlin – najpierw o kolejne wieczory w tygodniu, potem nawet o sobotę.  Jej pseudonim coraz częściej pojawiał się wśród szeptanych rekomendacji klientów, a grafiki  szybko się zapełniały.

Jednak nie tylko świat dominacji i skórzanych akcesoriów wypełniał jej życie. Studiowała a ostatni semestr był bardzo intensywny. Miała świadomość, że niektóre egzaminy nie poszły idealnie. Zdarzały się oceny dobre, nie tylko bardzo dobre. Nie przejmowała się już tym aż tak bardzo. Wiedziała, ile wysiłku wkłada w łączenie obu tych światów – i była z siebie dumna.

Praca magisterska była ukoronowaniem jej ciężkiej pracy. „Władza, intymność, kontrola – psychologiczne aspekty relacji asymetrycznych w perspektywie dominujących kobiet” – temat, który od początku budził lekkie kontrowersje na wydziale, ale też wzbudzał podziw. Przeprowadziła  pogłębione wywiady, analizowała literaturę, odwoływała się do Lacana, Foucaulta, Judith Butler. Profesor Schneider, który ją prowadził, nie krył zachwytu. Był wymagający, ale jej analizy uznał za błyskotliwe.
– Fräulein Ritter, pani obrona to będzie czysta formalność – powiedział na jednym z ostatnich spotkań. 
– Tak świeżego, spójnego i dobrze umocowanego tekstu nie widziałem od lat. A to dopiero...
Słysząc to, uśmiechnęła się delikatnie. Wiedziała, że to była praca napisana uczciwie – z pasją, doświadczeniem, intelektualną odwagą. I nikt nie wiedział, że każda analiza, każde zdanie, było oparte nie tylko na książkach, lecz także na tym, co widziała na własne oczy. Na tym, czego dotykała – dosłownie i w przenośni.

Mimo napiętego harmonogramu znajdowała też czas dla Belli. Wspólne zakupy – najczęściej w butikach z designerskimi torebkami, butami, ubraniami, luksusowymi perfumami i biżuterią – były ich rytuałem. Latały na weekendy do Barcelony, Londynu i do Paryża, mieszkały w luksusowych hotelach, jadły w najlepszych restauracjach.

Wieczorami wracała do swojego mieszkania. Tam, w świetle lampy i zapachu świecy o aromacie czarnej róży, pisała, czytała, planowała. Często po prostu siedziała w ciszy, z kieliszkiem wina, zadowolona. Wiedziała, że prowadzi życie, które nie mieściło się w żadnych schematach. Wciąż mieszkała w mieszkaniu wynajmowanym od pana Wirtza – starszego, uprzejmego mężczyzny, który razem z żoną tak bardzo wspierał ją po przyjeździe do Niemiec. Blok był typowy dla wschodniego Berlina – postenerdowski, z lat osiemdziesiątych, prosty, z przestronnymi klatkami schodowymi pachnącymi pastą do podłóg i kuchennymi zapachami. Jej mieszkanie na dziewiątym piętrze miało trzy pokoje i balkon z widokiem na Alekxanderplatz. Choć lubiła tę przestrzeń – była swojska, znajoma, bezpieczna – coraz częściej czuła, że jej obecne życie zaczyna wyprzedzać to otoczenie. Jej godziny w Dominia Studio mnożyły się, a wraz z nimi dynamicznie rosły dochody.  Gdy po kilku miesiącach kalendarz zapełniał się z prędkością światła, Eva sama zaproponowała znaczną podwyżkę. Potem przyszła kolejna. W krótkim czasie standardowa stawka za godzinę z Lady Fenriss wynosiła już 500 euro – z czego 300 trafiało bezpośrednio do niej.
Paulina zauważyła moment, kiedy przestała się zastanawiać, czy może pozwolić sobie na kolację w Michelbergerze czy nowy płaszcz od Max Mary. Stać ją było na to i na to. I na wiele innych rzeczy.

Znalazła eleganckie mieszkanie w kamienicy w Charlottenburgu – przy jednej z bocznych, spokojnych ulic. Kamienica była przedwojenna, z wysokimi sufitami, skrzypiącymi parkietami i marmurową klatką schodową, która miała ręcznie rzeźbione poręcze. Mieszkanie na drugim piętrze miało trzy pokoje i przestronną kuchnię. Gabinet był urządzony w stylu minimalistyczno-klasycznym – z jasnym drewnem, metalowymi akcentami i lampą w stylu bauhaus.
Zmieniła też samochód. Czerwony Fiat 500, który przez kilka lat był wiernym partnerem i symbolem niezależności, odjechał z nowym właścicielem. W jego miejsce pojawiło się 3 letnie Audi S5 Coupé – czarne, z jasnym skórzanym wnętrzem i napędem quattro. Samochód był szybki, elegancki i doskonale pasował do kobiety, którą stała Paulina.

