Wilczyca 1-10



---- WILCZYCA ----


Część 1 (rozdziały I-X)


Rozdział I – Łukasz


Sopot, listopad 2023

Był pochmurny, listopadowy dzień, gdy Łukasz stanął przed bramą starego sopockiego cmentarza, na którym odbywał się pogrzeb jednego z jego dawnych nauczycieli, profesora Kamińskiego. Szare chmury gęsto zasnuwały niebo, a zimny wiatr szarpał resztkami kolorowych liści, które wirując w powietrzu, opadały na mokrą od deszczu ziemię. Cała sceneria wyglądała jak wyjęta z melodramatu — pełna melancholii i ciężaru upływającego czasu. Przystając na moment, omiótł wzrokiem zgromadzonych ludzi. Wśród nich dostrzegł kilka znajomych twarzy, ale nikogo na tyle bliskiego aby podchodzić. Część z nich lekko już nadgryzionych zębem czasu i wtedy zobaczył ją. Paulina Ritter. Filigranowa, eteryczna blondynka, która kiedyś była obiektem jego młodzieńczych westchnień. Ile to razy mijał ją na szkolnym korytarzu starając się opanować drżenie rąk, mocniejsze bicie serca lub powstrzymując się od zbyt nachalnego patrzenia. Nigdy nie wiedział do końca czym go tak bardzo pociągała. Bo Paulina nie rzucała się w oczy. Jej uroda wtedy była jak delikatny motyw ukryty w tle melodii — nie od razu uchwytny, lecz tym bardziej intrygujący. Dla większości była po prostu cichą, trochę bladą dziewczyną, która siadała z tyłu sali i notowała coś drobnym, starannym pismem, zawsze z lekkim przechyleniem głowy. Nie nosiła wyzywających ubrań, raczej luźne dresy, proste swetry, czasem rozpinaną bluzę z kapturem, jakby chciała zniknąć w tłumie. I znikała. A jednak Łukasz, gdy tylko na nią patrzył, widział więcej. Dostrzegał subtelne rysy jej twarzy — wysokie kości policzkowe, łagodny łuk brwi, chłodne, skupione spojrzenie, które zdawało się zawsze wymykać przypadkowym oczom. Tak bardzo żałował, że nie miał nigdy śmiałości aby podejść i porozmawiać, by poznać ją bliżej. Okazji było wiele. Często spędzała czas sama, siedząc podczas przerwy na korytarzu z nosem w książce lub zeszycie. Była dla niego niedoścignionym ideałem, znał jej imię, choć nigdy nie poznali się. Ale on ją znał — to pewne. Znał ją nie tylko z korytarza, lecz także z własnych marzeń — z tych nieuchwytnych obrazów, które nawiedzały go w trakcie bezsennych nocy. Czasem śniła mu się tak wyraźnie, że po przebudzeniu przez kilka chwil nie potrafił odróżnić snu od wspomnienia: stała wtedy na pustym korytarzu szkoły, odwracała się przez ramię i patrzyła na niego tym samym, nieuchwytnym spojrzeniem, które teraz — po tylu latach — znów zobaczył. Po skończeniu liceum ich drogi rozeszły się. Wyjechał na studia do Warszawy, ale nigdy o niej nie zapomniał. Docierały do niego szczątki informacji. Nie chodzili nawet do tej samej klasy, nie miał więc okazji zobaczyć jej przy okazji jakichś spotkań. Tylko czasem, ich wspólna znajoma Magda, mimochodem o niej wspominała. Między jednym a drugim zdaniem, między żartem a łykiem wina, padały drobne wzmianki — że Paulina od razu po licencjacie wyjechała, że podobno zamieszkała za granicą, że rzadko się odzywa i nie utrzymuje kontaktu z nikim ze swojej klasy. Nigdy nic konkretnego, żadnych szczegółów, tylko urwane wątki, z których Łukasz próbował złożyć w myślach obraz jej dalszego życia. Te kilka przypadkowych zdań wystarczało jednak, by znów poczuć tamto lekkie napięcie, jak echo młodzieńczej fascynacji, które — choć przygasło — nigdy całkiem nie zniknęło. Nie miał pojęcia, czy ona go zauważała, nie wiedział nawet czy znała jego imię, czy wiedziała o jego istnieniu. Nigdy nie miał odwagi podejść, spróbować zbliżyć się. A jednak, stojąc teraz wśród nagrobków, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie płaszcza, miał irracjonalną nadzieję, że może i ona go pamięta. Chciał wierzyć, że i dla niej był kimś — może ledwie cieniem z dawnych lat, ale jednak cieniem, który kiedyś zostawił ślad.

Widząc ją po tylu latach wśród żałobników, w zimnym listopadowym świetle, miał wrażenie, że czas zatoczył koło. Wszystko wokół — mokra ziemia, wiatr, zapach wosku i kwiatów — zdawało się zlewać w jedną nieruchomą scenę, a on, choć stał w tłumie, czuł się jakby tylko oni dwoje pozostali w tym szarym, cmentarnym pejzażu. Poczuł dziwne ukłucie w piersi i znów nie mógł oderwać wzroku. Paulina zmieniła się od czasów liceum — wtedy jakby kryła się za zbyt dużymi swetrami, za włosami związanymi byle jak, za ostrożnością, która tłumiła to, kim mogłaby być. Teraz wyglądała inaczej. Pięknie — w sposób, który nie miał nic wspólnego tylko z makijażem ani ze strojem. Jakby wreszcie przestała chować swoją urodę, pozwalając jej wybrzmieć w pełni. Ale to nie samo piękno przyciągało wzrok, lecz coś głębszego: niewytłumaczalne napięcie, aura, którą wokół siebie roztaczała. Ta powściągliwość, w której było coś wymagającego, sprawiała, że chciał podejść bliżej — nie z ciekawości, lecz z potrzeby zrozumienia, kim naprawdę jest kobieta, którą kiedyś niemal każdy mijał obojętnie, a która teraz zdawała się zmieniać grawitację wokół siebie.

Miała na sobie elegancki czarny płaszcz, podkreślający drobną sylwetkę. Jej jasne włosy, starannie upięte, błyszczały subtelnie w przelotnych promieniach słabego słońca. Wzrok Łukasza przyciągnęły lśniące, czarne kozaki na delikatnym obcasie. Dłonie kobiety, ukryte w eleganckich, skórzanych rękawiczkach, trzymały niewielki bukiet kwiatów. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Teraz, gdy dzieliło ich zaledwie kilka kroków, poczuł, jakby wszystkie te lata zniknęły. Serce zabiło mocniej, a w głowie zawirowały myśli. Czy ona go w ogóle pamięta? Kojarzy? Czy zauważy jego spojrzenie? Ich oczy spotkały się na krótką chwilę a on poczuł, jakby czas cofnął się o kilkanaście lat, jakby znów był nieśmiałym licealistą, który marzył, by znaleźć się bliżej niej. Ale teraz był już innym człowiekiem — z bagażem doświadczeń i cieniem nieudanych związków. Może to był właściwy moment, by wreszcie spróbować? Zbliżyć się do niej. Poznać ją, tym razem naprawdę.

Kiedy ceremonia dobiegła końca, zebrał się na odwagę i ruszył w jej stronę, próbując uspokoić drżenie dłoni i czując, jak każdy krok staje się coraz trudniejszy. Kiedy stanął obok, chłodny wiatr przyniósł zapach jej perfum.

— Paulina? — odezwał się w końcu, patrząc w oczy i starając się nie zdradzić, jak bardzo się stresuje. — Cieszę się, że cię widzę, choć okoliczności są smutne.

— Skąd znasz moje imię? — Jej głos był chłodny, ale wyczuwało się w nim nutę zaciekawienia.

Poczuł, jak serce zamarło na moment. Musiał się opanować, choć chłód w pytaniu zbił go z tropu.

— Chodziliśmy razem do liceum — odpowiedział szybko, próbując ukryć drżenie głosu. — Byliśmy w tej samej szkole, choć w różnych klasach. Pamiętam cię z tamtych czasów. Łukasz jestem.

Zamyśliła się, jakby próbowała coś sobie przypomnieć, ale na jej twarzy nie pojawiło się żadne ciepłe wspomnienie.

— Wiele osób mówi, że mnie pamięta. Nie sądzę, żebyśmy się wtedy bliżej poznali, prawda?

Ton był stanowczy, niemal obojętny. Dawała jasno do zrozumienia, że był dla niej jedną z wielu anonimowych twarzy z przeszłości. Poczuł, jak ulatuje z niego pewność siebie. Bolało, ale wiedział, że to prawda — nigdy nie był częścią jej świata.

— Nie, nie rozmawialiśmy… chyba nie… Ale zawsze cię zauważałem, znałem twoje imię. Grałaś w takim zespole, byłem na każdym koncercie… — starał się, by brzmieć możliwie najnaturalniej.

Przyjrzała mu się uważnie. W jej oczach błyszczało coś chłodnego. Delikatnie poprawiła rękawiczkę — gest prosty, a jednak hipnotyzujący. Były eleganckie, idealnie dopasowane. Łukasz zawsze miał słabość do takich detali, choć nigdy się do tego nie przyznawał.

— Ciekawe — odparła z lekkim uśmiechem, trudnym do zinterpretowania. — A teraz, po tylu latach, zdecydowałeś się podejść i to na pogrzebie

Poczuł, jak policzki oblewa mu lekki rumieniec.

— Fakt, może to nie najlepsze miejsce… ale kiedy cię zobaczyłem, pomyślałem, że to okazja, której nie powinienem przegapić.

Paulina znów poprawiła rękawiczkę, przesuwając palcami po nadgarstku. Patrzył na ten gest z fascynacją, starając się jednak zachować dyskrecję.

— Doceniam odwagę — powiedziała łagodniej. — Niewielu mężczyzn ma śmiałość podejść do kobiety w takich okolicznościach.

— Zawsze uważałem, że warto próbować — odpowiedział, nieco pewniej.

— Może masz rację — przyznała. — Czasami niespodziewane spotkania prowadzą do interesujących znajomości.

Poczuł, jak w jego sercu zapala się iskierka nadziei.

— Może uda nam się porozmawiać w mniej ponurym otoczeniu?

Zamyśliła się, po czym lekko skinęła głową.

— Może. Zobaczymy, co przyniesie czas.

Delikatnie wyciągnęła rękę. Łukasz ujął ją ostrożnie, czując pod palcami chłód i gładkość skóry rękawiczki.

— Do zobaczenia, Łukaszu — powiedziała z tajemniczym uśmiechem. Odwróciła się i poszła w stronę parkingu nie oglądając się.

Minęło kilka godzin od pogrzebu a on wciąż myślał o spotkanej po latach kobiecie. Ich krótka rozmowa pozostawiła w nim więcej pytań niż odpowiedzi. Z jednej strony był dumny i szczęśliwy, że wreszcie odważył się podejść do niej po tylu latach. Z drugiej – czuł, jakby ledwo musnął powierzchnię czegoś znacznie głębszego. Jej chłodne spojrzenia, kontrolowane gesty, sposób, w jaki mówiła — wszystko to utkwiło mu w pamięci. Kiedy emocje opadły, dotarła do niego pewna niepokojąca myśl: nie miał żadnego sposobu, by się z nią skontaktować. Nie zapytał o numer, nie wymienili się żadnymi namiarami. A co jeśli zmieniła nazwisko? Taka piękna kobieta na pewno ma jakiegoś męża. Nie wiedział nawet, czy wróciła do Polski czy nadal mieszka za granicą. Ich pożegnanie było jak ulotna scena ze snu — piękna, ale niemożliwa do powtórzenia. Zostało mu tylko imię, zapach jej perfum i wspomnienie chłodnej skóry jej rękawiczki. O tak, zwłaszcza to ostatnie. Tym bardziej ogarnął go smutek i pewien rodzaj żalu do siebie że przegapił taką okazję, że nie poszedł za ciosem, że nie był bardziej konkretny. Wciąż miał przed oczami jej skupioną twarz, chłodne, opanowane spojrzenie, w którym przez ułamek sekundy mignęło coś znajomego. Czuł się jak ktoś, kto przypadkiem otworzył drzwi do przeszłości i nie potrafił ich już zamknąć.

Usiadł przy biurku, włączył laptop i bez większego namysłu wpisał w Facebooka: „Paulina Ritter”. Nie znalazł jej na ani na Facebooku ani na żadnych innych portalach społecznościowych — jakby w ogóle nie istniała w sieci. Żadnego profilu, żadnego zdjęcia. Dopiero przez wyszukiwarkę trafił na stronę Uniwersytetu Berlińskiego. Tam, wśród nazwisk pracowników Wydziału Psychologii, widniało: dr Paulina Ritter, Katedra Psychologii Społecznej. Obok krótkiej notki biograficznej, która informowała o różnych badaniach interdyscyplinarnych i przedmiocie pracy naukowej, był służbowy adres e-mail oraz zdjęcie — oficjalne, wykonane zapewne do celów akademickich. Na nim zobaczył tę samą twarz. Uśmiechała się lekko, jakby z dystansem. Przez chwilę patrzył w ekran, nie wiedząc, co czuje. Zaskoczenie? Zachwyt? A może żal, że czas tak bardzo ich rozdzielił?

Pomyślał, że musiała sobie świetnie radzić. Berlin, uniwersytet, tytuł naukowy. To wszystko brzmiało jak świat zupełnie inny od jego codziennej rutyny, pracy, tabelek w Excelu, tych samych ludzi i tych samych nudnych rozmów. A jednak coś w nim pękło. Cicha, uparta potrzeba zrozumienia, kim się stała. I czy rzeczywiście nie wyszła za mąż, na co wskazywałoby jej panieńskie nazwisko. Więc jeszcze nic straconego? Może nikogo nie miała teraz?

Na pogrzebie było również kilka osób z jego klasy. Dziewczyny szybko wpadły na pomysł, że spotkają się jeszcze na jakieś wspominki, zanim znów wszyscy rozjadą się, każde w swoją stronę. Inicjatywę przejęła Magda, która postanowiła zorganizować imprezę u siebie w mieszkaniu. Spotkanie miało być okazją do odświeżenia dawnych znajomości, które po tym jak wpadli na siebie na pogrzebie — jak to często bywa — nagle zaczęły wydawać się bardziej warte pielęgnowania. Dodatkowo zapowiedziała, że zaprosi kilkoro innych znajomych ze szkoły. Łukasz nie był pewien, czy chce wracać do tych relacji. Miał wrażenie, że wiele z nich dawno się wypaliło, ale pomyślał, że to dobra okazja, może Magda, która zawsze była duszą towarzystwa ma jakieś namiary do Pauliny? Wie coś o niej? Kiedyś przyjaźniły się, mieszkały chyba blisko i często wracały razem ze szkoły. Choć sam przed sobą nie chciał tego przyznać, ta myśl była decydująca. Nie chciał jednak pytać koleżanki otwarcie o Paulinę, krępowało go to. Ostatecznie postanowił pójść — z cichą nadzieją, że uda się naprawić to co popsuł.

Gdy dotarł na miejsce, powitała go ciepła atmosfera i przyjazny gwar rozmów. Wszyscy zdawali się być w dobrych nastrojach. Magda, jak zawsze pełna energii, krążyła po salonie, dbając o gości z uśmiechem godnym gospodyni programu kulinarnego. Po krótkiej, kurtuazyjnej rozmowie z kilkoma osobami poczuł się nieco bardziej zrelaksowany. Jednak jego spokój zniknął, gdy w drugim pokoju dostrzegł znajomą sylwetkę. Paulina. Stała w rogu, nieco z boku, elegancko ubrana, z telefonem przy uchu. Kończyła właśnie rozmowę. Wyglądała, jakby nie do końca należała do tego miejsca. Była ubrana w prostą, lecz niezwykle elegancką czarną sukienkę, która idealnie podkreślała jej zgrabną sylwetkę. Materiał układał się na niej miękko, jakby stworzono go dokładnie z myślą o jej proporcjach. Sukienka była dopasowana, sięgająca tuż przed kolano, z lekko asymetrycznym dekoltem, który dodawał jej wyrafinowania i trudnej do nazwania subtelnej drapieżności. Czarne, lekko połyskujące rajstopy nadawały całości gładką linię, elegancką, ale nie przesadzoną. Na stopach miała klasyczne czarne szpilki z czerwonymi podeszwami — i Łukasz od razu, bez zastanowienia, rozpoznał charakterystyczną linię Louboutina. Przez sekundę poczuł, jak serce podskakuje mu niemal absurdalnie. Nie tylko dlatego, że te buty same w sobie robiły wrażenie. Raczej dlatego, że uświadomił sobie, jak daleko zaszła od czasów liceum — jak pewnie i świadomie dziś wyglądała. Jak dobrze musiało jej się wieść, skoro nosi coś, na co większość ludzi nawet by nie spojrzała, wiedząc o cenie. Zaskoczyło go to, ale też zachwyciło. W tym jednym drobnym szczególe — błysku czerwieni pod obcasem — była cała ona: elegancja bez wysiłku, siła bez ostentacji. Całość dopełniała delikatna, niemal niezauważalna biżuteria. Subtelna, ale wybrana tak uważnie, że nie miał wątpliwości, iż każdy element jej dzisiejszego wyglądu został przemyślany. Jakby nie tylko przyszła na pogrzeb. Jakby przy okazji wróciła, by pokazać światu — albo komuś konkretnemu — kim stała się przez te wszystkie lata. Poczuł, jak jego ciało reaguje automatycznie — napięcie w karku, przyspieszony oddech, lekki ucisk w żołądku. Ich spojrzenia spotkały się na moment. Paulina nie uśmiechnęła się, nie skinęła głową. Tylko patrzyła — chłodno, oceniająco, jakby próbowała go sklasyfikować jednym, szybkim spojrzeniem. Po chwili odwróciła się i podeszła do jakieś dziewczyny, która chyba chodziła z nią do tej samej klasy, jakby to krótkie spojrzenie nie miało większego znaczenia. Poczuł się zdezorientowany. Nie był pewien, czy jej obecność go cieszy, czy paraliżuje. Czuł się jak chłopiec, który wszedł do sali egzaminacyjnej bez przygotowania. Za każdym razem gdy chciał podejść bliżej coś stawało mu na przeszkodzie. Albo z kimś rozmawiała, albo jego ktoś zagadywał i nie mógł urwać w pół zdania albo rozmawiała przez telefon.

Gdy Magda zaproponowała, by wszyscy przyszli do dużego stołu w salonie, zauważył, że Paulina usiadła naprzeciwko. Wciąż nie odzywała się jednak do niego bezpośrednio — rozmawiała z osobami obok lub przeglądała coś w telefonie. Od czasu do czasu jednak spoglądała w jego stronę. Za każdym razem spojrzenie było niejednoznaczne — jakby badała teren, ale jeszcze nie zamierzała zrobić kroku dalej.

Pod koniec wieczoru, gdy alkohol lekko rozgrzał towarzystwo, Magda zaproponowała dla zabawy grę, w którą zdarzało im się grać na dawnych imprezach.

— Zobaczymy jak poradzicie sobie po latach z niewygodnymi sprawami! Każdy pisał pytanie, potem kartki były losowane i odczytywane wybranemu adresatowi Zabawa była lekka, nieco żartobliwa, co jakiś czas ciszę przerywały wybuchy śmiechu. Wszystko zmieniło się, gdy kartkę wyciągnęła Paulina.

Jej wzrok natychmiast spoczął na Łukaszu. Uśmiechnęła się ledwo zauważalnie, ale w jej oczach było coś… ostrego.

— Łukaszu — zaczęła powoli. Jej głos był spokojny, chłodny, nienaruszony alkoholem. — Jakie jest twoje największe, niezrealizowane marzenie z czasów szkoły?

Poczuł, jak czerwienią mu się policzki. Pytanie było proste, wręcz banalne — ale sposób, w jaki je zadała, sprawił, że zabrzmiało jak przesłuchanie. Jak test.

— Zawsze chciałem zrobić coś odważnego… coś, co wydawało mi się wtedy zbyt ryzykowne, zbyt bezczelne A może po prostu zabrakło mi wtedy jaj i nie znalazłem w sobie odwagi — odpowiedział, starając się brzmieć neutralnie i patrząc jej prosto w oczy.

Paulina uniosła brew. Jej uśmiech poszerzył się na sekundę, nim znów zniknął za chłodną fasadą.

— Czasem odwaga pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach, na przykład na pogrzebie — powiedziała, a jej głos miał w sobie ton, którego nie potrafił rozszyfrować.

Nie zadała mu już więcej pytań, nie powiedziała nic więcej, ale on czuł jej spojrzenie — to, które nie błądziło, tylko przeszywało go na wylot. Czuł się tak, jakby była gotowa go prześwietlić — ale tylko wtedy, gdy ona sama uzna to za stosowne.

Pod koniec imprezy, gdy gwar rozmów zaczął cichnąć, a ostatni goście powoli zbierali się do wyjścia, siedział jeszcze przy stole, obracając w dłoni kieliszek z resztką wina. Nie spodziewał się już wiele — ot, kolejny wieczór pełen wspomnień i kurtuazyjnych uśmiechów. I wtedy podeszła do niego spokojnym krokiem, jakby wciąż nie do końca należała do tego miejsca — zbyt pewna siebie, zbyt opanowana, zbyt inna. Miała już na sobie płaszcz, była gotowa do wyjścia.

— Łukaszu — zaczęła cicho, ale z tą charakterystyczną dla niej nutą stanowczości. — Mówiłeś o jakimś niezrealizowanym marzeniu z przeszłości… Zastanawiam się, co miałeś na myśli.

Zaskoczyła go. Nie spodziewał się, że będzie chciała jeszcze do tego wrócić. Poczuł, jak nagle wraca to samo uczucie — lekkie napięcie, to niezdarne zawstydzenie, które odczuwał w jej obecności.

— Ach, to… — zaczął, uśmiechając się niepewnie. — Przecież wiesz, o co chodzi.

Przekrzywiła lekko głowę, wpatrując się w niego z chłodnym, przenikliwym spokojem.

— Nie — powiedziała po chwili, głosem cichym, lecz pewnym. — Nie wiem. Chciałabym, żebyś powiedział to na głos. Patrząc mi prosto w oczy.

Zawahał się. Chciał odwrócić rozmowę w żart, ale jej spojrzenie nie dawało mu ucieczki. Patrzyła na niego tak, że każde słowo, którego nie wypowie, stawało się coraz cięższe.

— Paulina… — zaczął z trudem, czując, że serce bije mu szybciej. — Chodziło o ciebie. Przecież wiesz to i jestem pewien, że wiedziałaś od początku.

Na jej twarzy nie pojawił się uśmiech. Tylko lekki błysk w oczach, który mógł być wszystkim — zdziwieniem, ciekawością, a może satysfakcją.

— O mnie? — powtórzyła powoli, nawet nie próbując udawać zaskoczenia.

— Tak. — Wziął głęboki oddech. — O to, że nigdy nie miałem odwagi do ciebie podejść, poznać cię. Ani wtedy, ani później. I teraz tego żałuję.

Chwilę milczeli. W tle słychać było cichy gwar rozmów i muzykę płynącą z drugiego pokoju, ale wokół nich panowała osobna cisza, jakby wszystko inne przestało istnieć. Przyglądała mu się jeszcze przez moment, potem uniosła lekko kącik ust, z tajemniczym półuśmiechem, który mógł znaczyć wszystko i nic.

— Odwaga… — powtórzyła cicho. — Czasem przychodzi zbyt późno…

Chciał coś powiedzieć, zaprzeczyć, ale ona już się odwracała.

— Może jednak jeszcze nie jest za późno — wyrzucił z siebie w pośpiechu. — Spotkajmy się. Na spokojnie. Bez ludzi, bez pośpiechu. Proszę.

Zatrzymała się, spojrzała na niego przez ramię.

— Może… — powiedziała miękko. — Zadzwonię do ciebie.

Nie zapytała o numer. Odwróciła się i wyszła bez słowa.

Elegancka, niedostępna, pozostawiająca po sobie ślad, który trudno było zignorować. Dopiero gdy godzinę później wychodził z mieszkania Magdy, uderzyła go świadomość: nadal nie miał do niej żadnego kontaktu poza tym służbowym niemieckim maiłam. A jednak powiedziała, że zadzwoni. Jak? Skąd miałaby mieć jego numer? Od Magdy? A może tylko z nim grała? W głowie wciąż brzmiały mu jej słowa i sposób, w jaki na niego patrzyła. Paulina była chłodna i obojętna — a mimo to, może właśnie dlatego, nie potrafił przestać o niej myśleć.


-----

Rozdział II – Spacer i romantyczna kolacja


Sopot, listopad 2023

Od momentu, gdy Łukasz pożegnał się z Pauliną po spotkaniu u Magdy, nie mógł przestać o niej myśleć. Próbował skupić się na bieżących sprawach, ale jego głowa nieustannie wracała do niej. Codziennie zastanawiał się, czy zadzwoni. Czekał na jej ruch, żyjąc w nieustannej gotowości — jak ktoś, kto oczekuje werdyktu. Co chwilę sprawdzał telefon, bojąc się, że przegapi wiadomość lub jakieś nieodebrane połączenie. Z czasem to czekanie zaczęło go wręcz przytłaczać. Czuł się jak dziecko siedzące pod drzwiami, za którymi może — ale nie musi — wydarzyć się coś ważnego.

W końcu, po kilku dniach zadzwoniła. Spojrzał na ekran. Numer nieznany. Serce zabiło mu mocniej. Przez moment wpatrywał się w wyświetlacz, jakby od tego, czy odbierze, zależało coś więcej niż tylko rozmowa.

— Cześć, Łukaszu — usłyszał znajomy, spokojny głos z tą samą opanowaną nutą, jakby ich ostatnie spotkanie miało miejsce zaledwie wczoraj.

— Cześć, Paulina — odpowiedział, starając się brzmieć swobodnie.

— Pomyślałam, że możemy wrócić do naszej wciąż niedokończonej rozmowy — powiedziała, bez zbędnych wstępów.

Łukasz wiedział, że to jego moment.

— Myślałem o tej rozmowie… Długo. Może spotkajmy się na spokojnie, bez tłumów. Co powiesz na spacer? Myślę, że to idealne miejsce, by dokończyć to, co zaczęliśmy.

Przez chwilę panowała cisza. W końcu odpowiedziała:

— Spacer brzmi dobrze. Jutro o osiemnastej przy wejściu do Parku Północnego. Co ty na to?

— Pasuje idealnie. Będę tam — powiedział z ulgą, która przeszła przez niego niczym ciepła fala. Zanim się rozłączyli, zdobył się na drobny gest troski, który sam go zaskoczył.

— Paulina… ubierz się proszę ciepło. Wieczory są chłodne.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, po czym Paulina odpowiedziała z lekkim uśmiechem w głosie:

— Do zobaczenia.

Przyjechał do parku kilka minut przed umówioną godziną. Wieczór był rzeczywiście chłodny, a lekka mgła otulała drzewa, nadając całemu miejscu lekko nierzeczywisty, niemal oniryczny charakter. Przechadzał się wzdłuż alejki, raz po raz spoglądając na zegarek. Kiedy w oddali dostrzegł znajomą sylwetkę, poczuł, jak serce przyspiesza. Z każdym krokiem jej obecność stawała się coraz bardziej rzeczywista. Miała na sobie lekką, puchową kurtkę w kolorze głębokiej czerni. Pod nią widać było kremowy golf, a na nogach — dopasowane, czarne legginsy, które akcentowały zgrabne nogi. Dopełnieniem były stylowe sneakersy w złoto-czarnej kolorystyce, które dodawały jej wyglądowi pewnej nonszalancji. Gdy podeszła do niego, zatrzymała się na moment i przyjrzała mu się z wyraźnym namysłem. W tym spojrzeniu było coś oceniającego — jakby rozważała, czy dobrze się ubrał, czy dobrze wygląda, czy… w ogóle warto było przyjść. Kąciki jej ust uniosły się w lekkim, ironicznym uśmiechu. Po chwili, niby mimochodem, dotknęła jego ramienia. Gest był lekki, naturalny, ale zostawił w nim echo — jakby elektryczność przeszła przez tkaninę kurtki.

— Uroczy wieczór na spacer — powiedziała, a w głosie zabrzmiała subtelna ironia.

— Tak, tym bardziej cieszę się, że przyszłaś — odpowiedział, starając się brzmieć swobodnie, choć czuł napięcie w każdej komórce ciała.

Przez chwilę szli przez park, rozmawiając o różnych codziennych sprawach. Łukasz opowiadał o swojej pracy — Paulina słuchała, zadawała pytania, czasem kiwała głową, ale sama nie mówiła nic o sobie. Była uważna, ale jakby zamknięta. Słuchała, ale nie dzieliła się niczym.

Zatrzymali się przed jedną z ławek. Spojrzała na nią, a potem na niego, z uśmiechem, w którym była i złośliwość, i nieodparty urok.

— Ławka jest trochę wilgotna, może mógłbyś coś z tym zrobić, zanim usiądę? Proszę.

Lekko zaskoczony, zawahał się na moment, ale szybko zareagował. Wyciągnął chusteczkę z kieszeni i dokładnie wytarł powierzchnię. Paulina obserwowała go przez cały ten czas z lekkim uśmiechem — mieszanką uznania i władzy.

— Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony — powiedziała, siadając z taką manierą, jakby zasiadała na tronie. Ton jej głosu był grzeczny, ale pod warstwą uprzejmości kryło się coś więcej — wyraźne oczekiwanie, że tak właśnie powinno być. Łukasz wytarł kolejną część siedziska i również usiadł.

Po chwili przesunęła się bliżej, tak że ich nogi się zetknęły. Dotyk był krótki, przypadkowy ale tylko z pozoru. Szybko się odsunęła, jakby nic się nie stało, ale jej uśmiech zdradzał, że było to celowe.

— Zastanawiam się, Łukaszu… dlaczego właściwie chciałeś się ze mną spotkać? Nie sądzisz, że to trochę ryzykowne? — zapytała z lekką drwiną, rzucając mu przelotne spojrzenie spod rzęs.

— Chciałbym cię lepiej poznać. I mimo że powiedziałem ci tak dużo, że przyznałem się, jak bardzo podobałaś mi się kiedyś czułem, że nasza ostatnia rozmowa była jakby niedokończona.

Oparła łokieć o brzeg ławki i zwróciła ku niemu twarz. Przez moment milczała, przyglądając mu się z tym swoim spokojem, który potrafił być bardziej onieśmielający niż jakiekolwiek słowa.

— Niedokończona? — powtórzyła miękko. — Myślę, że to zależy od tego, ile tak naprawdę chciałeś wtedy powiedzieć.

Łukasz uśmiechnął się niepewnie. — Myślałem, że powiedziałem wystarczająco dużo.

— Nie sądzę. — Jej głos był cichy ale każde słowo miało w sobie siłę nacisku. — Powiedziałeś, że żałujesz, że nie miałeś odwagi. Ale nie powiedziałeś, czego właściwie się bałeś, ani jak bardzo.

— Paulina… — wymamrotał, czując, że zaczyna tracić grunt. — Nie jest mi łatwo o tym mówić.

— Wiem — przyznała spokojnie, przesuwając wzrokiem po jego twarzy. — Ale mimo to chcę, żebyś powiedział. Często o mnie myślałeś, prawda?

Łukasz spuścił wzrok, próbując się uśmiechnąć, choć czuł, że robi się mu gorąco.

— Czasami. — Zawahał się. — Dobrze, może więcej niż czasami.

— Podobałam Ci się? — zapytała cicho, pochylając się nieznacznie, jakby chciała wychwycić każdą nutę jego głosu.

— Tak — przyznał po chwili. — Zawsze. Bardzo. Ale nigdy nie potrafiłem tego przyznać. Publicznie i chyba przed sobą.

Paulina uniosła lekko kącik ust.

— Bo się bałeś?

— Może trochę. A może po prostu wiedziałem, że i tak nie miałbym szans.

— Ciekawe — powiedziała, prostując się. — Czasem ludzie potrafią latami nosić w sobie takie rzeczy, których nigdy nie mieli odwagi wypowiedzieć.

Zamilkła na chwilę, a potem, z tym swoim spokojem, który potrafił zamieniać zwykłe pytanie w coś znacznie głębszego, dodała:

— Powiedz mi, Łukaszu, co właściwie cię we mnie wtedy tak pociągało? — Spojrzała na niego spod rzęs, z lekkim półuśmiechem. — Przecież pamiętasz, jak wyglądałam. Dres, bluza, zero makijażu, aparat na zębach. Nie miałam zbyt kobiecej sylwetki, z resztą ciągle nie mam. Nie byłam kimś, kto przyciągał uwagę chłopaków.

Łukasz odchrząknął, jakby chciał zyskać chwilę. Uśmiechnął się nieśmiało.

— Bo nie próbowałaś jej przyciągać i dobrze o tym wiesz. Byłaś inna. Cicha, skupiona, miałaś… masz niezwykle delikatne rysy twarzy. Takie, które się zapamiętuje od razu, choć trudno wytłumaczyć dlaczego. I tę jasną cerę. Wyglądałaś wtedy jak ktoś, kogo łatwo zranić, a jednak… — zawahał się — wiedziałem, że nie można cię zlekceważyć. Czułem to i podobało mi się to.

— Krucha i silna jednocześnie? — zapytała z lekkim rozbawieniem. — To dość nietypowe połączenie.

— Ale prawdziwe, jestem przekonany — odpowiedział. — Kruchość widziałem od razu. Siłę zobaczyłem dopiero później.

Paulina zainteresowała się. — Później?

— Tak — westchnął cicho, jakby wracał do tamtego obrazu z odległej przeszłości. — Wtedy, na koncercie w tym studenckim klubie. Grałaś na basie. Stałaś lekko z tyłu, po prawej stronie sceny. Miałaś na sobie czarne, skórzane spodnie i top na ramiączkach. Wokół ciebie wszyscy byli głośni, rozedrgani, ale to ty trzymałaś rytm. Widziałem, jak spokojnie, pewnie prowadzisz cały zespół. To było niesamowite. Wtedy zobaczyłem w tobie coś, czego wcześniej nie potrafiłem nazwać. Siłę. Pewność siebie. I tę świadomość własnej wartości, której nie musiałaś wypowiadać na głos.

Paulina słuchała bez słowa, z nieczytelnym wyrazem twarzy. Dopiero po chwili odezwała się cicho:

— Więc uważasz, że to wtedy zobaczyłeś mnie naprawdę?

— Tak. — Uśmiechnął się lekko. — Choć prawdę mówiąc, jeszcze wcześniej było coś, co utkwiło mi w pamięci.

— Ach tak? — spytała, opierając się o oparcie ławki. — Co tym razem?

— To było na WF-ie. — Łukasz odwrócił na moment wzrok, zawstydzony własną szczerością. — Posłał mnie nauczyciel po piłki do magazynku. A wy miałyście wtedy zajęcia w sali. Przebiegałem obok i zobaczyłem cię. W szortach. I wtedy pomyślałem, że nigdy wcześniej nie widziałem piękniejszych nóg. — Uśmiechnął się niepewnie. — Były… doskonałe, proporcjonalne, lekko umięśnione. Jakby cała ta twoja nieuchwytna siła zaczynała się właśnie tam.

— Piękne nogi i gitara basowa — podsumowała z lekkim sarkazmem. — Brzmi jak początek ciekawej fascynacji.

— Może trochę — przyznał, uśmiechając się. — Ale wtedy zrozumiałem, że nie chodzi tylko o urodę. To byłaś ty — cała ty. Cicha, pewna, z tą kruchością, która wcale nie była słabością. Wiesz, że trochę mnie torturujesz tymi pytaniami? A ja zacząłem wyznawać wszystko jak na spowiedzi.

Uśmiechnęła się delikatnie, ale w jej oczach wciąż była ta chłodna pewność.

— Och, Łukaszu… — odparła z nutą ironii. — Tortury są znacznie gorsze niż szczera rozmowa na ławce w parku. To, co dzieje się tutaj, jest lekkie, miłe i przyjemne. Uwierz mi — prawdziwe tortury wyglądają zupełnie inaczej., są dalekie od czegokolwiek, co mogłoby dawać spokój.

Na moment zapadła cisza. On wpatrywał się w nią z mieszaniną zakłopotania i fascynacji, ona — spokojna, z lekko uniesioną brodą — wyglądała, jakby doskonale wiedziała, że ma nad nim przewagę.

— Mówiłeś też o jakichś marzeniach i odwadze ich spełniania, przypomnij mi — co to właściwie było? Czy to dotyczyło tylko mnie? — zapytała łagodnie, choć jej ton przypominał pytanie retoryczne, rzucone przez kogoś, kto już zna odpowiedź.

Łukasz zawahał się. W jego głowie pojawiły się dziesiątki możliwych wersji tej historii — każda inna, każda mniej lub bardziej bezpieczna. Ale żadna według niego nie wydawała się wystarczająca, by zadowolić kobietę siedzącą obok.

— To było bardziej… takie pragnienie — powiedział w końcu. — Chciałem spróbować czegoś nowego, czegoś, co wydawało mi się wtedy zbyt śmiałe, zbyt dziwne. Ale brakowało mi odwagi.

— Czegoś, czego się bałeś? — powtórzyła z lekkością, jakby rozważała brzmienie tych słów. — Ciekawe. A teraz? Myślisz, że ta odwaga się pojawiła? Czy nadal tylko o niej mówisz?

Spojrzał na nią z lekkim uśmiechem, choć czuł, że jego wnętrze aż pulsuje od napięcia.

— Myślę, że z wiekiem człowiek zaczyna rozumieć, że nie warto odkładać marzeń na później. Zwłaszcza tych, które kiedyś wydawały się nierealne, zbyt odważne.

Skinęła głową. Jej spojrzenie było chłodne, ale w oczach błysnęło coś, co mogło być uznaniem albo zaintrygowaniem.

— To dobre. Choć trochę banalne. Może jesteś jednym z tych, którzy potrzebują najpierw wypowiedzieć marzenie, zanim się odważą je zrealizować.

Jej palce znów spoczęły na jego ramieniu — krótko, kontrolowanie, niby przelotnie.

Wstała, nie czekając na jego reakcję i ruszyła przed siebie powolnym, zdecydowanym krokiem. Nie zastanawiając się długo, poderwał się i dołączył do niej. Szli w milczeniu.

Spacer dobiegł końca. Paulina zatrzymała się przy swoim samochodzie, poprawiła mankiet kurtki i spojrzała na niego.

— Dziękuję za towarzystwo i rozmowę. Myślę, że możemy to kiedyś powtórzyć.

— Z przyjemnością — odpowiedział, czując jednocześnie satysfakcję i niedosyt.

Obok, pod latarnią, stało białe Audi RS4 Avant. Reflektory, jeszcze wilgotne od wieczornej mgły, odbijały światło w chłodnym blasku. Łukasz spojrzał na auto z lekkim zdziwieniem.

— Ładne… — powiedział, zerkając na nią. — To nie jest chyba zwykłe Audi, prawda?

Odwróciła głowę, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że stoją obok jej samochodu. W jej spojrzeniu pojawił się cień uśmiechu.

— Nie — odpowiedziała spokojnie. — Nie jest zwykłe. Lubię, kiedy samochód ma pod maską więcej mocy, niż wygląda na pierwszy rzut oka.

Łukasz roześmiał się cicho.

— To pasuje do ciebie.

— Możliwe. Dobranoc Łukaszu — odparła, unosząc kącik ust.

Wsiadła, nie oglądając się za siebie. Po chwili silnik zabrzmiał niskim, głębokim dźwiękiem — miękko, ale z mocą, która budziła respekt. Reflektory przecięły ciemność, a białe auto zniknęło w oddali, zostawiając za sobą echo krótkiego, niedokończonego spotkania.

Stał jeszcze chwilę, patrząc za nią. Nie wiedział, co będzie dalej — ale wiedział jedno: to nie mógł być koniec. To musiał być początek czegoś, czego nie potrafił jeszcze nazwać, a co już teraz nie dawało mu spokoju. Musiał. Pragnął tego. Pragnął jej.

Kilka dni po spacerze czuł się bardziej zdezorientowany niż kiedykolwiek. Z jednej strony Paulina zgodziła się spotkać. Rozmawiali, dużo się uśmiechała, dotykała jego ramienia. Z drugiej był to kontakt pełen niedopowiedzeń, balansujący między czułością a lodowatym dystansem.

Czasem wysyłała wiadomość, która brzmiała jak zaproszenie do bliższej relacji, by następnego dnia zupełnie zniknąć lub odpowiedzieć bardziej niż lakonicznie. Ta zmienność, ta nieprzewidywalność, zaczęła go męczyć. Czuł się, jakby próbował otworzyć drzwi, które ciągle zmieniały zamki.

A skoro słowa i gesty nie wystarczały — postanowił użyć swojej sprawdzonej broni. Romantyczna kolacja. Taka, którą przygotuje sam. Starannie, od początku do końca. To musiało zadziałać. Zawsze działało bo świetnie gotował.

Wysłał do niej krótką, konkretną wiadomość. I ku jego zaskoczeniu — odpowiedź przyszła naprawdę szybko.

Przyjadę. Dziękuję za zaproszenie.

Nie było w niej emotikonów, niepotrzebnych ozdobników. Tylko kilka słów. Ale wystarczyło.

---

Miała na sobie elegancki, czarny płaszcz — dopasowany i sięgający tuż za kolano. Pod nim skrywała się sukienka w kolorze głębokiego burgundu, ledwie widoczna, ale wystarczająca, by wywołać napięcie. Na nogach miała czarne rajstopy i klasyczne, czarne szpilki Louboutina — proste, perfekcyjne. Włosy rozpuściła co dodawało jej pewnej dziewczęcej lekkości, ale makijaż był wyrazisty — ciemna pomadka, precyzyjnie poprowadzona kreska na powiekach. Całość sprawiała wrażenie kobiety, która panuje nad każdym elementem — nie tylko nad sobą ale i nad otoczeniem. Gdy przekroczyła próg, nie mógł oderwać od niej wzroku. Pomógł jej zdjąć płaszcz, robiąc to z taką delikatnością, jakby dotykał czegoś kruchego i cennego. Sukienka idealnie podkreślała jej figurę, a cała stylizacja emanowała wyrafinowaną siłą. Wiedział, że ma przed sobą kogoś wyjątkowego — i że ten wieczór musi się udać.

Sam miał na sobie eleganckie, ciemne spodnie i dopasowaną ciemnogranatową koszulę. Chciał wyglądać naturalnie, ale z klasą. Czuł na sobie jej wzrok, ale nie pozwalał sobie na nerwowość. Chcąc rozpocząć w odpowiedniej atmosferze, zaproponował jej wino. Wybrał butelkę chilijskiego Sauvignon Blanc — lekko schłodzoną wcześniej, starannie dobraną podczas porannych zakupów w pobliskim Lidlu. Otworzył ją z nieco sztuczną elegancją, starając się, by każdy jego ruch był spokojny, kontrolowany, aby każdy gest był częścią większej kompozycji.

Usiadła w fotelu. Jej ruchy były powolne, świadome, niemal ceremonialne. Obserwowała go uważnie, nie odzywając się. Spojrzenie nie było nachalne, ale intensywne. Wodziła wzrokiem za jego dłońmi, jakby odczytywała z nich coś więcej niż tylko intencję podania alkoholu. Kiedy podał kieliszek, ich palce na ułamek sekundy się musnęły. Spojrzała mu w oczy. Wzrok był głęboki, ciemny, z lekko uniesionymi kącikami ust. Uśmiechnęła się nieznacznie — uśmiechem, który równie dobrze mógł być zaproszeniem, co ostrzeżeniem.

— Na zdrowie — powiedział cicho.

— Na zdrowie — odpowiedziała, podnosząc kieliszek. Cały czas zdawała się mieć kontrolę, nawet nad tym, jak i kiedy upije pierwszy łyk.

Usiadł naprzeciwko niej. Serce mu biło szybciej, ale na zewnątrz był spokojny. Wiedział, że Paulina obserwuje każdy szczegół — sposób, w jaki siedzi, jak mówi, co robi z rękami. Czuł, że to nie jest po prostu kolacja. To był test. Ale był gotów. Chciał grać — i chciał wygrać. Ten wieczór może być przełomowy. A może nawet decydujący.

Po chwili Łukasz uwijał się w kuchni, podczas gdy Paulina siedziała wygodnie w fotelu, sącząc wino i uważnie mu się przyglądając.

— Muszę przyznać, że to całkiem miłe, siedzieć wygodnie z kieliszkiem w dłoni, podczas gdy ktoś inny zajmuje się gotowaniem — rzuciła z lekkim przekąsem. — To bardzo… odpowiednie — dodała, mierząc go wzrokiem, jakby sprawdzała, jak zareaguje. Po chwili uniosła palec. — Ale… poczekaj.

Wstała, podeszła do wieszaka i zdjęła z niego wiszący tam kuchenny fartuch.

— Odwróć się — poleciła.

Zawiązała mu go wprawnym ruchem, nieco zbyt ciasno, jakby celowo.

— Ślicznie wyglądasz… I szkoda byłoby pobrudzić taką ładną koszulę — roześmiała się cicho, z błyskiem w oku.

Podziękował, uśmiechając się i wrócił do patelni. Mieszał sos, starając się zachować skupienie, choć czuł spojrzenie na plecach.

— Gotowanie dla ciebie to przyjemność i przywilej. Chciałbym, żebyś poczuła się naprawdę wyjątkowo.

Spojrzała, lekko zaskoczona szczerością jego słów.

— Interesujące. Jak daleko jesteś jeszcze gotów posunąć się, żeby mnie usatysfakcjonować? — zapytała z wyraźnym wyzwaniem w głosie.

— Daleko. Bardzo daleko — odpowiedział, sięgając po swój kieliszek i spokojnie upijając łyk.

Uśmiechnęła się, tym razem bardziej szelmowsko niż złośliwie. Jej głos miał w sobie cień uznania.

— Mężczyzna, który gotuje, sprząta i jeszcze dobrze wygląda w fartuchu… Zaczynam myśleć, że trafiłam lepiej, niż się spodziewałam.

Łukasz spojrzał na nią z pewnością siebie.

— To dopiero początek, Paulinko — powiedział, a jego głos zabrzmiał pewnie, choć w środku wszystko w nim buzowało.

Zapanowała chwila ciszy, w której każde z nich było świadome tego, że gra właśnie zaczęła się na nowym poziomie. Wrócił do kuchni i zajął się dalszym przygotowywaniem kolacji, starając się utrzymać skupienie mimo rosnącego napięcia w powietrzu. Siedząc wygodnie w fotelu, delikatnie kołysała stopą w powietrzu. Ruch był leniwy, ale rytmiczny — niemal hipnotyczny. Kątem oka dostrzegał to i działało to na niego bardziej niż chciałby przyznać. W pewnym momencie uniosła kieliszek, zauważając, że niemal całkowicie go opróżniła.

— Łukaszu, dolejesz mi wina? — zapytała, choć ton, którym to wypowiedziała, nie pozostawiał wątpliwości — to nie była prośba. Jej spojrzenie iskrzyło subtelnym wyzwaniem, a usta wygięły się w prowokującym półuśmiechu.

Odłożył drewnianą łyżkę, wytarł ręce w fartuch i podszedł do niej z butelką. Pochylił się, by napełnić kieliszek. Z bliska poczuł nuty jej perfum — delikatne, ale wyraziste, jak echo czegoś zakazanego.

— Dziękuję. Trzeba przyznać, że całkiem dobrze odnajdujesz się w roli gospodarza, który wie, jak zadbać o gościa — powiedziała, spoglądając na niego z dołu, tonem ocierającym się o drwinę, ale podszytym cieniem aprobaty.

— Staram się, żebyś czuła się naprawdę komfortowo — odparł spokojnie, prostując się.

Wrócił do kuchni, ale wciąż czuł na sobie jej wzrok — badawczy, niemal przewiercający. Paulina nadal delikatnie kołysała nogą, teraz już nieco wyżej, jakby jeszcze bardziej świadoma tego, że ją dyskretnie obserwuje. Przeciągnęła palcem po brzegu kieliszka, wydając cichy, dźwięczny ton.

— Zastanawiam się, co jeszcze przygotowałeś na ten wieczór — rzuciła niedbale, patrząc na niego spod przymkniętych powiek.

— Pozwól, że cię zaskoczę — odpowiedział z uśmiechem.

— Lubię niespodzianki. Ale musisz wiedzieć, że moje standardy są dość wysokie.

— Wiem — odparł, dokładnie mieszając sos i dodając ostatnie składniki.

Wtedy usłyszał cichy stuk — jakby coś delikatnie upadło. Odwrócił się. Na podłodze leżała jej szpilka.

Paulina siedziała bez ruchu, tylko lekko uniosła stopę, jakby ten gest był najzupełniej naturalny.

— Ups — rzuciła swobodnie, a w jej oczach błysnęło coś więcej niż zwykła rozbawiona kokieteria.

Spojrzał najpierw na nią, potem na szpilkę, po czym spokojnie podszedł i przyklęknął. Jego ruchy były opanowane, jakby ta scena była częścią znanego mu rytuału.

— Pozwól, że ci pomogę — powiedział cicho, biorąc but do ręki.

Nie odpowiedziała. Uniosła stopę nieco wyżej, eksponując ją. Ujął ją delikatnie, jakby dotykał czegoś zbyt cennego, by pozwolić sobie na pośpiech. Rajstopy były gładkie, napięte na jej ciele, a jego dłonie starały się nie zdradzić, jak bardzo to wszystko go porusza. Wsuwając but na jej stopę, zrobił to z taką delikatnością i uważnością, jakby zakładał cenną biżuterię. Gdy poprawił ułożenie, jego dłoń zatrzymała się na moment, zanim się cofnął. Paulina poruszyła nogą, sprawdzając, czy leży idealnie. Jej spojrzenie zsunęło się w dół na Łukasza, który wciąż klęczał przy stopach. Przez chwilę panowała cisza — gęsta, napięta. Nie powiedziała nic. Ale to lekkie wysunięcie stopy w jego stronę — był wystarczająco wymowne. Jej oczy zdawały się mówić: I co teraz, Łukaszu? Zadrżał lekko. Przez sekundę zawahał się, po czym pochylił się i delikatnie musnął ustami czubek jej buta. Pocałunek był ledwie wyczuwalny, niemal symboliczny — ale dla niego niósł ciężar czegoś znacznie większego. Spojrzała na niego z wyraźnym zadowoleniem.

— Dobrze się spisałeś — powiedziała cicho, z lekką nutą rozbawienia w głosie. Potem opuściła nogę i odchyliła się w fotelu, jakby ta scena dobiegła końca. — Możesz wrócić do gotowania, zrobiłam się już głodna po tym winie.

Wstał powoli. Czuł, że właśnie przekroczył niewidzialną granicę…

Łukasz nakładał przystawki z taką starannością, jakby talerze były płótnami, a on właśnie kończył najważniejszy obraz wieczoru. Główne danie czekało jeszcze w piekarniku — gotowe na moment, gdy temperatura będzie idealna. Paulina nadal siedziała w fotelu. Jej spojrzenie nie było już tylko uważne — było pełne milczącej kontroli. Kiedy wreszcie usiedli naprzeciw siebie, rozmowa toczyła się luźno — głównie o jedzeniu. Z pozoru panował nad sytuacją, dopóki pod stołem nie poczuł subtelnego muśnięcia. Coś — raczej ktoś — dotknął jego łydki czubkiem buta. Na początku był to ledwie wyczuwalny gest, z łatwością mógłby go zignorować. Ale z każdą minutą stawał się coraz bardziej śmiały, coraz bardziej świadomy. Gdy uniósł wzrok znad talerza, zobaczył, że Paulina wciąż mówi o winie i smaku — jakby nic się nie działo.

— Coś nie tak? — zapytała, głosem spokojnym, niemal niewinnym, przesuwając czubkiem szpilki w górę jego nogi.

— Nie, wszystko w porządku — odpowiedział z uśmiechem, starając się nie zdradzić, jak bardzo to na niego działa.

Gra trwała. Stopa zatrzymała się na jego kolanie, naciskając je lekko, jakby testowała granicę, po czym znów się poruszyła.

— Cieszę się — powiedziała z zadowoleniem, nie odrywając spojrzenia od jego twarzy. Czuła, że ma przewagę i zamierzała ją wykorzystać.

Starał się wrócić do rozmowy, ale każde kolejne słowo przychodziło mu z większym trudem. Gdy wreszcie zapadła chwila ciszy, to ona ją przerwała:

— Wciąż mnie nurtuje, dlaczego wtedy, w liceum, nie miałeś odwagi podejść do mnie? — zapytała spokojnie, jakby mimochodem, ale w jej tonie zabrzmiało coś, co nie pozwalało uciec od odpowiedzi.

Łukasz zamarł. Nie był gotowy na to pytanie. Poczuł, że wraca do tamtego czasu, do siebie sprzed lat — chłopaka, który potrafił patrzeć z daleka, ale nigdy nie zrobił kroku bliżej.

— Nie wiem… — zaczął niepewnie, szukając słów. — Może się bałem.

— Czego? Kogo? Mnie? — spytała natychmiast patrząc mu prosto w oczy.

Zawahał się, a potem powiedział cicho, niemal wstydliwie:

— Że mnie zignorujesz. Albo, że zobaczysz we mnie kogoś banalnego, niegodnego ciebie.

— Ciekawe — powiedziała w końcu. — Myślałeś więc, że zlekceważę cię tylko dlatego, że byłbyś sobą?

— Może tak. — Wzruszył ramionami, choć gest był bardziej bezradny niż obojętny. — Wiesz, wtedy wszystko wydawało się trudniejsze. Widziałem cię i czułem, że jesteś jak z innego świata. A ja? Zbyt zwykły, zbyt nieśmiały. Zawsze obiecywałem sobie, że kiedyś to się zmieni. Że już nigdy się nie zawaham, jeśli coś... jeśli ktoś... będzie dla mnie naprawdę ważny.

Słuchała w milczeniu, ale w jej spojrzeniu pojawił się cień — jakby coś ją w tym wyznaniu poruszyło bardziej, niż się spodziewała.

— Więc to nie brak odwagi — powiedziała po chwili. — To strach przed porażką.

— Może jedno i drugie — przyznał. — Wtedy nie rozumiałem, że strach nie znika, tylko się go oswaja.

Przesunęła nogę, stopa lekko dotknęła jego łydki, zatrzymując się tam na moment.

— A teraz? — zapytała cicho. — Nadal się boisz?

— Nie — odpowiedział po chwili. — Teraz już wiem, że jeśli znowu bym się zawahał, nigdy bym sobie tego nie wybaczył. To dodaje skrzydeł.

Przez sekundę nie spuszczała z niego wzroku. Potem uniosła kieliszek, zakręciła winem i powiedziała z lekkim, niejednoznacznym uśmiechem:

— Ciekawe. Czasem potrzeba wielu lat, żeby człowiek w końcu nauczył się tego, co powinien był wiedzieć od początku.

— Albo odpowiedniej osoby — dodał cicho.

Roześmiała się krótko, dźwięcznie, choć w tym śmiechu było coś chłodnego.

— Nie idealizuj mnie, Łukaszu. Ten, kto to robi, nigdy nie wychodzi na tym dobrze.

Jej wzrok jednak zatrzymał się na nim o chwilę dłużej, niż powinien. W tym spojrzeniu było coś trudnego do rozszyfrowania — nie tylko dystans, lecz i cień czegoś, co przypominało ostrzeżenie.

Próbując rozładować napięcie, pochylił się lekko do przodu.

— A dlaczego nie? — zapytał półżartem, choć w jego głosie pobrzmiewała szczera ciekawość. — Dlaczego nie mogę cię idealizować skoro jesteś taka idealna? Piękna, inteligentna…

— Bo potrafię być bardzo niebezpieczna.

— Niebezpieczna? — powtórzył, unosząc brew. — Może właśnie to mnie w tobie tak pociąga.

Zmrużyła oczy, jakby chciała dostrzec, czy mówi to z przekonaniem, czy z odwagą podszytą naiwnością.

— Nie wiesz, co mówisz — odparła spokojnie, niemal z pobłażaniem. — Nie masz pojęcia, z czym to się wiąże.

— Może i nie wiem — przyznał. — Ale nie zamierzam się wycofać.

Uśmiechnęła się lekko, lecz w tym uśmiechu było coś drapieżnego.

— Ciekawy punkt widzenia i ciekawe, jak bardzo chcesz mnie zatem poznać.

Spojrzał jej prosto w oczy.

— Bardzo — odpowiedział cicho. — I jestem gotów pójść naprawdę daleko, żeby cię poznać naprawdę. Pójść tam gdzie mi wskażesz.

Milczała przez dłuższą chwilę. Potem upiła łyk wina, odstawiając kieliszek z precyzją, która wydawała się niemal rytualna.

— Uważaj więc, dokąd idziesz — powiedziała powoli. — Bo czasem to, co cię tak bardzo przyciąga, potrafi też zranić.

W jej spojrzeniu było coś, co przeczyło tym słowom — coś, co zdawało się zapraszać właśnie tam, gdzie nie powinien był iść. Cisza znowu nabrzmiała od napięcia. Wino w kieliszkach było już tylko dodatkiem do gry, która toczyła się coraz intensywniej.

— Ale powiedz mi — zaczęła cicho, pochylając się lekko w jego stronę — czy jesteś naprawdę gotów pójść znacznie dalej niż tylko do tego pocałunku w czubek buta?

Słowa padły miękko, niemal szeptem, a jednak trafiły w niego z siłą, której nie spodziewał się.

Uniósł wzrok, próbując zachować spokój.

— Jestem gotów. Naprawdę. I proszę, zaufaj mi, wiem co mówię — powiedział cicho, ale stanowczo.

Nie odrywała od niego spojrzenia. Milczała przez kilka sekund, które ciągnęły się jak cała noc. W jej oczach nie było zaskoczenia — tylko chłodna pewność kogoś, kto już wcześniej znał tę odpowiedź.

— Zastanów się dobrze — powiedziała w końcu, powoli, uważnie dobierając słowa. — To, co dziś zrobiłeś, było bardzo urocze. Ale to, o czym mówimy teraz, to coś zupełnie innego.

Oparła się lekko o oparcie krzesła, obracając kieliszek w dłoni. Głos był miękki, niemal czuły, ale każde słowo cięło jak ostrze:

— Posłuszeństwo wobec mnie nie jest przysługą ani grą. To decyzja, której nie można już później rozmyć ani odwołać. Jeśli powiem, że masz coś zrobić, to nie będzie pytanie, tylko polecenie. Nie chodzi o przymus. Chodzi o twoją zgodę. Dobrowolną, ale pełną.

Zawiesiła głos, jakby chciała dać mu czas, by zrozumiał, co naprawdę słyszy.

— Nie dopuszczam wahań, półśrodków ani interpretacji. Jeśli zdecydujesz się oddać mi kontrolę, to znaczy, że naprawdę ją oddajesz. Bez zastrzeżeń.

Wstrzymał oddech, czując, jak jej słowa osiadają w nim powoli, ciężko, ale też dziwnie spokojnie.

— Tak, Paulino. Jestem gotów pójść dalej — powtórzył, tym razem ciszej, lecz z głębszym przekonaniem.

Uśmiechnęła się lekko — uśmiechem, w którym nie było ani triumfu, ani ulgi. Raczej coś w rodzaju cichej satysfakcji, jakby wszystko właśnie znalazło się na swoim miejscu.

— Dobrze — powiedziała wreszcie, zniżając głos niemal do szeptu. — Na pewno sprawdzę któregoś dnia, czy potrafisz być posłuszny.

Pochyliła się lekko, jej twarz była teraz blisko, a ton — pozornie łagodny — niósł w sobie coś, co kazało mu wstrzymać oddech.

— Jeśli nie będziesz mnie słuchał, wtedy będziesz musiał ponieść konsekwencje. Nie ostrzegam cię tylko dla efektu, dla jakiejś groźby. Po prostu tak będzie.

— Nie chodzi o drobiazgi — dodała po chwili. — Ale jeśli przekroczysz granicę, jeśli spróbujesz podważyć to, co ustalimy między nami kara przyjdzie naturalnie. I będzie dokładnie taka, jaką uznam za właściwą.

Poczuł, jak serce mu przyspiesza. Nie potrafił odczytać, czy mówi to z powagą, czy tylko testuje go. W końcu zebrał się na odwagę:

— A jeśli… jeśli nie będę posłuszny? W jaki sposób… chciałabyś mnie ukarać?

Spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem, ale tylko przez sekundę. Potem na jej ustach pojawił się ten nieuchwytny uśmiech — chłodny, spokojny, niemal kocim ruchem przesunęła włosy na ramię.

— Nie chciałbyś tego sprawdzić, uwierz mi — odpowiedziała cicho.

I w tej chwili coś się w niej zmieniło. Jej spojrzenie, dotąd twarde i zimne, złagodniało. Poprawiła mankiet, jakby wracała z jakiegoś innego świata, po czym dotknęła lekko jego dłoni — delikatnie, niemal nieśmiało, zupełnie nie w tonie wcześniejszych słów.

— Nie martw się — dodała miękko, z cieniem uśmiechu. — Jeśli będziesz uważny i posłuszny, nie będziesz musiał się o to nigdy martwić.

Nagle cała siła i chłód zniknęły pod cienką warstwą ciepła. Zanim zdążył coś powiedzieć, sięgnęła po kieliszek i uniosła go lekko, jakby to była subtelna kropka nad „i”. Zsunęła stopę z jego kolana i postawiła ją powoli na podłodze.

— A kiedy to wszystko zrozumiesz — dodała, z cieniem uśmiechu — wtedy dopiero zaczniemy mówić o zaufaniu.

Przez chwilę panowała cisza.

Dopiła ostatni łyk, po czym skrzywiła się lekko i odchyliła na oparcie krzesła, poprawiając bransoletkę na nadgarstku.

— A tak w ogóle… świetnie gotujesz. Naprawdę. Ale na dziś to wszystko. Już późno i muszę wracać. Wezwij mi, proszę, taksówkę.

Ton głosu był miękki, uprzejmy — ale nie pozostawiał miejsca na negocjacje. To był rozkaz w aksamitnym opakowaniu. Skinął głową i sięgnął po telefon. W milczeniu wprowadził adres, po czym odłożył urządzenie na stół. Czas jakby zwolnił. Wstała, przeciągając się lekko, z tą swobodą, która była mieszanką gracji i pewności siebie. Sięgnęła po płaszcz wiszący na wieszaku.

— Pozwól — powiedział, zbliżając się.

Nie zaprotestowała. Stała nieruchomo, gdy narzucał na jej ramiona miękki materiał, delikatnie wygładzając fałdy. Poczuł ciepło bijące od jej skóry, zapach perfum, ten sam, który towarzyszył jej przez cały wieczór — chłodny, elegancki, nieco tajemniczy.

— Dziękuję — powiedziała spokojnie, odwracając głowę w jego stronę.

Zeszli razem po schodach. Noc była chłodna, powietrze rześkie, a uliczka pod blokiem niemal pusta. Światła latarni odbijały się w mokrym asfalcie. Gdy podjechała taksówka, zatrzymała się na moment przy drzwiach.

Łukasz, nie czekając, otworzył je przed nią.

— Dobranoc. Dziękuję… — powiedział cicho.

— Dobranoc, Łukaszu — odpowiedziała. — I dziękuję za kolację.

Wsiadła do środka, poprawiła płaszcz, a gdy samochód ruszył, odwróciła głowę na moment. Ich spojrzenia spotkały się przez szybę — krótkie, ledwie sekundowe, ale wystarczające, by poczuł, że w tym jednym geście zawierało się wszystko.

Światła zniknęły w oddali. Stał jeszcze chwilę, zanim wrócił na górę.

Mieszkanie było ciche, jakby wciąż zatrzymywało echo jej głosu. Na stole pozostały kieliszki, resztki kolacji. Zaczął sprzątać powoli, niemal mechanicznie, jakby próbował w ten sposób uporządkować także myśli.

Kiedy wreszcie usiadł, poczuł dziwną pustkę, ale i napięcie, które nie chciało minąć. Myślał o niej — o każdym geście, spojrzeniu, o tym, jak potrafiła mówić półsłówkami, jak za każdym razem zostawiała go z niedopowiedzeniem, które więcej znaczyło niż wyznanie. Wspominał Paulinę, którą pamiętał sprzed lat i zestawiał ją z kobietą, która dziś była w jego mieszkaniu: pewną siebie, elegancką, z nienagannym makijażem i tym nieuchwytnym spokojem, który przyciągał mocniej niż cokolwiek innego. Była jeszcze piękniejsza niż wtedy. Dojrzała. Świadoma własnej siły i urody. Przypomniał sobie moment, kiedy klęczał przed nią, pomagając jej włożyć but. Ten obraz wracał nieustannie — jej stopa, delikatna, kształtna, w cienkich, eleganckich rajstopach, przesuwająca się w głąb buta z precyzją, która miała w sobie coś niemal ceremonialnego. Zatrzymał się wtedy na ułamki sekund, czując mieszaninę wstydu i fascynacji. Teraz ten obraz nie chciał go opuścić. Myślał o jej głosie, o chłodzie, który potrafił zmrozić powietrze, i o tym, jak chwilę później ten sam głos mógł zabrzmieć łagodnie, niemal ciepło. O tym, jak w jednej chwili potrafiła być groźna, a w następnej — eteryczna, delikatna, nieuchwytna. Leżąc w łóżku, wpatrywał się w ciemność. Czuł w sobie napięcie, które nie pozwalało zasnąć — mieszaninę niepokoju i pragnienia, której nie potrafił nazwać. Myśli wracały nieustannie do ich rozmowy, do słów Pauliny, wypowiedzianych z chłodnym spokojem, niemal mimochodem: „Jeśli nie będziesz mnie słuchał, poniesiesz konsekwencje.” Nie brzmiało to jak groźba. Bardziej jak obietnica. Bo dla niego były obietnicą. Każde jej zdanie, każdy gest, wydawał mu się przemyślany. Wiedział, że mówiła to nie po to, by go przestraszyć — tylko po to, by sprawdzić, jak daleko jest w stanie się posunąć. I właśnie to sprawiało, że nie mógł przestać o niej myśleć. Paulina miała w sobie coś, czego nie miał nikt inny. Zawsze pociągały go kobiety silne, pewne siebie, dominujące. Ale przez całe życie była to tylko fantazja — przelotne zauroczenia, krótkie relacje, które kończyły się w momencie, gdy okazywało się, że żadna z nich nie potrafi naprawdę przejąć kontroli chociaż gdy je poznawał, wierzył że tak się może stać. Zawsze czegoś im brakowało. Albo odwagi, albo urody, albo tej niewidzialnej mocy, która potrafiłaby go zatrzymać w miejscu jednym spojrzeniem. Paulina była inna. Wystarczyło jedno jej spojrzenie, by poczuł, jak miękną mu kolana. Była spokojna, ale ten spokój miał w sobie autorytet. Znowu pomyślał o momencie, gdy klęczał przed nią, zakładając jej but. Był pewien, że to był test — subtelny, niemal niewidoczny, ale przemyślany. Sprawdzała go. Chciała zobaczyć, jak zareaguje, czy się zawaha, czy odwróci wzrok. Nie zawahał się. I choć wtedy nie był tego pewien, teraz czuł, że przeszedł tę próbę. Słowa o posłuszeństwie wracały jak echo. „Jeśli powiem coś, oczekuję, że to się wydarzy.” Nie budziły w nim sprzeciwu. Przeciwnie — działały jak coś, co wreszcie trafia na swoje miejsce. Wiedział, że dla niej potrafiłby być posłuszny. Bez poczucia upokorzenia. Z pełną świadomością. Bo w jej obecności posłuszeństwo nie było słabością — było formą oddania, której zawsze gdzieś w sobie pragnął, choć nigdy nie potrafił się do tego przyznać. Odnalazł w tym dziwny spokój. Wiedział, że ta noc była tylko początkiem czegoś większego. Czegoś, co mogło go zmienić i całkowicie pochłonąć. Z tą myślą, z obrazem Pauliny w głowie — jej zimnych oczu, pewnego kroku, subtelnego zapachu, a nade wszystko jej stopy, którą tamtego wieczoru trzymał w dłoniach — w końcu zamknął oczy. Dopiero nad ranem, z uśmiechem, którego sam nie potrafił wytłumaczyć, odpłynął w sen. Nie był pewien, czy śni o niej, czy o tym, kim sam przy niej zaczynał się stawać.

-----

Rozdział III – Lodowisko i gorąca czekolada


Sopot, listopad / grudzień 2023

Obudził się później niż zwykle. Przez chwilę leżał nieruchomo, z twarzą wtuloną w poduszkę, próbując ustalić, czy to, co pamięta, naprawdę się wydarzyło, czy tylko mu się przyśniło. W mieszkaniu panowała cisza, ale ta cisza miała w sobie coś niepokojąco gęstego — jakby wciąż było w niej echo wczorajszego wieczoru. Wstał powoli, wciągając na siebie t-shirt. Kiedy przeszedł do salonu, zatrzymał się w pół kroku. Na stole wciąż stały dwa kieliszki po winie. W powietrzu czuł jeszcze ślad jej perfum — delikatny, chłodny, z nutą czegoś korzennego. Zapach utrzymywał się nie tylko w pokoju, ale jakby w nim samym. Przypomniał sobie jej ton, spojrzenie, moment, w którym mówiła o posłuszeństwie. I to dziwne, jednocześnie niepokojące i kojące uczucie, jakie wtedy w nim wywołała. Zaparzył kawę, lecz nie mógł się na niczym skupić. Krążył po mieszkaniu, wracając myślami do każdej sceny — do jej chłodu, do uśmiechu, do tego, jak bez wysiłku potrafiła przejąć nad wszystkim kontrolę. Wiedział, że nie potrafiłby już po prostu „wrócić do siebie”. Coś w nim zostało przesunięte, otwarte. Usiadł przy stole. Na blacie leżał jego telefon. Patrzył na niego przez chwilę, jakby rozważał, czy powinien. Odpowiedź była oczywista. Bez dłuższego zastanowienia wziął urządzenie do ręki i napisał wiadomość:

Paulinko, dziękuję za ten wieczór. Zostawił we mnie coś więcej niż wspomnienie. Jeśli pozwolisz — chciałbym to kontynuować. Daj mi szansę. Proszę. Łukasz.

Nacisnął „wyślij” i zamknął oczy. Wiedział, że to nie była tylko wiadomość. To był pierwszy krok w stronę poddania się czemuś większemu. Nie musiał długo czekać.

Ja również dziękuję za miły wieczór. Muszę jechać do Berlina i nie będzie mnie przez dwa tygodnie. Bądź cierpliwy. Czekaj na moją wiadomość. P.

Czytał to kilka razy. Dwa tygodnie? Nie dodała nic więcej. Żadnych wyjaśnień, po co jedzie, dlaczego, z kim, do kogo? Żadnego „do zobaczenia”. Po prostu jasny komunikat: czekaj. W głowie pojawiło się mnóstwo pytań. Czy to praca? Jakieś sprawy rodzinne? Nigdy nie zapytał jej wprost, czym się zajmuje na tym uniwersytecie. Domyślał się oczywiście, że mogła prowadzić jakieś zajęcia ze studentami. Przez większość czasu, który spędzili razem, mówił głównie o sobie. Teraz uświadomił sobie, jaki był to błąd. Czuł się zdezorientowany, ale nie był zły. Raczej jak ktoś, komu pozostawiono zadanie: pokaż, że potrafisz czekać. Że jesteś gotów nie mieć nad tym kontroli. I tak rozpoczęły się najdłuższe dwa tygodnie jego życia. Mimo że codzienność toczyła się jak zwykle, nic nie smakowało już tak samo. Praca, spotkania, krótkie rozmowy z kolegami — wszystko było przytłumione, jakby widziane przez szybę. W głowie miał tylko jedną osobę. Kilka razy napisał do niej wiadomość — krótkie, troskliwe: „Czy bezpiecznie dojechałaś?”, „Czy wszystko w porządku? Nie odpowiadała. Albo nie chciała albo to był kolejny test. Każde powiadomienie na ekranie telefonu sprawiało, że serce mu podskakiwało, po czym opadało z rozczarowaniem. I choć z początku myślał, że nie wytrzyma w tej niepewności, z czasem jeszcze bardziej zaczynał rozumieć, że to ona dyktuje rytm. Że nie ma tu miejsca na jego inicjatywę. Że ta cierpliwość jest formą oddania. A im bardziej się z tym oswajał, tym bardziej to go pociągało. Każdego dnia odkrywał, że ta relacja nie przypomina żadnej poprzedniej. Że Paulina nie chce komplementów, deklaracji, słodkich słów. Ona chce czegoś innego — czystości intencji, gotowości do poddania się, do bycia formowanym. I im bardziej to rozumiał, tym bardziej był gotów. Gotów na jej powrót, na kolejne próby. Gotów na to, co przyniesie czas. W końcu nazwał to po imieniu: uległość. Pragnienie, by oddać się jej. Tylko jej. Nie ze słabości. Z potrzeby. Czekał. Z każdym dniem bardziej świadomy tego, co chce jej ofiarować. Z każdym dniem coraz bardziej zakochany.

Po dwóch tygodniach, gdy niemal przestał spodziewać się, że dziewczyna w końcu się odezwie, jego telefon zawibrował. Spojrzał odruchowo na ekran i zamarł. Jej imię. Serce zabiło mocniej. Odebrał natychmiast, starając się brzmieć spokojnie, choć w środku buzowało wszystko.

— Cześć. Jak minęły ci te dwa tygodnie? — zapytała a dźwięk jej głosu od razu przywołał w nim wspomnienie jej zapachu, dotyku, obecności.

— Brakowało mi ciebie — odpowiedział, próbując zachować lekkość. — Myślałem o tobie często. Bardzo często.

— O, to takie słodkie… Miło to słyszeć. A co planujesz na sobotę?

— Nic konkretnego. Jestem otwarty na propozycje.

Przez moment milczała, jakby ważyła jego odpowiedź.

— W takim razie, chciałabym, żebyś mnie gdzieś zabrał. Wybierz miejsce, które lubisz. Takie, gdzie będziesz dobrze się czuł, gdzie będziesz mógł być sobą i będziesz czuł się pewnie.

Zastanowił się chwilę.

— Lodowisko. Uwielbiam jeździć na łyżwach. Jeśli nigdy nie próbowałaś, obiecuję, że pomogę ci. Damy radę razem. Naprawdę

— Lodowisko? — powtórzyła z lekkim zawahaniem się, ale też ciekawością. — Rzeczywiście, nigdy nie jeździłam. Jeśli bierzesz odpowiedzialność jako instruktor… to chcę zobaczyć, jak się spiszesz.

— Na to możesz liczyć. Czy sobota o czternastej pasuje ci? Będę na ciebie czekał.

— Tak, idealnie. A jak mam się ubrać?

— Ciepło i wygodnie. Znając ciebie, pewnie i tak znajdziesz sposób, żeby wyglądać olśniewająco. Stylowo, ale swobodnie. Chcę, żebyś mogła się skupić na zabawie, nie na tym, czy marzniesz.

— Nie powiem, żebyś mi jakoś bardzo pomógł — zaśmiała się lekko. — Ale w porządku. Coś wymyślę.

— Wiesz, i tak wyglądasz świetnie w czymkolwiek.

— Obiecujesz, że będę bezpieczna?

— Obiecuję. Zrobię wszystko, żebyś czuła się dobrze. I żebyś się nie przewróciła — dodał.

Zapadła chwila ciszy, a potem usłyszał w jej głosie coś, co przypominało cień uśmiechu.

— W porządku. Do zobaczenia.

W sobotę zjawił się przed lodowiskiem chwilę wcześniej. Chłodny dzień miał już w sobie coś świątecznego – światełka, muzyka, zapach grzanego wina z pobliskiego stoiska. Lodowisko otaczały dekoracje, a lód błyszczał niczym szkło. Kiedy zobaczył Paulinę, poczuł, jak wszystko wokół traci znaczenie. Przyszła w jasnym sztucznym futrze do połowy uda, w skórzanych legginsach, które podkreślały linię jej nóg i czarnych, lśniących kozakach. Na głowie miała jasną czapkę, a szyję oplatał delikatny szal. Jego uwadze nie umknęły również a może przede wszystkim jej eleganckie czarne rękawiczki. Wyglądała bajkowo. Przywitali się pocałunkiem w policzek. Jej skóra pachniała znajomo i ciepło. Zapamiętał ten moment. W niewielkiej szatni obok lodowiska, spojrzała na niego z lekkim niepokojem. Mróz szczypał w policzki, a z pobliskich głośników sączyła się cicha muzyka. Stał już przy niej, trzymając w dłoniach parę białych łyżew.

— Już wszystko gotowe — powiedział z uśmiechem. — Pomyślałem, że nie będziesz chciała czekać w kolejce.

Usiadła powoli na drewnianej ławeczce, poprawiając płaszcz. Spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem.

— Naprawdę wszystko zaplanowałeś. Interesuje mnie jednak, skąd wiedziałeś, jaki mam rozmiar?

— Trzydzieści osiem — odparł bez wahania, podając jej jedną z łyżew.

— Trzydzieści osiem? Skąd ta pewność?

— Niektóre rzeczy po prostu się wie – uśmiechnął się półgębkiem, nie spuszczając z niej wzroku.

— Ach tak? — zapytała, opierając łokieć o kolano i pochylając się nieco. — Czyli mam rozumieć, że należę do tych rzeczy, które czyta się jak otwartą książkę?

— Raczej do tych, które trudno zapomnieć, przeoczyć, zignorować — odpowiedział spokojnie, klękając przed nią.

Jej spojrzenie na moment złagodniało. Uśmiechnęła się lekko, ale w tym uśmiechu było coś, co kazało mu czuć, że właśnie wszedł w grę, której reguły należały do niej.

— Pozwól… — powiedział z cichym uśmiechem, sięgając po pierwszy kozak.

— Nie spodziewałam się, że będziesz aż tak pomocny — odparła, tym razem już z nutą kokieterii.

— Obiecałem, że zadbam o ciebie.

