----- WILCZYCA
-----
Część 2 (rozdziały
XI–XX)
Rozdział XI – Adam
Trójmiasto, marzec 2008
Wczesnowiosenny dzień
był chłodny, surowy w typowy dla Gdańska sposób — mokry wiatr
wbijał się pod ubranie, niosąc zapach wilgotnego betonu i
odległego o kilka kilometrów morza. Szare chmury wisiały nisko nad
kampusem Uniwersytetu Gdańskiego na Przymorzu, a powietrze miało w
sobie coś pobudzającego i ostrego. Przed biblioteką gwar mieszał
się z pośpiechem. Studenci wychodzili z budynku z plikami notatek,
dyskutując o zbliżającym się kolokwium, ktoś przemykał z
kubkiem gorącej kawy, ogrzewając dłonie. Adam już czekał —
stał z rękoma w kieszeniach, skulony lekko przed wiatrem, z tym
swoim charakterystycznym uśmiechem, który pojawiał się tylko
wtedy, gdy widział Paulinę. Wyglądał, jakby usiłował wyglądać
swobodnie, ale zdradzała go iskra ekscytacji w oczach. Szła w jego
stronę szybkim, równym krokiem. Torbę miała przerzuconą przez
ramię, a jej blond włosy wymykały się pojedynczymi pasmami i
tańczyły na wietrze. Wyglądała na lekko zmęczoną. Zatrzymała
się tuż przed nim. On pochylił się, ona uniosła podbródek.
Pocałowali się krótko, bez ceremonii.
– Głodny?
– Trochę – przyznał.
– To chodź. Zjedzmy
coś. Padam z głodu.
Przesunęła włosy za
ucho.
– Ledwo zdążyłam
dziś na zajęcia. W okienku uciekłam na pedicure i nie miałam
nawet czasu zjeść.
Adam zaśmiał się pod
nosem, patrząc na nią z zachwytem, który starał się ukryć, ale
kiepsko mu to wychodziło.
– Nie mogę się
doczekać, aż zobaczę efekt. Na jaki kolor pomalowałaś paznokcie?
– zapytał.
Paulina zwolniła.
Spojrzała na niego z ukosa — spojrzeniem, które było
jednocześnie uśmiechem, pytaniem i prowokacją.
– A jak myślisz? –
zapytała spokojnie, przeciągając każde słowo.
– Nie mam pojęcia –
przyznał. – Ale… chciałbym wiedzieć. Czerwony? Czarny?
Jej uśmiech zrobił się
szerszy, cieplejszy, ale z tym cieniem dominującej zabawy, który
zawsze go rozbrajał.
– Och, Adam… –
szepnęła. – Ty naprawdę liczysz, że powiem ci to tak po prostu?
– A czemu nie?
Odsunęła z twarzy
kosmyk włosów — gest był w dziwny sposób zmysłowy.
– Bo są rzeczy, które
lepiej wyglądają wtedy, gdy pozostają tajemnicą. Zrobiła pół
kroku bliżej. – A ja nie mam jeszcze ochoty jej zdradzać.
Adam parsknął cicho pod
nosem, z lekką frustracją podszytą ekscytacją.
– Czyli każesz mi
poczekać?
Dotknęła lekko jego
ramienia.
– Nie możesz od razu
wszystkiego mieć. To byłoby przecież nudne.
Poszła dalej, jakby to
było coś zupełnie zwyczajnego. Stał przez sekundę w miejscu,
zanim dogonił ją kilkoma szybszymi krokami. Skierowali się w
stronę pizzerii, ukrytej między pobliskimi blokami — miejsca, do
którego czasem wpadali. W środku zawsze było ciepło, pachniało
drożdżowym ciastem i pomidorami, a w rogu czekał ich ulubiony
stolik, oddzielony od reszty sali półścianką i donicą z
paprotką. Po drodze co chwilę zerkał na nią — na jej rozwiane
włosy, na pewny krok, na sposób, w jaki poprawiała torbę na
ramieniu. Była dla niego kimś zupełnie innym od wszystkich
dziewczyn, jakie do tej pory znał.
Odwróciła się nagle,
jakby złapała w powietrzu jego spojrzenie.
– Co? – zapytała
lekko rozbawiona. – Wyglądam, jakbym walczyła z wichurą? Pękła
mi dziś gumka... jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało.
– Wyglądasz jak zawsze
– odpowiedział z powagą, ignorując jej dowcip.
– Zawsze, czyli jak?
– Bosko.
Zaśmiała się cicho i
szturchnęła go ramieniem. Weszli do środka — do ciepła, światła
i zapachu jedzenia, który skutecznie odcinał od chłodu dnia. Byli
głodni, zmęczeni i szczęśliwi, że tydzień się kończy, a oni
mogą wreszcie pobyć razem. Rozmawiali jak zwykle – trochę o
zajęciach, trochę o książkach. Adam, choć studiował filozofię,
interesował się językami – planował rozpoczęcie drugich
studiów – tym razem na filologii klasycznej.
Poznali się kilkanaście
miesięcy wcześniej, zupełnie przypadkiem. Usiadł obok niej na
międzywydziałowym wykładzie o powstawaniu i ewoluowaniu
nowożytnych języków, na który Paulina trafiła jako studentka
germanistyki. Próbował słuchać prowadzącego — naprawdę
próbował — ale bardzo szybko zorientował się, że to walka z
góry przegrana. Co chwilę zerkał w bok, jakby przyciągała go
siła, której nie potrafił nazwać.
Dopiero po chwili dotarło
do niego, skąd to niepokojące poczucie znajomości. Znał ją z
widzenia i to aż za dobrze. To przecież dziewczyna, która grała w
Wolfensteinie.
Był na trzech
koncertach, choć mógłby wymienić znacznie więcej powodów, by
pojawić się na kolejnych gdyby tylko miał okazję. Stał zwykle
nieco z boku, pod ścianą albo przy barze, udając przed samym sobą,
że przyszedł dla muzyki. Ale prawda była prostsza i bardziej
bezwstydna: metalu nie lubił, zawsze patrzył tylko na nią. Na
sposób, w jaki stała z instrumentem, na skupienie w oczach, na
krótkie spojrzenia rzucane w stronę publiczności, jakby świadomie
wybierała, kogo chce na chwilę dopuścić do swojego świata. Nie
miała w sobie koncertowej kokieterii — raczej chłodną pewność,
która działała mocniej niż jakakolwiek gra.
Nigdy nie przyszło mu do
głowy aby podejść po koncercie. Nigdy nie próbował zagadać.
Zostawiał to w sferze obserwacji, bezpiecznej i jednostronnej. Aż
do teraz. Siedziała obok niego, kilka centymetrów dalej, pochylona
nad notatkami, z tym samym spokojem w ruchach, który zapamiętał ze
sceny. Poczuł dziwny ucisk w żołądku. Zbieg okoliczności?
Przypadek? A może coś, co domaga się, by wreszcie zrobić krok,
którego wcześniej zawsze brakowało mu odwagi aby wykonać.
Teraz nie była światłem
reflektorów ani postacią ze sceny. Była tu. Obok. Na wyciągnięcie
ręki.