Nad jej karierą w Domini wciąż czuwała Eva. Od wiosny jednak jakby się oddalała. Paulina zauważyła, że jej obecność w studiu również staje się coraz rzadsza. Gdy już się pojawiała, sprawiała wrażenie zmęczonej, czasem rozkojarzonej. Jej perfekcyjnie dopracowany wizerunek nadal robił wrażenie, ale obdarzona świetną intuicją, czuła, że coś jest nie tak.
– Wszystko u pani dobrze? – zapytała raz, gdy spotkały się przy ekspresie do kawy.
– Oczywiście. Tylko... za dużo na głowie moje dziecko – odpowiedziała, uśmiechając się.
Za każdym razem, gdy Paulina próbowała zagaić rozmowę, dotknąć czegoś głębiej, Eva zmieniała temat. Uciekała w ogólniki. Czuła ten dystans. Coś się działo, ale Eva nie mówiła co. Bella, Greta i Noemi również nie potrafiły wyciągnąć z niej niczego konkretnego, ale podzielały spostrzeżenia Pauliny.
Nie dopytywała. Jeszcze nie. Wiedziała, że jeśli będzie chciała – sama im powie, przeczucie jednak nie dawało jej spokoju. 

Obrona pracy magisterskiej była faktycznie jedynie formalnością. Prezentacja – rzeczowa, przejrzysta i jednocześnie pełna elegancji – zamknęła się w czterdziestu minutach, po których zapadła cisza. Profesor Schneider, który przewodniczył komisji, uśmiechał się z wyraźną dumą. Przyjmowała gratulacje w prostej, ale doskonale skrojonej granatowej sukience od Max Mary. Materiał subtelnie opinał jej ciało, a niewielki dekolt w łódkę podkreślał kości obojczyków i smukłą szyję. Na nogach miała klasyczne czarne szpilki Chanel – z niewielkim logo przy pięcie i delikatnym połyskiem skóry. Wyglądała elegancko, dojrzale, pewnie. Tak, jakby obrona nie była dla niej żadnym stresem, a naturalnym krokiem na dobrze zaplanowanej ścieżce.

Po zakończeniu oficjalnej części, profesor Schneider poprosił ją na krótką rozmowę do swojego gabinetu. Usiadł naprzeciwko niej, złożył ręce na blacie i spojrzał na nią poważnie.
– Fräulein Ritter, jak sam pani mówiłem, ta praca była wyjątkowa. Nie tylko ze względu na temat, który nadal jest niszowy i kontrowersyjny, ale przede wszystkim ze względu na sposób, w jaki go pani ujęła. Rzeczowo, analitycznie, ale bez uprzedzeń. To podejście budzi mój ogromny szacunek. A to dopiero...
Skinęła głową, słuchając w skupieniu.
– Dlatego chciałbym zaproponować pani współpracę w ramach programu doktoranckiego. Mamy możliwość sfinansowania pani badań z grantu interdyscyplinarnego, na styku psychologii klinicznej, socjologii i gender studies. Oczywiście, wiązałoby się to z regularnym prowadzeniem zajęć dla studentów oraz publikacjami. Coś za coś. Pracowałaby pani także, jako asystentka przy moim nowym projekcie dotyczącym konstrukcji tożsamości w relacjach BDSM.
Przez moment milczała, czując, jak w jej głowie zaczyna się formować coś nowego. To była poważna propozycja – nie tylko zawodowo, ale i życiowo. Studiując, była gościem tego świata akademickiego. Teraz zapraszano ją do jego wnętrza. Do środka.
Profesor dodał jeszcze:
– Proszę się nie spieszyć z odpowiedzią. Ale jeśli zdecyduje się pani do końca miesiąca, możemy od razu rozpocząć procedurę rekrutacyjną. Byłaby pani ogromnym wzmocnieniem naszego zespołu. A to dopiero...
Uśmiechnęła się dziękując. Choć nie powiedziała jeszcze nic, wiedziała, że to jedno z tych zaproszeń, których się nie odrzuca i które mogą odmienić wszystko.