Zsunął but tak ostrożnie, jakby dotykał czegoś delikatnego. Jej stopa w czarnej, cienkiej skarpetce spoczęła na jego dłoni. Przez chwilę się nie poruszał, jakby ten widok miał w sobie coś, co należało zapamiętać.

Przyglądała mu się uważnie.

— Całkiem to miłe — rzuciła, gładząc go lekko po włosach, gdy zajmował się drugim butem.

Uśmiechnął się tylko, nie komentując. Włożył jej łyżwy, starannie zawiązał sznurowadła, zapinając uważnie zatrzaski. Gdy skończył, spojrzał na nią z dołu.

— Gotowe. Teraz pokażę ci, jak wygląda lodowa magia.

Pomógł jej wstać, biorąc ją pod ramię. Ujęła jego dłoń swoją, ukrytą w rękawiczce – skórzana faktura na tle nagiej skóry stworzyła dziwnie zmysłowy kontrast.

Kiedy weszli na lodowisko, uderzył ich chłód, ostry i jasny, odbijający się od gładkiej tafli. Zatrzymał się na chwilę, by rozeznać się w przestrzeni, ale Paulina zrobiła coś, czego się nie spodziewał. Zanim zdążył cokolwiek zaproponować, delikatnie wsunęła swoją dłoń w jego — naturalnie, jakby to było oczywiste, że ma być blisko. Ten ruch był lekki, niemal nieśmiały ale jednocześnie tak pewny, jakby nawet w tej kruchości to ona nadawała rytm.

— Lepiej mnie trzymaj — powiedziała cicho, z lekkim, nerwowym rozbawieniem w głosie — Inaczej polecę jak dziecko.

To brzmiało szczerze. Bez udawanej teatralności. I właśnie ta drobna słabość w jej tonie sprawiła, że poczuł coś więcej niż czystą chęć pomocy. W pierwszym odruchu wsunął rękę do kieszeni po swoje rękawiczki, ale zatrzymał się w połowie ruchu. Zostawił je tam. Chciał czuć jej dłoń — tę skrytą pod miękką, skórzaną rękawiczką, której faktura była chłodna i idealnie gładka. Ten kontrast z jego nagą skórą był niepokojąco zmysłowy. Paulina zacisnęła lekko palce, jakby upewniała się, że naprawdę ją trzyma. Nie patrzyła mu w oczy — spoglądała pod nogi, trochę spięta, trochę rozbawiona własną nieporadnością.

— Wiesz, to wcale nie jest takie proste, jak wygląda — mruknęła, robiąc ostrożny krok do przodu.

Od razu się zachwiała. Lekko, ale na tyle, by napiąć ramię. Łukasz przyciągnął ją do siebie odruchowo, pewnie, stabilnie.

— Trzymam cię — powiedział spokojnie, czując, że to jedno zdanie wypadło z niego zupełnie naturalnie.

Odetchnęła, zaciskając mocniej palce. Powoli przesuwali się razem po lodzie. Jej ruchy były niepewne, ale z każdą chwilą nabierała odwagi. On był cierpliwy, skoncentrowany tylko na niej. Trzymała się go kurczowo, ale czuł, że powoli się rozluźnia.

— Zaczynam rozumieć, czemu to lubisz — powiedziała po chwili. — Choć zdecydowanie, jest trudniej, niż wygląda na pierwszy rzut oka.

— Robisz to świetnie. Naprawdę — uśmiechnął się.

— Może po prostu mam dobrego nauczyciela — odparła, z błyskiem w oku.

Po kilku kolejnych minutach zaproponował jej krótką przerwę. Oparli się o barierkę. Wciąż trzymała jego dłoń. Jej kciuk przesuwał się po jego skórze, a ten drobny gest wywoływał w nim więcej emocji niż niejeden pocałunek.

— Musisz jednak przyznać, że zaskakująco dobrze sobie radzę, prawda?

— Zdecydowanie. Jestem pod wrażeniem.

Spojrzała na niego uważnie. Potem podniosła wolną rękę i delikatnie pogładziła go po policzku. Ich spojrzenia się spotkały. Łukasz poczuł, jak serce przyspiesza. Powoli, ostrożnie, objął ją w talii. Nie zaprotestowała. Wręcz przeciwnie — uśmiechnęła się, ciepło i pewnie.

— Dobrze, że mam takiego opiekuna — szepnęła. Pocałowała go w policzek. Usta musnęły skórę, ale dotyk ten pozostawił znacznie więcej niż tylko ślad.

Stał tak chwilę, trzymając ją blisko, czując ciepło bijące spod jej futra i słysząc, jak obok ślizgają się czyjeś łyżwy oraz śmiech dzieci gdzieś w tle. Świat najpierw zatrzymał się w miejscu, a potem zniknął. Była tylko ona. I to, co właśnie zaczynało się rodzić.

— Paulinko… — zaczął cicho, sam niepewny, co chciał powiedzieć.

Nie pozwoliła mu dokończyć. Uniosła palec i przyłożyła do jego ust.

— Ciii… — szepnęła z uśmiechem, patrząc mu w oczy. Nie potrzebowała słów. On już również nie.

Po chwili odsunęła się delikatnie, lecz jej dłoń nadal spoczywała na jego ramieniu.

— Myślę, że jestem gotowa na więcej… — powiedziała, robiąc pauzę. — Mam na myśli powrót na lodowisko.

Uśmiechnął się szeroko.

— Jak sobie życzysz — odparł, pomagając jej znów wjechać na śliską taflę. Ich ruchy były już bardziej zsynchronizowane, ale Paulina nadal pozwalała mu się prowadzić.

— Może to dziwne, ale zaczyna mi się to podobać — przyznała, spoglądając na niego z uśmiechem.

— Nic dziwnego. Z każdą chwilą idzie ci coraz lepiej. A wiesz dlaczego?

— Domyślam się.

— Bo masz świetnego instruktora — dokończył z udawaną dumą.

Roześmiała się lekko, jej głos był miękki, z nutą kokieterii.

— Może i tak, choć uważam, że to jednak moje naturalne talenty mają tu największe znaczenie.

— Oczywiście. Nie śmiałbym twierdzić inaczej — odpowiedział, nie spuszczając z niej wzroku. — To zaszczyt być twoim instruktorem.

— No widzisz, tak jest lepiej — stwierdziła z zadowoleniem, ściskając nieco mocniej jego dłoń.

Jechali razem po lodzie w coraz bardziej płynnych ruchach, ich ciała były blisko siebie, dłonie splecione, spojrzenia — coraz częstsze. i dłuższe.

— Wiesz co, Łukaszu? — odezwała się po chwili. — Czasem zapominam, jak to jest czuć się wyjątkowo i spędzać czas w tak banalny sposób.

— Cieszę się, że mogę być częścią tego banalnego czasu — odparł z ciepłym uśmiechem.

— Najprostsze rzeczy bywają najpiękniejsze. Nie myśl jednak sobie, że tak łatwo mnie zadowolić — dodała z iskrą w oku.

— W takim razie zrobię, co w mojej mocy, żeby ten czas był dla ciebie wyjątkowy.

— Zobaczymy — powiedziała. — A teraz zróbmy jeszcze jedną małą przerwę.

Zatrzymali się przy bandzie. Zdjęła jedną rękawiczkę, poprawiając niesforne kosmyki włosów, które wysunęły się spod czapki. Ostatnie promienie zimowego słońca muskały jej twarz, wydobywając z niej miękkość i coś niemal eterycznego. Przyglądał się jej w milczeniu. Kierowany impulsem, wziął jej odsłoniętą dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek. Dotyk jego ust był ledwo wyczuwalny. Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, po czym uśmiechnęła się subtelnie.

— Całkiem miło — powiedziała cicho, z nieodgadnionym błyskiem w oczach. — Nie spodziewałam się.

Wsuwając z powrotem rękę do rękawiczki, objęła go lekko w pasie, przysuwając się bliżej. Poczuł, jak serce znowu przyspiesza.

— Dziękuję — szepnęła, patrząc mu prosto w oczy, a jej głos był miękki, niemal intymny.

Po chwili jednak cofnęła się o krok i westchnęła.

— Gotowy na dalszą jazdę?

— Zawsze.

Gdy zeszli w końcu z lodowiska i zatrzymali się przy ławce, Paulina opadła na nią lekko znużona, ale wyraźnie zadowolona. Uklęknął obok niej. Zdjął jej łyżwy z czułością, której nie próbował już ukrywać. Przyglądała mu się spokojnie.

— Jesteś bardzo dokładny i delikatny.

— Dla ciebie chcę być taki zawsze — odparł cicho.

Wsunął ostrożnie na jej stopy stylowe kozaki. Poprawiła futro na ramionach i z tym samym chłodnym wdziękiem podała mu rękę w rękawiczce. Wstał, pomagając jej się podnieść. Paulina objęła go delikatnie, muskając ramię.

— Dziękuję za dzisiejszy dzień — powiedziała miękko.

— To ja dziękuję.

Zapadła chwila ciszy, którą Łukasz postanowił przerwać.

— A może… pójdziemy jeszcze gdzieś?

Poprawiała właśnie futro, ale zatrzymała się w pół ruchu i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.

— Może… — przeciągnęła słowo, jakby testowała jego intencje. — A co masz na myśli?

— Może kawa? Albo coś ciepłego do picia. Niedaleko jest przytulna kawiarnia — zaproponował ostrożnie.

— Kawa brzmi całkiem dobrze — odpowiedziała, po czym bez słowa poprawiła mu szalik, jakby to była rzecz całkowicie naturalna. — Prowadź.

Podał jej ramię. Ujęła je lekko, pewnie, z naturalnym wdziękiem, który przychodził jej bez najmniejszego wysiłku. Poszli wolnym krokiem, zostawiając za sobą zgiełk lodowiska, śmiech dzieci i szelest ostrzy tnących lód. Powietrze było przejrzyste i chłodne, pachniało mrozem i grzanym winem z pobliskiego stoiska. Paulina szła tuż przy nim, cicha, skupiona, a jednak obecna w sposób, który całkowicie wypełniał przestrzeń między nimi. Po kilkunastu minutach dotarli na niewielki plac przy parku, gdzie w rogu stała kawiarnia — niewysoka, w starym budynku z cegły, oświetlona miękkim, bursztynowym światłem. Przez zaparowane szyby widać było wnętrze: kilka stolików, ciemne drewno, lampy w stylu retro i powoli unoszące się smużki pary nad filiżankami.

— Tutaj? — zapytał, uchylając przed nią drzwi.

— Tutaj — potwierdziła, z lekkim uśmiechem.

W środku było ciepło i spokojnie. W tle grała cicha muzyka — stary jazz, nienachalny, kojący. Zatrzymała się na moment, rozpinając płaszcz, a potem pozwoliła mu zaprowadzić się do stolika przy oknie, skąd widać było zimowy skwer i migotanie latarni. Usiadła i zrzuciła z ramion futro, odkładając rękawiczki obok szalika, z pewną charakterystyczną dla siebie starannością, w której nie było ani odrobiny przesady. Wystarczyło spojrzeć, by wiedzieć, że każdy gest ma u niej swoje miejsce. Przez chwilę milczała, obserwując go z lekkim uśmiechem — takim, który nie wymagał słów, a jednak sprawiał, że chciał mówić. W spojrzeniu było zadowolenie, ale też coś więcej: rodzaj cichej satysfakcji, jakby uznała, że dzień potoczył się dokładnie tak, jak powinien.

— To był całkiem udany dzień — powiedziała w końcu.

Skinął głową.

— Zdecydowanie.

Poprawiła włosy, spojrzała w stronę okna, po czym znów na niego — z błyskiem w oczach, który zdawał się jednocześnie testować i bawić.

— Muszę przyznać — powiedziała cicho, przesuwając palcem po karcie z napojami — że dziś naprawdę dobrze się spisałeś.

— Spisałem? — powtórzył z lekkim uśmiechem, unosząc wzrok znad menu.

— Tak. — Jej ton był miękki, ale w słowach pobrzmiewała nuta powagi. — Czułam się przy tobie spokojnie. Bezpiecznie. — Zrobiła krótką pauzę, jakby chciała zobaczyć, jak zareaguje. — To miłe uczucie. Rzadkie. I dobrze się bawiłam. Naprawdę.

Nie odpowiedział od razu. Widział, że mówi to bez przesady, ale też bez cienia romantyzmu — po prostu stwierdza fakt, który w jej ustach brzmiał jak coś więcej niż komplement.

— Cieszę się — odparł w końcu. — Chciałem, żebyś tak właśnie się czuła.

Paulina uśmiechnęła się lekko, przesuwając wzrok po menu.

— No cóż, wygląda na to, że udało ci się spełnić jedno z moich małych oczekiwań.

— A ile ich jeszcze jest? — zapytał żartobliwie.

— Wystarczająco, żebyś miał zajęcie na dłużej — odpowiedziała z rozbawieniem, nie podnosząc wzroku znad karty.

Przez chwilę panowało między nimi przyjemne milczenie. Za oknem zaczął padać lekki śnieg, a w tle grała cicha muzyka. Odłożyła menu i spojrzała na niego ponownie — spokojnie, ale z błyskiem, który zdawał się zapowiadać, że ten wieczór jeszcze się nie skończył.

— Co polecasz? — zapytała.

— Może gorąca czekolada? — zaproponował. — Po zimowym spacerze i jeździe na lodzie coś słodkiego będzie idealne.

— Brzmi dobrze. Zamówisz?

Obserwowała go, gdy wstał i podszedł do baru. Kiedy wrócił, a kelnerka przyniosła napoje, uniosła filiżankę i przez chwilę po prostu ją trzymała, wpatrując się w gęstą powierzchnię napoju. Wreszcie spojrzała na niego.

— Chciałbym cię lepiej poznać. Jeśli tylko zechcesz się przede mną otworzyć — powiedział.

Upiła łyk czekolady i zamyśliła się.

— Może, ale pamiętaj, że nie wszystko na raz. Na to, co ważne, warto czasem poczekać. Jeśli jednak chcesz coś wiedzieć, po prostu zapytaj o to.

Spojrzał na nią, jakby chciał usłyszeć coś więcej niż tylko uprzejmą odpowiedź — jakby naprawdę próbował zajrzeć w głąb jej świata.

— Gdzie jest twoje miejsce na ziemi? W Polsce? W Berlinie? — zapytał cicho.

Przez chwilę milczała. Obracała w dłoniach kartę z deserami, ale widać było, że myślami jest gdzieś daleko.

— Mój dom… domy — powiedziała w końcu z lekkim uśmiechem. — Na co dzień Berlin. To tam żyję, pracuję, uczę ale prawdziwy spokój mam gdzie indziej. W Bawarii. Chyba tam jest moje miejsce na ziemi.

Podniosła wzrok i dodała ciszej:

— Jest takie miejsce, które bardzo kocham. Nazywa się Adlerheim. Stara, modernistyczna willa wśród wzgórz. Kiedyś należała do ważnej dla mnie osoby, teraz — do mnie. To trochę inny świat. Cisza, lasy, zapach drewna, dźwięk starych schodów o poranku. Tam naprawdę oddycham.

Zatrzymała się na moment, jakby sprawdzała, czy nie mówi za dużo.

— Spędzam tam każdą wolną chwilę. Czasem całe tygodnie. To miejsce ma w sobie coś czystego, coś co daje spokój ducha.

Uśmiechnęła się lekko, oparła wygodniej i spojrzała na niego:

— Może kiedyś powinieneś mnie tam odwiedzić.

— Naprawdę? Zaprosiłabyś mnie tam? — zapytał, nie kryjąc radości.

Uśmiechnęła się subtelnie, unosząc brwi.

— Oczywiście, jeśli będziesz grzeczny, to może zaproszę cię – dodała z delikatnym przymrużeniem oka.

— Brzmi imponująco — powiedział po chwili Łukasz, uśmiechając się z uznaniem. — Mieszkanie w Berlinie, dom w Bawarii, super fura… wygląda na to, że naprawdę świetnie ci się wiedzie.

Paulina spojrzała na niego spokojnie, bez fałszywej skromności.

— Może trochę — odparła. — Ale nic nie przyszło samo. Pracowałam na to latami. Czasem naprawdę ciężko.

— Wcale mnie to nie dziwi — powiedział cicho. — Masz w sobie coś z osoby, która wie, dokąd zmierza.

— Tak, ale to ma swoją cenę. Każda niezależność kosztuje — dodała po chwili. — Tylko że ja nigdy nie umiałam żyć inaczej.

Przez moment milczeli. Za oknem zaczął lekko padać śnieg, a w ciepłym świetle kawiarni jej słowa zabrzmiały niemal jak wyznanie. Potem odwróciła wzrok i, jakby chcąc rozproszyć zbyt poważny ton rozmowy, dodała z lekkim uśmiechem:

— Ale przyznaj, Łukaszu, mimo wszystko ta Bawaria brzmi nieźle, prawda?

— Bardzo — odpowiedział, odwzajemniając jej spojrzenie. — I wcale się nie dziwię, że pokochałaś to miejsce. Byłem kiedyś w okolicach Monachium, zachwyciłem się.

— Może więc kiedyś sam się przekonasz, jak wygląda północna część tego landu — rzuciła swobodnie, choć w jej oczach znów błysnęło coś, co trudno było nazwać ani obietnicą, ani żartem. Ton miała lekki, niemal żartobliwy, ale w jej oczach błysnęło coś, co sprawiło, że jego serce zabiło mocniej — coś między obietnicą a wyzwaniem.

— Nie mogę się doczekać — uśmiechnął się i dodał. — Czy spełniasz swoje marzenia? Czy może już je porzuciłaś?

— Marzenia… — powtórzyła, bawiąc się uchem filiżanki. — Nigdy ich nie porzucam. Nauczyłam się jednak dostosowywać je do rzeczywistości. Niektóre spełniłam. Inne… czekają na swój moment.

— A twój cel? — zapytał.

— Niezależność — odpowiedziała bez wahania. — Pełna kontrola nad własnym życiem, decyzjami, wyborami. Ale też ludzie, którzy szanują tę niezależność i… wnoszą coś prawdziwego. Ktoś, kto będzie blisko mnie i będzie bezwarunkowo wspierał mnie zawsze, kiedy będę tego potrzebowała.

Zawiesiła głos.

— Brzmi prosto, prawda? Ale wcale takie nie jest.

— Rozumiem — odpowiedział potakując.

— A ty, Łukasz? Spełniasz swoje marzenia?

Zamilkł na chwilę, zbierając myśli.

— Odkąd się pojawiłaś, zaczynam rozumieć, czego naprawdę szukam. Przez całe życie czułem… że potrzebuję przy kimś być nie silniejszy, ale… uległy. Przy tobie czuję, że to możliwe. Że mogę komuś się oddać, bez lęku, że zostanę zraniony. Czuję, że ty jesteś tą osobą.

Zamilkł, czując narastające napięcie. Ręce lekko mu drżały, więc upił łyk czekolady. Nie wierzył, że odważy się to powiedzieć. Przez moment milczała. Potem uśmiechnęła się lekko, ale nie powiedziała jeszcze nic.

— To… interesujące — odezwała się w końcu. — Nie każdy mężczyzna potrafi tak otwarcie mówić o swojej uległości. To wbrew pozorom świadczy o sile.

Jej spojrzenie stwardniało, choć nie było chłodne.

— Skoro już wróciliśmy do tej rozmowy, musisz wiedzieć jedno. Uległość wobec mnie nie jest łatwa. Mam w sobie ciemniejszą stronę. Sadystyczną. Lubię dominację — nie tylko emocjonalną. Lubię testować, prowokować, prowadzić, zadawać ból. Lubię, kiedy mężczyzna drży, nie wiedząc, co wydarzy się za chwilę. Czy jesteś naprawdę gotowy na coś takiego?

Łukasz wziął głęboki oddech. Czuł, że to moment, którego nie może już odsunąć — że każde słowo, które teraz wypowie, coś przesądzi.

— Wiem, że to, o czym mówisz, nie jest grą — zaczął spokojnie, choć głos lekko mu zadrżał. — Rozumiem, że posłuszeństwo, o którym wspominałaś, to coś więcej niż słowo, ale chcę spróbować.

Nie odrywała od niego spojrzenia. W jej oczach nie było zaskoczenia, tylko skupienie — jakby czekała, aż powie to dokładnie w ten sposób.

— Już o tym rozmawialiśmy — przypomniała cicho. — O tym, że posłuszeństwo wobec mnie wymaga czegoś więcej niż ciekawości.

Skinął głową.

— Wiem. I właśnie dlatego nie chcę się już zastanawiać. Wtedy, kiedy o tym mówiłaś… pomyślałem, że to przecież coś, czego pragnąłem od dawna.

Uniosła lekko brew, ale milczała, pozwalając mu mówić dalej.

— Przez całe życie szukałem kogoś takiego jak ty — kontynuował, patrząc jej prosto w oczy — Kobiety, która nie tylko mnie pociąga, ale potrafi kierować. Która nie potrzebuje udawać, że kontroluje sytuację, bo po prostu tę kontrolę ma. Już w liceum byłaś dziewczyną moich marzeń. A teraz… teraz wiem, że wtedy się nie myliłem.

Na moment zapadła cisza. Paulina siedziała spokojnie, opierając dłonie na stole. Jej spojrzenie złagodniało, ale wciąż było w nim coś, co kazało mu czuć się przezroczystym.

— Więc podtrzymujesz to, co mówiłeś? — zapytała po chwili. — Że chcesz mi ulec?

— Tak — odpowiedział bez wahania. — W pełni. I świadomie.

Uniosła kącik ust w lekkim, niemal niedostrzegalnym uśmiechu. — Świadomie… to słowo klucz. Bo jeśli kiedykolwiek zapomnisz, że to twój wybór, nie mój — wszystko straci sens.

— Nie zapomnę — wyszeptał.

Przez chwilę milczeli. W tle brzmiała cicha muzyka, a w świetle padającym z lampy wyglądała tak spokojnie, że kontrast między jej łagodnym tonem a znaczeniem słów był niemal hipnotyczny.

Łukasz delikatnie sięgnął po jej dłoń i złożył na niej czuły pocałunek.

— Proszę — powiedział cicho. — Jeśli uznasz, że warto spróbować, poprowadź mnie.

Nie odsunęła dłoni. Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, jakby wciąż coś rozważała. W jej spojrzeniu było jednocześnie ciepło i przewaga.

— Dobrze — powiedziała wreszcie, niemal szeptem. — W takim razie zobaczymy, czy potrafisz dotrzymać swoich słów.

Wstała, spokojnie sięgając po płaszcz. Po chwili dodała:

— A teraz odprowadź mnie do auta.

Ton jej głosu był miękki, prawie łagodny, ale zrozumiał — to też było polecenie.

Bez chwili wahania, wstał, by je wykonać. Pomógł włożyć jej futro.

— Chodźmy — powiedziała, nie patrząc na niego.

Wyszli z kawiarni. Śnieg prószył nieustannie — drobny, miękki, tańczący w świetle latarni. Po kilkunastu minutach powolnego spaceru dotarli na parking i zatrzymali się przy jej białym Audi, na którego karoserii leżała już delikatna warstwa świeżego puchu. Odwróciła się do niego, stojąc blisko, niemal w zasięgu jego oddechu.

— Dziękuję za dziś — powiedziała spokojnie i pocałowała go w policzek, lekko, ale pewnie, jakby ten gest miał zamknąć ich wspólne popołudnie w eleganckiej klamrze.

Poruszony, ujął jej rękę i uniósł ją do ust. Pocałował delikatnie. Zapach skóry i perfum, połączony z zimnym powietrzem, oszołomił go na sekundę.

Zerknął na zasypany samochód.

— Odśnieżę ci. Poczekaj chwilę — powiedział naturalnie.

Paulina, choć zaskoczona, uśmiechnęła się.

— Dobrze. Jeśli chcesz… — odparła.

Nacisnęła przycisk na kluczyku i bagażnik uniósł się miękkim, elektrycznym szumem. Wyjęła szczotkę i podała mu ją. Zabrał się do pracy. Odgarniał śnieg z dachu, maski i szyb. Płatki topniały na jego nagich dłoniach, zostawiając ostre, lodowate ukłucia. Palce drętwiały, ale nie zwracał na to uwagi. Kiedy skończył, odetchnął głęboko i oddał jej szczotkę. Zamknęła bagażnik, po czym spojrzała na jego dłonie — czerwone, sztywne od zimna.

— Ojej, zmarzły ci.

Zanim zdążył zaprzeczyć, wzięła jego dłonie w swoje — obie naraz, osłaniając je czarnymi, pachnącymi perfumami rękawiczkami.

— Daj, ogrzeję ci je — powiedziała cicho.

Głos był tak miękki, że poczuł ciepło szybciej niż jego dłonie. Stała blisko, bardzo blisko, patrząc na palce, które powoli odzyskiwały barwę. Jej kciuki przesuwały się delikatnie po jego skórze.

— Następnym razem masz założyć rękawiczki — dodała półszeptem. Nie brzmiało to, jak rozkaz. Bardziej niż troska ubrana w ton, który dziwnie go rozbroił.

Śnieg padał coraz gęściej a oni stali tak kilka sekund dłużej, niż powinni. A może dokładnie tyle, ile trzeba było.

— Paulinko… — zaczął, kiedy chwyciła za klamkę drzwi. — Czy można powiedzieć, że… jesteśmy od dziś… parą?

Spojrzała na niego z uśmiechem. Jej oczy błysnęły.

— Parą… — powtórzyła powoli, z namysłem. Uśmiechnęła się. — Po co takie górnolotne słowa. Do zobaczenia, Łukaszu.

Zamknęła drzwi. Po chwili jej samochód zniknął w mroku wieczoru. Został sam, stojąc nieruchomo. W jego myślach wciąż brzmiało ostatnie słowo, wypowiedziane przez nią z tajemniczym uśmiechem. Nie potwierdziła, ale i nie zaprzeczyła.

-----


Rozdział IV – Nocleg u Pauliny


Gdynia Orłowo, grudzień 2023

Łukasz siedział w sali konferencyjnej, przy długim, jasnym stole, wokół którego ktoś właśnie dyskutował o budżecie i bieżących wynikach. Na ekranie za jego plecami świeciły wykresy, cyfry i procenty, ale dla Łukasza dźwięk telefonu, który nagle zabrzmiał w jego kieszeni, odciął całą rzeczywistość jak nożem. Spojrzał dyskretnie na ekran. Wiadomość od Pauliny.

W sobotę o 12:00. Przyjedź do mnie. Zabierz szczoteczkę do zębów. Wyślę Ci adres. Czekam. Paulina.

Przez moment patrzył na tekst, jakby nie był pewien, czy dobrze widzi. Zdania krótkie, proste, a jednak niosły ze sobą coś, co natychmiast wypełniło go prądem emocji. Szczoteczka do zębów. Drobny szczegół, a znaczenie oczywiste. Jego serce przyspieszyło, dłonie lekko się spociły. Ktoś z końca stołu właśnie zadał mu pytanie, ale nie zarejestrował, jakie. Odpowiedział coś mechanicznie, nawet nie pamiętając co — głos brzmiał obok, nie z niego. Myśli biegły w zupełnie innym kierunku.

Paulina. Sobota. Dwunasta. Szczoteczka do zębów.

Z trudem dociągnął spotkanie do końca. Po wyjściu z sali zatrzymał się przy ekspresie do kawy, nie czując nawet jej smaku. Co chwilę zerkał na telefon, jakby wiadomość mogła się sama dopisać, rozszerzyć, wyjaśnić cokolwiek więcej. Nie dopisała. Nie musiała. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ekran telefonu, jakby ważył każde słowo, które zamierzał napisać. Wiedział, że odpowiedź musi być prosta, ale nie obojętna. Zbyt emocjonalna brzmiałaby jak desperacja, zbyt rzeczowa — jak chłód. Nie lubiła przesady, ale ceniła pewność. W końcu napisał:

Dziękuję za zaproszenie, Paulinko. Będę w sobotę o dwunastej. Cieszę się, że chcesz mnie widzieć. Obiecuję — nie spóźnię się.

Przez chwilę zawahał się, po czym dopisał jeszcze jedno zdanie:

I dziękuję za zaufanie.

Przeczytał wiadomość kilka razy, zanim nacisnął: wyślij. Potem odłożył telefon, ale nie potrafił już wrócić do pracy. Z każdą minutą coraz bardziej czuł, że to nie była zwykła wiadomość. To było zaproszenie — i próg, którego przekroczenie zmieni wszystko. Wrócił do biurka, ale każda próba skupienia się kończyła się tym samym: jej głosem w pamięci, jej spojrzeniem, tym chłodnym, przenikliwym tonem, który potrafił jednocześnie uspokoić i rozbić w pył. Wyobrażał sobie, jak stoi w drzwiach, jak odwraca się do niego z tym półuśmiechem, który był bardziej obietnicą niż gestem. Całe popołudnie przeciekło mu przez palce. Wysyłał maile, których treści nie pamiętał, kiwał głową w rozmowach, które nie miały znaczenia. Myśl o sobocie rosła w nim jak napięcie, którego nie dało się rozładować. Kiedy wychodził z pracy, niebo nad miastem przygasło, a on miał wrażenie, że właśnie zaczął odliczanie. Do czego — nie był pewien. Wiedział jednak, że ta wiadomość nie była zwykłym zaproszeniem. To był sygnał. I że od tego momentu wszystko, co znał, powoli zaczyna się zmieniać. Krótka treść, ale wystarczyła, by wzbudzić w nim falę emocji. Szczoteczka? Sugestia noclegu była oczywista i wywołała w nim ekscytację wymieszaną z niepewnością. Przez kolejne dni wracał myślami do tej wiadomości, wyobrażając sobie, co Paulina może planować.

Dom, w którym mieszkała znajdował się w Orłowie — jednej z tych cichych, eleganckich dzielnic, gdzie morze było blisko, a czas jakby płynął wolniej. Stał przy bocznej uliczce, z dala od głównego ruchu. Z zewnątrz wyglądał jak wspomnienie dawnej epoki — stary, jednorodzinny dom z lat siedemdziesiątych, który musiał imponować, gdy go zbudowano. Teraz, po latach, nadal miał w sobie coś wyjątkowego. Biała, świeżo odnowiona elewacja kontrastowała z ciemnym, grafitowym dachem i masywnymi drewnianymi ramami okien. Całość otaczał wysoki, gęsty żywopłot, który skutecznie chronił prywatność. Za nim krył się ogród — widać było tylko jego fragment: starą kamienną ścieżkę, kilka przyciętych krzewów, jakieś drzewa. Po lewej stronie podjazdu znajdował się wjazd do garażu — typowy dla budynków tamtego okresu, z ostrym, stromym zjazdem w dół, wyłożonym płytkami pamiętającymi poprzednie dekady. Na górnym poziomie, tuż za bramą, stał samochód Pauliny — białe Audi RS4 Avant, lśniące w bladym, zimowym słońcu. Dom nosił ślady dawnej świetności — masywne drzwi wejściowe z mosiężną klamką, ozdobne listwy pod dachem, oryginalne ogrodzenie z kutego żelaza. Czuło się, że to miejsce miało swoją historię, ale też, że ktoś włożył wiele pracy, by przywrócić mu dawną formę. Było w nim coś spokojnego, ale też niepokojąco uporządkowanego — jak w samej Paulinie.

Wysiadł z samochodu, poprawił kurtkę i spojrzał na drzwi. Z wnętrza domu dobiegała ledwie słyszalna muzyka — coś klasycznego z mocnym gitarowym riffem. Ruszył w stronę wejścia, stąpając po kostce brukowej. Przez moment zawahał się, a potem nacisnął dzwonek. Rozległ się krótki, subtelny dźwięk. Idealny. Dokładnie taki, jaki wyobrażałby sobie u niej. Otworzyła niemal natychmiast. Miała na sobie czarne, lekko połyskujące legginsy i kremowy golf, który miękko ją otulał. Blond włosy swobodnie opadały na ramiona. Była jednocześnie naturalna i na swój sposób wyrafinowana.

— Witaj — powiedziała, jej uśmiech był ciepły, ale w spojrzeniu czaiła się nutka tajemnicy. — Cieszę się, że jesteś punktualny. Wejdź.

Dom robił wrażenie — nie przesadnym luksusem, lecz harmonią i ciepłem. Już od progu czuło się, że to przestrzeń z historią. Drewniana podłoga, lekko przyciemniona od lat, skrzypiała pod stopami w znajomy, niemal domowy sposób. Wysokie listwy, solidne drzwi z mosiężnymi klamkami — wszystko przypominało o czasach, gdy rzeczy robiono na lata. Na ścianach wisiały czarno-białe fotografie w prostych ramach — nie jako przypadkowe ozdoby, lecz fragment rodzinnej historii, starannie zachowany i wyeksponowany. Na pierwszym zdjęciu kobieta w kapeluszu, zapewne babcia Pauliny, siedziała na wiklinowym krześle na tle morza. Uśmiechała się lekko, z książką na kolanach, jakby ktoś uchwycił moment spokoju podczas wakacji sprzed kilkudziesięciu lat. Obok niej — mężczyzna w jasnej koszuli, dziadek Pauliny, jeszcze młody, oparty o stary samochód. Na kolejnych fotografiach widać było, jak zmieniał się z biegiem lat. W jednym kadrze — w mundurze generała Ludowego Wojska Polskiego, z dystyngowanym spojrzeniem i krótko przystrzyżonymi wąsami. Na innym — podczas uroczystości wojskowej, w otoczeniu oficerów, obok generała Jaruzelskiego. Dalej — ujęcie z jakiegoś oficjalnego spotkania z radzieckimi wojskowymi, wszyscy sztywni, poważni, patrzący prosto w obiektyw. Między tymi zdjęciami znalazły się też bardziej prywatne: rodzinna impreza w ogrodzie, świąteczny stół, para dziadków na spacerze po lesie. Wszystko w czerni i bieli, w prostych, grubych ramach — jakby czas zatrzymał się tu w najlepszym momencie ich życia. Paulina zatrzymała się przy nich na chwilę

— Moi dziadkowie — powiedziała cicho. — Ten dom należał do nich. Zachowałam część ich rzeczy, trochę z sentymentu, trochę dlatego, że po prostu są częścią tego miejsca.

Przez moment patrzyła na zdjęcie dziadka w mundurze, jakby wspomnienie z dzieciństwa przeszło jej przez myśl, po czym odwróciła się z lekkim uśmiechem.

— Chodź, oprowadzę cię — powiedziała.

Ruszyła przed siebie, a on poszedł za nią, nie spuszczając wzroku z jej nóg. Gabinet z dużym biurkiem i regałami pełnymi książek, przestronna jadalnia z długim stołem z litego dębu — wszystko było urządzone z gustem, ale bez ostentacji. Część mebli była nowa: proste formy, jasne tkaniny, nowoczesne oświetlenie o ciepłym, rozproszonym świetle. Obok nich stały przedmioty, które nosiły w sobie ślady minionych dekad — stara witryna, z misternie rzeźbionymi krawędziami, ciemny stolik z politurowanego drewna, fotel o wyblakłej tapicerce, który mimo wieku idealnie wpasowywał się w całość. Łukasz chłonął każdy szczegół, każdy ruch Pauliny, gdy przechodziła z pomieszczenia do pomieszczenia. W jej świecie wszystko miało swoje miejsce — nawet cisza. Zatrzymali się przy drzwiach, nieco starszych niż pozostałe.

— A te? — zapytał, wskazując na drewniane, masywne drzwi o spłowiałej klamce.

Uśmiechnęła się jakby nieco z zakłopotaniem

— Piwnica. Nic ciekawego, trochę bałaganu i różnych staroci. — Machnęła ręką, jakby chciała zamknąć temat. Po chwili, żeby rozładować ciszę, dodała:

— Chodźmy do kuchni. Zaparzę ci herbaty.

Przeszli przez szerokie, drewniane drzwi. Kuchnia była jasna, przestronna, utrzymana w odcieniach bieli i naturalnego drewna. Nowoczesne sprzęty łączyły się tu z meblami pamiętającymi inne czasy — ciężki, dębowy kredens, ceramiczne uchwyty, emaliowany czajnik. Na parapecie stały zioła w glinianych doniczkach, a na ścianie wisiał zegar z wahadłem, który cicho tykał, jakby odmierzał czas w innym rytmie niż reszta świata.

— Siadaj — powiedziała, wskazując mu miejsce przy stole. Sama usiadła na blacie, niedaleko czajnika, z nogami lekko skrzyżowanymi w kostkach. Woda zaczęła cicho bulgotać, a chwilę później kuchnię wypełnił zapach czarnej herbaty z bergamotką.

— Cukier? Cytryna? — zapytała, odwracając się w jego stronę.

— Bez. Lubię gorzką.

— Dobrze, bo chyba nawet nie mam cukru, a jeśli mam to może pamiętać jeszcze dziadka — powiedziała, nalewając do dwóch filiżanek.

Usiadła znów na blacie, trzymając swoją filiżankę obiema dłońmi. Wpatrywała się przez chwilę w parę unoszącą się znad naparu, po czym spojrzała na niego uważnie.

— Twój dziadek… — zaczął ostrożnie.

— Zmarł dobrych kilka lat temu. Babcia nieco wcześniej — Zrobiła krótką pauzę, jakby coś w niej zadrgało. — Dom stał pusty przez długi czas. Wszystko tu było, jak zostawili. Ich zapach, książki, nawet zdjęcia. Trudno było wejść do środka bez wrażenia, że zaraz ich zobaczę.

— To musiało być… dziwne. — Łukasz mówił cicho, z szacunkiem, jakby obawiał się zakłócić wspomnienie.

Skinęła głową

— Tak, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że to miejsce zasługuje na drugie życie. Odświeżyłam je, zachowując to, co najważniejsze. Kosztowało mnie to sporo nerwów i pieniędzy, ale teraz to mój dom w Polsce. Mój azyl.

— I wygląda pięknie — powiedział szczerze.

— Dziękuję — odparła, spoglądając na niego znad filiżanki. Jej ton był spokojny, ale w oczach pojawił się cień refleksji. — Chciałam, żeby wciąż czuło się tu ducha przeszłości, ale żeby nie przytłaczał.

Przez chwilę milczeli, pijąc herbatę. Miękkie światło i zapach drewna tworzyły atmosferę, która była jednocześnie spokojna i gęsta od niedopowiedzianych emocji. Po chwili Paulina odstawiła filiżankę i spojrzała na niego.

— Pójdziemy na krótki spacer — powiedziała spokojnie. — Chcę ci coś pokazać.

Wstała i przeszła do przedpokoju. Łukasz podążył za nią, czując przyspieszone tętno. Obserwował, jak sięga po płaszcz i długie, czarne kozaki stojące przy ścianie. Sięgały za kolano, wykonane z miękkiej skóry, z prostą cholewką i subtelnym połyskiem. Zanim zdążył pomyśleć, słowa same wypłynęły z jego ust:

— Pozwól, że pomogę ci włożyć te buty.

Zawahał się po chwili, czując, jak wstyd i odwaga ścierają się w nim jednocześnie. Uniosła na niego wzrok, z lekkim zaskoczeniem, które jednak szybko ustąpiło miejsca jej charakterystycznemu, spokojnemu wyrazowi twarzy.

— Naprawdę chcesz to zrobić?

— Tak — odpowiedział cicho. — Chcę, żeby to była moja rola od dziś.

Przez moment milczała, mierząc go spojrzeniem, w którym nie było ani kpiny, ani zdziwienia. W końcu skinęła głową, powoli, z aprobatą.

— Widzę, że się starasz, Łukaszu — powiedziała. — To dobrze, bardzo dobrze. Podążasz właściwą drogą.

Usiadła w fotelu przy drzwiach.

— No dobrze — dodała spokojnie. — Pokaż, jak bardzo chcesz.

Uklęknął przed nią, ostrożnie biorąc do rąk pierwszy kozak. Skóra była miękka, pachniała delikatnie pastą do butów. Ujął jej stopę — drobną, w cienkiej, czarnej skarpetce — i z największą ostrożnością wsunął ją w but. Gdy miękka cholewka otuliła jej łydkę, zamek zsunął się z cichym dźwiękiem, niemal jak westchnienie. Potem sięgnął po drugi kozak. Wsunął jej stopę powoli, dopasowując materiał, aż leżał idealnie. Przez ułamek sekundy jego dłonie pozostały na skórze, jakby chciał zapamiętać ten moment — połączenie gestu opiekuńczego i symbolicznego. Paulina patrzyła na niego spokojnie, z lekkim błyskiem w oczach. Gdy skończył, jej dłoń spoczęła na jego włosach — gest krótki, ale znaczący.

— Dobrze — powiedziała cicho. — Właśnie tak.

Wstała, spojrzała kozaki, po czym sięgnęła po jasne futro wiszące na wieszaku. Łukasz chwycił je od niej i pomógł ubrać jednym, płynnym ruchem. Potem sięgnęła po długi, kaszmirowy szal i owinęła go wokół szyi. Z szuflady obok wyjęła czarne, skórzane rękawiczki i wsunęła je na dłonie, palec po palcu. Na koniec założyła ciemną, wełnianą czapkę, spod której wymknęło się kilka kosmyków jej jasnych włosów. Odwróciła się do niego, gotowa. Wyglądała oszałamiająco — elegancka, pewna siebie, jakby każdy ruch był dokładnie przemyślany.

— Możemy iść — powiedziała spokojnie, poprawiając kołnierz.

Skinął głową, czując, że nie potrzebuje więcej słów. W tej chwili wystarczyło iść za nią.

Wyszli na zewnątrz. Powietrze było chłodne, przesycone zapachem morza i mokrych liści. Ulica była cicha, niemal pusta. Orłowo o tej porze roku miało w sobie coś melancholijnego — domy ukryte za żywopłotami, szum drzew, pojedyncze światła w oknach, mimo wczesnej pory.

Kiedy dotarli w okolice klifu, wiatr uderzył mocniej, niosąc ze sobą sól i chłód od morza. Ziemia była miękka po deszczu, gdzieniegdzie błotnista, a ścieżkę pokrywały brunatne liście. Gdy stanęli na wzniesieniu, przed nimi rozciągnął się widok, który zapierał dech.

Szare, wzburzone morze rozciągało się po horyzont. Fale z hukiem uderzały o brzeg, rozpryskując się w białej pianie. Nad wodą krążyły mewy, a niebo, ciężkie i stalowe, zdawało się spływać na linię horyzontu.

Paulina zatrzymała się przy barierce, tuż nad urwiskiem. Wiatr poruszał połami płaszcza, ale nie zwracała na to uwagi. Stała nieruchomo, patrząc w dal.

— Często tu przychodziłam — powiedziała po chwili. — Z dziadkiem. To było nasze miejsce.

Oparła dłonie o barierkę, ale nie zbliżyła do niej ciała ani nie wychyliła się, choćby o centymetr. Jej spojrzenie zatrzymało się na falach daleko w dole, a potem uniosło się ku horyzontowi.

— Właściwie… — zaczęła po chwili ciszy. — Nigdy nie lubiłam wysokości. Bałam się. Ciągle się boję. — Uśmiechnęła się, choć w jej głosie zabrzmiała nuta powagi. — Zawsze miałam wrażenie, że ziemia zaraz ucieknie mi tu spod nóg i spadnę.

Odwróciła się do niego i dodała:

— Dziadek miał to samo. Śmialiśmy się z tego, że wybraliśmy najgorsze możliwe miejsce, na nasze wspólne spacery. Przychodziliśmy tu razem. On zawsze stawał nieco z tyłu, ja trochę bliżej krawędzi. Nie było jeszcze tej barierki. Udawaliśmy, że żadne z nas się nie boi. A potem, po kilku minutach, oboje robiliśmy krok w tył, jakbyśmy w milczeniu przyznawali, że znów się nie udało.

Zawiesiła wzrok gdzieś w przestrzeni, w miejscu, gdzie morze stykało się z niebem.

— Ale to i tak było ważne — dodała cicho. — Nie chodziło o to, żeby się nie bać. Tylko o to, żeby spróbować.

Łukasz patrzył na nią w milczeniu. W tym momencie zobaczył w niej coś nowego — nie tylko pewność i chłód, które tak go fascynowały, ale też kruchość, delikatną i prawdziwą.

Wiatr znów poruszył jej futro i kosmyk włosów. Poprawiła szal i uśmiechnęła się lekko, jakby wróciła z dalekiej myśli.

— Teraz często przychodzę tu sama — powiedziała cicho. — Ale zawsze mam wrażenie, że on stoi obok. I że dalej oboje próbujemy się odważyć.

Na chwilę zapadła cisza. Jedynie szum fal i świst wiatru rozbijały się o brzegi klifu. Odsunęła się o krok od barierki, jakby sama jej bliskość przypominała o dawnym lęku.

— Wiesz — dodała po chwili — może właśnie dlatego tak lubię to miejsce. Uczy dystansu. Do siebie, do strachu, do ludzi. Kiedy tu stoję, wszystko wydaje się mniejsze. Nawet to, co kiedyś wydawało się nie do zniesienia.

Łukasz skinął głową, ale nie potrafił znaleźć słów. W jej głosie było coś więcej niż wspomnienie — cicha siła, która zaskakiwała go za każdym razem.

— Paulinko… — odezwał się w końcu cicho. — Czuję się przy tobie inaczej. Spokojnie, prawdziwie. Jakbyś otwierała przede mną swój świat, krok po kroku. To dla mnie ważne. Dziękuję ci za to.

Odwróciła głowę, a w jej spojrzeniu błysnęło coś twardego, ironicznego.

— Nie przeceniaj tego, Łukaszu — powiedziała chłodno, ale bez złośliwości. — Niczego ci nie otwieram. Po prostu pozwalam ci być obok. Na tyle, na ile chcę.

Zamilkła na chwilę, patrząc w dal. Morze w dole biło o brzeg w rytmie przypominającym oddech — powolny, głęboki, nieubłagany.

— Ludzie lubią myśleć, że ktoś ich dopuszcza do swojego świata — dodała po chwili. — Ale to tylko złudzenie. Widzisz tyle, ile ci pokazuję. Reszta zostaje tam, gdzie zawsze była.

Jej słowa zawisły w powietrzu, chłodne i pewne. Łukasz przez moment milczał, potem odetchnął głęboko i zapytał:

— A co musiałbym zrobić, żeby wejść dalej?

Nie odpowiedziała od razu. Odwróciła się do niego, uważnie przyglądając się jego twarzy, jakby chciała ocenić, czy naprawdę rozumie, o co pyta. W jej oczach nie było litości — tylko spokój kogoś, kto wie, jaką ma władzę nad sytuacją.

— Musiałbyś się bardzo starać — powiedziała w końcu cicho, prawie obojętnie. — Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. I nie dla mnie, tylko dla siebie.

Zrobiła krok w jego stronę, zatrzymując się tuż obok. Była tak blisko, że czuł zapach jej perfum — chłodnych, z nutą piżma i czegoś orientalnego, co idealnie do niej pasowało.

— Bo jeśli nie będziesz wiedział, kim jesteś przy mnie, to nawet nie zauważysz, kiedy się zgubisz — powiedziała cicho.

Jej głos był miękki, ale każde słowo niosło w sobie ciężar, który wbijał się pod skórę. Przez moment milczała, patrząc mu prosto w oczy. Potem uniosła dłoń i delikatnie musnęła opuszkami jego policzek — gest tak lekki, że bardziej go poczuł, niż faktycznie dotknęła.

— Widzisz? — szepnęła. — Wystarczy tak niewiele, żebyś zadrżał. A ja tylko cię musnęłam.

Jej spojrzenie przeciągnęło się o ułamek sekundy dłużej, niż było to konieczne, po czym cofnęła rękę i odwróciła się w stronę morza.

— Chodź — powiedziała spokojnie. — Zanim zacznie padać.

Jej słowa brzmiały jak zakończenie rozmowy, ale czuł, że to dopiero początek — nie tyle nowego etapu między nimi, ile jego własnego uzależnienia od niej.

Zamilkli. Na moment znów spojrzeli w stronę morza. Fale wciąż rozbijały się o klif, a wiatr niósł ze sobą chłód i zapach soli. Wokół panowała cisza, przerywana tylko rytmicznym uderzaniem wody o brzeg. Byli sami — on i ona, dwie postacie w szarości jesiennego dnia, na tle pejzażu surowego, lecz pięknego w swojej prostocie.

Zatrzymała się, odwróciła lekko w jego stronę. Patrzyła chwilę w milczeniu, jakby coś rozważała, po czym powiedziała spokojnie:

— Cieszę się, że tu jesteś, Łukaszu. Naprawdę.

Nie brzmiało to, jak komplement — raczej jak stwierdzenie faktu, które miało w sobie więcej znaczenia, niż chciała przyznać. Ruszyli dalej wzdłuż ścieżki. Wiatr przycichł, a z gęstych chmur zaczęły spadać pierwsze, ledwo wyczuwalne krople deszczu. Łukasz chciał coś powiedzieć — wrócić do wcześniejszej rozmowy, do słów, które padły między nimi podczas wcześniejszych spotkań. Do tego momentu, w którym zaczęli rozmawiać o swoich oczekiwaniach a właściwie, kiedy to ona powiedziała jasno, czego oczekuje od niego. Coś go jednak powstrzymało. Czuł, że to nie był czas na kolejne słowa. Zamiast tego, nieco nieśmiało, objął ją ramieniem. Z początku ostrożnie, jakby obawiał się, że ją spłoszy, ale Paulina nie odsunęła się. Poczuł miękkość futra, delikatne ciepło i zaskakującą kruchość — jakby cała jej pewność siebie, ta nieprzenikniona siła, była jedynie cienką warstwą chroniącą coś znacznie bardziej wrażliwego. Szli tak przez chwilę, nie odzywając się. Czuł pod palcami rytm jej oddechu, lekki i spokojny, niemal zlewający się z szumem morza.

Na wszystko przyjdzie czas — pomyślał. — Na słowa, na nią.

Po powrocie do domu Paulina zsunęła futro z ramion i usiadła w swoim ulubionym fotelu. Rękawiczki i szal rzuciła niedbale na szafkę. Bez słowa, niemal automatycznie, uklęknął przed nią, by zdjąć jej kozaki. Jego ruchy były powolne — z pietyzmem rozsuwał zamki, jakby każdy centymetr był gestem czci. Kiedy buty w końcu znalazły się na podłodze, nie mógł oderwać wzroku od jej stóp.

Milczał przez chwilę, jakby zbierając w sobie odwagę. W końcu uniósł głowę i zapytał cicho:

– Czy… mogę je pocałować?

Nie odpowiedziała od razu. Przez sekundę przyglądała mu się uważnie, po czym na jej twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.

– Oczywiście – szepnęła. Ton głosu był spokojny, niemal czuły.

Pochylił się i złożył delikatne pocałunki na stopach. Jeden. Drugi. Trzeci. A gdy usta dotykały delikatnej tkaniny skarpetek, poczuł, jak jej dłoń dotyka mu lekko głowy. Ten gest był jak znak – potwierdzenie, że robi dokładnie to, czego oczekuje. Po chwili wstała, jakby kończąc ten rytuał. Podała mu rękę, symbolicznie pomagając wstać.

– Chodźmy do kuchni. Przyda nam się coś do jedzenia. A skoro już raz udowodniłeś, że potrafisz gotować, to liczę na twoją pomoc.

W jej słowach brzmiała znajoma nuta: ciepło wymieszane z czymś bardziej stanowczym. Na blacie czekały już przygotowane składniki — warzywa, świeże zioła, oliwa w szklanej karafce. Paulina wzięła nóż i zaczęła je kroić, ale od pierwszego cięcia było widać, że nie czuje się w tym zbyt pewnie. Jej ruchy były zbyt ostrożne, nieco chaotyczne, jakby kuchnia była dla niej terytorium, którego nie zamierza w pełni oswoić.

— Pozwól, że pomogę — powiedział cicho, podchodząc bliżej.

Rzuciła mu krótkie spojrzenie przez ramię, kącik ust uniósł się w półuśmiechu.

— Nigdy nie byłam dobra w kuchni — odparła spokojnie. — Ale chyba już o tym wiesz. Moja mam zawsze mówiła, że warzywa wyglądają jak porąbane siekierą.

Stanął tuż za nią. Poczuł zapach perfum. Przez moment zawahał się, ale gdy uniosła lekko nóż, jakby czekała na jego ruch, podszedł jeszcze bliżej.

Objął ją ramieniem, prowadząc jej dłoń. Palce zetknęły się na chłodnym trzonku noża.

— Delikatnie, ale pewnie. Nóż sam cię poprowadzi — szepnął, niemal dotykając ustami jej ucha.

Nie cofnęła się. Przesunęła ciężar ciała lekko do tyłu, opierając się o niego. W tej chwili ich oddechy zlały się w jedno — spokojne, rytmiczne. Łukasz czuł przez materiał jej golfa ciepło ciała, zarys ramion i miękkość talii. Gdy przycisnął ją nieco mocniej, poczuł twardość pośladków, napięcie mięśni. To uczucie było dla niego jak uderzenie — elektryczne, natychmiastowe. Bliskość, której tak pragnął, a jednocześnie coś więcej — świadomość, że ona pozwala mu na to teraz, ale tylko na tyle, ile sama zdecyduje. Przesuwała ostrze po desce, krojąc kolejne warzywa, zaskakująco spokojnie, jakby ten dotyk był czymś całkowicie naturalnym.

— Widzisz? — powiedział szeptem. — Teraz jest idealnie.

Nie odpowiedziała, tylko lekko się uśmiechnęła, nadal skupiona, ale wtedy, niespodziewanie, opuściła nóż. Jej dłoń zaczęła powoli zsuwać się w dół, aż zatrzymała się w miejscu, gdzie jego ciało napięło się w fali podniecenia.

– Rozpraszasz się zaskakująco łatwo – mruknęła niemal z pobłażaniem, a jej głos stał się o pół tonu niższy. – Może powinnam nauczyć cię trochę samodyscypliny.

Nacisnęła lekko w okolicy jąder, a on mimowolnie cicho jęknął. Ból nie był duży, ale wystarczający, by poczuł się zawstydzony i zaskoczony.

– Skup się na gotowaniu – dodała chłodno, choć w jej oczach błyszczała iskra rozbawienia.

Próbował się uśmiechnąć, ale głos uwiązł mu w gardle. Dopiero po chwili odzyskał oddech.

– Masz rację… po prostu tak na mnie działasz – powiedział półszeptem. – Przepraszam.

Nie odpowiedziała. Uniosła tylko kącik ust, jakby uznała, że właśnie dostał pierwszą lekcję.

Po wspólnym obiedzie wstała od stołu, poprawiła włosy i spojrzała na niego z łagodnym uśmiechem.

– Posprzątaj, proszę – powiedziała spokojnie, wskazując gestem blat. – A potem rozpalisz ogień w kominku. Chyba umiesz to zrobić? Uwielbiam to ciepło, zwłaszcza w taki chłodny dzień.

Łukasz skinął głową. Zabierając się do porządków, czuł narastającą ekscytację – nie tyle samymi obowiązkami, ile sposobem, w jaki mu je powierzała. Polecenia były proste, niemal zwyczajne, a jednak każde z nich miało moc. Kiedy naczynia lśniły już czystością, przeszedł do salonu i zabrał się za układanie drewna w kominku. Widział kątem oka, jak Paulina siedziała wygodnie na sofie – obserwując go, jakby z satysfakcją. Chwilę później ogień zapłonął, rzucając ciepłe światło na wnętrze. Płomienie tańczyły na ścianach, a cichy trzask drewna wypełniał przestrzeń spokojem. Paulina wyciągnęła nogi i przeciągnęła się lekko, po czym spojrzała na niego spod półprzymkniętych powiek.

– Chodź tutaj. Moje stopy są zimne. Ogrzejesz je i trochę pomasujesz?

Podszedł bez słowa i uklęknął przy niej. Ujął stopy w dłonie z delikatnością, jakby się bał. Zaczął masować – powoli, z wyczuciem, całkowicie skupiając się na wykonywanej czynności. Czuł przez skarpetki jak jej skóra, początkowo chłodna, szybko zaczęła przyjemnie się rozgrzewać.

Zamknęła oczy. Jej ciało rozluźniło się niemal całkowicie, jakby dotyk był wszystkim, czego w tej chwili potrzebowała. W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie trzaskiem płomieni. Poprosiła go aby przyniósł z łazienki balsam.

Skinął głową i wstał bez słowa. Paulina wskazała dłonią w górę schodów.

— Na piętrze, drugie drzwi po lewej — powiedziała spokojnie.

Drewniane stopnie lekko skrzypnęły pod jego ciężarem, a w powietrzu unosił się znajomy zapach jej perfum. Na piętrze panował półmrok. Delikatne światło wpadało przez uchylone drzwi jednego z pokoi. Przechodząc korytarzem, zauważył otwarte drzwi do sypialni. Zatrzymał się na moment, jakby coś go przyciągnęło. W środku panował porządek, ale nie hotelowy — raczej osobisty, przemyślany. Duże łóżko z szarą narzutą, nocny stolik z książką odłożoną grzbietem do góry, na toaletce kilka flakonów perfum i srebrna szczotka do włosów. Na fotelu leżał miękki szal, a na oparciu – cienki sweter. Wszystko wyglądało tak, jakby dopiero co wyszła. Szedł dalej. Otworzył drzwi łazienki. Wnętrze było jasne, przestronne, wyłożone jasnymi płytkami. Ciepłe światło odbijało się od lustrzanych powierzchni. Na półkach równo ustawione kosmetyki – szklane flakony, tubki, eleganckie pojemniki w stonowanych kolorach. Zatrzymał się na chwilę, z lekkim wahaniem przesuwając wzrokiem po półkach. W końcu dostrzegł smukłą butelkę z ciemnego szkła, z delikatnym złotym napisem Sandal & Rosewood. Sięgnął po nią ostrożnie. Już miał wyjść, gdy kątem oka dostrzegł otwarty kosz z praniem. Na wierzchu leżały cienkie czarne rajstopy, obok jasna bluzka i biustonosz. Zapach jej ciała wciąż się w nich unosił — subtelny, ale wyraźny. Zatrzymał się. Wyciągnął dłoń, niemal instynktownie, by dotknąć delikatnego materiału. Zawahał się w połowie ruchu — serce biło mu szybciej, krew pulsowała w skroniach. Po sekundzie cofnął rękę, jakby sam gest był już wystarczającym przekroczeniem.

— Łukasz!— usłyszał z dołu. — Nie każ mi czekać.

Drgnął. Szybko wziął balsam i ruszył z powrotem na dół. Kiedy wrócił, Paulina wciąż siedziała na sofie. Na jej twarzy nie było zniecierpliwienia, raczej coś innego — ciche oczekiwanie. Kiedy zobaczyła, że niesie butelkę, skinęła głową z aprobatą. Uklęknął ponownie przy sofie, odstawił balsam, a potem uniósł jedną z jej stóp. Zsunął z niej skarpetkę powoli, jakby ten gest był świętością. Jej skóra była jasna, gładka, ciepła. Zsunął drugą równie ostrożnie. Otworzył flakon i pozwolił, by subtelny zapach rozszedł się po pomieszczeniu. Wycisnął odrobinę kremu na dłonie i rozgrzał go między palcami, zanim zaczął powoli wcierać go w skórę. Jego dotyk był powolny, uważny, pełen skupienia.

Zaczął od palców — delikatnie, niemal z czcią, jakby dotykał czegoś zbyt pięknego, by mogło należeć do codzienności. Przesuwał kciukiem po ich linii, potem zatoczył dłonią łagodny łuk wzdłuż stopy, aż do pięty. Nigdy nie dotykał niczego tak miękkiego, tak jedwabistego w dotyku. Skóra była gładka, ciepła, ożywała pod palcami. Każdy ruch niósł w sobie coś więcej niż pielęgnację — był w nim podziw, oddanie, zachwyt. Miał wrażenie, że gdyby mógł, zostałby w tym momencie na zawsze, w tej jednej chwili skupienia i bliskości. Paulina zamknęła oczy. Oddychała spokojnie, głęboko, pozwalając, by ciepło dłoni wsiąkało w jej ciało. Ramiona lekko się rozluźniły, a głowa oparła o zagłówek. W świetle ognia, który trzaskał w kominku, wyglądała niemal nierzeczywiście — jak obraz, który ożył tylko po to, by sprawdzić, jak daleko może sięgnąć jego podziw. Patrzył na nią chwilę, po czym znów pochylił się nad jej stopą. Czuł w sobie mieszaninę wzruszenia i pożądania, której nie umiał już oddzielić. Z każdą sekundą coraz bardziej uświadamiał sobie, że ten dotyk był wyznaniem. Gdy zakończył masaż, złożył na jej stopach krótki, delikatny pocałunek. Potem z czułością wsunął na nie skarpetki i sięgnął po koc, którym starannie ją przykrył.

Paulina zasnęła.

Leżała nieruchomo, z zamkniętymi oczami i lekko rozchylonymi ustami, oddychając spokojnie. Usiadł na podłodze obok, wtulony w krawędź sofy, wsłuchany w rytm jej oddechu i trzask płonącego drewna. Czuł się jak strażnik tej chwili. Czuł, że już do niej należy całkowicie.

Gdy powoli otworzyła oczy, przez moment nie wiedziała, która jest godzina i jak długo spała. W pokoju panował półmrok, rozświetlany jedynie ciepłym blaskiem ognia. Płomienie trzaskały leniwie w kominku, a ich odbicia tańczyły na ścianach w rytmie oddechu domu. Czuła na sobie miękki koc. Obok, przy sofie, siedział Łukasz. Oparty o krawędź, z głową lekko pochyloną, wyglądał, jakby czuwał, chociaż jego oczy były zamknięte, a dłonie spoczywały na kolanach. Światło ognia przesuwało się po jego twarzy. Przez chwilę przyglądała się mu w ciszy. Było w tym coś spokojnego — to, że został, gdy zasnęła. Czuła dziwną mieszaninę wdzięczności i władzy, która nie potrzebowała słów. Powoli wyciągnęła stopę spod koca i lekko, ledwie muskając, dotknęła jego policzka. Nie poruszył się. Zrobiła to ponownie, nieco śmielej — czubkiem palców, przesuwając po jego skórze wzdłuż linii szczęki. Drgnął, otworzył oczy. Spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale w jego spojrzeniu nie było niepokoju — raczej cicha ulga, jakby ten dotyk był czymś, na co czekał.

— Obudziłam cię? — zapytała sennie, z uśmiechem, cofając stopę, choć bardzo powoli.

— Nie — odpowiedział cicho, lekko ochrypłym głosem. — Po prostu miałem zamknięte oczy. Chciałem, żebyś odpoczęła. Nie przeszkadzałem ci.

— Nie przeszkadzałeś — odparła, opierając głowę o poduszkę. — Ale mogłeś przecież położyć się obok. Ta sofa jest zaskakująco wygodna, kiedy dzieli się ją z kimś, kto wie, jak się zachować.

Uśmiechnęła się, nie spuszczając z niego wzroku. Było w tym coś zarazem prowokacyjnego i czułego — balans między rozkazem a zaproszeniem. – Twój masaż był naprawdę cudowny. Tak się rozluźniłam, że zupełnie odpłynęłam. Mam tak czasem, kiedy czuję się komfortowo i bezpiecznie.

– Cieszę się, że mogłem ci to dać.

Paulina usiadła, zrzucając koc z ramion. Jej spojrzenie zyskało bardziej przytomny, żywy wyraz.

– Co powiesz na kawę i film? Poszukamy czegoś, co mogłyby spodobać się nam obojgu.

– Brzmi świetnie – odparł bez namysłu.

Wstała i ruszyła w stronę kuchni. Wskazała mu tylko dłonią, by poszedł za nią. Zaparzyli kawę – aromatyczną, gęstą – i wrócili na sofę z kubkami w dłoniach. Usiadła pierwsza i zerknęła na niego spod długich rzęs.

– Chodź do mnie pod koc – powiedziała miękko, ale z tą znajomą nutą polecenia. – Będzie nam cieplej.

Poczuł, jak jego serce przyspiesza i nie wahał się ani przez moment. Wsunął się obok niej i ostrożnie objął ją ramieniem. Jej ciało przytuliło się do niego z naturalną łatwością – jakby ich bliskość była czymś oczywistym, wyczekanym. Jego dłoń delikatnie spoczęła na jej plecach, druga przesunęła się po ramieniu, aż zatrzymała na jej dłoni. Uścisnął ją lekko. Czuł ciepło jej ciała, które wtuliło się w niego w zaufaniu i ciszy. W pewnym momencie Paulina uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Jej spojrzenie było ciepłe, ale uważne. Bez słowa zbliżyła twarz i pocałowała go w policzek – czuły gest, niosący więcej niż tysiąc słów.

Kiedy się odsunęła, jej twarz była spokojna, a oczy mówiły więcej niż jej cichy szept:

– Dziękuję, że jesteś tu ze mną.

Łukasz przesunął dłonią po jej policzku, zatrzymując się przy skroni, a potem pochylił się i szepnął wprost do ucha:

– Jesteś dla mnie wszystkim. Piękna. Silna. Najważniejsza. Każda chwila przy tobie to coś więcej niż marzenie. Jesteś… moją Panią.

Zamilkł, czując, jak wypowiedziane słowa zawisły między nimi – ciężkie i lekkie zarazem. Prawdziwe.

Paulina długo na niego patrzyła. Na jej ustach pojawił się uśmiech – subtelny, ale głęboki. Nie odpowiedziała słowami, tylko przesunęła palcem po jego wargach i przysunęła się jeszcze bliżej, pozwalając, by ich ciała znów złączyły się pod miękkim kocem. Jej dłoń powędrowała mu na pierś, a usta zbliżyły się do ucha. Poczuł ciepły oddech, zanim wyszeptała z przekonaniem:

– Wiem.

W tym jednym słowie zawarła wszystko – świadomość, akceptację i kontrolę.

Obejrzeli jeden film, potem drugi. Kiedy leciały napisy końcowe, spojrzała na zegar i spokojnie powiedziała:

– Zrobiło się późno. Pora spać.

Wyszła z salonu i po chwili wróciła z dużym, miękkim ręcznikiem, który mu podała.

– Skorzystaj z łazienki na dole. Ja pójdę do swojej na górze.

Gdy wrócił, odświeżony i lekko zdenerwowany, przez myśl przemknęło mu pytanie: w czym ona śpi? Zwłaszcza w taki chłodny wieczór? Sam, jak zawsze, zasypiał nago. Czuł się tak najbardziej naturalnie – fizycznie i emocjonalnie. Tymczasem Paulina, po kąpieli, sięgnęła po swoją ulubioną zimową piżamę – komplet z kaszmiru w odcieniu stonowanej szarości. Góra była dopasowana, z długimi rękawami i koronkowym wykończeniem przy dekolcie, które nadawało całości subtelnej zmysłowości. Spodnie miękko i ciepło otulały nogi, idealnie dopasowując się do kształtów. Dopełniła wszystko grubymi, miękkimi skarpetkami sięgającymi ponad kostkę. Była ubrana ciepło, wygodnie – a jednocześnie zaskakująco kobieco. Gdy weszła do sypialni, już czekał. Wskazała mu palcem na łóżko. Pokój był cichy, przyciemniony – dominowało w nim ogromne łoże z miękką, welurową oprawą i śnieżnobiałą pościelą o satynowym wykończeniu. Głębokie odcienie szarości i bieli nadawały wnętrzu atmosferę luksusu i spokoju. Wsunęła się pod kołdrę obok niego i natychmiast odwróciła plecami, mówiąc cicho:

– Przytul mnie. Ogrzej.

Bez słowa objął ją, delikatnie, z czułością. Jej ciało wtuliło się w jego – miękkie, ciepłe, pachnące. Czuł, jak plecy przylegają do jego torsu, a jego własne ciało powoli reaguje na tę bliskość. Oddychał głęboko. Serce biło szybciej, ciało stawało się coraz bardziej napięte. W pewnym momencie nie mógł już ignorować swojej reakcji – jego podniecenie było coraz bardziej oczywiste. Musiała to poczuć – delikatnie się poruszyła, przesunęła nieznacznie biodra i zatrzymała się, gdy wyczuła go przez materiał swojej piżamy.

– A cóż to za niespodzianka? – szepnęła, z subtelną prowokacją. – O kim tak intensywnie myślisz?

Łukasz zadrżał. Jej głos, zapach, obecność… to wszystko sprawiało, że był bliski utraty kontroli.

– O tobie – wyszeptał. – Nie mogę przestać. Pragnę cię.

Jej palce powędrowały w dół, przez chwilę go dotykała, delikatnie, niemal badawczo, zanim odsunęła dłoń.

– Urocze – powiedziała, z błyskiem w oku. – Ale może warto jeszcze z tym poczekać. Nie chcemy zepsuć czegoś, co dopiero dojrzewa, prawda?

Jego oddech przyspieszył. Poczuł napięcie, niemal fizyczny ból.

– Proszę… – powiedział cicho. – Potrzebuję cię…

Paulina natychmiast zmieniła ton. Głos stał się niższy, chłodniejszy – spokojny, lecz nieprzejednany.

– Wystarczy – przerwała, obracając się w jego stronę. Spojrzała mu w oczy z powagą. – To ja decyduję. Zawsze. I jeśli mam cię poprowadzić, musisz umieć czekać. I znosić napięcie. Bo ono będzie się pojawiać. To część tej drogi.

– Przepraszam – szepnął z trudem. – Nie chciałem cię naciskać. Po prostu… jestem przy tobie tak podniecony i taki słaby.

Jej spojrzenie nie złagodniało, ale i nie było okrutne. Zatrzymała je na jego oczach przez dłuższą chwilę, po czym znów odwróciła się plecami.

– Przytul mnie – powiedziała znowu jak gdyby nigdy nic.

Zrobił to, z pokorą. Przyciągnął ją do siebie, znów poczuł jej ciało, zapach. Próbował uspokoić oddech. Serce wciąż biło zbyt szybko, ale powoli wyciszał się, skupiając na cieple, które od niej emanowało. Na jej obecności. Na jej woli. Zamknął oczy. Wiedział, że będzie musiał czekać. Wiedział też, że warto.

Następnego ranka atmosfera przy śniadaniu była wyraźnie napięta. Łukasz siedział naprzeciwko Pauliny, czując ciężar ciszy, która jak mgła zawisła między nimi. Każdy stuk sztućców, szelest serwetki czy szuranie krzesła wydawały się głośniejsze niż zwykle – jakby sam dom reagował na ich milczenie. Nie mogąc dłużej znieść tej niezręczności, w końcu zdobył się na odwagę, by przerwać ciszę.

– Paulinko… – zaczął cicho, unosząc wzrok – chciałem jeszcze raz przeprosić za wczoraj. Wiem, że zawiodłem. Nie powinienem był naciskać…

Zauważył, że nie przerywa mu, że jej twarz pozostaje spokojna, choć niewzruszona. Spojrzenie było chłodne, badawcze, jakby ważyła każde słowo.

– Twoja bliskość… – kontynuował – sprawia, że zapominam o wszystkim. Nie potrafię się oprzeć, ale wiem, że to nie usprawiedliwia mojego zachowania. Wiem, że muszę się uczyć kontroli. Proszę, wybacz mi.

Wciąż milczała. Gdy w końcu się odezwała, ton był lodowaty i ostry jak skalpel.

– Oczekuję od ciebie opanowania, klasy i dyscypliny. Nie jestem tutaj po to, by znosić wybuchy pożądania, które nie są trzymane w ryzach. Jeśli chcesz być blisko mnie, musisz panować nad sobą – nawet wtedy, gdy jest to trudne. Zwłaszcza wtedy.

Te słowa uderzyły w niego mocniej niż jakikolwiek krzyk. Łukasz poczuł, jak jego gardło się zaciska, ale wiedział, że musi odpowiedzieć.

– Masz rację – powiedział z trudem. – Przepraszam. Popełniłem błąd. Pragnę cię z całego serca, ale wiem, że to nie daje mi prawa do niczego. Nauczę się. Obiecuję.

Wstał z krzesła i zsunął się na kolana, klękając przed nią. Nie unikał już wstydu – przyjął go, jakby należał mu się od początku. Jego głos był miękki, pełen pokory:

– Zawiodłem cię, ale błagam, daj mi szansę. Chcę udowodnić, że potrafię być takim mężczyzną, jakiego chcesz przy sobie. Ciągle uczę się. Siebie i ciebie.

Paulina przyglądała mu się w milczeniu, jakby chciała, by upokorzenie dotarło do niego w pełni. Gdy uniosła rękę, ruch był błyskawiczny – uderzyła go w twarz z zaskakującą siłą. Głowa lekko odchyliła się w bok, ale nie drgnął. Nie próbował się cofnąć. Chwila ciszy — i kolejny policzek. Tym razem mocniejszy, ostrzejszy, aż w powietrzu rozległ się krótki, suchy trzask. Łukasz poczuł, jak ciepło uderzenia rozlewa się po skórze. W oczach zaszkliły się łzy — nie z bólu, lecz z żalu, wstydu, z ciężaru, który w tej chwili zrzucał z siebie bez słów. Paulina patrzyła na niego z góry. W jej oczach błyszczało coś, czego nie umiał nazwać — mieszanka furii, determinacji i czegoś jeszcze, co bał się rozpoznać. Nie było w tym nienawiści, lecz siła, której nie sposób było się oprzeć. Ostatnie uderzenia spadły na jego twarz szybką serią. Potem zapadła cisza. Ciężka, gęsta, wypełniona ich oddechami. Wciąż klęczał, z policzkami rozpalonymi od jej dłoni, z sercem bijącym zbyt szybko. Odsunęła się, oddychając głęboko, jakby chciała zapanować nad czymś, co dopiero co z niej wypłynęło. Przez moment trwała w bezruchu, z uniesioną jeszcze dłonią, aż w końcu powoli opuściła ją. Potem, bez słowa, wstała, odwróciła się i podeszła do okna. Ciężkie zasłony poruszyły się lekko, gdy je rozchyliła. Za szybą widać było ogród, skąpany w chłodnym świetle poranka. Stała tak przez chwilę, z ramionami lekko uniesionymi, jakby coś ją przygniatało. Oddychała ciężko, nieregularnie, a pierś unosiła się i opadała w rytmie, nad którym próbowała odzyskać kontrolę. Łukasz, wciąż klęcząc, widział ją z boku — zarys sylwetki na tle okna, linię pleców, napięcie mięśni karku. Patrzył w milczeniu, zahipnotyzowany. W świetle odbijającym się od szyby zobaczył jej profil — surowy, piękny, silny. W oczach, kiedy odwróciła się na moment, błysnęło coś innego — nie gniew, nie chłód, lecz echo emocji, których nigdy nie spodziewał się w niej dostrzec. Było w tym coś niepokojącego i nieodparcie pociągającego zarazem.

– Posprzątaj po śniadaniu. Później możesz wracać do siebie.

Ten ton nie dopuszczał sprzeciwu. Był rozkazem – chłodnym, rzeczowym, wyznaczającym granicę.

Łukasz kiwnął głową i zabrał się do zbierania naczyń. Gdy skończył, włożył buty i kurtkę, a następnie wrócił do salonu, gotów do wyjścia. Zatrzymał się przy drzwiach, z opuszczonym wzrokiem.

– Dziękuję za wszystko… i jeszcze raz przepraszam – powiedział, ledwo słyszalnym głosem.

Jej twarz była już spokojna, a na ustach pojawił się cień uśmiechu.

– Dziękuję za wczorajszy wieczór. I za poranne przeprosiny. Przyjęłam je.

Poczuł ulgę, choć nie śmiał jeszcze spojrzeć jej prosto w oczy. Gdy podeszła bliżej, jej głos zmiękł, nabrał niemal czułości:

– Muszę znowu wyjechać do Berlina. Wrócę za dwa tygodnie, w czwartek. Do tego czasu oczekuję od ciebie czegoś więcej niż tylko skruchy. Przygotuj dla nas coś wyjątkowego. Weekend, którego nie zapomnę.

– Tak. Obiecuję, że wymyślę coś fajnego.

Gdy już miał chwycić za klamkę, zatrzymała go gestem.

– Pocałuj mnie.

Podszedł, powoli, ostrożnie. Spojrzał jej w oczy. Tym razem widział w nich spokój. Ciepło. Ciekawość.

Zbliżył się i delikatnie musnął jej policzek.

– Do zobaczenia za dwa tygodnie – szepnęła.

Łukasz wyszedł, nie mówiąc już nic więcej.

-----


Rozdział V – Wspólny weekend, część 1


Trójmiasto, Grudzień 2023

Czwartkowy wieczór. Łukasz, trzymając telefon w dłoni, czuł lekkie napięcie. W głowie kłębiły mu się setki myśli – pragnął, by wszystko było perfekcyjne. Przez ostatnie dwa tygodnie przygotowywał się do tego momentu, starannie planując każdy szczegół weekendu, który miał zorganizować dla nich, dla Pauliny. Krótko przed wyjazdem poprosiła, aby nie pisał do niej ani nie telefonował. Był zaskoczony tą prośbą, ale nie chciał jej ponownie zdenerwować. Przez całe dwa tygodnie nie miał od niej żadnych wieści. Dopiero dziś rano, otrzymał krótką wiadomość:

Wróciłam, zadzwoń do mnie wieczorem.

W końcu wybrał numer. Dźwięk sygnału w słuchawce wydawał się trwać wieczność. Po chwili usłyszał jej głos – spokojny i opanowany.

– Hej, jak się masz? Tęskniłeś? – mimo swobodnych słów, Paulina brzmiała nieco chłodno, niemal oficjalnie, ale Łukasz zdążył już przyzwyczaić się do tego tonu.

– Dobry wieczór Paulinko. Bardzo, nawet nie wiesz jak – odpowiedział, starając się, by jego głos brzmiał pewnie.

– Mam nadzieję, że twój wyjazd przebiegł pomyślnie?

– Tak, wszystko w porządku. A ty? Czy masz już dla nas coś zaplanowanego? – W jej głosie można było wyczuć subtelną nutę ciekawości, może nawet lekkie wyzwanie.

– Tak. Zaplanowałem. Spędzimy ten weekend w miejscu, które może ci się spodobać. Jedziemy do hotelu mieszczącego się w starym, średniowiecznym zamku. Zorganizowałem wszystko, przynajmniej mam taką nadzieję.