I po raz pierwszy
pomyślał, że może to nie jest tylko przypadek, ale szansa —
taka, która zdarza się rzadko i zwykle tylko raz. Była piękna w
sposób nierzeczywisty — eteryczna, spokojna, a jednocześnie
wyraźnie obecna. Kiedy poprawiała włosy, ten prosty, niedbały
gest wywoływał w nim dreszcz, którego się nie spodziewał.
Pachniała inaczej niż dziewczyny z jego roku — nie słodko, nie
banalnie, lecz czysto, głęboko, lekko orientalnie. Miała zadbane
dłonie, długie palce, ładnie pomalowane paznokcie. Każdy jej ruch
był miękki, ale zdecydowany. Adam, przyzwyczajony do towarzystwa
dziewczyn, które dużo mówiły, gestykulowały nerwowo i próbowały
być kimś, kim prawdopodobnie nigdy nie będą, czuł, że obok
siedzi ktoś zupełnie inny. Nie potrafił skupić się na wykładzie.
Słowa o jakichś rdzeniach i zmianach fonetycznych odpływały, a
jego myśli krążyły już tylko wokół niej.
Po wykładzie wahał się
tylko przez chwilę. Stał kilka kroków za nią na korytarzu,
obserwując, jak zakłada kurtkę i zarzuca torbę na ramię. Poszedł
za nią, z tym uporczywym poczuciem, że jeśli teraz odpuści,
straci coś więcej niż tylko okazję do rozmowy.
Zatrzymała się i
wysłuchała go uważnie, ale od razu dała do zrozumienia, że nie
ma czasu; rzuciła coś o zaliczeniu, na które właśnie idzie.
Normalnie skinąłby głową i się wycofał. Tym razem jednak nie
ustąpił. Zamiast zniknąć, zapytał, czy może pójść z nią i
poczekać. Wzruszyła ramionami — bez entuzjazmu, ale też bez
sprzeciwu. Siedział pod gabinetem dłużej, niż się spodziewał, z
rosnącym napięciem i bezsensowną myślą, że ten czas w
zawieszeniu jest już jakimś wyborem. Kiedy w końcu wyszła, była
wyraźnie rozluźniona, nawet uśmiechnięta. Zapytał o ocenę, a
ona spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem i rzuciła: „A co
miałam dostać? No chyba że piątkę. Chodźmy już na tę kawę.”
To jedno spotkanie
niepostrzeżenie rozciągnęło się na kilka godzin rozmowy.
Był od niej o dwa lata
starszy, spokojny, z lekko melancholijnym spojrzeniem, które
sprawiało wrażenie, jakby zawsze był o krok obok głównego nurtu
wydarzeń. Od początku ją zaintrygował — nie próbował
imponować, nie grał żadnej roli. Nie opowiadał o sobie więcej,
niż trzeba. Zamiast tego słuchał uważnie, zadawał pytania
trafne, czasem zaskakująco celne, i pozwalał jej mówić, nie
przerywając, nie poprawiając, nie rywalizując o przestrzeń.
Z czasem zaczęła
dostrzegać w nim coś jeszcze. Miękkość. Podatność. Delikatne
przesunięcie ciężaru w jej stronę, którego on sam chyba jeszcze
nie umiał nazwać. Ona zauważyła to szybciej, instynktownie —
jakby rozpoznawała w nim pewien potencjał, zanim zdążył się
ukształtować.
Kiedy pierwszy raz nazwał
ją Wilczycą, zrobił to półżartem, jakby sprawdzał, czy nie
przesadził. Ale ona nie zaprotestowała. Przeciwnie — w tym słowie
było coś, co ją poruszyło. Surowość, samotność i siła. Od
tej chwili wracał do tego określenia coraz częściej, a ona
pozwalała na to z cichą satysfakcją. Lubiła, jak wypowiadał je z
lekkim zawahaniem, jakby każde użycie było jednocześnie wyznaniem
i pytaniem o zgodę. Wilczyca. Brzmiało dokładnie tak, jak chciała
być widziana — i jak zaczynała widzieć samą siebie w jego
spojrzeniu.
Dopiero później
zrozumiał, że była odpowiedzią na to, co nosił w sobie od dawna,
głęboko ukryte i nienazwane. Na potrzebę podporządkowania się,
adorowania, oddania kontroli komuś, kto potrafi ją unieść bez
wahania. Paulina była dominująca nie w sposób teatralny czy
ostentacyjny, lecz w tym, jak mówiła, jak patrzyła, jak prowadziła
rozmowę i nie oddawała inicjatywy nawet na moment.
Było w niej też coś
fizycznego, co działało na niego niemal podskórnie. Jej ciało —
silne, wysportowane, ukształtowane godzinami ciężkich treningów,
biegania, dyscypliny właściwej lekkiej atletyce — nie było
kobiece ani miękkie. Było świadectwem wysiłku, kontroli i
konsekwencji. Patrząc na nią, czuł respekt, który mieszał się z
pożądaniem. Gdzieś z tyłu głowy pojawiało się tylko przelotne,
niepokojące skojarzenie — przypomniał sobie liczne zadrapania na
swoich plecach, ślady emocji i doświadczeń, których wcześniej
nie potrafił ani uporządkować, ani zrozumieć. Dopiero z czasem
dotarło do niego, że to, co go do niej przyciągało, nie było
przypadkiem, lecz spełnieniem ukrytych pragnień.
Gdy skończyli pizzę,
odsunęła talerz i oparła brodę na dłoni, patrząc na niego nieco
dłużej, niż wymagała zwykła rozmowa. W jej oczach było to coś
cichego, ale bezbłędnie czytelnego — potrzeba bliskości,
połączona z charakterystycznym sposobem przejmowania inicjatywy.
— Pojedziemy do mnie —
powiedziała nagle, spokojnie, jakby ustalała coś oczywistego. —
Pouczymy się chwilę, napijemy herbaty. Albo po prostu mnie
poprzytulasz. Brakuje mi tego ostatnio.
A potem możemy pojechać
do tej twojej Bachy.
Zawiesiła głos na
ułamek sekundy. Adam wyprostował się odruchowo, jakby coś w nim
nagle drgnęło.
— Do Basi — poprawił
ją automatycznie, po czym zaraz spuścił wzrok.
Paulina uśmiechnęła
się pod nosem.
— Bacha brzmi lepiej —
rzuciła lekko. — Bardziej surowo. Akademicko.
Spojrzała na niego
uważnie.
— W końcu byliście
razem.
Zamilkł na moment. Zbyt
długo, by dało się to zignorować. Rumieniec pojawił się na jego
twarzy, a on sam wyglądał, jakby ten dawny związek był teraz
czymś wstydliwym.
— To było dawno —
powiedział w końcu. — I nie… nie ma już znaczenia.
— Wiem — odparła
miękko. — Typ mądralińskiej cnotki. Zawsze wszystko wie
najlepiej. Nie wiem jak z nią wytrzymałeś dwa lata. I zdecydowanie
to nie ten rodzaj urody, która zostaje w pamięci.
Zmieszał się, ale po
chwili uśmiechnął, jakby wiedział, że dalsza obrona nie ma
sensu.
— Za to ty jesteś
zupełnie inna.