Rodzice Pauliny przyjechali do Berlina kilka dni po obronie. Byli dumni, wzruszeni, niemal oniemiali z zachwytu, gdy zobaczyli, jak wiele ich córka osiągnęła. Jej nowe mieszkanie w eleganckiej kamienicy w Charlottenburgu robiło ogromne wrażenie – jasne, wysokie sufity, subtelne sztukaterie, drewniane podłogi, klasyczna elegancja. Ojciec od razu zainteresował się samochodem. Stał w garażu pod budynkiem – czarne, lśniące Audi S5 Coupé, eleganckie, drapieżne, perfekcyjnie wypolerowane. Paulina powiedziała, że kupiła je niedawno, w dobrej cenie po jakimś leasingu, jak dodała od niechcenia, z miną osoby rozsądnej i zapobiegliwej. O pracy powiedziała im to, co zawsze. Że nadal współpracuje z firmą, w której wcześniej odbywała staż i że na razie pracuje dorywczo w butiku Hugo Bossa, co daje jej elastyczny grafik. Rodzice nie pytali więcej. Ich córka była piękna, samodzielna i szczęśliwa – to wystarczało. Trzy dni spędzili razem – spacerowali po Charlottenburgu, poszli na kolację do ulubionej włoskiej restauracji niedaleko Savignyplatz, obejrzeli wystawę w Museum Berggruen. Paulina umiała ich prowadzić przez ten świat tak, by widzieli dokładnie to, co chciała im pokazać.

Kilka dni później przyjechała Olga. Przegadały razem wiele godzin – o planach Olgi i Jacka, o propozycji doktoratu. Ale najwięcej czasu zajęły opowieści Pauliny, o jej drugim, ukrytym życiu. Mówiła o tym coraz śmielej – o pracy w Dominii, o klientach, emocjach, o władzy i psychologii. Olga słuchała zafascynowana. 
– To niesamowite… – powiedziała, gdy siedziały na sofie z kieliszkami wina w ręku. – Wiesz, że ci zazdroszczę? Nie odwagi. Autentyczności. Tego, że żyjesz naprawdę, idziesz na całość. Ja z moim Jackiem jesteśmy przy tobie jak dzieci w piaskownicy. 

Często spędzały czas razem z Bellą, która szybko polubiła Olgę. Trzy kobiety, różne, ale silne, świadome swojej wartości – świetnie się czuły w swoim towarzystwie. Chodziły do kawiarni w Prenzlauer Berg, na kolacje w Mitte, zakupy na Ku’dammie. I choć każda z nich miała inne życie, ich więź była autentyczna – oparta na lojalności, zrozumieniu i wspólnym języku kobiet, które wiedzą, kim są. Silnych, pięknych,  wyzwolonych. Któregoś dnia zabrały nawet Olgę do Dominii. Paulina oprowadzała ją po studio, a ona wyglądała jak dziewczynka zabrana do Disneylandu, nie potrafiąc ukryć zachwytu.

---

Paulina siedziała przy kuchennym stole w lekkim, jedwabnym szlafroku, sącząc herbatę jaśminową i patrząc bezwiednie przez okno na zieleń dziedzińca. Po całym maratonie obowiązków, formalności, wizyt na uczelni i wieczornych sesjach czuła się wymęczona. Wszystko miała już dopięte – umowa o studia doktoranckie była podpisana, współpraca z profesorem Schneiderem ustalona, temat zaakceptowany, obowiązki dydaktyczne na razie ograniczone. W planie miała jeszcze studia podyplomowe w Berlińskim Instytucie Psychoanalizy, ale zostawiła sobie tę decyzję na później. Była wolna. Przynajmniej na chwilę. Wyciągnęła telefon i zadzwoniła do Belli.
– Cześć – powiedziała zmęczonym, ale ciepłym tonem. – Mam dość. Muszę gdzieś wyjechać. Natychmiast.
– Dobrze cię słyszeć moja piękna Fenriss – Bella westchnęła w słuchawce. – Ja też bym najchętniej rzuciła wszystko i zniknęła na jakiś czas. Może razem? Sardynia? Sycylia? Żona jednego z moich kuzynów ma willę niedaleko Taorminy. Koniec września?
– Brzmi wspaniale, ale ja potrzebuję wyjazdu teraz. Dziś, jutro, najpóźniej za kilka dni. Nie za miesiąc. Nie wytrzymam.
– Cholera... – Bella zamilkła na moment. – No tak. Ja mogę dopiero we wrześniu. Mój grafik w studiu jest teraz nie do ruszenia i jeszcze ten wyjazd z Noemi do Paryża, tam też już sesje są poumawiane.
– Wiem, że nie dasz rady. Po prostu... ja muszę natychmiast zniknąć. Jestem zmęczona.
– Gdzie chcesz jechać?
– Nie wiem. Nie mam jeszcze pomysłu. Byleby daleko. Byleby słońce. I byle nie Europa.
– Okej, to szukaj, a ja trzymam kciuki. Tylko wróć opalona i z jakąś porządną historią. 
– Obiecuję –  uśmiechnęła się, sięgając po laptopa.
Kilka minut później, jej palce szybko wstukiwały różne destynacje w wyszukiwarce lotów. I już po chwili wiedziała:  Kuala Lumpur.
Gdy tylko spojrzała na datę i cenę lotu kliknęła. Rezerwacja. Potwierdzenie. Gotowe. Oparła się o krzesło, przymknęła oczy i powiedziała do siebie półgłosem:
– Zasłużyłaś sobie na odpoczynek.