Na chwilę zapadła cisza. Zastanawiał się, jak zareaguje na jego propozycję. Zanim ta niepewność zdążyła się pogłębić, usłyszał odpowiedź:

– To brzmi całkiem interesująco – powiedziała po krótkim milczeniu. Jej ton pozostał neutralny, ale wyczuł w nim delikatną nutę aprobaty

– Czy powinnam się na coś specjalnie przygotować? Zabrać coś?

– Tak. Ubierz się ciepło, z resztą sama wiesz najlepiej. Jest zima, a część naszego planu odbędzie się na świeżym powietrzu: będziemy zwiedzali zamek. Zabierz też coś odpowiedniego na wieczór, będą uroczyste kolacje.

– Zwiedzanie zamku? – W jej głosie pojawiła się wyraźna ciekawość.

– Tak. Trasa prowadzi nawet przez jakieś stare lochy… na pewno pełne mrocznych historii.

— Lochy? Mm, lubię klimat średniowiecznych lochów. Dobrze, będę gotowa. Do zobaczenia jutro o szesnastej.

Po chwili w słuchawce rozległ się krótki sygnał — rozłączyła się bez pożegnania, uznawszy rozmowę za zakończoną w momencie, który jej odpowiadał. Łukasz przez chwilę trzymał telefon przy uchu, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, choć nie miał już komu. Potem odłożył go na stół i opadł na oparcie krzesła. W pokoju panowała cisza. Myśli krążyły wokół niej — jej głosu, tonu, pewności siebie. Każde słowo, które wypowiedziała, brzmiało teraz w jego głowie z dziwną wyrazistością. Jutro o szesnastej. Czuł, jak napięcie rośnie. Nie mógł się skupić. Każda minuta wydawała się zbyt długa, każda godzina za ciężka. Złapał się na tym, że nie potrafił myśleć o niczym innym — tylko o niej, o spotkaniu, o tym, co znów może się wydarzyć. Nie mógł doczekać się wyjazdu.

---

Bydgoszcz, grudzień 2023

Piątkowe popołudnie. Delikatne, zimowe słońce przebijało się przez chmury, gdy Michał skręcił w znajomą ulicę, prowadząc swoje ciemnogranatowe Porsche Panamera. Silnik cicho mruczał, a sportowa kierownica idealnie leżała w dłoniach – to był jego mały luksus, który pozwalał na chwilę poczuć pełną kontrolę w chaosie codziennych obowiązków. Tego dnia był zmęczony bardziej niż zwykle – rano jeszcze musiał podjechać do biura, załatwić kilka pilnych spraw, podpisać dokumenty, porozmawiać z jednym z kluczowych klientów. Dopiero potem mógł w końcu odetchnąć. Zatrzymał się przed domem. Anka już czekała, ubrana w jasny, pikowany płaszcz, wełniany szal i botki na niskim obcasie. W jednej dłoni trzymała kubek termiczny ze swoją ulubioną herbatą, w drugiej telefon. Gdy zobaczyła, że Michał wysiada z samochodu, na jej twarzy pojawił się ciepły uśmiech – taki, którego mu ostatnio brakowało.

– Nawet nie wiesz, jak czekałem na ten weekend – powiedział, podchodząc do niej i całując w policzek.

– Ta praca mnie wykańcza. Czuję się, jakbym żył tylko od zadania do zadania. Potrzebuję wreszcie chwili oddechu. I ciebie.

Żona spojrzała na niego uważnie, z troską w oczach.

– Dlatego wybrałam ten zamek. Spokojne miejsce, żadnych telefonów, żadnych spotkań. Tylko my, śnieg za oknem i cisza.

Michał uśmiechnął się, poczuł, jak napięcie w jego karku powoli odpuszcza. Otworzył bagażnik, włożyli torby – jego skórzaną, klasyczną, i Anki – nieco większą, lekko błyszczącą, z dbałością zapakowaną jeszcze rano. W środku samochodu było ciepło, a z głośników cicho leciał jakiś klasyczny kawałek Republiki, który włączył niemal odruchowo. Ruszyli. Jechał spokojnie, trzymając kierownicę jedną ręką. Drugą raz po raz dotykał dłoni żony, spoczywającej na podłokietniku.

– Ten zamek wygląda naprawdę niesamowicie – mówiła, przeglądając zdjęcia w telefonie.

– Stylowe wnętrza, kominek w pokoju, strefa wellness, restauracja.… Mam nadzieję, że ci się spodoba.

– Jeśli jesteś tam ze mną, spodoba mi się na pewno – odpowiedział cicho, nie odrywając wzroku od drogi.

Jeszcze kilka godzin jazdy przed nimi, ale to już nie była zwykła podróż – to była ucieczka. Początek weekendu, który miał ich przypomnieć sobie nawzajem. Wzniecić wygasający żar ich wieloletniego związku.

---

Gdynia Orłowo, grudzień 2023

Paulina stała przed swoją garderobą, przeglądając ubrania, które chciała zabrać. Przez chwilę zastanawiała się nad wyborem, starannie rozważając, co najlepiej pasowałoby do zimowej aury i tajemniczego zamku, o którym wspomniał Łukasz. Zwyciężyła, jak prawie zawsze, praktyczność i wyciągnęła z szafy ciepły, czarny, lekko połyskujący długi puchowy płaszcz. Na łóżku leżały już przygotowane inne rzeczy – wygodne, ale stylowe spodnie ze skóry oraz elegancka biała koszula. Na nocne zwiedzanie zamku wybrała swoje ulubione, wygodne kozaki na płaskim obcasie, które doskonale sprawdzały się na nierównych, kamiennych ścieżkach. Zdecydowała się również na zabranie eleganckiej, czarnej sukienki oraz pary klasycznych szpilek – idealnych na kolację w zamkowej sali balowej. Przejrzała raz jeszcze zawartość walizki, upewniając się, że niczego nie zapomniała.

Kiedy wszystko wydawało się na swoim miejscu, podeszła do komody w rogu pokoju. Z dolnej szuflady wyciągnęła niewielką, elegancką skrzyneczkę z ciemnego drewna, ozdobioną delikatnymi rzeźbieniami i monogramem LF. Trzymając ją w dłoniach, zatrzymała się na chwilę, a na jej twarzy pojawił się subtelny, tajemniczy uśmiech. Gdy myśli zaczęły krążyć wokół planów na nadchodzący weekend, uśmiech tylko się pogłębił. Bez pośpiechu umieściła ją w walizce, ostrożnie układając między rzeczami. Zerknęła na zegar – była już prawie 13:30. Łukasz miał zjawić się za pół godziny. Ostatni raz przejrzała się w lustrze, upewniając się, że wszystko jest idealne. Miała na sobie czarny, długi golf, który miękko opływał jej sylwetkę, oraz czarne legginsy z eko-skóry. Aby podkreślić talię, założyła szeroki, elegancki pasek, który nadawał całości wyrafinowanego charakteru. Jej blond włosy były starannie spięte. Makijaż delikatnie podkreślał naturalną urodę – lekkie muśnięcie oczu i ust dodawało twarzy wyrazistości, nie przytłaczając jednak. Z uśmiechem usiadła w fotelu, czekając na dzwonek do drzwi. Przyjechał punktualnie. Gdy tylko otworzyła drzwi, jego wzrok natychmiast padł na nią.

– Paulinko, wyglądasz przepięknie – powiedział z wyraźnym podziwem w głosie, delikatnie się uśmiechając.

– Dziękuję. Cieszę się, że ci się podoba.

Pozwoliła mu pocałować się. Po krótkiej chwili dodała:

– Zanim wyjdziemy, chciałabym… – Nie kończąc zdania, usiadła w fotelu, wyciągając nogi przed siebie.

Natychmiast klęknął przed nią, ostrożnie sięgając po stojące obok kozaki. Obserwowała go z góry z lekkim uśmiechem. Delikatnie chwycił jeden z butów i zaczął starannie zakładać go na jej stopę. Gdy but był już na swoim miejscu, zapiął zamek, upewniając się, że leży idealnie. Powtórzył tę samą czynność z drugim butem, cicho skupiając się na swojej pracy. Jego ruchy były powolne, pełne skupienia i szacunku, jakby każda czynność miała dla niego ogromne znaczenie. Kiedy zapiął suwak uniósł głowę i napotkał jej intensywne spojrzenie.

Paulina patrzyła na niego uważnie. Po chwili ciszy, która zdawała się trwać wieczność, odezwała się cicho, lecz stanowczo.

– Nie pocałujesz?

Powoli, z pełnym szacunkiem, pochylił głowę nad jej stopą, którą chwilę wcześniej wsunął w elegancki but. Jego wargi dotknęły twardej skóry, składając na niej delikatny pocałunek. Gdy uniósł głowę, patrzyła na niego zimnym, badawczym, wzrokiem. Nie powiedziała nic, co mogłoby zakończyć tę chwilę. Zamiast tego przesunęła lekko drugą stopę w jego stronę i zapytała z nutą prowokacji:

– A drugi?

Ponownie pochylił się i złożył równie uważny pocałunek na drugim bucie, dotykając wargami jego lśniącej powierzchni. Kiedy znów spojrzał w górę, w jej oczach widniała wyraźna satysfakcja.

– Dziękuję – powiedziała spokojnie, wstając z fotela. – A teraz płaszcz.

Szybko podszedł do wieszaka, zdjął z niego czarny puchowy płaszcz i pomógł jej go założyć, po czym sięgnął po stojącą przy wejściu walizkę.

– Jesteś gotowa? – zapytał z delikatnym uśmiechem.

– Tak, możemy iść – odpowiedziała, po czym aktywowała alarm i oboje wyszli z domu, kierując się do jego Renault.

---

Porsche Panamera sunęło miękko po zimowej drodze, mijając ośnieżone pola, gdzieniegdzie przetykane samotnymi drzewami i starymi gospodarstwami, których czerwone dachy kontrastowały z bielą krajobrazu. Za szybą świat wyglądał spokojnie, niemal nieruchomo – ale wewnątrz głowy Michała buzowały myśli. Za kierownicą siedział w milczeniu, skupiony na prowadzeniu, lecz tak naprawdę od dawna był już gdzie indziej. Przez ostatnie tygodnie bardzo ciężko pracował, dopinając końcówkę ważnego kontraktu. Ten weekend miał być oddechem – chwilą tylko dla nich. Anka siedziała obok, zapatrzona w zimowy pejzaż, z cichym uśmiechem na twarzy. Spojrzał na nią ukradkiem. Była jego żoną od ponad dwudziestu lat. Matką ich prawie dorosłych dzieci. Najlepszą przyjaciółką, towarzyszką życia, oazą spokoju. I mimo że czuł wobec niej wdzięczność i miłość – coś w nim nieustannie pozostawało puste. Żył w niedosycie. Z pozoru miał wszystko – dom, rodzinę, sukces zawodowy. A jednak gdzieś głęboko, czegoś mu brakowało. Czegoś, co mógłby nazwać spełnieniem. Nie chodziło o rzeczy, o pieniądze, nawet nie o czułość – bo Ankę naprawdę kochał, w sposób dojrzały, wyciszony. Chodziło o coś innego. Coś… czy raczej kogoś, kogo dawno temu poznał i czyj obraz nosił w sobie od tamtej pory jak echo.

Ewa.

Pojawiła się w jego życiu, gdy miał dwadzieścia lat. Była starsza o rok, studiowali na tej samej uczelni. Miała w sobie coś niepokojącego. Chłodne spojrzenie, absolutną pewność siebie, a przede wszystkim – sadystyczną naturę, którą dość szybko odkryła przed nim bez uprzedzeń. Zafascynowała go natychmiast. Pociągała go nie tylko fizycznie, chociaż nie można jej było nazwać pięknością, ale przede wszystkim emocjonalnie i mentalnie. Była pierwszą osobą, która nadała kształt jego pragnieniom. Ich randki szybko zmieniły się w spotkania BDSM. Na tyle, na ile pozwalały oczywiście warunki studenckiego życia – u niej w domu, kiedy nikogo nie było albo u niego w akademiku. Ewa była surowa, metodyczna i bezlitosna, a Michał szybko stał się w pełni uległy. Uwielbiał, kiedy mu rozkazywała, kiedy go karała, gwałciła strap-onem, kiedy mówiła, że jest jej niewolnikiem. Nigdy wcześniej – i nigdy później – nie czuł się tak kompletny. Ich relacja była intensywna, ale krótkotrwała. Jej narcystyczna natura powodowała, że chwilami miał jej naprawdę dosyć, mimo tego, że była spełnieniem jego skrywanych — jeszcze nastoletnich fantazji. Proza codziennego życia wygrała i po jednej z awantur, jakie mu zrobiła, nie pokajał się odpowiednio mocno. Zagroziła zerwaniem, on odwrócił się na pięcie i wyszedł. Szybko poznał jakąś inną dziewczynę i na jakiś czas zapomniał o Ewie, do której mimo fascynacji czuł pewien żal. Potem ona poznała kogoś i przeniosła się do innego miasta, kontakt definitywnie się urwał. Michał nigdy już jej nie spotkał, choć przez lata szukał jej cząstki w innych kobietach. Od tamtej pory wiedział, że w jego duszy jest coś, co domaga się spełnienia – pragnienie uległości, potrzeba, by znaleźć się pod kontrolą silnej kobiety. Życie jednak szybko nauczyło go, że to nie jest coś, o czym mówi się głośno. Że to, co go podniecało, co wywoływało dreszcze – nie mieściło się w klasycznej definicji związku. I, że Ewa była na swój sposób wyjątkowa, żadna inna kobieta nie miała w sobie tego czegoś. A potem pojawiła się Anka. Ciepła, czuła, dobra. Pokochali się. Wspólnie stworzyli dom, rodzinę, firmę. I choć prawie od początku znajomości próbował czasem otworzyć przed nią drzwi do tamtego świata, zawsze spotykał się z delikatnym oporem, niechęcią albo brakiem zrozumienia. Anka nie była dominującą osobą. Nie miała w sobie tej chłodnej siły, której podświadomie pragnął. Nie miał do niej żalu – nigdy. Po prostu zrozumiał, że to nie jest część ich wspólnego świata. Gdyby naciskał, pewnie zrobiłaby to dla niego, ale to nie byłoby to, czego naprawdę szukał. Z biegiem lat przestał oczekiwać, że żona spełni jego ukryte potrzeby. Zostawił je tam, gdzie powstały – w cieniu przeszłości. Pogodził się z tym, a przynajmniej tak mu się wydawało. Czasem szukał na jakichś portalach. Jednej dziewczynie wysłał nawet blika i słuch po niej zaginął. 50 złotych, nie odczuł tego i nawet nie czuł wstydu. Niech ma — myślał — kupi sobie tusz do rzęs w Rossmanie. Zarobiła, może nie do końca uczciwie, ale zarobiła. Była od niego sprytniejsza. Zdarzyło mu się tez umówić na sesję z jakąś dominą. Jej studio — jak to dumnie nazywała — okazało się brudną, zapyziałą kawalerką na jednym z bydgoskich blokowisk. Zostawił jej 200 złotych i wyszedł. Czuł frustrację. Myśl o Ewie wciąż mieszała mu w głowie. O innych próbach kontaktu nawet nie chciało mu się wspominać. Proste dziewuchy, którym pomieszało się w głowach, liczące na łatwy zarobek. A dziś? Dziś jadąc w stronę zamku na Warmii, czuł coś innego. Rodzaj cichego niepokoju. Tęsknoty, która wróciła bez zaproszenia. Może to ten klimat – stary zamek, zima, cisza, mrok. A może po prostu coraz częściej zadawał sobie pytanie: czy w końcu uda mu się coś z tym zrobić? Żona wciąż patrzyła przez okno, nieświadoma jego myśli. Uśmiechnął się do niej, sięgnął i ścisnął jej dłoń. Była ciepła. Pewna. To była kobieta, którą kochał, ale nie była kobietą, której pragnął.

---

Lidzbark Warmiński

Podróż minęła zaskakująco szybko. Choć kręte drogi Warmii były miejscami przysypane świeżo padającym śniegiem, kilkuletnie Renault Clio radziło sobie z nimi zaskakująco dobrze. Mały silnik 0,9 turbo miał w sobie więcej energii, niż można by się spodziewać — chętnie wchodził na obroty, lekko warczał i reagował posłusznie na każdy mocniejsze naciśnięcie pedału gazu. Łukasz miał wrażenie, że samochód niemal płynie przez zimowy krajobraz. Na bocznych drogach, między ośnieżonymi drzewami, było cicho, a świat zredukował się do bielejącej taśmy asfaltu, białych pól i delikatnego brzmienia muzyki. Przygotował specjalnie dla Pauliny playlistę — starannie dobraną, wiedząc, że lubi klasyczny, brytyjski metal. Iron Maiden, Judas Priest, trochę Black Sabbath, Saxon, a między nimi kilka nowszych kawałków, które miały dodać energii podróży. Gdy w głośnikach rozbrzmiewał głos Bruce’a Dickinsona, Paulina przymknęła oczy, opierając głowę o szybę.

— Wiesz, że nieźle to dobrałeś? — powiedziała po chwili, bez otwierania oczu. — Rzadko ktoś trafia w mój gust. Uwielbiam Bruce’a.

Uśmiechnął się, zerkając na nią przelotnie.

— Domyślam się, że niełatwo cię zadowolić, ale pamiętałem, co grał wasz zespół.

Paulina uniosła kącik ust, spoglądając na niego kątem oka.

— Większość ludzi nawet nie pamięta, że kiedyś istnieliśmy — powiedziała cicho. — A już na pewno nie kojarzy, co graliśmy. Minęło już tyle lat.

Po chwili dodała z lekkim, ledwie wyczuwalnym uśmiechem:

— Może jednak potrafisz słuchać uważniej, niż myślałam.

Zapadła cisza, która nie była niezręczna. To było to przyjemne milczenie, rodzące się między ludźmi, którzy nie muszą już niczego udowadniać. Aby ją przerwać, zaczęła opowiadać mu o Berlinie, o studiach, o tym, jak trafiła na niemiecką uczelnię i jak trudno było jej się odnaleźć w pierwszych miesiącach gdy musiała przyswajać niewyobrażalne ilości materiału. Potem znów patrzyli w milczeniu przed siebie, na rozciągającą się wąską drogę, po której mknęło małe Clio, dzielnie stawiając czoła prószącemu śniegowi i zakrętom. Im bardziej zbliżali się do celu, tym bardziej krajobraz nabierał baśniowego charakteru. Gęste lasy ustępowały miejsca otwartym przestrzeniom, aż w końcu wjechali do miasteczka i niemal natychmiast ich oczom ukazał się imponujący widok. Zamek w Lidzbarku Warmińskim. Stare mury górowały nad okolicą, osadzone na lekkim wzgórzu, otoczone wijącą się rzeką Łyną. Zbudowane z cegły wieże, wysokie blanki i surowa bryła budowli zdradzały jego średniowieczny rodowód, ale detale wskazywały na współczesną adaptację – eleganckie oświetlenie, odnowione dachówki, dyskretnie wkomponowane wejście do hotelowego skrzydła. Całość wyglądała majestatycznie, niemal onieśmielająco, jakby to miejsce czuwało nad podróżnymi i skrywało w sobie więcej historii, niż można by opowiedzieć w jedną noc. Wjechał na parking i zaparkował tuż przy głównym wejściu. Wyłączył silnik i przez chwilę siedział w ciszy, patrząc na zamek z niemym zachwytem.

— Robi wrażenie — powiedział w końcu, spoglądając na Paulinę.

Uśmiechnęła się nie kryjąc aprobaty.

— Tak. To miejsce ma swój charakter.

Wysiadł pierwszy, a potem obszedł samochód, by otworzyć drzwi po stronie pasażera. Wysunęła się z wdziękiem i pewnością, jakby to nie był parking, lecz czerwony dywan. Zapięła płaszcz i założyła rękawiczki, które połyskiwały w zimowym świetle. Rzuciła jeszcze krótkie spojrzenie na bramę wejściową, jakby oceniała ją wzrokiem właścicielki, nie gościa. Łukasz wyciągnął z bagażnika jej walizkę, zamknął auto i skierowali się w stronę masywnych, drewnianych drzwi. Był metr za nią, ciągnąc jej walizkę i niosąc swoją torbę. Na parking powoli wjechało eleganckie, granatowe Porsche Panamera. Silnik cicho pomrukiwał, a karoseria lśniła w szarym świetle zimowego, późnego popołudnia. Spojrzał z uznaniem na piękną linię mijającego go auta i cicho westchnął.

---

W momencie, gdy samochód skręcił wzdłuż chodnika, wzrok kierowcy padł na sylwetkę kobiety w ciemnym płaszczu i długich, smukłych kozakach, która właśnie przeszła obok. Jej blond włosy, sposób, w jaki stawiała kroki, pewien dystans i elegancja – wszystko w niej przykuło jego uwagę. Michał aż lekko zwolnił, by przyjrzeć się jej dokładniej. Jej figura była filigranowa, ale pełna siły – zdecydowanie przykuwała spojrzenie. Obok niego siedziała Anka, poprawiając właśnie szalik i spoglądając w kierunku jednego ze skrzydeł zamku.

— Pięknie tu, prawda? — zapytała z uśmiechem, nie odrywając wzroku od budowli.

— Mhm – mruknął Michał, ale jego oczy były skupione gdzie indziej.

W lusterku wstecznym obserwował kobietę, która właśnie przekraczała próg zamkowych drzwi.

Odruchowo oblizał wargi, po czym szybko przeniósł wzrok z powrotem na drogę, czując wewnętrzne poruszenie, którego sam do końca nie rozumiał. Dyskretnie zerknął jeszcze raz – para znikała właśnie za zamkowym portalem.

— Cieszę się, że udało nam się wyrwać — dodała żona z zadowoleniem. — Oby było tak spokojnie, jak wygląda.

— Ja też się cieszę — odpowiedział uśmiechając się do niej, choć jego myśli wciąż błądziły gdzieś indziej.

Zaparkował i wysiadł, ale obraz tej dziewczyny wciąż nie opuszczał jego wyobraźni. Wypakował bagaże. Kiedy weszli do hotelowej recepcji, tajemniczej kobiety wraz z jej partnerem już tam nie było.

Wnętrze zamku zachwycało od pierwszych kroków. Przestronny hall z kamienną posadzką, wysokim sklepieniem i ogromnymi, kryształowymi żyrandolami robił imponujące wrażenie. Blask światła odbijał się w lśniących powierzchniach, a ciepłe, przytulne akcenty wnętrza – jak tapicerowane fotele czy dyskretna muzyka – tworzyły aurę elegancji i spokoju. Recepcjonistka w eleganckim mundurku sprawnie dopełniła formalności, wręczając im kartę do pokoju i informując o atrakcjach dostępnych dla gości – restauracji, strefie wellness oraz wieczornym zwiedzaniu. Pokój, do którego zostali zaprowadzeni, zachwycał klasycznym wystrojem połączonym z nowoczesnym komfortem. Wysokie sufity i duże okna z widokiem na pokryte śniegiem lasy dodawały przestrzeni oddechu. W centrum stało majestatyczne łóżko z baldachimem, ubrane w miękką, pachnącą pościel. Na podłodze leżał ręcznie tkany dywan w głębokich odcieniach czerwieni i granatu. Łazienka była równie luksusowa – marmurowe wykończenia, mosiężne detale i nawet wanna stojąca przy oknie. Paulina rozejrzała się uważnie po wnętrzu, a na jej twarzy pojawił się subtelny uśmiech.

— Jest naprawdę pięknie — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego.

Łukasz odetchnął z ulgą, widząc jej zadowolenie.

— Cieszę się, że ci się podoba.

— Więc jakie mamy plany? — zapytała, spoglądając na niego z zainteresowaniem.

— Myślałem o późnym obiedzie w zamkowej restauracji. Mają specjalne menu inspirowane średniowiecznymi recepturami, ale z nowoczesnym akcentem. A potem zwiedzanie zamku i lochów.

Paulina uniosła lekko brew.

— Lochy? A tak, mówiłeś mi. — Na jej twarzy pojawił się cień zaintrygowania. — Brzmi obiecująco.

Podeszła do Łukasza, obejmując go bez słowa, lekko opierając dłonie na jego ramionach. Przyciągnęła go do siebie – subtelnie, ale stanowczo. Przez dłuższą chwilę stali w milczeniu, ciesząc się bliskością. W jej oczach błyszczała aprobata, ale też coś więcej – cień tajemnicy, której jeszcze nie potrafił do końca odczytać.

— Naprawdę mi się tu podoba — szepnęła. — Dziękuję, że się postarałeś. Doceniam to.

Obiad minął w przyjemnej atmosferze. Restauracja zaaranżowana w dawnej zamkowej sali rycerskiej pełna była klimatu – kamienne ściany, świece na ciężkich świecznikach, dyskretny blask lamp i muzyka na żywo. Po posiłku poszli ubrać się i wyszli na dziedziniec, gdzie zbierała się grupa na nocne zwiedzanie. Wieczór był mroźny, a powietrze ostre i czyste. Łukasz zadrżał z zimna, chowając dłonie w kieszeniach kurtki. Paulina spojrzała na niego spod czapki, mrużąc lekko oczy.

— Dlaczego trzymasz ręce w kieszeniach? — zapytała chłodno. — W obecności kobiety to nie wypada.

Wyraźnie zaskoczony, spojrzał na nią z zakłopotaniem.

— Marzną mi dłonie… Nie zabrałem rękawiczek. Nie pomyślałem, że będzie aż tak zimno.

Nie odpowiedziała od razu. Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech, w którym było coś pomiędzy ironią a pobłażaniem.

— Cóż, jak już mówiłam, w obecności kobiety to nie przystoi.

Natychmiast wyjął ręce z kieszeni, lekko speszony, ale nie odezwał się więcej. Chwilę później na dziedzińcu pojawił się przewodnik – starszy mężczyzna w długim, ciemnym płaszczu, trzymający latarnię z imitacją świecy.

— Dobry wieczór, proszę państwa — powiedział głosem niskim i pełnym powagi. — Zapraszam na zwiedzanie. Odkryjemy najciemniejsze zakamarki zamku, wejdziemy do lochów i miejsc, o których historia wolałaby milczeć.

Trzymając latarnię, ruszył powoli naprzód, prowadząc grupę wokół zamkowego dziedzińca. Po zmroku zamek zyskał zupełnie nowy wymiar – cichy, majestatyczny, jakby zamarły w czasie. Migotliwe światło latarni tańczyło na kamiennych murach, rysując cienie, które wznosiły się ku niebu niczym ciche strażnice minionych wieków. Dźwięk kroków odbijających się od wilgotnych kamieni tylko potęgował atmosferę tajemnicy. Gdy doszli do wąskiego przejścia, przewodnik uniósł latarkę i ostrzegł, by uważać na mokre kamienie oraz śliskie stopnie. Echo jego głosu odbiło się od kamiennych ścian, po czym zgasło gdzieś w mroku. Łukasz spojrzał na Paulinę — ostrożnie stawiała kroki, starając się utrzymać równowagę. Światło przesuwało się po jej sylwetce, po płaszczu opadającym na ramiona, po czarnych rękawiczkach, które błyszczały lekko w słabym świetle. Bez zastanowienia wyciągnął dłoń.

— Uważaj, proszę — powiedział cicho.

Spojrzała na niego krótko, nie odpowiadając słowem. Ujęła jego rękę. Skóra jej rękawiczki była zimna, gładka, napięta — jakby w dotyku łączyła chłód z czymś niemal elektrycznym. W tej chwili czas zwolnił. Poczuł, jak chłód tej skóry przenika go do środka, jak dreszcz biegnie od dłoni w górę ramienia, aż po kark. Oddychał płytko, próbując zachować pozory spokoju. Wiedział, że to tylko gest, zwykły odruch — pomoc na stromych schodach — ale dla niego znaczył znacznie więcej. Nie był pewien, czy drży z zimna, czy z emocji. Od dawna nie czuł tak silnego napięcia — tego mieszanego uczucia fascynacji i wstydu, które narastało gdzieś głęboko w nim, od dawna skrywane, a teraz wywołane jednym, przypadkowym dotykiem. Czuł zapach jej perfum — jak cień ciepła w zimnej przestrzeni. W tym zapachu i w dotyku tej rękawiczki było coś, co sprawiało, że świat wokół przestawał istnieć. Ich dłonie rozłączyły się, dopiero gdy przewodnik ruszył dalej. Łukasz miał jednak wrażenie, że chłód tej skóry pozostał na jego palcach, jak ślad czegoś, czego nie da się już zmyć. Przez moment patrzył jeszcze na nią — na sposób, w jaki poprawiła włosy i ruszyła spokojnym krokiem za grupą, jakby nic się nie stało. A jednak w nim wszystko się zmieniło. Żałował, że ją puścił. Żałował, że ten moment skończył się tak szybko, że nie miał odwagi, by zatrzymać jej dłoń choćby sekundę dłużej. Bał się, że gdyby to zrobił, spojrzałaby na niego tym swoim chłodnym, przenikliwym wzrokiem — takim, który nie pozostawiał złudzeń co do granic. A jednak gdzieś w środku czuł, że ona musiała wiedzieć. Że musiała poczuć, jak bardzo ten gest go poruszył. Jakby jej dotyk rozbudził w nim coś, co długo spało — coś, co teraz nie dawało spokoju. Szli dalej w głąb wąskiego korytarza, ale Łukasz niemal nie słyszał słów przewodnika. Wciąż czuł w dłoni jej dotyk, w nozdrzach zapach skóry i chłodu, który przyniósł ze sobą ten krótki, przypadkowy moment bliskości. Zatrzymali się przy bocznej bramie prowadzącej na zewnątrz dziedzińca.

— Ta brama była niegdyś głównym wejściem od strony północnej — wyjaśnił przewodnik, wskazując ręką. Przeszli przez nią i stanęli przy dawnej fosie. Teraz już suchej, ale wciąż imponująco głębokiej. — Kiedyś wypełniona wodą, była jednym z najważniejszych elementów obronnych zamku — dodał. — Podobno istniały także podziemne przejścia, prowadzące poza mury.

Łukasz i Paulina wymienili krótkie spojrzenia. Te opowieści o tajemnych tunelach pobudzały wyobraźnię – zwłaszcza dziewczyny której wzrok wydawał się rozświetlać coraz bardziej z każdą mroczną legendą. Po chwili grupa wróciła na dziedziniec. Mężczyzna wskazał kolejne ciężkie wrota, tym razem prowadzące do podziemi.

— Teraz zejdziemy do lochów — zapowiedział, a jego głos odbił się echem od kamiennych ścian. — Proszę uważać na stopnie, są strome.

Masywne, drewniane drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem, jakby sam zamek niechętnie dopuszczał kogokolwiek w głąb swoich tajemnic. Z wnętrza buchnęło ciepłem i ciężkim zapachem wilgoci, starego kamienia, żelaza i czasu. Światło lamp odbijało się od nierównych ścian, rzucając tańczące cienie, które przesuwały się po twarzach zwiedzających. Łukasz przepuścił Paulinę przodem, ale widząc, jak ostro schodzą w dół wąskie, kamienne stopnie, wyciągnął do niej rękę.

— Uważaj — powiedział półgłosem.

Spojrzała na niego krótko, bez słowa. W jej oczach mignęło coś na granicy aprobaty i rozbawienia — jakby fakt, że się o nią zatroszczył, był miły, ale też z góry przewidywalny. Potem ujęła jego dłoń. Chłód przeniknął go natychmiast — nie z powodu zimna panującego w lochach, lecz znowu od dotyku jej rękawiczki. Skóra była gładka, napięta, idealna w fakturze, jakby stworzona do tego, by prowokować zmysły. Poczuł, jak coś w nim zadrżało — jak od tego chłodu przeszła go fala gorąca. Jego własna dłoń, zmarznięta po spacerze w zimnym powietrzu, zetknęła się z powierzchnią jej rękawiczki i przez moment miał wrażenie, że styka się z czymś niemal nierealnym. Pomyślał o tym, co kryje się pod tym cienkim materiałem — o jej dłoni, delikatnej, kobiecej, o smukłych palcach. Schodzili powoli, a on cały czas czuł na skórze jej dotyk, jak subtelne napięcie rozchodzące się po ciele. Gdy dotarli na dół, bez słowa wysunęła swoją dłoń z jego — spokojnie, bez pośpiechu, jak ktoś, kto kończy gest, a nie przerywa go. Na jego palcach pozostał lekki zapach skóry i wrażenie gładkości, którego nie mógł się pozbyć

— Te lochy niegdyś służyły jako więzienie — mówił przewodnik. — Przetrzymywano tu buntowników, szpiegów, czasem całkiem niewinnych ludzi. Wystarczyło znaleźć się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie.

Łukasz ledwo słuchał. W jego głowie dźwięczały tylko echo jej kroków i wspomnienie chłodu rękawiczki, który wciąż czuł na swojej dłoni — jak znak, którego nie potrafił już zapomnieć. Korytarze były wąskie, a ich ściany nierówne, jakby wyżłobione przez historię. Płomienie w lampach rzucały długie, niepokojące cienie. Słowa przewodnika mieszały się z ciszą, która zdawała się nasłuchiwać każdego kroku.

— Warunki były surowe. Mroczne pomieszczenia, zimno, głód. Większość nie wychodziła stąd żywa, a jeśli już, to na zawsze odmieniona — zakończył ponuro.

Na końcu korytarza znajdowała się niewielka komnata, przekształcona w wystawę narzędzi tortur. Gdy weszli, blask lamp padł na metalowe konstrukcje – masywne, przerażające, nieruchome, jak duchy dawnej epoki.

— To repliki — zaczął przewodnik, stając przed najgroźniej wyglądającym eksponatem — ale wykonane z historyczną dokładnością. — Tu, proszę państwa, widzimy słynną Żelazną Dziewicę.

Jego głos stężał, gdy kontynuował:

— Urządzenie w kształcie ludzkiej sylwetki, zamykane jak trumna. Wewnątrz — kolce. Ułożone tak, by ranić, nie zabijać. Męka była długotrwała. Rzadko jej używano — bardziej jako symbol grozy niż realnego narzędzia, ale działała na wyobraźnię.

W pomieszczeniu zapanowała cisza. Nawet ci, którzy wcześniej szeptali, zamilkli. Łukasz dostrzegł kątem oka Paulinę. Jej twarz była spokojna, ale coś w jej spojrzeniu się zmieniło. Uśmiech, który zaledwie musnął jej usta, był subtelny, lecz niepokojący. Oczy błyszczały tajemniczo – jakby ta opowieść z przeszłości była jej wyjątkowo bliska. Następnie przewodnik przeszedł do kolejnego eksponatu.

— A to dyby. Stare, ciężkie, drewniane. Niezwykle proste, ale skuteczne. Skazańców zamykano tu na wiele godzin, czasem dni. Wystawieni na widok publiczny, upokorzeni.

Zamilkł na chwilę, po czym dodał z lekkim uśmiechem:

— Może ktoś z państwa chciałby zobaczyć, jak to działa? Ochotnik?

Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, Paulina — z tym samym tajemniczym uśmiechem – delikatnie wskazała ręką Łukasza.

— On chciałby.

Zaskoczony, spojrzał na nią z niedowierzaniem, ale nie zdążył zaprotestować. Przewodnik uśmiechnął się z zadowoleniem.

— No proszę, mamy ochotnika. Zapraszam.

Podszedł wolno. Pracownik hotelu, z wyraźną satysfakcją, pokazał mu, jak pochylić się i ułożyć dłonie oraz głowę w otworach masywnego, drewnianego mechanizmu. Po chwili klapa opadła z głuchym stukiem, a ciężki zamek zaskoczył z metalicznym kliknięciem.

— Tak to wyglądało — powiedział do grupy, z teatralnym namaszczeniem. — Publiczne upokorzenie. Najgorszy nie był ból, lecz spojrzenia innych. Wyśmiewano, obrzucano błotem. Zwykli wieśniacy czuli się przez chwilę lepsi.

Paulina stała z boku, przyglądając się z rosnącym rozbawieniem.

— Naprawdę? — zapytała z udawaną powagą. — A kto decydował, jak długo taki delikwent musiał tu tkwić?

— Zazwyczaj jakiś pan feudalny lub sędzia — odpowiedział przewodnik, po czym uśmiechnął się pół żartem, pół serio. — Albo ktoś bliski. — Spojrzał na nią i dodał z uśmiechem: — Więc teraz może to pani zdecyduje, kiedy go uwolnić.

Roześmiała się cicho, ale w jej śmiechu było coś złośliwego i pociągającego zarazem.

— Ach, więc to ode mnie zależy teraz jego los? — powiedziała teatralnie, zerkając na Łukasza, który w tej pozycji wyglądał jednocześnie komicznie i zaskakująco bezbronnie. — W takim razie może nie tak szybko. Niech postoi sobie chwilę a pan opowie nam tu jeszcze jakąś ciekawą historię.

Zbliżyła się powoli. Jej buty stuknęły o kamienną posadzkę, a echo odbiło się w lochu. Stanęła przy nim i przesunęła dłonią po jego policzku, po szyi, po karku — powoli, jakby badała fakturę drewna, a nie ciała.

— Wyglądasz naprawdę uroczo — szepnęła tak, by tylko on mógł usłyszeć. — Bezbronny, wystawiony na pokaz. W średniowieczu ludzie rzucali w takich kamieniami lub zepsutym jedzeniem, ale ja miałabym inne pomysły.

Przewodnik zachichotał pod nosem.

— Proszę uważać, bo pani partner chyba zaczyna się czerwienić.

— Tak? Myślę, że to z emocji — Poklepała Łukasza lekko po policzku.

— Dobrze ci w tej roli. Pasuje do ciebie. Grupa zaśmiała się cicho, nie wiedząc, czy mają do czynienia z żartem, czy z czymś znacznie bardziej osobistym.

Po chwili Paulina z uśmiechem podeszła do przewodnika.

— Myślę, że to wystarczy. Nie chcemy, żeby zbyt się przyzwyczaił do tej pozycji. Jeszcze mu się spodoba i będę musiała takie ustawić w ogródku.

Zamek zwolnił się z charakterystycznym trzaskiem. Klapa uniosła się, a Łukasz powoli wyprostował się. Miał rumieńce na policzkach — trochę z zażenowania, trochę z czegoś, czego nie potrafił jeszcze nazwać.

Podeszła bliżej, poprawiła mu kołnierz i szepnęła:

— Może powinnam była zostawić cię tam jednak odrobinę dłużej. W roli grzesznika wyglądałeś bardzo wiarygodnie.

Potem ruszyła dalej za grupą, a on, czując wciąż ciepło jej dłoni na policzku, uświadomił sobie, że nigdy wcześniej upokorzenie nie smakowało tak przyjemnie. Przyspieszył kroku, aby do niej dołączyć.

Po zwiedzeniu zamku wrócili do swojego pokoju. Zmęczenie po długim dniu zaczynało dawać o sobie znać, ale jednocześnie oboje czuli, że wieczór dopiero się zaczyna.

— Może zejdziemy od razu do restauracji na tę kolację? — zaproponował Łukasz, rozglądając się po przytulnym wnętrzu ich pokoju.

Paulina spojrzała na niego z uśmiechem i skinęła głową.

— Dobry pomysł, idę się przebrać — powiedziała, kierując się w stronę szafy, a potem łazienki.

W łazience przebrała się w klasyczną, czarną sukienkę z delikatnego, lekko połyskującego materiału, który miękko spływał po jej ciele. Krój był prosty, lecz dopasowany — podkreślał linię ramion, wąską talię i łagodną krzywiznę bioder. Sukienka sięgała nieco powyżej kolan, subtelnie opięta, lecz bez wulgarności; ruchy sprawiały, że materiał zdawał się falować z każdym krokiem, nadając sylwetce hipnotycznej lekkości. Pod nią miała idealnie dobraną bieliznę — czarną, koronkową, delikatną jak cień. Misternie wykonany stanik z cienkiej siateczki i koronki otulał piersi w sposób, który bardziej podkreślał kształt, niż go odsłaniał. Do kompletu dobrała pończochy z satynowym połyskiem, zakończone szerokim, koronkowym pasem, który chował się pod krawędzią sukienki — niewidoczny dla oka, lecz obecny w każdym ruchu. Na stopy wsunęła swoje ulubione szpilki od Christiana Louboutina — czarne, lakierowane, z czerwoną podeszwą, która błyszczała jak podpis złożony pod jej stylem. Wysoki obcas dodawał jej kilka centymetrów, ale przede wszystkim nadawał jej postawie pewności — tej charakterystycznej, niemal instynktownej gracji, z którą wchodziła do każdego pomieszczenia, jakby je od razu obejmowała we władanie. Poprawiła włosy, rozczesując palcami kilka niesfornych pasm, i spojrzała na siebie w lustrze. Odbicie było dokładnie takie, jakie chciała zobaczyć — chłodne, eleganckie, nieosiągalne. I choć koronki pończoch i delikatna bielizna pozostawały ukryte pod materiałem sukienki, świadomość ich istnienia nadawała jej ruchom tę subtelną pewność siebie, której nie da się udawać. W tym czasie Łukasz, pozostając w pokoju, również postanowił się przebrać. Wyjął z szafy białą koszulę i starannie dopasował mankiety. Następnie sięgnął po granatową marynarkę i ciemne spodnie. Spojrzał w lustro i puścił oko do swojego odbicia. Kiedy wyszła z łazienki, na chwilę wstrzymał oddech. Sukienka, pończochy i szpilki nadawały jej wyglądowi niesamowitej elegancji i zmysłowości. Wyglądała, jakby właśnie zeszła z okładki magazynu mody – pewna siebie, kobieca, nieziemsko piękna. Spojrzała na niego, a na jej twarzy pojawił się lekki, kokieteryjny uśmiech.

— Wyglądasz zjawiskowo — powiedział, nie odrywając od niej wzroku.

Podeszła do niego powoli, jej krok był pewny i pełen wdzięku. Zaczęła delikatnie głaskać go po torsie, przesuwając dłonią po jego koszuli w sposób, który już znał – zmysłowy, kontrolujący, budzący napięcie. Przysunęła się bliżej, a jej usta wygięły się w lekki uśmiech.

— Pamiętasz, co się stało ostatnim razem w sypialni? – zapytała cicho, ale jej głos był pełen subtelnego wyzwania. — Czy tym razem będziesz umiał się kontrolować?

Spojrzał jej prosto w oczy. Wiedział, do czego nawiązuje – do sytuacji, kiedy jego emocje wzięły górę. Uśmiechnął się lekko, czując zarówno rosnące napięcie, jak i przyjemność płynącą z tej prowokacyjnej gry.

— Będzie ciężko, jesteś przepiękna — odpowiedział, starając się zachować spokój mimo wyraźnego pobudzenia. — Ale dam radę, Paulinko.

Spojrzała mu w oczy. Jej dłoń zatrzymała się na jego piersi, a głos stał się bardziej prowokujący.

— A co, jeśli ci nie wierzę — zapytała cicho, ale z wyraźnym wyzwaniem.

— W takim razie — odpowiedział spokojnie, z dreszczem emocji — będę musiał ci to udowodnić w praktyce.

Przysunęła się jeszcze bliżej, a jej dłoń ponownie przejechała bardzo powoli po jego torsie. Spojrzała na ich odbicie w lustrze i na moment zatrzymała wzrok na sobie. Subtelny, zmysłowy uśmiech pojawił się na jej twarzy.

— Wiesz — zaczęła spokojnie, nie odrywając wzroku od lustra. Jej głos był miękki, ale podszyty tą znajomą, twardą nutą pewności siebie. — Doskonale wiem, jak działam na mężczyzn.

Stała bokiem do tafli, lekko przekrzywiając głowę. Palcami poprawiła kosmyk włosów, przesunęła dłonią po biodrze, po materiale sukienki, który układał się idealnie na jej ciele. Przez moment po prostu patrzyła na swoje odbicie — z tą spokojną świadomością kobiety, która zna swoją siłę i wie, jak ją wykorzystywać. Unosząc brodę, przyjrzała się sobie jeszcze raz po czym obróciła się lekko, tak, by złapać kąt, w którym widać było krzywiznę pleców, linię pończoch chowających się pod sukienką, kontur bioder. W tym spojrzeniu, w tym ledwie zauważalnym uśmiechu odbijało się coś więcej niż kokieteria — pewność, że nie musi udawać.

Odwróciła się nagle do Łukasza. Jej spojrzenie stało się ostre, przenikliwe.

— A ty… — powiedziała wolno, przeciągając każde słowo. — Ty wciąż mnie nie przekonałeś.

Zrobiła niewielki krok w jego stronę. Sukienka poruszyła się lekko przy jej biodrach. Zatrzymała się tuż przed nim, tak blisko, że czuł ciepło jej ciała, zapach perfum.

— To… co mam zrobić, Paulinko? — zapytał cicho.

W jego głosie słychać było wahanie. Oczy miał szeroko otwarte, szukał w jej twarzy potwierdzenia, przyzwolenia, czegokolwiek. Zmrużyła oczy. Ton jej głosu, kiedy odpowiedziała, nie pozostawiał miejsca na niepewność:

— Nie pytaj. Rób, co mówię. — W tych kilku słowach było wszystko: rozkaz, chłód i niepodważalna hierarchia.

Łukasz zamarł na chwilę, ale jej spojrzenie nie pozwoliło mu zawahać się. Uśmiechnęła się lekko, jakby obserwowała eksperyment, którego wynik był jej doskonale znany. Przesunęła dłonią po jego brzuchu, potem niżej — aż po krawędź spodni. Spojrzała mu w oczy, powoli, bez pośpiechu, z drapieżnym spokojem.

— Zdejmij spodnie i majtki.

Zawahał się. Na sekundę. Może dwie. Jej spojrzenie natychmiast się zmieniło. Stało się chłodne, nieprzejednane, jakby jedno jego zawahanie naruszyło regułę, o której oboje wiedzieli, że jest święta.

— Nie każ mi powtarzać — powiedziała twardo, a w jej głosie nie było już ani odrobiny kokieterii.

Zrobił, co kazała. Każdy ruch wydawał mu się wolniejszy, niż powinien, jakby sam akt rozbierania się był już formą poddania. Gdy został nagi od pasa w dół, czuł, jak pulsuje mu serce — gdzieś w gardle, w skroniach, w dłoniach. Paulina obserwowała go spokojnie, jakby ważyła każdy gest. W końcu, bez słowa, wyjęła z walizki niewielki czarny woreczek i usiadła na krześle. Założyła nogę na nogę, poprawiła sukienkę na udach.

— Podejdź bliżej — powiedziała w końcu, nie odrywając wzroku od woreczka, który powoli rozwiązywała.

Zrobił krok, potem drugi. Jego ciało było spięte, a oddech nierówny. Czuł się wystawiony na jej spojrzenie, zupełnie bezbronny. Uniosła wzrok. Jej oczy błyszczały — nie z czułości, ale z tej szczególnej satysfakcji kobiety, która widzi, jak ktoś spełnia dokładnie to, czego od niego oczekiwała.

— Tak — wyszeptała z cieniem uśmiechu. — Teraz zaczynasz rozumieć, jak to działa. Uklęknij.

Posłusznie opadł na kolana. Z tej perspektywy jej widok był jeszcze bardziej elektryzujący — nogi w cienkich, czarnych pończochach, wysokie szpilki Louboutina z połyskiem czerwonej podeszwy, dopasowana sukienka, która układała się na jej biodrach z niemal matematyczną precyzją. Była uosobieniem elegancji, władzy i chłodnego piękna, które jednocześnie onieśmielało i przyciągało. Pochyliła się i bez słowa wyjęła z woreczka, parę lateksowych rękawiczek, niewielką fiolkę z olejkiem oraz metalową klatkę. Wsunęła pierwszą z rękawiczek na dłoń, dopasowując palce jednym ruchem, potem drugą — z wprawą, jakby robiła to setki razy. Lateks cicho zaszeleścił w kontakcie ze skórą, a ona jedynie wygładziła krawędzie przy nadgarstkach i wróciła do swojego zadania. Łukasz obserwował to z mieszaniną fascynacji i napięcia. W tym pozornie zwyczajnym ruchu — w tym, jak zakładała rękawiczki, jak sprawdzała ich dopasowanie — było coś niepokojąco zmysłowego. Coś, co jeszcze mocniej podkreślało jej pełną kontrolę nad sytuacją. Wycisnęła odrobinę olejku na palce i zaczęła rozprowadzać go po jego członku i mosznie. Dotyk jej dłoni był chłodny i śliski, pozbawiony miękkości ludzkiej skóry. Każdy ruch był dokładny — niemal jak u kogoś, kto wykonuje zabieg. A jednak czuł, jakby to były pieszczoty, czując przychodzącą falę podniecenia. Drgnął, a przez ciało przeszedł dreszcz. Nie był pewien, czy to przez chłód lateksu, czy przez świadomość, że w tej chwili całkowicie do niej należy. Że jego ciało było w jej dłoniach — dosłownie i bez żadnego oporu. Paulina pracowała spokojnie, skupiona, nie patrząc na niego. Dopiero po chwili, gdy rozprowadziła ostatnią kroplę olejku, uniosła wzrok. Jej spojrzenie było nieprzeniknione, zimne jak szkło.

— Widzę, że podoba ci się — powiedziała chłodno, zerkając na jego erekcję. — Ale to minie. Zaraz.

Zamknęła fiolkę, odłożyła ją na stolik i sięgnęła po metalową klatkę. Światło lamp odbijało się od jej powierzchni, tworząc na ścianie drobne błyski.

— Głęboki wdech, Łukaszu — szepnęła. — I ani drgnij.

Ująwszy pierścień podstawy, przesunęła go przez jego mosznę, umiejętnie manewrując, by każdy ruch był szybki, ale precyzyjny. Chłodny metal zetknął się ze skórą, wywołując mimowolne napięcie mięśni. Potem uniosła jego członek, lekko przytrzymała go palcami, a drugą dłonią wsunęła główny element klatki. Było to trudne – jego erekcja wciąż była zbyt intensywna. Próbował się uspokoić. Myślał o czymkolwiek, byle tylko odciążyć umysł – ale widok Pauliny, jej zapach, sposób, w jaki pochylała się nad nim, wszystko to wywoływało odwrotny efekt.

– Skup się. Nie bądź samolubny.

Po kilku chwilach, gdy napięcie w jego ciele zaczęło słabnąć, nachyliła się jeszcze raz. Z precyzją, jakiej mógłby pozazdrościć jubiler, zamknęła klatkę, przymocowała zamek i zatrzasnęła go z charakterystycznym kliknięciem. Kiedy się wyprostowała, spojrzała na niego z góry, z mieszaniną triumfu i chłodnej dumy.

– Gotowe – powiedziała sucho. – Teraz jesteś mój. I nie zapominaj tego. Nigdy.

Łukasz poczuł, jak całe napięcie – erotyczne, psychiczne, emocjonalne – skupiło się w tym jednym, ciasno zamkniętym miejscu. Było to uczucie niesamowicie intymne, wręcz upokarzające, ale jednocześnie oczyszczające. Poczuł, jak jego myśli stają się klarowne, skupione tylko na niej. Nie miał już kontroli – ale też nie musiał jej mieć.

Zamknięty. Oznakowany. Oddany.

Przypięła kluczyk do cienkiego, złotego łańcuszka, który powoli zapięła na szyi. Metal błysnął w świetle, kiedy poprawiła włosy, jakby ten gest był częścią rytuału. Sięgnęła po telefon, dotknęła ekranu i cichy dźwięk potwierdzenia wypełnił ciszę. Na wyświetlaczu pojawił się zielony napis: GESPERRT.

Spojrzała na niego. Nie musiała nic mówić – jej spojrzenie wystarczyło, by poczuł, że został zredukowany do roli, jaką sama dla niego wybrała.

– A teraz ubierz się. Czas na kolację.

Przez moment stał w miejscu, jakby nie był pewien, czy dobrze słyszał. Potem schylił się, by zebrać ubrania. Każdy ruch wydawał mu się cięższy, wolniejszy. Metal chłodno dotykał skóry przy każdym zgięciu, przy każdym oddechu. Czuł się uwięziony – i jednocześnie dziwnie spokojny. Nie sądził, że pozwoli jej aż tak daleko przesunąć granice. Że nawet nie spróbował zaprotestować. Wciągnął koszulę, zapiął guziki, poprawił kołnierzyk. Dopiero wtedy odważył się zapytać:

— Paulinko… czy to było naprawdę konieczne?

Odwróciła się powoli, opierając ramieniem o framugę. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu – nie złośliwy, lecz precyzyjnie wyważony, jakby bawiło ją jego pytanie.

— Oczywiście, że było — powiedziała spokojnie. — Mężczyźni… — zaczęła, stawiając krok w jego stronę — zbyt często wierzą, że mają kontrolę. A potem wystarczy jeden dotyk, jeden gest, jedno słowo, i zapominają się.

Zatrzymała się tuż przed nim. Palcami przesunęła po jego koszuli, wolno, od piersi do pasa, gdzie zatrzymała się na moment.

— Większość z was nie rozumie, jak bardzo potrzebuje granic. I kogoś, kto je postawi.

W jej tonie brzmiała mieszanka ironii i chłodnej czułości.

— Ty przynajmniej miałeś odwagę, żeby to przyznać — dodała po chwili. — Choć wciąż nie jestem pewna, czy rozumiesz, co to znaczy. Ale spokojnie, Łukaszu. Z czasem się nauczysz.

Jej szept był czuły, a mimo to w tych słowach kryło się coś niebezpiecznie pociągającego.

— Chodź. Nie każ mi czekać.

Kluczyk na jej szyi błysnął subtelnie, gdy odwracała się w stronę drzwi — jak symbol władzy, której właśnie dobrowolnie się poddał.

---

Po powrocie ze strefy spa, gdzie oboje odprężyli się podczas masażu oraz w saunie, Michał i Anka weszli do swojego pokoju, pachnącego świeżą pościelą, i delikatnym aromatem hotelowych kosmetyków. W powietrzu unosił się zapach lawendy i białej herbaty. Anka usiadła na brzegu łóżka, owinięta w biały szlafrok, z lekko wilgotnymi jeszcze włosami. Michał patrzył na nią z pewnym zaskoczeniem – choć znał ją od lat, zauważył, że coś w jej spojrzeniu, w sposobie, w jaki poprawiała kosmyk włosów za uchem, przyciągało jego uwagę. Wstał z fotela i podszedł do walizki, wyciągając z niej elegancką koszulę i spodnie. Anka tymczasem sięgnęła po przygotowaną wcześniej sukienkę. Ubrała granatową kreację do kolan, z dekoltem w literę V, który subtelnie podkreślał jej pełniejszy biust. Materiał był lejący, miękko opływający ciało, a delikatne marszczenia w talii sprytnie maskowały niedoskonałości sylwetki. Założyła cieliste rajstopy i czarne, klasyczne czółenka na niewielkim obcasie. Choć miała lekką nadwagę, Michał pomyślał, że wygląda naprawdę apetycznie. Docenił to, że tak się dla niego postarała – włosy lekko podkręcone, delikatny makijaż, róż na policzkach. Miała w sobie coś ciepłego, domowego, ale też subtelnie uwodzicielskiego.

— Pięknie wyglądasz, wiesz? — powiedział cicho, podchodząc do niej od tyłu i obejmując ramionami. — Naprawdę.

— Przestań — rzuciła z lekkim uśmiechem, zawstydzona, ale wyraźnie zadowolona z jego słów.

Zaczął ją całować w kark, bardzo powoli, z czułością. Jego dłonie powędrowały na jej piersi, potem przesunęły się ku biodrom. Anka westchnęła cicho i przekręciła głowę, by spotkać jego usta. Ich pocałunki stały się głębsze, bardziej namiętne. Michał delikatnie przesunął dłonią po materiale sukienki, zbliżając się coraz bardziej.

— Zaczekaj — powiedziała cicho, przerywając pocałunek i kładąc mu palec na ustach. — I tak jesteśmy spóźnieni. Po kolacji… — dodała z uśmiechem, spoglądając mu głęboko w oczy.

Ton jej głosu był uwodzicielski. Zareagował śmiechem, nieco rozczarowany, ale też podekscytowany. Odsunął się od niej z szacunkiem i westchnął.

— Dobrze, dobrze. Tylko pamiętaj, że obiecałaś — rzucił z zalotnym uśmiechem, sięgając po zegarek.

— Oj, pamiętam — odpowiedziała, zerkając na siebie w lustrze i wygładzając materiał sukienki. — Ale jeśli chcesz deser, musisz być cierpliwy.

Parsknął śmiechem. Gotowi, spojrzeli na siebie po raz ostatni przed wyjściem – Anka z lekkim rumieńcem, Michał z błyskiem w oku i wciągniętym brzuchem. Ubrał marynarkę i zeszli razem do restauracji, trzymając się za ręce, jakby przypomnieli sobie, że mimo lat i codzienności, wciąż są dla siebie ważni.

---

W hotelowej restauracji panował przytłumiony gwar rozmów i dźwięk delikatnej muzyki płynącej z głośników umieszczonych przy sklepieniu. Ciepłe światło lamp i świec, odbijające się od butelek stojących za barkiem, tworzyło przytulny, niemal intymny nastrój. Paulina i Łukasz z trudem znaleźli wolny stolik na samym końcu sali za to obok okna, za którym widać było ośnieżone krużganki zamku, skąpane w miękkim blasku latarni. Usiedli naprzeciwko siebie. Łukasz poprawił marynarkę i lekko przesunął się na krześle, czując ucisk metalu pod materiałem spodni – przypomnienie o tym, co działo się zaledwie kilka minut wcześniej w pokoju. Klatka chastity była dla niego czymś zupełnie nowym – nie tylko fizycznym ograniczeniem, ale też emocjonalnym ciężarem. Każdy jego ruch był teraz bardziej świadomy, ostrożny, uważny.

— Co dla państwa ? — zapytała kelnerka z uprzejmym uśmiechem, podchodząc do ich stolika.

— Na początek butelkę czerwonego wina, proszę. Może Primitivo — powiedział, starając się brzmieć swobodnie, jak znawca wina, choć w środku czuł się poruszony i lekko onieśmielony.

Gdy kelnerka oddaliła się, Paulina oparła się, zakładając nogę na nogę. Jej spojrzenie było uważne, niemal hipnotyzujące.

— Jak się czujesz? — zapytała spokojnie, jej głos miał w sobie coś troskliwego, ale pod tym tonem kryła się wyraźna dominacja. — Czy ta klatka bardzo cię uciska?

Łukasz spojrzał na nią z niepewnością i fascynacją. W jego oczach było zmieszanie, a może i coś więcej — narastające oddanie.

— Czuję ją. Jest… niewygodna — przyznał szczerze. — Ale dam radę.

Na twarzy kobiety pojawił się cień satysfakcji. Uśmiechnęła się, unosząc kieliszek do ust. Odbijające się w jego czerwonej tafli światło rzucało ciepły poblask na jej skórę. Delikatnie zakręciła winem w kieliszku, patrząc na Łukasza z pewnością siebie.

— To dobrze. Ma być niewygodna. Ma ci przypominać, że jesteś mój. Że teraz to ja decyduję.

Chwilę później, bawiąc się nóżką kieliszka w dłoni, dodała półgłosem:

— Podobało mi się, jak się dziś zachowałeś. Byłeś uległy. Posłuszny. Subtelnie pokorny — W jej oczach błysnęło coś niepokojącego. — I pięknie wyglądałeś, klęcząc. Taki masz właśnie być.

Przełknął ślinę. Spuścił wzrok, ale zaraz potem uniósł go znów, by spojrzeć jej prosto w oczy.

— Masz w sobie coś, co sprawia, że rzucam się na kolana. Nie potrafię ci się oprzeć. Chcę być przy tobie. U twoich stóp, tam czuję że nie muszę niczego ukrywać. Moja Pani.

Jej uśmiech pogłębił się, choć nie powiedziała już nic. Przez chwilę panowała cisza, którą przerywał tylko odgłos naczyń i cichych rozmów przy sąsiednich stolikach.

— Jak długo mam ją nosić? — zapytał nagle, nieśmiało, niemal szeptem.

Pochyliła się lekko nad stołem. Spojrzenie stało się intensywne, a głos cichszy, bardziej zmysłowy.

— Dlaczego pytasz? — zapytała z kokieteryjnym uśmiechem. — Nie podoba ci się?

— Nie wiem… Zastanawiam się tylko… — odpowiedział niepewnie.

— Może dzień. Może tydzień. Może… miesiąc — rzuciła z udawanym namysłem, a potem dodała. — A może… już nigdy jej nie zdejmiesz. Kto wie?

Każde słowo – dzień, tydzień, miesiąc – brzmiało jak niekończąca się perspektywa uwięzienia. Jego wyraz twarzy wyraźnie zdradzał przerażenie, które go ogarnęło, co tylko bardziej ją bawiło. Upiła kolejny łyk wina, lekko krzywiąc się i szepnęła:

— Naprawdę się boisz, prawda? Zapytała z rozbawieniem.

— Myśl, że mógłbyś być w tej klatce miesiąc, tak cię przeraża?

Próbował zebrać myśli, ale jego umysł był pełen obaw i niepewności.

— Paulinko… to… to brzmi strasznie długo — wykrztusił w końcu, starając się ukryć drżenie w głosie.

— Właśnie dlatego tak bardzo mnie to bawi. Twoje reakcje są takie autentyczne i na swój sposób słodkie.

Nagle do ich stolika podeszła para. On — wysoki mężczyzna w ciemnej marynarce, ona — w eleganckiej sukience. Mężczyzna uśmiechnął się uprzejmie i zwrócił w stronę Łukasza.

— Przepraszamy, że przeszkadzamy, ale chyba nie ma już wolnych stolików. Straszne tu zamieszanie. Czy moglibyśmy się przysiąść do państwa?

Paulina rzuciła spojrzenie w stronę partnera, a potem spojrzała na nich z chłodną uprzejmością.

— Oczywiście — odpowiedziała.

Łukasz natychmiast wstał i przesiadł się, robiąc im miejsce. Kiedy usiadł obok Pauliny, ta delikatnie oparła się o jego ramię – subtelnie, ale znacząco. Mężczyzna usiadł naprzeciwko, jego spojrzenie przez moment spoczęło na niej Wystarczył ułamek sekundy, rozpoznał kobietę z parkingu. Blondynka o niezwykłej urodzie, elegancka, z lekko chłodnym uśmiechem i z czymś jeszcze. Od razu to zauważył. Na jej szyi delikatnie błyszczał złoty łańcuszek z maleńkim kluczykiem. Nie, to nie może być prawda, takie coś istnieje tylko na onlyfans — pomyślał. Nie powiedział nic, ale jego spojrzenie — choć trwało tylko sekundę — zdradzało wewnętrzne poruszenie.

— Michał — powiedział, podając dłoń. — A to moja żona, Anka.

— Łukasz — lekko się podniósł, przedstawił się, a kiedy chciał przedstawić Paulinę, ta przerwała mu, mówiąc:

— Paulina

Nie wstała jednak, chociaż jej głos był uprzejmy.

— Może zamówimy coś? — zaproponował Michał, przełamując ciszę. Zerknął na puste kieliszki przed parą. — Primitivo? Słyszałem, że mają tu całkiem niezłe. No i kuchnia podobno naprawdę dobra.

— Świetny pomysł — odpowiedziała Paulina. Zwróciła głowę w stronę Łukasza, a w jej spojrzeniu pojawił się ledwo dostrzegalny błysk. Jakby każdy jej ruch, każdy drobny gest miał znaczenie, które tylko on potrafił odczytać.

— Tak, bardzo dobry — dodał, nieco zbyt szybko.

Kelnerka pojawiła się niemal natychmiast. Obie pary szybko złożyły zamówienia, a gdy obsługa odeszła, zaczęli rozmawiać o podróżach i o miejscach, które warto odwiedzić zimą, Michał kierował swoje słowa tylko do Pauliny. Ta odpowiadała dość zdawkowo, ale jej słowa były zawsze trafne, starannie dobrane, przez co odpowiedzi stawały się wyczerpujące. Mówiła o Berlinie, o krótkich wypadach do Bawarii, o domu, do którego tam wraca, kiedy potrzebuje ciszy. O podróżach po Europie, Ameryce i Azji. Łukasz słuchał zafascynowany, od czasu do czasu dorzucając coś półgłosem, ale jego uwaga błądziła. Czasem spoglądał na Paulinę — na sposób, w jaki podnosi kieliszek, jak poprawia włosy, jak przesuwa palcem po krawędzi szkła — a czasem na cienki, złoty łańcuszek na jej szyi. Na jego końcu połyskiwał mały kluczyk. Każdy błysk światła odbijający się od metalu uderzał w niego jak impuls — przypomnienie. Wiedział, co ten kluczyk otwiera. Co symbolizuje. I to świadomość, że jest teraz w tym miejscu, wśród ludzi, podczas gdy to ona ma nad nim władzę, sprawiała, że jego serce biło szybciej. Michał też to zauważył. Widział, jak Łukasz reaguje, jak unika spojrzenia Pauliny, jak jego głos zmienia się, gdy zwraca się do niej — z tą mieszaniną ostrożności i czci.

— A dziś? Długa droga? — zapytał Michał, próbując podtrzymać rozmowę.

— Do wytrzymania, przyjechaliśmy z Trójmiasta — odpowiedziała. — Czasem wystarczy dobra muzyka, żeby droga przestała być męcząca.

Michał uśmiechnął się.

— Tak, to prawda. A co lubisz słuchać?

— Zależy od nastroju. — Sięgnęła po kieliszek, spojrzała na Łukasza. — Ale zazwyczaj stary brytyjski metal.

Mówiła spokojnie, ale w jej głosie dało się wyczuć coś zmysłowego, niemal prowokacyjnego — jakby każda sylaba była starannie wymierzona.

Michał uniósł brwi, uśmiechając się z lekkim zaskoczeniem.

— Metal? Nie powiedziałbym — Pokręcił głową z uznaniem. — Wyglądasz raczej na kogoś, kto słucha Chopina przy winie, a nie Slayera.

Paulina uśmiechnęła się, a w jej oczach błysnęła nuta ironii.

— Chopin? Nie. Zbyt sentymentalny, zbyt miękki, zbyt grzeczny — odstawiła kieliszek i dodała ciszej: — Jeśli już klasyka, to raczej Beethoven. Czysta siła w granicach formy. Albo Wagner. Dla patosu, dla niepokoju, dla idei.

Spojrzała na Michała uważnie.

— Widzisz, ja nie lubię, gdy muzyka tylko upiększa świat. Wolę, gdy go rozrywa.

Na moment zapadła cisza. Michał przyglądał jej się uważnie, zafascynowany spokojem i sposobem, w jaki wypowiadała każde zdanie. Nie zauważył nawet, że już od kilku minut rozmawia tylko z nią, zapominając o reszcie stołu. Dopiero Anka przerwała to napięcie, przechylając się w jego stronę z rozbawieniem.

— Michał, ty naprawdę potrafisz zagadać każdą kobietę w promieniu trzech metrów. Dajże odetchnąć! — rzuciła żartobliwie, po czym dodała z udawaną powagą: — I nie udawaj, że Łukasza tu nie ma, mam wrażenie, że ignorujesz go.

Śmiech rozluźnił atmosferę. Paulina również się uśmiechnęła, choć w jej spojrzeniu błysnęło coś innego — chłodna obserwacja, jakby patrzyła na nich z dystansu.

Michał uniósł dłonie w geście obronnym.

— No dobrze, dobrze. Nie chciałem nikogo zdominować rozmową — odpowiedział z autoironicznym uśmiechem — Po prostu, wiesz, rzadko spotyka się kobietę, która zna się na metalu i potrafi o nim mówić z takim spokojem.

Oparła łokieć o stół i przejechała palcem po krawędzi kieliszka.

— Spokój bywa złudny — powiedziała cicho. — W metalu, w życiu, w ludziach. Czasem pod powierzchnią jest znacznie więcej, niż ktoś chce pokazać.

— Masz rację. Może dlatego tak mnie to wciąga — odparł.

Anka przewróciła oczami i powiedziała, zwracając się do Łukasza.

— Oho, zaczyna się filozofia po kolejnym kieliszku — mruknęła.

Kiedy na chwilę zamilkli, mężczyzna znowu spojrzał na szyję Pauliny. Kluczyk błysnął w świetle świec, delikatny, pozornie nic nieznaczący. Wciąż nie mógł pozbyć się wrażenia, że to nie była zwykła ozdoba.

— Ciekawy naszyjnik — powiedział w końcu, bardziej dla przełamania ciszy.

Podniosła wzrok znad talerza. Jej spojrzenie było uważne.

— To nie naszyjnik — odparła spokojnie, uśmiechając się. — To przypomnienie

Zapanowała krótka pauza, w której dźwięk muzyki z restauracyjnych głośników wydawał się nagle zbyt wyraźny. Uśmiechnął się lekko, niepewnie, nie wiedząc, czy właśnie usłyszał żart, czy coś znacznie poważniejszego.

— Przypomnienie? O czym? — zapytał z ostrożną ciekawością.

— O tym, że wszystko ma swoją cenę. Nawet to, co wydaje się najprzyjemniejsze.

Na jej ustach znów pojawił się delikatny uśmiech, ale w oczach czaiło się coś innego — chłód, dystans, jakby każde słowo miało ostrze.

Michał odwzajemnił uśmiech, choć tym razem z lekkim zakłopotaniem.

— Brzmi jak coś, co mogłoby wisieć w galerii sztuki albo w kancelarii prawniczej — zażartował, próbując rozładować napięcie.

Skinęła głową, jakby doceniła próbę, ale nie zamierzała mu pomóc.

— Ale wisi na szyi — dodała cicho, wracając spojrzeniem do swojego talerza.

Łukasz siedział obok w milczeniu, czując, jak żołądek zaciska mu się z napięcia. Widział ten klucz, połyskujący w świetle świec. Wiedział, co oznaczał — nie musiała tego mówić. Dla Michała był to tylko elegancki drobiazg, symbol o prawdopodobnym choć wciąż niejasnym znaczeniu. Dla niego — był ciężarem, który wciąż czuł przy każdym ruchu. Cichym, nieustannym przypomnieniem o tym, komu oddał kontrolę.

Po dobrej kolacji, długich rozmowach o życiu, świecie, jedzeniu i więcej niż kilku kieliszkach wina, wieczór zaczął powoli dobiegać końca. Restauracja powoli pustoszała, a światło lamp stawało się coraz bardziej nastrojowe. Michał i Ania, z uśmiechami na twarzach, podnieśli się od stolika.

— To był naprawdę miły wieczór — powiedział Michał, ściskając dłoń Łukasza z przyjazną energią w oczach — Fajnie było was poznać. Mam nadzieję, że jutro się spotkamy. Może na śniadaniu albo gdzieś na spacerze. Okolica podobno jest piękna.

— Zdecydowanie — dodała Anka z serdecznym uśmiechem, przytulając lekko Paulinę.

W jej tonie nie było cienia sztuczności – naprawdę dobrze się czuła w tym towarzystwie. Paulina odwzajemniła uśmiech. Delikatnie dotknęła ramienia Ani, a jej palce musnęły materiał sukienki drugiej kobiety, z niemal wyćwiczoną elegancją.

— Z przyjemnością. Cieszę się, że mieliśmy okazję się poznać — odpowiedziała, jej głos był spokojny i ciepły.

Chwilę po pożegnaniu, również Paulina z Łukaszem opuścili salę, wsiedli do windy i ruszyli korytarzem prowadzącym do ich pokoju. Światło kinkietów odbijało się od drewnianych boazerii i starych, kamiennych ścian, nadając przestrzeni intymny, niemal tajemniczy klimat. Szli powoli. Paulina zbliżyła się do Łukasza i, nie przerywając kroku, wsunęła dłoń pod jego ramię. Jej ciało przylgnęło do jego boku, a zapach perfum – ciężki, zmysłowy, z nutą paczuli i ciepłego bursztynu – zdawał się owijać go niczym miękki szal.

— Wiesz, Łukaszu… — zaczęła miękko, pochylając się nieznacznie w jego stronę — Ten wieczór jeszcze się nie skończył. Mam ochotę na coś więcej.

Jej słowa zabrzmiały jak obietnica, choć nie była pewna, czy bardziej go kusi, czy prowokuje. Milczał przez chwilę, a potem odezwał się cicho.

— Kiedy Michał zapytał o ten kluczyk… miałem wrażenie, że coś przeczuwał. Że domyślił się, co on naprawdę znaczy.

Paulina zaśmiała się krótko, melodyjnie, jakby jego spostrzeżenie ją rozbawiło.

— Och, nie, możesz być spokojny — spojrzała na niego kątem oka. — Michał to tylko ciekawski mężczyzna. Ciekawość to przecież wasz naturalny stan, ale spokojnie… — zatrzymała się na moment i obróciła w jego stronę — na pewno nie wie, co ten klucz otwiera. Ani co zamyka.

Mówiąc to, pochyliła się ku niemu i muskając dłonią jego kroczę, zacisnęła na chwilę palce na jego jądrach.

— I niech tak zostanie — dodała z cieniem uśmiechu — nie wszystko musi być oczywiste. Wystarczy, że ja wiem, do czego służy i co można nim otworzyć.

Zaśmiała się cicho, jakby ta rozmowa była tylko grą, a jej śmiech – nagrodą za jego uległość. Łukasz poczuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej, a jednocześnie przeszył go dreszcz świadomości, że każde słowo i gest są starannie wyważone. Szli obok siebie, powoli, a on czuł jej obecność bardziej niż cokolwiek innego. Paulina wyglądała oszałamiająco. Czarna, gładko układająca się sukienka podkreślała sylwetkę w sposób, od którego trudno było oderwać wzrok. Jej nogi, smukłe, lekko umięśnione i doskonale ukształtowane, rysowały się wyraźnie pod cienkimi, eleganckimi pończochami. Szpilki Louboutina odbijały światło lamp subtelnymi refleksami. A gdy szła, jej krok był tak lekki, jakby sunęła po podłodze, nie dotykając jej naprawdę. Łukasz nie mógł oderwać od niej wzroku. Nagle zatrzymał się. Po prostu – jakby jego ciało przestało słuchać nóg. Paulina zwolniła i odwróciła się. W półmroku jej twarz wyglądała jak wyrzeźbiona – gładka, spokojna, a oczy błyszczały lekko w odbiciu świateł.

— Co się stało? — zapytała, niecierpliwie, choć nie uniosła głosu.

Łukasz zrobił krok, skracając między nimi dystans do kilku centymetrów. Widział z bliska połysk jej ust, delikatnie opływającą linię szyi, a niżej – drobny kluczyk, poruszający się przy każdym jej oddechu. Potem uniósł dłonie. Powoli, z wahaniem – jakby nadal nie dowierzał, że naprawdę może ją dotknąć. I objął ją. Paulina drgnęła, zaskoczona, ale nie odsunęła się. Jej ciało było drobne i lekkie, jak coś zbyt eterycznego, by objąć to naprawdę. Na sekundę położyła dłoń na jego przedramieniu – nie odwzajemniając uścisku, ale go nie przerywając.

— Paulinko… — wyszeptał. Głos miał drżący, pełen emocji. — Chciałem tylko powiedzieć… że przy tobie czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i zrobię wszystko, żebyś też była szczęśliwa. Żebyś… przy mnie czuła się spełniona.

Nie odpowiedziała od razu. Przesunęła palcami po jego karku – powoli, leniwie, jakby badała fakturę jego skóry. Jej dotyk był miękki, a jednak niosący ze sobą coś drapieżnego.

— Wszystko? — zapytała półgłosem, nachylając się tak, że jej włosy musnęły jego policzek.

— Tak — odparł bez chwili wahania. — Naprawdę wszystko.

Zbliżyła usta do jego ucha. Jej oddech był ciepły, pachniał winem.

— Wszystko to duże słowo, Łukaszu — wyszeptała — bardzo duże.

— Wiem — również wyszeptał — i chcę tego.

Uśmiechnęła się a jej uśmiech był jednocześnie zmysłowy i niebezpieczny. Musnęła jego policzek wargami – delikatnie, prawie niewyczuwalnie, jakby tylko zaznaczała, że może to zrobić.

— Dobrze — szepnęła.

Odwróciła się płynnie i ruszyła dalej, w stronę pokoju. Jej krok znów był pewny i lekki, a czerwone podeszwy szpilek błyszczały przy każdym kroku. Łukasz stał przez chwilę w miejscu, patrząc, jak oddala się, z trudem łapiąc oddech.

Gdy weszli do pokoju, atmosfera natychmiast zgęstniała. Spróbował ją objąć, ale delikatnie się odsunęła, a jej wzrok przeszywał go niczym aksamitny sztylet. Była pewna siebie, zmysłowa, całkowicie kontrolująca sytuację.

— Idź się wykąpać — powiedziała tonem nieznoszącym najmniejszego sprzeciwu.

Gdy ukłonił się nieco teatralnie i zniknął za drzwiami łazienki, ona podeszła do komody i w milczeniu zaczęła zapalać świece. W pomieszczeniu zapanował blask, odbijający się w dużym lustrze naprzeciwko łóżka. Usatysfakcjonowana efektem, usiadła na jego brzegu. Zatrzymała palce na miękkiej, hotelowej kołdrze. Przesunęła po niej dłonią — najpierw delikatnie, jakby sprawdzała fakturę, później mocniej, zaciskając materiał między palcami. Splot tkaniny był gęsty i chłodny. Wygładziła go w jedną stronę, potem skrzywiła w drugą, jakby bawiła się nim z lekką, nieuświadomioną nerwowością. Następnie uniosła róg kołdry, obróciła go, jakby próbowała ocenić jego ciężar, a potem oplotła nim dłoń i ścisnęła mocniej, cicho wypuszczając powietrze przez nos. Coś w tym ruchu przypominało próbę zapanowania nad własnym napięciem. Sama była zaskoczona swoją reakcją. Po chwili odłożyła materiał, jakby nic się nie stało, i sięgnęła po telefon. Siedząc idealnie prosto, z jedną nogą założoną na drugą, zaczęła przeglądać wiadomości. Jej twarz wróciła do czegoś, co u niej było neutralnym wyrazem — piękna surowość, pełna kontrola. Drzwi łazienki otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Łukasz wyszedł z lekkim uśmiechem, w hotelowym szlafroku z miękkiej, białej frotte. Był zadowolony, może nawet trochę pewny siebie — ciepła kąpiel uspokoiła go i odsunęła na moment świadomość chłodu metalu między nogami. Stał w progu, lekko oparty o framugę, jak ktoś, kto próbuje wyglądać swobodnie przy kimś, kogo bardzo pragnie. Zmierzyła go powoli wzrokiem. Od stóp, aż po twarz. Jej wzrok był chłodny, obnażający każde jego złudzenie komfortu.