— Inna? — uniosła
brew. — To bardzo pojemne słowo.
Popatrzył na nią
dłużej, jak ktoś, kto wreszcie znalazł właściwą formę myśli.
— Wiesz — powiedział
powoli — filozofia uczy, że są rzeczy, wokół których
porządkuje się świat. Idee pierwsze. Archetypy. Dla mnie jesteś
jak bogini. Nie w sensie patosu, tylko znaczenia. Afrodyta, Atena i
Hekate w jednym ciele.
Przez chwilę nic nie
mówiła. Przyglądała mu się uważnie. W końcu skinęła głową.
— Dobrze, powiedzmy że
zrozumiałam. Chodźmy.
Wstała i sięgnęła po
płaszcz. Adam odebrał go od niej i pomógł go ubrać. Chwyciła
torbę. Otworzyli drzwi i wyszli na zimny, marcowy dzień. Powietrze
było ostre, chłodne, wciąż nieprzyjazne. Paulina poprawiła
kołnierz i poszli z powrotem, w stronę kampusu.
Na parkingu czekał jej
czerwony Fiat 500. To był prezent od ojca — nagroda za dobre
wyniki w nauce, ale też coś bardzo praktycznego. Auto miało
ułatwić jej codzienne dojazdy na uczelnię i na treningi, pozwolić
wzmocnić niezależność i utrzymać własny rytm dnia. Od razu
polubiła ten samochód: był mały, stylowy i zwinny. Wnętrze
było przytulne, a tapicerka w biało–czarną kratkę nadawała mu
retro klimat. Panoramiczny dach wpuszczał do środka dużo światła.
W środku unosił się delikatny zapach jej perfum zmieszany z
charakterystyczną wonią nowości.
Paulina wrzuciła torbę
na tylne siedzenie, poprawiła się za kierownicą i kolejny raz
odsunęła włosy z twarzy. Fiat ruszył miękko, w stronę Sopotu.
Światła innych aut mijały ich równymi sekwencjami, odbijając się
w przedniej szybie i połyskując na czerwonym lakierze. W środku
panował spokój — ciepło nawiewu, zamknięta przestrzeń, cichy
pomruk silnika, który brzmiał niemal przyjacielsko. Adam
obserwował, jak mijają znajome miejsca: szare kamienice, stare
wieżowce na Żabiance, zatłoczone przystanki, charakterystyczną
restaurację na granicy Gdańska i Sopotu. Gdy wjechali w uliczkę
prowadzącą do jej bloku, Fiat zwolnił wtapiając się w spokojny
rytm osiedla, a następnie powoli przejechał dwa progi zwalniające.
Paulina zaparkowała blisko klatki. Wysiedli niemal jednocześnie —
ona szybkim, pewnym krokiem, on nieco spokojniej — i poszli w
stronę wejścia do jej bloku, otoczeni chłodnym powietrzem i cichym
szumem drzew. Jej mieszkanie mieściło się w jednym z bloków,
niedaleko Łysej Góry, starej szkoły, małych osiedlowych
sklepików i niskich drzew, które rosły niemal między budynkami.
Wjechali windą na czwarte piętro.
Mieszkanie dawno temu
dostała jej mama, jeszcze z jakiegoś przydziału. Przez kilka lat
było domem dla całej rodziny, ale dwupokojowe wnętrze szybko
okazało się zbyt ciasne dla pięciu osób, w tym dwóch pełnych
energii chłopców i lekko wycofanej dziewczynki. Kiedy Paulina miała
sześć lat, wszystko zaczęło się zmieniać. Jej ojciec, tuż po
transformacji gospodarczej, otworzył własną firmę. Biznes zaczął
przynosić coraz lepsze dochody, a wraz z nimi pojawiła się
możliwość czegoś, co wcześniej wydawało się nieosiągalne.
Kupili stary dom w Górnym
Sopocie, w pobliżu stadionu. Wymagał gruntownego remontu —
takiego, który pochłania czas, pieniądze i cierpliwość. Przez
niemal rok przestrzeń ta była nieustannym placem budowy, gdzie
codzienność toczyła się pomiędzy wciąż poprawianymi planami
przebudowy a wszechobecnym pyłem. W końcu jednak wszystko było
gotowe i cała rodzina wprowadziła się do odnowionego budynku.
Mieszkanie przez jakiś
czas stało puste. Potem zamieszkał w nim kuzyn jej mamy, który
studiował w Trójmieście. Po nim pojawiła się daleka kuzynka ze
strony ojca. Z czasem wrócili tu jej bracia — najpierw na krótko
Filip, a później Dawid, który mieszkał w nim przez kilka lat. To
było naturalne, praktyczne rozwiązanie, coś oczywistego w
rodzinnej logice. Kiedy Dawid wyprowadził się do nowoczesnego
apartamentowca, mieszkanie znów opustoszało. Wtedy Paulina,
zaczynająca właśnie drugi rok studiów, podjęła decyzję.
Chciała zamieszkać sama, na własnych zasadach. Dla rodziców nie
było to łatwe. Trudno było im pogodzić się z myślą, że
ukochana córka wyprowadza się na swoje, nawet jeśli to było tylko
kilka ulic dalej. Żadne argumenty — że to blisko, że sobie
poradzi, że przecież nie jest imprezowiczką — nie zmieniały
faktu, że było to symboliczne. Ostatnie dziecko opuszczało dom.
Dla Pauliny był to jednak kolejny krok. Naturalny, konieczny.
Mieszkanie, które przez lata służyło innym, w końcu stało się
jej własną przestrzenią — dokładnie wtedy, kiedy najbardziej
tego potrzebowała.
Weszła pierwsza. W
środku pachniało kwiatowym płynem do prania i ciepłem nagrzanych
kaloryferów. Było tu przytulnie — małe półki z książkami,
miękka kanapa w odcieniu ciemnego grafitu na której leżał gruby
koc. Paulina rzuciła torbę na fotel i szybkim ruchem zdjęła
płaszcz, odsłaniając sweter w kolorze ciemnego granatu. Włosy
opadły jej swobodnie na ramiona, lekko rozczochrane od wiatru.
Zatrzymała się przy drzwiach, oparła dłonią o ścianę i zsunęła
buty. Została w czarnych skarpetkach, miękko stawiając stopy na
podłodze. Adam zerknął na nie odruchowo. Ten prosty gest — buty
zdjęte bez pośpiechu, stopy w ciemnym materiale — przyciągnął
jego uwagę bardziej, niż chciałby przyznać. Szybko odwrócił
wzrok, ale obraz już się zapisał, jak coś, co zostaje na dłużej,
mimo że wcale nie było w tym nic ostentacyjnego.
– Herbata?
Spojrzała na niego spod
rzęs. Na jej twarzy zagościł ten delikatny, znany mu uśmiech —
nie w pełni, tylko kącik ust, w którym było więcej obietnic niż
słów — pojawił się jak znak, że zaczyna się inny ton rozmowy.
– A potem… –
powiedziała cicho, jakby dzieliła się czymś tylko z nim – …
może pozwolę ci w końcu zobaczyć, jaki mam kolor paznokci.