---

Poranek w dniu wylotu był cichy i ciepły. Sierpniowe słońce leniwie sączyło się przez półprzezroczyste zasłony w jej eleganckim mieszkaniu w Charlottenburgu. Obudziła się wcześnie, tuż po szóstej, mimo że budzik ustawiony był na siódmą. Adrenalina i ekscytacja wygrały ze snem.
Przeciągnęła się leniwie w pościeli, a potem podniosła i ruszyła do kuchni. Zaparzyła mocną kawę i postawiła ją na parapecie, wychodząc na balkon. Miasto budziło się powoli, gwar był jeszcze odległy. Wciągnęła powietrze i uśmiechnęła się do siebie. Dziś wyruszała. Sama. Daleko. Tak jak chciała.
Spakowała się wczoraj wieczorem. Nie chciała brać za dużo – tylko plecak i niewielki podręczny bagaż. Założyła lekką sukienkę, do tego białe, minimalistyczne buty Nike. Włosy związała w luźny koński ogon, bez przesadnej dbałości – miała wyglądać jak dziewczyna znikąd, znikająca w świecie. Kwadrans po dziesiątej zeszła na dół. Taksówka już czekała. Kierowca – Turek podeszłym wieku i białej koszuli – wysiadł, by pomóc z bagażem.
– Lotnisko? – zapytał.
– Tak, dokładnie – uśmiechnęła się, wsiadając do środka.
Droga minęła szybko, choć ruch był większy niż zwykle. Patrzyła przez okno, jak Berlin przemyka za szybą – znajomy, ale już jakby za nią. Miała wrażenie, że coś się kończy, a coś zupełnie nowego właśnie się zaczyna. 

Na lotnisku wszystko było jednak inne, niż się spodziewała. Już w hali odlotów uderzył ją niepokój – był zbyt duży tłum, zbyt dużo głosów, zbyt dużo stania. Podniosła wzrok na tablice odlotów i wtedy zobaczyła to słowo, które zaczęło powtarzać się przy każdym locie: DELAYED. Wielkimi, czerwonymi literami.

Bangkok – DELAYED
Doha – 
DELAYED
New York –  
DELAYED
Kuala Lumpur – 
DELAYED
Warschau –  
CANCELLED
London –  DELAYED
Moskau - CANCELLED

I wiele innych.

Stała przez moment nieruchomo, zdezorientowana wśród kłębiących się ludzi. Na ekranie informacyjnym pojawił się komunikat: 

Z powodu strajku personelu naziemnego Lufthansy większość dzisiejszych lotów jest opóźniona lub odwołana. Prosimy o cierpliwość i regularne sprawdzanie statusu lotów. Przepraszamy za zaistniałą sytuację.

Zacisnęła palce na pasku plecaka. Wzięła głęboki oddech. Podeszła do jednej z tablic, jakby potrzebowała naocznie potwierdzić, że to prawda. Słyszała, jak obok ktoś mówi:
– Scheiß Lufthansa, nie wiadomo, czy dzisiaj w ogóle coś poleci i nie zdążymy na kolejny samolot.

Zmarszczyła brwi, wciąż wpatrując się w ekran, jakby próbowała zaklinać rzeczywistość. Wokół niej tłum zaczynał się coraz bardziej niecierpliwić – ludzie siedzieli na walizkach, dzwonili, pisali. A ona wciąż stała, w tej dziewczęcej sukience, w białych sneakersach, z lekkim błyskiem potu na skroni – nieruchoma pośród chaosu, jakby w zwolnionym tempie, jakby nie wierząc, że to się dzieje naprawdę.
Była zdenerwowana, ale jeszcze nie wściekła. Jeszcze nie. Nic nie powstrzyma jej wakacji, najwyżej opóźni. Wyciągnęła telefon, przeszła kilka kroków i usiadła na ławce pod oknem. Zegarek wskazywał 11:47. Miała nadzieję, że do 13:30 – planowanej godziny boardingu – sytuacja się wyklaruje.

W tle głos z głośników wyczytywał jakiś numer bramki, dając nadzieję, że coś jednak wystartuje tego dnia. Poszła po kawę.