— Zdejmij to — poleciła cicho, tonem bez emocji, nie pozostawiając miejsca na negocjacje.

Uśmiech Łukasza zgasł. Zawahał się tylko przez sekundę — ale dla niej to i tak było wystarczająco długo. Mimo to nie skomentowała. Odwiązał pasek szlafroka, a następnie zsunął go z ramion. Materiał opadł bezgłośnie na podłogę. Teraz stał przed nią nagi, jedynie z chłodną klatką oplatającą jego męskość. W świetle świec jego skóra była lekko zaróżowiona po gorącej kąpieli. Miał szczupłą sylwetkę, z ledwie zarysowanymi mięśniami na torsie — ciało normalnego mężczyzny, dbającego o siebie, ale dalekiego od ideału. Nieco zbyt wiotkie ramiona, delikatnie widoczne żebra przy wdechu, biodra zwężające się łagodnie ku dołowi. W tej surowej ekspozycji było coś najbardziej intymnego — jego kruchość. A może to, że ona widziała tę kruchość jako jedyna. Powoli wstała. Podeszła do niego, jej szpilki miękko uderzały o dywan. Zatrzymała się tuż przed nim, tak blisko, że mógł poczuć dotyk powietrza wokół jej ciała. Powiodła wzrokiem po nim jeszcze raz — długim, nieśpiesznym, jakby oceniała rzeźbę, którą ma zamiar dopiero ulepić.

— Cóż… — uniosła lekko brwi, z odcieniem rozbawienia, jakby właśnie oceniano rzadki eksponat — muszę przyznać, że wyglądasz interesująco w tej klatce.

Powoli uniosła rękę i przyłożyła paznokcie do jego obojczyka — wystarczająco mocno, by poczuł ukłucie. A potem, nie odrywając wzroku od jego twarzy, wbiła je głębiej, przeciągnęła nimi w dół. Na jego skórze natychmiast pojawiły się cienkie czerwone linie. Syknął cicho, ale nie cofnął się. Paulina kontynuowała — jeszcze jedno drapnięcie, krótsze, tuż obok. Potem trzecie, prowadzone w dół mostka, aż do miejsca, gdzie ciasno oplatał go metal klatki. Tam zatrzymała dłoń, lekko dociskając paznokieć do jego skóry, tak aby czuł ostre mrowienie.

— O, właśnie tak — szepnęła z cichą satysfakcją. — Lubię, kiedy ciało reaguje tak szybko.

Delikatnie, niemal pieszczotliwie, przejechała po jednym ze śladów koniuszkiem palca, jakby sprawdzając głębokość.

— Bardzo interesujące — dodała, tym razem z wyraźnie mroczniejszą nutą. Łukasz wstrzymał oddech. Skóra piekła, ale było w tym coś niemal słodkiego, jakby jego ciało błagało o więcej. Jej dłoń zatrzymała się tam, gdzie metal oplatał go ciasno, jak zimna obręcz posłuszeństwa. Pochyliła się nad klatką, jak nad czymś cennym — drobiazgiem, który należał do niej i który mogła oceniać tak długo, jak zechce. Palcem przesunęła po jednym z prętów, wolno, tak wolno, że każdy milimetr tego ruchu palił go od środka. Potem stuknęła paznokciem o stal — jak znak, że testuje nie tylko klatkę, ale jego.

— Zimne, nieustępliwe… — mruknęła. — Dokładnie takie, jakie powinno być, żeby przypominać ci, czego nie możesz. I kto decyduje, kiedy będziesz mógł.

W tej samej chwili zrobiła krok bliżej. Tak blisko, że jej udo, otulone luksusową pończochą w kolorze głębokiej czerni, musnęło jego nagą skórę. Najpierw delikatnie niby przypadkiem — potem wyraźniej, prowokacyjniej, świadomie. Jedwabisty materiał pończochy przesunął się po jego udzie jak elektryczny dotyk, zostawiając po sobie drżenie. Paulina nie odsunęła się. Wręcz przeciwnie — przylgnęła biodrem, jakby sprawdzała, jak bardzo to go rozbraja.

— Widzisz? — szepnęła przy jego uchu.

Jej głos był miękki, ale podszyty wyrafinowaną drapieżnością.

— Twoje ciało reaguje natychmiast, ale stal cię zatrzymuje.

Przesunęła powoli palcem po klatce, potem po jego skórze — od biodra, przez bok brzucha, aż do mostka.

— I właśnie dlatego tak to lubię — ciągnęła, muskając jego udo jeszcze raz, tym razem dłużej — ciepłe, posłuszne ciało i chłodna stal. Idealne połączenie.

Wyprostowała się, jej dłoń pozostała oparta o jego klatkę piersiową, pończocha nadal muskająca jego skórę.

— Bardzo interesujące — powtórzyła, ale tym razem brzmiało to, jak werdykt, jak pieczęć postawiona na czymś, co tylko jej wolno było oceniać.

Złożyła na jego ustach pocałunek – krótki, ale wystarczająco głęboki, aby na chwilę odebrać mu oddech. Objął ją ostrożnie, z tą nadal niepewną, pełną szacunku czułością. Wdychał jej zapach – słodki, pikantny, kobiecy – aż zakręciło mu się w głowie. Metalowy ucisk między nogami pulsował jak przypomnienie o miejscu, jakie zajmuje. Jej dłonie powędrowały do jego karku i wtedy pocałunek zmienił się — z namiętnego w coś bardziej dzikiego, nieokiełznanego. Paulina przylgnęła mocniej, przyciągnęła jego twarz i nagle wbiła zęby w jego dolną wargę. Ostry ból przeciął mu ciało jak błysk. Jęknął – cicho, spontanicznie, zaskoczony, bez żadnej kontroli. Odsunęła się tylko o centymetr. Jej usta uniosły się w łobuzerskim, zmysłowym uśmiechu, w którym było i rozbawienie, i satysfakcja, i dokładne świadome zbadanie jego reakcji.

— Słodko jęczysz, wiesz? — mruknęła, dotykając opuszkiem palca miejsca, które przed chwilą ugryzła. — Chyba będę chciała tego jeszcze posłuchać sobie.

W jej oczach zatańczył błysk – mocny, pewny siebie, prowokacyjny. Potem obróciła się lekko, odgarnęła włosy na jedno ramię i wypowiedziała to tak naturalnie, jakby prosiła o podanie kubka z herbatą:

— Rozepnij mi sukienkę.

Stanęła tyłem, odsłaniając kark — smukły, gładki, chłodny jak porcelana. Nie musiała nic więcej mówić. Łukasz uniósł rękę i, z wyczuwalnym napięciem, ujął suwak sukienki. Delikatnie, powoli, jakby każde przesunięcie miało znaczenie, rozsuwał go w dół. Materiał opadał miękko, odsłaniając najpierw wąskie łopatki, potem linię pleców — prostą, idealnie wyważoną, niemal posągową. Kiedy sukienka zsunęła się całkowicie, odsłoniła jej ciało. Paulina była inna. Zupełnie inna od kobiet, które poznał. Jej ciało miało w sobie coś dziewczęcego — niewielkie, jędrne piersi, które podkreślał misterny koronowy stanik z cienkiej siateczki, bardziej sugerujący kształt niż go ujawniający. Żadnych pełnych bioder, żadnych zbyt zaokrąglonych linii. I była zaskakująco umięśniona. W sposób subtelny. Piękny. Naturalny. Na jej ramionach, brzuchu, udach widać było wyraźnie zarysowane mięśnie — nie masywne, lecz takie, które zdradzały dyscyplinę, sprawność, ukrytą siłę. To były mięśnie biegaczki, tancerki, wojowniczki w jednym. I wszystkie te cechy tylko potęgowały jej filigranowość, zamiast ją odbierać. Do tego pończochy o satynowym połysku, idealnie przylegające do jej smukłych nóg. Szeroki, koronkowy pas — luksusowy, misterny — oplatający jej talię jak tajemnica. Każdy element stroju działał nie osobno, ale jako część hipnotycznej całości. Przeciągnęła dłonią po własnym biodrze, jakby mimochodem, jednak ten ruch był zbyt płynny, zbyt pewny siebie, by mógł być przypadkowy. W lustrze naprzeciwko dostrzegła jego spojrzenie — głębokie, wstrzymujące oddech, pełne niemej adoracji. Uniosła kącik ust w tym swoim znanym, lekko cynicznym uśmiechu. Władczym. Pewnym siebie. Obłędnie uwodzicielskim.

— Lubię, kiedy tak na mnie patrzysz — powiedziała cicho, tonem, który przeszedł mu przez kręgosłup jak prąd. Łukasz uniósł rękę powoli, prawie niepewnie, próbując dotknąć jej biodra — tylko musnąć koronkę, skórę pod nią, choćby przez ułamek sekundy.

Zatrzymała go natychmiast. Jej palce zacisnęły się na jego nadgarstku i odprowadziły dłoń w dół — tak, że nie było wątpliwości, kto tu decyduje.

— Spokojnie. Łukaszu, musisz sobie najpierw zasłużyć.

Nachyliła się do niego lekko, jej włosy musnęły jego ramię.

— A ty… — spojrzała mu prosto w oczy, z tym swoim ciepłym, ale niebezpiecznie pewnym uśmiechem — tobie tylko wydaje się, że już możesz.

Pozwoliła, by jego dłoń opadła swobodnie przy udzie. Dotknęła jego policzka — już bez odpychania, teraz jakby nagradzała go za to, że posłuchał.

— Wiem, jak bardzo tego chcesz. To widać.

Jej wzrok zsunął się w dół, w stronę klatki, która błysnęła w świetle świec.

— Ale teraz możesz sobie tylko wyobrażać, jak gładką mam skórę…

Przesunęła dłonią po własnej talii, leniwie, jakby robiła to tylko dla własnej przyjemności.

— …i jak bardzo ciepła jestem pod tą koronką…

Jej głos stał się niższy, prawie szeptała.

— Ale to jeszcze nie jest dla ciebie.

Zrobiła krok w tył, jakby świadomie wyjmując siebie z jego zasięgu.

— Najpierw zasłuż sobie.

Odwróciła się tak, że jej włosy i pończochy zatańczyły w półmroku.

— A wtedy… wtedy może pozwolę ci sprawdzić, co teraz tylko dopowiada ci wyobraźnia.

Powoli ułożyła dłoń na własnym biodrze, tuż przy koronce pasa do pończoch, przesuwając palcami po delikatnej, napiętej skórze. Ten ruch był czystą prowokacją — świadomą, wyrachowaną, nieśpieszną. A potem spojrzała na niego w lustrze. Prosto w oczy. Z tą samą, spokojną pewnością, która wcześniej potrafiła zamrozić mu krew i jednocześnie ją rozpalić.

— Widzisz? — musnęła lekko koronkę stanika, jakby prezentowała mu coś, czego i tak nigdy nie dotknie.

— Wszystko jest tak blisko, tuż obok. Tak blisko, że aż boli.

Zrobiła krok w jego stronę — powolny, miękki — aż jej ciało niemal go dotykało. Była tak blisko, że poczuł ciepło jej skóry. A potem, zupełnie bez uprzedzenia, wsunęła palec w przerwę między metalową klatką a jego skórą. Pociągnęła lekko. Nie bolało, ale upokorzyło. Dogłębnie.

— To — powiedziała upiornie spokojnie — przypomina ci, gdzie jest twoje miejsce.

Drugą dłonią przejechała mu po biodrze, aż do wnętrza uda — tam, gdzie skóra była najbardziej wrażliwa, gdzie ciało chciało drgnąć, zareagować, ale nie mogło.

— Całe twoje podniecenie — jej palce musnęły metal, powodując, że jego oddech urwał się — całe twoje pragnienie, cała męskość nie należy już do ciebie.

Zbliżyła usta do jego ucha tak blisko, że poczuł jej oddech.

— Jest zamknięta. Zatrzaśnięta. I posłuszna mi — tak jak ty teraz jesteś.

Odchyliła się o centymetr i dodała z lodowatą słodyczą:

— Więc patrz, Łukaszu. Podziwiaj mnie. Drżyj. I pamiętaj, że nigdy nie masz prawa na więcej, niż ci pozwolę.

— Paulinko… ja…

Zaczerpnął gwałtowny oddech, jakby mówił coś, co powinno zostać w nim.

— Nigdy tak się nie czułem. Ty… ty działasz na mnie jak nikt. Ja zaraz pęknę… rozerwę tę klatkę, przysięgam. Tak bardzo cię pragnę.

Powoli przechyliła głowę, jakby sprawdzała, czy naprawdę to usłyszała.

— Rozerwiesz? — powtórzyła chłodno, z wyraźną nutą drwiny.

Jej palce uniosły się do metalu. Dotknęła klatki — lekko, obojętnie.

— To stal, Łukaszu — powiedziała spokojnie. — Mocna. Niezawodna. Dlatego ją wybrałam. Spojrzała mu w oczy.

— Zdecydowanie mocniejsza niż ciało, które rozpaczliwie próbujesz teraz napinać.

Przesunęła paznokciem po jednym z metalowych prętów — dźwięk był cichy, ale tak zimny, że aż zadrżał.

— Ta klatka nie pęknie od twojego pragnienia — dodała. — Ale ty… ty pękasz już teraz. I nawet nie potrafisz tego ukrywać.

Zbliżyła twarz do jego policzka, tuż przy uchu.

— Mężczyźni zawsze myślą, że ich siła coś znaczy, a potem zderzają się z czymś twardszym i nagle okazuje się, jak krucha jest ich determinacja. Pragnienie cię nie usprawiedliwia, ono tylko odsłania, jak bardzo jesteś na mojej łasce.

Cofnęła się o krok, powolnym, pewnym ruchem. W jej oczach była zimna świadomość swojej przewagi.

— Pamiętaj — dodała, wskazując ruchem głowy na metal między jego nogami. — Tu nie ma miejsca na fantazje o sile. Tu liczy się tylko posłuszeństwo.

Wskazała mu palcem na łóżko. Przesunął się na miękką kołdrę i położył na plecach. Paulina podeszła za nim. Gdy dotarła do łóżka, usiadła na jego brzegu, po czym płynnym ruchem wspięła się na niego i usiadła okrakiem mu na brzuchu. Poczuł jej ciężar — zaskakująco lekki, ale jednocześnie stabilny i zdecydowany. Uda Pauliny, otulone delikatnymi pończochami, były sprężyste, twarde i wyćwiczone. Jej pośladki ułożyły się na nim pewnie, niemal jakby obejmowała go ciałem w sposób naturalny, biorący w posiadanie. Jej dłonie sunęły powoli wzdłuż jego torsu, badając go z nieśpieszną dokładnością. Przeszła z klatki piersiowej na szyję, potem przesunęła po policzkach, aż w końcu wsunęła palce w jego włosy i lekko je pociągnęła, jakby sprawdzała reakcję. Pochyliła się tak blisko, że jej oddech musnął jego usta.

— Jesteś gotowy? — zapytała, patrząc mu prosto w oczy.

Łukasz poczuł, jak klatka na jego męskości przypomina mu o własnej bezsilności, ale mimo to wydusił:

— Zawsze… i na wszystko.

Pocałowała go intensywnie, niemal brutalnie w swojej namiętności. Łukasz odruchowo uniósł dłonie i próbował objąć jej biodra, jakby potrzebował jej bliskości bardziej niż powietrza. Natychmiast przerwała pocałunek. Jednym zdecydowanym ruchem chwyciła jego nadgarstki i przycisnęła je do materaca.

— Nie tak szybko, mówiłam już. Ręce przy sobie.

Patrzyła na niego z góry, wciąż siedząc na nim pewnie, a on zrozumiał, że w tej pozycji nie tylko leżał pod nią. On do niej należał. Frustracja narastała, a klatka stała się wyraźniejszym, niemal bolesnym przypomnieniem jego podporządkowania. Oddychał ciężej.

— Paulinko… ja naprawdę zaraz nie wytrzymam — wychrypiał, czując, jak głos mu się łamie. — Proszę… zdejmij mi tę klatkę…

Zatrzymała się nad nim, jakby naprawdę chciała wysłuchać prośby. A potem zaśmiała się — cicho, krótko, z wyraźną nutą szyderczej przyjemności.

— Och, Łukaszu… — westchnęła teatralnie.

— Ty naprawdę myślisz, że to tak działa? Że zdejmę Ci to?

Nachyliła się nad nim wolno, jakby chciała dać mu czas, żeby poczuł wszystko. Jej włosy zsunęły się z ramienia i opadły miękko na jego tors, muskając go w sposób, który sprawił, że jego ciało napięło się jak struna. Przesunęła palcami po jego brzuchu, potem nagle zmieniła ruch — zamiast głaskać, wbiła paznokcie zostawiając krótkie, drgające ślady.

— Jak bardzo mnie pragniesz? — zapytała, przeciągając słowa jak miękką jedwabną tkaninę.

— Bardziej niż… niż cokolwiek… kogokolwiek — wyszeptał, próbując odzyskać oddech.

Uniosła brwi, jej uśmiech stał się chłodniejszy.

— To nie odpowiedź, Łukaszu. To banał.

Zsunęła dłonie niżej, bliżej klatki, ale nie dotknęła jej. Zatrzymała się tuż nad metalem, tak że bliskość jej dłoni drażniła go bardziej niż jakikolwiek kontakt.

— Spróbuj jeszcze raz — powiedziała miękko. — Jak bardzo?

— Paulina… ja… pożądam cię, pragnę cię — wydusił.

Zareagowała krótkim parsknięciem śmiechu, jakby usłyszała coś wyjątkowo naiwnego.

— Pożądasz? — powtórzyła, przeciągając dźwięk. — Wszyscy tak mówicie.

Potem przejechała paznokciem po jego piersi, zostawiając za sobą cienką linię, i nachyliła się jeszcze bliżej, tak że jej włosy znów opadły mu na skórę.

— Mówisz ładnie, ale wciąż nie przekonująco — szepnęła mu do ucha, muskając wargami jego skórę.

— Ja pytam, jak bardzo.

Łukasz przełknął ślinę, jego oddech był już nierówny.

— Zrobię dla ciebie wszystko — wydusił w końcu. — Naprawdę wszystko.

Odchyliła się, jakby chciała dokładnie obejrzeć jego twarz. W jej oczach pojawił się błysk — nie czułości, lecz triumfu.

— Wszystko? — powtórzyła miękko, przeciągając ostatnią sylabę. — Na pewno to powiedziałeś?

Pochyliła się nad nim ponownie, dotknęła opuszkiem palca jego dolnej wargi, a potem lekko przytrzymała jego brodę, zmuszając go do patrzenia prosto w jej oczy.

— Chcę to usłyszeć jeszcze raz — zażądała, już bez śladu żartu w głosie. — I lepiej żeby to brzmiało prawdziwie.

— Z-zrobię wszystko — powtórzył, tym razem ciszej, głębiej, jak wyznanie. — Cokolwiek zechcesz.

Na jej twarzy pojawił się powolny, znaczący uśmiech — ten, który sprawiał, że czuł się jednocześnie wybrany i zgubiony.

— Tak. Teraz zabrzmiało lepiej — mruknęła, jakby satysfakcjonował ją jego ton bardziej niż same słowa.

A potem, niespodziewanie, zsunęła się z jego ciała, przeciągając palcami po jego torsie jak po instrumencie, który właśnie przestała grać. Stanęła przy łóżku, patrząc na niego z góry — dominująca, kontrolująca sytuację do ostatniego oddechu.

— Chyba jeszcze nie wiesz, czego naprawdę chcesz — powiedziała z lekkim rozbawieniem, jakby naprawdę go żałowała. — A kiedy już się dowiesz może pozwolę ci to powiedzieć raz jeszcze.

Odwróciła się, jakby miała odejść. Łukasz poderwał się na łokciach.

— Paulinko… proszę… wróć.

Zatrzymała się. Obejrzała przez ramię. Jej uśmiech był powolny, przewrotny, niepokojąco pewny siebie.

— Spokojnie… — powiedziała miękko. — Czekaj grzecznie.

Mrugnęła do niego z subtelną drwiną, jakby właśnie wypuściła go z niewidzialnego uścisku tylko po to, by poczuł, że nadal jest całkowicie w jej władzy. Wciąż uśmiechając się z zadowolenia, sięgnęła do walizki. Wyjęła z niej niewielką, elegancką skrzyneczkę, którą położyła na brzegu łóżka. Otworzyła ją, a jej zimny wzrok nie opuszczał Łukasza. Z wnętrza wyjęła powoli, jakby celebrując tę chwilę, kajdanki – stalowe, połyskujące w migoczącym świetle świec.

— Ręce – powiedziała beznamiętnym głosem.

Wiedział, że nie ma wyboru, czuł, jak serce bije mu coraz szybciej. Paulina, z zimną precyzją, przypięła jego nadgarstki do metalowej ramy łóżka. Stalowe obręcze zacisnęły się wokół jego rąk, unieruchamiając go. Z satysfakcją patrząc na swoją pracę, przez chwilę milczała, pozwalając, by świadomość jego bezradności w pełni do niego dotarła. Potem spojrzała mu w oczy, widząc w nich mieszankę napięcia, podniecenia i niepewności.

— Teraz nigdzie mi nie uciekniesz – dodała chłodno.

Wciąż patrząc na niego, z zimnym uśmiechem, ponownie usiadła na jego brzuchu, teraz jeszcze bardziej zadowolona z jego bezbronności. Jej dłonie delikatnie spoczęły na jego torsie, a jej spojrzenie było pełne zmysłowej prowokacji.

— Czy wiesz, co jeszcze mam w tej skrzyneczce? — zapytała zalotnie, przesuwając dłonią po jego klatce piersiowej.

Spojrzał na nią z mieszanką niepewności i ciekawości.

— Nie wiem… — odpowiedział cicho, próbując odgadnąć, co miała na myśli.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, nachylając się niżej, tak że ich twarze były bardzo blisko siebie. Jej oczy błyszczały, gdy wypowiedziała kolejne słowa.

— Różne przedmioty — zaczęła, jej głos był pełen wyczuwalnej grozy – które są tylko po to, aby zadawać ci ból. Dużo bólu. Tak jak lubię.

Te ostatnie słowa wypowiedziała powoli, niemal sycząc, jakby chciała, żeby jego pełne znaczenie wniknęło głęboko w jego świadomość.

Łukasz poczuł, jak te słowa przenikają przez niego, wywołując mieszankę strachu i podniecenia.

Nachyliła się niżej, tak że jej twarz znalazła się tuż przy jego klatce piersiowej. Spojrzała na niego z zmysłowym uśmiechem, a potem powoli przesunęła dłońmi po jego torsie, skupiając się na jego sutkach. Zaczęła delikatnie bawić się nimi, najpierw lekko dotykając, a potem pocierając i szczypiąc swoimi ostrymi paznokciami, jakby testując jego reakcję. Łukasz poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach, a każdy jej dotyk wywoływał w nim falę intensywnych emocji. Pochyliła się jeszcze bliżej, po czym zaczęła całować jego sutki, delikatnie muskając je swoimi miękkimi ustami. Jej pocałunki były czułe i pełne zmysłowości. Po chwili dotknęła sutków językiem, przesuwając nim powoli, wywołując u niego jeszcze silniejsze doznania. Czuł, jak jego ciało reaguje na każdy jej ruch, nie mogąc ukryć rosnącego napięcia i podniecenia. Obserwując jego reakcję, uśmiechnęła się lekko, a potem delikatnie przygryzła jego sutki, na zmianę, wywołując w nim mieszankę przyjemności i lekkiego bólu. Obserwując jego reakcje sięgnęła do skrzyneczki. Z tajemniczym uśmiechem na ustach wyjęła z niej zestaw klamer.

— Czas na coś nowego – powiedziała cicho, patrząc mu prosto w oczy.

Poczuł strach przed nieznanym. Powoli, przypięła pierwszą klamrę. Metalowa powierzchnia była zimna, a moment, w którym zacisnęła się na jego skórze, wywołał ból. Widząc jego twarz, uśmiechnęła się szerzej, czekając, aż w pełni poczuje efekt jej działań. Następnie przypięła drugą klamrę, równie starannie, i obserwowała, jak jego ciało reaguje na nową sytuację. Jej oczy błyszczały z zainteresowania, gdy patrzyła na niego, grymasom bólu, które malowały się na jego twarzy.

— No i jak? zapytała z delikatnym, ale wyczuwalnym zadowoleniem w głosie, jakby chciała usłyszeć, co czuje.

Łukasz, choć w jego głosie drżał ślad bólu, odpowiedział cicho:

— To… intensywne, Paulinko.

Usatysfakcjonowana jego reakcją, lekko przechyliła głowę, jakby analizując tę odpowiedź, jej palce dotknęły zacisków Bez ostrzeżenia zaczęła nimi poruszać, najpierw delikatnie, potem coraz mocniej, wywołując nagły przypływ bólu. Metalowe klamry zaciskały się na wrażliwej skórze. Łukasz, nie mogąc się powstrzymać, pojękiwał z bólu, a jego oddech stał się ciężki i nierówny. Czuł, jak ból przeszywa jego ciało, wywołując jednocześnie falę intensywnych emocji. Każdy ruch Pauliny, każdy lekki skręt klamer, potęgował jego doznania, sprawiając, że zaczął szybko oddychać, przez zaciśnięte zęby. Patrzyła przez niego przez chwilę z zaciekawieniem po czym powoli uwolniła go. Gdy metalowe szczypce puściły skórę, poczuł gwałtowny ból – jakby jego ciało nagle odzyskało krążenie, a uścisk pozostawił po sobie intensywne pieczenie. Zasyczał z bólu, a jego ciało mimowolnie drgnęło pod jej dotykiem. Paulina obserwowała jego reakcje z wyraźnym zadowoleniem. Ponownie sięgnęła do skrzyneczki i wyjęła kolejny zestaw klamer. Te nowe były większe, bardziej masywne, z dodatkowym mechanizmem zaciskającym. Ich końce miały drobne ząbki, które miały na celu zwiększenie bólu przy każdym ruchu. Metal lśnił w migoczącym świetle świec, a Paulina, trzymając je w rękach, uśmiechnęła się chłodno.

— Te będą o wiele bardziej… intensywne jak to nazwałeś — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Zobaczymy, jak sobie z nimi poradzisz.

Powolnym ruchem przypięła pierwszą klamrę. Łukasz natychmiast poczuł, jak ból przeszył jego ciało – ostry, głęboki, zupełnie inny niż wcześniej. Ząbki wbijały się w jego skórę, wywołując uczucie, jakby były częścią jego ciała. Krzyknął cicho, nie mogąc powstrzymać się od głośniejszej reakcji, a jego ciało instynktownie próbowało unikać bólu. Paulina, z wyraźną satysfakcją, przypięła drugą, a ból natychmiast się podwoił. Zaczął pojękiwać, jego oddech stał się ciężki i nierówny. Czuł, jak każdy najmniejszy ruch tych klamer przynosił mu falę ostrego, przenikliwego bólu, który sprawiał, że ledwo mógł utrzymać kontrolę nad swoim ciałem. Lecz choć jego ciało przeszywał intensywny ból, nie mógł oderwać wzroku od Pauliny. W blasku świec jej piękno wydawało się wręcz nienaturalne, jakby była istotą z innego świata. Jej włosy lśniły, a oczy błyszczały tajemniczym blaskiem, który tylko potęgował jego fascynację. Jej sylwetka, podkreślona przez elegancką bieliznę, wydawała się wręcz hipnotyzująca. Jednak ból, który promieniował z jego sutków, był tak intensywny, że trudno było mu skupić się na czymkolwiek innym. Jego myśli, choć próbowały znaleźć ukojenie w pięknie kobiety, co chwila były przerywane falami, które odbierały mu oddech i zdolność do jakiejkolwiek koncentracji. Każde poruszenie klamer, choćby najmniejsze, sprawiało, że jego ciało reagowało gwałtownie, a jego umysł był rozrywany między podziwem a cierpieniem. Jej oczy błyszczały z rozbawienia, a na twarzy pojawił się uśmiech pełen satysfakcji. Powoli wyciągnęła dłonie w kierunku zatrzasków i zaczęła je odpinać. Każde odpięcie powodowało, że ból rozlewał się po jego ciele na nowo, jeszcze bardziej intensywny niż wcześniej. Łukasz zasyczał z bólu, jego ciało całe napięło się. Paulina, sięgnęła do skrzyneczki po kolejne klamry. Te, które teraz wyjęła, były jeszcze większe, jeszcze cięższe i bardziej skomplikowane. Wykonane z ciemnego metalu, miały ostre ząbki na końcach, które przy każdym ruchu mogły jeszcze głębiej wbijać się w skórę, zadając intensywny ból. Były również wyposażone w małe, ale mocne sprężyny, które zwiększały nacisk, nie pozwalając na żadną ulgę, gdy już się zacisnęły.

— Te klamry — zaczęła wyraźnym zadowoleniem w głosie — są dla prawdziwych twardzieli. Zobaczymy, jak sobie z nimi poradzisz, Łukaszu. Jesteś twardzielem? A może mięczakiem? Nie lubię mięczaków, mówiłam ci już o tym?

Z precyzją i bardzo wolno, co miało na celu zbudowanie jeszcze większego napięcia, przypięła pierwszą z nich. Metalowe ząbki wbiły się w skórę, a sprężyna natychmiast zaciągnęła mechanizm, powodując, że ból był ostry i przenikliwy. Łukasz krzyknął cicho, nie mogąc powstrzymać reakcji, jego ciało napięło się pod wpływem gwałtownego odczucia. Paulina natychmiast zareagowała. Szybko pochyliła się nad nim, przykładając palec do jego ust, aby go uciszyć. Jej dotyk był chłodny i stanowczy, a w jej oczach błyszczała wyraźna satysfakcja

— Ciii… nie tak głośno — powiedziała złośliwie, patrząc mu prosto w oczy. — Nie chcesz przecież, żeby ktoś usłyszał…. prawda?

Następnie, z taką samą precyzją, przypięła drugą klamrę. Ból, który przeszył jego ciało, był jeszcze bardziej intensywny, a Łukasz poczuł, jak trudniej mu oddychać. Każdy oddech wydawał się wysiłkiem, który tylko pogarszał odczucie bólu. Paulina patrzyła na niego z fascynacją, jakby studiowała każdy grymas na jego twarzy, każdą reakcję na ból, który mu zadawała. Jej oczy błyszczały z zainteresowania i satysfakcji, a uśmiech nie znikał z jej twarzy. Widząc, jak Łukasz zmaga się z bólem, zauważyła, że cała sytuacja zaczyna ją coraz bardziej podniecać. Jej oddech stał się głębszy, a spojrzenie jeszcze bardziej intensywne. Poprawiła pozycję na jego brzuchu, ściskając go udami, jakby chciała go jeszcze bardziej unieruchomić i poczuć pełnię władzy nad jego ciałem. Czując jak jej nogi zaciskają się wokół niego, zaczął cicho jęczeć, a ból i bezsilność zaczęły go przytłaczać. Łzy zaczęły spływać po jego policzkach…. W desperacji spojrzał na Paulinę i z trudem zaczął prosić:

— Paulinko, proszę… zdejmij to ze mnie… to za dużo… proszę…

Uśmiechnęła się lekko, w jej oczach błyszczała mieszanka podniecenia i złośliwej satysfakcji. Nachyliła się nad nim, tak że ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie, a jej głos był pełen zimna, gdy wydała polecenie.

— Dobrze, licz do pięćdziesięciu i zdejmę.

Drżąc z bólu, zaczął liczyć. Każde kolejne liczby wychodziły z jego ust z prędkością karabinu, a łzy płynęły coraz mocniej. Ból wydawał się nie mieć końca, a każdy oddech był dla niego wysiłkiem. Mimo to kontynuował, desperacko licząc, by osiągnąć upragnioną ulgę. Nagle przejęzyczył się, w pośpiechu zamiast trzydzieści powiedział trzynaście. Paulina uniosła dłoń i powiedziała chłodno:

— Pomyliłeś się, licz od początku!

Łukasz aż zajęczał,

— Paulinko, błagam…. nie dam rady …

— Licz! — Jej glos był zimny i surowy.

Gdy w końcu dotarł do pięćdziesięciu, Paulina, wciąż obserwując go z góry, powoli sięgnęła do zacisków. Jednym szybkim ruchem zaczęła je zdejmować, co wywołało kolejną gwałtowną falę bólu, jakby nagłe uwolnienie tylko spotęgowało intensywność odczuć. Łukasz krzyknął, ale zanim zdążył złapać oddech, poczuł, jak usta Pauliny dotykają jego sutków. Natychmiast zaczęła lizać jego sutki, delikatnie, ale z wyraźną intensywnością, starając się złagodzić ból, który mu zadała, ale jednocześnie dodając nowy wymiar doznania. Jej język przesuwał się po skórze, tam gdzie wcześniej były klamry, a jej ruchy były pełne delikatnej zmysłowości. Mieszanka ulgi i przyjemności łączyła się w nim z resztkami bólu, który jeszcze przed chwilą był tak intensywny. Z zadowoleniem i uśmiechem na twarzy, wstała z Łukasza, zostawiając go leżącego na łóżku w stanie półświadomości. A on, wciąż dochodząc do siebie po intensywnych doznaniach, nie mógł oderwać od niej wzroku. Patrzył na nią z fascynacją, jak odchodzi w stronę lodówki, a jego oczy śledziły każdy jej ruch. Wyglądała oszałamiająco. Przez lekko przezroczysty materiał majtek zarysowywały się subtelne linie jej pośladków, co tylko potęgowało wrażenie doskonałego piękna. Poczuł, jak jego serce znowu zaczyna bić szybciej na widok jej ciała, a myśli, choć wciąż rozproszone, skupiły się na tym jednym obrazie – Paulinie, która właśnie sięgała do niewielkiej, hotelowej lodówki. Wróciła z kostką lodu w dłoni. Jej spojrzenie było pełne obietnicy, a w jej oczach błyszczała mieszanka czułości i zadowolenia. Przechyliła głowę, patrząc na mężczyznę, który leżał przed nią, nadal pod wrażeniem jej piękna i tego, co przed chwilą przeżył.

— Chcę ci trochę ulżyć, powiedziała cicho, ale z wyraźnym podtekstem, który zapowiadał kolejne doznania. Wspięła się z powrotem na łóżko, siadając na nim powoli i zmysłowo. Jej ciało delikatnie dotknęło jego, a Łukasz poczuł, jak jej obecność wywołuje nową falę napięcia i ucisk w klatce. Wciąż uśmiechając się przyłożyła kostkę lodu do jego obolałych sutków. Chłód rozlał się po jego skórze, przynosząc nagłą ulgę, ale jednocześnie dodając nowy, intensywny bodziec do jego już i tak rozgrzanego ciała. Jej ruchy były powolne, jakby chciała, żeby każda chwila trwała jak najdłużej.

— Czujesz, jak to chłodzi? Jaką przynosi ulgę? – zapytała, przesuwając kostkę lodu po jego skórze.

Nie czekała na odpowiedź. Drugą ręką sięgnęła do jego szyi i zaczęła powoli przesuwać paznokciem w dół — przez obojczyk, klatkę piersiową — aż znów dotarła do podrażnionych, zaczerwienionych miejsc. Każde muśnięcie było jak przeciągnięcie ostrza: kontrolowane, zimne, nieuniknione.

— Taki wrażliwy… a jednak tak dzielny — szepnęła, nachylając się bliżej, jakby chciała obejrzeć każde drgnięcie mięśnia pod jego skórą.

W jej głosie pojawiła się nuta, która natychmiast wbijała mu się w brzuch: mieszanina złośliwości i obietnicy. Ponownie przycisnęła do jego sutka kostkę lodu. Łukasz wstrzymał oddech. Jego ciało naprężyło się natychmiast.

— Och, widzę to — szepnęła z rozbawieniem. — Zdajesz sobie sprawę, że gdy dzielnie znosisz ból, próbujesz mi zaimponować?

Nie odsunęła lodu. Obracała go powoli, dokładnie, aż skóra wokół zsiniała.

— Chciałeś pokazać, jaki jesteś twardy, prawda? — zapytała tonem, jakby prowadziła z nim zajęcia z psychologii, a nie torturowała kostką lodu. — Zastanawiam się… na pewno jesteś z siebie dumny?

Jej słowa wślizgiwały mu się pod skórę tak samo jak zimno. Upokarzały i podniecały jednocześnie.

— P-paulino… j-ja… — wyjąkał.

— Ciii — przerwała mu, przykładając palec do jego ust. — Nie musisz się tłumaczyć. Doskonale wiem, co czujesz.

Pochyliła się jeszcze bliżej, tak że jej włosy musnęły jego ramię, a pończocha otarła się o jego bok.

Jej głos stał się jedwabisty, obłędnie spokojny.

— Jestem warta tego, prawda? — szepnęła. — Warta bólu. Warta wysiłku. Warta każdej twojej minuty cierpienia.

Zjechała lodem po jego torsie, zostawiając mokry, zimny ślad. Drugą dłonią ścisnęła jego brodę, zmuszając go, by spojrzał w jej oczy.

— Powiedz mi — dodała cicho, drażniąco. — Dasz radę więcej, prawda? Nie zawiedziesz mnie? Oddychaj spokojnie — wyszeptała, delikatnie muskając językiem jego dolną wargę, ale nie całując go jeszcze.

Kolana mocniej zacisnęły się wokół jego bioder. Czuł jej ciepło, czuł ciężar, czuł zapach – ale nie mógł nic zrobić. Kajdanki wciąż trzymały jego ręce unieruchomione. Klatka nie pozwalała mu na żadną ulgę. Jedyne, co mu pozostawało, to poddać się tej chwili i czekać, aż Paulina zdecyduje, co będzie dalej. A ona odstawiła resztę lodu na talerzyk obok łóżka, po czym przesunęła dłonią po jego brzuchu, niżej, zatrzymując się tuż przy klatce. Przez chwilę tylko patrzyła, obserwując, jak jego ciało napina się pod jej dotykiem. Potem lekko stuknęła paznokciem o klatkę.

— Słyszałeś to? — zapytała półgłosem, uśmiechając się. — To dźwięk twojej uległości. Dźwięk, który mówi, że nie należysz już do siebie.

Nie odpowiedział. Tylko patrzył, oddychając nierówno. Przesunęła się jeszcze niżej, rozkładając dłonie na jego udach i całując je lekko, od wewnętrznej strony. Jej usta były ciepłe i miękkie, ale każde ich zetknięcie z jego skórą było jak zapowiedź czegoś znacznie mocniejszego.

Gdy spojrzała w górę, jej twarz oświetlona była światłem świec. Uśmiechnęła się szeroko – tym razem bez złośliwości, lecz z czystym triumfem.

— Pamiętaj, że wszystko, co dzieje się teraz dzieje się tylko dlatego, że ja na to pozwalam i mam na to ochotę.

Nie zmieniając wyrazu twarzy, odchyliła się lekko. Sięgnęła do stanika i poprawiła jego miseczkę, która lekko przesunęła się na piersi, odsłaniając odrobinę więcej ciała, niż chciała mu pokazać. Jej gest był powolny, prowokujący — ale w tym wszystkim pozbawiony czułości. To nie była kokieteria. To była demonstracja władzy nad własnym ciałem i nad jego spojrzeniem. Pociągnęła delikatnie za ramiączko, wygładzając je na ramieniu, jakby robiła to wyłącznie dla siebie. Dopiero po chwili spojrzała na Łukasza.

— Chcesz, żebym cię jeszcze pocałowała? — zapytała cicho, tonem tak spokojnym, że aż mroził. Jakby pytała o coś banalnego. Jakby doskonale wiedziała, że na sam dźwięk jej głosu zrobi się całkowicie bezbronny.

Łukasz tylko skinął głową, czując jak całe jego ciało domaga się jej bliskości.

— Powiedz to. — Jej głos był stanowczy.

— Tak, Paulinko… bardzo chcę. Proszę, pocałuj mnie.

Nachyliła się nad nim, ujęła jego twarz w dłonie i złożyła na jego ustach długi pocałunek. Tym razem był to pocałunek, który nie pozostawiał wątpliwości – kto tu panuje, a kto się poddaje. Zakończyła go lekkim przygryzieniem jego wargi. Następnie zaczęła delikatnie ocierać się o jego ciało, ściskając go mocno udami, jakby chciała zwiększyć intensywność napięcia, które między nimi narastało. Łukasz czuł, jak jej ciało porusza się nad nim, a jednocześnie, jak ucisk klatki staje się coraz bardziej nie do zniesienia. Wreszcie, z trudem łapiąc oddech, spojrzał na nią i powiedział, jego głos drżał, ale miał w sobie nutę kokieterii:

— Paulinko… jesteś okrutna.

Zatrzymała się na chwilę, patrząc na niego, jakby jego słowa były dla niej wyjątkowo zabawne. Jej uśmiech poszerzył się, a w oczach błysnęła nuta triumfu.

— Okrutna? zapytała z udawanym zdziwieniem, po czym zbliżyła twarz do jego, tak że ich usta niemal się stykały. — Może i jestem okrutna, ale widzę, że to lubisz.

Łukasz, patrząc na nią z mieszaniną bólu i podniecenia, wyszeptał:

— Jesteś… nie potrafię ci się oprzeć i… kocham cię.

— Kochasz mnie, mimo że jestem okrutna? szepnęła z lekką drwiną w głosie. A może właśnie dlatego?

— Tak… nie…. to znaczy… kocham — wyszeptał, jego głos był pełen szczerości. — Kocham cię właśnie za to, kim jesteś…

Uśmiechnęła się z zadowoleniem, patrząc na mężczyznę, który… właśnie kilkukrotnie wyznał jej miłość.

— Czas na ból — oznajmiła spokojnym, niemal obojętnym głosem, który kontrastował z wcześniejszymi czułościami.

Sięgnęła do skrzyneczki i wyjęła kolejny zestaw klamer. Te były jeszcze bardziej przerażające niż poprzednie. Ich stalowe szczęki były szeroko otwarte, gotowe do zadania maksymalnego bólu. Powoli przypięła pierwszą klamrę do jednego z sutków Łukasza. Kiedy metalowe kolce wbiły się w jego skórę, ból był natychmiastowy i ostry, jakby tysiąc igieł wbijało się w jedno miejsce. Wydał z siebie zdławiony jęk i zaczął wić się pod wpływem intensywnego bólu, który przeszył jego ciało. Widząc jego reakcję, z uśmiechem sięgnęła po drugą klamrę i równie powoli przypięła ją do drugiego sutka. Ból podwoił się, a Łukasz zaczął drżeć z bólu, nie mogąc opanować odruchu szarpania się na łóżku. Jego ciało instynktownie próbowało uciec od źródła bólu, ale kajdanki i obecność Pauliny skutecznie go unieruchamiały.

— Leż spokojnie — poleciła, zaciskając mocniej uda wokół jego talii, jakby próbowała jeszcze bardziej ograniczyć jego ruchy.

Jej głos był chłodny i pełen kontroli, a w oczach błyszczała satysfakcja.

— Znieś to jak mężczyzna którym jesteś… jesteś prawda? Czy jesteś mięczakiem?

Łukasz, choć każdy ruch powodował falę potwornego bólu, próbował zastosować się do jej polecenia. Drżał pod jej dotykiem. Czując, jak ból staje się nie do zniesienia, nie mógł powstrzymać łez, które znowu zaczęły spływać po jego policzkach. Jego ciało drżało, a każdy kolejny moment z przypiętymi klamrami wydawał się wiecznością. Próbował się opanować, ale ból i emocje były zbyt intensywne.

— Paulinko, proszę… nie dam rady, wykrztusił – jego głos drżał, a z oczu wciąż leciały łzy. Jego prośba była desperacka, pełna cierpienia i nadziei na ulgę, którą tylko ona mogła mu przynieść.

Spojrzała na niego z góry, a na jej twarzy pojawił się sadystyczny uśmiech. Widziała jego łzy, jego drżenie, i czuła ogromną satysfakcję z tego, jak całkowicie go zdominowała. Jej wzrok był chłodny, pełen kontrolującej mocy, a jednocześnie zadowolenia z tego, co widziała.

— Wytrzymaj, dla mnie – powiedziała twardo, nie pozostawiając miejsca na dyskusję. Głos był lodowaty, a każde słowo było wyraźnym rozkazem. – To dopiero początek, a ty musisz nauczyć się znosić ból jeśli chcesz być ze mną.

Nie mógł powstrzymać się od błagania. Jego głos był słaby, pełen bólu ale i niewinnej czułości, którą czuł do niej mimo wszystkiego, co mu zadawała.

— Wiem, Paulinko… wiem, że muszę to wytrzymać… ale proszę, daj mi chwilę wytchnienia… Błagam, zdejmij je, proszę…

Jego słowa były pełne desperacji, a „Paulinko” wypowiedziane z taką delikatnością, było niemal błaganiem o litość. Łukasz patrzył na nią, z nadzieją, że jego prośby zdołają zmiękczyć jej serce, choćby na chwilę.

Wiedziała, że ma nad nim absolutną władzę, że jego słowa są dowodem na to, jak głęboko go złamała, ale jednocześnie czuła tę czułość, którą do niej kierował. W końcu zdecydowała się mu ulżyć. Uśmiech nie znikał z twarzy. Powoli, odpięła pierwszą klamrę. Ból, który towarzyszył nagłemu zwolnieniu ucisku, był intensywny, ale Łukasz poczuł po chwili ulgę. Jego ciało zadrżało, a on wziął głęboki oddech, starając się opanować falę emocji, które go zalały. Widząc jego reakcję, delikatnie chuchnęła na obolały sutek, jakby chciała go ukoić, a następnie dotknęła go językiem, powoli i zmysłowo. Jej dotyk był jak balsam na jego zmaltretowaną skórę, przynosząc ukojenie po intensywnym bólu. Następnie, z taką samą uwagą, odpięła drugą, powtarzając ten sam gest – chuchnięcie, a potem delikatne, czułe dotknięcie językiem. Jej ruchy były pełne zmysłowości, jakby chciała przypomnieć mu, że mimo zadawanego wcześniej bólu, potrafi też przynieść ulgę i przyjemność. Łukasz zaczął powoli odzyskiwać spokój. Jej delikatne pieszczoty i troskliwy dotyk sprawiały, że czuł się coraz bardziej odprężony, a w jego sercu pojawiła się mieszanka wdzięczności i ulgi. Sięgnęła do skrzyneczki po ostatni zestaw zacisków, które różniły się od tych, które wcześniej używała. Te były mniejsze i wykonane z polerowanego, chłodnego metalu, a ich konstrukcja opierała się na cienkich, ale bardzo mocnych sprężynach. Każdy zacisk zakończony był dwoma płaskimi, szerokimi końcówkami, które idealnie przylegały do skóry, ale ich powierzchnia była pokryta maleńkimi, niemal niewidocznymi kolcami. Kolce były bardzo drobne, jednak wystarczająco ostre, by wywoływać stały, pulsujący ból. Co więcej, te zaciski miały dodatkową funkcję – były połączone delikatnym, ale wytrzymałym łańcuszkiem, który przy każdym ruchu miał wprawiać je w lekkie kołysanie, co zwiększało doznania. Innym sekretem tych klamer była ich mechanika: sprężyny nie szarpały od razu, lecz powoli, niemal niedostrzegalnie dokręcały nacisk. Z początku dawały tylko delikatne ściśnięcie — ledwie sygnał — ale z każdą minutą ból rósł, jakby coś niewidzialnego wgryzało się głębiej i głębiej, bez pośpiechu, za to z okrutną konsekwencją. To nie były narzędzia do zadawania krótkiego, ostrego bólu. One miały męczyć. Drążyć. Rozbijać odporność po kawałku. Paulina spojrzała na nie z lekkim, ledwie widocznym rozbawieniem, które zawsze pojawiało się u niej wtedy, gdy trzymała w ręku coś, co miało kształcić cudzą uległość. Nachyliła się i ujęła jeden z zacisków w dłoń.

— Te działają inaczej — powiedziała nisko, tonem miękkim, lecz podszytym czymś chłodniejszym. — Najpierw pozwalają ci wierzyć, że dasz radę. A potem, kiedy już zaczynasz się rozluźniać, kiedy myślisz, że nie będzie tak źle zaczynają pracować.

Uniósł wzrok na jej twarz. Uśmiech, który zobaczył, był piękny. I bardzo niepokojący.

— Obiecuję ci, Łukaszu — dodała, muskając metal palcem. — Zaskoczą cię bardziej, niż myślisz. Masz wytrzymać pięć minut — powiedziała spokojnie, ale stanowczo, jej głos nie pozostawiał miejsca na negocjacje. — Nie mniej.

Przypięła pierwszy zacisk do jego sutka. Metal dotknął skóry chłodnym, obcym kontaktem, a drobne kolce zaczęły lekko wbijać się w ciało. Początkowo ból był ledwie wyczuwalny — delikatne mrowienie, nic więcej — lecz już po kilkunastu sekundach narastał, gdy cienkie sprężyny zacisku stopniowo zwiększały nacisk. Kiedy drugi zacisk został przypięty, Łukasz poczuł, jak ból zaczyna się kumulować. Z każdym oddechem, z każdym ruchem, maleńkie kolce wbijały się głębiej, a łańcuszek, który je łączył, poruszał się przy najmniejszym drgnięciu jego ciała. Paulina zsunęła się z niego płynnym, kocim ruchem. Jej pończochy musnęły jego skórę, kiedy przesuwała się w bok, po czym usiadła tuż obok – wyprostowana, opanowana, pięknie chłodna. Sięgnęła po telefon, odblokowała ekran i nacisnęła ikonę stopera. Przez chwilę przyglądała się cyfrom, które jeszcze nie zaczęły zmieniać się, a na jej ustach pojawił się uśmiech — piękny, ale niosący w sobie bezdyskusyjne okrucieństwo.

— Pięć minut — oznajmiła miękko, nie odrywając wzroku od jego twarzy. — Zobaczymy, jak sobie poradzisz.

Kciukiem dotknęła ekranu. Stoper ruszył. Sekundy zaczęły spadać jak wyrok. Pierwsze mijały powoli. Zbyt powoli. Ucisk narastał, pulsował, rozlewał się po jego klatce piersiowej ciężarem, który nie miał w sobie nic ostrego — tylko bezlitosną, nieustępliwą presję.

Łukasz drgnął, zacisnął palce na prześcieradle, a potem — zupełnie wbrew sobie — parsknął cichym, nerwowym śmiechem.

— To chyba oszustwo… — sapnął, próbując zachować odrobinę lekkości. – Masz włączony stoper dopiero od chwili, kiedy one i tak były już na mnie od… no… dłużej.

Paulina uniosła na niego wzrok. Powoli. Bez cienia współczucia. Jej spojrzenie było lodowate.

— Oszustwo? — powtórzyła, jakby smakowała to słowo. — Łukaszu, w tej grze jedyną osobą, która decyduje, co jest fair a co nie, jestem ja.

Odchyliła głowę lekko na bok. Jej kciuk wciąż spokojnie spoczywał przy telefonie. Sekundy spływały równym rytmem.

— A twoją rolą — kontynuowała chłodno — nie jest liczenie sekund. Nie jest ocenianie warunków. Nie jest negocjowanie czegokolwiek.

Nachyliła się nad nim, tak blisko, że końcówki jej włosów musnęły jego brzuch. Jej głos obniżył się do cichego, twardego szeptu:

— Twoją jedyną rolą… jest cierpieć.

Jego oddech przyspieszył. Nie ze strachu — z tego elektrycznego, parzącego dreszczu, który wywoływała, kiedy brzmiała najbardziej okrutnie. Paulina wróciła na miejsce obok, spojrzała na stoper i uśmiechnęła się ledwie zauważalnie. Kolejne sekundy mijały, a Łukasz coraz bardziej odczuwał narastający ból. To nie był gwałtowny, ostry ból, jak przy poprzednich zaciskach, ale coś bardziej wyczerpującego – powolne, narastające cierpienie, które z każdą chwilą stawało się coraz trudniejsze do zniesienia. Jego ciało drżało, a mięśnie mimowolnie napinały się w odpowiedzi na ciągły nacisk. Doskonale widziała, jak walczy. Jak jego oddech staje się płytszy, jak mięśnie pod skórą napinają się przy każdym kolejnym skurczu bólu. I właśnie to rozbawiło ją najbardziej. Zaśmiała się cicho — krótko, lekko, jakby oglądała komediową scenę, a nie cierpienie nagiego mężczyzny leżącego przed nią z klamrami wgryzającymi się w ciało.

— Och, Łukasz… – westchnęła teatralnie, jak dama znudzona słabym występem.— Dopiero zaczyna boleć, a ty już tak dramatyzujesz?

Zsunęła się trochę niżej, oparła łokieć na łóżku i wyciągnęła rękę ku jego torsowi. Jej dłonie były spokojne, zrelaksowane, jakby robiła coś zupełnie zwyczajnego. Jednak paznokcie… Paznokcie krążyły po jego skórze tuż obok zacisków. Nie dotykała ich — i właśnie to doprowadzało go do szału. Jej paznokcie rysowały drobne, lżejsze od dotyku piórka linie wokół podrażnionych miejsc. Każdy taki ruch zwiastował coś, czego najbardziej się bał: dotknięcie miejsca, gdzie ból palił najmocniej. Ale ona wciąż je omijała.

— Powiedz mi… — mruknęła, przesuwając paznokciem coraz bliżej, tak blisko, że czuł pod skórą każdy jej zamiar. — Czy ból staje się nie do wytrzymania?

Jej uśmiech był szeroki, złośliwy i wyraźnie rozbawiony jego napięciem.

— Bo wiesz… — jej paznokieć zatrzymał się centymetr od klipsa. — Mamy… hmm… dopiero jakieś dwie minuty za sobą.

Spojrzała na stoper w telefonie, obróciła go w palcach i westchnęła teatralnie.

— Czyli zostało ci jeszcze… och, całe wieki.

Jej paznokieć znów ruszył, okrążając klips jak drapieżnik swoją ofiarę.

— Wytrzymaj. Sprawiasz mi tym ogromną przyjemność.

Łukasz próbował utrzymać równy oddech, ale jego ciało robiło wszystko, by go zdradzić. Zaciski pulsowały bólem w rytmie jego serca, a każda kolejna sekunda była jak cienka igła wbijająca się głębiej, coraz bardziej namacalna. Zacisnął zęby, starając się skupić na czymkolwiek innym — jej zapachu, jej bliskości, ciepłym świetle świec — ale ból wciągał go jak wir. Czuł, jak jego własne ciało wymyka mu się spod kontroli. A ona… Ona tylko to obserwowała śmiejąc się cicho i zmysłowo — dźwiękiem, który mógłby być pieszczotą, gdyby nie niósł w sobie tego okrutnego zadowolenia. Jej śmiech wbijał się w jego psychikę jak zimna igła. Przerażała go tym, jak łatwo potrafiła go złamać bez podnoszenia głosu, bez brutalności, bez jednego mocniejszego ruchu. Tylko słowem. Uśmiechem. Paznokciem, który rysował kręgi wokół sutka, nigdy nie dotykając najboleśniejszego miejsca. To była władza absolutna. Skulił palce u stóp, próbując opanować drżenie nóg. Każdy kolejny skurcz bólu sprawiał, że miał ochotę błagać, ale jednocześnie bał się otworzyć usta. Bał się, co mogłoby paść z jej ust w odpowiedzi. Że może go wyszydzić, nazwać mięczakiem, że każe mu zostać tak jeszcze dłużej, że powie coś gorszego — coś prawdziwego. A ona nachyliła się jeszcze bliżej, jej włosy musnęły jego żebra, jej perfumy otuliły go jak zadymiony welon, a paznokieć przesunął się tak blisko klipsa, że poczuł, jakby ból eksplodował z samego powietrza. Przyglądała się jego męce z pełnym rozbawieniem, jakby była to dla niej najlepsza rozrywka. Czerpała przyjemność z jego bólu, z jego walki z samym sobą, i z tego, jak skutecznie udało jej się go złamać.

— Jeszcze chwilę – powiedziała z wyraźnym zadowoleniem w głosie, delektując się każdą sekundą jego cierpienia. — Jesteś prawie na mecie… nooo… może w połowie drogi.

Kolejne sekundy mijały leniwie, a ból zaczynał go przerastać. Leżał na łóżku, skrępowany w sposób, który nie pozostawiał mu ani odrobiny złudzeń. Jego ręce były skute kajdankami wysoko nad głową, przypięte do stalowej ramy. Metal był zimny, bezlitosny. Za każdym razem, gdy próbował poruszyć nadgarstkami, czuł tylko, jak obręcze wgniatając się w skórę. Instynkt kazał mu szarpać się, mimo że wiedział, że to daremne. Napinał ramiona, unosił ciało, próbował znaleźć choć kilka centymetrów luzu ale jedyne, co udawało mu się osiągnąć, to ostre otarcia na przegubach i głuchy brzęk metalu odbijający się w ciszy pokoju. Oddychał coraz ciężej. Jego ciało, mimo że starał się je kontrolować, zaczęło miotać się na łóżku, jakby samo próbowało uciec od narastającego cierpienia. Każdy, nawet najmniejszy ruch powodował, że kajdanki wbijały się w skórę głębiej, drażniąc nerwy, odbierając resztki stabilności. Jego jęki stawały się coraz głośniejsze, bardziej urywane. Ból nie był już tylko bodźcem — stawał się czymś, co zaczynało go pochłaniać od środka. Czuł, że traci kontrolę. Że ból przejmuje nad nim władzę. I że jedyne, co może zrobić, to oddychać — nierówno, spazmatycznie — i czekać, aż ona zdecyduje, kiedy to się skończy

— Widzisz… — Paulina odezwała się cicho, prawie łagodnie, jakby mówiła o czymś zupełnie niewinnym. — Dobrze, że cię przykułam. Inaczej wyrwałbyś mi się przy pierwszej okazji.

Uśmiechnęła się delikatnie, ale w tym uśmiechu było coś chłodnego, jak błysk szkła.

— A wtedy popsułbyś mi całą zabawę.

Zawiesiła głos, niby niewinnie, niby żartem, lecz w jej spojrzeniu było coś, co nie pozostawiało wątpliwości.

— A ja bardzo nie lubię, kiedy ktoś psuje mi zabawę, Łukaszu.

Nachyliła głowę nieznacznie, ton przeszedł w melodię niemal czułą.

— Naprawdę, byłoby mi przykro.

Jej słowa przerywały co jakiś czas jego coraz głośniejsze jęki. Nachyliła się lekko, opierając łokieć na jego brzuchu, jakby prowadziła szczegółowe badanie.

— Powiedz mi, Łukaszu… — zaczęła miękkim, spokojnym tonem. — Co dokładnie czujesz w tej chwili?

Jej głos spływał na niego cicho, jakby zależało jej na precyzyjnym opisie, nie na ulżeniu.

— Jaki to ból? Pulsujący? Kłujący?

Zatrzymała spojrzenie na jego twarzy, badawczo.

— A może… piekący?

Jej pytanie brzmiało jak ciekawość naukowca, ale jej uśmiech — jak cierpliwa przyjemność kogoś, kto doskonale wie, że odpowiedź będzie tylko preludium do dalszej zabawy. Jej głos brzmiał uprzejmie, wręcz troskliwie. Ale w oczach miała błysk, który sprawiał, że słowa nabierały zupełnie innego znaczenia. Spróbował odpowiedzieć, choć gardło miał ściśnięte napięciem.

— To… to pali, Paulinko… ciągle mocniej… jakby… jakby coś ściskało mnie od środka… — wydusił przez zęby, głos drżał mu od bólu. — Ciężko mi wytrzymać… Proszę, ja chyba nie dam rady.

Skinęła powoli głową, jak wykładowczyni analizująca ciekawą wypowiedź studenta.

— Rozumiem — powiedziała z pełnym, niemal współczującym spokojem. — To całkiem typowa reakcja przy tych zaciskach.

I wtedy uśmiechnęła się. Nie szeroko — delikatnie, z tym charakterystycznym błyskiem w spojrzeniu, który mówił jasno: bawi mnie to bardziej, niż powinno.

— Fascynujące, jak pięknie cierpisz — powiedziała lekko, z nutą przyjemności w głosie. — Zdecydowanie lepiej, niż się spodziewałam.

Jej paznokieć zatoczył powolny łuk tuż przy klamrze, nie dotykając go bezpośrednio, ale sprawiając, że jego ciało napięło się w oczekiwaniu na ból, który nie nadszedł.

— Wiesz… cierpienie potrafi być naprawdę piękne — dodała cicho. — Zwłaszcza takie, które ktoś znosi dla mnie.

Łukasz spróbował zaśmiać się słabo, chociaż brzmiało to bardziej jak łkanie.

— Łatwo ci mówić… — wydusił, drżącym głosem. — Piękne jest, bo to ja cierpię, nie ty…

— Oczywiście, że łatwo — odpowiedziała z miękką, rozbawioną pewnością. — Bo ty cierpisz dla mnie. Nawet nie wiesz jakie to cudowne, móc patrzeć, jak ktoś oddaje mi swoje ciało, wolę i godność, tylko po to, żebym była zadowolona.

Przesunęła paznokieć bliżej klipsa, prawie dotykając miejsca, które pulsowało bólem.

— A ja naprawdę lubię na ciebie patrzeć w takim stanie — dodała prawie szeptem. — Uwierz mi. To jest dla mnie absolutnie zachwycające i podniecające.

Zerknęła na stoper i westchnęła teatralnie.

— Trzy minuty czterdzieści pięć sekund. Wciąż masz bardzo dużo czasu, mój drogi.

To wszystko zaczęło go już coraz bardziej przerastać. Najpierw wyrwał mu się cichy, urwany dźwięk — nie tyle szloch, co rozpaczliwe wciągnięcie powietrza, jakby próbował powstrzymać coś, co nieuchronnie nadchodziło. Chwilę później kolejny, już bardziej słyszalny. A potem następny — trzęsący, pełen bezsilności, zupełnie niekontrolowany. Łzy zaczęły spływać mu po skroniach, zatrzymując się na włosach przy poduszce. Oddychał nierówno, klatka piersiowa unosiła się i opadała gwałtownie. Drżał na całym ciele, jakby ból wychodził z niego warstwa po warstwie. Paulina patrzyła na to uważnie, w skupieniu, które nie miało w sobie ani okrucieństwa, ani współczucia. To była czysta obserwacja. Jakby badała go, notowała w myślach każdy szczegół — rytm jego oddechu, sposób, w jaki napinały mu się mięśnie, drżenie dłoni, ścieżkę, jaką łzy rysowały na jego policzkach.

— Tak — powiedziała cicho, z tonem prawie uznania. — Właśnie tak.

Jej dłoń opadła na materac obok jego twarzy. Nie dotknęła go — trzymała ją tuż przy nim, jakby po to, by jeszcze bardziej uświadomić mu, jak bardzo jest zdany tylko na siebie i na ból, który mu zadała. Kącik jej ust uniósł się lekko, spokojnie, prawie ciepło ale było to ciepło, które nie dawało żadnego ukojenia.

— Kontynuuj — poleciła, tonem pozornie łagodnym. — Opowiadaj, co czujesz. Chcę to usłyszeć.

Łukasz spróbował mówić, ale słowa rwały mu się jak nitki.

— To… to jest… za dużo… Paulinko… ja… ja nie… — urwał, zaciskając powieki, bo ból znowu przeszedł przez niego jak fala. Próbował nabrać powietrza, ale głos załamał mu się w połowie. — Proszę…to boli… to naprawdę… bardzo… już… nie mogę…

Każde kolejne słowo zamieniało się w skargę, a potem w jęk, krótki, wstydliwy, wymuszony bólem, którego nie potrafił już ukryć ani kontrolować. Paulina nachyliła głowę, jakby chciała usłyszeć lepiej.

— Dalej — powtórzyła, tym razem wyraźniej. — Zadałam ci pytanie.

W jej głosie nie było już miękkiej ciekawości. Był chłód. Ostry, surowy ton, który przeszył go jak brzytwa. To nie była prośba. To był rozkaz. Łukasz spróbował unieść głowę, spróbował złapać jej spojrzenie, ale ból pulsował tak intensywnie, że jego ciało samo opadało na materac. Z gardła wyrwał mu się stłumiony jęk.

— Nie mogę… — wyszeptał zachrypniętym głosem. — Ja… nie… nie dam rady…

Paulina zmrużyła oczy, wyprostowała się minimalnie, jakby jej cierpliwość została wystawiona na próbę.

— Odpowiedz! — powiedziała jeszcze ostrzej.

Jego oddech zamienił się w krótkie, rwane drgnięcia klatki piersiowej. Ból zacisków był już nie tylko fizyczny — rozsadzał mu myśli, odbierał zdolność składnego mówienia. Chciał jej odpowiedzieć. Chciał być posłuszny. Ale każde słowo rozpadało się, zanim zdążyło nabrać odpowiednią formę.

— Nie… nie mogę… — powtórzył, tym razem bardziej jak skarga niż słowa. — To… za… mocne… Paulinko… błagam…

Jego głos załamał się całkowicie.

— Proszę… proszę… zdejmij to… proszę… już… nie… wytrzymam…

Ostatnie słowa były tylko szeptem. Nie zdaniem. Nie odpowiedzią. Nie prośbą nawet. Były desperacją. Powtarzał je jak mantrę — krótką, rwącą się, urywaną.

— Nie mogę… nie mogę… błagam… Paulinko… proszę… zdejmij… zdejmij…

Każde „nie mogę” było coraz bardziej płaczliwe, każde „proszę” coraz bardziej rozpaczliwe, każde „Paulinko” brzmiało jak tonący człowiek wyciągający rękę w ciemności. Patrzyła na niego z góry — spokojna, niewzruszona, jakby to wszystko było dokładnie tym, czego chciała. Gdy jego jęki stawały się coraz bardziej desperackie, delikatnie zaczęła gładzić go po udach i brzuchu. Jej dotyk był zaskakująco czuły, wręcz kojący, ale kontrastował z bólem, który jednocześnie mu zadawała. Głaskała jego ciało, jakby próbowała uspokoić go w tej męce, jednocześnie nie przerywając narastającego cierpienia.

— Spokojnie — szeptała, jej głos był miękki, niemal kojący. — Jeszcze chwilę, wytrzymaj… Już prawie koniec.

Mimo narastającego bólu, próbował skupić się na jej dotyku, na tym, jak jej dłonie przesuwają się po jego ciele, ale każdy kolejny skurcz przypominał mu o rzeczywistości, w której się znalazł. Jego ciałem wstrząsały mimowolne drgawki, a jęki były już niemal krzykami, gdy walczył o przetrwanie ostatnich chwil tego wyzwania. Wciąż gładząc go delikatnie, obserwowała, jak jego ciało reaguje, jak jego skóra się napina i jak widać było każdą oznakę bólu. Nachyliła się nad nim, patrząc mu prosto w oczy. Jej uśmiech był ciepły, ale jednocześnie pełen dominacji. Delikatnie przyłożyła swoją dłoń do jego policzka, zmuszając go, by skupił się na jej twarzy, a nie na narastającym bólu.

— To już ostatnie pół minuty – powiedziała cicho, niemal kojąco, ale z wyraźnym tonem rozkazu. — Wytrzymaj dla mnie, proszę.

Jej słowa były jednocześnie obietnicą i wyzwaniem. Łukasz wiedział, że musi wytrzymać. Dla niej, dla Pauliny, która była dla niego wszystkim. Każda sekunda tej ostatniej minuty wydawała się ciągnąć w nieskończoność, a jego umysł był rozdzierany przez emocje – ból, uległość i chęć zadowolenia jej. A ona, wciąż gładząc go po brzuchu i udach, obserwowała, jak jego ciało walczy, jak stara się przetrwać ostatnie chwile tego wyzwania. Jej dotyk był teraz niemal czuły, jakby próbowała dodać mu sił, jednocześnie wiedząc, że każda sekunda przybliża ich do końca tej próby.

— Robisz to dla mnie, Łukasz – powtórzyła, niemal szeptem. — Wytrzymaj jeszcze tylko chwilę. Musisz wytrzymać! Jeśli nie dasz rady będę bardzo zawiedziona.

Słysząc jej słowa, zacisnął zęby i starał się skupić na jej głosie, na jej dotyku, ignorując ból. Wiedział, że jeśli wytrzyma, jeśli przetrwa te ostatnie sekundy, będzie to jego sposób na pokazanie jej, jak bardzo jest dla niej gotów się poświęcić. Widząc, że z trudem wytrzymuje ostatnie sekundy, uśmiechnęła się z wyraźnym zadowoleniem. Gdy czas dobiegł końca, nachyliła się nad nim i szepnęła

— Udało ci się. Jestem z ciebie taka dumna.

Delikatnie zaczęła odpinać klamry, które przez ostatnie minuty zadały mu tyle bólu i cierpienia. Każde zdjęcie zacisku przynosiło tak upragnioną ulgę, choć początkowo ból po uwolnieniu skóry był jeszcze intensywniejszy. Gdy obie klamry zostały zdjęte, złożyła na jego ustach namiętny pocałunek, pełen satysfakcji i nagrody za jego poświęcenie. Jej ciało delikatnie poruszało się nad nim, a pocałunek stawał się coraz bardziej zmysłowy, jakby chciała wynagrodzić mu cierpienie, które mu zadała. W tej chwili poczuł, że mimo wszystkiego, przez co przeszedł, był gotów zrobić to dla niej jeszcze raz, wiedząc, jak bardzo jej na tym zależało. Z satysfakcją patrząc na niego, delikatnie odpięła mu kajdanki, które przez cały czas trzymały go unieruchomionego. Gdy jego ręce wreszcie zostały uwolnione, Paulina położyła się na jego torsie, mocno i czule przytulając się. Jej ciepło i bliskość były teraz dla niego jak balsam na wszystkie doznane cierpienia. Objął ją delikatnie, jego dłonie przesuwały się powoli po jej plecach, gładząc ją z troską i czułością. Jej oddech uspokajał się z każdą chwilą, a palce głaskały powoli jego włosy a gdy poczuła, że napięcie w jego ciele zaczyna ustępować, delikatnie musnęła ustami jego skroń.

— Dziękuję ci, Łukaszu… — wyszeptała. — Zrobiłeś to dla mnie. Wiem, jak bardzo bolało. Naprawdę to widziałam. I właśnie dlatego jestem z ciebie taka dumna. Sprawiłeś mi ogromną przyjemność.

Łukasz otarł oczy, ale kolejne łzy same wypływały, ciche, niepowstrzymane.

— Paulinko… ja… ja nigdy w życiu… — wyjąkał. — To był… ból nie do wytrzymania. Nigdy… nigdy nie czułem czegoś takiego. Przez chwilę myślałem, że… że oszaleję…

Przytuliła go mocniej, jej dłoń przesunęła się po jego karku.

— Wiem — szepnęła z miękkim zrozumieniem. — Czułam, jak bardzo cię to boli. I tym bardziej doceniam, że nie poddałeś się. To było dla mnie piękne. Nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo.

Wciągnął powietrze, drżąc.

— Jesteś… jesteś naprawdę sadystką — powiedział nagle, ze zmieszaniem, ze strachem, ale też z czegoś w rodzaju podziwu. — Prawdziwą sadystką.

Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. W jej spojrzeniu było coś zupełnie nowego — nie chłód, nie władcza pewność, lecz coś miękkiego… prawie niewinnego. Jakby przez krótką chwilę grała rolę kobiety, która sama nie wie, skąd bierze się jej okrucieństwo. Pochyliła głowę odrobinę, jakby przepraszająco, choć w jej ustach nie było nawet cienia skruchy.

— Wiesz, Łukaszu… — zaczęła cicho, z tonem, który brzmiał jak wyznanie. — Ja naprawdę czasem czuję, że powinnam być łagodniejsza. Ale… ja taka po prostu jestem.

Jej palce musnęły jego policzek bardzo delikatnie.

— To nie jest rola — dodała, tym miękkim, prawie niewinnym tonem. — Nie udaję, nie planuję to po prostu we mnie jest. Ja… nie potrafię inaczej. Nie chcę.

Westchnęła jak kobieta, która z lekkim smutkiem przyznaje się do słabości, na którą nie ma wpływu.

— A ból… — jej usta drgnęły lekko, jakby nie chciała, by to zabrzmiało zbyt poważnie. — Jest dla mnie jak oddech. Muszę go zadawać, żeby być spokojna. Żeby być szczęśliwa i spełniona.

Spojrzała na niego lekko udawanym zakłopotaniem.

— Wiem, że to dużo. Wiem też, że nie każdy potrafi to unieść. Ale ja nie zmienię tego.

Przysunęła się bliżej, jej dłoń zatrzymała się na jego szyi.

— Jeśli chcesz być obok mnie… — wyszeptała tak słodko, że aż niepokojąco — musisz przyjąć mnie taką, jaka jestem. W całości. Z tym wszystkim, co w sobie noszę.

Uśmiechnęła się lekko, prawie łagodnie, jakby właśnie wyznała mu coś intymnego i kruchego — choć w rzeczywistości mówiła o swojej potrzebie ranienia.

— Inaczej… to nie ma sensu.

Jej niewinny uśmiech i łagodny ton tylko podkreślały prawdę, która była twarda jak stal.

Łukasz przełknął ślinę, wciąż roztrzęsiony. Odpowiedział po chwili, półszeptem:

— Chcę. Chcę być przy tobie. Będę się starał… naprawdę. Tylko… to bolało tak bardzo… że myślałem, że nie wytrzymam. Paulinko… to było jak… jakby moje ciało miało pęknąć.

Jej usta dotknęły jego ucha, głos był miękki, prawie czuły… ale w środku miała tę samą mroczną dumę.

— Wiem. Właśnie dlatego było tak pięknie. I dlatego tak bardzo mnie to poruszyło.

Oparła głowę na jego piersi, zamykając oczy.

— Odpocznij teraz — dodała cicho. — Zasłużyłeś.

Jej ciało rozluźniło się całkowicie, wtulone w niego. A on — zmęczony, obolały, ale otoczony jej ciepłem — czuł, że ból ustępuje, pozostawiając jedynie echo. I mimo tego wszystkiego, mimo łez, mimo wstydu, mimo panicznego strachu sprzed kilku minut czuł tylko jedno: że kocha ją jeszcze bardziej. Delikatnie gładził jej plecy, przesuwając dłonie po jej gładkiej porcelanowej skórze, sięgał dłonią aż do jedwabiu jej pończoch. Jego dotyk był pełen czułości, jakby chciał przekazać jej wszystko, co czuł, bez używania słów. Nachylił się i szepnął jej do ucha:

— Kocham cię, Paulinko.

Ale odpowiedź nie nadeszła – Paulina zasnęła chwilę wcześniej.

Bojąc się poruszyć, by jej nie obudzić, leżał nieruchomo, starając się znaleźć wygodną pozycję, choć klatka uwierała go coraz bardziej. Uczucie ucisku było nieprzyjemne, ale mimo dyskomfortu czuł się na swój sposób szczęśliwy, mając ją przy sobie, tak blisko. Z czasem jego własne zmęczenie zaczęło go pokonywać.

Zasnął.

-----


Rozdział VI — Wspólny weekend, część 2


Lidzbark Warmiński, grudzień 2023

Obudził go cichy, jednostajny dźwięk wody lecącej z kranu. Otworzył oczy powoli, jeszcze trochę zamroczony snem, i uświadomił sobie, że był w łóżku sam. Z łazienki dobiegało ciche pluskanie — regularne, rytmiczne, jakby ktoś napełniał dłonie wodą i pozwalał jej opaść z powrotem do umywalki. Chwilę później usłyszał szelest materiału, ciche stuknięcie drzwi, a potem zobaczył ją. Paulina wyszła z łazienki, wycierając buzię w ręcznik. Miała na sobie sportowy strój — obcisły, czarny top odsłaniał jej brzuch, na którym wyraźnie rysowały się mięśnie. Spodenki z białym logo Nike przylegały do jej bioder i ud jak druga skóra. Na nogach miała białe buty treningowe i krótkie skarpetki. Włosy związała w niedbały kucyk. Zatrzymała się w progu, spojrzała na niego i uśmiechnęła się ciepło, tak zupełnie inaczej niż wczoraj.

— Dzień dobry. Jak spałeś?

Łukasz przełknął ślinę, siadając na łóżku, wciąż lekko oszołomiony jej widokiem.

— Dobrze… chyba dobrze. A ty… co robisz o tej godzinie?

W jej spojrzeniu pojawiło się lekkie rozbawienie, jakby odpowiedź była równie oczywista, jak to, że właśnie stoi w stroju do ćwiczeń.

— Idę na siłownię. Wracam za godzinę. Później chcę wziąć prysznic, a o dziewiątej trzydzieści idziemy na śniadanie.

Podeszła do niego bliżej, nachylając się tak, że mógł poczuć zapach jej świeżych perfum. Przez chwilę patrzyła na jego tors — na zaczerwienione, wciąż wrażliwe sutki.

— Przyłóż sobie tam lód. Po wczorajszym ci się przyda — powiedziała łagodnie, ale z tym charakterystycznym tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu. — I doprowadź się do porządku. — dodała, jakby wydając prostą, codzienną komendę.