Kiedy wyszła do
niewielkiej, ciemnej kuchni Adam opadł powoli na oparcie kanapy,
jakby nagle powietrze zgęstniało. Przez szybę widział ją
wyraźnie: jak znowu odgarnia włosy, jak sięga po kubki, jak jej
biodra poruszają się leniwie, z naturalną, nienachalną
zmysłowością.
– Nie będę ukrywał…
– powiedział niższym głosem, niż planował. – Nie mogę się
doczekać.
Nie spojrzała na niego
od razu. Najpierw nalała wodę do czajnika, nacisnęła przycisk, a
dopiero potem lekko przechyliła głowę, obejmując go spojrzeniem
przez szkło.
– Wiem.
Chwile krzątała się po
pomieszczeniu, a jej sylwetka wyraźnie rysowała się w świetle
kuchennych lampek. Czajnik kliknął, kończąc pracę. Odwróciła
się i zaczęła nalewać wrzątek. Wróciła do pokoju powolnym,
miękkim krokiem, niosąc dwa parujące kubki. Postawiła je na
niskim stoliku — najpierw jego, potem swój — dbając, by nie
uronić ani kropli. Adam siedział na sofie, lekko pochylony do
przodu, obserwując każdy jej ruch. To, jak znowu odgarnęła włosy
za ucho, to, jak przysiadła na brzegu fotela, opierając dłonie o
oparcie. To, jak jej sweter opadł delikatnie, odsłaniając fragment
obojczyka.
– Masz na pewno
zmęczone i zimne stopy – powiedział cicho, przenosząc spojrzenie
nieco niżej.
– Tak ? Ciekawe skąd
masz taką wiedzę?
Adam wzruszył ramionami,
pozwalając sobie na lekki, ciepły uśmiech.
– Paulina… znamy się
nie od dziś. Wiem, że jesteś zmarźlakiem.
Przez sekundę patrzyła
na niego w nieruchomo, lotem przeciągnęła dłonią po łydce,
drobnym, nieśpiesznym ruchem, jakby upewniała się, czy on naprawdę
patrzy — i że widzi, co ona właśnie robi. Wstała i podeszła
bliżej, zatrzymując się tuż przed nim.
– Skoro już wiesz… –
zaczęła cicho, głosem obniżonym i miękkim – …to zajmij się
nimi.
Stała między jego
kolanami, pochylona, z dłonią opartą o oparcie sofy, tuż obok
jego ramienia. Gest intymny, wyraźny, niepozostawiający miejsca na
nieporozumienia. Powoli usiadła mu na kolanach, przodem do niego,
tak blisko, że poczuł jej oddech na własnych ustach. Jej biodra
spoczęły lekko na jego udach, a jej dłonie znalazły się po obu
stronach jego szyi. Uniósł odruchowo rękę, niepewnie i delikatnie
wsunął palce w jej włosy. Były miękkie, jedwabiste, spływały
przez jego dłonie jak woda. Zatrzymał je w nich, czując, jak
Paulina przymyka oczy z krótkim, niemal niewidocznym westchnieniem.
Ich usta zbliżały się powoli — nie gwałtownie, nie nerwowo.
Jakby każde z nich dawało drugiemu czas, by naprawdę poczuć tę
chwilę. Pocałunek nastąpił dopiero wtedy, gdy ich oddechy
zmieszały się w jednym punkcie. Ciepły. Miękki. Znajomy. Paulina
objęła go mocniej, wolno, przesuwając paznokciami w dół —
najpierw po jego karku, potem niżej, aż wsunęła je pod jego
sweter. Jej paznokcie zarysowały jego plecy długim pociągnięciem.
Zabolało. Znów musnęła jego usta, jakby zamykała pocałunek
pieczęcią, po czym zsunęła się z jego kolan. Oparła się o bok
kanapy, lekko odchylona, patrząc na niego w milczeniu, które było
bardziej wymowne niż słowa.
– Teraz pomasuj mi
stopy, resztę dostaniesz kiedy wrócimy od Bachy – powiedziała
uśmiechając się.
Dopiero wtedy — bez
pośpiechu — podciągnęła nogi na sofę i ułożyła je na jego
kolanach. Sięgnęła do torby leżącej na fotelu obok i wyjęła
plik notatek.
— Muszę sobie jeszcze
coś poukładać z dzisiejszych zajęć. Ten wykład zawsze zostawia
mi w głowie za dużo wątków naraz. Ale ty nie przeszkadzaj sobie.
Adam zerknął na notatki
i kilka odbitek xero, z wyraźnie zaznaczonymi fragmentami.
— Historia języka? —
zapytał, bardziej upewniając się niż naprawdę pytając.
— Mhm. Gramatyka
historyczna niemieckiego — potwierdziła. — Dzisiaj
przerabialiśmy przejście od średnio–wysoko–niemieckiego do
wczesnego nowo–wysoko–niemieckiego. Zmiany w szyku zdania,
zanikanie końcówek, to, jak nagle wszystko zaczyna opierać się
bardziej na kolejności niż na fleksji.
Mówiła coraz żywiej,
jakby sam temat ją rozgrzewał.
— Najciekawsze jest to
— ciągnęła — że kiedy czytasz teksty z tego okresu, widzisz
moment przejścia. Jeszcze nie jest to nowoczesny język, ale już
nie ten naprawdę dawny. Jakby sam język nie mógł się jeszcze
zdecydować, jaki chce być.
Słuchał uważnie.
Jego dłonie, niemal odruchowo, objęły przez materiał skarpetek
jej stopy. Najpierw delikatnie, jakby sprawdzał, czy nie naciska
zbyt mocno, potem pewniej. Kciuki zataczały wolne, spokojne ruchy.
— I to się naprawdę
da tak wyłapać? W sensie, że widzisz ten moment zmiany?
— Tak — odpowiedziała
bez wahania. — Właśnie to mnie w tym interesuje. Jedno zdanie
może być jeszcze stare, a kolejne już zupełnie inne. Jakby autor
sam nie mógł się zdecydować, jak powinien pisać.
Przerwała na moment, po
czym pochyliła się nad notatkami i wsunęła palec między kartki.
— O, zobacz —
powiedziała, podsuwając mu zeszyt bliżej. — Tu. „Pieśń
Niebelungów.” Przełom XII i XIII wieku. Autor niestety
nieznany.
Nachylił się, patrząc
na tekst i jej notatki na marginesie, zapisane drobnym pismem.
— Widzisz? —
ciągnęła, wyraźnie ożywiona. — Jeszcze masz szyk, który
przypomina starsze konstrukcje, z czasownikiem w miejscu, które dziś
wydaje się nielogiczne, a zaraz potem zdanie już ciąży w stronę
tego, co uznalibyśmy za bardziej nowoczesne. Jakby język sam
próbował dostrajać się.
Adam skinął głową,
próbując nadążyć.
— Czyli autor nie robi
tego specjalnie?
— Właśnie nie —
uśmiechnęła się. — To nie jest świadomy zabieg stylistyczny.
To moment przejścia. Dlatego te teksty są takie ciekawe — one nie
są jeszcze wygładzone. Widać w nich ruch, zmianę, niepewność.
Na chwilę zamilkła,
czując, jak jego dłonie spokojnie przesuwają się po stopach,
jakby dotyk był naturalnym tłem do myślenia i mówienia.