---

Jonas siedział na tylnej kanapie swojego Maybacha S 600. Miał na sobie idealnie skrojony garnitur od Brioniego, ciemnoszary w subtelną krateczkę. W połączeniu z jedwabną, głęboko granatową koszulą i krawatem o ścisłym, windsorskim węźle całość komponowała się w obraz mężczyzny, który zna swoją wartość i nie musi jej dodatkowo podkreślać. Zegarek – klasyczny Vacheron Constantin – błyszczał delikatnie spod mankietu. Otto, jego kierowca, podjechał pod sam terminal. Wysiadł, otworzył bagażnik i wyjął z niego elegancką walizkę – niewielką, ale perfekcyjnie dopasowaną do stylu właściciela. Pasażer skinął głową i przejął bagaż.
– Dziękuję, Otto. Dalej poradzę sobie sam.
Kierowca jedynie skinął głową i wsiadł do auta. Jonas ruszył pewnym krokiem ku wejściu. Automatyczne drzwi rozsunęły się, a do jego uszu dotarł przytłumiony gwar lotniska. I wtedy od razu to poczuł – coś było nie tak.
Zamiast eleganckiego spokoju i punktualności, hala była pełna ludzi. Tłum. Chaos. Elektroniczne tablice przygasały i rozświetlały się znów, co drugą linię zamieniając na jedno słowo: DELAYED. Jego lot do Nowego Jorku – 13:10 – również świecił się czerwono. Zanim jeszcze sięgnął po telefon, zaczął przeciskać się w stronę wejścia do strefy VIP. Niósł walizkę w jednej ręce, drugą nerwowo przeczesując do tyłu włosy.

I właśnie wtedy... Zamarł w miejscu. Zatrzymał się, jakby uderzyła w niego fala lodowatej wody.

Stała kilkanaście metrów dalej, przy jednej z kolumn, trzymając w dłoni kubek kawy. Jasna, zwiewna sukienka sięgała prawie do kostek. Przeciąg od wejścia poruszył tkaniną przy wycięciu, odsłaniając na ułamek sekundy fragment kolana. Była eteryczna, niemal bajkowa. Dziewczęca, ale pełna pewności siebie w otaczającym ją chaosie. Odwróciła powoli głowę, jakby wyczuła, że jest obserwowana. Ich spojrzenia spotkały się w połowie lotniskowej przestrzeni – jego zaskoczone, niepewne, lekko poruszone. Jej – spokojne, przenikliwe, głęboko osadzone w rzeczywistości, której on jeszcze nie rozumiał.

To była ona. Lady Fenriss. Ta sama, ale jakże inna. Bez skóry, bez catsuitu, bez pejczy i ostrych słów. Tylko sukienka, białe buty, plecak i kubek kawy.

Nie uśmiechnęła się. Nie skinęła głową. Jedynie patrzyła – bez mrugnięcia, bez emocji, bez potrzeby wyjaśnień. I właśnie w tej zwyczajności było coś absolutnie miażdżącego. Po dwóch sekundach odwróciła wzrok. Spokojnie upiła łyk kawy, poprawiła ramiączko plecaka i ruszyła dalej bez pośpiechu, pewnym, lekkim krokiem. Jak ktoś, kto nigdy nie musi oglądać się za siebie. Stał chwilę bez ruchu, jakby wszystko wokół nagle straciło ostrość. To była ona i wyglądała piękniej niż kiedykolwiek. 
– Fräulein Fenriss! – rzucił impulsywnie, nie wiedząc nawet, dlaczego akurat tak.
Dziewczyna odwróciła się powoli. Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. 
– Tak? – zapytała miękko.
– Przepraszam... My się chyba znamy – powiedział, podchodząc bliżej. 
Spojrzała na niego badawczo. Oczy rozjaśniły się lekko – po chwili skinęła głową z powściągliwym uśmiechem.
– Rzeczywiście – powiedziała. – Zmieniona sceneria trochę myli.
– Tak, zupełnie inna odsłona, prawda? Ale równie piękna.
Zmrużyła oczy, jakby nie do końca wiedziała, jak przyjąć ten komplement.
– Pana lot też jest opóźniony?
– Tak. Nowy Jork. Pieprzony strajk. A pani?
– Kuala-Lupmur, niestety nic na razie nie wiadomo.
Westchnął.
– Pomyślałem, że może... skoro już się spotkaliśmy i tak utknęliśmy tutaj... Zapraszam panią do saloniku VIP. Jest spokojniej i serwują szampana.
Zawahała się, patrząc na niego z lekkim dystansem.
– I tak po prostu mnie tam wpuszczą?
Uśmiechnął się.
– Chodźmy się przekonać.
Poszli w stronę wejścia. Lotnisko dudniło komunikatami i szumem rozmów, ale im bliżej byli przeszklonych drzwi, tym wyraźniej hałas pozostawał za nimi.
– Pozwoli pani, że pomogę z tym plecakiem? – zapytał.
– Dziękuję. Dam sobie radę. Tylko wygląda na ciężki.
– W takim razie wierzę pani na słowo.
Przy recepcji podał dokumenty pracownicy.
– Ta pani wchodzi razem ze mną – powiedział spokojnie, wskazując na Paulinę.
Kobieta uśmiechnęła się uprzejmie.
– Poproszę pani dokument i kartę pokładową.
Podała je bez komentarza. Skaner piknął cicho. Dokumenty wróciły do jej dłoni.
– Zapraszamy.
Obsługa przejęła ich bagaże. Drzwi zamknęły się, odcinając zgiełk terminala.