Zanim wyszła, pochyliła się w jego stronę i posłała mu w powietrzu delikatnego buziaka. Potem odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi. Jej sylwetka — wysportowana, filigranowa, ciasno opięta czarnymi spodenkami — poruszała się z naturalną pewnością. Pośladki unosiły się w rytmicznym, sprężystym kroku, a nogi, długie, napięte, idealnie wyrzeźbione sprawiły, że Łukasz na moment wstrzymał oddech. Zachwycił się nią całkowicie. Znowu. Jakby za każdym razem odkrywał coś na nowo. Drzwi cicho zamknęły się, a on został sam, obolały, rozgrzany, szczęśliwy i oszołomiony tym, jak łatwo mogła zmieniać role, nastroje i twarze i jak bardzo go to pociągało. Podniósł się powoli z łóżka, z ciężkością człowieka, którego ciało wciąż pamięta każdą sekundę wczorajszych tortur. Mięśnie paliły go przy każdym ruchu, a skóra sprawiała wrażenie, jakby była o rozmiar za ciasna. Zrobił pierwszy krok i od razu poczuł lekkie szarpnięcie bólu w klatce piersiowej. Westchnął cicho. Na środku pokoju stały szpilki Pauliny — te same, które wczoraj tak pięknie prezentowały się na jej idealnych stopach, połyskujące delikatnie w świetle poranka. Schylił się, podniósł je ostrożnie, jakby były czymś cennym, niemal sakralnym. Ich ciężar, ich zapach, lekko wyczuwalna woń skóry i jej perfum — wszystko to uderzyło go. Zaniósł je pod drzwi i ustawił starannie obok pozostałych butów. Równo, symetrycznie, dokładnie tak, jakby chciał uniknąć choćby najmniejszego nieporządku w świecie, który należy do niej. Dopiero wtedy skierował się do łazienki. Światło nad lustrem zapaliło się gwałtownie. Stanął przed nim nagi, a odbicie uderzyło go jak przerażająca prawda. Sutki miał zaczerwienione, nabrzmiałe, groteskowo wyeksponowane przez klamry i zaciski, które mu zakładała. Na mostku i ramionach widniały zadrapania. Podłużne, cienkie, niektóre ledwo widoczne, inne wyraźne. Na nadgarstkach ciemniały ślady po kajdankach — wyżłobione, surowe. Na jego penisie była stalowa klatka. Patrzył na siebie długo. Oddychał płytko. I wtedy wróciła myśl: “To ona mi to zrobiła. Moja piękna sadystka”. Niemal zawstydził się, jak bardzo to słowo go ekscytowało. Jeszcze poprzedniego wieczoru był pewien, że tego nie przetrwa. Był pewien, że klatka na męskości, zaciski na sutkach, jej paznokcie, jej śmiech — że to wszystko go złamie. A jednak stał tu. Cały. Oddany. Spełniony w sposób, którego jeszcze tydzień temu nie potrafiłby nazwać. Zaskakiwało go to najbardziej: jak tak piękna osoba — tak filigranowa, elegancka, spokojna — potrafi być jednocześnie kimś tak okrutnym? I jak bardzo jego fantazje, pragnienie jego własnej niewoli potrafiły go pochłonąć. Wziął prysznic, próbując zmyć z siebie resztki potu i zapach wczorajszej nocy. Woda spływała po jego skórze, ale każde miejsce, którego dotknęły zaciski, paliło jak ogień. Zacisnął zęby. Kiedy zakręcił wodę i sięgnął po ręcznik, pierwszy nieuważny ruch wystarczył, by gwałtowny ból przeszył jego klatkę piersiową. Sutki zapiekły żywo, mocniej niż się spodziewał — jakby ciało pamiętało każdy ułamek wczorajszego cierpienia. Syknął przez zęby, przykładając materiał ostrożniej. Jeszcze raz spojrzał w swoje odbicie w lustrze i dopiero wtedy, zobaczył na szafce obok kosza jej bieliznę. Była odłożona tak, jakby zsunęła się z jej ciała w jednym miękkim, kobiecym ruchu. Czerń, koronka, delikatność — wszystko to uderzyło w niego. Podszedł bliżej, jakby nie do końca pewien, czy powinien. Najpierw dotknął pończoch. Cienkie, jedwabiste, niemal nierealnie gładkie — sunęły po jego palcach jak woda, jak coś nietykalnego. Mógłby przysiąc, że czuł w nich jeszcze ciepło jej skóry; echo wczorajszych ruchów, jej nóg, jej bioder. Potem sięgnął po biustonosz. Był lekki, misterny, jakby utkany z powietrza i niewidzialnych nici. Materiał miękko uginał się pod dotykiem, subtelny jak skrzydło motyla. Przyłożył go bliżej twarzy — delikatnie, jakby był czymś zakazanym. Poczuł zapach jej ciała. Czysty, kobiecy, elegancki. Spojrzał na metkę: Agent Provocateur. Najwyższa półka. Taka, o której nawet nie myślał, że istnieje w realnym świecie, poza Instagramem i witrynami butików w Londynie lub Paryżu. Zrobiło mu się gorąco. A jednocześnie wstyd zalał go od stóp do głów — jakby został złapany na czymś intymnym, czego nie powinien robić. Odetchnął nerwowo i odłożył wszystko dokładnie tak, jak leżało, z niemal nabożną ostrożnością. Odwrócił się. W lustrze ponownie zobaczył własne odbicie: czerwone sutki, ślady po paznokciach, po kajdankach, po jej dłoniach. I w tej chwili miał w głowie tylko jedną, niepokojącą myśl: “Ona mnie już całkowicie ma. W każdej części ciała. W każdej myśli. W każdym oddechu”. I im bardziej go to przerażało, tym bardziej był jej oddany. Pragnął jej jeszcze bardziej przez to.

Wrócił do pokoju i podszedł do zabudowy, która stała w kącie. Lodówka zabuczała cicho, gdy otworzył drzwiczki. Wziął metalowy pojemnik, wrzucił do niego kilka kostek lodu i przez chwilę wpatrywał się w nie, jakby musiał się psychicznie przygotować. Usiadł na kanapie, ułożył ręcznik na kolanach i przyłożył pierwszą kostkę do spuchniętego, nabrzmiałego sutka. Natychmiast syknął. Ból był ostry, przeszywający — jakby lód wywołał gwałtowne wspomnienie wczorajszych zacisków, ale po chwili zaczęło to działać. Chłód łagodził pulsowanie, rozmywał gorąco skóry. Przyciskał kostkę jeszcze chwilę. Potem zamienił na drugą. Każde dotknięcie przynosiło ulgę, ale też przypominało mu o niej — o jej dłoniach, paznokciach, o jej uśmiechu, o tym, jak patrzyła na jego cierpienie. I o tym, jak kazała mu mówić o bólu. Gdy kostki stopniały, odchylił się na oparcie i sięgnął po pilota. Włączył telewizję — jakiś poranny magazyn, szum głosów, pogoda, skróty informacji, żółty pasek z informacją o kolejnej aferze w rządzie. Nic, co byłby w stanie śledzić. Lekko zniechęcony wstał i podszedł do krzesła, na którym czekały przygotowane wcześniej ubrania. Najpierw t-shirt. Przez chwilę zawahał się, wiedząc, co go czeka, ale w końcu wciągnął go przez głowę. Materiał opadł na ciało i natychmiast poczuł ostre, piekące ukłucie, jakby koszulka drasnęła świeżo obnażoną ranę. Syknął. T-shirt ocierał się dokładnie o najbardziej bolesne miejsca. Potem jeansy — sztywne, chłodne od porannego powietrza. Wsunął się w nie powoli, ostrożnie, niemal jak starzec. Każde pochylenie powodowało, że koszulka dotykała zaczerwienionej skóry. Zapiął guzik, zaciągnął suwak. Na to luźna bluza — bardziej konieczność niż wybór, bo czuł, że przebywanie dziś w czymkolwiek obcisłym graniczyłoby z torturą. Podszedł do lustra. Wyglądał normalnie — jak zwykły facet szykujący się na śniadanie w hotelu. Ale pod materiałem wciąż paliły go ślady, po tym, co mu zrobiła. Uśmiechnął się pod nosem. Cichy, prawie nieprzytomny uśmiech mężczyzny, który sam nie wierzy, jak bardzo może tęsknić za kimś, kto jeszcze kilka godzin temu doprowadził go do łez i spazmów bólu.

Punktualnie o dziewiątej klamka poruszyła się lekko i drzwi otworzyły się z krótkim, miękkim szelestem. Paulina weszła do pokoju. W dłoni trzymała ręcznik, z którego korzystała podczas treningu. Jej policzki były zaróżowione od wysiłku, a na skroniach błyszczały mikroskopijne drobinki potu. Wyglądała świeżo, energicznie — jak ktoś, kto wrócił zadowolony z siebie po dobrze zrobionym treningu. Łukasz podniósł się natychmiast.

— Co robiłaś? Jak było? — zapytał, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

Odsunęła wilgotny od potu kosmyk włosów na bok i oparła ręcznik na ramieniu. Jej oddech wciąż był lekko przyspieszony.

— Intensywnie. Najpierw rozgrzewka, jakieś dziesięć minut. Dynamiczne rozciąganie, mobilizacja. Potem kalistenika. Robię ją prawie codziennie rano. Podciągania, pompki, trochę ćwiczeń na core — mówiła, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. — A na koniec… — wzruszyła lekko ramionami i ponownie odsunęła z czoła kilka wilgotnych włosów — intensywny bieg na bieżni. W sumie zleciała godzina.

Uśmiechnęła się do niego, tym swoim lekkim, nieco pobłażliwym uśmiechem, jakby spodziewała się, że i tak niewiele z tego rozumie. Łukasz, zauroczony, zrobił krok, jakby chciał ją przytulić, pogratulować, cokolwiek — ale ona odsunęła go jednym, krótkim, niemal niedbałym gestem dłoni.

— Nie podchodź. Jestem cała spocona.

Jej ton był rzeczowy, ale łagodny. Jakby mówiła mu: „później”. Przeszła obok niego, otworzyła drzwi do łazienki i zniknęła za nimi bez dalszych wyjaśnień. Chwilę później usłyszał, jak odkręca wodę. Najpierw charakterystyczny metaliczny stuk zaworu, potem jednostajny szum prysznica, który wypełnił pokój równym, uspokajającym rytmem. Stał przez moment w bezruchu, wsłuchując się w ten dźwięk i myśląc o niej — zmęczonej, pięknej, silnej — stojącej teraz pod strugami wody. Wyszła z łazienki owinięta hotelowym szlafrokiem, z którego unosiła się jeszcze lekka mgiełka ciepła, a wilgotne kosmyki włosów opadały jej na policzki i kark. Minęła go bez słowa, lekko muskając jego ramię zapachem świeżego żelu pod prysznic, po czym podeszła do szafki, w której leżały jej rzeczy. Wyjęła starannie złożoną bieliznę, półprzezroczyste cieliste rajstopy, czarne obcisłe dżinsy i idealnie skrojony czarny golf. Wróciła do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Gdy pojawiła się ponownie, wyglądała jak zupełnie inna wersja siebie niż ta sprzed chwili. Włosy miała upięte a na twarzy subtelny makijaż: odrobina podkładu, delikatnie podkreślone brwi, maskara, minimalny rozświetlacz na kościach policzkowych, który dawał wrażenie naturalnego blasku. Ciało, otulone czarnym golfem i obcisłymi jeansami, prezentowało się pięknie i zmysłowo. Podeszła do Łukasza. Jej dłoń spoczęła na jego ramieniu — spokojna, pewna, kontrolująca.

— Idziemy na śniadanie? — zapytała.

Spojrzał na nią tak, jakby pierwszy raz widział ją w świetle dziennym. Piękną. Władczą. Zmysłową. Niedoścignioną.

— Teraz już wiem, dlaczego masz tak piękne i niesamowite ciało — powiedział.

Skinęła głową.

— Tak. To w dużej mierze zasługa mojego trenera personalnego, Andreasa. Kiedy tylko jestem w Berlinie, pracuję z nim. Układa mi całe plany treningowe i dietę.Od lat dba o to, żebym była zawsze w formie.

— Trzeba więc przyznać, że robi świetną robotę — powiedział, patrząc na nią oczami pełnymi uwielbienia.

Spojrzała mu w oczy — głęboko, spokojnie, z drapieżną kokieterią.

— Wiesz… czasem zastanawiam się, czy mężczyźni naprawdę potrafią docenić takie ciało jak moje — powiedziała cicho, przesuwając dłonią po linii swojego boku. — Nie jest klasycznie krągłe. Nie mam tych pełnych kształtów, które podobno czynią kobietę bardziej kobiecą. A wy przecież lubicie, kiedy kobiety takie są.

Nie było w tym ani wstydu, ani kompleksu. Przeciwnie — brzmiała jak ktoś, kto podsuwa temat tylko po to, by usłyszeć właściwą odpowiedź. Łukasz natychmiast pokręcił głową.

— Paulinko, ty jesteś absolutnie wyjątkowa. Twoje ciało jest idealne. Doskonale zbudowane, piękne, silne. Nigdy nie widziałem piękniejszej kobiety.

Jej uśmiech był satysfakcji, ale wciąż podszyty wyrafinowaną przewrotnością. Podniosła jego dłoń, prowadząc ją do piersi — delikatnie, świadomie. Pozwoliła mu poczuć jędrność, subtelność kształtu, idealne napięcie skóry pod cienkim golfem.

— Widzisz? — wyszeptała. — Nie mam wielkich cycków, ale to nie znaczy, że każdy centymetr mojego ciała nie wymaga oddawania czci. Nie porównywania. Nie komentowania. Czczenia.

Zatrzymała jego dłoń dokładnie tam, gdzie chciała.

— A ty… — dodała chłodnym tonem — coraz lepiej rozumiesz, jak to się robi.

Przełknął ciężko ślinę, kompletnie zahipnotyzowany.

— Paulinko… naprawdę jesteś doskonała. W każdej części. Jesteś boginią.

Puściła jego dłoń, jakby decydowała, że to już wystarczy. Odwróciła się, spojrzała na niego bokiem, kątem oka i tym razem uśmiechnęła się bardziej złośliwie.

— A tobie… — zmierzyła go spojrzeniem od stóp do głów — też przydałoby się trochę treningu.

Łukasz aż się speszył.

— Ja… mam karnet. Tylko… ostatnio nie mam kiedy chodzić.

Uniosła brew z wyraźnym politowaniem.

— Każdy tak mówi.

Wzięła z komody małą torebkę, poprawiła włosy i rzuciła mu krótkie spojrzenie, w którym było i rozbawienie, i ocena, i coś, co przypominało niewypowiedziany rozkaz.

— Chodźmy na to śniadanie. Jestem głodna.

Wyszli z apartamentu, miękki dywan hotelowego korytarza tłumił kroki. Szła przodem — pewna siebie, elegancka, z ruchem bioder, który był jednocześnie zmysłowy i zupełnie nieświadomy. Łukasz trzymał dystans pół kroku zza nią, czując w ciele każde echo wczorajszej nocy. Przed windą stanęli obok siebie. Spróbował trzymać się prosto, ale drobny grymas bólu zamigotał na jego twarzy, ledwo zauważalny — dla każdego poza nią. Odwróciła głowę i spojrzała na niego wzrokiem, który przenikał go na wskroś. Bez słowa podeszła pół kroku bliżej i położyła dłoń na jego torsie — nie przy obolałych sutkach, tylko obok, na mięśniu piersiowym, jakby zaznaczała terytorium. Jej dotyk był miękki, ale władczy.

— Nie przytulisz mnie? — zapytała cicho, z lekkim półuśmiechem, który jednocześnie prowokował i sprawdzał. — A może jesteś zły za to, co ci wczoraj zrobiłam?

W jej głosie brzmiała niewinna ciekawość, ale w oczach — zimna, drapieżna pewność, że zna odpowiedź. Dał się wciągnąć w jej gierkę i od razu pokręcił głową.

— Zły? Na ciebie? — jego głos zadrżał. — Paulinko, ostatnia rzecz, jaką mógłbym czuć, to złość. To, co zrobiłaś… było… — szukał słów, przełykał powietrze — czymś, co zapamiętam na całe życie. Jesteś jak bogini, której się nie kwestionuje. Dla której mój ból ma znaczenie i jest ofiarą. A ja… ja jestem dumny, że mogłem sprawić ci przyjemność. Że mogłem… wytrzymać dla ciebie.

Jej dłoń przesunęła się o centymetr wyżej, po jego mostku, zupełnie jakby chciała sprawdzić rytm jego serca. Udała zaskoczenie, choć oczy błyszczały satysfakcją.

— Dumny? To dobrze. Bardzo dobrze.

Winda przyjechała z cichym dźwiękiem. Odsunęła dłoń, jakby odbierała mu nagrodę, na którą jeszcze nie zasłużył. Odwróciła się i pierwsza weszła do środka — nie oglądając się, pewna, że on pójdzie za nią. Winda zamknęła się za nimi cichym dźwiękiem, a Paulina, jakby kontynuując myśl z korytarza, odwróciła się w jego stronę. Jej dłoń uniosła się, przeciągnęła po materiale bluzy.

— Wiesz Łukaszu, wczoraj mogło być znacznie gorzej — powiedziała tonem, jakby mówiła o pogodzie. — Naprawdę znacznie gorzej.

Jego oczy rozszerzyły się lekko.

— Gorzej…? Jeszcze gorzej? — powtórzył niepewnie.

Westchnęła miękko, niemal teatralnie.

— Oczywiście. Mogłam cię przecież jeszcze na koniec oćwiczyć pejczem. — Jej głos był tak lekki, jakby mówiła o wyborze deseru. — Albo… — zawiesiła głos, jakby bawiła się jego reakcją — użyć trzcinki. Wyobraź sobie, jak pięknie wyglądałbyś po pięćdziesięciu razach. Śniadanie musiałbyś jeść na stojąco.

Zrobiła krok bliżej — tak, że ich ramiona prawie się zetknęły.

— Masz jednak szczęście — dodała szeptem. — Nie zabrałam ze sobą nic więcej, poza tą czarną skrzyneczką, ale ona wystarczyła, prawda?

Przełknął ciężko ślinę.

— Paulino… naprawdę mogłabyś…? — zawahał się. — Mogłabyś naprawdę zrobić mi coś takiego?

Odpowiedź była natychmiastowa i absolutnie szczera. Spojrzała na niego tak, jak patrzy ktoś, kto zna odpowiedzi, zanim padną pytania. Z rozbawieniem i lekceważącą pewnością, od której uginały mu się nogi.

— Oczywiście, że mogłabym, co to za głupie pytanie. Zrobiłabym to bez cienia zawahania się. A nawet z pewną przyjemnością.

Przysunęła głowę, a jej szept musnął jego ucho.

— A ty? Ty musiałbyś wszystko wytrzymać. Bo jeśli jesteś mój, jeśli naprawdę chcesz, żebym była twoją boginią, to twoją rolą jest znosić wszystko, co uznam za właściwe.

— Tak — wyszeptał. — Dla ciebie wszystko.

Uśmiechnęła się jak ktoś, kto z zadowoleniem patrzy na dokładnie taki efekt, jaki zamierzał osiągnąć.

— Wiem — szepnęła.

Jej usta wciąż były tak blisko jego ucha, że czuł jej oddech. Przez ułamek sekundy myślał, że jeszcze coś mu wyszepcze, ale ona miała inny plan. Zacisnęła zęby na płatku jego ucha. Ból był ostry, szybki, krótki, jak precyzyjne ukłucie, które wryło się w jego skórę. Zaskoczył go do tego stopnia, że napiął całe ciało i krzyknął. Dreszcz przeszedł mu po kręgosłupie — połączenie bólu i czegoś, czego nie potrafił nazwać, bo granica między jednym a drugim zatarła się na sekundę. Odsunęła się, nadal czując, jak jego ciało drży. Łukasz chwycił się za miejsce, w które go ugryzła. W tym momencie winda zatrzymała się. Do środka weszło małżeństwo w średnim wieku, uśmiechnięci, z planem zwiedzania i niewielką mapą. Paulina w ułamku sekundy przybrała elegancką, spokojną pozę. Łukasz również wyprostował się, milcząc i pocierając ucho. Nikt nie miał pojęcia, co wydarzyło się przed chwilą. Winda ruszyła w dół, a napięcie między nimi — niewidoczne dla świata — pulsowało cicho, jak ukryty sekret. Za kilka chwil mieli wejść razem do restauracji. Zupełnie zwykli.

W hotelowej restauracji panował poranny gwar. Wnętrze, utrzymane w ciepłych tonacjach beżu i jasnego drewna, wypełniało się światłem wpadającym przez duże, łukowate okna. W powietrzu unosił się kuszący zapach świeżo parzonej kawy i pieczonych bułeczek, który niemal natychmiast działał pobudzająco. Przy jednym ze stolików dostrzegli Michała i Anię — ci już siedzieli, zajęci rozmową i śniadaniem. Michał, zauważając ich, uniósł rękę i z szerokim uśmiechem zawołał:

— Hej, Paulina, Łukasz! Chodźcie do nas!

Paulina spojrzała na Łukasza, który skinął głową, i razem ruszyli w stronę znajomych. Ania przesunęła się delikatnie, robiąc miejsce.

— Miło was widzieć — powiedziała z serdecznością. — Jak wam mija poranek?

— Cicho, spokojnie. Powoli dochodzimy do siebie po długim wieczorze.

Gdy kobiety zatopiły się w rozmowie, panowie poszli w stronę ekspresu do kawy. Zapach mielonych ziaren był tak intensywny, że Łukasz zamknął na moment oczy, jakby chłonął tę chwilę.

— Wyglądasz na zmęczonego — rzucił Michał z lekkim rozbawieniem, nalewając kawę do filiżanki. — Miałeś intensywną noc z Pauliną, co?

— Można powiedzieć, że była… niezapomniana — odpowiedział, starając się, by jego głos zabrzmiał neutralnie, choć serce waliło mu w piersi. — Paulina naprawdę potrafi zmęczyć.

Michał zaśmiał się serdecznie i poklepał go po plecach.

— No, stary, jesteś szczęściarzem. Twoja kobieta jest piękna, stylowa i wygląda jak ktoś, kto wie, czego chce.

— Jest wyjątkowa— powiedział cicho.

Po chwili wrócili do stolika. Michał postawił kawę przed Anią, a Łukasz z szacunkiem podał filiżankę Paulinie, lekko się pochylając. Ona tylko delikatnie skinęła głową i uśmiechnęła się, nie mówiąc nic — ale w tym uśmiechu była cała gama znaczeń, których nikt poza nim nie mógł zrozumieć. Śniadanie toczyło się w miłej atmosferze. Na stole znajdowały się świeże pieczywo, sery, wędliny, miseczki z owocami i ciepłe dania serwowane przez obsługę. Rozmowy dotyczyły podróży, planów na lato, zabawnych sytuacji z życia — w których prym wiódł Michał, opowiadając różne historie ze swoimi charakterystycznymi gestami i mimiką. Dziewczyny co chwilę wybuchały śmiechem. Po jakimś czasie Ania spojrzała w stronę okien, przez które zaczęło przebijać się mocniejsze słońce.

— A może byśmy się przeszli? — zaproponowała. — Pogoda się poprawia, aż szkoda nie skorzystać.

Paulina spojrzała na Łukasza, a potem na Michała.

— To brzmi jak plan — odpowiedziała z uśmiechem, kończąc kawę i odkładając filiżankę.

Ustalili, że spotkają się na dziedzińcu o jedenastej. Cała czwórka niemal równocześnie wstała od stolika. Po krótkiej wymianie drobnych uprzejmości rozeszli się do swoich pokoi.

Kiedy wrócili do apartamentu, od razu skierowała się w stronę łazienki. Łukasz podążył za nią. Oboje stanęli przed umywalką, myjąc zęby w ciszy, która miała w sobie dziwną intymność — zwyczajną, niemal domową. Umywszy zęby, przetarła usta ręcznikiem, spojrzała na zegarek i westchnęła lekko.

— Mamy jeszcze godzinę — powiedziała, wychodząc do pokoju.

Rzuciła się na łóżko, opierając głowę na poduszce. Przeciągnęła się jak zadowolona kotka — płynnie, leniwie, z tą niezachwianą kobiecą pewnością, która przyprawiała go o dreszcze. Jej biodra uniosły się lekko, ramiona rozłożyły szeroko, brzuch napiął. Łukasz patrzył na nią chwilę w milczeniu, nie wiedząc, czy powinien podejść. W końcu odważył się i powoli, ostrożnie, położył się obok. Zgiął się lekko, bo przeszywający ból wokół sutków znów dał o sobie znać. Syknął cicho. Paulina od razu otworzyła oczy.

— Na litość boską, Łukasz — mruknęła z rozbawieniem — przestań się pieścić ze sobą. Naprawdę tak cię to jeszcze boli?

Spojrzał na nią z wyrzutem.

— Bardzo — odpowiedział szczerze — Naprawdę bardzo, Paulinko.

— Przesadzasz. Już ci mówiłam, nie lubię mięczaków. A ty jęczysz, jakbym urwała ci coś ważnego — stwierdziła spokojnie.

— Wcale nie jęczę… tylko… to naprawdę było… mocne — bąknął, rumieniąc się.

Uniosła kącik ust w krótkim, nieco drwiącym uśmiechu.

— Mocne? — powtórzyła. — Łukaszu… to była ledwie rozgrzewka. Nawet nie musiałam wkładać w to siły.

Leżeli obok siebie na łóżku. Ona z rękami splecionymi pod głową, jakby po prostu odpoczywała. On obok, nieruchomy, próbując uspokoić oddech. Przez chwilę panowała cisza, miękka i gęsta jednocześnie. W końcu zdobył się na odwagę.

— Paulinko… — zaczął ostrożnie. — Powiedziałaś, że to była tylko rozgrzewka. I że mała część twoich możliwości…

Otworzyła jedno oko powoli, jakby przerywał jej przyjemną drzemkę.

— Mhm?

— Chodzi ci o… bat? — wydusił. — O to, co możesz zrobić mi batem?

Zaśmiała się cicho, nisko, jakby jego pytanie naprawdę ją rozbawiło.

— Nie tylko o to — powiedziała znudzonym głosem.

Przetoczyła się na bok i usiadła na nim, powoli, spokojnie, tak jakby była to najzwyklejsza czynność na świecie. Jej ruch był zdecydowany, a ciężar ciała od razu odebrał mu możliwość ucieczki. Spojrzała na niego z góry.

— Bat to elementarz. Narzędzie dla kogoś, kogo dopiero uczysz posłuszeństwa.

Kiedy nachyliła się nad nim, jej włosy opadły po bokach twarzy, tworząc półmrok tak intymny, że poczuł, jak serce zaczyna mu bić szybciej. Jej dłoń przesunęła się po jego torsie.

— Bez tego nie wyobrażam sobie twojej dalszej nauki. Ale to… to naprawdę tylko podstawy.

Usiadła na nim wygodniej, a uda zacisnęły się lekko po bokach jego bioder. Poprawiła włosy, jej palce wróciły do jego torsu, tym razem sunąc wolniej, bardziej leniwie, jakby szukając przez bluzę miejsc, które są nadal obolałe.

— Wiesz, co mnie naprawdę podnieca? — zapytała cicho.

Nie czekała na odpowiedź.

— Uwielbiam patrzeć, jak ktoś reaguje na ból.

Jej głos z każdym słowem stawał się głębszy, cięższy, bardziej nasycony.

— Jak napinają się mięśnie na plecach uległego, kiedy uderzam go batem.

Jej uda zacisnęły się odrobinę mocniej, zupełnie nieświadomie — a może właśnie w pełni świadomie.

— Jak ciało próbuje wytrzymać. Jak oddech się rwie.

Przesunęła kciukiem po linii jego mostka.

— Jak brzmi krzyk, kiedy ktoś już nie może wytrzymać.

W jej oczach była już nie tylko ciekawość. Była pasja. Coś dzikiego i pięknego, co istniało wyłącznie wtedy, gdy mówiła o bólu jak o sztuce. Łukasz przełknął ślinę.

— Czyli… masz coś więcej? — zapytał drżąco.

Paulina przeciągnęła się powoli jak drapieżnik rozbudzony z przyjemnego snu. Jej uda przesunęły się po bokach jego ciała, a w głosie pojawiło się to niebezpieczne, miękkie ciepło, które działało na niego bardziej niż ból czy strach.

— O wiele więcej, Łukaszu.

Milczenie, które po tym zapadło, było dla niego nieznośne. W końcu zebrał się na kolejne pytanie.

— Ale… co dokładnie? Co… robiłabyś… gdybym był gotowy?

Zsunęła się z niego, po czym uśmiechnęła się leniwie.

— Ojej, no dowiesz się — powiedziała miękko. — Kiedy będziesz w stanie to wytrzymać.

— Ale…

— Łukasz — przerwała mu, nie podnosząc tonu, a jednak skutecznie uciszając. — Wszystko w swoim czasie. Najpierw muszę wiedzieć, że naprawdę rozumiesz, na czym polega uległość wobec mnie.

— Myślę, że już rozumiem — zaprotestował. — Dla ciebie… zrobiłbym wszystko, ale chciałbym wiedzieć. Chciałbym przygotować się. Chcę zrozumieć, co…

Znów mu przerwała.

— Jeśli teraz poznałbyś szczegóły, tylko byś się przestraszył. A ja nie mam ochoty uspokajać przerażonych chłopców. Wolę sprawdzać granice tych, którzy myślą, że są odważni.

Zamknęła temat tym jednym stwierdzeniem — dokładnie tak, jak chciała. A potem uniosła lekko podbródek.

— Zajmij się moimi stopami.

Tylko tyle. Rozkaz, nie prośba. Natychmiast usiadł i pochylił się. Paulina leniwie wyciągnęła nogi przed siebie. Widok jej stóp, owiniętych cienkimi, cielistymi rajstopami, sprawił, że serce zabiło mu mocniej. Materiał był lekko satynowy, półprzezroczysty. Czuł pod opuszkami palców jego subtelną fakturę, a pod nim — gładką, perfekcyjną skórę. Masował powoli, ostrożnie, jakby dotykał czegoś świętego. Paulina zamknęła oczy.

— Właśnie tak — mruknęła z zadowoleniem. — Lubię taki poranny relaks.

Jej palce drgnęły w rytm ruchów, oddech zwolnił, a on pochylony nad stopami, czuł, że jest dokładnie tam, gdzie powinien. Jednocześnie oddany i ciekawszy niż kiedykolwiek, co naprawdę kryje się w tej „reszcie możliwości,” o której mówiła z takim spokojem. Po niespełna godzinie przeciągnęła się na łóżku i przeczesała dłonią włosy.

— To był cudowny masaż. Naprawdę się zrelaksowałam.

Ton jej głosu wskazywał, że to nie była zwykła, grzecznościowa uwaga. Łukasz rozpłynąłby się, gdyby tylko mógł. Usiadła, wyciągnęła nogi przed siebie i ruchem głowy wskazała szufladę.

— Wyjmij moje skarpetki. Te cienkie, czarne.

Posłusznie przyniósł parę. Uklęknął przed nią i najpierw lekko uniósł jedną stopę, po czym ostrożnie wsunął na nią skarpetkę. Potem drugą. Materiał układał się idealnie na jej smukłych stopach.

— Teraz moje oficerki — poleciła.

Podszedł do szafy, przyniósł eleganckie, czarne oficerki i ponownie uklęknął. Wsunął pierwszą na jej nogę, pilnując, by nie zahaczyć o stopę. Paulina uniosła nieco podudzie, pomagając mu wsunąć stopę do końca.

— Zapnij zamek — dodała cicho.

Złapał za metalowy suwak, który z cichym dźwiękiem powędrował do góry. Ta sama procedura powtórzyła się przy drugim bucie — miękki materiał skarpetek, chłodna skóra oficerek i ten finalny, satysfakcjonujący dźwięk zamykanego zamka.

— Dobrze — powiedziała z zadowoleniem. — Wstań.

Gdy podniosła się, podał jej czarny długi puchowy płaszcz o lekkim połysku. Wsunęła ręce w rękawy i powoli zapięła zamek prawie aż pod szyję. W tym czasie on włożył swoje buty, kurtkę puchową i czapkę. Poprawiła włosy — jednym, płynnym gestem, jakby robiła to setki razy przed lustrem, zawsze z tą samą naturalną elegancją. Potem wyjęła z torebki niewielki błyszczyk. Odsunęła dolną wargę językiem, pochyliła się lekko do lusterka i powoli przeciągnęła aplikatorem po ustach. Nabrały subtelnego połysku, który sprawił, że Łukasz dosłownie zamarł, zapatrzony w nią jak w obraz. Był w niej każdy detal, który go rozbrajał. Dopiero po chwili oderwała spojrzenie od własnego odbicia i sięgnęła po szalik — miękki, wełniany, w głębokiej czerni. Owinęła go elegancko wokół szyi, zostawiając końce zwisające po obu stronach klatki piersiowej. Następnie nałożyła czapkę — prostą, kaszmirową, dopasowaną, podkreślającą kształt jej twarzy.

— Idziemy — rzuciła lekko, nie patrząc już w lustro, jakby wiedziała dokładnie, że wygląda perfekcyjnie.

Patrzył na nią w milczeniu. W tej chwili była dla niego uosobieniem elegancji i chłodnej siły — kimś, kogo nigdy nie przestanie pragnąć. Zjechali windą na dół. Dochodziła jedenasta. W holu tuż przy drzwiach zatrzymała się i zaczęła zakładać rękawiczki — najpierw wsunęła palce, potem naciągnęła skórę starannie na dłonie. Materiał skrzypnął cicho. Gest był zwykły, a jednak Łukasz nie mógł oderwać od niego wzroku — był w tym jakiś chłodny, szlachetny, precyzyjny erotyzm. Gdy wyszli na dziedziniec, powietrze było chłodne i wilgotne. Poprawiła kołnierz płaszcza i rozejrzała się.

— Poczekajmy na nich — powiedziała spokojnie. Skinął głową, nie odrywając od niej oczu.

Patrzył na nią uważnie, sam nie do końca rozumiejąc, dlaczego właśnie teraz — w zwyczajnym zimowym stroju, ona działała na niego tak samo mocno, jak wczoraj, gdy była uosobieniem zmysłowej dominacji. Było w niej coś, co wymykało się prostym kategoriom. Coś, co nie wynikało z odsłonięcia ciała, makijażu czy eleganckiej kreacji. Jej obecność miała własną temperaturę, własną gęstość. Ten długi, czarny puchowy płaszcz, lekko połyskujący w świetle dnia. Oficerki, w których każdy ruch jej nóg wydawał się bardziej zdecydowany, eleganckie rękawiczki, które chroniły jej dłonie. To wszystko razem tworzyło obraz kobiety, która potrafiła być absolutnie fascynująca w każdych okolicznościach, niezależnie od tego, czy była w bieliźnie, eleganckiej sukience, czy po prostu gotowa na zwykły zimowy spacer. Poprawiała właśnie suwak płaszcza, kiedy rzucił półżartem, choć z wyraźną uległością:

— Wiem, wiem. Ręce mam trzymać poza kieszeniami.

Spojrzała na niego z lekką pobłażliwością. Podeszła bliżej, bardzo blisko, tak że poczuł zapach jej perfum, teraz lekko wymieszany z chłodem poranka. Unosząc rękę w czarnej rękawiczce, przesunęła nią powoli po jego policzku — gest tak delikatny, że aż niepokojący, bo emanowała z niego pełna kontroli czułość.

— Właśnie tak — powiedziała miękko. — Jesteś dobrym chłopcem i szybko się uczysz.

Poczuł, jak coś w nim drgnęło, jakby jej głos dotknął go głębiej niż dłoń. Chciał odpowiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle — pozostało jedynie rosnące w piersi napięcie, mieszanka oddania, zachwytu i tęsknoty za jej aprobatą. Chwilę później usłyszeli kroki — Michał i Anka zbliżali się w ich stronę.

— O, idealnie na czas! — zawołała Anka z szerokim uśmiechem.

Paulina cofnęła rękę, jakby nic się nie wydarzyło, a Łukasz stanął obok niej, próbując opanować rozdygotane wnętrze. Bycie przy niej nawet w tak prostej scenie było dla niego bardziej niezwykłe niż cokolwiek, co działo się kiedykolwiek wcześniej.

Spacer mijał im szybko i przyjemnie. Cała czwórka rozmawiała swobodnie, śmiejąc się i ciesząc towarzystwem oraz pięknem otaczającej przyrody. Szli spokojnym tempem w stronę jeziora, którego tafla — częściowo skuta lodem — odbijała blade, zimowe światło. Okolica była jak wycięta z pocztówki: bulwar prowadzący wokół zbiornika pokryty był cienką, równą warstwą śniegu, skrzypiącego miękko pod butami. Ławeczki stały puste, przykryte białymi czapami, a gałęzie drzew lekko uginały się pod ciężarem świeżego puchu. Mróz szczypał w policzki, w powietrzu unosiła się delikatna para z oddechów. Anka i Michał, wyraźnie podekscytowani widokiem okolicy, ruszyli w pewnym momencie szybciej. Robili zdjęcia, komentowali coś półgłosem, śmiali się co chwilę — i po kilku minutach dzieliło ich już od Pauliny i Łukasza dobre kilkanaście metrów. Na tyle daleko, że ich słów nie można było usłyszeć, a ich obecność stanowiła jedynie ruchomy punkt w zimowym krajobrazie. Łukasz i Paulina szli ramię w ramię. Łukasz co jakiś czas zerkał na nią — na jej profil, lekko zaróżowione policzki, włosy wysuwające się spod czapki, na dłonie w rękawiczkach — i czuł to samo ukłucie zachwytu, które pojawiało się za każdym razem, gdy był blisko niej. Gdy skręcili w boczny odcinek bulwaru, gdzie drzewa po obu stronach tworzyły naturalny tunel z białych, ośnieżonych gałęzi, było już jasne, że są poza zasięgiem słuchu Anki i Michała. Z przodu widać było ich sylwetki, ale rozmowa Pauliny i Łukasza stawała się teraz prywatnym światem — odizolowanym, cichym, niemal intymnym, zawieszonym pomiędzy mroźnym powietrzem a miękkim śniegiem pod stopami. Przeszli może jeszcze kilkadziesiąt metrów, kiedy Paulina nagle zwolniła, a potem zatrzymała się zupełnie. Jej sylwetka odznaczała się wyraźnie na tle bieli — czarny płaszcz, długie oficerki, rękawiczki. Odwróciła głowę w jego stronę powoli, jakby coś właśnie w niej kliknęło. Jej spojrzenie zgęstniało i natychmiast w niego uderzyło.

— Zapomniałeś chyba o czymś — powiedziała lodowato.

Ten ton było najgorszy. Ciszej niż reprymenda, zimniej niż rozkaz. Łukasz zesztywniał, jakby ktoś wsunął mu pod skórę drut. Dopiero po chwili dotarło do niego, o co chodzi. W popłochu wyjął dłonie z kieszeni i opuścił je wzdłuż ciała. Paulina patrzyła na niego w bezruchu. Idealnie spokojna. I właśnie to go przeraziło najbardziej.

— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytała.

Głos miała miękki, ale absolutnie nieprzyjemny. Jak welwet, pod którym kryje się ostrze.

— Ja… naprawdę bardzo zimno… odruch… nawet nie pomyślałem…

— Odruch — powtórzyła z kpiącym namysłem, jakby to słowo było czymś obślizgłym, czego nie chce dotknąć.

Zrobiła krok bliżej. Bardzo powoli, patrząc mu prosto w oczy, jakby badała, ile zostało w nim odwagi.

— Czyli odruchem jest łamanie zasad, które ustaliliśmy? — zapytała. — Odruchowo mnie zawiodłeś?

— Paulinko, ja nie chciałem, no co ty…

— Nie interesuje mnie, czego nie chciałeś, Łukaszu — jej głos był wciąż cichy. Niosło się w nim to mroczne ciepło, ten rodzaj okrucieństwa, które potrafi być bardziej zmysłowe niż rozpaczliwe wyznania.

— Interesuje mnie, co zrobiłeś.

Jej rękawiczka musnęła jego policzek. Pieszczota, która wyglądała jak czułość, ale była tylko pogłębieniem zależności.

— Tak dobrze ci szło. Naprawdę dobrze. Byłam z ciebie zadowolona — powiedziała szeptem, nachylając się bliżej, tak blisko, że czuł ciepło jej oddechu mimo mrozu. — A teraz… — westchnęła — zasłużyłeś na karę.

Dłoń zsunęła się po jego torsie, bardzo wolno, jakby chciała sprawdzić, jak szybko zacznie drżeć.

— I uwierz mi, mój drogi, będzie dotkliwa.

Przekrzywiła lekko głowę, jak kot, który zastanawia się, od której strony zacząć zabawę ze schwytaną właśnie myszką.

— Zdecydowanie zasłużyłeś, bo ja nie lubię być rozczarowana. Bardzo nie lubię — dodała prawie czule.

Z przodu Anka i Michał szli przed siebie, zupełnie nieświadomi, że za ich plecami dzieje się coś, co Łukasz zapamięta do końca życia. Od razu zrozumiał, że przekroczył granicę, choć tak naprawdę wciąż nie pojmował, dlaczego tak go to ruszało. Odetchnął płytko i powiedział:

— Przepraszam, Paulinko… naprawdę przepraszam. Nie chciałem cię zawieść.

Ona tylko uniosła kącik ust w uśmiechu, który był wszystkim jednocześnie — piękny, znaczący, a zarazem okrutnie spokojny.

— Wiem, że nie chciałeś — powiedziała. — Ale zawiodłeś. A wiesz, co jest najgorsze?

Zatrzymała się na moment i spojrzała na niego.

— Chciałam zrobić ci dziś wieczorem małą niespodziankę… — Jej głos stał się miękki, wręcz tajemniczy. — Ale zamiast niespodzianki będzie kara. Znowu czeka cię ból.

Uśmiechnęła się znacząco, powoli, jakby delektowała się jego reakcją.

— I uwierz mi — dodała cicho — ta różnica będzie dla ciebie bardzo odczuwalna.

Ruszyła dalej, nie czekając, na niego. W końcu przyspieszył kroku i zrównali się. W jego wnętrzu coś drżało — może strach, może podniecenie, może jedno i drugie jednocześnie. Przez kilka minut szli w ciężkim milczeniu. Śnieg skrzypiał pod ich butami, powietrze było mroźne, a jezioro obok otulała mgiełka unosząca się nad powierzchnią. Anka i Michał byli już kilkadziesiąt metrów przed nimi. Łukasz, desperacko próbując zmiękczyć atmosferę — a może tylko spełnić własne pragnienie — zdobył się na coś w rodzaju żartu.

— Już wiem — powiedział nagle, z wymuszonym uśmiechem. — Może żebym nie trzymał rąk w kieszeniach ani nie miał głupich odruchów… pójdziemy trzymając się za ręce?

Wyciągnął dłoń w jej stronę. Serce mu waliło. Chciał tego dotyku od początku spaceru, ale brakowało mu odwagi. Teraz liczył, że obróci to w coś niewinnego. Paulina spojrzała na jego wyciągniętą rękę, potem na niego. Zimno. Badawczo. Jakby analizowała zwierzę, które właśnie zrobiło coś absurdalnego.

— Za ręce? — powtórzyła bez cienia uśmiechu. — A po co?

— No… nie wiem… — wyjąkał, starając się dalej żartować. — Może, żeby było romantyczniej?

Paulina roześmiała się, jakby jego słowa były najlepszym dowcipem tego ranka.

— Romantyczniej? Po co chcesz romantyczniej? Szukasz romantycznej dziewczyny? To trafiłeś pod zły adres. Ja nie jestem romantyczna.

Te słowa uderzyły go bardziej niż wczorajsze klamry. Coś w nim aż się ścisnęło. Przeszedł go dreszcz. „Wredna” — ta myśl pojawiła się sama, szybka i bezsilna, i choć ją zaraz odsunął, została w nim jak zadra.

— Acha… tak… — powiedział, próbując zamaskować ukłucie żalu.

— Mhm — odburknęła chłodno, znów ruszając do przodu.

Próbował ją jeszcze zagadywać. Kilka drobnych uwag. Kilka prób rozmowy o jeziorze, zamku, spacerze. Ale Paulina odpowiadała tylko półsłówkami, czasem jednym zdaniem, częściej krótkim, znaczącym uśmiechem — tym, który mówił wszystko: „Niczego dzisiaj ci nie ułatwię”. Kiedy zbliżyli się do zakrętu ścieżki, małżeństwo znajomych czekało już tam na nich. Gdy dołączyli, atmosfera natychmiast rozluźniła się, jakby przed momentem między nimi nie rozegrała się mała, chłodna batalia.

— Ale tu pięknie — rzuciła Anka, podskubując płatki śniegu z barierki. — Klimat jak z jakiejś skandynawskiej bajki.

— To prawda — przytaknęła Paulina lekko, zupełnie neutralnym tonem. — Świetne miejsce na spacer. Podoba mi się tu, dawno nie byłam w tak urokliwym miejscu.

Ani śladu złości. Ani śladu chłodu. Ani cienia tego zimnego ostrza, które jeszcze kilka minut temu wbijała mu w serce. Jej twarz była spokojna, uprzejma, pogodna — Paulina Ritter w wersji publicznej, wyważonej i eleganckiej. Michał opowiadał coś o planach na wiosnę, o kolejnym wyjeździe, który rozważają z Anką. Paulina dopytywała, komentowała, czasem żartowała. Łukasz też dorzucał pojedyncze słowa, choć robił to machinalnie — jakby jego usta pracowały, a myśli były zupełnie gdzie indziej. Co kilka kroków zerkał na Paulinę. Nie mógł się powstrzymać. Nie, to było więcej — nie potrafił. Każda jej reakcja, każdy gest dłoni w skórzanej rękawiczce, każdy ruch bioder schowanych pod czarnym połyskującym płaszczem wbijał się w niego jak gwóźdź, zostawiając w jego wnętrzu drżącą przestrzeń między pragnieniem a strachem. Sutki nadal go bolały — tępy, pulsujący ból, który wzmacniał się przy każdym ruchu. T-shirt ocierał to miejsce, drażnił, palił. Metal klatki uciskał go przy każdym kroku, przypominając, że jest związany z nią — dosłownie i metaforycznie. A ona? Ona szła tuż obok — piękna, spokojna, jak gdyby niczego nie zrobiła, jakby nie zraniła go ostrym zdystansowaniem, jakby nie osądziła go twardo za błahy odruch. A jednak… Właśnie ta obojętność. Ten kontrast między publiczną miękkością a prywatnym okrucieństwem. To wszystko sprawiało, że jego serce waliło jak oszalałe. Że był jej jeszcze bardziej oddany. Myślał tylko o jednym — jak bardzo ta kobieta potrafi nim zawładnąć. Jak kompletnie. Jak bez reszty. I jak bardzo jej pragnie. Nawet wtedy — a może zwłaszcza wtedy — gdy najbardziej go rani. Bo wiedział, czując każdy puls bólu w sutkach, każdy centymetr zimnego metalu między nogami: Paulina może zrobić z nim wszystko. A on jej na wszystko pozwoli.

Nagle zorientowali się, że minęły już cztery godziny i że zdążyli obejść całe jezioro, prowadzeni rozmową i spokojem grudniowego popołudnia. Powietrze było chłodne, rześkie, a słońce powoli znikało za linią drzew, malując niebo w odcieniach różu i ciepłego pomarańczu. Po długim spacerze wszyscy czuli w ciele przyjemne zmęczenie i kojącą lekkość.

— Nie wiedziałam, że czas może tak szybko minąć — zauważyła Paulina, patrząc na znajdujące się coraz niżej na niebie Słońce. — Ale muszę przyznać, że to był naprawdę udany spacer.

— Zdecydowanie warto było się przejść — dodał Michał, zerkając na spokojną taflę jeziora. — Teraz czas wrócić do hotelu i rozgrzać czymś dobrym. Zanim pójdziemy na obiad, może wpadniecie do naszego pokoju? Mam tam naprawdę dobrą whisky, która idealnie nas rozgrzeje po tym spacerze.

Paulina i Łukasz wymienili spojrzenia, po czym oboje uśmiechnęli się, akceptując zaproszenie. Ania również wyglądała na zadowoloną z propozycji Michała. Rozstali się przy recepcji. Para poszła do swojego pokoju, by się odświeżyć. Wsiedli do windy. Przez pierwsze sekundy panowała cisza — taka gęsta, że Łukasz niemal słyszał własne tętno. I wtedy Paulina odwróciła się do niego. Jej twarz zmiękła… albo tylko udawała, że zmiękła. To u niej zawsze było nieodgadnione. Ujęła go za rękę — jej była wciąż ubrana w czarną skórzaną rękawiczkę. Powoli uniosła jego dłoń do wysokości oczu. Skóra Łukasza była czerwona od zimna. Patrzyła na tę dłoń z takim skupieniem, jakby analizowała jakiś eksperyment.

— Bardzo zmarzły ci dłonie? — zapytała prawie czule.

— Tak… bardzo.

Kącik jej ust uniósł się w złośliwym, rozbawionym uśmiechu. Nie było w nim ani odrobiny współczucia. Była za to satysfakcja i coś uwodzicielskiego, niemal hipnotycznego.

— Bardzo dobrze — powiedziała spokojnie.

Podniósł wzrok, zaskoczony, zraniony, próbując zachować resztki pewności siebie.

— Dlaczego bardzo dobrze? — zdobył się na odwagę.

Nie odpowiedziała od razu. Najpierw przesunęła opuszkami palców — przez skórę rękawiczki — po jego lodowatej dłoni. Powoli, bez pośpiechu, tak jakby badała każdy milimetr reakcji, który wywoływała. Zatrzymała dłoń na jego palcach, dociskając je odrobinę mocniej. Potem zbliżyła usta do jego ucha, na tyle blisko, że poczuł jej oddech — chłodny, równy, absolutnie pewny siebie.

— Bo sprawia mi przyjemność, kiedy odczuwasz dyskomfort z mojego powodu. Kiedy robisz coś, bo tego właśnie od ciebie chcę i czujesz to w sobie.

Odchyliła się minimalnie, tylko tyle, by mogła spojrzeć mu w oczy.

— To dla mnie bardzo miłe i nawet trochę podniecające — dodała cichutko.

Jej ton pozostał słodki, niemal melodyjny ale każde słowo wbijało się w niego precyzyjnie — zimne, pewne, niepodważalne. Wyprostowała się, wciąż patrząc na niego.

— Zimne dłonie, bolące sutki, ten metal między nogami, ślady po paznokciach — wyszeptała wolno, jakby smakowała każde słowo. Brzmiała tak, jakby opisywała coś pięknego, intymnego, stworzonego wyłącznie dla jej przyjemności. — Całe twoje ciało mówi dziś głośniej niż ty sam.

Podeszła bliżej. Jej głos zniżył się do miękkiego, jedwabistego tonu, który potrafił jednocześnie rozpalać i przerażać.

— Widzisz, Łukaszu, to nie są przypadkowe ślady. To są ślady po mnie. Tak znaczę swoją własność.

Musnęła jego bok opuszkami palców — ledwo, na sekundę, z wyrafinowaną okrutną czułością.

Jej oddech przesunął się po jego szyi, a potem odsunęła się z powrotem, patrząc mu w oczy z półmrocznym uśmiechem.

— To właśnie mnie podnieca. I jeszcze ani razu nie zobaczyłam, żebyś tego naprawdę żałował. Ani przez chwilę.

Złożyła dłonie na jego policzkach — delikatnie, niemal czule, choć w jej spojrzeniu czaiła się władza.

— I kto sprawia, że drżysz — dokończyła szeptem, przesuwając palcami po jego policzku jeszcze delikatniej, jakby go głaskała.

Winda zatrzymała się i drzwi rozsunęły się z cichym sykiem. Odsunęła się od niego tak swobodnie, jakby nic się przed chwilą nie wydarzyło.

— Chodź — rzuciła lekko. — Mamy jeszcze sporo dnia przed sobą.

Gdy tylko weszli do pokoju, usiadła na brzegu łóżka z cichym westchnieniem ulgi, zdejmując rękawiczki i rozpinając płaszcz. Jej wzrok powędrował w stronę Łukasza, który stał nieopodal i patrzył na nią z mieszaniną czułości i pożądania.

— Pomóż mi z butami, na co czekasz? — powiedziała, spoglądając na niego z góry i lekkim ruchem wystawiając jedną nogę do przodu.

Bez słowa uklęknął przed nią, jakby to było coś całkowicie naturalnego. Powoli zaczął zsuwać zamek wysokiego, czarnego kozaka. Metalowy dźwięk suwaka był jedynym dźwiękiem w pokoju, poza ich oddechami. Gdy but zsunął się z jej stopy, odsłonił delikatną, cienką, czarną bawełnianą skarpetkę. Łukasz zdjął ją ostrożnie, odsłaniając drobną, zgrabną stopę w cielistych rajstopach. Jej paznokcie były starannie wypielęgnowane, pomalowane na głęboki burgund, który pięknie kontrastował z jasną skórą. W tej chwili jego spojrzenie mimowolnie zatrzymało się na łuku stopy, na smukłych palcach i subtelnym zarysie ścięgien — kobiecych, eterycznych, wręcz hipnotyzujących. Zanim sięgnął po drugi but, pochylił się i złożył na stopie delikatny pocałunek, prawie niezauważalny. Paulina nie powiedziała nic, ale kątem oka obserwowała to co robi — z subtelnym, tajemniczym uśmiechem błąkającym się po jej ustach. Drugi kozak zsunął równie płynnie, z tym samym rytuałem — rozpięcie, odsłonięcie kostki, zdjęcie skarpetki, krótki, czuły pocałunek.

— Dziękuję — szepnęła cicho, spoglądając na niego z góry z nutą czułości w spojrzeniu.

Wskazała dłonią na parę butów stojących przy ścianie — eleganckie czarne baleriny Chanel, wykonane z miękkiej, lśniącej skóry. Miały charakterystyczne, złote akcenty: niewielkie, charakterystyczne logo przy podbiciu i subtelny, dekoracyjny łańcuszek wszyty tuż nad noskiem. Proste, ale absolutnie luksusowe. Na tyle klasyczne, że pasowały do jej czarnych dżinsów i golfa. Uklęknął przed nią, ostrożnie podsunął pierwszy but i ujął jej stopę — delikatnie, z niemal nabożną ostrożnością, czując przez cienką warstwę rajstop idealny kształt jej palców. Powoli wsunął stopę w but, upewniając się, że materiał rajstop nie marszczy się ani o milimetr. To samo zrobił z drugą stopą — starannie, skupiony, jakby wykonywał czynność o ogromnym znaczeniu. Obserwowała go w milczeniu. Gdy uniósł na nią wzrok, zobaczył na jej twarzy lekkie, rozbawienie.

— O właśnie tak — powiedziała spokojnie. — Lubię, kiedy wszystko leży perfekcyjnie. Jesteś cudowny gdy tak o mnie dbasz — powiedziała cicho.

W jej głosie było coś, co wywołało przyjemny dreszcz biegnący mu po kręgosłupie.

Nadal klęczał przy jej stopach. Podniósł wzrok — powoli, jakby wstydząc się pytania, które miało zaraz paść.

— Paulinko… a… czy ty nadal… gniewasz się na mnie? — zapytał nieśmiało, niemal szeptem. — Za te dłonie w kieszeniach…

Pochyliła się lekko. Pogładziła go po włosach delikatnie, niemal czule.

— Łukasz… — zaczęła miękko. — Ja się na ciebie nie gniewam. Gniew nie ma tu nic do rzeczy.

Jej kciuk przesunął się po jego dolnej wardze, jakby badała jego reakcję.

— Twoja kara nie będzie wynikała z emocji. Nie robię tego dlatego, że jestem zła. Kara ma znaczenie, bo porządkuje świat między nami. Gdy łamiesz zasady, muszę to w jakiś sposób napiętnować., żebyś wiedział, gdzie jest granica. I żebyś pamiętał, do kogo należysz, kiedy ją przekraczasz.

Zsunęła dłoń z jego włosów, przesuwając nią po jego szyi.

— To nie ma nic wspólnego z moim gniewem — powtórzyła cicho. — Kara to konsekwencja. Naturalna. Niezbędna. Równowaga między tym, czego od ciebie oczekuję, a tym, co jesteś gotów mi dać.

Nachyliła się bliżej, jej usta były już o centymetr od jego.

— A dziś? — wyszeptała. — Dziś po prostu złamałeś zasadę. I dlatego zostaniesz ukarany. Nic więcej. Nic mniej. Nie dopisujmy do tego zbędnych teorii.

Wyprostowała się powoli, znów pełna niewzruszonej, spokojnej pewności.

— I nie mów o gniewie, dobrze? Złość jest dla zwykłych ludzi. Ja działam z innych powodów — dodała z zimnym uśmiechem.

Zrozumiał. Po chwili wstała, poprawiła golf i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.

— Jestem gotowa. Chodźmy.

Zapukali do drzwi. Po chwili zostali serdecznie przywitani przez gospodarzy, którzy już czekali z przygotowaną whisky. Paulina zsunęła buty i usadowiła się wygodnie na małej sofie w pozycji półleżącej, opierając się o poduszki. Jej nogi były delikatnie wyciągnięte, a stopy spoczywały tuż obok Łukasza, który usiadł przy niej, gotowy na spędzenie przyjemnego wieczoru. Michał, z wyraźną pasją, zaczął nalewać alkohol do szklanek. Kiedy podał każdemu z nich złocisty trunek, z entuzjazmem zaczął opowiadać o butelce, którą wybrał.

— To coś specjalnego — zaczął z błyskiem w oku. — GlenDronach 18 lat, dojrzewała w beczkach po sherry oloroso i Pedro Ximénez. Czuć tu suszone owoce, orzechy, cynamon i ten lekko owocowy zapach z nutą dymu i wanilii. To właśnie efekt długiego dojrzewania.

Łukasz z zainteresowaniem przysunął szklankę bliżej nosa, bezskutecznie próbując wyczuć te niuanse. Był pod wrażeniem nie tylko samego trunku, ale i wiedzy Michała, który okazał się prawdziwym znawcą.

— To naprawdę wyjątkowe — powiedziała Paulina, spoglądając na gospodarza z uznaniem. — Masz świetny gust, Michał. I bardzo bogatą wiedzę.

Ten uśmiechnął się z dumą, widząc, że jego goście doceniają wybór i chwalą go.

— Cieszę się, że wam smakuje. Whisky to nie tylko alkohol; to historia, klimat, tradycja. W każdej butelce kryje się coś więcej niż tylko smak.

— A skąd ty tyle wiesz o whisky? — zapytał Łukasz z ciekawością.

Ania spojrzała na męża z czułością i odpowiedziała.

— Firma Michała zajmuje się handlem luksusowym alkoholem — powiedziała z dumą. — Wiesz, whisky, koniaki, rumy, selekcje dla kolekcjonerów, prestiżowe edycje.

— No i trochę z pasji — dodał Michał. — Jak się człowiek tym zajmuje, to szybko zrozumie, że tu chodzi o coś więcej niż moc procentów.

Rozmowa toczyła się swobodnie, w tle grała cicha muzyka, a w szklankach lekko dźwięczał lód. Paulina uśmiechnęła się z lekkim zaskoczeniem.

— Nigdy wcześniej nie lubiłam whisky, ale chyba zaczynam zmieniać zdanie.

— Wiesz, Paulina — zaśmiał się Michał — większość ludzi mówi, że nie lubi whisky, bo znają tylko jakieś tanie blendy z marketu. Pili jakieś gówno z Biedronki albo innego Lidla. A to zupełnie inna liga. Chętnie opowiem ci więcej. Jak kiedyś będziecie mieli ochotę, zaproszę was nawet na porządną degustację. To dopiero coś!

— Brzmi interesująco. Chętnie spróbuję — odpowiedziała z uśmiechem.

Siedziała wygodnie, z nogami swobodnie ułożonymi na kolanach swojego partnera. Łukasz przez chwilę tylko patrzył na jej stopy — drobne, kształtne, jakby stworzone do tego, by je adorować — po czym uniósł ręce i bardzo powoli musnął je palcami. Jej reakcja była natychmiastowa: krótkie, pełne relaksu westchnienie, które zabrzmiało jak cicha aprobata. Zachęcony, przesunął dłonie niżej, potem wyżej, aż w końcu jego dotyk nabrał rytmu. Delikatne głaskanie płynnie zmieniło się w uważny, kojący masaż. Pod jego palcami jej stopa stopniowo się rozluźniała; Paulina przymknęła oczy, odchylając lekko głowę, jak ktoś, kto pozwala sobie na krótką, zasłużoną przyjemność. Michał siedział w fotelu naprzeciwko, sącząc whisky, ale jego uwaga była właściwie skupiona wyłącznie w stronę kanapy, na której siedzieli goście. Na pierwszy rzut oka — zwykła para, ot, wczoraj poznani, trochę młodsi od nich, nowi znajomi spędzający z nimi miły dzień. A jednak coś w tej kobiecie nieustannie przykuwało jego wzrok. Coś więcej niż tylko uroda. Zerknął raz jeszcze. Paulina rozłożyła się na sofie w półleżącej pozycji, z nogami delikatnie opartymi o Łukasza. W tej pozornie niewinnej pozie było co zniewalającego. Coś, co sprawiało, że trudno było od niej oderwać wzrok. Jej ruchy były naturalne, każdy gest, każda zmiana pozycji ciała wydawała się przemyślana — jakby cała jej obecność była dopracowaną kompozycją. Przyłapał się na tym, że wciąż zerka na jej stopy. Widział, jak Łukasz przesuwa po nich dłonią — powoli, czule — a ona nie protestowała. Przeciwnie, wyglądała, jakby uznawała to za coś absolutnie naturalnego. Czasem lekko przymykała oczy, czasem delikatnie poruszała palcami — jakby prowokując. Poczuł znajome ukłucie podniecenia. Było w tym coś intymnego, choć przecież nikt niczego nie mówił, nikt nie robił nic otwarcie niedozwolonego. Wszystko działo się jakby w cieniu słów, w przestrzeni między gestami. On — jako mąż, jako gospodarz — nie powinien się w to wpatrywać. A jednak. Nie potrafił przestać. I wtedy znów to zauważył. Kluczyk. Niewielki, delikatny, zawieszony na cienkim łańcuszku, który spoczywał na golfie Pauliny, poruszając się lekko przy każdym jej ruchu. Miał idealny kształt. Zbyt techniczny jak na ozdobę. Michał znał się na detalach — to był kluczyk funkcjonalny, niedekoracyjny. Zastanowił się. Oczywiście, znał temat. Może nie z praktyki, ale z ciekawości, którą zaspokajał w internecie. Od czasu do czasu zaglądał na różne strony. Femdom. Kontrola. Klatki. Klucze. Dominacja. Uległość. Locktober. Czy to możliwe, że… Zerknął dyskretnie na Łukasza. Na jego twarzy pojawiał się czasem ten specyficzny cień — mieszanka zachwytu, napięcia i podporządkowania. Nie wyglądał na mężczyznę, który prowadzi. Raczej na kogoś, kto idzie za nią krok w krok. I to z przekonaniem. Niemal jak wyznawca. Sięgnął po szklankę, biorąc łyk whisky, żeby zamaskować zamyślenie. Kluczyk znów poruszył się, odbijając światło lampy i połyskując przez ułamek sekundy. Do czego jesteś, maleńki? Jaki zamek otwierasz? — pomyślał. — Czy naprawdę jesteś tym, o czym myślę…? Paulina — gdy wczoraj wieczorem zapytał ją o tę ozdobę, odpowiedziała wymijająco. Zbyt wymijająco. Nie powiedział nic, ale w środku, gdzieś głęboko, jego myśli już krążyły tylko wokół tej kobiety. I wokół kluczyka.

Cała czwórka udała się wspólnie na obiad do hotelowej restauracji. W miłej atmosferze spędzili tam ponad godzinę — rozmawiali, dzielili się kolejnymi anegdotami z życia, śmiali się.

Po obiedzie rozeszli się do pokoi, żeby chwilę odpocząć. Michał i Ania spędzili ten czas w spa. Paulina jakiś czas pisała coś na laptopie, potem położyła się na łóżku koło Łukasza i oboje zasnęli. Czas płynął leniwie, atmosfera była odprężająca. Spali ponad godzinę. Wtuliła się w niego, jakby instynktownie szukała ciepła i bliskości. Łukasz obejmował ją ramieniem, czując subtelne drżenie jej oddechu i zapach perfum, który wciąż unosił się w powietrzu. Mimo zmęczenia nie potrafił całkowicie się wyciszyć — jej bliskość działała na niego elektryzująco. Obudzili się niemal równocześnie. Paulina bez słowa wstała z łóżka, zabierając z szafy przygotowane wcześniej ubrania. Zniknęła w łazience. Łukasz wstał, przeciągnął się i szybko się przebrał — założył eleganckie czarne spodnie, szarą koszulę i marynarkę. Usiadł na brzegu łóżka, wpatrując się w drzwi łazienki z lekkim napięciem, czekając, aż kobieta jego marzeń znów się pojawi — gotowa, perfekcyjna, taka jak zawsze. Gdy wyszła na chwilę, zaniemówił. Wyglądała absolutnie oszałamiająco. Jej włosy były elegancko upięte, co odsłaniało smukłą szyję i podkreślało delikatnie zarysowane kości policzkowe. Mocny, wyrazisty makijaż akcentował oczy i usta, nadając jej spojrzeniu intensywność, która potrafiła przeciąć powietrze jak nóż. Miała na sobie białą, dopasowaną koszulę ze złotymi guzikami, czarne, połyskujące skórzane spodnie i szpilki. Spodnie idealnie podkreślały zgrabne nogi, a delikatna biżuteria — złoty łańcuszek i długie kolczyki — dodawała jej wizerunkowi chłodnej elegancji.

— Paulinko, wyglądasz bosko — wykrztusił. — Zaraz rozerwę tę klatkę.

Przekrzywiła lekko głowę, jakby zastanawiała się, czy odpowiedzieć słowami, czy gestem. Wybrała to drugie. Podeszła do niego powoli. Bez pośpiechu chwyciła jego dłoń, jej palce były zimne.

— Ojej, naprawdę aż tak uciska? — powtórzyła cichym tonem, jakby dopiero teraz zaczynała się tą informacją interesować. Nie czekając na odpowiedź, przesunęła jego dłoń wzdłuż swojego uda. Skórzane spodnie były gładkie, chłodne, napięte na jej mięśniu — Łukasz czuł, jak materiał przesuwa się pod jego palcami z jedwabistą płynnością, zupełnie bez oporu. A ona prowadziła jego dłoń wyżej i wyżej, kontrolując każdy milimetr ruchu, jakby uczyła go czegoś bardzo konkretnego: tempa, uważności, posłuszeństwa. W pewnej chwili poczuł drobne, delikatne zgrubienie pod warstwą skóry. Zamrugał, niepewny, co to jest. Paulina uniosła wzrok i uśmiechnęła się tak niewinnie, że aż było to niepokojące.

— Koronka pończoch — wyjaśniła rzeczowo.

Nie odsunęła jego dłoni. Nie przytrzymała jej na siłę. Po prostu pozwoliła jej tam pozostać, jakby pokazywała mu fragment czegoś, co zwykle ukrywała przed światem.

— A może to moja wina, że ta klatka tak cię uciska?

— Paulinko, nie nazwałbym tego winą… Przecież to wszystko dla mojego dobra, prawda?

— Tak, dla twojego dobra — odparła łagodnie, lecz jej głos zawierał cień groźby. — Inaczej byłbyś bardzo nieokrzesany i musiałabym cię dodatkowo ukarać.

— Ukarać? Jak? — zapytał, próbując zachować lekki ton, ale jego głos zdradzał napięcie.

— Musiałabym użyć pejcza, kochanie. I uwierz mi, wtedy nie byłoby już tak miło — odpowiedziała słodkim, lecz złowieszczym tonem.

— Naprawdę zrobiłabyś mi to? — zapytał z kokieterią, udając lekkie niedowierzanie.

— Oczywiście. Gdybym musiała, zrobiłabym to bez wahania. Mówiłam ci o tym dziś rano, nic nie zmieniło się od tego czasu.

— Jesteś moją kochaną sadystką, wiesz? — wyszeptał, całując ją w dłoń. — A Twoje okrucieństwo, Paulinko, jest tak wielkie, jak twoja uroda.

— Łukasz, twoje słowa są miłe, ale nie zapominaj, że moje okrucieństwo, jak to nazywasz, jest częścią dyscypliny, której od ciebie oczekuję, którą konsekwentnie zamierzam egzekwować, a którą tak bardzo sobie cenię.

Delikatnie przesunęła palcem po jego linii żuchwy.

— I nie łudź się, że kilka słodkich słów kiedykolwiek zmiękczy moje serce.

— Paulinko — zaczął z wahaniem — dlaczego jesteś aż tak surowa? Czasem mam wrażenie, że…

— Dlaczego? — powtórzyła cicho. — Łukasz, jestem surowa, bo wiem, co jest dla ciebie najlepsze. Dyscyplina nie jest łatwa, ale jest konieczna. Gdybym była miękka, zatraciłbyś się w swojej słabości. A ja nie chcę kogoś słabego.

— Jestem ci posłuszny, staram się, przecież wiesz. Dziś mi nie wyszło na tym spacerze, trochę dałem dupy, ale naprawdę staram się.

— Wiem — odparła miękko. — I to właśnie dlatego jesteś dla mnie tak ważny. A teraz chodźmy, Ania i Michał na pewno już czekają.

Poszła przodem. Łukasz nie mógł oderwać wzroku od jej bioder, od napiętej skóry spodni na jej pośladkach. Każdy krok przypominał mu o jego uwięzieniu, o tym, że pragnienie nie znajdzie spełnienia, póki ma na sobie tę klatkę. Gdy dotarli do restauracji, Michał od razu zauważył ich i z uśmiechem wskazał stolik. Paulina usiadła, spojrzała na Łukasza i powiedziała:

— Przynieś mi coś do jedzenia.

Gdy wrócił z talerzem, rzuciła:

— Zapomniałeś o sałatce i soku pomarańczowym.

— Przepraszam, Paulinko — odpowiedział cicho odwracając się na pięcie.

Michał, obserwując całą sytuację, skomentował z uśmiechem:

— Muszę przyznać, Paulina, że masz szczęście.

— Masz rację, Michał. Mam ogromne szczęście, że mam przy sobie kogoś tak dbającego o mnie. Łukasz doskonale wie, jak to robić, chociaż zdarzają mu się ciągle błędy. Ale pracujemy nad tym. — powiedziała z uśmiechem, który miał złagodzić ton jej wypowiedzi.

— Dla Pauliny zrobiłbym wszystko — dodał Łukasz, który właśnie wrócił.

— O czym rozmawiacie beze mnie? — zapytała Ania, odwracając się w ich stronę i chowając telefon do torebki.

— Michał właśnie komplementował, jakie mam ogromne szczęście — odpowiedziała Paulina.

— Rozmawialiśmy o tym, jak ważne jest dbanie o siebie nawzajem.

— A Ty, Michał, dbasz tak o Anię?

— Oczywiście, że dbam — odparł, spoglądając na żonę. — Chociaż może nie jestem tak perfekcyjny jak Łukasz.

— Michał za to zawsze potrafi mnie czymś zaskoczyć — dodała Ania z uśmiechem.

Po kolacji czwórka znajomych przeniosła się do baru przy kominku, w zacisznej części hotelu. Miejsce miało nieco klubowy klimat — miękkie fotele, ciemne drewno, stonowane światło i przyjemny aromat dymu z kominka mieszał się z zapachem skórzanych obić. Z sąsiedniej sali dobiegała już wyraźna muzyka — coraz głośniejsze rytmy zapowiadały nadchodzącą imprezę taneczną. Usiedli razem przy niskim stoliku. Michał zamówił dla wszystkich drinki — sam dobrał każdemu coś odpowiedniego, zgodnie z tym, co usłyszał podczas wcześniejszej rozmowy. Paulina dostała Manhattan — klasyczny, intensywny, z mieszanką rye whiskey, słodkiego wermutu i angostury, podany z wisienką maraschino. Ani wybrał to co zawsze, czyli French 75 — elegancki, lekko słodki, z ginu, syropu cukrowego, soku z cytryny i prosecco. Łukasz otrzymał Tom Collinsa — zbalansowanego, orzeźwiającego, opartego na ginie, cytrynie, cukrze i wodzie sodowej. Dla siebie zamówił Negroni — mocne i gorzkie, z ginu, Campari i słodkiego wermutu.

— Spróbujcie — powiedział. — Jestem prawie pewien, że trafiłem.

Łukasz ostrożnie spróbował swojego drinka i uniósł brwi z uznaniem.

— To naprawdę dobre. Cytrusowe, ale nie przesłodzone.

— Widzisz? — rzucił Michał, rozsiadając się wygodniej. — Słucham ludzi.

Paulina podniosła swój kieliszek, upiła niewielki, powolny łyk Manhattanu i odchyliła się na oparcie, z lekkim skinieniem głowy.

— Intensywny. Głęboki. Dokładnie taki, jak lubię. Trafiłeś.

— To znaczy, że zdałem egzamin? — zaśmiał się Michał.

— Na razie — odparła z półuśmiechem.

Rozmowa potoczyła się lekko. Śmiali się, wracali do wspomnień ze spaceru, komentowali alkohol, drobne detale, które zapadały im w pamięć. Paulina, sącząc już czwartego drinka, była coraz bardziej swobodna — jej spojrzenie przesuwało się od Ani do Michała, czasem zatrzymując się na Łukaszu odrobinę dłużej, niż to było konieczne. Uśmiechała się częściej niż zwykle, a w jej postawie było coś miękko rozluźnionego, naturalnego. Natomiast Michał, z drinkiem w dłoni, przyglądał się jej coraz uważniej. Nie mógł wciąż oderwać wzroku. Każdy jej gest — drobny ruch palców na szkle, nawet sposób, w jaki poprawiała mankiet koszuli — działał jak magnes. Przypominała kobietę z doskonałego kadru filmu noir. Tajemnicza, elegancka i wyraźnie świadoma swojego uroku. Jego wzrok znów skupił się na kluczyku. Subtelnie błyszczał między guzikami koszuli, tuż nad delikatnym łańcuszkiem. Ten sam, który już wcześniej dwukrotnie przyciągnął jego uwagę. Kolejny raz pojawiło się to dziwne wrażenie, że coś w tej relacji między Pauliną a Łukaszem nie jest takie, jak się wydaje. Znał ten kształt. Znał też powód, dla którego ktoś mógłby nosić taki kluczyk na szyi. Zbyt dokładny. Zbyt charakterystyczny. Zerknął ukradkiem na Łukasza. Chłopak był skupiony na rozmowie, rozluźniony, może lekko zawstydzony. Ich więź była widoczna, choć trudna do jednoznacznego opisania. W tle muzyka stawała się coraz bardziej wyrazista a pierwsze pary ruszały na parkiet. Spojrzał znów na Paulinę. Uśmiechnęła się lekko w jego stronę — uprzejmie, ale z dystansem. A jednak ten błysk w oku, to muśnięcie kluczyka na szyi… Zaczął się zastanawiać. Czy to możliwe? Czy naprawdę…? Czy Łukasz to nosi…? A Paulina…? Upił łyk kolejnego Negroni. Z każdą chwilą był coraz bardziej pewien, że ten kluczyk nie był ozdobą a wczoraj poznany mężczyzna był… no właśnie, kim?

Coraz więcej par zaczęło już tańczyć przy coraz bardziej energicznej muzyce, Ania spojrzała z uśmiechem na Michała. Jej oczy błyszczały radośnie.

— Chodź, zatańczmy! — zaproponowała, wyciągając do niego rękę.

Mąż popatrzył na nią z lekkim uśmiechem, wzruszając ramionami.

— Aniu, kochanie, może trochę później… — odpowiedział z ciepłem, ale i pewnym wahaniem w głosie.

Niezrażona odmową, Ania obróciła się w stronę Łukasza i zapytała:

— Łukasz, może ty zatańczysz ze mną? Mój mąż musi widocznie jeszcze trochę wypić, żeby stać się królem parkietu — zażartowała, stukając Michała palcem w ramię. Jej głos był jednak serdeczny, pełen lekkości. Zanim jednak Łukasz zdążył odpowiedzieć, Anka zwróciła się wprost do Pauliny, z uśmiechem, ale i z wyczuwalnym szacunkiem, jakby mimo całej swobody czuła, że to nie jest zwykła sytuacja:

— Paulina… pozwolisz, że go porwę na trochę, prawda?

Paulina odpowiedziała jej jedynie spokojnym, chłodnym spojrzeniem, w którym błysnęła nuta rozbawienia. Przez sekundę przesunęła wzrokiem po Łukaszu — jakby oceniała, czy faktycznie może go „wypożyczyć”. Dopiero po tej krótkiej pauzie uśmiechnęła się lekko i powoli skinęła głową.

— Idź — powiedziała cicho, tonem, w którym było i przyzwolenie, i subtelny rozkaz.

Łukasz poczuł, jak napięcie z niego opada — i jak dziwnie, absurdalnie dużo znaczyło dla niego to jedno spojrzenie, ten jeden gest Pauliny.

Anka różniła się od Pauliny — nie była tak wyrafinowana ani oszałamiająca zmysłowością, ale miała w sobie autentyczny urok i ciepło. Była wyższa, o pełniejszej figurze i lekkiej, choć umiejętnie ukrywanej nadwadze. Jej kasztanowe włosy opadały swobodnie na ramiona w miękkich falach. Ubrana w sukienkę w kolorze butelkowej zieleni i buty na niewielkim obcasie, wyglądała prosto, ale elegancko — klasycznie. Nie zwracała uwagi prowokującym strojem, lecz szczerością uśmiechu i serdecznością spojrzenia. Kiedy tylko Paulina zgodziła się, Ania natychmiast poprowadziła Łukasza na parkiet, gdzie zaczęli tańczyć w rytm swingującej melodii. Poruszali się lekko i naturalnie — Ania śmiała się przy każdym kroku, wprowadzając radosną energię w tę chwilę. Łukasz uśmiechał się nieco niepewnie, ale dawał się ponieść atmosferze. Odprowadziła ich wzrokiem, pijąc powoli swojego drinka. Jej twarz nie zdradzała emocji — spojrzenie miała spokojne, wręcz zimne, choć Michał, który wciąż jej się przyglądał, dostrzegł w tym coś jeszcze. Może była to duma. Może… kontrola. Widząc przez otwarte drzwi, jak jego żona wiruje na parkiecie w ramionach innego mężczyzny, uśmiechnął się lekko. Ale nie był to tylko uśmiech rozbawienia. Odwrócił się powoli w stronę Pauliny, podnosząc szklankę z drinkiem. Ich spojrzenia się spotkały. W jego oczach błysnęło coś więcej niż tylko kurtuazyjna uprzejmość. Zainteresowanie. Ciekawość. A może nawet fascynacja. Odpowiedziała spokojnym spojrzeniem. Uniosła lekko kącik ust, jakby wiedziała dokładnie, co się dzieje. Jakby przewidywała każdy ruch na tej scenie.