— Lubię takie miejsca
w języku — dodała ciszej. — Kiedy coś się jeszcze nie
zdecydowało, czym chce być.
— A ty to wszystko
łapiesz w locie — zauważył po chwili. — Zawsze masz to tak
poukładane.
— Lubię wiedzieć,
dlaczego coś wygląda tak, a nie inaczej — powiedziała spokojnie.
— Bez tego język jest martwy.
Jego dłonie przesuwały
się teraz szybciej, rozgrzewając stopy przez cienki materiał,
jakby masaż był częścią rozmowy. Spojrzał na nią uważnie.
— Szczerze? —
powiedział. — Ty już to świetnie znasz. Ten przedmiot, te
teksty, to jak o tym mówisz. Twój perfekcjonizm naprawdę mnie
zachwyca.
Nie powiedziała już
nic. Oparła się wygodniej o poduszki i patrzyła na niego z góry.
Spojrzenie mówiło wszystko. Adam ujął jej kostkę, wsunął palce
pod krawędź skarpetki i powoli — naprawdę powoli — zaczął ją
zsuwać. Bawełna sunęła po porcelanowej skórze, odsłaniając ją
centymetr po centymetrze. Najpierw kostka. Później gładki łuk
podbicia. W końcu cała stopa — drobna, idealnie proporcjonalna, o
delikatnej, niemal świetlistej skórze. Kiedy skarpetka całkiem
opadła, wstrzymał oddech na ułamek sekundy. Paznokcie były
pomalowane na intensywną, krwistą czerwień — kolor, który
wyglądał na jej stopach jak obietnica, jak prowokacja, jak sygnał,
że dokładnie wiedziała, jaki efekt wywoła. Zsunął drugą
skarpetkę z tą samą starannością. Dwie nagie stopy — piękne,
gładkie, jasne, z czerwienią intensywną jak winny odcień poranka
— spoczęły na jego udach, a Paulina westchnęła tak cicho, że
mógł to wziąć za echo. Nie musiała nic mówić. Jej ciało
powoli się rozluźniało. Adam delikatnie masował opuszkami palców,
a co jakiś czas nachylał się, by złożyć cichy pocałunek. Robił
to z niemal nabożną czcią. Czuła ciepło dłoni i delikatne,
uważne ruchy, które koiły napięcie po całym dniu. Odłożyła
notatki, przymknęła oczy i przez chwilę pozwoliła sobie odpłynąć
myślami. Było jej dobrze. Zaskakująco dobrze.
Był inny niż wszyscy
chłopcy, których znała wcześniej, chociaż nie było ich wielu.
Nie próbował dominować rozmowy, nie mówił o sobie w
nieskończoność. Zawsze słuchał. I patrzył na nią tak, jakby
była jedyną osobą na świecie jakby nic poza nią, nie miało
znaczenia. Lubiła to. Lubiła czuć, że jest dla niego centrum
wszechświata. Że on jest gotów zrobić wszystko, byle tylko ją
zadowolić. Z drugiej strony, kiedy był wśród swoich kolegów
potrafił zażarcie bronić swojego zdania, prowadząc z nimi długie
dyskusje, tylko po to aby racja była zawsze po jego stronie.
Podobało jej się to.
Ich relacja powoli,
niemal niepostrzeżenie, przesunęła się w kierunku, którego sama
jeszcze niedawno nie potrafiłaby nazwać. Była zaintrygowana jego
uległością. Tym, że nie tylko ją akceptował — on ją chłonął.
Z nim przeżyła swój pierwszy raz, bez pośpiechu i bez
niepewności, jakby od początku wiedziała, że właśnie tak
powinno to wyglądać. Kiedy w chwilach uniesienia wbijała paznokcie
w jego skórę, szczypała go, drapała po plecach albo po udach —
znosił to bez słowa. Czasem syknął z bólu, ale nie protestował.
Wręcz przeciwnie — był wtedy jeszcze bardziej skupiony na niej.
To ją podniecało. Czuła, że może sobie pozwolić na więcej. Że
przy nim nie musi się powstrzymywać. Próbowali już nawet różnych
zabaw. Klamerki do wieszania bielizny zapinane na sutki, łaskotanie,
przywiązywanie do łóżka. Raz, w żartobliwym tonie, powiedziała
mu, że mógłby być jej konikiem. Zaśmiał się, a potem uklęknął
na czworaka i powiedział, że może ją powozić po mieszkaniu.
Wskoczyła mu na plecy, objęła udami i zaczęła kierować nim.
Trzymała w dłoni pasek, którym lekko go poganiała. Każde
uderzenie o jego pośladki było jak impuls, który potęgował jej
podniecenie. Śmiała się wtedy, szczęśliwa i podekscytowana. To
było coś nowego. Coś, czego wcześniej nie znała — ale co z
każdą chwilą smakowało jej coraz bardziej. Nie patrzyła już
teraz na niego. Wpatrywała się w ciemniejące za oknem niebo.
— Paulina — odezwał
się spokojnie, jakby nie chciał jej spłoszyć. — Założysz dziś
do Basi jakąś sukienkę?
Spojrzała w jego stronę
z wyraźnym zaskoczeniem.
— Sukienkę? Dlaczego?
— Rzadko mam okazję
widzieć cię inaczej niż w spodniach — powiedział. — A
przecież twoje nogi mają w sobie coś z klasycznej rzeźby.
Harmonię. Proporcję. Gdyby Platon je zobaczył, pewnie uznałby je
za dowód istnienia idei piękna.
Pochylił się i musnął
ustami jej stopę, potem drugą, jakby składał hołd.
— One nie są po to,
żeby je ukrywać — dodał ciszej. — Świat i tak jest
wystarczająco chaotyczny. Dobrze, gdy czasem może zobaczyć coś
doskonałego.
— Jesteś niemożliwy —
powiedziała, z rozbawieniem. — I strasznie słodki.
Zerknęła na zegarek i
wstała przeciągając się powoli; sweter uniósł się nieznacznie,
linia pleców napięła na moment, po czym rozluźniła.
— Dobrze — rzuciła
po chwili. — Przebiorę się. Specjalnie dla ciebie.
Wróciła po kilkunastu
minutach. Miała na sobie prostą sukienkę do połowy uda —
miękki, grafitowy materiał, który układał się lekko przy każdym
kroku. Nic krzykliwego, nic kosztownego; raczej coś zwykłego z
sieciówki, coś na co mogła pozwolić sobie jako studentka, ale co
na niej wyglądało zaskakująco dobrze. Rękawy były długie,
dekolt skromny, subtelnie zaznaczona linia bioder. Czarne rajstopy
dopełniały całości. Adam wstał niemal odruchowo.
— Widzisz —
powiedział w końcu cicho — czasem wystarczy zmienić formę, ale
treść i tak pozostaje ta sama. I nadal zachwyca.
Podszedł bliżej.
Paulina uniosła ręce i zebrała włosy, odsłaniając kark.
— Upiąć? — zapytała
neutralnie, jakby pytała o coś zupełnie zwyczajnego.
Nie odpowiedział od
razu. Pochylił się i musnął ustami jej skórę tuż pod linią
włosów.