W środku panowała zupełnie inna atmosfera. Ciche rozmowy, delikatne światło, spokojny rytm kroków po grubym dywanie. Powietrze pachniało kawą i czymś delikatnie cytrusowym.
Rozejrzała się uważnie. Jasne światło, szkło, miękkie fotele. Za panoramicznymi oknami płyta lotniska, samolot przy rękawie.
– No dobrze, przyznam, że to było imponujące, jestem pod wrażeniem, że weszłam tu bez żadnych problemów.
– Nie chciałem pani imponować – odpowiedział spokojnie. – Chciałem, żeby było pani wygodniej.
– Więc się udało. Zaimponować i poprawić mój komfort. Doceniam to.
Siedziała naprzeciw niego, materiał sukienki miękko układał się, a rozcięcie znowu odsłoniło fragment kolana.
– Ale to nie znaczy – podjął po chwili – że będzie mi łatwiej, kiedy spotkamy się… tam, gdzie do tej pory się widywaliśmy, prawda?
Spojrzała na niego uśmiechnęła się.
– Nie. Absolutnie. Będzie wręcz trudniej, bo skoro potrafi pan być tak uprzejmy, tak uważny i tak skuteczny tutaj, w przestrzeni, w której ma pan kontrolę, to nie widzę żadnego powodu, bym miała być wobec pana łagodniejsza tam.
Przesunęła palcami po brzegu stołu.
– Będę jeszcze bardziej wymagająca. I jeszcze bardziej surowa. Bo wiem już, że stać pana na naprawdę dużo.
Poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przebiega mu chłód.
– Wiedziałem – powiedział cicho. – I zrobię wszystko, żeby panią zadowolić.
– No, ja myślę – odpowiedziała z lekkim, prawie niewinnym uśmiechem.
– W takim razie – powiedział, sięgając po kartę – pozwoli pani, że przynajmniej zadbam o oprawę tej chwili. Coś do picia? 
Skinęła głową. Przywołał obsługę.
– Dwa kieliszki szampana i może coś lekkiego do zjedzenia. – Zamówił, nie patrząc na kartę, z pewną elegancją przyzwyczajonego do tego świata mężczyzny.
Kelner skinął głową i odszedł.
– Leci pan do Nowego Jorku służbowo? – zapytała, patrząc na niego z ciekawością.
– Niestety tak – odpowiedział bez entuzjazmu. – A pani?
– Wakacje. Potrzebuję kilka tygodni przerwy, słońca, przyrody, ryżu, plaży i żeby nikt do mnie nic nie mówił. Obroniłam pracę magisterską i muszę odpocząć, ostatnie miesiące były szalone i intensywne.
– Ma pani już jakiś plan?
– Na początek kilka dni w Kuala Lumpur. Potem chcę ruszyć dalej, ale nie mam jeszcze szczegółowej trasy. Na pewno polecę na Borneo, chcę zobaczyć rezerwat orangutanów.
– Orangutanów? – powtórzył z wyraźnym zainteresowaniem.
– Tak. Zawsze chciałam zobaczyć je w naturalnym środowisku.
Uśmiechnął się.
– Zazdroszczę pani.
– Czego dokładnie?
– Tego, że może pani tak po prostu wsiąść w samolot i polecieć w miejsce, które nie ma nic wspólnego z konferencjami, raportami i harmonogramem. Dawno nie byłem na takich prawdziwych wakacjach. Na wyprawie. Bez planu co do godziny, bez presji, bez....
Zawiesiła na nim spojrzenie.
– Co pana powstrzymuje?
– Praca. Obowiązki. – Wzruszył ramionami. – Zawsze jest coś ważniejszego.
– Zawsze? – zapytała cicho.
Nie odpowiedział od razu.
W tej chwili podszedł kelner, przynosząc butelkę schłodzonego szampana i niewielki talerz z lekkimi przekąskami – mini hamburgery, kilka tartaletek, świeże owoce.
Jonas uniósł kieliszek.
– Zatem za orangutany na Borneo.
– I za Nowy Jork – odpowiedziała.
Szkło zetknęło się cicho.
Na chwilę zamilkli, każde z nich pogrążone w swoich myślach. Lotnisko za szybą żyło własnym rytmem, ale tutaj czas jakby zwolnił.
– Wiem, że nasze wcześniejsze spotkania nie należały do standardowych w kontekście różnych  norm społecznych, ale skoro teraz rozmawiamy jak dwoje zwykłych ludzi, a nie w tamtej szczególnej konfiguracji, pozwoli pani, że zaproponuję przejście na „ty”?
Zatrzymał na niej spojrzenie.
– Zdaję sobie sprawę, kim pani jest. I że to może być nadużycie, ale jestem jednak od pani sporo starszy. Pozwalam sobie więc na tę odrobinę odwagi.
Przyglądała mu się przez moment, jakby ważyła nie tyle propozycję, co jego ton.
– Skoro to tylko lotniskowy rozejm – odpowiedziała w końcu – możemy spróbować.
– W takim razie… Jonas. Jonas von Hagen – powiedział, wyciągając dłoń.
– Paulina. Paulina Ritter.
Roześmiali się jednocześnie. 
– Za niespodziewane spotkanie – powiedział, unosząc kieliszek.
– Za spotkanie – powtórzyła.
Szkło zetknęło się cicho.
– Nie wiedziałem, że jesteś taka młoda – powiedział po chwili, wciąż zaskoczony faktem, że dziewczyna, która potrafiła z niego wydobyć tak skrajne emocje, siedzi teraz przed nim, wyglądając jak studentka na wakacjach. 
– Co studiowałaś?
– Psychologia – powiedziała z dumą w głosie.
Szampan musował w kieliszkach, rozmowa płynęła swobodniej. Na moment świat, w którym spotykali się jako Lady Fenriss i jej uległy klient, zniknął za szybą strefy VIP. Czas mijał szybko, a rozmowa płynęła lekko, bez napięcia – jakby oboje znaleźli się przez przypadek w równoległym świecie, gdzie połączyło ich coś więcej niż tylko przeszłość za zamkniętymi drzwiami studia.
Jonas słuchał Pauliny z autentycznym zainteresowaniem. Był pod wrażeniem jej podejścia do psychologii, do świata akademickiego i do własnej ścieżki zawodowej. Zauważył, że kiedy mówiła o studiach doktoranckich, oczy aż jej rozjaśniały – jakby każda myśl miała dla niej znaczenie.
– Wiesz, nie wyobrażałem sobie ciebie takiej – przyznał w końcu, patrząc na z podziwem. – Wtedy, w studio... tam jesteś jak bogini. Nie do dotknięcia. A teraz... – przerwał na chwilę, szukając odpowiedniego słowa – jesteś fascynująca w zupełnie inny sposób. I przez to jeszcze piękniejsza.
Próbowała pozostać obojętna, ale w kąciku ust pojawił się cień uśmiechu.
– Więc zaskakuję cię?
– Bardzo. I to cholernie pozytywnie.