— Paulina — zaczął, pochylając się lekko w jej stronę, tak by rozmowa przybrała bardziej intymny charakter — muszę ci powiedzieć, że sposób, w jaki się ubierasz, jak emanujesz pewnością siebie… to naprawdę imponujące. Nie każda kobieta potrafi przyciągać uwagę z taką siłą, nie robiąc przy tym absolutnie niczego nachalnego. Ty to robisz bez wysiłku — po prostu… wystarczy, że jesteś.

Zawiesił głos na chwilę, jakby chciał, by każde jego słowo wybrzmiało we właściwej tonacji, po czym dodał z lekkim uśmiechem:

— Patrząc na ciebie, myślę sobie czasem, że chciałbym, by Anka miała choć odrobinę tej iskry. Tego… ognia. Styl, postawa, kontrola… Wiesz, kobieta, która potrafi zawładnąć przestrzenią samą obecnością, jest naprawdę fascynująca. — Jego głos zniżył się nieznacznie. — Nieczęsto spotyka się kogoś, kto aż tak bardzo wie, czego chce i potrafi to zdobyć.

Paulina przyjęła te słowa z chłodnym uśmiechem. Była uważna, nieprzenikniona, ale nie mogła ukryć subtelnego błysku zadowolenia w oczach. Była zaskoczona jedynie stopniem szczerości swojego rozmówcy.

— Michał — odpowiedziała z lekką kokieterią w tonie — nie spodziewałam się takiej uwagi z twojej strony. To miłe. Choć nie jestem pewna, czy rzeczywiście mam aż tyle tej iskry, jak mówisz. A poza tym…

— Paulina — przerwał jej spokojnie — nie musisz udawać skromności. Doskonale wiesz, jaki efekt wywołujesz. To nie tylko wygląd. To sposób, w jaki się poruszasz, jak patrzysz, jak milczysz, gdy trzeba. To jest właśnie ta różnica — ty nie potrzebujesz nic mówić, żeby inni wiedzieli, że to do ciebie należy ostatnie słowo. I to jest cholernie pociągające.

— Wydajesz się widzieć więcej niż inni — powiedziała miękko. — To rzadkie. I ciekawe, że właśnie to cię przyciąga. Pytanie brzmi: co zrobisz z tym, co zobaczyłeś?

Michał zbliżył się nieco, tak by ich rozmowa pozostawała tylko dla nich.

— Czasem wystarczy zauważyć pewne rzeczy… a reszta dzieje się sama. Szczególnie gdy spotyka się kobietę, która wie, że może wszystko.

Zamilkli na moment, a potem zdecydował się na znacznie odważniejszy krok — już nie tylko flirt, ale próbę zajrzenia głębiej.

— Paulina, powiedz mi… — zaczął — czy to, co robisz z Łukaszem… ta dynamika… Czy to dlatego, że lubisz dominować? Nie tylko w relacji, ale nad ludźmi, nad przestrzenią, nad sytuacją?

Spojrzał na nią spokojnie, bez presji, ale z widoczną ciekawością.

— Widzę, jak on cię słucha. Jak reaguje na każde twoje słowo, jak cię adoruje. To nie przypadek. To efekt perfekcyjnie prowadzonej relacji.

Paulina nie odpowiedziała od razu. Wzięła łyk drinka, spojrzała mu w oczy i dopiero po chwili odezwała się niskim, aksamitnym głosem.

— Michał, dominacja to nie zawsze rozkazy i kontrola. Czasem to uśmiech. Czasem cisza. Ludzie robią to, czego chcę, bo tego pragną, nie dlatego, że muszą. Niektórzy potrzebują hierarchii, reguł, ram. A ja wiem, jak je im dać. To nie tyrania. To troska.

Delikatnie dotknęła palcem brzegu szklanki, a potem kontynuowała:

— Ty to rozumiesz, prawda? Widzisz, że to nie jest przemoc. To nie jest siła. To zmysłowość w czystej formie. Gra napięcia, świadomości, wyboru. A Łukasz? On chce być prowadzony. I daje mi to, czego pragniemy oboje.

Jej głos brzmiał spokojnie, niemal hipnotycznie. Michał słuchał, wpatrzony w jej twarz, czując rosnące napięcie — i dziwną fascynację. To nie była zwykła rozmowa. To było coś głębszego. W pewnym momencie jego wzrok znów przesunął się na kluczyk, który nosiła na szyi. Nie był już pewien, czy to przypadek, czy prowokacja. Ale nie mógł się powstrzymać.

— Ten kluczyk, Paulina… — zaczął cicho — Wiem, że nie jest tylko ozdobą. Wiem, co może symbolizować. I wiem też, jak bardzo chciałbym, byś kiedyś nosiła drugi. Dla mnie.

Zaraz po tych słowach lekko się cofnął, jakby sam poczuł, że przekroczył granicę. Jego wzrok opuścił na chwilę oczy Pauliny, a głos przybrał bardziej stonowany, pełen refleksji ton.

— Wybacz mi, jeśli powiedziałem zbyt dużo. Alkohol, twoja obecność, ta rozmowa… sprawiły, że się zagalopowałem. Nie chcę być nie w porządku, ani wobec Anki, ani wobec ciebie. Po prostu… jesteś kobietą, która działa na ludzi mocniej, niż może zdawać sobie z tego sprawę.

Paulina nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na niego uważnie, jej twarz pozostała spokojna, ale oczy błyszczały jeszcze intensywniej. W końcu odezwała się miękko, a w jej głosie pobrzmiewała mieszanka zrozumienia i lekkiego, prowokacyjnego uśmiechu:

— Michał, doceniam, że potrafisz się zatrzymać. Nie każdemu się to udaje. A twoje słowa… cóż, czasem odwaga i szczerość mówią o kimś więcej niż jakakolwiek ostrożność. Ale masz rację, trochę za dużo wypiliśmy i zaczynamy gadać zbyt wiele. Chodźmy zatańczyć, już na pewno jesteś gotowy aby wyjść na parkiet. Potrzeba nam odrobiny dystansu.

Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, wstała i chwyciła go za rękę. Jej dłoń była chłodna, jakby wyjęta prosto spod strumienia wody. Michał poczuł lekki dreszcz, gdy jej delikatne, smukłe, o idealnie gładkiej skórze i starannie wypielęgnowanych paznokciach palce otuliły jego dłoń. Pociągnęła go lekko w stronę parkietu, nie odwracając się — jakby była pewna, że pójdzie za nią bez słowa. I rzeczywiście, poszedł. Nie miał innego wyjścia. Dołączyli do Ani, Łukasza i kilku innych par, które tańczyły w rytm muzyki. Paulina poruszała się swobodnie i pewnie, przyciągając spojrzenia nie tyle ruchami, co sposobem, w jaki istniała w przestrzeni. Michał tańczył obok, ale jego umysł był gdzieś indziej. Myśli krążyły wokół rozmowy, którą właśnie odbyli. Wciąż czuł na skórze chłód jej dłoni. I jeszcze coś — dziwne przeczucie, które nie dawało mu spokoju. To uczucie, że gdzieś już widział tę kobietę. Nie w takim kontekście, nie w takiej odsłonie, ale była w jakiś nieuchwytny sposób zapisana w jego pamięci. Może to sylwetka? Może sposób, w jaki upinała włosy? A może… coś znacznie bardziej ulotnego?

Westchnął lekko, starając się skupić na muzyce…

Wieczór nabierał tempa. Alkohol lał się coraz obficiej, tańce przeplatały się z intensywnymi rozmowami, a atmosfera stawała się coraz bardziej rozgrzana — pełna śmiechu, flirtów i radosnego zgiełku. Muzyka nie cichła ani na moment, wyznaczając rytm nie tylko kroków, ale i emocji. Gdy z głośników rozległy się wolniejsze dźwięki, pary na parkiecie zbliżyły się do siebie. Paulina nie czekała ani chwili — z naturalną pewnością siebie wtuliła się w Łukasza. Michał, stojący nieco z boku, obserwował ten moment. Początkowo tylko kątem oka, ale z każdą sekundą coraz mniej udawał, że nie patrzy. Coś w tej scenie przyciągało go w sposób, którego sam nie potrafił nazwać. Nie była to zazdrość. To była fascynacja — pełna napięcia i niepokojąco pociągająca. Paulina tańczyła blisko swojego partnera, jej ciało poruszało się powoli, świadomie. Emanowała zmysłowością i władzą. Jej czarne, skórzane spodnie oplatały smukłe nogi i pośladki. Skóra lśniła w ciepłym świetle sali, podkreślając każdy ruch jej bioder, każdą zmianę napięcia w ciele. Było w tym coś niemal nieprzyzwoitego — zbyt perfekcyjne, by nie działało na zmysły. Biała koszula z lekko rozpiętym dekoltem delikatnie opadała na jej ramiona, kontrastując z czernią spodni i szpilek. Każdy jej ruch wydawał się dopracowany do perfekcji. Złote detale biżuterii błyszczały dyskretnie, jakby tylko po to, by przyciągać wzrok w odpowiednich momentach. Wszystko było przemyślane — styl, sylwetka, gesty.

Michał poczuł, że obserwuje nie kobietę, ale zjawisko. I wtedy dostrzegł jej dłoń, przesuwającą się powoli po plecach Łukasza. Ten gest — tak drobny, a zarazem tak znaczący — miał w sobie wszystko: czułość, posiadanie, kontrolę. Nie musiała nic mówić, nie musiała podnosić głosu. Miała go całego — tego wysokiego, szczupłego mężczyznę — w dłoni. A on? Był jej. Cały. Michał nie mógł oderwać od nich wzroku. To, co widział, uderzyło w niego z nieoczekiwaną siłą. Było w tym coś zniewalającego — ta naturalna dominacja Pauliny, jej niewymuszona kontrola, fakt, że Łukasz — z całą swoją fizycznością — stawał się wobec niej zupełnie uległy. Jego wyobraźnia zaczęła działać. Widział siebie, nie Łukasza, klęczącego przed Pauliną. Ona — w wysokich szpilkach, ubrana w skórzany gorset, długie rękawiczki, może z batem w dłoni — patrzyła na niego z góry. Jej spojrzenie było zimne, ale fascynujące, karcące i uwodzicielskie zarazem. Nie musiała nic mówić — wystarczył jeden ruch palcem, by wiedział, co ma robić. I czułby się spełniony. Myśl, że mógłby być dla niej tym, kim Łukasz, zaczęła go paraliżować i podniecać jednocześnie. Ta wizja była niepokojąco konkretna. Uświadomił sobie, że pragnie tego — być kierowanym, podporządkowanym, należeć do kogoś takiego jak Paulina. A może… zwłaszcza do niej i tylko do niej. I choć wciąż tańczyły wokół niego inne postaci, muzyka grała, śmiechy rozbrzmiewały, Michał był już zupełnie gdzie indziej — w świecie, w którym Paulina miała nad nim władzę absolutną.

Łukasz, trzymając Paulinę w ramionach, czuł dumę, jakiej wcześniej nigdy nie doświadczał. Przytulał ją mocno, prawie zaborczo, jakby chciał całemu światu udowodnić, że ta niezwykła kobieta należy właśnie do niego. Jej drobna, ale silna sylwetka wtulona w jego ciało wywoływała w nim jednocześnie spokój i napięcie. Skórzane spodnie, które przy każdym jej ruchu subtelnie ocierały się o jego uda, zapach perfum, lekko słodki z nutą czegoś ostrego i zmysłowego, miękkie włosy, które dotykały jego szyi — wszystko to mieszało się w jedno intensywne doznanie.

— Paulinko — szepnął jej do ucha, z przejęciem i czułością — wyglądasz oszałamiająco. Jesteś piękna… Jesteś jak bogini, której pragnę bez końca. Ale ta klatka… tak bardzo mnie męczy. Czasami wydaje mi się, że nie dam rady…

Jej uśmiech zgasł. Oderwała się od niego odrobinę, a jej spojrzenie — chłodne i nieprzejednane — przeszyło go na wskroś.

— Łukasz — powiedziała ostro, wyraźnie zaakcentowanym tonem — przestań się nad sobą użalać. Wiedziałeś, na co się decydujesz.

Jej słowa były jak uderzenie. Krótkie, stanowcze. Powietrze między nimi zgęstniało na chwilę. Poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Milczał, zawstydzony, ale jednocześnie jeszcze bardziej oddany. Paulina złagodziła jednak ton. Jej rysy nieco zmiękły, a spojrzenie nabrało czułości. Dłoń przesunęła się po jego plecach, uspokajająco. Usta znów wygięły się w lekki, zmysłowy uśmiech.

— Wiesz, Łukaszu… — zaczęła miękko, jakby głaskała go głosem — ta klatka to przecież nie kara. To dowód twojego oddania. Dzisiaj nie myśl o niej. Bądź tu. Ze mną. Skup się na mnie i tylko na mnie, a nie na tym, co masz na sobie. Przytuliła się do niego bardziej zmysłowo niż wcześniej, całując lekko w szyję. Jej palce delikatnie wplotły się w jego włosy. Było w tym coś opiekuńczego i jednocześnie niezwykle dominującego. Gdy jej usta znalazły się przy jego uchu, wyszeptała:

— Zapomnij o wszystkim innym. Teraz liczę się tylko ja. Zaufaj mi, a zapomnisz o tej klatce.

Ich ciała poruszały się w rytmie muzyki — płynnie, instynktownie. W pewnym momencie Paulina zauważyła, że jego koszula nieco wysunęła się ze spodni. Uśmiechnęła się. Jej dłoń, dotąd spoczywająca grzecznie na jego karku, zaczęła przesuwać się w dół. Kiedy dotarła do miejsca, gdzie koszula odsłaniała skórę, bez zawahania się wsunęła pod materiał chłodną dłoń. Jej dotyk był jak elektryczność. Łukasz poczuł dreszcz, który przeszył całe jego ciało. Na początku głaskała go spokojnie, czule, badając opuszkami każdy fragment jego skóry. Ale wkrótce to się zmieniło. Jej paznokcie zaczęły się zaciskać. Najpierw lekko, potem mocniej, aż w końcu wbijały się w jego plecy. Drażniła go, raniła, zostawiała na jego ciele ślady. Ból nie był silny — był kontrolowany, dokładnie taki, jaki chciała, żeby poczuł. Łukasz napinał mięśnie, czując, jak jego plecy pieką, ale zaraz potem doświadczał ulgi, gdy jej dłoń łagodnie przesuwała się po zadrapanej skórze. Jakby mówiła: “Będę karać, ale też koić. Będziesz cierpiał — ale z miłości”. Nagle się zatrzymała. Spojrzała mu w oczy. Na jej ustach pojawił się niewinny uśmiech — tak niewinny, że aż niepokojący.

— Przepraszam — wyszeptała z błyskiem w oku — ale nie mogłam się oprzeć.

Jej ton był niemal dziewczęcy, lekki, żartobliwy… a jednak Łukasz już wiedział, że to tylko kolejna maska. Kolejna część tej wielowarstwowej gry, w którą wciągała go coraz głębiej. Plecy paliły go od jej paznokci, skóra wciąż pulsowała bólem, a mimo to — a może właśnie dlatego — pragnął jej bardziej niż kiedykolwiek.

— Paulinko… — zdołał wyszeptać, całą szczerość wkładając w jedno drżące zdanie. — Kocham cię. Kocham cię tak bardzo.

Jej uśmiech poszerzył się. Przesunęła dłonią po jego policzku i znów wtuliła się w jego ciało.

— Wiem — powiedziała spokojnie, nie przerywając tańca — i właśnie dlatego jesteś mój.

Tańczyli dalej — zanurzeni w muzyce, dotyku i tej dziwnej, intensywnej relacji, która była tak daleka od normy, a jednak dla nich — całkowicie naturalna. W pewnym momencie, podczas obrotu w tańcu, Paulina uniosła głowę i jej spojrzenie przypadkowo skrzyżowało się ze wzrokiem Michała, który tańczył z Anią kilka metrów dalej. Choć z pozoru skupiony na swojej partnerce, ciągle nie potrafił oderwać oczu od Pauliny. Ich spojrzenia spotkały się tylko na ułamek sekundy — ale dla obojga ten moment trwał znacznie dłużej. Było w nim napięcie, coś niepokojąco intymnego. Paulina, choć wciąż z uśmiechem na ustach, nie miała wątpliwości — Michał myślał o niej. O ich rozmowie, o słowach, które padły i o tych, które na szczęście pozostały niewypowiedziane. Odpowiedziała mu spojrzeniem — krótkim, ledwie zauważalnym, ale pełnym znaczenia. Było w nim coś więcej niż aprobata. Był w nim sygnał. Gra trwała. I była świadoma, że ma przewagę. Potem wróciła całą sobą do Łukasza — do jego ramion, jego bliskości, do jego uwielbienia, które czuła nawet bez słów.

Po intensywnym wieczorze, przepełnionym tańcem, rozmowami, napięciem i zmysłowością, Paulina i Łukasz w końcu opuścili salę. Korytarz hotelowy przyjął ich cichym, miękkim światłem. Szli powoli, ich kroki tłumił gruby dywan, a świat zewnętrzny jakby przestał istnieć. Łukasz położył dłoń na dolnej części pleców Pauliny. Ona, szła pewnym krokiem i mimo zmęczenia wieczorem nadal wyglądała perfekcyjnie. Jej biodra poruszały się z charakterystycznym, subtelnym kołysaniem, które niezmiennie przyciągało wzrok Łukasza. Ten ruch był niemal ceremonialny — nieostentacyjny, ale całkowicie świadomy. Gdy dotarli pod drzwi pokoju, Łukasz szybko wyciągnął kartę i otworzył je, wpuszczając Paulinę jako pierwszą.

---

Michał i Ania wracali do swojego pokoju niemal w tym samym czasie. W drodze przez pustawy już korytarz hotelowy, panowała między nimi cisza gęsta od napięcia — nie niezręcznego, lecz zmysłowego, podszytego alkoholem, muzyką i migawkami wspomnień z całego wieczoru. Gdy tylko przekroczyli próg swojego pokoju, Ania rzuciła torebkę na fotel i natychmiast odwróciła się do Michała, obejmując go w pasie i przyciągając do siebie. Ich usta spotkały się w gorącym, głębokim pocałunku, w którym nie było już miejsca na słowa. Michał poczuł, jak całe jego ciało reaguje — pożądaniem, głodem, który narastał od wielu godzin. Złapał Anię mocno, przyciągając ją do siebie, z łatwością prowadząc ją w stronę łóżka. Jego żona była całkowicie zaangażowana, oddana, reagowała na każdy dotyk. Jej dłonie wędrowały po jego torsie, rozpinając guziki koszuli z rosnącą niecierpliwością, a usta pozostawiały ślady na szyi. Gdy upadli razem na łóżko, Michał poczuł, że ich ciała w końcu znalazły wspólny rytm, że napięcie między nimi znajduje swoje ujście. W jego głowie jednak nie było tylko Anki. Zamykając oczy, wciąż widział Paulinę. Jej sylwetkę. Ruch bioder. Sposób, w jaki spojrzała na niego tam, na parkiecie — chłodno, z dystansem, ale też z czymś jeszcze. To spojrzenie nie dawało mu spokoju. Wyobraźnia zaczęła płatać mu figle. Gdy Ania zsunęła z siebie sukienkę i szepnęła mu coś do ucha, on mimowolnie zobaczył Paulinę — ubraną w czerń, skórę. Widział, jak klęka przed nią. Jak spogląda na nią z dołu. Jak ona tylko lekko przekrzywia głowę, decydując o wszystkim jednym gestem. To nie była zdrada — to był cień myśli, który podsycał jego pragnienie. To właśnie ta wyobrażona wersja Pauliny rozpalała jego zmysły, napędzała jego ruchy, sprawiała, że z Anką był bardziej namiętny, bardziej zuchwały niż zwykle. Jego ciało było z nią, ale umysł błądził gdzie indziej.

— Michał… — wyszeptała, odchylając głowę, łapiąc oddech. — Jesteś dzisiaj inny.

Michał tylko przyciągnął ją mocniej i nie odpowiedział. Zbyt intensywnie przeżywał każdą sekundę, zbyt mocno odczuwał w sobie napięcie, którego źródło nie do końca znajdowało się w ramionach kobiety leżącej pod nim. Wiedział, że tej nocy da z siebie wszystko. Dla Ani. Dla nich obojga. Ale wiedział też, że gdzieś na dnie jego pragnienia kryje się obraz innej kobiety. Pauliny. I ta myśl, ten obraz — zamiast go osłabiać — napędzał go jeszcze bardziej.

---

Gdy tylko drzwi apartamentu zamknęły się za nimi, cisza otuliła przestrzeń jak miękka zasłona. Po całym gwarze imprezy brzmiała niemal niepokojąco intensywnie. Świece, które Paulina zapaliła jeszcze przed wyjściem, wciąż się paliły — niskie, połyskujące płomyki odbijały się w lustrze na przeciwko łóżka. Paulina zatrzymała się zaledwie kilka kroków od wejścia. Nie zdjęła butów, nie poprawiła włosów — stała idealnie prosto, w czarnych, opinających skórzanych spodniach, białej koszuli, której złote guziki subtelnie błyszczały, oraz szpilkach, które dodawały jej kilka centymetrów władczej wysokości. Wyglądała tak samo jak podczas kolacji i tańca — perfekcyjna, zimna, nieosiągalna. Łukasz stanął niepewnie za nią. Jeszcze pachniał restauracyjnym jedzeniem i alkoholem, ale cała jego uwaga koncentrowała się już tylko na niej. Dopiero po chwili odwróciła głowę — bardzo powoli, tak jak lubiła, gdy wiedziała, że ktoś na nią patrzy. Jej spojrzenie zmierzyło go od stóp do głów. W oczach miała coś zimnego.

— Rozbierz się — powiedziała łagodnym, niemal uprzejmym głosem.

Skinął głową, rozpinając powoli guzik. Materiał zaszeleścił, gdy ściągał marynarkę z ramion. Odłożył ją starannie na krzesło. Paulina wciąż patrzyła.

— Dalej.

Wiedział, co to znaczy. Koszula. Spodnie. Bielizna. Wszystko. Gdy zdejmował koszulę, wzdrygnął się, bo materiał dotknął obolałych sutków. Paulina uniosła kącik ust — tak subtelnie, że można by pomyśleć, że to złudzenie. Kiedy został tylko w bokserkach, zawahał się. Paulina pierwszy raz podniosła głos.

— Powiedziałam: rozbierz się! Wszystko!

Powietrze nagle jakby zgęstniało. Łukasz zsunął bokserki i został całkiem nagi, odsłonięty, z metalem klatki odbijającym ciepłe światło świec. Podeszła bliżej, każdy krok w szpilkach był cichy, pewny, prowokujący. Stanęła przed nim.

— A teraz uklęknij!

Ton jej głosu znowu był miękki, ale absolutnie nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Poczuł ukłucie w brzuchu — strach, wstyd, pragnienie — wszystko naraz. Zgiął kolana. Dotknął dywanu. Serce waliło mu jak młot. Widział teraz jej spodnie na wysokości swojej twarzy, czuł intensywny zapach jej perfum. Paulina zatrzymała się nad nim, patrząc tak, jak patrzy właścicielka na coś, co do niej należy.

— Myślałeś, że ten wieczór się skończył? — zapytała cicho, przechylając głowę. — Słodki jesteś. I naiwny.

Uśmiechnęła się. To był ten uśmiech, który odbierał mu rozsądek.

— Dopiero przeszliśmy do właściwej części.

Stała nad nim nieruchomo przez kilka sekund — tych kilka sekund, które były wiecznością. Jej twarz była spokojna, prawie łagodna, lecz właśnie ta łagodność najbardziej go paraliżowała. Wiedział, że za nią kryje się stal. Powoli uniosła brodę, jakby przyglądała mu się z nowej perspektywy. Jej szpilka przesunęła się o pół kroku do przodu — miękki dźwięk na dywanie, nic więcej, a jednak Łukasz poczuł jakby całe powietrze w pokoju nagle zastygło.

— Powiedz mi — zaczęła cicho. — Co zrobiłeś dziś źle?

Nie było w jej głosie gniewu. Ten brak gniewu był gorszy niż jakikolwiek podniesiony ton. Łukasz przełknął ślinę. Czuł, jak kolana lekko mu drżą. Czuł na ramionach niewidzialny ciężar jej spojrzenia.

— Ja… — zaczął, ale głos zadrżał. — Ja… włożyłem ręce do kieszeni.

— I?

Spuścił wzrok na dywan.

— I… spróbowałem to głupio wytłumaczyć.

— I? — powtórzyła.

Głos miała miękki jak aksamit. A jednocześnie twardszy niż kamień. Zacisnął palce.

— I… i próbowałem to obrócić w żart. Żeby… żeby naprawić wrażenie. Żeby udawać, że nic się nie stało.

Skinęła głową, jak nauczycielka, która słucha ucznia przyznającego się do wszystkich błędów po kolei.

— Bardzo dobrze — powiedziała. — A teraz… powiedz to jeszcze raz, ale bez jąkania się.

Wzięła powolny, płytki oddech i przymknęła na moment oczy — jak ktoś, kto czeka na właściwą odpowiedź, na słowa, które mają ją usatysfakcjonować. Łukasz poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu po kręgosłupie.

— Zrobiłem dzisiaj źle — zaczął, głosem cichym, szorstkim od napięcia. — Włożyłem ręce do kieszeni… bez twojego pozwolenia.

Zawahał się na ułamek sekundy, po czym dodał jeszcze ciszej:

— I próbowałem się tłumaczyć. Udawałem, że to nic ważnego.

Jej spojrzenie było zimne jak tafla jeziora w zimowy poranek.

— No dobrze — szepnęła — a teraz przeproś. Tak, jak należy.

Odetchnął drżąco. Podniósł wzrok, nie mogąc oderwać oczu od jej twarzy, od błysku w jej spojrzeniu, od tej władczej, złotej poświaty bijącej od guzików koszuli.

— Przepraszam, Paulinko — powiedział, już bez ociągania. — Przepraszam za to, że cię zawiodłem. Za to, że złamałem zasadę. Za to, że… nie potrafiłem nad sobą zapanować.

Paulinie drgnął kącik ust. Jeszcze nie uśmiech. Tylko obietnica uśmiechu.

— I? — dopytała szeptem. — Chyba powinieneś o coś poprosić.

Łukasz przełknął ślinę. Głos mu się załamał.

— Proszę… — zaczął, a ciało zadrżało mu od środka. — Proszę o wymierzenie kary.

Zapadła cisza. Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego wsunęła palce w jego włosy — powoli, stanowczo — i nagle szarpnęła mu głowę do góry. Nie na tyle mocno, by go zranić, ale na tyle gwałtownie, by odebrało na chwilę równowagę. Jej twarz znalazła się tuż nad jego. Blisko. Za blisko. A oczy — zimne, błyszczące, niemal drapieżne.

— Masz ogromne szczęście — mówiła szeptem — że nie wzięłam ze sobą ani pejcza, ani trzcinki.

Chwyt za włosy utrzymała jeszcze ułamek sekundy.

— Bo twoje krzyki… — jej usta musnęły jego policzek — …byłoby słychać w całym hotelu. I pewnie ktoś wezwałby ochronę.

Dopiero wtedy puściła go, jakby porzucała zabawkę, którą chwilowo się znudziła. Odzyskał równowagę, oddech mu przyspieszył, ramiona drżały. Paulina wyprostowała się, przeciągnęła dłonią po swoich włosach z pozorną niewinnością — i powolnym, pełnym pewności krokiem odeszła w stronę komody.

— Ale… — dodała tonem lekkim, swobodnym, wręcz wesołym, jakby tylko kończyła myśl zaczętą wcześniej — …na szczęście mam coś innego.

Otworzyła szufladę i wyjęła pasek. Czarna, lśniąca skóra. Ciężka, złota klamra z logo Yves Saint Laurent — masywna, elegancka, niepokojąco luksusowa. Wzdłuż skóry biegł rząd metalowych ćwieków, błyszczący jak ostry ornament. Unosząc pasek na wysokość oczu, patrzyła na niego tak, jak patrzy się na przedmiot posiadający więcej niż jedno zastosowanie — jak na narzędzie, jak na dzieło sztuki, jak na obietnicę i groźbę zarazem.

— Piękny, prawda? — rzuciła lekko, tonem, który wcale nie potrzebował odpowiedzi. — Miałam go dziś założonego do spodni… ale wy, faceci, i tak nie zauważacie takich detali.

Zamachnęła się. Powietrze przeciął ostry świst. Jeszcze raz. Ćwieki błysnęły krótko w świetle lampy. Uśmiech, który rozciągnął jej usta, nie był ani ciepły, ani czuły. Był pełen rozbawienia, zadowolenia i bezlitosnej świadomości tego, jak bardzo on jest przerażony.

— Spójrz na mnie, Łukaszu — powiedziała miękko, przeciągając pasek przez palce, jakby bawiła się wstążką, a nie narzędziem kary.

Czekała, aż podniesie wzrok.

— Jestem ciekawa… — klamra YSL znowu błysnęła — …czy dziś również będę słyszeć twoje krzyki, tak jak zeszłej nocy.

Dała mu znak ręką — krótki, stanowczy, niepozostawiający miejsca na interpretację.

— Wstań.

Podniósł się z kolan powoli, wciąż drżąc. Ona obserwowała go w ciszy, jakby w jego ruchach było coś, co szczególnie ją interesowało.

— Oprzyj się o oparcie fotela — poleciła. — I wypnij, wyżej.

Jej ton był spokojny, ale właśnie to sprawiało, że brzmiał jeszcze groźniej. Zrobił to, o co poleciła. Oparł dłonie o oparcie fotela, starał się zachować równowagę i pochylił ciało do przodu. Czuł, jak policzki zaczynają mu płonąć od wstydu i jakkolwiek by tego nie nazwał, to uczucie było częścią tego, czego pragnął. Paulina obeszła go powoli, a on stał bez ruchu, napięty, z pochyloną głową, gotów na wszystko i całkowicie zdany na jej łaskę. W końcu stanęła za nim. Pochyliła się tak blisko, że poczuł jej oddech na karku.

— Kara ma sens tylko wtedy, kiedy jest bolesna — wyszeptała. Jej głos był jak dotyk lodu na rozgrzanej skórze: lodowaty i wywołujący dreszcz aż do samych stóp. Nagle poczuł, jak pomiędzy jego nogi wsunęła swoje udo w skórzanych spodniach — powoli, pewnie, tak aby nie mógł tego zignorować. Przez krótką chwilę ocierała się o niego lekko, sugestywnie, jakby chciała przypomnieć mu, jak bardzo jest od niej zależny. Jak bardzo on sam tego chciał. I równie nagle odsunęła się, pozostawiając po sobie pustkę, która zabolała prawie tak samo jak wczorajsze zaciski.

— Dostaniesz dziesięć uderzeń — oznajmiła chłodno, przechwytując pasek wygodnie w dłoń, trzymając go za klamrę. — Po każdym liczysz. Głośno. Wyraźnie. I dziękujesz.

Zamilkła na sekundę, pozwalając, by jej słowa odpowiednio wybrzmiały w jego głowie.

— Jeśli się pomylisz… — dodała — …zaczniesz liczyć od nowa.

Zmrużyła oczy, jakby testowała w nim coś więcej niż tylko posłuszeństwo.

— Zrozumiałeś?

Skinął głową. Opierał się o oparcie fotela tak, jak kazała. Ramiona napięte, kark pochylony, dłonie zaciśnięte na krawędzi. Wiedział, że wygląda na bezbronnego — i właśnie o to jej chodziło. Stała kilka kroków za nim, z paskiem zwisającym swobodnie z jej dłoni. Delikatnie obracała go palcami, jakby zastanawiała się, z której strony najwygodniej będzie go trzymać. Jej głos przeciął nagle ciszę:

— Wypnij się wyżej.

Zrobił, co kazała. Słyszał, jak robi krok. Czuł ją przy sobie jeszcze zanim się poruszyła — tę znajomą aurę władzy, w której jego własny oddech robił się płytszy. W powietrzu zapadła cisza. A wtedy… Nie tyle poczuł uderzenie, co nagły rozbłysk bólu, gwałtowną, ostrą falę, która przeszła przez całe jego pośladki, wyciskając mu powietrze z płuc. Mięśnie napięły się same. Z gardła wyrwał się krótki, urwany dźwięk — bardziej zaskoczenia niż bólu. Paulina pozostała niewzruszona:

— Licz.

Łukasz z trudem nabrał powietrza.

— Jeden… dziękuję…

— Głośniej i wyraźniej bo zaczniemy od początku.

Wyrównał głos. Nie chciał, żeby brzmiał jak błaganie, choć brzmiał. Drugie uderzenie przyszło po chwili, która wydawała się trwać wieczność. Bardziej intensywne. Zacisnął zęby, ale nie zdążył ukryć dźwięku, który wyrwał mu się z gardła.

— Dwa… dziękuję…

Słyszał, jak Paulina porusza się za nim. Czasem robiła krok, czasem dwa. Jakby oglądała go pod każdym kątem.

— Ooo, są już ślady — powiedziała cicho.

Znów ból, znów dreszcz ciała. Tym razem nie zdążył powstrzymać drżenia kolan.

— Trzy… dziękuję…

W jej milczeniu było coś gorszego niż w słowach. Czuł, że rozkoszuje się każdą sekundą jego bezsilności. Czwarte i piąte nie były mocniejsze. Były dokładniejsze. Mierzone tak, jakby każde miało wydobyć z niego inny rodzaj reakcji. Trudniej było oddychać. Głos mu drżał. Przy szóstym coś w nim pękło — nie fizycznie, ale emocjonalnie. Drżący ton, urywany głos. Od razu to zauważyła.

— Już płaczesz? — zapytała z drapieżną czułością.

Nie odpowiedział. Jeszcze nie. Siódme uderzyło w niego jak fala przypominająca wszystko, czego doświadczał poprzedniej nocy. Odezwał się:

— Siedem… dziękuję… dziękuję… proszę…

— Prosisz? To nic nie da. — odparła lodowatym tonem.

Ósme uderzenie niemal spowodowało, że stracił równowagę. Zacisnął dłonie na fotelu tak mocno, że pobielały mu knykcie.

— Osiem… dziękuję…

Pochyliła się, oparła dłoń o fotel tuż obok jego łokcia.

— Jeszcze dwa — wyszeptała mu w ucho. — Wytrzymasz. Tylko dwa.

Dziewiąte przyszło jak obietnica końca. Dziesiąte — jak podpis, pieczęć, konsekwencja. A potem nic. Tylko jej cichy, spokojny oddech za nim. Łukasz opierał się ciężko o oparcie fotela, próbując uspokoić oddech. Czuł, jak drży mu całe ciało. Nie wiedział, co powiedzieć, jak się poruszyć, jak oddychać. Podeszła wolno, prawie leniwie. Spojrzała na niego.

— Wyprostuj się.

Zrobił to, choć nogi miał jak z waty. Ona zaś chwyciła jego podbródek palcem i zmusiła go, by spojrzał jej w oczy.

— To była kara i sprawdzian zarazem. Przeszedłeś go znacznie lepiej, niż sądziłam chociaż biłam mocno.

Jej dłoń przesunęła się po jego policzku — nie czuła, nie słodka. Kontrolująca.

— A teraz… — dodała, przysuwając się tak blisko, że ich usta dzieliły milimetry. — Powiedz mi, kim jesteś w tej chwili.

Wiedział, jaka jest odpowiedź. Czuł ją aż do kości. Stał przed nią chwiejnie, z oddechem rwanym i gorącym, jakby szedł przez własny ból na oślep. Kiedy uniosła mu podbródek, ich spojrzenia spotkały się — jego roztrzęsione, zalane łzami, jej jasne, zimne, ale świadome. Obserwujące. Oceniające.

— No więc? — szepnęła. — Kim jesteś w tej chwili?

Otworzył usta, ale głos początkowo odmówił posłuszeństwa. Musiał przełknąć ślinę.

— Jestem… twój — wydusił. — Tylko twój. Chciałem… udowodnić, że zasługuję, choć wiem, że wciąż nie zasługuję. Ale będę się starał. Zawsze.

— Uklęknij — powiedziała.

Zrobił to natychmiast, choć nogi drżały mu tak, że ledwo utrzymywał równowagę. Obserwowała wszystko z bliska — każde napięcie mięśni, każdy cień bólu przesuwający się po jego twarzy.

— Podziękuj — poleciła.

Skinął głową i pochylił się, tak jak kazała. Buty Pauliny — czarne, błyszczące, idealnie gładkie — były tuż przed jego twarzą. Skóra połyskiwała w świetle lampy, odbijając refleksy niczym lustro. Jej stopa była lekko wysunięta do przodu, jakby udzielała mu dostępu, jakby dawała mu pozwolenie. Pocałował ją ostrożnie, z niemal religijną czcią. Kiedy jednak przeszedł do drugiego buta, Paulina nie zmieniła pozycji. Stała tak samo — elegancko, władczo — z ciężarem ciała przeniesionym na jedną nogę. Druga stopa była o pół kroku dalej, poza jego naturalnym zasięgiem. Łukasz musiał przesunąć się na kolanach, podczołgać się bliżej. Dopiero wtedy mógł złożyć pocałunek — powoli, uważnie, tak jakby każdy centymetr należało uszanować. I właśnie to, ten moment, kiedy musiał zrobić dwa ruchy więcej, aby dotrzeć tam, gdzie chciała, uświadomił mu jeszcze mocniej, komu teraz służy. Jak minimalnym gestem potrafiła zwiększyć jego uległość. Patrzyła na niego z góry — nie bezdusznie, ale z tą chłodną satysfakcją kobiety, która wie, że każdy szczegół jej ciała, każdy jej ruch i każdy przedmiot, który posiada, ma dla niego znaczenie większe niż wszystko inne. Wyciągnęła w jego stronę dłoń. To było jak ukończenie rytuału. Ujął ją z czcią i pocałował wierzch, jakby składał przysięgę. Kiedy podniósł na nią wzrok, w oczach wciąż miał łzy. Nie z bólu — choć ból wciąż pulsował w ciele — ale z czegoś zupełnie innego. Z mieszaniny ulgi, uległości, emocji, wstydu i dumy. Spojrzała na niego w sposób zaskakująco łagodny. Pochyliła się, tak aby tylko on słyszał jej słowa.

— Mam nadzieję, że to cię nauczy, że jeśli ustalam jakieś zasady to przestrzegasz ich bez wyjątków. Bez dyskusji. Bez wymówek.

Pogładziła go lekko po policzku.

— Bo inaczej — kontynuowała — rzeczywiście będę musiała zrobić coś dużo gorszego.

Skinął głową, głos mu drżał.

— Przepraszam… Paulinko… przepraszam naprawdę… już więcej nie złamię zasad.

— W takim razie przyjmuję przeprosiny — oznajmiła spokojnie, jakby mówiła o czymś najbardziej oczywistym na świecie.

— Chcę cię teraz obejrzeć. Wstań. Odwróć się.

Posłusznie podniósł się z podłogi, każdy ruch niósł ze sobą krótkie, ostre ukłucie bólu. Odwrócił się tyłem. Podniosła dłoń i jednym, leniwym ruchem przesunęła paznokciem po czerwonym śladzie na jego pośladku. Delikatnie drasnęła paznokciem. Wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby. Potem przesunęła po kolejnym miejscu. I jeszcze jednym.

— Masz piękne czerwone ślady, każdy dokładnie tam, gdzie powinien być — powiedziała cicho, jakby stwierdzała fakt.

— I każdy w pełni zasłużony. Będziesz je czuł przez jakiś czas. To dobrze. Pamięć o karze bywa bardzo pożyteczna — dodała z cieniem zadowolenia. — Uklęknij i zostań tu.

Zgiął kolana, choć ciało protestowało. Popatrzyła na niego przez ułamek sekundy, po czym bez słowa odwróciła się i poszła w stronę łazienki. Został sam. Powietrze wydawało się nagle zimniejsze. Sięgnął drżącą dłonią do swoich pośladków. Skóra była gorąca, napięta, paląca — każdy dotyk budził pulsujący ból, jakby ślady pasków żyły własnym rytmem. Kiedy przesunął palcami jeszcze raz, tym razem ostrożniej, poczuł, jak do oczu znowu napływają mu łzy. Nie z bólu. Z czegoś głębszego, bardziej rozdzierającego. Był całkowicie bezsilny. Całkowicie zdany na jej łaskę i niełaskę. I wiedział, bez najmniejszego cienia wątpliwości, że nawet w tej bezsilności — a może właśnie przez nią — nigdy wcześniej nie pragnął jej tak bardzo.

Paulina wróciła z łazienki, otulona zapachem ciepłej pary i świeżych kosmetyków. Światło w pokoju było przygaszone. Łukasz klęczał dokładnie tam, gdzie mu wcześniej kazała — nieruchomy, wyprostowany, z głową lekko pochyloną. Czekał. Bez słowa. Bez próby ulgi dla zmęczonych mięśni. Zatrzymała się kilka kroków przed nim, obserwując jego sylwetkę jak coś, co należy do niej — i co dobrze reaguje na każdy wydany rozkaz. Powoli podeszła bliżej. Jej kroki były ciche, ale dla niego brzmiały jak ciężka cisza przed dotykiem. Stanęła tuż przed nim, tak blisko, że mógłby pochylić się i oprzeć czoło o jej uda, gdyby oczywiście kiedykolwiek pozwoliła mu na taki gest.

Gdy powoli uniósł głowę, od razu zatrzymał wzrok. Stała przed nim, tuż na granicy światła lampki nocnej i dogasających świec, ubrana w czarną jedwabną koszulkę nocną, która wyglądała bardziej jak manifestacja luksusu niż jak strój do spania. Jedwab opływał jej ciało, jakby znał każdy jego kontur lepiej niż ona sama. W górnej części delikatna, czarna koronka tworzyła misterny wzór pnączy i kwiatów, otulając jej niewielkie, jędrne piersi w sposób jednocześnie niepozorny i bezwstydnie zmysłowy. Cienkie ramiączka ledwo trzymały ten jedwabny cień na jej ramionach. Dół koszulki kończył się powyżej połowy ud, ukazując większość jej wysportowanych nóg. Falbanka przy krawędzi poruszała się przy każdym kroku — drobnym, miękkim, z tą charakterystyczną dla niej gracją, której nie dało się nauczyć, lecz trzeba było się z nią urodzić. Patrzył i czuł, jak w jego ciele budzi się natychmiastowa reakcja — pożądanie, napięcie, jednocześnie ból przypominający o klatce i o jej władzy nad jego ciałem. W jednej chwili był całkowicie świadomy każdego zadrapania, każdego zaczerwienienia i tego, że to ona jest autorką każdego z tych śladów. Ujęła jego podbródek w dwa palce, zmuszając go, by spojrzał na nią w górę.

— Grzeczny chłopiec. Nadal klęczysz tam, gdzie ci kazałam. Podoba mi się to. Bardzo. — powiedziała nisko, zmysłowo, miękko

Przełknął ślinę, wciąż oszołomiony jej widokiem i obecnością.

— Staram się… naprawdę — wyszeptał, niepewnym, drżącym głosem.

Pochyliła się lekko, a jedwab jej koszulki opłynął jej ciało jak czarna woda. Przesunęła kciukiem po jego dolnej wardze — lekko, jakby sprawdzała, czy jest wystarczająco posłuszny.

— Wiem, że się starasz. Właśnie dlatego lubię na ciebie patrzeć. Mężczyzna, który aż tak bardzo pragnie zasłużyć na mój dotyk, to zawsze coś wyjątkowego — szepnęła z uśmiechem.

Zrobiła krok w tył. Falbanka koszulki zatańczyła na udach. Jej głos stał się o ton chłodniejszy — bardziej rozkazujący.

— Wstań. Czas się wykąpać — powiedziała stanowczym tonem.

Poszedł do łazienki. Umył się szybko, z każdym ruchem przyspieszając, by jak najszybciej wrócić do sypialni. Gdy otworzył drzwi i stanął w progu, na chwilę zamarł. Leżała już w łóżku, otulona białą pościelą, która kontrastowała z jej czarną koszulką. Ale to nie twarz czy sylwetka przykuły jego uwagę — to jej stopa, która wystawała spod kołdry w sposób, który wydawał się zbyt idealny, by być przypadkiem. Była wyciągnięta, swobodnie, ale z wdziękiem. Palce lekko zgięte, jakby dotykały materiału z zamysłem. Skóra była gładka, niemal alabastrowa, a delikatne napięcie łuku podbicia i smukłość kostki nadawały temu widokowi niemal artystycznego wymiaru. Był to widok, który pobudzał wyobraźnię — wyważony, subtelny, ale intensywny. Nie poruszyła się. Leżała spokojnie, ale on był pewien — doskonale wiedziała, co robi. I wiedziała, jak działa na niego każdy najmniejszy detal, nawet coś tak niewinnego, jak wystająca stopa. Była jak sen — chłodna, elegancka i niebezpiecznie pociągająca. Podszedł bliżej, czując narastającą mieszankę fascynacji, podniecenia i pragnienia. Każdy krok był ostrożny, jakby nie chciał zakłócić tej intymnej aury, która otaczała ją. Leżała z pozornym spokojem, zanurzona w miękkiej pościeli, jakby jej ciało odpoczywało, ale on doskonale wiedział, że nie była pogrążona w żadnym śnie — była świadoma każdego jego ruchu. Wiedziała, jak wygląda. Wiedziała, że wystająca spod kołdry stopa hipnotyzuje go bardziej niż cokolwiek innego. Gdy był już na wyciągnięcie ręki, usłyszał cichy, aksamitny głos:

— Łukasz …. — powiedziała z uśmiechem, który jednocześnie był ciepły i wyraźnie prowokujący — czy wetrzesz mi balsam w stopy?

To nie była zwykła prośba. W jej głosie brzmiała spokojna pewność, która nie dopuszczała odmowy. Wypowiedziała te słowa z tą samą naturalnością, z jaką inna kobieta mogłaby poprosić o podanie szklanki wody — tylko że u Pauliny nawet najdrobniejsza prośba stawała się poleceniem. Skinął głową, czując, jak jego serce bije szybciej. Wrócił do łazienki i zabrał z półki przy lustrze stojące tam opakowanie. Tubka była chłodna w dotyku, a zapach kremu, który wydostał się z niej po pierwszym ściśnięciu, był lekko kwiatowy, subtelny, ale kobiecy — jakby stworzony właśnie dla niej. Usiadł na brzegu łóżka, pochylając się nad stopą i powoli zaczął wmasowywać krem w skórę. Każdy ruch dłoni był uważny, precyzyjny. Przesuwał palcami po jej śródstopiu, delikatnie uciskając newralgiczne punkty, potem płynnie przechodził do łuku i palców. Skóra była miękka, jedwabiście gładka, a stopy — kształtne i zadbane. Czuł, że dotyka czegoś więcej niż tylko stopy — dotykał symbolu jej władzy, jej uroku, jej kobiecości.

— A teraz pomasuj, proszę — szepnęła przymykając oczy, jakby całkowicie oddawała się tej chwili.

Jego palce zaczęły rytmicznie pracować — miękko, ale stanowczo. Masował z oddaniem, badając napięcie mięśni, odnajdując najbardziej wrażliwe miejsca i otaczając je troską. Czuł, jak Paulina oddycha spokojniej, jak jej ciało lekko się porusza, reagując na dotyk. Jej ciche westchnienia były dla niego największą nagrodą. W pewnym momencie delikatnie zmieniła pozycję. Uniosła jedną ze stóp i oparła mu ją na ramieniu. Ten ruch był płynny — jakby dokładnie wiedziała, jakiego efektu oczekuje. Chłód jej skóry kontrastował z jego rozgrzanym ciałem, a palce stopy zaczęły powoli przesuwać się po ramieniu — smyrając go leniwie, nieśpiesznie, drażniąc. Było w tym dotyku coś niesamowicie prowokującego. Nie był to gest przypadkowy. Każdy ruch był jak kontrolowany impuls, który miała zamiar dokładnie odmierzyć i dostarczyć z chirurgiczną dokładnością. Palce błądziły po jego ramieniu jak po klawiaturze, badając napięcie, reakcje, jakby chciała odczytać z jego mięśni to, czego nie powiedziałby słowami. Nie odważył się poruszyć — ciało miał napięte, ale nie ze strachu — z pożądania. Patrzył na jej twarz, na lekko przymknięte oczy, na usta wygięte w ledwie zauważalnym uśmiechu a ona wiedziała, że ma nad nim pełną władzę i najwyraźniej właśnie teraz czerpała z tego pełną przyjemność.

— Pięknie to robisz — mruknęła. — Masz dłonie stworzone do adorowania mnie. I właśnie dlatego są mi tak potrzebne.

Z widoczną satysfakcją kontynuowała swoją zmysłową grę. Gładząc go stopą po ramieniu, przesunęła ją w dół, leniwie, jakby przeciągała chwilę oczekiwania. Dotyk był lekki, ale z każdym ruchem nabierał siły i wyrazu. Kiedy stopa zatrzymała się na jego torsie, a następnie dotknęła sutka, spojrzała mu prosto w oczy.

— Boli jeszcze? — zapytała cicho, z udawaną troską, jakby naprawdę była zainteresowana jego samopoczuciem.

Łukasz, mimo że wciąż czuł pieczenie po poprzedniej nocy, natychmiast pokręcił głową.

— Tylko trochę — szepnął a dreszcz przebiegł mu po plecach. Wiedział, że to nie była troska, to była próba. Gra.

Uśmiechnęła się, zadowolona z odpowiedzi, jak sędzia, który usłyszał prawidłową replikę. Jej stopa niespiesznie uniosła się i powoli powędrowała w stronę jego twarzy.

— Pocałuj — poleciła miękko, ale stanowczo. W tym tonie nie było miejsca na pytania.

Zbliżył się i zaczął składać delikatne pocałunki — z oddaniem, jakby chciał przeprosić za każde dotknięcie, które było zbyt gwałtowne, i podziękować za każde, które mu podarowała. Skóra była gładka, lekko chłodna, pachniała słodko balsamem i czymś jeszcze — czymś, co kojarzyło mu się tylko z nią. Patrzyła na niego z góry, nie wypowiadając słowa, ale jej mina mówiła wszystko — była zadowolona i pewna siebie. W tym czasie druga stopa sięgnęła w dół — do klatki chastity. Lekko ją przycisnęła, bardziej jakby przypominała mu o jej istnieniu. Łukasz zadrżał, ale nie przerwał pocałunków. Czuł jej władzę — dosłowną i symboliczną — na całym ciele.

— Pieść mnie… całą.

Nie mogąc się powstrzymać, zaczął wędrować ustami w górę — od stopy, przez kostkę, delikatne ścięgno Achillesa, łydkę. Każdy pocałunek był uważny, pełen czci. Dotarł do kolana i złożył tam dłuższy, pełen uczucia pocałunek, zanim kontynuował swoją wędrówkę w górę — w stronę ud. Paulina, powoli uniosła nogi i oparła je na jego ramionach. Otuliła go zmysłowym ruchem, dając mu zarówno bliskość, jak i lekkie unieruchomienie. Patrzyła na niego z góry — spokojna, dominująca, piękna. Kontynuował pieszczoty, przesuwając usta wzdłuż wewnętrznej strony uda, coraz wyżej i wyżej. Czuł jej ciepło, jej zapach, jej napięcie. Każdy centymetr jej ciała był dla niego jak świętość. Gdy dotarł do bioder, złożył tam kilka subtelnych pocałunków, a następnie z jeszcze większą ostrożnością zbliżył się do jej łona. Leżała cicho, jej oddech był już głębszy, bardziej miarowy. Gdy jego język zaczął badać jej najintymniejsze miejsca, uniosła lekko biodra, jakby w geście przyjęcia i zachęty. Jej westchnienie było ciche, ale pełne przyjemności. Nie musiała nic mówić — wszystko było jasne. Lizał ją z oddaniem — delikatnie, rytmicznie, z uwagą. Język poruszał się miękko, pewnie, dokładnie tam, gdzie powinien. Czuł, jak jej ciało drży, jak jej biodra delikatnie pulsują pod wpływem rosnącej przyjemności. W pewnym momencie zacisnęła dłoń na pościeli, ściskając tak mocno, jakby musiała znaleźć punkt oparcia. Druga dłoń spoczęła na jego głowie — głaskała go, ale też lekko drapała kark. Jej paznokcie znów przypomniały mu o niej — o jej sile. O tym, że to ona tu rządzi. Wiedział, że ta chwila jest pełnią jego szczęścia. I choć nie mógł jej mieć w tradycyjny sposób, to właśnie w tym oddaniu — czuł się najbardziej jej. Czuł, jak ciało Pauliny coraz mocniej reaguje na każdy jego ruch, każdy dotyk, każde subtelne muśnięcie języka i wargi. Jej westchnienia, coraz szybszy oddech i drapieżne gesty dłoni na jego karku były jak sygnały, które prowadziły go przez krajobraz jej rozkoszy. Chciał, żeby trwała jak najdłużej, żeby nie przestawała drżeć pod jego ustami. A potem nagle poczuł, jak całe jej ciało napina się gwałtownie — jakby przez sekundę chciała powstrzymać to, co nieuniknione. Jej mięśnie zesztywniały, a dłoń wbiła się w pościel tak mocno, że aż zadrżała. Druga zacisnęła się na jego karku z intensywnością, która mówiła więcej niż słowa — zbliżała się do szczytu. I wtedy stało się to — chwila, którą czuł każdym centymetrem swojej skóry. Jej orgazm nie był krzykiem — był milczącą eksplozją, która przeszła przez nią falą drżenia. Ciało wygięło się łagodnym łukiem, usta rozchyliły się w niemej ekstazie, a oddech przyspieszył tak, jakby biegła, goniąc własne pragnienie. Trwało to dłuższą chwilę. Oddech rwał się w krótkich falach. Gdy napięcie zaczęło ustępować, a rozkosz powoli zmieniała się w miękką błogość, zaczęła głaskać go po włosach — cicho, z wdzięcznością, z uczuciem, które nie potrzebowało słów. Odwróciła się plecami, wtulając twarz w poduszkę, była nadal rozgrzana ale i rozluźniona. Cichym, ciepłym głosem, wyszeptała:

— Dziękuję, jesteś kochany. Przytul mnie teraz.

Bez słowa przysunął się do niej, objął ją ramieniem, przyciągając do siebie z największą czułością. Ciała dopasowały się do siebie naturalnie — jakby zostały stworzone, by leżeć w takim uścisku. Poczuł zapach jej skóry, ciepło jej pleców, jedwabistą miękkość koszulki nocnej. Była blisko, była jego — a on był jej, całkowicie. Nagle — jak delikatne, bolesne ukłucie — poczuł jej drobny ruch. Prawie niezauważalny, ledwie przesunięcie bioder na łóżku, a jednak wystarczający, żeby jedwab koszulki prześlizgnął się po jego brzuchu i muskając klatkę chastity, obudził w nim falę bezsilnego pragnienia. To był ułamek sekundy, ale dla niego jak porażenie. Że on jest zamknięty. Że jego potrzeby nie mają żadnego znaczenia, dopóki ona ich nie uzna. Oddech ugrzązł mu w gardle, stał się ciężki, urywany. Oparł dłoń tuż obok jej biodra, jakby bał się dotknąć bez pozwolenia. A potem pochylił się niżej i musnął jej kark ustami. Delikatnie, ostrożnie, jakby składał pocałunek na czymś świętym. Zsunął usta niżej, wzdłuż kręgosłupa, składając kolejne pocałunki. Każdy był inny — czuły, drżący, pełen wdzięczności. Modlitwa. Hołd. Próba ofiary. Wszystko naraz. A jednocześnie wciąż niczego nie dostawał w zamian. Napięcie w nim narastało jak fala, której nie da się zatrzymać. Chciał jej — bardziej, głębiej, desperacko. Tak blisko, przy niej a równocześnie dalej niż kiedykolwiek, bo był więźniem klatki, a ona — spokojna, zmysłowa, piękna — nawet nie drgnęła. Oddychała równomiernie. Jej dłoń spoczywała beztrosko na poduszce. Nogi były rozluźnione, ciało miękkie i wciąż pachnące po kąpieli, jedwab koszulki opadający na biodra jak płynne światło. Trwał obok, spalany własnym pożądaniem, nabrzmiewającym bólem, który klatka nie tylko więziła, ale i potęgowała. Był tak blisko jej ciała, a przecież od jej woli dzieliła go cała przepaść. Mógł tylko czekać. Czekać na spojrzenie, na słowo, na gest. Na moment, który nadejdzie wtedy, kiedy ona zechce, nie wcześniej. I w tej palącej mieszance bólu, uwięzienia, pragnienia i oddania — był mimo wszystko szczęśliwy. Prawdziwie, głęboko. Bo wiedział , że nie ma piękniejszego miejsca niż u jej boku. I nie ma pełniejszego szczęścia niż to, że należy do niej.

W całości.

-----


Rozdział VII – Wspólny weekend, część 3


Lidzbark Warmiński, grudzień 2023

Delikatne promienie słońca zaczęły przedzierać się przez zasłony, zalewając pokój ciepłym, porannym światłem. Łukasz powoli otworzył oczy, czując znajome ciepło obok siebie. Paulina, jeszcze pogrążona w półśnie, przysunęła się bliżej, instynktownie szukając jego obecności. Dłoń powędrowała na jego tors i spoczęła tam , jakby chciała się upewnić, że on nadal tam jest. Czuł subtelny dotyk jej smukłych palców na skórze — delikatny, ale niosący z sobą pewność i bliskość. Noga przesunęła się powoli, a kolano oparło mu na brzuchu. Oddychała spokojnie, a każdy oddech przypominał cichy szelest — spokojny, rytmiczny, kojący. Objął ją, jakby chcąc zamknąć tę chwilę w dłoniach i zatrzymać na zawsze. Choć czuł się spokojny, to jednak w głębi jego ciała tliło się napięcie — echo wczorajszej nocy i nieugaszonego pragnienia. Teraz jednak to nie ono dominowało — teraz liczyło się tylko to, że Paulina była tuż obok, przytulona, spokojna, jego. Delikatnie, z czułością, przesunął palcami po jej włosach, potem po karku. Dotykał powoli, z uwagą, jakby nie chciał obudzić, tylko dać znać, że czuwa. Uśmiechnęła się sennie, nadal z zamkniętymi oczami i przysunęła jeszcze bliżej. Ramiączko jej jedwabnej koszulki zsunęło się lekko z ramienia, odsłaniając delikatną linię pleców. Była rozluźniona, odprężona, wręcz promieniująca.

— Wczoraj było mi naprawdę dobrze — powiedziała cicho, przeciągając się leniwie.

Łukasz patrzył na nią, jakby widział coś nieziemskiego. Sam wciąż czuł w sobie napięcie, przytłumione, niespełnione — klatka przypominała o sobie z każdym oddechem. Ale to nie było teraz ważne. Delikatnie przesunął palcami po jej plecach i szyi. Jedwab pod jego dłonią był miękki, a skóra pod nim jeszcze bardziej.

— Chcę, żeby zawsze było ci dobrze przy mnie — powiedział cicho. — To jest dla mnie najważniejsze.

Uniosła powieki i spojrzała na niego.

— Świetnie sobie poradziłeś — stwierdziła. — Masz swoje talenty. I potrafisz być bardzo użyteczny.

Tym jednym zdaniem sprawiła, że poczuł jednocześnie dumę i gorące ukłucie pragnienia.

— Chcę dla ciebie być najlepszy, jaki potrafię — odpowiedział, głos miał lekko drżący. — Jeśli mogę dawać ci przyjemność to chcę robić to zawsze.

Odwróciła się w jego stronę i położyła dłoń na jego policzku, przesuwając kciukiem wzdłuż szczęki w sposób jednocześnie czuły i władczy.

— Łukasz… — wyszeptała, jakby mówiła mu sekret, który mężczyźni powinni znać od urodzenia. — Służenie takiej kobiecie jak ja to wasza rola, wasz obowiązek, wasza natura. Mężczyzna daje. Kobieta wybiera, kiedy bierze i co bierze. A ty robisz to dobrze, dlatego to między nami działa.

Przymknęła oczy, oddychając równo, zupełnie spokojna. On natomiast czuł, jak wszystko w nim skręca się od pragnienia i oddania — i że nie zamieniłby tego miejsca, tej chwili i tej kobiety na nic innego na świecie. Jej dłoń zaczęła powoli przesuwać się w dół, aż dotarła do klatki chastity. Palce zaczęły ją głaskać w sposób niemal pieszczotliwy — lekko, bez pośpiechu, ale z wyczuwalną świadomością wpływu, jaki ten dotyk miał na niego. Czuł dreszcz, który przeszył całe jego ciało. Każde jej muśnięcie niosło ze sobą nie tylko czułość, ale też przypomnienie — o tym, kto naprawdę tu rządzi. Czując, jak jego penis zaczyna nabrzmiewać i coraz mocniej napierać na pręty klatki, uśmiechnęła się z cichą satysfakcją. Ten dotyk był subtelnym, ale czytelnym komunikatem. Pod wpływem atmosfery i ciepła jej dłoni zdobył się na odwagę. Przełknął ślinę, czując, jak serce zaczyna mu bić za szybko, za głośno. Kiedy uniosła wzrok, słowa same wyrwały mu się z gardła — żałosne, rozpaczliwe, pełne napięcia, którego nie potrafił już ukrywać.

— Paulinko… proszę… — wyszeptał. — Ja już nie mogę. Zwariuję.

Przymknął oczy, jakby mówił coś wstydliwego.

— Całą noc myślałem tylko o tobie. O tym, jak pachniesz… jak mnie dotykasz… jak patrzysz. Płonę przez ciebie. Naprawdę… już nie daję rady.

Ostanie słowa już prawie wyskomlał.

— Mogliśmy leżeć tu jeszcze długo — powiedziała cicho, jakby nie zwracając uwagi na jego błagania. — Mogłam wtulić się w ciebie, pozwolić ci mnie całować, pieścić… adorować mnie tak, jak lubię najbardziej. Obudziłam się w świetnym nastroju. Naprawdę.

— Zdejmij mi tę klatkę — błagał dalej, zbyt rozpędzony, by się zatrzymać. — Proszę cię. Błagam. Chcę cię tak bardzo, że już mnie to boli bardziej niż jakakolwiek kara. Zrób coś… cokolwiek… Paulinko, nie każ mi tak chodzić z tym między nogami.

Chciał utrzymać ton, ale głos załamał się na ostatnim zdaniu. Paulina słuchała, opierając brodę na dłoni, a jej spojrzenie było jednocześnie chłodne i pełne satysfakcji — jakby każde jego słowo potwierdzało coś, co wiedziała od dawna. Nie zdążył dokończyć, gdy jej uśmiech zniknął, a spojrzenie nabrało chłodu. Powoli odsunęła się nieco, by spojrzeć mu w oczy. Na jej twarzy nie było złości — była tam lodowata stanowczość.

— Łukasz — powiedziała cicho, spokojnie, ale z taką siłą, że zadrżał — czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? Twoje prośby nie mają tu żadnego znaczenia. To ja decyduję. Ty się podporządkowujesz. Każde twoje pragnienie tylko pogłębia moją kontrolę. I dobrze, że tak jest.

Jej palce przesunęły się na jego klatkę piersiową — już nie głaskały, a raczej trzymały go w miejscu. Kontrolowały.

— Zadaj sobie pytanie, czy naprawdę myślisz, że to właśnie klatka cię ogranicza? A może to ona nadaje twojemu pragnieniu sens? Czy naprawdę sądzisz, że wolność przyniesie ci szczęście?

Jej dłoń powędrowała znów niżej, tym razem już bez łagodności. Przypomniała mu, że jest strażniczką — dosłownie i symbolicznie.

— Zawiodłeś mnie tym pytaniem — powiedziała spokojnie, choć w głosie pobrzmiewała nuta chłodnego żalu. To nie był wyrzut. Raczej elegancka przestroga. — Popsułeś ten poranek. A mógł być zupełnie inny.

Uniosła się na łokciach, patrząc na niego z góry. Zawiesiła spojrzenie na jego twarzy, badając, jak każde słowo wbija się w niego jak szpilka.

— A ty postanowiłeś go zepsuć — dodała cicho. — Cóż… szkoda. Bardzo ci dziękuję!

Wstała i bez dalszych komentarzy poszła do łazienki. Drzwi zamknęły się za nią głośnym uderzeniem, a Łukasz poczuł, jakby ktoś nagle zabrał z pokoju cały tlen. Przez chwilę słychać było tylko szelest ubrań, odkładane wieszaki, odkręcenie wody na moment. Po kilku minutach wyszła przebrana. Miała na sobie czarny, krótki sportowy top, który odsłaniał jej płaski, umięśniony brzuch. Obcisłe, czarne legginsy Nike podkreślały każdy zarys jej nóg i bioder. Włosy związała w wysoką, gładką kitkę. Na stopy założyła lekkie buty treningowe. Wyglądała świeżo, dynamicznie, jakby przebranie zrzuciło z niej całą resztkę czułości poranka i zostawiło czystą dyscyplinę.

— Idę poćwiczyć — powiedziała lakonicznie, podchodząc do lustra i poprawiając gumkę we włosach. — Wrócę za godzinę. Wezmę prysznic i o 9:30 schodzimy na śniadanie.

Spojrzała na jego odbicie w lustrze — krótko, ostro.

— Do tego czasu masz być gotowy — dodała tonem, który nie wymagał potwierdzenia.

Podeszła do szafki po swojej stronie łóżka i sięgnęła po cienki, złoty łańcuszek. Na jego końcu kołysał się kluczyk — ten kluczyk. Złapała go między palce, przyglądając mu się przez chwilę z takim rozbawieniem, jakby oceniała małe trofeum. Jej twarz pozostała spokojna, niewzruszona — co tylko bardziej go podłamało. Założyła go na szyję i poprawiła ruchem pełnym nonszalancji. Metal zaznaczył się subtelnym błyskiem na sportowym topie. Przez moment patrzyła na Łukasza uważnie, jakby oceniała każdą reakcję, każde napięcie mięśni

— A to… — uniosła lekko, tak żeby mógł dobrze zobaczyć — zabiorę ze sobą, żebyś nie miał głupich pomysłów. — Ty, Łukaszu… — dodała nagle, jakby dopiero teraz przypomniało jej się coś istotnego. — Masz godzinę, żeby przemyśleć swoje zachowanie.

Zatrzymała się przy drzwiach, narzuciła sportową bluzę na ramiona.

— I bądź grzeczny, taka moja dobra rada dla ciebie.

Zniknęła za drzwiami.

Łukasz leżał chwilę w bezruchu, patrząc w sufit, a w środku ściskało go coraz mocniej. Stres, żal, rozczarowanie sobą… wszystko mieszało się w jednym, gęstym uczuciu. Wiedział, że zawiódł ją drobiazgiem — jednym głupim odruchem — i to wystarczyło, by utracić coś, co jeszcze przed chwilą wydawało mu się absolutnie święte: jej zadowolenie. Czuł się przez nią całkowicie ubezwłasnowolniony. Każde jej zdanie miało w nim moc rozkazu, każde spojrzenie mogło go wynieść albo zranić. Dominowała nad nim tak naturalnie, tak absolutnie, jakby robiła to od zawsze. A on — choć wstydził się to przyznać nawet przed sobą — pragnął tego. Pragnął jej siły, pragnął jej gniewu, pragnął jej łaski. Była nieprawdopodobna. Piękna, wyniosła, konsekwentna do granic okrucieństwa. I właśnie to go podniecało najbardziej. Wstał powoli, czując, jak skóra ciągnie i piecze przy każdym ruchu. W łazience zapalił światło i stanął przed lustrem.

To, co zobaczył, zderzyło go z rzeczywistością jeszcze mocniej. Na jego pośladkach ciągnęły się wyraźne, czerwone ślady po pasku — równoległe, ostre, bolesne. Pamiątki po dziesięciu uderzeniach, które oddała z taką łatwością, jakby wykonywała coś całkowicie naturalnego. Na biodrach, barkach, klatce piersiowej widniały z kolei liczne zadrapania po paznokciach. Niewielkie, ale liczne, każde zapisane z jej intencją. Sutki wciąż były nabrzmiałe, obolałe, podrażnione. Każde dotknięcie bolało. Każdy oddech o tym przypominał. To wszystko zrobiła ona… Ta myśl uderzyła go jak fala. Każde z nich było jej podpisem. Jej piętnem. Jej decyzją. A wtedy wróciły wspomnienia… Paulina z liceum. Nie cheerleaderka, nie gwiazda imprez. Ona nigdy nie pojawiała się na szkolnych domówkach. Na studniówce była z jakimś starszym chłopakiem — dopiero po chwili przypomniał sobie, że go kojarzył. To był gitarzysta z jej zespołu. Ten, który zawsze wyglądał jakby żył w innym świecie. Wtedy go to tylko zdziwiło. Teraz budziło w nim ukłucie ciekawości i zazdrości. Będzie musiał o niego zapytać, czy to ta sama osoba, o której myśli. Jego najbliżsi koledzy, Tomek i Karol zachwycali się innymi dziewczynami, cheerleaderkami, imprezowiczkami, duszami towarzystwa, tymi zawsze roześmianymi, zawsze w centrum. Woleli wysoką blondynkę z 3D. Tę ciemnowłosą z 2C, tę z wielkim dekoltem i zawsze na obcasach, nawet w szkole. Albo dziewczynę z równoległej klasy, która wyglądała jak modelka. Paulina w tym tłumie przepadała — niska, płaska, okulary, sportowe ubrania, aparat na zębach. Nikt na nią nie patrzył. Poza nim. Bo on patrzył tylko na nią. Na Paulinę — tę samą, która teraz zostawiła na jego skórze ślady bólu. Tę samą, która potrafiła z zimnym uśmiechem go upokorzyć. Tę samą, która szeptała mu rozkazy takim tonem, że drżało mu serce. Tę samą, która nie dawała mu niczego, na co nie zasłużył — i odbierała mu wszystko, co chciał zatrzymać dla siebie. Już wtedy jednak znał jej drugie oblicze — to ze sceny. W czarnym topie, skórzanych spodniach, z basem przewieszonym przez ramię. Jej ruchy były pewne, dojrzałe. Niewielu jego znajomych przychodziło na te koncerty, ale on był tam zawsze. Patrzył na nią, jakby patrzył na tajemnicę, która nie pasuje do świata nastolatków. Jej włosy w świetle reflektorów robiły się jeszcze jaśniejsze, usta były zacięte w skupieniu, a palce pewnie poruszały się po gryfie. Ich zespół nigdy nie był bardzo znany — niewielu słuchało takiej muzyki, ale on był na koncertach. Stał zawsze gdzieś z tyłu, nieśmiało, w cieniu. I patrzył. Patrzył, jak gra, jak rusza biodrami do rytmu, jak jej twarz nabiera ostrzejszych, bardziej wyrazistych rysów. Już wtedy była jak ktoś, kto nosi w sobie ogień. Tylko że wtedy nikt tego ognia nie widział, poza nim. Kiedyś spotkał na jej koncercie kilka osób z jej klasy, ale wyszli chyba przed końcem. Teraz spoglądał na swoje odbicie — zawstydzone, obolałe, naznaczone — i czuł, jak serce bije mu szybciej na samą myśl o niej. O tym, że po latach niewypowiedzianych westchnień, ona naprawdę ma władzę nad każdym jego drżeniem, każdym bólem, każdym pragnieniem. I nawet teraz, gdy stres ściskał mu żołądek, a świadomość, że ją rozzłościł, paliła go jak wyrzut — czuł coś jeszcze. Coś, co nie dawało mu wytchnienia. Podniecenie. Bo wiedział jedno: Paulina zawsze była inna. Zawsze była piękna. A teraz jest jego — w jedyny sposób, w jaki ktoś taki jak on może mieć kogoś takiego jak ona. Uniósł dłoń i delikatnie dotknął jednego z czerwonych śladów. Syknął z bólu, ale jednocześnie poczuł dreszcz, który przeszedł przez całe jego ciało. Ten ból był jak pieczęć. Jak znak przynależności. Jak dowód, że wczoraj naprawdę nad nim panowała. Zacisnął palce na umywalce, wziął głębszy oddech. Był jej. Całkowicie. Z każdą chwilą coraz bardziej. A mimo stresu, mimo żołądka ściśniętego niepokojem, mimo wstydu, który palił go gdzieś wewnątrz — jedno było w nim niepodważalne: On tego chciał. I pragnął jej bardziej niż kiedykolwiek.

Ubierał się wolno, uważnie, jakby każdy ruch miał znaczenie. Najpierw bokserki, potem jeansy, które przy każdym kroku ocierały się o obolałe miejsca — ciche, piekące przypomnienie o nocnej karze. Potem T-shirt, bluza, skarpety. Wsunął buty. Wszystko robił w milczeniu, uważnie, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo zawiódł Paulinę. Otworzył torbę i zaczął pakować swoje rzeczy. Składanie, układanie — wszystko sprawiało, że czuł pulsujący ból. Klatka chastity ciążyła nieustannie, jak metalowe piętno przypominające, że nawet w najprostszych czynnościach nie jest już sobą. Wrzucił rzeczy do środka, zapiął suwak i usiadł na brzegu łóżka. Był gotowy. A jednocześnie kompletnie rozbity. Drzwi otworzyły się o dziewiątej, niemal co do minuty. Paulina weszła do środka. Miała lekko czerwone policzki, włosy w luźnym, sportowym upięciu, w dłoni trzymała treningowy ręcznik i butelkę z wodą.

— Jak było? — zapytał, starając się zabrzmieć normalnie.

Paulina wzruszyła ramionami.

— Dobrze. Jak zawsze.

Tym tonem mogła mu równie dobrze powiedzieć „to nie twoja sprawa”. Minęła go i weszła do łazienki. Chwilę później usłyszał szum prysznica. Siedział nieruchomo, czując narastające napięcie — stres, lęk, pragnienie, wszystko naraz. Gdy wyszła, wyglądała zupełnie inaczej: świeża, pachnąca, skupiona. Ubrana w swoje obcisłe, czarne dżinsy, które podkreślały linię nóg, oraz sportową bluzę z logo jednego z berlińskich klubów piłkarskich. Jej włosy były starannie ułożone, wilgotne końcówki układały się gładko na ramionach. Była piękna w sposób, który jednocześnie zachwycał i onieśmielał. Zatrzymała się tuż przed nim — tak blisko, że poczuł jej zapach. Delikatny, czysty, świeży po treningu i prysznicu.

— Pomyśl przy śniadaniu o tym co ci powiedziałam — powiedziała cicho, jakby to była obietnica, a nie instrukcja. — O tym, ile zależy ode mnie. I jak wiele zależy od ciebie i od tego, czy dobrze mnie zrozumiesz.

Zsunęła kosmyk włosów za ucho, jakby mimochodem, ale jej spojrzenie pozostało na nim dłużej, niż było to potrzebne.

— Przemyślałeś swoje zachowanie?

Skinął głową. Uniosła dłoń i paznokciem przesunęła po jego brodzie. Powoli. Władczo. Zmysłowo.

— Chciałeś być posłuszny? Pokaż to, nie mów. — Jej głos był cichy, ale brzmiał jak wyrok. — Chciałeś być blisko mnie? To najpierw naucz się, co znaczy dystans.

Dotknęła jego policzka delikatnie, jakby badała reakcję

— Potrzebujesz wolności? — dodała z cieniem rozbawienia — To dostaniesz jej mniej. Znacznie mniej.

Odwróciła się i podeszła do komody — spokojnie, bez pośpiechu, jakby dokładnie wiedziała, jaki efekt wywoła każdy jej następny ruch. Otworzyła szufladę i wyjęła pasek. Ten sam. Ciężki, czarny, nabity metalowymi ćwiekami, z dużą klamrą YSL, która połyskiwała złotem w świetle lampy. Łukasz zesztywniał. Paulina przejechała palcami po ćwiekach, a potem — naprawdę powoli — zaczęła przeciągać go przez szlufki swoich spodni. Zapięła klamrę jednym, eleganckim ruchem, który był bardziej prowokacją niż zwykłym gestem ubierania się. Spojrzała na niego. Jej uśmiech był miękki, kobiecy ale zupełnie pozbawiony ciepła. W tym uśmiechu było tylko jedno: świadomość władzy.

Restauracja hotelowa była już niemal pełna. W powietrzu mieszały się zapachy kawy, świeżej jajecznicy i lekko przypalonych tostów, a poranne światło wpadające przez szerokie okna ocieplało wnętrze miękkim blaskiem. Paulina i Łukasz weszli do środka później niż większość gości. Ona szła przed nim, wyprostowana, spokojna, z tą naturalną elegancją, która sprawiała, że ludzie mimowolnie ustępowali jej miejsca. Nie była już lodowata — raczej powściągliwa, skupiona, jakby myślami była wciąż w pół kroku przed rzeczywistością. On szedł nieco za nią, uważny, trochę spięty, podążając za każdym jej gestem. Usiedli przy wolnym stoliku pod ścianą, po czym spojrzała na niego spokojnie — spojrzeniem krótkim, ale wystarczającym.

— Wybierz mi coś.