— Zostaw — szepnął.
— Lubię, kiedy są takie… trochę nieuporządkowane. Jak myśl,
która wymyka się definicji.
Jego dłoń przesunęła
się po jej udzie, po gładkiej powierzchni rajstop, wolno, z
namysłem, jakby badał reakcję nie tylko ciała, ale i jej samej.
Pod palcami wyczuł sprężystość mięśni — twardych,
wytrenowanych. Przesuwał dłoń wyżej, centymetr po centymetrze,
czując wyraźną linię napięcia, siłę ukrytą pod miękkim
materiałem. Im wyżej sięgał, tym bardziej świadomy był tego,
jak bardzo jej ciało było obecne, rzeczywiste, nieprzypadkowe. Udo
nie było tylko kształtem — było wynikiem pracy, dyscypliny,
biegania o świcie i godzin na siłowni. Był już bardzo blisko. I
wtedy Paulina ujęła jego dłoń. Ścisnęła mocniej, wystarczająco
mocno, by przerwać ruch i odebrać mu inicjatywę. Zatrzymała go
dokładnie w tym miejscu, w którym napięcie było największe.
— Jesteś bardzo
niecierpliwy — powiedziała spokojnie.
— Więcej dostaniesz
dopiero wtedy, kiedy wrócimy — dokończyła miękko, nie luzując
uścisku ani na moment.
Jej palce zacisnęły się
mocniej. Paznokcie wbiły się w skórę bez ostrzeżenia, nagle,
mocno. Adam syknął i nie zdołał powstrzymać krótkiego jęku
bólu, który wyrwał mu się z gardła. Paulina uśmiechnęła się,
z wyraźną satysfakcją, jakby dokładnie na taką reakcję czekała.
Puściła go, jakby to ona decydowała o tempie wszystkiego. Podeszła
do szafki i wyjęła swoje ulubione czarne szpilki Gino Rossi — te
same, które dostała od taty tuż przed balem maturalnym. Lubiła je
szczególnie: były proste, eleganckie, a przy tym zaskakująco
wygodne, jak na buty na obcasie. Założyła je bez pośpiechu, jakby
ten wybór był oczywisty i nie wymagał zastanowienia.
Adam podał jej płaszcz
i pomógł go założyć, poprawiając delikatnie materiał na
ramionach. Gdy sięgnęła po kluczyki od samochodu, spojrzał na nią
uważnie.
— Jesteś pewna, że
chcesz jechać autem? Jeśli chciałabyś coś wypić…
Uśmiechnęła się
krótko i pokręciła głową.
— Jutro mam ciężki
trening. Interwały i podbiegi. Rano stadion, potem lecimy do lasu.
Nie ma mowy o alkoholu, muszę być w formie.
Adam przytaknął, jakby
dokładnie tego się spodziewał.
— W takim razie
zatrzymajmy się tylko gdzieś po drodze — dodał po chwili. —
Kupię wino dla... Bachy.
Spojrzała na niego kątem
oka, rozbawiona, i bez słowa otworzyła drzwi od mieszkania.
-----
Rozdział XII –
Konsekwencje
Trójmiasto – marzec
2008
Adam wyszedł ze sklepu i
wsiadł do auta, ostrożnie układając na kolanach butelkę
mołdawskiego wina i niewielki bukiet kwiatów. Papier zaszeleścił
cicho, gdy zamykał drzwi. Paulina ruszyła płynnie, bez pośpiechu
zerkając jednak na kwiaty.
— Dla Basi —
powiedział, jakby tłumacząc się. — Urodziny jednak zobowiązują.
Przez chwilę jechali w
ciszy, aż odezwał się znów, już swoim tonem — tym, w którym
zawsze mieszały się ironia i erudycja.
— Basia jest zodiakalną
Rybą. Tak jak ja. — Uśmiechnął się krzywo. — Dwa znaki wody.
Za dużo dryfowania, za mało brzegu. To nie mogło się udać.
— Mhm — mruknęła
Paulina, jakby bardziej interesowała ją zmiana biegów niż sens
tej analizy.
Adam jednak kontynuował:
— W ogóle Ryby mają
tendencję do idealizowania wszystkiego. Ludzi, relacji, nawet
własnych wyobrażeń. Potem zawsze przychodzi rozczarowanie.
Zerknęła na niego
krótko.
— Adam… trochę za
dużo o niej mówisz jak na byłą dziewczynę. Wystarczy, że
jedziemy na jej urodziny.
Zawahał się ułamek
sekundy, po czym dodał, jakby mimochodem:
— Co innego Byk.
Stabilny. Ziemia pod stopami. Siła, która nie musi się tłumaczyć.
I ta cielesność. Zmysłowa, pewna siebie. Kobieta, która nie
prosi o uwagę, tylko ją przyciąga. Seksowna właśnie dlatego, że
wie, kim jest.
Mówiąc to, położył
dłoń na jej udzie. Paulina uśmiechnęła się, nie patrząc na
niego.
— Mało ci było moich
pazurów przed wyjściem z domu?
Natychmiast cofnął
rękę, jakby ten dotyk sam w sobie był już wykroczeniem. Opuścił
wzrok, a gdy odezwał się po chwili, jego głos był wyraźnie
cichszy, spokojniejszy.
— Masz rację.
Zapomniałem się. — Przełknął ślinę. — Czasem wystarczy mi
sekunda, żebym pomylił pragnienie z pozwoleniem. Mój błąd. Już…
wracam na swoje miejsce. To wszystko przez to, że tak na mnie
działasz.
Paulina uśmiechnęła
się z satysfakcją, a on usiadł prosto, dłonie trzymając już
przy sobie, jakby fizycznie zaznaczał granicę, której nie powinien
był przekraczać. Resztę drogi pokonali w milczeniu.
Podjechali pod blok na
Zaspie, jeden z tych typowych, nieco surowych, z lat
osiemdziesiątych, które po zmroku wyglądają jeszcze bardziej
anonimowo niż w świetle dnia. Paulina zaparkowała i zgasiła
silnik. W windzie poprawiła włosy jednym szybkim ruchem dłoni,
patrząc na swoje odbicie w brudnym lustrze. Adam spojrzał na nią i
pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
— Naprawdę… jesteś
piękna — powiedział jeszcze raz, jakby nie potrafił tego nie
powtórzyć.
Otworzyli drzwi i po
kilku krokach stanęli przed mieszkaniem Basi. Gospodyni otworzyła
niemal od razu. Była dokładnie taka, jaką Paulina zapamiętała:
drobna, schludna, z urodą, która nie domagała się uwagi. Włosy w
nijakim odcieniu, coś pomiędzy jasnym brązem a mysim blondem,
spięte były w prosty kucyk, bez fryzury, bez zamiaru. Miała na
sobie sukienkę w bezpiecznym, mdłym kolorze, zestawioną z
kardiganem i brązowymi rajstopami. Całość wyglądała poprawnie,
ale zupełnie bez wyczucia stylu — jakby każda część była
wybierana osobno, bez myśli o całości. Uśmiechnęła się
grzecznie, trochę nerwowo.
— Wszystkiego
najlepszego Basieńko — powiedział Adam, nachylając się i
całując ją w policzek. — Sto lat.