Potem sam opowiedział nieco o sobie. Słuchała uważnie, w milczeniu. Jego głos był niższy, spokojniejszy, jakby z każdą chwilą czuł się przy niej bardziej swobodnie.
– Studiowałem chemię i farmację. Z zamiarem pójścia w naukę. Badania, eksperymenty – wszystko to było moją pasją. Pracowałem w laboratorium, opracowywałem nowe leki, może takie które uratują ludzkie życie. No wiesz, uznanie, może nawet Nobel, wykłady na całym świecie taki mialem plan – roześmiał się.
– I? Zmieniłeś laboratorium na biuro w szklanym biurowcu?
Zamilkł na moment. W jego oczach pojawił się cień. Nie unikał tematu, ale mówił wolniej.
– Mój starszy brat zginął pięć lat temu w wypadku lotniczym w Andach. Prywatny samolot, zła pogoda, kilka błędnych decyzji. Tyle oficjalnie. Był prezesem naszej firmy, od początku namaszczony, by nią zarządzać. Harvard, staże w Bostonie i Zurychu, potem powrót do Niemiec. Od dziecka przygotowywany do tej roli. Gdy zmarł nasz ojciec, sukcesja wydawała się czymś oczywistym. Johannes obejmował stery, a ja… ja byłem zawsze trochę z boku. Odpowiadałem za badania i rozwój, za laboratoria, za projekty, które miały przynieść zyski dopiero za dekadę. Lubiłem to. Nie musiałem świecić nazwiskiem na konferencjach, ani tłumaczyć się akcjonariuszom z każdego ruchu. Johannes odziedziczył największy pakiet akcji. Ojciec zadbał o to, by struktura własnościowa była przejrzysta. Formalnie spółka była notowana na giełdzie, ale realna kontrola od zawsze pozostawała w rękach naszej rodziny. Byli jeszcze stryjowie, kuzyni, kilku dalszych krewnych z Wiesbaden i Mainz, którzy posiadali mniejsze pakiety i zasiadali w radzie nadzorczej.  Ale gdy zginął, nie było dyskusji, wyznaczyli mnie. Testament ojca i statut rodzinnej fundacji przewidywały jedyny możliwy scenariusz. W razie śmierci najstarszego syna, pakiet kontrolny wracał do rodzinnego funduszu, a z funduszu – na mocy wcześniejszych zapisów – przechodził na mnie. Byłem drugi w kolejce i nikt nie zakładał, że kiedykolwiek będę musiał zarządzać tym wszystkim. Ja nie zakładałem. W dodatku mój brat nie miał żony ani dzieci. Jego akcje powróciły do rodziny, a poprzez fundusz – do mnie. Mechanizm zadziałał dokładnie tak, jak zaplanował to ojciec. I tak, przed czterdziestką, znalazłem się nagle na piedestale. Nie dlatego, że o to walczyłem. Nie dlatego, że byłem najlepszym kandydatem. Tylko dlatego, że tak przewidywał paragraf dwunasty statutu. Z dnia na dzień przestałem być ,,tym od laboratoriów". Stałem się twarzą koncernu. Odpowiedzialnym za tysiące pracowników, za miliardy euro, za decyzje, które wpływały na życie ludzi w kilkudziesięciu krajach. Nie było czasu na żałobę ani na dokończenie habilitacji. 
Paulina nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na niego inaczej – bez uśmiechu, z pełnym zrozumieniem.
– A laboratorium? Badania? Kariera naukowa? Potrafiłeś to tak łatwo zostawić?
Wzruszył ramionami.
– Nasza rodzina jest trochę jak wielka korporacja, tu nie kwestionuje się woli przodków. Muszę być teraz bardziej strategiem niż naukowcem. Tego już się nie zmieni. Pogodziłem się z tym, że Nobla dostanie ktoś inny – roześmiał się, ale z jego słów przebijał lekki smutek.
Milczeli przez chwilę. Paulina patrzyła na niego z wyraźnym szacunkiem – nie z powodu stanowiska, ale dlatego, że rozumiała, co to znaczy zrezygnować z czegoś co było pasją i co kochało się.
– To wszysyko musiało być ciężkie – powiedziała cicho.
– Było. I nadal jest. Ale są momenty – spojrzał na nią – takie jak te z tobą w studio, kiedy wszystko przestaje mieć znaczenie. Kiedy mogę po prostu być. Co ciekawe, pod moim zarządem koncern notuje najlepsze wyniki w całej historii.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Usłyszeli nagle komunikat:

Uwaga pasażerowie lotu LH782 do Kuala Lumpur, boarding rozpoczęty przy bramce B13.

Spojrzała w stronę ekranu, potem na zegarek, a wreszcie na Jonasa. Wstała powoli, poprawiając sukienkę na biodrach. Jej ruchy były spokojne, niemal zmysłowe w swojej prostocie. Sięgnęła po swój plecak, ale zanim zdążyła go chwycić, Jonas już podniósł go z podłogi.
– Chyba czas na mnie...
– Pomogę – powiedział cicho.
Skinęła głową i odwróciła się do niego plecami. Z pewną ostrożnością, jakby ten gest miał dla niego więcej znaczenia niż zwykła uprzejmość, pomógł jej założyć go na ramiona. Materiał przesunął się po zwiewnej sukience, a on przez ułamek sekundy zatrzymał wzrok na jasnej linii karku.
Kiedy odwróciła się do niego przodem, ich spojrzenia się spotkały. Nie było w niej nic z Fenriss. Stała przed nim młoda kobieta – piękna, eteryczna lecz silna i świadoma siebie.
– Dziękuję, Jonas. Za to, że zaopiekowałeś się mną i opowiedziałeś mi to wszystko.
– To ja dziękuję za to, że mi towarzyszyłaś i wysłuchałaś tego wszystkiego. 
Uśmiechnęła się i to nie był uśmiech, który znał z aftercare, ani z żadnej sesji. To nie była maska ani rola. To był uśmiech prawdziwej Pauliny – lekko nieśmiały, ale promienny. Jonas, który widział w życiu niejedno, miał w tej chwili absolutną pewność, że nigdy wcześniej nie zobaczył nic piękniejszego. Zaniemówił. Po prostu stał, patrząc, jak odchodzi w kierunku wyjścia – młoda, lekka, dziewczęca, a jednocześnie nieskończenie silna. 

-----

kolejne rozdziały wkrótce :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wilczyca 1-10