Powiedziała to jak ktoś, kto przydziela zadanie, a nie prosi o przysługę. Łukasz od razu wstał i ruszył w stronę bufetu. Wybierał uważnie, starając się, by wszystko wyglądało idealnie: jajko po benedyktyńsku, chrupiąca grzanka, plasterki awokado, sok, czarna kawa. Układał wszystko w sposób, który — miał nadzieję — spodoba się Paulinie. Kiedy wrócił, postawił przed nią tacę, z ostrożnością kogoś, kto niesie nie tylko jedzenie, ale i swoją dobrą wolę. Zerknęła na jej zawartość.

— Dobrze.

Tylko tyle. Ale dla niego to brzmiało jak pełna akceptacja. Usiadł naprzeciwko. Jedli powoli, ze skupieniem, od czasu do czasu popijając kawę. Czasem spoglądała na niego — nie chłodno, raczej oceniająco, tak jak patrzy się na coś, co jest pod opieką, ale wymaga uważnej obserwacji. Nie odpychała go. Nie ignorowała. Po prostu trzymała pewien dystans. Cisza między nimi była spokojna, choć wyczuwalnie przez nią kontrolowana. A on — mimo napięcia w ciele i wciąż żywych wspomnień poprzedniego wieczoru — czuł, że każde jej spojrzenie, każde słowo, nawet najdrobniejszy gest niosą znaczenie, którego pragnie bardziej niż czegokolwiek. I właśnie wtedy w drzwiach pojawiła się Ania — promienna, uśmiechnięta, wyglądająca świeżo i kobieco. Miała na sobie jasny sweter i beżowe spodnie, a jej włosy opadały na ramiona w miękkich falach. Michał szedł obok niej, trzymając ją lekko za plecy. Uśmiechali się do siebie.

Paulina pierwsza wstała z miejsca, widząc zbliżającą się Ankę. Ich powitanie było zaskakująco ciepłe — jak dwie osoby, które dawno się nie widziały, a przecież dobrze wiedzą, że mogą sobie pozwolić na odrobinę bliskości. Paulina ujęła ją za ramiona, pocałowały się w policzki i krótko przytuliły.

— Dobrze cię widzieć — powiedziała spokojnie, ale z autentycznym uśmiechem.

— Wzajemnie, kochana — odparła Anka, odwzajemniając serdeczność.

Michał, obserwując tę wymianę, teatralnie rozłożył ręce.

— No halo, ja też chcę! — rzucił z udawanym wyrzutem, unosząc brwi.

Paulina obróciła się do niego z widocznym rozbawieniem, lekko nadstawiając policzek.

— Proszę bardzo, zanim się obrazisz.

Objął ją lekko, przyciągnął na krótką chwilę i pocałował w policzek z przesadzoną czułością.

— O, teraz jest dobrze — mruknął, siadając z zadowoleniem. — No to jak wam minął poranek? — zapytał lekko, beztrosko, kompletnie nieświadomy, że jego pytanie może delikatnie podbić to, co Łukasz próbował ukryć.

Paulina zamyśliła się, Anka roześmiała, a Łukasz zamrugał, szukając neutralnej odpowiedzi.

— Dobrze — odpowiedziała krótko, zanim zdążył się odezwać. Jej ton był uprzejmy, ale chłodny, co sprawiło, że jeszcze bardziej się starał — przyniósł dodatkowe sztućce, zaproponował kolejny sok pomarańczowy i usilnie próbował uczestniczyć w rozmowie.

Ania z entuzjazmem zwróciła się do nich:

— Wiecie, tak sobie myśleliśmy z Michałem… To naprawdę był fajny weekend. Może powtórzymy to za jakiś czas? Mieszkamy przecież w sąsiednim województwie, więc to żadna wyprawa. Co wy na to?

Michał skinął głową, popierając propozycję swojej żony.

— Dokładnie! Byłoby miło spotkać się ponownie.

Może nawet u nas? Mamy parę ciekawych miejsc, które moglibyśmy wam pokazać.

Paulina, już nieco bardziej uprzejma i mniej chłodna niż wcześniej, spojrzała na Łukasza, a potem na Anię i Michała. Uśmiechnęła się lekko, ale wciąż z wyczuwalną rezerwą.

— To może być ciekawy pomysł — odpowiedziała.

Następnie wszystkie cztery osoby wymieniły się kontaktami.

— Super! W takim razie skontaktujemy się za jakiś czas i coś ustalimy — dodała Ania z entuzjazmem.

— Brzmi jak plan — odpowiedział Michał, uśmiechając się do wszystkich przy stole.

Gdy Ania i Łukasz poszli po deser, atmosfera między Michałem a Pauliną na chwilę stężała. Nie była to cisza wynikająca z niezręczności — raczej coś gęstszego, zbyt wiele myśli na raz, które niełatwo było przelać w słowa. Michał przechylił się lekko w jej stronę, nie za blisko — dokładnie na tyle, by stworzyć aurę intymności, nie naruszając granic.

— Paulina… — zaczął spokojnie. — Wczoraj nasza rozmowa… zostawiła we mnie ślad. Przemyślałem wiele rzeczy. I choć mogłem zabrzmieć zbyt bezpośrednio, chcę, żebyś wiedziała, że nie żałuję ani jednego słowa.

Spojrzała na niego powoli, jakby dopiero teraz naprawdę go zauważyła. Jej spojrzenie było uważne, przenikliwe — z domieszką chłodnej oceny, ale też subtelnego zainteresowania.

— Wiesz, Michał — powiedziała po chwili — ludzie po alkoholu często mówią wiele rzeczy, których potem nie są pewni. Ty wydajesz się być przekonany. To rzadka cecha. I w pewnych okolicznościach nawet pociągająca.

Jej głos był spokojny, niemal miękki, ale każde słowo ważyło więcej, niż mogłoby się wydawać. Uśmiechnął się, próbując rozładować napięcie.

— Jest coś w tobie, co sprawia, że człowiek chce być bardziej świadomy siebie. Mniej przypadkowy.

— To komplement, czy forma kapitulacji? — zapytała.

— Może jedno i drugie — odpowiedział cicho. — Ale nie liczę, że cokolwiek z tego zostanie zapamiętane na długo.

Zmrużyła lekko oczy, a potem odchyliła się na krześle. Jej usta ułożyły się w subtelny uśmiech.

— Michał… Może i zapamiętam. Może nawet więcej, niż powinnam.

Spojrzenie zatrzymało się na jego oczach dłużej niż powinno. Czuł je jeszcze, gdy już sięgnęła po filiżankę z kawą. Upiła łyk i dodała, nie patrząc już na niego:

— Czasem dobrze jest zostawić pewne sprawy zawieszone i niedopowiedziane. W ciszy dzieje się więcej, niż w tysiącu słów. Może kiedyś wrócimy do tej rozmowy. Może. I nie zrób do tego czasu nic głupiego.

Tylko jedno słowo zawisło między nimi — może. I choć brzmiało niemal obojętnie, Michał wiedział, że kryła się w nim cała gra, jaką zaczęli dzień wcześniej.

— Mam nadzieję, że nie czekaliście długo, kolejka była taka, aż zakręcała w stronę recepcji — powiedziała Ania z uśmiechem, siadając obok Michała i stawiając deser przed Pauliną, która lekko i z pewnym dystansem odwzajemniła uśmiech.

Jej spojrzenie jeszcze przez moment zatrzymało się na filiżance z kawą — jakby w niej wciąż widziała echo wcześniejszej rozmowy. Michał, z pozoru spokojny, siedział nieruchomo, ale pod powierzchnią kryło się napięcie. Czuł, że granica, którą z Pauliną subtelnie wytyczyli, nie zniknęła — została gdzieś między ich spojrzeniami, słowami i milczeniem. Łukasz z kolei zerkał na nią z niepokojem, próbując ocenić, czy jej nastrój już się zmienił. Zbyt dobrze znał jej chłód, by nie wyczuć, że coś wisi wciąż w powietrzu — nawet jeśli uśmiechała się teraz, poprawiając sobie serwetkę na kolanach. Ania, nadal pełna porannej energii, zaczęła opowiadać o planach na dalszą część dnia — o spacerze, o sklepiku z lokalnymi przysmakami i o tym, że mogliby jeszcze wspólnie wypić kawę przed wyjazdem. Jej głos niósł lekkość i prostotę, jakby był mostem przerzuconym nad tym, czego inni przy stole nie powiedzieli. Rozmowa potoczyła się dalej, wracając do codziennych tematów — pogody, hotelu, drogi powrotnej. Ale między Pauliną a Michałem trwało coś cichego, zawieszonego — jak niedomknięte drzwi, przez które wciąż można było spojrzeć. Nie padło już żadne słowo, które zdradzałoby więcej, ale oboje wiedzieli: ta rozmowa wcale się nie skończyła. Po prostu przeniosła się głębiej.

Po śniadaniu obie pary pożegnały się serdecznie i rozeszły do swoich pokoi. Łukasz i Paulina szli hotelowym korytarzem w ciszy; ich kroki tłumiła gruba wykładzina, a atmosfera między nimi wydawała się dziwnie spokojna. Czuł, jak napięcie, które towarzyszyło mu od rana, powoli z niego uchodzi. Paulina przy śniadaniu nie była lodowata ani zdystansowana — raczej opanowana, skupiona, jakby celowo pozwoliła im na odrobinę normalności. W jej tonie, w spojrzeniach, nawet w krótkim „dobrze”, które powiedziała, gdy podał jej tacę, wyczuł coś, co pozwoliło mu odetchnąć. Uwierzył więc, że najgorsze minęło, że zdołał ją choć trochę udobruchać. Myślał, że może wciąż jest lekko urażona, może czujna, ale wszystko zmierza w spokojniejszą stronę. Odważył się nawet na kilka neutralnych słów o planach na drogę powrotną, starając się brzmieć normalnie, jakby nic już między nimi nie wisiało. Lecz gdy skręcili w boczny korytarz, zwolniła i obejrzała się przez ramię. To spojrzenie było inne: chłodne, wnikliwe, pozbawione porannej łagodności — jakby tamta była jedynie zasłoną, a teraz odsłaniała prawdziwą ocenę jego zachowania. Łukasz poczuł, jak jego krucha ulga pęka niczym bańka mydlana. W sekundę zrozumiał, że nic nie zostało zapomniane, a to, co czeka go w pokoju, nie będzie ani łagodne, ani symboliczne. Wszystko w jej spojrzeniu mówiło jasno: nie skończyliśmy tej rozmowy. Kiedy weszli, zatrzymała się na środku i odwróciła do niego. Jej twarz była napięta, a głos chłodny.

— Naprawdę, Łukaszu… — zaczęła cicho, ale z coraz bardziej wyczuwalną irytacją. — Nie mogę uwierzyć, że musiałeś tak mi wszystko zepsuć. Dzień zaczął się tak pięknie. A ty, jak zwykle, nie potrafisz powstrzymać się od zachowań, które działają mi na nerwy.

Zamarł, zaskoczony zmianą jej tonu. Chciał coś powiedzieć, wyjaśnić, ale nie był pewien, co właściwie uruchomiło ją znowu? Wiedział tylko, że jej rozdrażnienie nie bierze się znikąd.

— Paulinko, naprawdę przepraszam… — zaczął ostrożnie, nieśmiało — …nie chciałem cię zdenerwować.

— Zawsze to samo — ucięła ostro, przewracając oczami. — Przeprosiny, obietnice… a potem i tak robisz swoje. Nie wiesz, jak to działa na mnie? Jak bardzo potrafisz zniszczyć mi nastrój jednym nieprzemyślanym pytaniem? I to jeszcze o poranku.

Nie kontynuowała. Odwróciła się i bez słowa zaczęła pakować swoje rzeczy. Ruchy miała metodyczne, szybkie, jakby chciała jak najprędzej zakończyć ten etap — nie tyle wyjazdu, co rozmowy. Czując się coraz bardziej winny, krzątał się bezradnie, składając ponownie swoje ubrania, układając kosmetyki, jednocześnie zerkając na nią z napięciem. Gdy zamknęła walizkę nagle odwróciła się do niego. Jej ruch był szybki, precyzyjny — jakby podjęła decyzję wcześniej, a teraz jedynie rozpoczęła wykonywanie planu. Bez słowa usiadła w fotelu. Powietrze w pokoju jakby zgęstniało.

— Stań przede mną — powiedziała cicho, ale tak, że nie śmiał nawet mrugnąć.

Podszedł, czując, jak napięcie rośnie w nim od stóp do ramion. Gestem dłoni wskazała, na jego kroczę i wydała krótkie ale ostre polecenie, każąc mu zsunąć spodnie i majtki. Wykonał. Bez pośpiechu, ale też bez wahania bo wiedział, że jakikolwiek niepewny ruch mógłby tylko zaostrzyć jej ton. Cały czas starał się nie unikać jej spojrzenia — ale było to trudne, bo emanowała taką kontrolą, że człowiek miał ochotę patrzeć w podłogę. Sięgnęła po kluczyk, który nosiła na złotym łańcuszku. Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Włożyła go do zamka i po chwili usłyszeli trzask mechanizmu w kłódce. Serce Łukasza przez moment zabiło mocniej, uśmiechnął się. Paulina dostrzegła to natychmiast. I zaśmiała się. Krótko. Cicho. Absolutnie miażdżąco.

— Och, nie. — Pochyliła się lekko, patrząc na niego z dołu. — To nie to, co myślałeś. Biedaku… ty naprawdę myślałeś, że chcę ją zdjąć? Klatka zostaje — dodała spokojnie, jakby informowała go o pogodzie. — Nie bądź taki szybki. Ona ma swój dodatkowy zamek, kłódka i kluczyk to były tylko symbole, taka ozdoba.

Przez kilka sekund panowała napięta cisza. Potem wyciągnęła dłoń.

— Telefon.

Ton nie pozwalał na sprzeciw. Łukasz odblokował urządzenie i podał je z rezygnacją i drżeniem, którego nie był w stanie ukryć. Przyjęła telefon powoli, musnęła palcem jego dłoń, odrobinę dłużej niż było to konieczne. Usiadła wygodniej i zaczęła coś w nim wpisywać. Głucha cisza w pokoju była teraz jak trzask szkła.

— Jest. — powiedziała spokojnie, włączając aplikację i konfigurując ją — Parowanie.

Przechyliła głowę, uśmiechając się prawie czule. Łukasz stał w bezruchu, czując, jak chłodne krople potu spływają mu po karku. Paulina obserwowała przesuwający się pasek postępu, a gdy na ekranie pojawił się komunikat „verbunden” — połączono — uśmiech rozjaśnił jej twarz, jakby delektowała się każdą sekundą tego procesu.

— I teraz… — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy — twój telefon będzie informował mnie przez tę aplikację o każdym momencie, w którym zdecydujesz się mnie nie słuchać. Samo stracenie łączności również potraktuję jako złamanie ustaleń. Wiesz, że jestem pedantyczna i drobiazgowa więc lepiej trzymaj telefon blisko siebie.

Spojrzała na ekran, potem z powrotem na niego i bez słowa wskazała mu swoją walizkę. Ten gest był wystarczająco wymowny — żadnych podziękowań, żadnych próśb. Po prostu miał ją zabrać. Założył majtki i spodnie, ubrał kurtkę i zabrał jej bagaż. Gdy wchodzili do hotelowego lobby, napięcie wisiało w powietrzu jak ciężka mgła. Paulina szła przed siebie pewnym krokiem, z wysoko uniesioną głową, jakby wszystko, co działo się wcześniej, nie miało już znaczenia.

W lobby natknęli się ponownie na Michała, który akurat kończył rozmowę z recepcjonistką.

— Paulina, jak miło cię jeszcze zobaczyć — powiedział z uśmiechem, odwracając się w ich stronę. Jego spojrzenie zatrzymało się na sportowej bluzie, którą miała na sobie. — Berlin? Bywasz tam często?

Paulina również uśmiechnęła się, choć z wyraźnie innym, chłodniejszym wyrazem twarzy niż ten, który towarzyszył jej wcześniej przy stole.

— Tak, nawet bardzo często. Lubię to miasto i mieszkam tam — odpowiedziała spokojnie, bez zbędnych wyjaśnień.

Otworzył szerzej oczy..

— Czekaj, serio… mieszkasz w Berlinie? Na stałe?

Skinęła głową, nie okazując ani zdziwienia, ani potrzeby dopowiadać czegokolwiek więcej.

— Tak. Na stałe. W Charlottenburgu. I w Gdyni, ostatnio dzielę moje życie pomiędzy te dwa miejsca.

— O kurczę… — odchrząknął, jakby próbował znaleźć odpowiednie słowo. — To… niecodzienne. Nie wyglądasz na kogoś, kto po prostu wyprowadził się za granicę. Zabrzmiało to bardziej jak komplement niż dociekliwość.

— A jak wygląda ktoś kto po prostu wyprowadził się po prostu za granicę? — odparła krótko ale z lekko złośliwą nutą w głosie, po czym dodała: — Nie chcę dziś o tym rozmawiać.

Teraz ton był już absolutnie ostateczny. Michał natychmiast to wyczuł.

— Jasne, jasne. Przepraszam, nie chciałem wchodzić z butami. Po prostu… mnie to zaskoczyło — dodał z lekkim uśmiechem.

Przez ułamek sekundy ich wzrok znów się spotkał. I po raz kolejny w powietrzu zawisło coś niewypowiedzianego — delikatne napięcie, widoczne tylko dla tych, którzy potrafili czytać drobne szczegóły. To ona pierwsza przerwała kontakt wzrokowy. Skinęła lekko głową, a potem odwróciła się do Łukasza.

— Idziemy — rzuciła krótko, już innym tonem, stanowczym i nieznoszącym sprzeciwu.

Mężczyźni pożegnali się, podczas gdy ona kierowała się już w stronę wyjścia, nie czekając ani chwili. Jej krok był szybki, pewny, jakby cały świat powinien dostosować się do tempa, którym szła. Łukasz szybko chwycił walizkę na kółkach, dźwignął swoją torbę i poszedł za nią, lekko przygarbiony, starając się nadążyć. Michał patrzył, jak kobieta jednym ruchem otwiera drzwi i znika za nimi. Drzwi odchyliły się tylko częściowo — mechanizm zatrzymał je w pół. Łukasz, ciągnąc walizkę i torbę, próbował przecisnąć się za nią. Walizka uderzyła we framugę, torba osunęła się z ramienia, a on musiał podnieść ją łokciem, przytrzymać kolanem, poprawić uchwyt i prawie wcisnąć całe to zamieszanie przez zbyt wąskie przejście. Paulina nawet się nie obejrzała. Nie zapytała, czy pomóc, nie zwolniła. Szła przed siebie, jakby uznawała za oczywiste, że jej świat działa, a reszta ma po prostu dotrzymać kroku. Michał widział to wszystko i… uśmiechnął się lekko pod nosem. Nawet nie kpiąco — raczej z rozbawieniem pomieszanym z fascynacją. Widok Łukasza szamoczącego się z drzwiami, walizką i własną torbą, oraz Pauliny idącej przed siebie bez najmniejszej potrzeby sprawdzania, czy ktoś za nią nadąża — mówił mu więcej o ich dynamice, niż jakikolwiek opis. Stał jeszcze chwilę, patrząc, jak oddalają się w stronę korytarza. Myśli kotłowały mu się w głowie. Choć nie był pewien, co będzie dalej — jedno wiedział na pewno: ta kobieta już nigdy nie przestanie go intrygować.

Kiedy wsiedli do samochodu, cisza była ciężka i przytłaczająca. Łukasz uruchomił silnik, ale nie ruszył od razu. Spojrzał na nią, jakby czekał na jakiś sygnał. Nie doczekał się. Siedziała nieruchomo, z twarzą zwróconą w stronę szyby, patrząc gdzieś daleko, jakby za szkłem rozciągał się inny świat — taki, w którym Łukasz nie popełniał błędów. W końcu ruszył, a kolejne kilometry uciekały za oknem w ciszy, której żadne z nich nie potrafiło bądź nie chciało przerwać. Łukasz próbował — kilkakrotnie rzucił nieśmiałe, pojednawcze uwagi, starając się wywołać rozmowę, choćby neutralną, byle tylko poczuć, że jest między nimi jeszcze jakaś nić porozumienia.

— Paulinko, naprawdę mi przykro… Może zrobimy coś przyjemnego po powrocie? Kolacja, może spacer? Masaż stóp? — zapytał z nadzieją, w głosie nieśmiały błysk czułości.

Nawet nie odwróciła głowy. Wzruszyła lekko ramionami, a jej wzrok pozostał przyklejony do przesuwającego się krajobrazu za szybą. Jej milczenie mówiło więcej niż słowa — dystans, który wytworzyła, był niemal fizycznie odczuwalny. Każda jej pozorna obojętność wbijała się w niego jak szpilki. Czuł, że oddala się z każdym kolejnym kilometrem. Cisza w samochodzie gęstniała. Próbował jeszcze raz, ale jego słowa odbijały się od niewidzialnej ściany, którą Paulina postawiła między nimi. Próbował nawet uśmiechnąć się w jej stronę, ale jego uśmiech zgasł szybciej, niż się pojawił. W końcu to Paulina przerwała ciszę, choć nie był to moment ulgi. Jej głos, spokojny, chłodny, niemal pozbawiony emocji, przeszył go jak igła.

— Łukasz, nie dziw się, że nie mam ochoty z tobą rozmawiać — zaczęła, wciąż nie odwracając głowy. — Cały nastrój tego wyjazdu zepsułeś przez swoje egoistyczne zachowanie. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że ośmieliłeś się poprosić mnie o zdjęcie klatki. Wiedziałeś, jak to na mnie działa. Wiedziałeś. A jednak to zrobiłeś. Czy ty w ogóle myślisz czasem o czymś więcej niż o sobie i czubku własnego penisa?

Każde jej słowo było jak cios. Mówiła cicho, bez zawahania się, z tą samą chłodną elegancją, z jaką go nieraz oczarowywała. Teraz ta chłodna elegancja była narzędziem, za pomocą którego karała go. Jej słowa wbijały się w niego z chirurgiczną dokładnością.

— Czy naprawdę myślisz, że to dla mnie przyjemne, kiedy muszę cię wiecznie przywoływać do porządku? Że za każdym razem, kiedy próbuję po prostu cieszyć się chwilą, ty zaczynasz jęczeć o swoje potrzeby? Naprawdę myślałam, że jesteś bardziej dojrzały. Myliłam się?

Nie krzyczała. W jej głosie nie było krzty histerii. Ale to właśnie to zimno, ta powściągliwość i spokój w tonie bolały najbardziej. Były jak świadectwo jej pełnej kontroli — nad sobą, nad sytuacją i nad nim.

— Jedyne, czego od ciebie oczekiwałam, to abyś był posłuszny. Tylko tyle. Doceniał to, co dostajesz. Ale nie. Ty zawsze musisz wyciągać rękę po więcej. A potem dziwisz się, że czuję się rozczarowana.

Łukasz milczał. Chciał coś powiedzieć, przeprosić, wyjaśnić, ale wiedział, że każde słowo, które teraz wypowie, może tylko pogorszyć sytuację. Czuł się jak zamknięty w klatce nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie — bezsilny, uwięziony, zdominowany. Czuł, jak narasta w nim coś trudnego do zatrzymania. Oczy zaczęły mu się szklić, ale starał się nie mrugać zbyt często, żeby łzy nie zaczęły spływać po policzkach. Nie chciał, by to zauważyła. Nie chciał, by uznała to za kolejną słabość. W końcu pierwsza łza spadła, a potem druga. Nie mógł ich już powstrzymać. Nie płakał głośno. Po prostu siedział za kierownicą, pozwalając, by te łzy cicho świadczyły o jego emocjonalnym rozpadzie. Paulina kątem oka dostrzegła jego twarz, ale nie odezwała się. Jej twarz pozostała niewzruszona. Nie było w niej ani współczucia, ani satysfakcji. Bo oto obok siedział mężczyzna, który chciał być silny, ale został złamany jednym spojrzeniem i kilkoma słowami. A mimo to wciąż należał do niej. Bo wiedziała, że mimo tych łez, mimo bólu i frustracji, on jej nie zostawi. I właśnie dlatego nie musiała nic mówić. Zamknięty w klatce, którą mu założyła, czuł się jak więzień własnych pragnień. Każdy ruch Pauliny, każdy gest, każde spojrzenie miało nad nim władzę. Jej uroda była oszałamiająca — idealnie ułożone włosy, nieskazitelna cera, boskie ciało. Była uosobieniem piękna, ale to piękno było dla niego jednocześnie przekleństwem. Kusiło, obiecywało po to, by w następnym momencie odebrać nadzieję. Kiedy odważył się grzecznie poprosić o zdjęcie klatki — nie z żądaniem, lecz z cichą i grzeczną prośbą — spotkał się nie ze zrozumieniem, lecz z chłodną, kontrolowaną wściekłością. Teraz, w ciszy samochodu, słyszał w głowie echo jej gniewu. Oskarżenia, chłodne uwagi, jej nieprzeniknione milczenie. Każda minuta obok niej była męką — i błogosławieństwem jednocześnie. Zerkał na nią — na tak bliską, a jednocześnie zupełnie niedostępną. Jej profil był jak wyrzeźbiony — twardy, skupiony, obojętny. Jego serce zaciskało się z bólu i fascynacji zarazem. Była okrutna. Niewzruszona. Ale to właśnie to go do niej przyciągało. Jej dominacja, jej kontrola, to, że mogła zrobić z nim, co tylko chciała. Nie miał już żadnych złudzeń — nie istniała między nimi równość, ale może właśnie to było źródłem jego uzależnienia. Czuł się rozdarty — między bezgranicznym pożądaniem a bólem, który wydawał się nie do zniesienia. Nie potrafiłby jednak odejść. Wiedział, że nie umiałby bez niej żyć. Kiedy dojechali pod jej dom, zatrzymał samochód, a jego dłonie lekko drżały na kierownicy. Silnik wciąż pracował, ale miał wrażenie, że świat się zatrzymał. Przez chwilę nikt się nie ruszał. Paulina w końcu odwróciła głowę, jej twarz była lodowata, zupełnie wyprana z emocji. Spojrzała na niego tak, jak patrzy się na służącego, który ma wykonać ostatni obowiązek przed odejściem.

— Postaw moją walizkę na progu. Dalej sobie poradzę — powiedziała cicho, beznamiętnie.

To nie był ani prośba, ani sugestia. To był rozkaz. Jej ton nie pozostawiał miejsca na interpretację. Łukasz skinął głową, nie śmiejąc spojrzeć jej w oczy. Wysiadł, otworzył bagażnik i wyciągnął walizkę. Jego ruchy były powolne, ostrożne, jakby bał się, że każdy zbyt gwałtowny gest mógłby wywołać kolejną falę niezadowolenia. Podszedł do schodów i ostrożnie postawił bagaż, układając go równo, dokładnie, z niemal nabożną troską. Paulina stała tuż obok, ale nawet na niego nie spojrzała. Była chłodna, odległa, niedostępna. Jego obecność zdawała się dla niej zupełnie obojętna. Zrobił krok do tyłu, czekając, czy może spojrzy, może chociaż skinie głową. Nic. Chwyciła walizkę jednym ruchem, obojętnie, niemal z pogardliwą lekkością, i bez słowa weszła do domu. Drzwi zamknęły się za nią powoli, niemal bezszelestnie — i w tym cichym dźwięku usłyszał coś, co brzmiało jak wyrok. Stał przez chwilę nieruchomo. Został sam. Na schodach, z sercem ściśniętym jak pięść, z gardłem pełnym goryczy i bólu. Patrzył na zamknięte drzwi z mieszaniną tęsknoty i bezradności. Wiedział, że nie potrafi się jej sprzeciwić. I choć każda chwila z nią bolała, nie wyobrażał sobie, że mógłby się od niej uwolnić. Ona miała władzę. I on — choć może czasem tego nienawidził — pragnął tej władzy jak narkotyku. Wsiadł z powrotem do samochodu. Siedział przez chwilę. Czuł, jak jego serce bije mocniej niż powinno. W klatce. W emocjach. W miłości, która bolała jak żadna inna.

Po powrocie do swojego mieszkania czuł się przygnębiony i rozbity. W głowie wciąż miał obraz Pauliny — jej chłodny wyraz twarzy, jej surowe słowa, które padały z taką precyzją, jakby celowo miały go dotknąć najgłębiej, jak się da. Mimo to nie potrafił znieść myśli, że mógłby ją stracić, że jej gniew mógłby oznaczać koniec ich relacji. Czuł się, jakby dryfował w pustce. Z ciężkim sercem usiadł na kanapie, wziął telefon do ręki i zaczął pisać wiadomość. Jego palce lekko drżały, kiedy wprowadzał tekst:

Paulinko, dziękuję za wspólny weekend. Przepraszam jeszcze raz za wszystko. Bardzo mi na Tobie zależy i mam nadzieję, że mogę to naprawić.

Wysłał wiadomość i niemal od razu poczuł falę niepokoju. Wpatrywał się w ekran telefonu, a każda minuta wydawała się wiecznością. W końcu — sygnał powiadomienia. Drgnął, szybko odblokował telefon. Krótka odpowiedź:

Dobrze.

To jedno zdawkowe, pozbawione emocji słowo było jak lodowata fala, która zmyła resztki nadziei. Łukasz czuł, że mimo jego starań, Paulina wciąż trzyma go na dystans, że jeszcze nie pozwala mu się zbliżyć. Chciał jednak spróbować raz jeszcze. Miał nadzieję, że może delikatny gest, prezent bez żadnych oczekiwań, będzie czymś, co pozwoli jej zobaczyć w nim więcej niż tylko źródło rozczarowań. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, jak napisać wiadomość tak, by nie urazić jej, a jednocześnie pokazać, że wciąż o niej myśli.

W końcu napisał:

Paulinko, już niedługo są święta i mam dla Ciebie mały prezent. Jeśli się zgodzisz, chętnie przywiózłbym Ci go któregoś dnia, oczywiście bez żadnych zobowiązań z Twojej strony. Chciałbym tylko zobaczyć, jak go rozpakowujesz.

Wysłał i odłożył telefon. Czekał. Minuty przeciągały się w godziny. Milczenie Pauliny zdawało się coraz cięższe a on próbował bezskutecznie zająć czymś myśli. W końcu, kiedy już niemal stracił nadzieję, rozległ się znajomy dźwięk powiadomienia. Sięgnął po telefon z drżącymi rękoma. Odpowiedź Pauliny była długa i o wiele bardziej wymowna niż wcześniejsze „dobrze”:

Zastanów się nad sobą. Jak już wiesz, klatka jest sparowana z aplikacją. Teraz każde zdjęcie klatki będzie natychmiast wysyłało mi powiadomienie. Higiena jest ważna. Masz prawo zdejmować ją co drugi dzień. Trzy minuty. Tylko tyle. Masz te trzy minuty na to, żeby się dokładnie tam umyć. Każde takie mycie będziesz dokumentował. Krótki filmik. Cały. I będziesz mi go wysyłał. Jeśli zobaczę, że się dotykasz, choćby cień próby masturbacji stracisz mnie bezpowrotnie. Czy to zrozumiałe i jasne?

Łukasz przełknął ślinę. Wiedział, że nie ma miejsca na negocjacje. Odpisał krótko:

Tak, moja Pani.

Nie dostał już żadnej odpowiedzi.

-----


Rozdział VIII – Inne oblicze Pauliny


Gdynia Orłowo, grudzień 2023

Trzy dni po powrocie z Lidzbarka poranek zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Łukasz siedział w swoim biurze wpatrując się w jakieś raporty i trzymając w dłoni kubek prawie zimniej kawy. Jego telefon nagle zawibrował. Spodziewał się służbowej wiadomości, może jakiegoś przypomnienia o spotkaniu. Tymczasem zobaczył jedno krótkie zdanie:

Bądź u mnie o 18:00. Paulina.

Bez przywitania. Bez pytania, czy mu pasuje. Bez wyjaśnienia, czego dotyczy spotkanie. Po prostu polecenie — tak naturalne w jej ustach, że przez chwilę nie potrafił nawet złapać tchu. Od tej chwili praca przestała istnieć. Próbował czytać maile, ale słowa rozmazywały się w jedną, szarą masę. Wpatrywał się w tabelki, lecz nie pojmował ich sensu. Każde spojrzenie na ekran wracało do jednego obrazu — jej twarzy, chłodnego spojrzenia, delikatnego uśmiechu, który nigdy nie zdradzał, co naprawdę myśli. Coś ścisnęło go w żołądku, coś pomiędzy niepokojem a gorącym, skrywanym pragnieniem. Ostatnie dni były dla niego emocjonalnym urwiskiem, ale na myśl o niej — o tym, że go przywołuje — czuł tylko tę znajomą mieszankę strachu i podniecenia. Wspomniał jej dłonie, te pewne siebie ruchy podczas karania go, czerwoną skórę na pośladkach, wywołaną paskiem. Wspomniał jej chłodne słowa, spokojne spojrzenie, jej dominację — absolutną i całkowitą. Do południa udało mu się udawać, że pracuje, ale tylko udawać. Koledzy mówili coś, a on miał wrażenie, jakby dochodziło to gdzieś z oddali. W końcu, po czternastej, przestał mieć siłę walczyć ze sobą. Odliczał minuty do wyjścia, choć każda wydawała mu się dłuższa od poprzedniej. Około siedemnastej był u siebie w mieszkaniu, nerwowo poprawiając kołnierzyk koszuli i patrząc na swoje odbicie w lustrze. Zastanawiał się, czy wygląda wystarczająco dobrze. Ubrał się starannie, jak przed egzaminem z życia — ciemna koszula, ulubione perfumy, gładko ułożone włosy.

Jechał cały w napięciu. Ręce na kierownicy drżały mu lekko. Nie wiedział, dlaczego go wzywa. Nie wiedział, co się stanie. Ale wiedział jedno — że pójdzie, choćby kazała mu wejść do ognia. Za pięć osiemnasta był już pod jej domem. O pełnej godzinie serce waliło mu tak, że czuł je w gardle. Podniósł rękę, zawahał się ułamek sekundy, po czym wcisnął dzwonek. Nie było odwrotu. Drzwi otworzyły się cicho — i przez pierwszą sekundę był niemal pewien, że pomylił mieszkania. Paulina stała w progu ale zupełnie inna niż ta, którą widział trzy dni wcześniej. Nie surowa, nie chłodna, nie niedostępna. Tylko piękna w sposób wręcz dziewczęcy. Miała na sobie lekko rozkloszowaną, czarną sukienkę sięgającą za kolano — prostą, elegancką, z delikatnym połyskiem materiału. Przy każdym jej oddechu tkanina kołysała się lekko, jakby powietrze samo chciało ją dotykać. Na nogach klasyczne, smukłe szpilki, które podkreślały linię jej łydek. Czarne rajstopy dodawały całości wyważonej elegancji. Rozpuszczone włosy miękką falą spływały po ramionach. Delikatny makijaż tylko wydobywał blask oczu, a jasny błyszczyk na ustach dodawał jej świeżości. Na szyi połyskiwał cienki łańcuszek z wisiorkiem w kształcie wilka, a w uszach dyskretne, złote kolczyki — nic krzykliwego, ale wszystko perfekcyjnie dobrane. Łukaszowi ugięły się kolana. Dosłownie. Drugi szok uderzył go po chwili: Paulina była roześmiana. Nie ironicznie, nie złośliwie. Po prostu uśmiechnięta. Swobodna. Promienna.

— Łukasz — powiedziała miękkim, radosnym głosem, który kompletnie go rozbroił. — W końcu jesteś.

Coś w nim pękło — cała ta nerwowość, strach, napięcie. Od razu pochylił się nad jej dłonią i pocałował ją z czcią, jak wierny rycerz swoją królową. Jej ręka była chłodna, delikatna, pachniała czymś kwiatowym. Spojrzała, nadal uśmiechnięta i lekko, z wdziękiem nadstawiła policzek.

— A tu? — zapytała czule.

Ucałował ją ostrożnie, bojąc się, że zbyt mocnym dotykiem zakłóci tę bajkową lekkość chwili. Czuł jej miękkość, ciepło, kobiecość i coś jeszcze — radość, którą rzadko mu pokazywała. Dotknęła jego ramienia i odsunęła się, robiąc mu miejsce.

— No chodź, wejdź do środka — powiedziała pogodnie.

W jej głosie nie było dominacji. Nie było rozkazów. Był tylko luz, kobiecość, uśmiech i jakaś niespodzianka czająca się w jej oczach. Stał tam jak zaczarowany. Odsunęła się lekko w bok i skinęła głową, jakby zapraszała go do innego świata.

— Na pewno jesteś głodny. Zamówiłam sushi.

Wprowadziła go do jadalni, lekko dotykając jego łokcia, jakby prowadziła go przez przestrzeń, w której czuła się absolutnie u siebie. Stół był już przygotowany — estetycznie, starannie, niemal ceremonialnie. Na dużej, prostokątnej paterze piętrzyły się kolorowe zestawy: nigiri ułożone w równych rzędach — połyskujący łosoś, ryba maślana, dorada, delikatnie opalony tuńczyk. Obok niewielki wachlarz futomaki, ciętych grubo, wypełnionych świeżym ogórkiem, awokado i chrupiącą tempurą lub łososiem. Były też rolki California, obtoczone w pomarańczowych ziarenkach tobiko, które wyglądały jak maleńkie iskry. W małych miseczkach stał sos sojowy, obok zielone wasabi i różowe płatki marynowanego imbiru. Paulina ustawiła na środku czajniczek z parującą zieloną herbatą. Aromat unoszący się nad stołem był świeży, lekko trawiasty, odprężający.

— Usiądź — powiedziała.

Łukasz stał jak oniemiały. Nie patrzył na jedzenie. Nie patrzył na stół. Patrzył tylko na nią. W blasku lampy wyglądała jak uosobienie czegoś nierealnie pięknego — lekka, elegancka, swobodna, z tą dziewczęcą sukienką i rozpuszczonymi włosami, które opadały na ramiona jak jedwab. Uśmiechała się naturalnie, bez cienia chłodu czy wyrachowania.

— Łukaszu… — uniosła lekko brwi. — Usiądziesz? Czy mam cię tu posadzić?

Jej głos był żartobliwy, ciepły, ale podszyty znajomą nutą dominacji. Otrząsnął się i posłusznie zajął miejsce, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, jak wygląda, jak się zachowuje i jak bardzo go rozbraja samą obecnością. Uniosła czajniczek i z gracją nalała herbatę do dwóch czarek — spokojnie, bez pośpiechu, jakby był to mały rytuał. Para wzbiła się ku górze, pachnąca świeżo skoszoną trawą, jaśminem i ciepłem. Przez chwilę milczeli. Przełamała pałeczki, pocierając końcówki o siebie z wprawą kogoś, kto robi to od lat. Sięgnęła po jedno z nigiri — płynnie, elegancko, bez cienia namysłu. Wsunęła je do ust, przegryzła lekko, oczy przymknęły się na ułamek sekundy. Było w tym coś zmysłowego, choć naturalnego, jakby po prostu była kobietą, która wie, jak czerpać przyjemność z drobnych rzeczy. Łukasz próbował zrobić to samo. Bez powodzenia. Nigiri wymykało mu się z pałeczek. Za trzecim razem prawie je przewrócił. W końcu spojrzał na nią z zakłopotaniem — policzki miał lekko zaróżowione, a ręka drżała mu jak u kogoś, kto pierwszy raz uczy się pisać. Paulina odłożyła swoje pałeczki, westchnęła teatralnie i wstała.

— Pokaż — powiedziała łagodnym, rozbawionym tonem.

Zanim zdążył zapytać, co robi, podeszła i usiadła mu na kolanach — lekko, miękko, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. Jego ciało momentalnie zesztywniało. Była tak blisko, że cała jego przestrzeń nagle wypełniła się tylko nią. Miał wrażenie, że czuje ciepło jej ud przez cienką warstwę rajstop i swoje spodnie. Włosy musnęły jego policzek — pachniały słodko, świeżo, jak coś między wanilią a zimnym powietrzem po deszczu. Jej perfumy — tym razem lżejsze, kwiatowe — otuliły go delikatną mgłą. Paulina wzięła jego dłoń w swoją — jej była drobna, smukła, a dotyk pewny. Ułożyła jego palce na pałeczkach, poprawiła rozstaw, skróciła chwyt.

— Widzisz? Tak. Nie ściskaj ich, bo będą uciekać — powiedziała, pochylając się bliżej. Jej oddech musnął jego szyję. — Już prawie dobrze. Prowadź delikatnie… właśnie tak…

Zaśmiała się, gdy mimo wszystko znowu zgubił kawałek rolki.

— Słodki jesteś, wiesz? — szepnęła mu do ucha, wciąż siedząc na jego kolanach. — Ale spokojnie. Nauczysz się. Nie każdy musi od razu być mistrzem.

— Ja tylko… nie mam dużego doświadczenia — wymamrotał, czując jak tętno bije mu w uszach. — Ale chyba… idzie mi trochę lepiej.

Uniosła głowę, spojrzała na niego z uśmiechem, w którym mieszała się pobłażliwość i coś jeszcze — może nuta kokieterii.

— Oczywiście, że idzie — potwierdziła. — Zobaczysz. Za chwilę będziesz jadł jak rodowity Japończyk.

Dotknęła opuszkami palców jego brody — lekko, czułe, zaskakująco miękko — po czym wstała i wróciła na swoje miejsce, zostawiając po sobie gorący ślad na jego kolanach.

— No. Spróbuj teraz sam — powiedziała biorąc kolejną rolkę do ust.

Przez chwilę jedli w ciszy — na tyle, na ile Łukasz był w stanie nazwać to „jedzeniem”, bo choć rzeczywiście szło mu lepiej, każde podniesienie rolki pałeczkami było walką o życie. Paulina obserwowała go z tym swoim pozornie łagodnym uśmiechem, który w jej wykonaniu oznaczał wszystko — czułość, rozbawienie, czasem nawet lekką kpinę.

W końcu odłożyła pałeczki, otarła usta serwetką i powiedziała spokojnie, tak zwyczajnie, że Łukasz aż uniósł wzrok z zaskoczeniem:

— Wiesz… nie miałam okazji podziękować ci za ten weekend. Przez cały czas czułam się przy tobie komfortowo i zaopiekowana. Dobrze się bawiłam. Naprawdę dziękuję.

Łukasz poczuł, jak robi mu się cieplej.

— Cała przyjemność po mojej stronie — odparł cicho.

Paulina skupiła na nim wzrok — spokojny, miękki, jakby przez moment naprawdę odsłoniła coś ze swojej delikatności.

— I… — zaczęła wolniej — chciałam cię przeprosić. Byłam zbyt surowa. Za bardzo wymagająca. Uświadomiłam sobie, że powinnam dać ci więcej czasu na to wszystko.

— To nie problem. Paulinko… naprawdę. Ty masz prawo wymagać. Jesteś tego warta. A ja będę się starał. Zawsze.

Kącik jej ust drgnął — niewinnie, ale z tą nutą, którą znał aż za dobrze. Mieszanka ckliwej słodyczy i przewrotnej gry.

— Naprawdę ci na mnie zależy? — zapytała łagodnie.

W pierwszej chwili zabrzmiało to jak proste pytanie. Ale w jej oczach błysnęło coś więcej — miękki nacisk, subtelna manipulacja, to ciche zaproszenie, by sam złożył deklarację, której ona nie musiała wypowiadać. Wiedział, że wciąga go z powrotem w orbitę, ale nie próbował się opierać.

— Bardzo mi zależy. I wiem, że… ja po prostu jeszcze się uczę. Jestem słaby przy tobie, ale będę się starał. Chcę zasłużyć.

— Więc rozumiem, że nie masz mi nic za złe? Ani tego, że bywam wymagająca? Ani że łatwo się denerwuję? Ani że potrafię być wredna? — Jej ton był prawie niewinny, ale każde słowo prowadziło go dalej w stronę, którą obrała.

— Nie — odpowiedział natychmiast. — Masz do tego prawo. A ja zrobię wszystko, żeby było tak, jak chcesz.

Uśmiechnęła się — miękko, spokojnie, z cieniem triumfu gdzieś głęboko pod powierzchnią.

— W takim razie bardzo mnie to cieszy — powiedziała łagodnie, sięgając po pałeczki. — Naprawdę bardzo.

Znów zaczęła jeść — spokojnie, elegancko, jakby rozmowa była tylko jednym z wielu drobnych elementów, które zaplanowała sobie na ten dzień. Obserwowała, jak Łukasz kolejny raz podnosi kawałek, który w ostatniej chwili znów wyślizguje mu się spomiędzy pałeczek. W jej oczach pojawiła się iskierka — rozbawienie zmieszane z ciepłem. Westchnęła teatralnie, ale z uroczym uśmiechem.

— Daj — mruknęła lekko rozbawiona.

Bez najmniejszego wysiłku uchwyciła w swoje pałeczki idealnie zrolowaną california maki i podsunęła mu ją do ust. Zrobiła to powoli, jakby testowała jego reakcję. Łukasz zamarł na sekundę, potem otworzył usta i przyjął kęs. Paulina uniosła kąciki ust, jakby nagradzała szczeniaka, który wreszcie zrozumiał komendę.

— No i? — zapytała, opierając policzek na dłoni. — Lepiej?

— Zdecydowanie — odpowiedział z lekkim śmiechem. — Smakuje… jakby sto razy lepiej. Może to kwestia pałeczek.

— Pałeczek — powtórzyła, kiwając głową z udawanym namysłem. — A nie przypadkiem tej osoby, która je trzyma?

— To też — przyznał bez wahania.

Zaśmiała się cicho i przez moment nie było w niej cienia dominacji, tylko urokliwa, lekko zaczepna kobieta, która naprawdę dobrze się bawi.

— To może powinnam ci tak podawać całą kolację? — zapytała, chwytając kolejny kawałek.

— Nie będę protestował — odparł.

— Oczywiście, że nie będziesz, spróbowałbyś — skwitowała z błyskiem w oku i znów podała mu sushi, tym razem z delikatnym, niemal figlarnym uśmiechem.

Kiedy zjedli ostatnie kawałki, Łukasz odruchowo zaczął zbierać talerze i miseczki. Paulina nie zaprotestowała. Oparła łokieć o stół i przez chwilę po prostu patrzyła, jak krząta się między jadalnią a kuchnią. Było w tym coś zaskakująco domowego — on przy zmywarce, ona przy stole, jakby znali się od lat. Ułożył naczynia w środku, zamknął drzwi z delikatnym kliknięciem i odwrócił się w jej stronę.

— Masz ochotę na wino? — zapytała z salonu.

Nie czekając na odpowiedź podeszła do niewielkiej, specjalnej chłodziarki, stojącej przy zwykłej lodówce i wyjęła dwie butelki.

— Mogę zaproponować ci dwie możliwości — powiedziała, unosząc je lekko. — Albo Puligny-Montrachet od Domaine Leflaive, albo Cloudy Bay Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii. Co wolisz?

Łukasz nie miał pojęcia, co naprawdę wybiera. Słowa „Puligny-Montrachet” zabrzmiały dla niego jak coś z lepszego świata — szlachetnie, francusko.

— To… Puligny — zdecydował, kierując się wyłącznie brzmieniem nazwy.

Paulina uśmiechnęła się pod nosem, jakby dokładnie się tego spodziewała. Odstawiła drugą butelkę, sięgnęła do kredensu po dwa wysokie kieliszki na nóżkach i postawiła je na blacie w kuchni. Następnie podała mu butelkę i korkociąg.

— Proszę — powiedziała z lekką nutą wyzwania w głosie. — Poradzisz sobie?

— Oczywiście — odparł.

Ujął szyjkę butelki, wkręcił śrubę korkociągu nieco zbyt ostrożnie, ale pewnie. Czuł na sobie jej spojrzenie. Wyciągnął korek z cichym trzaskiem i wlał wino do kieliszków, starając się nie rozlać ani kropli.

— Chodźmy na sofę — zaproponowała.

Usiadła pierwsza, wygodnie, bokiem, z nogą założoną na nogę. On przez moment zawahał się, w naturalnym odruchu chcąc usiąść obok niej. Zamiast tego, jakby coś w nim przeskoczyło, postawił kieliszek na stoliku, zrobił krok w jej stronę i usiadł na podłodze u stóp. Paulina spojrzała z ciekawością, ale w oczach nie pojawiło się zdziwienie, raczej spokojne zadowolenie. Jakby właśnie zobaczyła coś, czego się spodziewała i co uznała za właściwe.

— Dziękuję — powiedziała cicho, biorąc od niego kieliszek. — To jest dla ciebie bardzo odpowiednie miejsce na ten wieczór.

Przesunęła stopę, tak, że czubek jej buta lekko dotknął materiału spodni, po czym wygodnie oparła plecy o oparcie sofy. Sięgnął po swój kieliszek i upił łyk. Chłodne wino rozlało się po języku — było świeże, kremowe, z lekką nutą cytrusów i czegoś mineralnego, czego nie potrafił nazwać.

— Jest… naprawdę świetne — powiedział szczerze.

Paulina uśmiechnęła się, zerkając na niego ponad krawędzią kieliszka.

— Oczywiście, że jest świetne — odparła. — To Puligny-Montrachet z Domaine Leflaive. Klasyczne białe z Burgundii, z miasteczka, gdzie pierwsze krzewy Chardonnay sadzili jeszcze średniowieczni mnisi. Jedno z ulubionych win sommelierów.

Zakreśliła winem w kieliszku mały okrąg, patrząc, jak się układa na ściankach szkła.

— I bardzo się cieszę, że właśnie to wybrałeś — dodała miękko. — Pasuje do tego wieczoru.

Znów upił łyk, ale tak naprawdę bardziej upijał się jej bliskością. Siedziała wyżej, rozluźniona, piękna i kobieca w tej sukience, a on — na podłodze, z kieliszkiem w dłoni, ze świadomością, że znalazł się dokładnie tam, gdzie pragnął być: u jej stóp, pijąc wino, które ona wybrała, w świecie, który należał do niej. Paulina podparła podbródek dłonią, kołysząc lekko kieliszkiem. Popatrzyła na Łukasza z łagodną ciekawością, która potrafiła rozbroić go szybciej niż jakakolwiek surowość.

— A jak twoje pośladki? — zapytała tonem tak niewinnie uprzejmym, że aż brzmiało to jak żart z podtekstem.

Łukasz odchrząknął.

— Nadal trochę bolą. Są jeszcze ślady.

Uniosła kącik ust. Delikatnie, z satysfakcją, którą trudno było pomylić z czymkolwiek innym.

— Dobrze.

Chciał coś dopowiedzieć, ale przez chwilę po prostu patrzył na nią — tak piękną, rozluźnioną, uśmiechniętą, bliską i jednocześnie tak niepojętą. W końcu wypuścił powietrze i powiedział:

— Paulina, kim ty właściwie jesteś?

Paulina mrugnęła, wyraźnie zaskoczona.

— Słucham?

— Kim jesteś? — powtórzył, nieco ciszej. — Może źle się wyraziłem, nie chciałem, aby moje pytanie zabrzmiało zbyt natarczywie, ale zniknęłaś z Polski na tyle lat. A teraz wracasz, pojawiasz się w moim życiu i przewracasz je do góry nogami. I ja… ja nadal próbuję to zrozumieć. Jesteś piękna, inteligentna, niesamowicie władcza… Znasz się na winie, masz super samochód i nosisz drogie ciuchy. Jesteś jak moje marzenie, które się spełniło. Czasem wręcz zastanawiam się, co ja robię obok ciebie.

Jej spojrzenie złagodniało.

— Wróciłam, bo… chciałam. — Wzruszyła lekko ramionami.

— Potrzebowałam pobyć tu trochę. Wrócić na swoje dawne ulice, do języka. Ale centrum mojego życia jest wciąż w Berlinie. Tam jest mój świat, większość moich przyjaciół i bliskich mi osób.

Zawiesiła wzrok gdzieś na linii jego obojczyka, jakby myślała nad każdym słowem. Sięgnęła po telefon leżący na stoliku i przesunęła palcem po ekranie.

— Pokażę ci coś. Spójrz.

Łukasz przesunął się bliżej, wciąż siedząc u jej stóp. Otworzyła galerię.

— To Adlerheim. Mój dom w Bawarii.

Na ekranie pojawiły się fotografie modernistycznej willi z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych — biała bryła, geometryczne linie, ogromne przeszklenia od strony ogrodu, szerokie tarasy. Całość otoczona lasem i łagodnymi wzgórzami. Otworzył usta, ale przez moment nie wydobył z siebie głosu.

— To… to jest naprawdę twoje? — zapytał w końcu, jakby bojąc się potwierdzenia.

Paulina skinęła głową lekko, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego.

— Tak — odparła spokojnie.

— Wygląda jak rezydencja jakiegoś przedwojennego przemysłowca — Łukasz nie był w stanie ukryć podziwu. — Niesamowite.

— Jest niezwykły — przyznała bez fałszywej skromności. — I dobrze się tam czuję. Niewiele pomyliłeś się, zbudowano go dla jednego ze znanych lekarzy.

Przesunęła dalej. Kolejne zdjęcie: ona — siedząca pod ogrodowym parasolem w ogrodzie. Jasna, letnia sukienka opinająca talię. Szeroki kapelusz z dużym rondem, okulary przeciwsłoneczne. Za nią zielony ogród, białe donice, gładki kamień tarasu. Wyglądała na kogoś, kogo mógłby malować współczesny Degas — jak ktoś codzienny a jednocześnie niewytłumaczalnie magnetyczny.

— Paulinko ty tutaj wyglądasz jak… jak prawdziwa arystokratka. Naprawdę. Brakuje tylko, żeby obok stała służba.

Przesunęła wzrokiem po ekranie, jakby oceniała zdjęcie z dystansu, po czym odparła:

— Czasem stoi.

Uśmiechnęła się przy tym w taki sposób, że Łukasz kompletnie zgłupiał. Kąciki jej ust uniosły się lekko, ale oczy pozostały chłodne i poważne. Było w tym coś absolutnie niewymuszonego — jakby powiedziała prawdę, albo jakby zażartowała, albo jakby i jedno, i drugie naraz. Nie miał pojęcia, czy ona żartuje… czy mówi zupełnie serio. Jej mina była tak perfekcyjnie dwuznaczna, że nie sposób było odgadnąć, gdzie kończy się ironia, a zaczyna rzeczywistość. Po prostu patrzył na nią oszołomiony — i zachwycony tą nieprzeniknionością, która zawsze wprawiała go w drżenie. Przesunęła dalej. W kadrze pojawiła się ciemnowłosa kobieta w dopasowanej letniej sukience. Oliwkowa skóra, długie czarne, kręcone włosy, intensywne oczy, mocno zarysowane biodra. Stała przy balustradzie tarasu, jedna noga subtelnie wysunięta, jakby pozowała.

Paulina chciała przesunąć na kolejne zdjęcie ale Łukasz dotknął ekranu.

— Cofnij proszę. — Podniósł wzrok. — Kto to?

Paulina uśmiechnęła się tak, jak gdyby od dawna czekała na to pytanie.

— To Bella. — Ton jej głosu złagodniał. — Moja najbliższa przyjaciółka. Pochodzi z Włoch.

Przechyliła telefon, by pokazać zdjęcie w pełnym formacie.

— Piękna, prawda? — dodała lekko, bez cienia zazdrości. — Ciemne oczy, piękne nogi, taka bardzo kobieca.

Łukasz westchnął, nie udając, że nie widzi jej urody.

— Jest piękna… ale ty jesteś piękniejsza.

Uniosła na niego spojrzenie — powolne, uważne, przeciągłe. Najpierw pojawił się na jej twarzy lekki uśmiech. Potem coś cieplejszego, prawie czułego. A potem — ten znajomy, drapieżny błysk.

— Dyplomata z ciebie, ale dobrze, że tak uważasz — powiedziała cicho, odkładając telefon. — Bella przyciąga spojrzenia wielu… ale ja nie lubię, kiedy mój chłopiec zachwyca się kimś innym.

Przesunęła dłonią po jego policzku, paznokciem muskając skórę na granicy bólu i pieszczoty.

— Bo ty masz patrzeć na mnie — szepnęła, tak miękko, że to bardziej dotarło do niego pod skórą niż do uszu. — I tylko na mnie.

Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy, jakby upewniała się, że to zdanie naprawdę zapadło odpowiednio głęboko. A potem, jakby uznała, że przyjęła już od niego tyle zachwytu, ile chciała, odsunęła wzrok z lekkim, prawie rozbawionym westchnieniem.

— A skoro już tak na mnie patrzysz… — podjęła płynnie, jakby kończyła jedną myśl i zaczynała drugą — to właśnie zobaczyłeś część mojego świata, mojego życia.

Nie zmieniając tonu, kontynuowała, jakby opowiadała o czymś oczywistym:

— Na uczelni w tym roku akademickim nie prowadzę regularnych zajęć, ale wciąż mam swoje seminarium licencjackie. Lubię czasem zobaczyć moich studentów na żywo. Potrzebują mnie. No i firma… też wymaga mojego czasu.

Łukasz przechylił głowę.

— Firma? — spróbował ostrożnie.

Paulina odsunęła od ust kieliszek.

— Mam udziały w kilku spółkach. Powiem ci więcej, kiedy przyjdzie czas. Proszę, nie pytaj teraz o to.

Zrozumiał jasny sygnał i nie drążył. Skinął głową. Po chwili dodał:

— Wiesz, czasem żałuję… że nie poznaliśmy się już w liceum. Że nie miałem odwagi wtedy do ciebie podejść. Wszystko mogłoby wyglądać inaczej.

Wyraźnie ją tym rozbawił. Uniosła brwi i pochyliła się lekko do przodu.

— Och, Łukaszu… — westchnęła z cieniem śmiechu. — W liceum byłam zupełnie inna. Nieokiełznana. Chaotyczna. Jak żywioł, który sam nie wiedział, dokąd płynie. Niewyobrażalnie uparta. I dużo, dużo bardziej impulsywna.

Wzięła łyk wina, przechylając lekko głowę.

— Nie jestem pewna, czy wtedy poradziłbyś sobie ze mną. A może to ja sama nie chciałabym, abyś nawet spróbował.

Patrzył na nią tak, jak patrzy się na kogoś, kto kiedyś wydawał się odległy jak mit, a teraz siedzi naprzeciwko — ciepła, kobieca, realna.

— Teraz wiem, czego chcę. Wiem, że jesteś niezwykła.

— I dlatego właśnie pozwalam ci tu być. Bo teraz masz odwagę. A ja mam ochotę zobaczyć, jak daleko zajdziesz.

Zebrał się na odwagę.

— Czyli już w liceum byłaś taka? — zapytał, szukając jej wzroku.

— Taka? — powtórzyła lekko, jakby chciała, żeby sam to doprecyzował. — Co znaczy: taka?

— No, dominująca. Surowa. Taka… która nie znosi sprzeciwu.

Cichy śmiech uniósł kąciki jej ust.

— Tak. Ale tak jak ci powiedziałam, inaczej niż dziś. Bardziej dziko, bez kontroli, bez pewności siebie nawet. — Westchnęła lekko, jakby przywołanie tamtych czasów było odległym, nie do końca oswojonym wspomnieniem. — Byłam jak żywioł. Nieokiełznany i nie dla każdego do udźwignięcia.

— Wiesz… wtedy czegoś w tobie nie potrafiłem nazwać, ale czułem to. Jakby jakiś szósty zmysł. Coś ciągnęło mnie w twoją stronę, choć sam nie wiedziałem dlaczego.

Paulina uśmiechnęła się, tym razem spokojniej, wolniej.

— Czyli już wtedy wyczułeś, jaka jestem — mruknęła. — I to wystarczyło?

— Tak. To zostało we mnie.

— I już wtedy czułeś w sobie uległość?

Zawahał się tylko sekundę.

— Tak. Choć nie rozumiałem tego. Nie miałem na to słów.

— A później? — Jej ton stał się neutralny, jakby pytała o coś całkowicie zwyczajnego. — W dorosłym życiu trafiła ci się jakaś kobieta, przy której czułeś coś podobnego? Taka, przy której byłeś uległy?

— Nie — odparł od razu. — Nigdy. To nie było częścią mojego życia. Żadna kobieta nigdy nie wywoływała tego we mnie. Próbowałem znaleźć w nich coś takiego ale nie, nie udawało się. A potem przestałem o tym myśleć aż do…

— Aż do momentu, kiedy zobaczyłeś mnie znowu? — przerwała mu.

— Tak — przyznał bez wahania. — Kiedy zobaczyłem cię po tylu latach… wszystko wróciło. I zrozumiałem, że to właśnie to. Że to zawsze byłaś ty. Że tylko tobie potrafię się poddać.

Jej uśmiech był delikatny, ale pod nim czaiła się satysfakcja — spokojna, głęboka, pewna siebie.

— Cóż — powiedziała, biorąc powoli łyk wina. — Niektórych rzeczy po prostu nie da się zatracić. Nawet przez lata.

— A ty? — powtórzył Łukasz, szukając jej spojrzenia. — Miałaś kiedyś uległego faceta?

Uśmiechnęła się powoli, przeciągle. Udała, że sięga pamięcią gdzieś daleko, choć oboje wiedzieli, że dokładnie wie.

— Oczywiście, że tak — odpowiedziała pewnie. — Mam prawie czterdzieści lat, Łukaszu. Nie żyłam w próżni ani zamknięta w jakimś klasztorze.

Jego serce zabiło szybciej.

— W Berlinie? — dopytał ostrożnie, jakby każde kolejne słowo mogło być zbyt odważne. — Teraz też… kogoś takiego masz?

Spojrzała, jakby chciała go skarcić za nadmierną ciekawość. A jednocześnie bawiło ją to.

— Berlin to mój dom — zaczęła powoli. — Tam toczy się przecież większość mojego życia. I tak, wiele osób przeszło przez mój świat. Niektórzy zostali w nim tylko chwilę, inni na dłużej.

Zrobiła krótką pauzę.

— A czy ktoś jest tam teraz? Powiedzmy, że mam pewne relacje, które funkcjonują tak, jak chcę, żeby funkcjonowały.

Łukasz zamilkł, ale w środku poczuł ukłucie zazdrości i jednocześnie dziwny dreszcz — mieszankę niepewności i fascynacji. Paulina to zauważyła. Powoli uniosła nogę i zaczęła zaczepiać go czubkiem buta — lekkie prowokujące dotknięcia. W końcu stopa zatrzymała się przy kolanie. Złapał ją delikatnie. Jakby trzymał w dłoniach coś kruchego, świętego. But był elegancki, miękka skóra, subtelny połysk. Pod palcami czuł kontur jej kostki, warstwę delikatnych, rajstop, które jeszcze bardziej podkreślały idealny kształt jej nogi. Był tak oniemiały jej bliskością, że przez chwilę zapomniał oddychać. Spojrzała na dłonie obejmujące stopę.

— Widzę, że bardzo łatwo cię rozproszyć.

— Po prostu… jesteś dla mnie wszystkim — odpowiedział cicho, niepewnie.

Jej palce musnęły krawędź kieliszka, a spojrzenie stało się głębsze.

— A jednak wciąż masz odwagę zadawać mi pytania o innych mężczyzn — zauważyła z lekką drwiną.

Łukasz opuścił wzrok, ale nie wypuścił stopy. Ona pozwoliła mu na to jeszcze kilka sekund, po czym poruszyła palcami — subtelny, kontrolujący sygnał.

— Puść — powiedziała.

Kiedy to zrobił, uśmiechnęła się łagodnie, ale w jej oczach była ta sama dominacja, która wcześniej wzbudzała w nim drżenie.

— Berlin jest częścią mojego świata — dodała cicho. — Ale teraz jestem tutaj. Z tobą. I to powinno ci wystarczyć.

— Rozumiem — powiedział cicho. — Naprawdę rozumiem. I tak, to mi wystarcza.

Przez chwilę milczał, patrząc na nią z dołu, jakby szukał w jej twarzy potwierdzenia, że ma prawo mówić dalej.

— Wiesz, Paulinko… jesteś ideałem — dodał w końcu. — Twoja uroda, sposób, w jaki się poruszasz, jak się ubierasz… Nikt nigdy tak na mnie nie działał.

— Mogę ci coś powiedzieć? — zapytał nagle. — Ale musisz obiecać, że się nie będziesz śmiać.

To ją rozbawiło. Kącik ust drgnął, w oczach pojawił się błysk.

— Obiecać? — uniosła brwi. — Nic nie muszę, ale dobrze. Obiecuję, że się nie będę śmiać. Przynajmniej nie od razu.

Sięgnął po kieliszek, wypił niewielki łyk, jakby chciał spłukać z gardła napięcie. Serce mu waliło.

— Nigdy o tym nikomu nie mówiłem — zaczął wolno. — Nikomu.

Wziął głębszy oddech.

— Wiesz… niesamowicie podnieca mnie, kiedy masz na sobie skórzane rękawiczki. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale zawsze pociągały mnie kobiety w eleganckich rękawiczkach. Sama świadomość, że masz je na dłoniach… — urwał, szukając słów. — Ale ty… jesteś kilka poziomów ponad tym. Twoje rękawiczki, sposób, w jaki je nosisz jak dotykasz rzeczy, jak poruszasz dłońmi…

Urwał, zawstydzony własną szczerością. Paulina słuchała go w milczeniu, bez śladu kpiny. Tylko uważnie, jakby analizowała każdy jego wyraz twarzy. W pewnym momencie wysunęła stopę nieco dalej i oparła ją dokładnie tam, gdzie pod materiałem spodni krył się metal klatki. Nacisnęła lekko. Nie na tyle, by sprawić ból, ale wystarczająco, by przypomnieć mu o wszystkim. Łukasz odchrząknął, policzki miał już wyraźnie zaróżowione.

— Pamiętam… jak byliśmy na lodowisku — powiedział dalej. — Kiedy trzymałem twoją dłoń w rękawiczce. Była zimna, gładka… A ja miałem wrażenie, że to coś niewyobrażalnie intymnego. A potem na zamku. Dwa razy chwyciłem cię za rękę w rękawiczce. Raz przy tych wąskich schodach, drugi raz przy lochach. Dla mnie to było jak dotykanie czegoś zakazanego. Jak dotyk symbolu.

Paulina przez moment milczała, jej stopa wciąż spoczywała na jego kroczu. Patrzyła na niego z rosnącym zainteresowaniem — tym spokojnym, analitycznym, które znał już z wcześniejszych rozmów.

— Fetysz rękawiczek u osób uległych jest bardzo częsty — odezwała się w końcu, takim tonem, jakby prowadziła wykład.

— Skóra, chłód materiału, poczucie dystansu i kontroli… To wszystko układa się w coś bardzo logicznego. Rękawiczka zakrywa dłoń. Robi z czegoś ludzkiego coś trochę odrealnionego. Nadal wiesz, że to ręka, ale już nie całkiem zwykła. To idealne narzędzie dla kogoś, kto lubi władzę. I idealny obiekt dla kogoś, kto lubi się jej poddawać.

Stopa znów nacisnęła delikatnie na jego krocze, jakby zaznaczała każdy wniosek.

— Więc nie — dodała spokojniej. — Nie będę się z ciebie śmiać. To, co czujesz do moich rękawiczek, jest całkowicie spójne z tym, kim jesteś przy mnie. I nie jesteś tu wyjątkowy ani odosobniony, znam już kogoś, kogo też strasznie kręcą rękawiczki. A fakt, że mówisz mi o tym teraz, klęcząc u moich stóp, bardzo mi się podoba.

Uniósł głowę tylko na moment, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę może mówić dalej. Paulina obserwowała go spokojnie; w jej oczach była ciekawość, ale nie było ani kpiny, ani oceny. To dodało mu odwagi.

— Dziękuję… — zaczął cicho. — Za to, że… że mnie rozumiesz. Nie masz pojęcia, jak bardzo to dla mnie ważne.

Wziął oddech, nieco drżący.

— Jest jeszcze jedna rzecz… trochę głupia. Ale skoro już powiedziałem o rękawiczkach… Muszę też to powiedzieć. Chodzi o to, że… pociąga mnie to, że moje dłonie marzną, kiedy twoje są chronione. Wiem, że to brzmi dziwnie. Ale… ta różnica, ten kontrast… jest dla mnie jak…

Urwał, bo nie potrafił znaleźć właściwego słowa.

— Jak przypomnienie, kto tu ma władzę — dokończył w końcu, z rumieńcem na policzkach. — I dlatego… kiedy wtedy powiedziałaś, że mam trzymać ręce poza kieszeniami… To mnie ucieszyło. Bardziej niż powinno.

Zacisnął dłonie na swoich udach, zawstydzony.

— A to, że… mnie za to ukarałaś… zaskoczyło. Ale też… — przełknął ślinę. — Sprawiło, że jeszcze bardziej cię pragnę. Rękawiczek nie zabrałem wtedy z domu celowo. Sam nie wiem… takie mam zboczenie.

Patrzyła na niego z uwagą. To było spojrzenie kobiety, która naprawdę słucha i naprawdę rozumie mechanizmy, o których mówi. Powoli — bardzo powoli — uniosła stopę wyżej, tak że obcas delikatnie przesunął się po jego udzie. But znalazł się tuż przy jego ustach. Łukasz nawet nie próbował się powstrzymać. Pochylił się i najpierw musnął jego czubek, potem grzbiet stopy. Czuł zapach skóry, delikatny aromat rajstop — ten subtelny, ciepły, obłędnie kobiecy. Po chwili pocałował raz jeszcze, tym razem dłużej, z niemal nabożną czułością. Pozwoliła mu na to. Dała mu tę krótką, niebezpiecznie słodką chwilę adoracji. Siedziała w ciszy, obserwując jak jego usta przesuwają się po czubku jej buta, jak oddycha przy jej stopie jak ktoś, kto znalazł się w miejscu, do którego tęsknił całe życie. Dopiero po kilkunastu sekundach odezwała się spokojnym, miękkim głosem:

— Wiesz… To, co czujesz, nie jest niczym złym. Ani dziwnym. Ani wstydliwym. Masz prawo do swoich pragnień. Masz prawo do tego, co cię pociąga. Każdy z nas coś ma… ty akurat masz to.

Pochyliła się trochę bliżej, tak że ich spojrzenia spotkały się ponad jej kolanem. W jej oczach było ciepło — prawdziwe, ludzkie — które uspokajało bardziej niż słowa.— Nie chcę, żebyś się tego bał, albo czuł się winny. To część ciebie. A ja… ja to widzę.

Przesunęła czubkiem buta po jego dolnej wardze.

— Rozumiesz to dobrze, prawda?

Skinął głową. Jego głos zadrżał, kiedy wyszeptał:

— Rozumiem… dziękuję, że mnie rozumiesz i nie oceniasz…

Nie dokończył. Pochylił się i złożył krótki pocałunek na czubku buta. Potem drugi — nieco wyżej, tuż przy linii, gdzie skórzany przód łączył się z delikatnym połyskiem cienkich rajstop. W jego ruchach było coś z całkowitego oddania, jakby każdy dotyk ust miał być małym hołdem. Paulina obserwowała go spokojnie. Jej noga uniosła się jeszcze odrobinę, jakby zachęcała, ale wcale nie dawała mu pełnej swobody. Dawała mu tylko tyle, ile chciała. Kontynuował, składając delikatne pocałunki na podbiciu stopy, chłonąc jej zapach i fakturę materiału rajstop jak coś cennego, niemal świętego. Oddychał szybko, a każde muśnięcie ust brzmiało jak szept:

— Dziękuję… dziękuję, Paulinko…

Uniosła lekko brodę, przeciągając spojrzeniem po jego zgarbionych plecach, po jego dłoniach obejmujących jej kostkę, po oddaniu wypisanym w każdym jego ruchu.

— Dobrze — powiedziała cicho, z uznaniem, ale i tonem, który przypominał, że to ona jest panią tej chwili. — Właśnie tak.

Nie pochylała się, nie dotknęła go. Wystarczyło to jedno słowo, wypowiedziane ciepło, a zarazem z przewagą. Przytulił policzek do jej stopy, jakby prosił o jeszcze jeden moment tej bliskości. Wysunęła ją lekko z buta — ruch naturalny, jakby nieświadomy, choć wiedział, że nic u niej nie jest przypadkowe.

— Możesz — powiedziała miękko.

Nie musiała precyzować co. On już klęczał bliżej, delikatnie chwytając czubek buta, zsuwając go powoli, z niemal nabożną ostrożnością. Gdy czarna, cienka jak mgła rajstopa odsłoniła się całkowicie, pochłonął ją wzrokiem — gładką, jedwabistą, perfekcyjną. Pochylił głowę i musnął ustami jej palce, potem podbicie, potem kostkę. Każdy pocałunek był miękki, pełen uwielbienia. W jego ruchach nie było pośpiechu. Paulina siedziała głęboko na sofie. Oddychała powoli, zadowolona — jej twarz była spokojna, zmysłowa, niemal triumfująca.

— Drugą też — powiedziała, nawet nie patrząc na niego, jakby dawała komendę, do której nie potrzebowała jego potwierdzenia.

Posłusznie zsunął drugi but i uhonorował drugą stopę w ten sam sposób — delikatne pocałunki wzdłuż linii palców, przytrzymanie dłonią jej łydki, muśnięcia ust, które mówiły więcej niż słowa. Patrzyła na niego spod półprzymkniętych powiek, z rozkosznym, niemal leniwym zadowoleniem.

— Wystarczy — powiedziała nagle. Nie głośno. Ale w sposób, który natychmiast kończył tę chwilę.

Łukasz zamarł, po czym odsunął się nieznacznie, ciągle klęcząc. Sięgnął po pierwszy but i, z tą samą ostrożnością, wsunął go z powrotem na jej stopę. Potem drugi. Upewnił się, że wszystko leży idealnie. Przez chwilę panowała cisza. Paulina patrzyła w bok, pijąc wino. On — wciąż na podłodze — zbierał odwagę.

— Paulinko… Dlaczego wtedy… na spacerze… nie chciałaś iść ze mną za rękę?

Zawahał się.

— Tak o tym marzyłem. Chciałem poczuć twoją rękawiczkę. Twoją dłoń…

Paulina roześmiała się krótko, jakby była rozbawiona jego naiwnością.

— Właśnie dlatego — powiedziała. — Bo marzyłeś o tym.

Spojrzała na niego tak, jakby widziała przez niego na wylot — jego pragnienia, słabości, fantazje, każdą drżącą w nim strunę.

— Bo fantazja działa, dopóki jej nie spełnię. Gdybym wtedy wzięła cię za rękę, poczułbyś uniesienie. A potem wszystko by opadło. A tak?

Uśmiechnęła się powoli.

— Teraz siedzisz tu, klęczysz przede mną… i nadal myślisz o tym.

Unosząc stopę, dotknęła lekko czubkiem buta jego piersi.

— Nadal chcesz czegoś, co dostaniesz dopiero wtedy, kiedy ja uznam to za stosowne. Dlatego właśnie.

Jej uśmiech był piękny. Zmysłowy. I okrutny w sposób, który go uzależniał. Otworzyli jeszcze jedno wino. Paulina wciąż siedziała wygodnie na sofie, z kieliszkiem, Łukasz — jakby zaklęty — pozostał u jej stóp, czasem delikatnie muskając jej kostkę, czasem pochylając się, by pocałować czubek jej buta, jakby nie mógł się nasycić jej obecnością.

W pewnym momencie spojrzała na zegarek.

— Jest już późno — stwierdziła, jakby oznajmiała coś banalnego. Odstawiła pusty kieliszek na stół. — Piłeś wino. Nie puszczę cię stąd.

Podniósł na nią wzrok — błagalny, zakochany, przestraszony, oddany. Uśmiechnęła się słodko.

— Co tak patrzysz? Marsz do łazienki — powiedziała tonem niemal czułym i troskliwym, ale w jej oczach czaił się błysk bardzo znajomej przewagi. Wskazała mu dłonią korytarz. Poszedł do pomieszczenia dla gości. Mył się szybko, trochę nerwowo. Kiedy skończył, osuszył ciało i owinięty ręcznikiem poszedł na górę, poczekać przed jej sypialnią. Przez uchylone drzwi łazienki dochodził delikatny dźwięk wody, odbijającej się o powierzchnię kabiny, a potem cichy szelest ręcznika. Stanął przed wejściem. Wyprostowany. Z napięciem ściskającym gardło.

Gdy drzwi w końcu otworzyły się, na moment zabrakło mu powietrza. Paulina wyszła otulona czarną, jedwabną koszulką nocną. Materiał spływał po niej jak atrament, połyskując miękko przy każdym ruchu. Cienkie ramiączka opierały się o jej ramiona, a koronka przy dekolcie ledwie zaznaczała kontur jej piersi. Jedwab opinał się lekko na jej talii, potem swobodnie rozlewał w dół, kończąc się tuż nad kolanem. Jej skóra — jasna, świeża po kąpieli — kontrastowała z czernią tkaniny tak mocno, że Łukasz poczuł się, jakby patrzył na żywy sen. Zatrzymała się w progu. Przesunęła wzrok po nim od stóp do twarzy — powoli, przeciągle, jak ktoś, kto ocenia prezentację czegoś, co do niego należy. Jej wzrok zatrzymał się na ręczniku, którym był owinięty. Zmrużyła oczy i uniosła głowę lekko, jak kobieta, która widzi coś, co absolutnie wymaga komentarza.

— Łukasz… ty naprawdę się przede mną zasłaniasz? — zapytała cicho, z miękką, niemal pieszczotliwą zmysłowością. Powiedz, to dlatego, że się mnie wstydzisz? Onieśmielam cię?

Zbliżyła się. Jej ciało pachniało świeżo po kąpieli, a spojrzenie było hipnotyzujące. Uśmiechnęła się, jakby naprawdę była ciekawa odpowiedzi.

— Mnie, naprawdę? — dodała ciszej, jeszcze bardziej prowokująco.

Próbował coś powiedzieć, usprawiedliwić się, wyjaśnić, że to nie tak, że to tylko odruch, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Na jej ponaglający, pełen oczekiwania gest ręcznik osunął się na podłogę.

Na twarzy Pauliny pojawił się spokojny, zmysłowy uśmiech. Delikatny, ale niosący jednoznaczną informację.

— Widzisz, tak jest znacznie lepiej — powiedziała, stając tuż przed nim. — Tak właśnie miałeś na mnie czekać.