— Cześć, wszystkiego
najlepszego — powiedziała Paulina, z uprzejmą rezerwą, bez
cienia poufałości.
W środku było już
sporo ludzi. Kilku chłopaków od razu podeszło, witając się z
Adamem. Jeden z nich zatrzymał spojrzenie na Paulinie odrobinę
dłużej.
— A ty musisz być
Paulina — rzucił z uśmiechem. — Adam ma szczęście. Ciągle o
tobie mówi. Już wiem dlaczego.
Odwzajemniła uśmiech
bez nadmiernej serdeczności, ale i bez dystansu. Pozostałych
kolegów poznała już wcześniej. Przywitali ją ciepło, jakby jej
obecność była czymś oczywistym.
Dziewczyny natomiast
ograniczyły się do zdawkowych powitań. Krótkie „hej”, szybkie
spojrzenia, które nie zapraszały do rozmowy. Jedna odwróciła się
niemal natychmiast, inna zajęła się szukaniem czegoś w torebce.
Paulina zauważyła to, ale nie skomentowała w żaden sposób,
wiedziała, że trochę tu nie pasuje. W salonie kłębiły się
rozmowy o wszystkim i o niczym: o filozofach, których nikt do końca
nie czytał lub nie rozumiał, o planach po studiach, o tym, jak
bardzo system akademicki nie docenia ich potencjału. Domorośli
intelektualiści w pełnej krasie — elokwentni, pewni siebie,
trochę sztuczni. Rozglądała się po tym towarzystwie z cichą
ciekawością, jak ktoś, kto znalazł się w obcym ekosystemie, ale
nie czuje potrzeby, aby się w nim zadomowić.
Adam szybko wsiąkł w
rozmowę. Stał przy ścianie z kieliszkiem wina w dłoni, pochylony
lekko do przodu, jakby sama intensywność myśli wymagała
odpowiedniej postawy ciała. Dyskutował z dwoma kolegami o jakimś
tekście — o tym, czy późny Heidegger jeszcze coś wnosi, czy już
tylko krąży wokół własnych pojęć. Mówił dużo, z pasją,
gestykulował. Śmiał się. Na Paulinę zerknął tylko raz,
przelotnie, jakby sprawdzał, czy wciąż jest w pobliżu, po czym
znów wrócił do sporu. Po chwili przestała słuchać. Przeszła
kilka kroków dalej i sięgnęła po leżący na półce album.
Bauhaus. Gruba, matowa okładka, dobre wydanie. Usiadła na brzegu
fotela i zaczęła kartkować strony powoli, z prawdziwym
zainteresowaniem. Geometryczne bryły, surowe wnętrza, szkło i
stal, czyste linie pozbawione ozdobników. Fotografie warsztatów w
Dessau, krzesła Breuera, projekty Gropiusa — wszystko
podporządkowane funkcji, ale z wyczuwalnym rygorem estetycznym.
Podobał jej się ten porządek i ta myśl, że forma może wynikać
z dyscypliny, a nie z kaprysu.
— Jeśli chcesz
spokojnie obejrzeć lub poczytać to możesz zabrać — odezwała
się nagle Basia, stając obok niej.
Paulina uniosła wzrok.
— Naprawdę?
Przepraszam, że tak bez pytania.
Basia wzruszyła
ramionami.
— Nie ma problemu.
Oddasz przy okazji. Albo wcale, jeśli ci się spodoba. Ja i tak nie
znam niemieckiego.
Paulina uśmiechnęła
się, tym razem szczerze.
— Dziękuję. Chętnie.
Wróciła wzrokiem do
albumu, ale tym razem patrzyła na niego inaczej. Pojawiło się w
niej lekkie, nieoczekiwane ukłucie żalu. Adam był tak bardzo
pochłonięty rozmową, tak głęboko zanurzony w swoich dyskusjach,
że przestała być dla niego centrum świata — a przynajmniej tak
to odczuła. To było nowe doświadczenie. Na innych spotkaniach
zwykle siedzieli blisko siebie, ramię przy ramieniu, a nawet jeśli
rozmowa toczyła się wokół nich, zawsze istniał jakiś cichy znak
obecności: jego dłoń przesuwająca się po jej palcach, krótki
uścisk, muśnięcie, które mówiło: jestem tu, z tobą. Teraz tego
zabrakło. Jakby coś wymknęło się spod kontroli, rozproszyło w
zbyt wielu głosach jednocześnie.
Przewracała kolejne
strony albumu, modernistyczne linie miały w sobie porządek i spokój.
Adam tymczasem nadal był całkowicie pochłonięty rozmową. Ktoś
dolał mu wina, ktoś inny rzucił nowy argument. Śmiał się, mówił
głośniej, gestykulował, nie zauważając, że Paulina jest kilka
metrów dalej — spokojna, zamknięta w sobie, skupiona na
kształtach, liniach i ideach sprzed niemal wieku, które nagle
wydawały się bardziej przewidywalne i bezpieczne niż to, co działo
się wokół niej.
Ktoś właśnie rzucił
kolejne nazwisko, ktoś inny podniósł głos, próbując udowodnić,
że bez Nietzschego nie da się dziś mówić o nowoczesnym
podmiocie. Paulina, która dotąd słuchała z boku, podniosła wzrok
znad albumu i włączyła się nagle do dyskusji.
— Ale przecież u
Nietzschego to nie jest proste zerwanie z moralnością. On nie
proponuje nihilizmu jako celu. Raczej diagnozuje go jako stan
przejściowy. Śmierć Boga nie jest zaproszeniem do chaosu, tylko
momentem, w którym człowiek zostaje zmuszony do wzięcia
odpowiedzialności za własne wartości. Nadczłowiek nie ma niszczyć
dla samego niszczenia, tylko tworzyć z siebie, z własnej siły.
Adam spojrzał na nią z
lekkim protekcjonalnym uśmiechem.
— Paulina — zaczął,
machając ręką, jakby chciał odsunąć temat na bok. — To jednak
dość poważna rozmowa. I wiesz, to że w swoim perfekcjonizmie
przekopałaś się przez Nietzschego, nie znaczy jeszcze, że widzisz
szerszy kontekst. Można znać teksty na pamięć i nadal nie
rozumieć, o co w nich naprawdę chodzi. Może więc skup się na
tych swoich średniowiecznych eposach rycerskich. Parsifal, Roland,
te sprawy. Filologia to jednak nie filozofia.
Zapadła cisza. Ktoś
odchrząknął, ktoś inny spuścił wzrok do kieliszka. Nawet Basia,
niosąca właśnie miskę z sałatką, znieruchomiała, jakby nagle
zrobiło się niezręcznie. Paulina poczuła, jak coś w niej się
zaciska, ale głos miała wciąż spokojny.
— To ciekawe —
powiedziała po chwili — że mówisz o poważnej rozmowie, a
jednocześnie sprowadzasz Nietzschego do haseł. On sam pisał
przecież, że filozofia, która nie potrafi tworzyć stylu, jest
martwa. „Tako rzecze Zaratustra” jest bliższy eposowi niż
traktatowi. A filologia uczy właśnie tego: czytania sensów, rytmu,
ironii. Nie tylko pojęć, ale tego, jak one działają.