Obeszła go wolnym krokiem, ocierając się jedwabiem o jego skórę. Kiedy stanęła przed nim, wyciągnęła dłoń i bez pośpiechu zamknęła palce na jego klatce chastity. Jej dotyk był chłodny i pewny. Władczy.

— Idziemy — oznajmiła tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.

Pociągnęła go lekko za metal. Nie mocno, ale stanowczo. Wystarczająco, by wiedział, że ma iść za nią bez zawahania. Każdy krok był jak oddanie czegoś więcej niż ciała. Jak poddanie się jej w najprostszy możliwy sposób. Odwróciła głowę przez ramię, spojrzała na niego z uśmiechem, który był zmysłowy, drapieżny i niezwykle pewny siebie.

— Jak niewiele trzeba, żebyś był potulny jak baranek — powiedziała spokojnie.

Poprowadziła go w stronę swojej sypialni, wciąż trzymając za klatkę, jakby to był najnaturalniejszy sposób kierowania nim. Weszli w półmrok miękkiego światła lampki nocnej. Bez słowa wsunęła się pod kołdrę. On — posłusznie, trochę sztywnym krokiem, wciąż prowadzony tamtym lekkim bólem między nogami — położył się obok. Paulina wyciągnęła rękę i zgasiła światło. W ciemności przesunęła się niżej, aż jej noga odnalazła jego łydkę. Najpierw czubkiem palców, potem całą stopą dotknęła go lekko, przesuwając się po jego skórze tak, jakby szukała odpowiedniego miejsca.

— Masz ciepłe ciało… — szepnęła prawie sennie.

Oparła o niego obie stopy. Były zimne i gładkie jak jedwab naciągnięty na stal. Sunęły po jego skórze z miękkim, niemal nierealnym poślizgiem.

— Pozwól… ogrzeję je sobie trochę — mruknęła, jakby mówiła o czymś całkowicie niewinnym, choć w jej tonie wciąż było to znajome, leniwe okrucieństwo, które potrafiło doprowadzić go do szaleństwa.

Łukasz drgnął. To muśnięcie wystarczyło, by przeklęta klatka zacisnęła się jeszcze bardziej. Ból mieszał się w nim z gorącym, nieopanowanym pragnieniem. Każdy centymetr jej nóg, każdy chłodny fragment jej stóp sprawiał, że ledwo oddychał. Przełknął ślinę. W ciemności nie widział jej twarzy, ale czuł jej obecność, jej zapach, ciężar jej stóp na swoim ciele. Paulina poruszyła nimi leniwie, jakby sprawdzając, jak bardzo może go doprowadzić na skraj.

— Śpij — mruknęła cicho, choć jej ton brzmiał tak, jakby doskonale wiedziała, że on wcale nie zaśnie.

Jego klatka pulsowała bólem.

Oddychała coraz spokojniej, jakby ciało powoli przełączało się w stan błogiego wyciszenia. On leżał obok, napięty do granic. Czuł jej stopy oparte na swojej nodze — chłodne, gładkie, zaskakująco lekkie, a zarazem tak blisko, że każdy ich najmniejszy ruch wstrząsał nim jak impuls elektryczny. Próbował się uspokoić, regulować oddech, choć serce biło mu zbyt szybko, a metal między nogami sprawiał, że pulsował mu cały dół brzucha. W końcu poczuł, jak sen zaczyna lekko zamazywać krawędzie myśli…

I wtedy usłyszał jej głos.

— Łukasz? — jej głos, senny, miękki, dotknął go jak ciepły oddech przy uchu.

Natychmiast otworzył oczy.

— Tak?

— Śpisz?

— Nie, nie mogę jeszcze zasnąć — wyszeptał, starając się brzmieć spokojnie.

Paulina przesunęła się bliżej. Jej ciało dotknęło jego biodra, brzucha, ramienia — delikatnie, naturalnie, jakby z potrzeby bliskości. Jej udo wsunęło się wzdłuż jego nogi, a dłoń opadła na tors. Najpierw tylko tam spoczywała. Potem zaczęła się poruszać — powoli, leniwie, zmysłowo. Palce sunęły po jego skórze w górę i w dół, jakby badała fakturę, temperaturę, reakcję. Miękko… a potem odrobinę bardziej stanowczo. Czasem tylko dotykając, czasem drapiąc lekko paznokciem cienką, sugestywną linię.

— Ja też nie mogę zasnąć — szepnęła, wtulając się odrobinę bardziej. Jej głos miał w sobie tę chrypkę, która pojawiała się tylko wtedy, gdy była zmęczona, odprężona lub czegoś pragnęła. — To pewnie przez wino. Albo przez ciebie.

Jego oddech przyspieszył. Czuł jej włosy na swojej szyi, ich zapach, który był mieszanką nocnych perfum i czegoś ciepłego, kobiecego.

— Łukasz… — mruczała mu wprost do ucha, jak kotka, a jej palce przesunęły się wyżej, wolniej, bardziej świadomie. — Popieścisz mnie trochę, zanim zasnę?

To nie zabrzmiało jak prośba. Metal w dole brzucha zabolał, aż zacisnął palce na prześcieradle — ale ani przez chwilę nie pomyślał, by odmówić.

— Oczywiście Paulinko — wyszeptał, z trudem łapiąc głos.

Uśmiechnęła się w ciemności. Poczuł to po tym, jak jej oddech uniósł się lekko.

— Cudownie — mruknęła, przesuwając dłonią po jego skórze już całkiem świadomie.

Ton miała senny, miękki i absolutnie pewny siebie. Przysunęła się jeszcze bliżej, tak blisko, że między nimi nie pozostało już nic, nawet powietrze wydawało się nagle gęstsze.

— No to chodź… — szepnęła mu przy ustach. — Pomóż mi zasnąć.

Uniósł kołdrę ostrożnie, jakby wchodził w przestrzeń, w której wszystko miało znaczenie — każdy oddech, każdy ruch, każde drgnienie jej ciała. Paulina przesunęła się odrobinę, robiąc mu miejsce, choć nie powiedziała ani słowa. Nie musiała. Jej oczekiwanie było wyczuwalne nawet w półmroku.

Wsunął się powoli, świadomie, przesuwając się bliżej jej biodra. Ciepło jej ciała otoczyło go natychmiast, niemal oszałamiające po chłodzie powietrza sypialni. Kiedy znalazł się już pod kołdrą, delikatnie ujął jej stopę w dłonie i złożył na niej pierwszy pocałunek — miękki, pełen czci. Jej palce poruszyły się lekko, odruchowo, jakby ten dotyk wywołał w niej dyskretny impuls przyjemności. Przesuwał ustami coraz wyżej — po podbiciu stopy, po smukłej kostce, po liniach biegnących wzdłuż jej łydki. Robił to z uwagą, z czułością, delikatnie muskając skórę, badając jej reakcje każdym dotknięciem. Drgnęła subtelnie, a jej oddech stał się głębszy, wolniejszy.

Łukasz poczuł, jak rośnie w niej napięcie — nie gwałtownie, lecz w sposób tak naturalny, jakby ciało samo prowadziło go we właściwym kierunku. Sunął ustami wyżej, po zarysie jej uda, gdzie skóra była cieplejsza, bardziej wrażliwa. Jego dłonie trzymały ją ostrożnie, tak jakby bał się ją przestraszyć, choć wiedział, że to nie ona była tu krucha. A potem… Potem szybko znalazł miejsce, którego szukał. To drobne, precyzyjne przesunięcie jej ciała — jak otwarcie drzwi, cichy znak, niewypowiedziana zgoda — powiedziało mu wszystko. Zbliżył się tam z tą samą czcią, z jaką dotykał wcześniej jej stóp. Gdy oddech musnął najbardziej wrażliwy punkt jej ciała, uniosła lekko biodra — nieznacznie, ale wystarczająco, by dać mu do zrozumienia, że robi dokładnie to, czego oczekuje. Kołdra poruszyła się delikatnie, kiedy nachylił się niżej. Paulina westchnęła. Cicho, krótko. Dźwięk bardziej przypominający rozluźnienie niż świadomą reakcję — jakby jej ciało powiedziało “tak”, zanim ona zdążyłaby pomyśleć.

— Tak… — mruknęła sennie, przeciągle. — Właśnie tak… Nie przerywaj.

Jej dłoń opadła na jego włosy, nie napierając, nie kierując — tylko leżąc tam, jak znak akceptacji. Oddech stał się powolny, falujący, rytmiczny, wyznaczając mu tempo. A on, skulony pod jej kołdrą, oddychał jej ciepłym zapachem i drżał od napięcia, które ciągnęło go za gardło. Robił to dla niej. I tylko dla niej. Po chwili usłyszał, jak jej oddech znów się zmienia — staje się głębszy, bardziej niespokojny. Dłoń zsunęła się powoli z jego włosów. Cichy, stłumiony dźwięk wyrwał się z gardła, coś jakby pomiędzy westchnieniem, a skrywanym okrzykiem, głęboki, nasycony nagłym impulsem przyjemności. Biodra uniosły się odruchowo, a palce stóp, dotąd rozluźnione, naprężyły się na moment pod kołdrą. Łukasz poczuł pod sobą jej drżenie. To był sygnał. Zbliżył się jeszcze bardziej — z uwagą, delikatnością, czułością, która jednak miała w sobie intensywność oddania. Jej palce zacisnęły się, a paznokcie wbiły w jego skórę — nie brutalnie, ale zdecydowanie, instynktownie, tak jak ciało, które nie potrafi utrzymać pełnej kontroli w chwili rosnącej fali doznań. Uderzyło to w niego jak iskra: jej paznokcie, jej drżenie, ten stłumiony głos wyrwany z głębi ciała. Westchnęła głębiej — dłużej, niż zwykle. Brzmiało to jak coś między bezradną przyjemnością a próbą opanowania się, jakby nie chciała, by dźwięk wydostał się głośniej. Jej nogi napięły się pod kołdrą, a biodra uniosły jeszcze odrobinę, ledwie, ale wystarczająco, by poprowadzić go tam, gdzie chciała. Dłoń na jego karku zacisnęła się mocniej, paznokcie wbiły się głębiej — jak znak, który zostanie tam jeszcze długo po tym, jak jej ciało znów opadnie w odprężeniu. Łukasz oddychał jej rytmem. Jej westchnieniami. Jej nagłym drżeniem. A gdy jej palce rozluźniły się powoli, kiedy napięcie w niej opadło miękką falą, zostawiając tylko ciepło i spokój — on wciąż trwał tam, przy niej, jakby cały świat istniał tylko w tej chwili pod kołdrą. Leżała odprężona, jej oddech powoli wracał do rytmu — najpierw szybki, drżący, potem coraz spokojniejszy. Dłoń, która przed chwilą wbijała się w jego kark, teraz osunęła się niżej, przesuwając się po jego szyi w miękkim, znużonym geście.

— Chodź — wymruczała, bez otwierania oczu. — Przytul mnie.

To nie był rozkaz. To było pragnienie — ciche, szczere, nasycone rozluźnieniem po intensywnej fali, która jeszcze przed chwilą przebiegała przez jej ciało. Łukasz wsunął się wyżej, podciągnął kołdrę, objął ją ostrożnie, jakby dotykał czegoś cennego. Paulina przytuliła się, splatając ich ciała w sposób intymny, który miał w sobie zaskakującą delikatność. Jej włosy pachniały jedwabiem i nocą. Jej skóra była ciepła, a ciało miękko rozluźnione. Westchnęła cicho, już na granicy snu.

— Tak… dokładnie tak… — wymamrotała, wtulając się w niego jeszcze mocniej. — Nie wierć się teraz.

A potem, niemal natychmiast, zasnęła.

Obudziło go coś delikatnego, ale stanowczego. Najpierw była to ledwie wyczuwalna obecność nad nim — ciepło czyjejś sylwetki, delikatny zapach perfum. A potem powolny, miękki dotyk na jego ramieniu. Jakby ktoś przeciągnął opuszkami palców po skórze. Raz. Drugi. Otworzył oczy, mrużąc je od bladego, porannego światła. Zamiast przytłaczającego zmęczenia — zobaczył ją. Paulina stała nad nim, pochylona, z dłonią nadal opartą o jego ramię. Głaskała go tak, jakby budziła kogoś, kto należy tylko do niej. Miała na sobie czarny golf, dopasowany i miękko podkreślający linię jej ciała, oraz krótką skórzaną spódniczkę, która kończyła się wysoko na udach. Czarne, kryjące rajstopy rysowały na jej nogach gładką, jednolitą linię, delikatnie odbijając światło. Wyglądała oszałamiająco i wiedziała o tym doskonale — w sposobie, w jaki na niego patrzyła, było coś bezlitośnie świadomego, miękkiego i dominującego zarazem.

— Dzień dobry — uśmiechnęła się

Podniósł się niezdarnie, czując ten specyficzny, rozlany ból w podbrzuszu — nie przez niewygodę, bo łóżko Pauliny było miękkie i komfortowe, lecz przez jej bliskość i napięcie, które nie opuszczało go ani na chwilę. Całą noc miał świadomość jej ciała tuż obok, jej oddechu, zapachu. Spał płytko, przerywanie, bardziej czuwając przy niej niż odpoczywając. Patrzyła na niego przez sekundę z chłodną ciekawością, a potem kąciki jej ust uniosły się w tym charakterystycznym, lekko szyderczym uśmiechu. Rzuciła krótkie polecenie, by doprowadził się do porządku i przyszedł do kuchni, po czym po prostu odwróciła się i wyszła. Zrobił dokładnie to, co kazała. W łazience spojrzał w lustro — miał podkrążone oczy, włosy w lekkim nieładzie, na szyi i karku subtelne zaczerwienienia, nowe ślady po jej paznokciach. Wciąż wyglądał jak ktoś, kto bardziej strzegł snu kobiety obok niż sam spał. Zimny prysznic pomógł mu tylko częściowo: odświeżył ciało, ale nie zmył z niego napięcia ani tego uczucia zawieszenia, które pozostało po nocy z Pauliną. Ubierał się w pośpiechu, chcąc wyglądać możliwie normalnie, choć nie mógł przestać myśleć o każdym momencie spędzonym obok niej — o tym, jak było to piękne i jak bardzo go to wyczerpało. Kiedy wszedł do kuchni, uderzył go zapach świeżo parzonej kawy i masła roztopionego na patelni. Paulina stała przy blacie spokojna, skupiona, jakby nic z tego, co wydarzyło się w nocy, nie miało najmniejszego znaczenia. Właśnie nakładała na talerz jajecznicę.

— Usiądź — powiedziała bez spojrzenia.

Posłusznie usiadł. Jedzenie było pyszne — aksamitne, kremowe, doprawione idealnie. Kawa gorzka, mocna. Powietrze między nimi — ciężkie od niewypowiedzianych myśli, ale nie nieprzyjemne. Raczej intensywne. Milczeli przez cały posiłek. Tylko stuknięcia sztućców o talerz przerywały tę ciszę.

Kiedy skończył, odsunął talerz i powiedział:

— To było naprawdę dobre.

Paulina zerknęła na niego i pierwszy raz od rana jej usta wygięły się w delikatny uśmiech — tym razem bez szyderstwa.

— Zostaw. Sama to schowam. Ty już musisz jechać do pracy.

Gdy ubierał buty spojrzała na niego uważnie, jakby dopiero teraz przypomniała sobie coś istotnego.

— A jakie masz plany na jutro?

Łukasz odchrząknął, lekko zakłopotany.

— Spotykam się z chłopakami z liceum. Jak co roku… idziemy na piwo przed świętami.

Zmrużyła oczy z chłodną dociekliwością.

— Z którymi?

— Z Karolem i Tomkiem.

Zauważył, że te imiona nie wywołały u niej najmniejszej reakcji.

— Nie kojarzę ich z liceum — stwierdziła.

— Tak samo jak mnie nie kojarzyłaś — przypomniał jej cicho, z lekkim uśmiechem.

— Prawda. Nie wszystkich da się zapamiętać.

Nastawiła policzek. Pocałował go. Potem jej dłoń. Już naprawdę miał odwrócić się do wyjścia, kiedy dodała:

— Łukaszu… chciałabym, żebyś pojechał ze mną na święta do moich rodziców. Dam ci znać, co i jak.

Zastygł na sekundę — to było tak nieoczekiwane, że aż uderzyło do głowy.

— Z przyjemnością — odpowiedział szybko, nawet trochę za szybko.

Paulina tylko skinęła głową, jakby było to oczywiste. Założył czapkę, wyszedł z domu, a mroźne powietrze wdarło mu się pod kurtkę, od razu przywracając pełną świadomość. Renault Clio stało tam, gdzie zostawił je poprzedniego wieczoru — całe oprószone śniegiem, z szybami pokrytymi grubą, mleczną warstwą lodu. Westchnął, otworzył drzwi, wsiadł i odpalił silnik. Na chwilę został w środku, słuchając, jak niewielka jednostka powoli budzi się do życia po mroźnej nocy, a nawiew zaczyna nieśmiało dmuchać chłodnym powietrzem. Sięgnął po skrobaczkę z bocznej kieszeni drzwi. Gdy wyszedł, mróz od razu uderzył go w twarz. Skrobanie zaczęło się mozolnie — najpierw boczne szyby, potem przednia, najgrubsza warstwa. Lodowa skorupa pękała z ostrym trzaskiem, odłupywała się kawałek po kawałku, a jego palce zaczynały drętwieć z zimna. Po kilku minutach szyby były już czyste. Wsiadł z powrotem do samochodu, otulił się ciepłem zaczynającego działać nawiewu i przez chwilę po prostu trzymał dłonie blisko kratki, pozwalając im się ogrzać. Wtedy wszystko do niego wróciło. Wydarzenia ostatnich godzin rezonowały w nim jak echo — jej ciało przy jego ciele, jej chłodny uśmiech, noc pełna napięcia, radości i bólu, jej poranny głos, spojrzenie przy drzwiach. On, stojący przed nią nagi, całkowicie oddany. Złapał mocniej kierownicę, czując, że w środku wciąż pulsuje to samo podniecenie i ten sam lęk. Paulina — piękna, zmysłowa, okrutna. Widział ją przed oczami: siedzącą na sofie, jak bawiła się jego uległością. Jej stopy w czarnych rajstopach, jej władcze gesty, jej pytania, jej uśmiechy. A potem — noc, w której dawał jej rozkosz sam wciąż pozostając spragniony. To wszystko było tak intensywne, że czuł to teraz w całym ciele. Zarówno to piękno jak i okrucieństwo. A mimo to — nie wyobrażał sobie, by miał nie wrócić.

-----

Rozdział IX – Męskie spotkanie


Sopot, grudzień 2023

Na sopockim Monciaku było jak zwykle gwarno — nawet jak na zimowy wieczór. Światła pubów i restauracji odbijały się w mokrym bruku, a z wnętrz sączyła się muzyka, śmiech i zapach gorącego jedzenia. Łukasz wszedł do lokalu, który znał od lat — trochę głośny, trochę ciasny, przesiąknięty historiami i spotkaniami, jakie przeżywał tam przez całą młodość. Zanim zdążył zdjąć kurtkę, usłyszał swoje imię.

— Łuki! No wreszcie! — Karol podniósł się z miejsca, uśmiechnięty od ucha do ucha. — Myślałem, że znowu gdzieś się zgubiłeś.

Przywitali się mocnym uściskiem dłoni, potem krótkim, męskim misiem. Tomek też wstał.

— No siema, stary… ile to już? Rok? — rzucił, podchodząc i witając się z nim.

Karol przyjechał na święta z Warszawy. W markowym golfie i okularach w eleganckich oprawkach wyglądał dojrzale i statecznie, ale w oczach wciąż miał ten sam błysk co w liceum. Tomek nadal mieszkał w Trójmieście, prowadził niewielki biznes i narzekał na wszystko, na co tylko dało się narzekać — od rządu, przez chciwych bankierów, aż po niekompetentnych pracowników i nieuczciwych kontrahentów.

— Dobra, panowie… — Karol klasnął w dłonie. — Zamawiamy jak dawniej? Lager, pszeniczne, coś mocniejszego?

— Biorę pszeniczne — powiedział Łukasz. — Zaczynam delikatnie.

— Delikatnie? — Tomek parsknął. — Człowieku, ty naprawdę się starzejesz.

Śmiech przy stole rozluźnił atmosferę. Siedzieli przy swoim ulubionym stoliku — w rogu przy oknie, skąd było widać przechodzących ludzi i skrzące światła neonów. Kiedy dostali piwa, stuknęli się szklankami.

— No to tradycji stało się zadość, doroczne spotkanie podstarzałych licealistów uważam za otwarte. Za kolejny rok bez większych dramatów! — powiedział Karol, podnosząc szklankę.

— Za to, że żyjemy — dodał Tomek. — Reszta jakoś sama się ogarnie.

Łukasz uśmiechnął się, choć w środku czuł jeszcze echo ostatnich dni, wspomnienie nocy u Pauliny, jej głosu, dotyku, słów.

— Za to, że żyjemy — powtórzył.

W pubie zrobiło się trochę głośniej — ktoś podkręcił muzykę, kelnerki krążyły między stolikami. Karol poprawił się na krześle i pociągnął łyk piwa.

— No, u mnie… standard. Korpo żyje własnym życiem, wiecie jak jest. Spotkania, projekty, presja. Muszę cisnąć młodych. Ale w domu fajnie. Tosia poszła do pierwszej klasy, a Franek trenuje piłkę w Legii. Codziennie wymyśla, jak zrobić mi z życia tor przeszkód. Ale jest kochany.

— No jasne — przytaknął Tomek. — Mój Adaś to już kawał chłopa, jest prawie tak wysoki jak ja. Kumacie, że chodzi już do liceum? Oczywiście do jedynego słusznego w Sopocie, pokręcił z dumą głową. No i nieźle w kosza gra, wiadomo, zdolny po tacie.

— Byliśmy nierozłączni. A teraz… każdy w swoim świecie. Dorosłość to jednak paskudna sprawa.

Przez chwilę wspominali liceum: spontaniczne wypady nad morze, wagary, udawanie chorych tylko po to, by iść na bilard, nocne włóczęgi po Sopocie, te wszystkie zwykłe historie, które wtedy wydawały się całym życiem. Śmiech mieszał się ze szczerym ciepłem. Tylko Łukasz siedział trochę ciszej. Wypili kolejne piwa. Karol w końcu szturchnął go łokciem.

— A ty, stary? Co u ciebie? Bo tak siedzisz, jakbyś był duchem. Z tą Iwoną to już nic nie da się odkręcić?

Zawahał się. Zacisnął palce na szklance. Coś w środku mu drgnęło.

— Iwona… dawne dzieje. To już definitywnie zamknięty rozdział — rzucił, jakby chciał temat uciąć jednym zdaniem.

— No, wcale nie takie dawne. Byliście przecież jeszcze razem w Chorwacji. Widziałem zdjęcia, powiem ci, stary… niezła była.

Tomek kiwnął głową, popijając piwo.

— Właśnie. Fajna dupa, konkretna. I nie marudziła chyba za bardzo.

Zerknął na Łukasza z zaczepnym uśmiechem.

— Ty po prostu chyba ciągle nie wiesz, czego chcesz.

— Dokładnie — dodał Karol. — Jednego dnia mówiłeś, że ci się podoba, a następnego już miałeś dość. Jak baba.

Łukasz wzruszył ramionami.

— No bo tak było. Nie klikało. Czasem miałem wrażenie, jakbym był z kimś przypadkowym.

— No to dobrze, że to ucięliście, po co się męczyć.

Zapadła krótka pauza. Typowa męska cisza: nie niezręczna, tylko potrzebna, żeby zmienić bieg rozmowy. Łukasz zamieszał piwem w szklance, jakby zbierał się w sobie. Kiedy się odezwał, zrobił to ciszej niż zwykle.

— Pamiętacie Paulinę Ritter z naszego liceum?

— Kogo? — Tomek skrzywił się, próbując skojarzyć.

— Chodziła do biol-chemu, nasz rocznik.

— Ritter… Ritter… — powtórzył Karol, mrużąc oczy. — To była ta cicha? Taka jasna blondynka, drobniutka, eteryczna?

— Lekkoatletka — dodał Tomek. — Trenowała chyba bieganie.

Karol aż uniósł brwi.

— Aaaa! Pamiętam. To przecież ta furiatka!

Łukasz odwrócił głowę, zaskoczony.

— Jaka furiatka? Paulina? O co ci chodzi?

— No dokładnie! Przecież to ona pobiła Daniela! Cała szkoła huczała! To było… który to był rok? Klasa maturalna chyba? Jakoś wtedy.

— Daniel, Daniel… ten grubasek od żartów?

— Tak, ten. — Tomek kiwnął głową. — Grubasek, wiecznie robił jakieś krzywe akcje. Podobno ją wkurzył, czy coś tam jej powiedział. Nie widziałem tego, ale podobno nieźle oberwał.

Karol pociągnął łyk piwa i dodał:

— I Kamiński chyba załagodził sprawę sprawę, bo podobno chciała go rozszarpać. O co dokładnie poszło nie pamiętam. Ale wszyscy wiedzieli wtedy, że ta dziewczyna ma nierówno pod sufitem.

Łukasz siedział nieruchomo. W głowie miał pustkę.

— Serio? — zapytał w końcu. — Nie słyszałem o tym.

— Bo cię wtedy nie było — przypomniał Tomek. — Chorowałeś czy coś. Potem już nie było o czym gadać. Szkoła żyła dalej.

Karol spojrzał na niego z ukosa.

— Ale czemu w ogóle ją wspomniałeś?

— Spotkałem ją na pogrzebie profesora Kamińskiego.

— No to nieźle. Ale w sumie nic dziwnego, Kamiński podobno wtedy uratował jej tyłek.

— I jak? Rozmawialiście? Ty ją w ogóle znałeś? Jak wygląda teraz?

Łukasz tylko odchylił się na oparcie krzesła.

W jego oczach mignęło coś niepokojącego, głębokiego — prawie jak tęsknota.

— Obłędnie — odpowiedział cicho.

Karol parsknął śmiechem.

— Obłędnie? Co to znaczy obłędnie, stary? Mów!

Tomek pochylił się nad stołem, jakby Łukasz właśnie zdradził mu wielki sekret.

— No mów. Bo jak ktoś używa takich słów, to znaczy, że albo się zakochał, albo dostał obuchem w łeb. A w sumie, to chyba to samo.

Uśmiechnął się pod nosem. Wahał się przez ułamek sekundy i wyciągnął telefon. Odnalazł zdjęcie zrobione podczas kolacji na zamku — to, na którym Paulina stoi przy balustradzie, w eleganckiej sukience i szpikach, oświetlona ciepłym światłem świec. Podał im telefon. Przez moment obaj patrzyli w milczeniu. Tomek pierwszy się odezwał.

— Kurde… no powiem ci… no grubo… niesamowita.

Karol od razu przytaknął.

— I totalnie inna niż wtedy. Ale… faktycznie. Już wtedy miała ładną buzię. Tylko jakoś ukrywała się. Te dresy, sportowe bluzy, ta jej gumka na włosach, okulary. Miała chyba też aparat na zębach. I wiecznie jakieś nieobecne, trochę wkurwione spojrzenie.

— No właśnie — dodał Tomek. — Jakby robiła, co mogła, żeby nikt nie zauważył, jaka jest ładna. I chyba była straszną kujonką.

Karol przechylił głowę.

— Ej, a poczekaj… — zmarszczył czoło, próbując coś odszukać w pamięci. — Czy ona przypadkiem nie spotykała się pod koniec szkoły z tym… no… Rafałem? Tym koszykarzem? No wiesz, tym wysokim, co grał potem w Prokomie? Ten ładniutki. Tomek, a wy nie graliście razem w reprezentacji szkoły?

Tomek aż się wyprostował.

— Ty, dokładnie! Rafał! Dobrze kombinujesz. A wiecie, że on teraz uczy mojego młodego W-F-u w liceum!? Jest nawet wychowawcą klasy, widziałem się z nim w listopadzie na wywiadówce — zaśmiał się.

— No jasne, że to on. Może do niego zadzwonimy i zapytamy, co?

Łukasz aż otworzył usta.

— Ej, no co ty, może lepiej…

Ale Tomek już wyciągał telefon, z błyskiem ekscytacji w oczach.

— Zaraz, zaraz… znajdę numer…

Palec zawisł nad ekranem i nacisnął zieloną słuchawkę. Usłyszeli sygnał, jeden, potem drugi.

— No? — odezwał się znudzony głos. — Co tam? Miałeś maile pisać przez Librusa, a nie dzwonić mi tu wieczorem.

— Rafciu, stary! — Tomek już był w swoim żywiole. — Siedzę sobie z ziomami z klasy, kumasz? Karol i Łuki. Na pewno pamiętasz ze szkoły.

Po drugiej stronie zapadła chwila zawahania.

— Eee… nie jestem pewien. Może… — burknął.

— Dobra, nieważne. — machnął ręką, jakby Rafał mógł go zobaczyć.

— Słuchaj, Rafciu… ty pod koniec liceum spotykałeś się z tą Pauliną Ritter, nie?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Nie ta codzienna, kiedy ktoś po prostu zastanawia się nad odpowiedzią. To była cisza, która rozlała się jak chłodny cień — gęsta, trochę niepokojąca, jakby każde z wypowiedzianych słów trafiło w miejsce, o którym nikt z nich wcześniej nie myślał. W końcu Rafał wypuścił powietrze.

— Paulina… — powtórzył powoli, jakby imię przywołało wspomnienie, które przez lata trzymał w szufladzie. — A czemu pytasz?

Tomek spojrzał na Łukasza i uśmiechnął się półgębkiem.

— Bo Łuki ją spotkał na pogrzebie Kamińskiego. I stary… ona wygląda teraz jak milion dolarów. Serio. Widziałem fotkę. Chłopina chyba się w niej zakochał, albo się zaraz zakocha. Ale… — tu ściszył głos, jakby dzielił się tajemnicą — ona chyba miała jakieś odpały. O co chodziło z tym Danielem, co?

Rafał znów zamilkł. Tym razem dłużej.

— Daniel ją obraził — powiedział w końcu, poważnym tonem. — I dostał za swoje. Mocno. To nie była jakaś bójka, tylko reakcja. Chłopak przegiął. Ona… wiesz… Paulina zawsze miała w sobie coś… coś, co powoduje, że się nie cofa. Jak przekroczysz granicę, to po niej nie ma już odwrotu. Wpadłem niedawno na jej brata, ale jej samej nie widziałem całe lata — powiedział szczerze.

— Słuchaj, Łuki… Paulina jest… bardzo zerojedynkowa. Ma charakter. Taki prawdziwy, nie udawany. I łatwo ją zranić, może nawet łatwiej, niż się wydaje.

Znowu przerwa. Tym razem brzmiała prawie jak czyjeś wspomnienie, które powraca mimo woli.

— Powiem tak — dodał w końcu, z lekką nutą goryczy. — Gdybym mógł cofnąć czas, zachowałbym się inaczej. Bo to… to była niesamowita dziewczyna. Ale uważaj na nią, serio. Naprawdę łatwo ją zranić… a jak ją zranisz, to już tego nie odkręcisz. Zaufaj mi.

Mężczyźni patrzyli jak zahipnotyzowani na telefon leżący na stole. Łukasz wbił wzrok w drewno blatu, serce zabiło mu mocniej.

— Dzięki, stary — powiedział w końcu Tomek. — Zadzwonimy jeszcze.

— Jasne… — mruknął Rafał, ale w jego głosie był cień czegoś, czego nikt się nie spodziewał.

— Naprawdę uważaj na nią. I możesz ją pozdrowić… albo lepiej nie. Powodzenia w każdym razie. Będzie ci potrzebne.

Po czym rozłączył się bez pożegnania. Przy stole zapadła głucha, ciężka cisza. Każdy z nich przetwarzał w głowie to, co przed chwilą powiedział Rafał. W pubie zrobiło się głośniej — ktoś otworzył drzwi, a do środka wpadło zimne, grudniowe powietrze, mieszając się z zapachem piwa, frytek i grzanego wina.

Karol nagle odstawił kufel i westchnął.

— Idę się odlać, bo mnie zaraz rozerwie. Wracając zamówię kolejne piwa, nie dziękujcie.

Zniknął w korytarzu prowadzącym do łazienki. Gdy wrócił, wycierając dłonie w spodnie i poprawiając koszulę, podszedł do baru. Oparł się łokciem o blat, zamówił trzy kolejne piwa. Kelnerka kiwnęła głową i sięgnęła po czyste szklanki z takim automatyzmem, jakby robiła to od zawsze. Po chwili przyniosła im trzy świeże, zimne lagery. Postawiła je na stole z wprawą, uśmiechnęła się i odeszła.

— No to… za tę małą Ritterównę — powiedział, unosząc szkło.

Stuknęli się szklankami i wypili. Dopiero wtedy spojrzał uważniej na Łukasza.

— To co o tym wszystkim sądzisz? O tym, co gadał Rafał?

Przez chwilę obracał szklankę w dłoniach, jakby szukał słów.

— Widziałem się z nią kilka razy — zaczął w końcu. — I ona jest trochę inna, ale niesamowicie świadoma siebie. I tego, jak działa na facetów. To widać od razu.

Upił łyk.

— Myślę, że sporo osiągnęła. Ma mieszkanie w Berlinie, dom w Bawarii. Pokazywała mi zdjęcia — modernistyczna willa z dwudziestolecia międzywojennego. Coś niesamowitego. Warta pewnie miliony.

— Szacun — bąknął z uznaniem Tomek. — A my tu, na Monciaku, jak takie zgredy.

Łukasz uśmiechnął się blado.

— Pracuje na uczelni, ma też jakąś firmę, chyba dobrze prosperującą, ale o szczegółach nie chciała powiedzieć. Jest bardzo świadoma własnej wartości. I wiecie co?

Spojrzał na nich uważnie.

— Zdjęcia nie oddają wszystkiego. Na żywo wygląda tak, że przez pierwsze minuty człowiek kompletnie traci głos. Ma w sobie jakąś aurę po prostu.

Tomek parsknął.

— No stary, naprawdę cię wzięło.

— Nie zaprzeczam — odparł Łukasz spokojnie. — Ale sami powiedzieliście, że zawsze była inna. Teraz to widać wyraźniej. I wiem już, że ma jasne zasady. Albo jesteś w jej świecie na jej warunkach, albo wypad.

Karol odchylił się na oparcie krzesła z lekkim uśmiechem.

— Proszę, proszę… kto by pomyślał, że ta mała Ritter stanie się taką gwiazdą.

Tomek pokiwał głową, dopijając piwo.

— Pytanie tylko, czy poukładała już sobie wszystko w główce. No ale… życie pisze scenariusze…

Łukasz westchnął.

— Możecie się śmiać. Ale… jeśli raz ją zobaczycie to zrozumiecie. To nie jest zwykłe zauroczenie. Jest po prostu kimś, obok kogo trudno przejść obojętnie. Już w liceum mi się podobała.

Tomek odstawił kufel i przyjrzał się Łukaszowi z takim trochę zaczepnym półuśmiechem.

— Wiesz, Łuki… ty się nigdy nie przyznałeś do tego, że ona ci się podobała już wtedy. Zero sygnałów. Nic. Jakbyś w ogóle nie widział dziewczyn.

Wypuścił powietrze przez nos, jakby się zawahał.

— Bo… nie wiedziałem, jak to zrobić. To było takie… nieoczywiste — mruknął. — No i nawet nie wiedziałem, że ona spotykała się z tym Rafałem.

— Serio? W sumie, nie obnosili się z tym za bardzo. Ja coś teraz kojarzę, ona wpadała chyba na jakieś mecze kosza nawet.

— Ciekawi mnie tylko jedno — czemu im nie wyszło — powiedział Karol, drapiąc się po brodzie.

Tomek spojrzał na telefon.

— Chcesz, to mogę do niego zadzwonić jeszcze raz. Może coś powie.

— Daruj już sobie — rzucił Karol. — Jakby chciał mówić, to by przecież powiedział. Nie będziemy męczyli chłopa, chyba słyszałeś jego głos, kiedy o niej mówił.

Zerknął jednak ponownie w ekran, jakby coś mu się przypomniało.

— A wiecie co? Magda kiedyś trochę trzymała się z nią. One chyba się dobrze znały… Chcesz, to mogę do niej napisać albo zadzwonić. Może ona będzie coś wiedziała.

— Nie. — Łukasz od razu podniósł dłoń, mocno, jakby chciał przeciąć powietrze. — Nie trzeba. Naprawdę. Pewne rzeczy lepiej, żeby zostały niedopowiedziane. Po co mieszać w czymś, co jest czyjąś prywatną sprawą? A z Magdą mam kontakt, byliśmy u niej z Pauliną jakiś czas temu na małej imprezie. Tej, na którą nie dotarliście.

Spojrzeli na siebie znacząco.

— No właśnie, czemu was nie było? — zapytał Łukasz, próbując obrócić sytuację w lżejszy ton.

— Stary, no… przecież ja miałem trochę daleko. Z Warszawy nie będę specjalnie jechał.

— Ja miałem jakieś inne plany… serio… chyba rodzinne, już nawet nie pamiętam. Ale gdybym wiedział, że będzie taka ekipa, to bym wszystko odwołał. Serio.

Łukasz uśmiechnął się pod nosem, próbując zmienić temat — trochę świadomie, trochę instynktownie. Tomek jednak jeszcze nie skończył.

— Ale w ogóle… czemu ona była u Magdy? Przecież nie chodziła z nami do klasy, nie?

— Nie — potwierdził Łukasz. — Ale Magda zaprosiła też osoby spoza klasy, te które znała. Ona… znała chyba wszystkich.

Tomek spojrzał na niego uważniej, po czym wykonał znacząc ruch ręką.

— No dobra, ale powiedz… — zawiesił głos. — Jak ona jest w… tych sprawach? Dobra w te klocki?

Momentalnie speszył się. Zaczerwienił się aż po uszy, spuścił wzrok i przez chwilę wyglądał, jakby żałował, że w ogóle powiedział im o niej.

— Tomek, daj mu spokój — wtrącił Karol, kręcąc głową. — Przecież widzisz, że chłopak czerwieni się jak burak.

Odchrząknął, jakby próbował odzyskać kontrolę nad głosem.

— Ona… ona jest zupełnie inna niż wszystkie kobiety, jakie znałem — powiedział cicho, ale stanowczo.

— Wie jak sprawić, żeby facet szalał na jej punkcie, a noce z nią są niezapomniane. Naprawdę. I tyle mogę wam powiedzieć. Nie zapraszam do dalszej dyskusji.

Podniósł wzrok, spojrzał po nich obu.

— Ale serio, panowie — dodał po chwili nie czekając na ich reakcję. — Zakończmy już ten temat. Wolałbym nie ciągnąć w nieskończoność rozmów o Paulinie.

Tomek wzruszył ramionami, a Karol skinął głową ze zrozumieniem.

— Dobra, jasne — powiedzieli niemal jednocześnie.

Dalsza część wieczoru upłynęła im lekko, pogodnie. Rozmawiali o pracy, znowu o dzieciach Karola i Tomka, o starych głupotach z liceum, o planach na święta. Temat Pauliny wracał jeszcze parę razy, ale powoli niknął wśród innych rozmów. W końcu wyszli z pubu. Pożegnali się w zimnym, grudniowym powietrzu. Uściski, klepnięcia po plecach, obietnice, że następnym razem niech będzie dłużej i z większą ekipą. I zdecydowanie szybciej niż dopiero za rok. Każdy ruszył w swoją stronę. Łukasz poszedł pieszo, trzymając ręce głęboko w kieszeniach kurtki i z brodą zanurzoną w szaliku. Miasto było spokojne, ulice lśniły od wilgoci, lampy odbijały się w kałużach. Myślał o Paulinie. O tym, jak się uśmiecha. O tym, jak na niego patrzy. O tym, jak pachnie jej jedwabna koszulka. O jej idealnych stopach. O tym, jak jego świat przewróciła do góry nogami zaledwie w kilka dni.

Kiedy zbliżał się do swojego bloku, wyciągnął telefon. Chwilę trzymał go w dłoni, jakby wahał się, czy to robić. W końcu napisał:

Kocham Cię, Paulinko.

Wysłał. Stał jeszcze chwilę, patrząc na rozświetlony w ciemności ekran. Odpowiedź nie przyszła. Ani od razu. ani po kilku minutach. Nie przyszła wcale.

-----


Rozdział X – Przyjaciel sprzed lat


Gdynia Orłowo, grudzień 2023

Wracała znad morza, od strony Sopotu. Biegła wzdłuż pustej już promenady, a potem skręciła w górę, w znajomą uliczkę prowadzącą w stronę jej domu. Grudniowy wieczór był mokry i chłodny, powietrze ciężkie od wilgoci, a asfalt lśnił w świetle latarni jak czarne szkło. Paulina była ubrana, dokładnie tak, jak trzeba na taki wieczór. Ciemne legginsy chroniły przed zimnem i wilgocią, a dopasowana bluza z wysokim kołnierzem osłaniała szyję przed wiatrem znad morza. Na wierzchu miała lekką kurtkę, wystarczającą, by zatrzymać chłód, ale nie krępującą ruchów. Naciągnięta prawie na oczy czapka i cienkie, sportowe rękawiczki wystarczały, by zimno nie odciągało jej myśli od treningu. Biegła pewnie, bez szarpania oddechu — jak ktoś, kto zna swoje ciało i wie, ile może od niego wymagać. Oddychała głęboko i miarowo. Nie walczyła z pogodą — przyjęła ją, pozwoliła, by chłód szczypał w policzki, a wilgoć osiadała na rzęsach. Kroki stawiała miękko, bez zbędnego hałasu. To był jej rytuał. Jej porządek. Mijała domy przystrojone na święta. W oknach paliły się ciepłe światła, gdzieniegdzie migotały choinkowe lampki, odbijając się w mokrych chodnikach. Na jednym z balkonów wisiał wieniec z gałązek świerku, na innym stał wielki dmuchany bałwan. Zapach drewna i dymu z kominków mieszał się z morskim powietrzem. Gdy zwolniła na ostatnich metrach, spojrzała na zegarek. Dziesięć kilometrów. Czas dobry, nawet bardzo dobry, biorąc pod uwagę pogodę. Kiwnęła lekko głową, bardziej do siebie niż do wyniku. Czuła przyjemne zmęczenie w łydkach i ciepło rozchodzące się po ciele mimo chłodu. Przed furtką zatrzymała się na moment, opierając dłonie na biodrach i wyrównując oddech. Para unosiła się z ust, kiedy patrzyła w górę, na rząd ciemnych okien. Potem spokojnie weszła do środka, niosąc ze sobą ten szczególny rodzaj ciszy, który zostaje w człowieku po długim biegu. W mieszkaniu było cicho. Zatrzasnęła za sobą drzwi i przez chwilę stała bez ruchu, pozwalając, by ciepło mieszkania powoli wypierało wilgoć i chłód przyniesione z zewnątrz. Zsunęła czapkę, ściągnęła rękawiczki rozpięła kurtkę, a potem jednym ruchem zdjęła mokrą bluzę. Materiał przykleił się na moment do skóry karku, powodując nieprzyjemny dreszcz. Rozwiązała powoli buty i postawiła je pod ścianą. Sięgnęła po telefon leżący na komodzie. Ekran rozświetlił się od razu. Jedno nieodebrane połączenie. Imię, które znała od dawna. Przez moment patrzyła na nie, po czym oddzwoniła.

— Tak, już jestem. Byłam pobiegać — powiedziała cicho, niemal odruchowo.

Zrobiła krok bliżej lustra, oparła się biodrem o krawędź komody. Słuchała. Jej twarz pozostawała spokojna, skupiona; reagowała jedynie krótkimi potwierdzeniami, lekkim skinieniem głowy, cichym westchnieniem, które zdradzało, że informacje są dla niej zrozumiałe.

— Mhm. Rozumiem — rzuciła po chwili.

Przeciągnęła palcami po linii brzucha, czując jeszcze ciepło po biegu. Milczała dłuższą chwilę, pozwalając rozmówcy mówić. Gdy w końcu odezwała się ponownie, jej głos był już rzeczowy, zamknięty, zdecydowany.

— Super. Dokończymy kiedy przyjedziesz, dobrze? Czekam. Pa.

Rozłączyła się. Przez moment stała bez ruchu, jakby układała w głowie to, co właśnie usłyszała. Potem odwróciła się i ruszyła w głąb mieszkania. Ciszę znów wypełnił tylko dźwięk jej kroków na drewnianej podłodze. Odłożyła telefon na sofę i weszła na górę, do sypialni. Zdjęła legginsy, potem sportowy top, aż została tylko w prostej, dopasowanej bieliźnie treningowej. Stanęła przed lustrem, opierając dłonie na biodrach. Skóra była lekko zaróżowiona od wysiłku, mięśnie ud i łydek wyraźniej zarysowane, brzuch napięty, ramiona mocne, ale smukłe. Po biegu zawsze wyglądała inaczej — ciało było bardziej obecne, bardziej wyraźne, jakby samo przypominało, że działa dokładnie tak, jak powinno. Przyjrzała się sobie uważnie, bez czułości i bez krytyki. Znała swój organizm. Wiedziała, co potrafi i ile ją kosztuje utrzymanie go w takiej formie. Przeciągnęła się lekko, czując przyjemne zmęczenie w plecach i barkach, po czym odwróciła się Ciszę mieszkania znów wypełnił tylko dźwięk jej kroków. Przez chwilę krzątała się po garderobie, mechanicznie, bez pośpiechu. Otworzyła kosz z rzeczami do prania, z którego uniósł się znajomy zapach drogich perfum. Posegregowała ubrania, a część z nich zaniosła do pralki. Następnie przeszła do łazienki, rozebrała się i weszła pod prysznic.

Strumienie gorącej wody spływały po jej plecach i karku, unosząc ze sobą napięcie całego dnia. Sięgnęła po olejek o zapachu drzewa sandałowego i bergamotki — delikatny, ale wyrazisty. Prysznic był dla niej jak rytuał — moment przejścia. Gdy wyszła z łazienki, jej ruchy stały się spokojniejsze. Nałożyła krem na twarz, przeciągając dłońmi po kościach policzkowych, szyi, dekolcie. Potem sięgnęła po suszarkę, lekko podsuszyła włosy, zostawiając je jednak rozpuszczone, miękkie, z naturalną falą. W sypialni otworzyła szafę. Ubrała czarną koronkową bieliznę i sięgnęła po kremową, jedwabną bluzkę z delikatnym dekoltem. Założyła ją powoli, pozwalając materiałowi opaść na skórę. Następnie czarne rajstopy, czarne dopasowane cygaretki i szpilki. Do tego złota bransoletka, drobne kolczyki i kilkoma z pozoru niedbałymi pociągnięciami podkreślone oczy. Spojrzała w lustro. Była gotowa. Zgasiła światło i zeszła do salonu. Usiadła na sofie, sięgnęła po butelkę wody i cicho westchnęła. Nie musiała sprawdzać godziny. Wiedziała, że niebawem się zjawi. W końcu zawsze był punktualny.

Białe Volvo XC90 zatrzymało się tuż przed furtką prowadzącą na posesję. Samochód lśnił w świetle latarni, czysty, elegancki, z przyciemnianymi szybami i dyskretnymi chromowanymi detalami. Silnik zgasł, a przez chwilę słychać było jedynie cichy dźwięk otwieranych drzwi. Z wnętrza pojazdu wysiadł mężczyzna — około sześćdziesięciu lat, szczupły, wysoki, z idealnie przystrzyżoną siwą brodą i zadbanymi włosami zaczesanymi do tyłu. Ubrany był w ciemny, wełniany płaszcz i szalik w subtelną kratę. W dłoni trzymał bukiet — klasyczny, ale dobrany z wyczuciem: lilie, róże i delikatna zieleń, otulona cienkim papierem w kolorze kości słoniowej. Zbliżył się do furtki. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby sprawdzał, czy w oknie nie pojawił się cień postaci. Potem uniósł rękę i nacisnął dzwonek. Metaliczny dźwięk rozległ się w środku domu, a mężczyzna odsunął się o krok i spojrzał na drzwi wejściowe, czekając. Na jego twarzy nie było niepokoju ani niecierpliwości. Zabrzęczała furtka. Chwilę później rozległ się charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Paulina stanęła w progu. Jej sylwetka odcinała się na tle lampy, świecącej zza pleców. Andrzej zatrzymał się na moment, jakby zamarł, widząc ją w tym świetle. W jego spojrzeniu pojawiło się coś między podziwem a nostalgią.

— Paulina… Boże, przepięknie wyglądasz — powiedział cicho, ale z wyraźnym naciskiem na każde słowo. — Dawno się nie widzieliśmy. Ile to już? Dobrych kilka lat...

Wyciągnął w jej stronę kwiaty.

— Proszę, to dla ciebie.

Pochylił się i złożył lekki pocałunek na grzbiecie jej dłoni.

Paulina uśmiechnęła się. Jej usta delikatnie musnęły policzek, pozostawiając po sobie ledwo wyczuwalny zapach perfum.

— No chodź, Andrzeju — powiedziała ciepło — Ty też świetnie wyglądasz. Piękne kwiaty, dziękuję. Pamiętałeś jakie lubię

Wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi. Rozpiął płaszcz i powiesił go na wieszaku w przedpokoju. Był elegancko ubrany. Czarna marynarka, kaszmirowy golf, klasyczne spodnie w kant, skórzane buty, które błyszczały, jakby przed chwilą ktoś zdjął je z wystawy.

Spojrzała na niego.

— Jak zawsze z klasą.

Odwróciła się na pięcie, a szpilki delikatnie stuknęły o parkiet.

— Chodźmy do salonu.

Mężczyzna podążył za nią w głąb mieszkania, przyglądając się jej sylwetce — opanowanej, eleganckiej, perfekcyjnej w każdym detalu. Przedpokój był oświetlony jedynie słabym światłem kinkietów, które wydobywały z półmroku serię starych fotografii wiszących na ścianie. Ciężkie ramki, czarno-białe zdjęcia, poważne twarze w garniturach i mundurach. Andrzej zatrzymał się przy nich.

— No proszę… dziadek wraz z towarzyszami ciągle tu wiszą.

Pochylił się bliżej, wskazując palcem kolejne twarze.

— Jaruzelski, Kiszczak, Siwicki… i twój dziadek. Niezła ekipa. Tylu komuchów, że aż robi się nostalgicznie.

Paulina odwróciła głowę i parsknęła krótkim śmiechem.

— Wiem, wiem. Resortowa wnusia — rzuciła z wyraźną autoironią. — Tylko że odkąd pamiętam, dziadek był już na emeryturze. Dla mnie zawsze był po prostu dziadkiem, nie żadnym generałem ani tym bardziej komunistą.

— No tak — Andrzej skinął głową. — W końcu gdy wszystko im się posypało, miałaś pewnie z pięć lat? Nic dziwnego, że to nie był twój świat.

— Dokładnie — potwierdziła. — Chociaż raz zabrał mnie do Warszawy. Do generała. Tego generała. — Uśmiechnęła się krzywo na wspomnienie.

— Miałam dziesięć lat. Pamiętam głównie, jak strasznie się tam nudziłam. Duży gabinet, ciężkie zasłony, wszyscy mówili półgłosem. A on w ogóle się nie uśmiechał. Ani razu.

Zatrzymała się na moment, jakby sprawdzała w pamięci detale.

— Potem dziadek jakby chciał mi to wynagrodzić. Zabrał mnie na najlepsze lody, jakie wtedy jadłam i wjechaliśmy na Pałac Kultury.

Uśmiechnęła się, jakby to wspomnienie było jednocześnie zabawne i czułe.

— Oboje baliśmy się wysokości — dodała. — I on, i ja. Udawaliśmy przed sobą, że wcale nie. Stał sztywno przy barierce, ja kurczowo trzymałam się jego ręki. Patrzyłam na Warszawę z góry i wydawała mi się ogromna, rozlana, prawie pusta. Nie było jeszcze tych wszystkich wieżowców co dziś, szerokie ulice, dużo szarości. Miasto wyglądało jak makieta.

Na moment zawiesiła głos.

— Wiał zimny wiatr, a ja bardziej niż widok zapamiętałam to uczucie w brzuchu, te lekkie zawroty głowy. I to, że dziadek śmiał się nerwowo, mówiąc, że wystarczy, że popatrzymy jeszcze minutę. Tylko minutę, że musimy być odważni.

Westchnęła cicho.

— I właśnie to pamiętam najlepiej. Nie generała. Nie gabinety. Tylko lody, Pałac Kultury i ten widok, który wtedy wydawał się nieskończony.

Andrzej spojrzał jeszcze raz na ścianę, już bez wcześniejszego rozbawienia.

— Czyli jednak rodzinny album, a nie manifest.

— Dokładnie — odpowiedziała spokojnie. — Te zdjęcia są pamiątką. Nie deklaracją. A poza tym… — wzruszyła lekko ramionami — lubię, kiedy przeszłość jest widoczna. Nawet jeśli bywa niewygodna.

— I dobrze — podsumował, ruszając za nią.

Spojrzała na niego przez ramię. Zanim weszli do salonu, jej sylwetka rysowała się jak coś absolutnie idealnego i dopracowanego nawet w najmniejszym detalu. W salonie panował lekki półmrok, rozświetlany jedynie nastrojowymi lampami. Usiadła z gracją w jednym z foteli, zakładając nogę na nogę.

— Dobrze cię znowu widzieć — powiedziała spokojnie.

Andrzej usiadł na skraju sofy, nie spuszczając z niej wzroku, jakby każde jej słowo było zaproszeniem do czegoś więcej.

— Naprawdę, wyglądasz zjawiskowo. Nie mogę się napatrzeć — powiedział z uśmiechem, bez cienia kokieterii, jakby chciał po prostu nacieszyć się widokiem dobrej znajomej.

— Dziękuję. Miło to słyszeć, zwłaszcza od ciebie — odparła z naturalnym wdziękiem.

— I dziękuję, że przyjąłeś moje tak niespodziewane zaproszenie.

Rozsiadł się wygodniej, zerkając wokół na znajome wnętrze.

— Cała przyjemność po mojej stronie. I tak nie miałem żadnych planów na dzisiejszy wieczór. A możliwość spędzenia go w takim towarzystwie… cóż, nie do odrzucenia — dodał z ciepłem w głosie.

— To może zaproponuję ci coś do picia — odezwała się, wstając. — Herbata, wino, coś mocniejszego?

— Herbatę poproszę. Coś rozgrzewającego, za oknem coraz chłodniej.

Skinęła głową i ruszyła w stronę kuchni. Andrzej podniósł się i poszedł za nią, nie przerywając rozmowy.

— Jak życie w Berlinie? — zapytał, opierając się o kuchenną wyspę.

Paulina, sięgając do jednej z szafek po ulubiony czajnik uśmiechnęła się do siebie.

— Pracowicie — odpowiedziała, nalewając wodę do czajnika. — Ale w porządku. Lubię to tempo. Czuję się spełniona. Robię dokładnie to, co chcę. I jestem tam, gdzie chcę być. Chociaż jak już wiesz, musiałam ostatnio nieco więcej czasu spędzić w Polsce, bo zrobiło się małe zamieszanie. Pisałam ci o tym, na szczęście już wszystko pod kontrolą.

Skinął głową, spoglądając na nią. Przez chwilę milczał, jakby porządkował swoje myśli.

— A u ciebie?

— Wiesz… — westchnął — powoli myślę o tym, żeby się wycofać. Dzieci są już dorosłe, radzą sobie coraz lepiej. Planuję przekazać im firmę i wreszcie przejść na zasłużoną emeryturę.

Zaśmiała się krótko, z rozbawieniem w oczach.

— Ty i emerytura? Przestań. Przecież świetnie wyglądasz.

Uśmiechnął się, ale tym razem nieco melancholijnie.

— Dziękuję, ale zdrowie już nie to, co kiedyś. Niektórych rzeczy nie da się zatrzymać. A poza tym może wreszcie pora trochę odpocząć. Tak naprawdę odpocząć. Życie przecieka przez palce. Czasem mam wrażenie, że przegapiłem połowę najważniejszych chwil, goniąc za czymś, co już mnie tak naprawdę nie cieszy.

Popatrzyła na niego uważnie, przez chwilę nic nie mówiąc. W jej oczach pojawił się cień refleksji.

— Może masz rację, czasem warto zatrzymać się, spojrzeć na wszystko z jakimś dystansem — powiedziała cicho, wracając spojrzeniem do czajnika, który właśnie zaczął syczeć. Zalała herbatę i podała mu dwie porcelanowe filiżanki, a sama zabrała imbryk. Ich dłonie na moment się musnęły.

— Chodźmy z powrotem do salonu. Herbata smakuje lepiej w wygodnych fotelach.

Wziął swoją filiżankę i poszedł za nią. Usiedli. W salonie zapadła przyjemna cisza. Za oknem panowała ciemność, a przez uchylone okno wpadało chłodne grudniowe powietrze.

— A jak Małgorzata? — zapytała, biorąc łyk herbaty i spoglądając na niego z lekkim uśmiechem.

— Mądra kobieta. Ułożona. Dobrze nam razem, naprawdę. Ale… — zawahał się, obracając filiżankę w dłoniach — to związek całkowicie waniliowy. Czasem, wiesz… wracam myślami do dawnych czasów. Z nostalgią. Ale tylko czasem. A u Ciebie w tych sprawach? Bez zmian?

Zamyśliła się. Z jej twarzy trudno było odczytać, co dokładnie myśli.

— Wiesz, spotykam się tu od jakiegoś czasu z jednym chłopcem — zaczęła spokojnie, jakby mówiła o czymś zupełnie codziennym. — Twierdzi, że chodziliśmy razem do liceum. Ja go kompletnie nie pamiętałam, ale koleżanka potwierdziła. Podobno już wtedy bardzo mu się podobałam.

— I poznał już twoje prawdziwe oblicze? — zapytał, tonem, który nie potrzebował doprecyzowania.

— Tak — przyznała. — Już wie. Prawie wszystko.

Andrzej parsknął krótkim śmiechem, opierając się głębiej o oparcie sofy.

— Czyli poznał też twoją ciężką rękę?

Poruszyła lekko ramionami, jakby jednocześnie potwierdzała i umniejszała sprawę.

— Tylko częściowo — odparła miękko. — Ale tak. Nie pokazałam mu jednak pełni moich możliwości.

Jej oczy rozbłysły czymś, co trudno było zdefiniować. Andrzej wypuścił powietrze przez nos, kręcąc głową z niedowierzaniem.

— Zawsze mnie to fascynowało i trochę przerażało. To jak potrafiłaś bić. Mocno. Bardzo mocno. Do granic. I robiłaś to tak, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. I jak patrzyłaś tym swoim zimnym wzrokiem spod długich rzęs.

Uśmiechnęła się, jak ktoś, kto słyszał komplement, choć wcale nie został on wypowiedziany. Uśmiech był zmysłowy, ale nie ostentacyjny. Uniosła podbródek odrobinę wyżej, jakby zastanawiała się nad słowami, które mają paść.

— Ach, Andrzeju… — westchnęła miękko. — Każdy ma jakiś talent.

Przechyliła głowę, a kosmyk włosów przesunął się na jej policzek. Ton był półżartobliwy, ale jednocześnie niesamowicie pewny siebie, z cichą, naturalną władczością.

— Tyle że mój jest bardzo prosty. Jeśli mam uderzyć, to po to, żeby bolało. Słabe bicie nie ma przecież sensu, chyba zgodzisz się ze mną? — dodała zupełnie spokojnie, jakby mówiła o czymś oczywistym, niemal praktycznym. — Nie uczy. Nie zmienia. Nie zostawia śladu tam, gdzie jest potrzebny. A skoro już coś robię, to wolę robić to dobrze. Najlepiej.

— Wiesz… — zaczął powoli. — Możesz tak mówić, bo to ty zawsze trzymałaś bat. Ale nie będę udawał: byłaś… jesteś w tym mistrzynią. Nikt tak jak ty nie potrafił przeprowadzić człowieka daleko poza to, co ten uważał za swoje granice.

Paulina przez chwilę milczała. Nie zaprzeczyła, nie zaprotestowała. Przyjęła te słowa z naturalnością kogoś, kto dawno pogodził się z własną siłą.

— Granice są po to, żeby je przesuwać — powiedziała spokojnie. — A ktoś musi wiedzieć, gdzie je postawić na nowo. Ulegli są po to, żeby leżeć u moich stóp i żeby cierpieć, kiedy tego wymagam. Chyba nie wyobrażasz sobie innego porządku świata, prawda?

Dopiero wtedy odsunęła się lekko, jakby chciała przyjrzeć mu się uważniej. Patrzył na nią — z mieszaniną uznania i specyficznego spokoju człowieka, który zbyt dobrze wie, z kim rozmawia. Nachylił się nieznacznie, jakby mówił coś intymnego.

— Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej — powiedział miękko. — Jesteś najwyższą kapłanką swojego własnego kultu. A jedynymi właściwymi ofiarami, jakie można ci składać są ból, cierpienie i posłuszeństwo.

Podniosła na niego wzrok. W jej oczach pojawiło się coś rzadkiego — prawdziwa, spokojna satysfakcja. Przesunęła palcem po dekolcie, jakby to zdanie wybrzmiewało w niej jeszcze przez chwilę.

— Podoba mi się jak to ująłeś — szepnęła, niemal zmysłowo. — Bardzo. Zawsze potrafiłeś ubierać wszystko w piękne słowa.

Uśmiechnęła się, w sposób, który mówił jasno, że docenia to, co usłyszała. I że niewiele osób potrafiło tak celnie nazwać to, kim jest.

— A podoba ci się w ogóle? Jest w Twoim typie? — zapytał. — Ten twój…

— Łukasz? Jest ładnym chłopcem — przyznała ze spokojną pewnością siebie, która nigdy nie brzmiała jak komplement, a jak stwierdzenie faktu. — Choć trochę za szczupłym, jeśli pytasz mnie o szczegóły. Wiesz, że lubię dużych facetów.

Andrzej zaśmiał się cicho. Paulina kontynuowała, jakby dopiero się rozkręcała.

— Ale ma ładne włosy. I widać, że o siebie dba. I jest posłuszny. Przynajmniej się stara.

— Czyli jednak podoba ci się.

Przewróciła oczami teatralnie.

— Mówiłam ci już, powoli wprowadzam go tam, gdzie chcę, żeby był. Tylko mam wątpliwości. Boję się, że to w nim nie sięga zbyt głęboko. Że się złamie. Pęknie, jak zbyt mocno go przycisnę. Że to taka fantazja, która pryśnie po zderzeniu z rzeczywistością.

— Może powinnaś być trochę bardziej wyrozumiała?

— A co to jest ta „wyrozumiałość?” — zapytała, mrużąc oczy z udawaną powagą.

Oboje wybuchli śmiechem. Andrzej lekko odchylił a w jego oczach była autentyczna czułość, może nawet podziw. Jej uroda wciąż go porażała — ale to sposób, w jaki mówiła, poruszała się, patrzyła — to wszystko sprawiało, że miał wrażenie, jakby czas się cofnął.

— Wiesz — zaczął spokojnie — czasem myślę, że jesteś najbardziej wyrazistą osobą, jaką w życiu spotkałem. A spotkałem naprawdę wiele osób… kobiet i żadna nie miała tej… — zawahał się na chwilę, szukając słowa — tej jasności w spojrzeniu. Tego chłodnego ognia, który pali, ale nie spala.

— Chłodny ogień? Ty chyba naprawdę się starzejesz. Robisz się sentymentalny — powiedziała.

Rozłożył dłonie, nie kryjąc rozbawienia.

— To możliwe. Ale nie zmienia faktu, że nadal potrafię rozpoznać coś wyjątkowego. I nadal pamiętam, jak się czułem, kiedy pierwszy raz zobaczyłem cię, w ten chłodny kwietniowy dzień. Pamiętasz?

— Pamiętam — przyznała cicho. — Pamiętam, że się cholernie bałam. Ale byłam też ciekawa. Byłeś pierwszym mężczyzną, który traktował mnie jak kobietę, boginię a nie jak koleżankę. To było inne. Piękne.

Zamilkli na moment, popijając herbatę. Oparła się wygodniej, podciągając lekko nogi na sofę. Jej ton stał się bardziej osobisty.

— Z Łukaszem to zupełnie coś innego. Mam wrażenie, że idealizuje mnie. Że widzi nie mnie, tylko jakąś fantazję sprzed lat. A ja nie jestem żadną fantazją. Ja jestem bardzo konkretna. Wiesz o tym najlepiej.

Skinął głową ze zrozumieniem.

— A może on właśnie tego potrzebuje? Może potrzebuje kogoś, kto go wyciągnie z tej jego idealizacji i pokaże mu, że prawdziwa kobieta to nie marzenie, tylko siła. I miękkość, i twardość jednocześnie. Jedwab i stal.

— Może — odpowiedziała po chwili namysłu. — Ale widzisz, ja nie mam już chyba ochoty prowadzić kogoś za rękę, jak dziecko. Chciałabym, żeby mężczyzna wiedział, że oddaje mi się nie dlatego, że szuka przewodniczki, która pomoże mu ogarnąć się, tylko dlatego, że czuje, że to jedyny sensowny wybór.

— A może właśnie dlatego musisz mu dać trochę czasu? — spojrzał na nią uważnie. — Nie każdy może być gotowy od razu. Ty dojrzewałaś do swojej siły latami.

— A ty znowu o tej wyrozumiałości, Andrzej. Naprawdę, to twój ulubiony temat dzisiaj?

— Może dlatego, że już wiem, jak dużo potrafi zdziałać. A ty… ty potrafisz być surowa, ale też umiesz być pięknie czuła. Widziałem to.

Paulina spojrzała na niego długo, z lekkim uśmiechem w kąciku ust.

— Możesz nie wierzyć, ale ostatnio byłam dla niego bardzo miła. Wiesz, czasem sobie myślę, że za wcześnie cię poznałam — powiedziała, zmieniając nagle temat.

Spojrzał na nią łagodnie. Nie odpowiedział od razu.

— Może — odparł w końcu. — Ale wiesz co? Ja się cieszę, że się poznaliśmy właśnie wtedy. Bo dzięki temu dowiedziałem się, że kobiety takie jak ty naprawdę istnieją. Nadałaś wtedy sens mojemu życiu. I to już samo w sobie zmienia człowieka. A poza tym, mogłem obserwować jak ewoluujesz.

W pokoju zapanowała cisza. Niewymuszona, spokojna. Oboje przez chwilę milczeli, jakby każde z nich rozmyślało nad tym, co powiedziało.

— Dobrze, że przyjechałeś — powiedziała w końcu. — Naprawdę dobrze.

— A pamiętasz nasz pierwszy raz? — zapytał, nagle poważniejąc, ale z błyskiem w oku. — Ja do dziś… — dodał, a potem potarł dłonią po pośladku i roześmiał się cicho.

Wybuchła śmiechem, niskim i zmysłowym.

— Oczywiście, że pamiętam, ale wtedy… wtedy nie było mi do śmiechu.

— Ja mam to przed oczami tak, jakby to wydarzyło się wczoraj — pokręcił głową. — Byłem wtedy pewien, że to będzie coś subtelnego, a tymczasem po minucie już wiedziałem, że nie mam z kim dyskutować. Tylko się podporządkować. Trafiłem na prawdziwą sadystkę.

— Bo nie było o czym dyskutować — odparła spokojnie, popijając łyk herbaty. — Ty wiedziałeś, co chcesz. A ja po raz pierwszy naprawdę mogłam pokazać, kim jestem. Bez udawania, bez kompromisów. Po prostu być sobą.

Westchnął z nostalgią.

— Byłem wtedy z jednej strony przerażony, a z drugiej cholernie podekscytowany — powiedział, wpatrując się w filiżankę, jakby chciał odnaleźć tam wspomnienia sprzed lat. — Wiesz, że nikt wcześniej… no, nikt nie spojrzał na mnie tak, jak ty wtedy. Przez moment myślałem, że zamrozisz mnie swoim wzrokiem.

— A może właśnie tego potrzebowałeś? — zapytała cicho. — Kogoś, kto nie będzie cię głaskał po głowie, tylko spojrzy i powie: „na kolana!”

— Wiesz, co jest najgorsze? — powiedział śmiejąc się. — Że kiedy słyszę, jak wypowiadasz te słowa… Przeciągnął dłonią po twarzy, jakby próbował coś ukryć.

— …to moje mięśnie naprawdę chcą wstać z tej sofy i uklęknąć przed tobą. Jakby pamiętały to lepiej niż ja.

Paulina zaśmiała się cicho, szczerze rozbawiona, a jednocześnie absolutnie w swoim żywiole. To był śmiech kobiety, która dobrze wie, jaki wpływ ma na drugą osobę.

— No proszę — mruknęła, przysuwając się o kilka centymetrów. — Przynajmniej tobie nie muszę tłumaczyć, że pewne rzeczy są oczywiste.

— Może.

Jego głos spoważniał.

— Nikt inny wcześniej ani później nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Ty byłaś… ty jesteś, Paulino, niepodrabialna. Jedyna w swoim rodzaju. A wtedy miałaś niewiele ponad dwadzieścia lat.

Przyjęła to bez zaskoczenia — tak, jakby słyszała tylko coś oczywistego. Ale jej lekki uśmiech zdradzał, że mimo to lubi, kiedy ktoś potrafi nazwać ją właściwie.

— I nie do oswojenia — dodała, siadając znów wygodniej na sofie. — Ludzie lubią myśleć, że to tylko gra. Że można się wycofać, zatrzymać, kiedy się chce. Ale prawdziwe posłuszeństwo, prawdziwa dominacja to coś głębszego. Albo jesteś gotowy, albo nie. I te emocje dawały o sobie znać. Dziękuję, że wtedy mi pomogłeś.

Andrzej zawahał się przez chwilę.

— To było jedyne co mogłem zrobić i wiesz o tym doskonale. A zmieniając temat, wiesz, czasem jak przejeżdżam przez Orłowo, zastanawiam się czy urządziłaś tę piwnicę, tak jak planowałaś.

Ożywiła się.

— Może chcesz zejść i sprawdzić?

— Nie wiem czy to dobry pomysł. Mam wrażenie, że chyba nie dałbym już rady. Że byłbym dla ciebie wielkim rozczarowaniem.

— Nie mów tak — powiedziała stanowczo, nachylając się lekko w jego stronę. — Ty nigdy nie byłeś rozczarowaniem. To ja mogłam być… wtedy. Ale też nigdy nie byłeś uprzywilejowany. I to się nie zmieniło. Jeśli miałbyś tam wejść, nie licz na taryfę ulgową, ale nie myśl też o swojej słabości. Myśl o tym, że robisz to dla mnie.

Uśmiechnął się, choć jego oczy zdradzały lekkie napięcie.

— Czyli dalej trzymasz się zasady: żadnej litości?

Paulina nachyliła się jeszcze bliżej, jej głos był prawie szeptem.

— Litość to luksus, na który nie możemy sobie pozwolić. Jeżeli tam wejdziesz, musisz być gotowy. W całości.

Zapadła cisza. Gęsta. Spojrzał na nią długo, głęboko.

— Jesteś jak cholerny wirus. Wchodzi w krew i już nie da się go wyrzucić.

— Może raczej jak serum prawdy — odpowiedziała z cieniem uśmiechu. — Pytanie tylko, czy jesteś gotów na szczerą odpowiedź sobie samemu.

Milczeli jakiś czas. W jej spojrzeniu było coś, czego nie widział u niej często — cień zawahania, jakby na moment uchyliła wewnętrzne drzwi, które zwykle trzymała zamknięte na cztery spusty.

— Wiesz… — zaczęła powoli, ostrożnie dobierając słowa, jak ktoś, kto nie lubi przyznawać się do słabości. — Tak sobie myślę… ten mój… eksperyment z poliamorią… raczej nie wypali.

Nic nie powiedział. Czekał. Znał ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że jeśli zaczyna temat, to chce go dokończyć. Westchnęła cicho.

— Myślałam, że potrafię to udźwignąć, że to będzie fajne. Jeden tu, drugi tam… dwa różne światy, dwa różne… — urwała, jakby słowo, którego szukała, nie chciało przejść jej przez usta. — Dwie różne dynamiki. Dwa różne rodzaje oddania. Ale chyba nie umiem tego tak po prostu dzielić. A może nie chcę?

— Trudno się dziwić — odparł Andrzej spokojnie. — Większość ludzi nie potrafi. W teorii brzmi pięknie: wolność, różnorodność, niezależność. Ale w praktyce trzeba mieć naprawdę szerokie emocjonalne ramy, żeby to udźwignąć.

Paulina milczała przez chwilę, wpatrzona w ciemną taflę wina.

— Ja mam szerokie ramy — powiedziała, jakby broniła się odruchowo. — Zawsze miałam. Tylko… — zacisnęła lekko palce na nodze. — To jest inny rodzaj ciężaru. Z tamtym jest pewna historia. Głębokość. Konstrukcja budowana latami. A tu… — odwróciła wzrok, jakby nie chciała, żeby wyczytał z jej twarzy za dużo. — Tu wszystko jest wrażliwsze. On jest wrażliwszy. A ja nie wiem, czy chcę przełączać się, przestawiać tryby. To trochę taki dom zbudowany na zbyt słabych fundamentach.

— Bo to nie jest przełącznik, tylko pełne zaangażowanie — powiedział, cicho, rzeczowo. — A ty angażujesz się całą sobą. Jak już coś robisz, robisz to do końca. I to jest piękne ale też ryzykowne.

— Ryzykowne to mało powiedziane. Zaczynam czuć, że próbuję być w dwóch miejscach jednocześnie. Na dwóch biegunach. I trochę zaczynam się rozrywać.

— Nie traktuj tego jako porażki. To jest uczciwa ocena twoich granic. Każdy je ma. — odpowiedział spokojnie.

Spojrzała na niego ostro, jakby chciała zaprzeczyć — ale po chwili jej spojrzenie złagodniało. Na tyle, na ile pozwalała jej natura.

— Może tak — przyznała w końcu cicho. — Może to po prostu ponad moje siły.

Andrzej uśmiechnął się łagodnie.

— Jesteś tylko człowiekiem, Paulina. Nie maszyną.

— Właśnie problem w tym, że ja często wolę działać jak maszyna — odparła półgłosem. — Precyzyjnie. Bez emocjonalnych niejasności. A to… — uśmiechnęła się krótko, niemal z autoironią. — To nie jest precyzyjne.

— To dobrze, że o tym mówisz. I dobrze, że się nad tym zastanawiasz. Nie musisz podejmować decyzji już dziś. Ale nie będzie to działało, tak jak chcesz, jak oczekujesz. Jeśli tego nie czujesz to nie udawaj, że możesz być w dwóch relacjach i nie zapłacić za to ceny.

— Spróbuję — powiedziała powoli. — Naprawdę spróbuję. Ale… — jej usta wygięły się w coś pomiędzy uśmiechem a krzywym grymasem.

— W teorii wiem, jak to powinno wyglądać. W praktyce… to wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane, niż miało być.

Kiwnął głową ze zrozumieniem.

— Dziękuję ci, że wysłuchałeś mojego marudzenia. I że przyjechałeś. Trochę… — urwała, zawahała się, szukając właściwego słowa — trochę pomogło mi to poukładać sobie w głowie pewne rzeczy. A może jednak zejdziesz ze mną do piwnicy? — zapytała tak lekko, jakby proponowała mu herbatę. — Obiecuję, że będę bardzo… niedelikatna.

Roześmiał się cicho.

— Nie jestem na to teraz gotowy, naprawdę — odpowiedział od razu, choć w jego głosie brzmiało ciepło. — I… — zawahał się, po czym dokończył bardziej poważnie — nie mogę sobie teraz pozwolić na takie spotkania, które kończą się… no, wiesz czym.

— Licznymi śladami na ciele? — podpowiedziała z niewinną miną.

— Dokładnie tym — potwierdził. — Mam za dużo na głowie, żeby tłumaczyć ludziom, skąd te dekoracje.

Przewróciła oczami.

— Szkoda. Byłbyś uroczy. Nagi, zdany tylko na moją łaskę i niełaskę. Głównie niełaskę.

— I właśnie dlatego nie schodzę — uśmiechnął się.

Rozmawiali jeszcze chwilę o drobnych sprawach — o pracy, o planach, o Berlinie i Trójmieście — bez napięcia, bez ciężaru wcześniejszej rozmowy. Tak, jakby równowaga wróciła na swoje miejsce. Kiedy w końcu wstał, Paulina podeszła i objęła go krótko, swobodnie, tak jak przytulają się ludzie, którzy mają za sobą wspólną historię i żadnych złudzeń.

— Uważaj na siebie — powiedziała pół żartem.

— Ty też — odparł, zakładając płaszcz. — I… postaraj się nie zniszczyć temu chłopakowi psychiki.

Paulina zaśmiała się, unosząc podbródek.

— Obiecuję tylko tyle, że się postaram. Chociaż… nie wiem czy już nie jest za późno.

— Tego się obawiałem…

Pożegnali się jak starzy przyjaciele — krótko, bez dramatyzmu, ale z odrobiną emocji, która zostaje w powietrzu po kimś ważnym. Kiedy drzwi zamknęły się za nim, stała przez moment w korytarzu, opierając dłoń o framugę. Jej twarz na chwilę straciła maskę chłodu — tylko na sekundę — po czym znów przybrała swój zwyczajowy, spokojny wyraz. Odwróciła się i wróciła do salonu, jakby nic więcej nie miało prawa jej zatrzymać. Usiadła na sofie, założyła nogę na nogę i sięgnęła po leżący na stoliku telefon. Przez moment patrzyła na ekran, jakby wybierała bez pośpiechu czyjś numer. Dotknęła ikonę zielonej słuchawki, a kiedy połączenie zostało odebrane, jej głos stał się od razu miękki — jakby jednym oddechem przeszła z twardej kontroli w intymną bliskość.

— Guten Abend, mein Schatz… Ich wollte deine Stimme so sehr hören…*

Zawiesiła głos, pozwalając, by w tych słowach wybrzmiało wszystko: tęsknota, czułość, przywiązanie.


----- Koniec części pierwszej -----