Znów zapadła cisza.
— Właściwie… —
odezwał się jeden z kolegów Adama. — Ona ma rację. Nietzsche
świadomie korzysta z form literackich. Bez tego trudno go zrozumieć.
— Dokładnie — dodała
jedna z dziewczyn, nieśmiało. — Na seminarium mieliśmy o tym
cały blok.
Adam nawet na nich nie
spojrzał. Upił łyk wina, jakby te słowa w ogóle nie padły,
jakby nie dotyczyły rozmowy, która — w jego przekonaniu —
właśnie wracała na właściwe tory.
— No dobrze — rzucił
po chwili, już do kogoś innego. — Wracając do pytania o podmiot
i jego autonomię…
Paulina poczuła, jak coś
w niej twardnieje, jakby napięcie zbierało się pod skórą. Przez
ułamek sekundy miała ochotę odpowiedzieć — ostro, bez litości.
Zamiast tego zamknęła album, powoli, zbyt powoli, jak na
przypadkowy gest. Jej twarz pozostała spokojna, ale oczy zdradzały
wściekłość, której nie zamierzała teraz rozładowywać. Nie
odezwała się więcej. Minęło pół godziny. Adam zdążył wypić
kolejny kieliszek wina, wrócić do rozmów, śmiać się głośniej
niż wcześniej. W końcu podeszła do niego i stanęła tuż obok.
— Jedziemy —
powiedziała krótko.
Spojrzał na nią z
opóźnieniem, marszcząc brwi.
— Już? — spróbował
jeszcze, z wymuszonym uśmiechem. — Przecież dopiero się
rozkręciło. Mogę jeszcze chwilę…
— Nie — przerwała mu
spokojnie. Ton miała równy, pozbawiony emocji, ale właśnie to
czyniło go niepodważalnym. — Jedziemy teraz. Albo jadę sama, a
ty zostajesz.
Zawahał się, jakby
szukał argumentu, ale szybko zrozumiał, że go nie będzie miał.
Westchnął cicho i niechętnie zaczął się zbierać, wciąż
trochę niezdarny po winie. Po drodze pożegnał się z Basią,
składając jej jeszcze raz życzenia; Paulina skinęła głową i
powiedziała krótkie „dziękuję za album”. Kilkoro gości
pożegnało ich jeszcze w drzwiach — ktoś machnął ręką, ktoś
rzucił „do zobaczenia”. Wyszli.
W aucie próbował coś
powiedzieć, ale Paulina uruchomiła silnik i ruszyła bez słowa.
Milczała. Jej twarz była spokojna, skupiona na jeździe, a cisza
między nimi gęstniała z każdym kolejnym kilometrem. Jechali przez
nocne miasto. Światła uliczne przesuwały się po szybach w równym
rytmie, skrzyżowania migały i znikały, a w aucie panowała cisza,
gęsta i niewygodna. Zerkał na nią co chwilę, jakby szukał
momentu, w którym mógłby się w nią wstrzelić słowem. W końcu
westchnął.
— Paulina… — zaczął
ostrożnie. — Przepraszam.
Nie odpowiedziała.
Skupiła wzrok na drodze, dłonie trzymała spokojnie na kierownicy,
twarz nie zdradzała niczego poza chłodną koncentracją.
— Wiem, że to źle
zabrzmiało — ciągnął, coraz bardziej nerwowo. — Wypiłem za
dużo wina. Naprawdę było dobre… i zagadałem się, zagapiłem.
To nie było przeciwko tobie. Po prostu… głupio wyszło.
Milczała nadal. To
właśnie najbardziej go niepokoiło — nie złość wyrażona
słowami, tylko ta cisza, w której nie było miejsca na
usprawiedliwienia.
— Nie powinienem był
tak mówić — dodał ciszej. — Wiesz, że cię szanuję i
podziwiam. Po prostu… dałem się ponieść.
Zmieniła pas, spojrzała
w lusterko, jakby jego słowa były tylko pustym dźwiękiem w tle.
— Przepraszam —
powtórzył. — Naprawdę. Powiedz mi tylko, co mam zrobić, żebyś
nie była już na mnie zła?
Nie spojrzała na niego.
Jechała dalej, a jej milczenie mówiło wyraźniej niż jakakolwiek
odpowiedź. Podjechali pod blok. Silnik jeszcze cicho pracował, a
Adam wciąż próbował mówić, jakby słowa mogły odwrócić to,
co już się stało.
— Paulina, ja naprawdę
wiem, że to nie było w porządku.
Nagle przerwał i
spojrzał w bok, przez szybę.
— Poczekaj chwilę.
— Co chcesz zrobić? —
zapytała chłodno. To były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała od
momentu, gdy wyjechali spod bloku Basi.
Nie odpowiedział.
Otworzył drzwi i wysiadł, zostawiając je uchylone. Obserwowała go
przez przednią szybę, jak odchodzi kilka kroków dalej, w stronę
krzaków między blokami. Dopiero wtedy dostrzegła młodą brzozę.
Adam podszedł do niej niepewnie, jakby sam nie był do końca
pewien, co zamierza zrobić. Chwilę szamotał się z gałęziami,
pociągając je zbyt gwałtownie, za mało zręcznie.
Paulina westchnęła i
również wysiadła z auta.
— Co ty znowu
wymyśliłeś? — rzuciła ostrzej. — Adam, jesteś pijany. Zostaw
to i natychmiast wracaj tu do mnie.
Nie posłuchał. Jeszcze
raz szarpnął, aż w końcu dwie cienkie, giętkie witki ustąpiły.
Wrócił, trzymając je w dłoni, jak coś kruchego, a jednocześnie
znaczącego. Spuścił wzrok, jakby nagle musiał zebrać myśli i
odwagę, zanim znów na nią spojrzy.
— Wiesz… — zaczął
wolno. — Cały wieczór mówiliśmy o odpowiedzialności, o
konsekwencjach słów. O tym, że myśl bez czynu jest pusta. A ja
sam zapomniałem o najprostszej rzeczy. Uniósł witki.
— Jeśli człowiek
przekracza granicę, powinien ją poczuć. Inaczej wszystko zostaje
tylko teorią. — Uśmiechnął się krzywo.
— Zawsze uważałem, że
kara ma sens tylko wtedy, gdy przywraca porządek. A ja ten porządek
naruszyłem.
Spojrzał na nią
uważnie.
— Te witki są dla
ciebie. Jeśli uznasz, że właśnie tak powinno się to domknąć.
Patrzyła na niego przez
dłuższą chwilę. Jej spojrzenie było chłodne, jakby oceniała
nie tyle sam gest, ile jego intencję. W końcu uniosła kącik ust.
— W sumie... dobry
pomysł. Marsz do domu!
Weszli do mieszkania w
ciszy. Drzwi zamknęły się za nimi miękko, ale odgłos zamka
zabrzmiał wyraźniej, niż powinien. Paulina zdjęła płaszcz i
odłożyła go bez pośpiechu. Album Basi położyła na szafce w
przedpokoju.
Odwróciła się do
Adama.
— Daj mi je —
powiedziała krótko.
Podał witki bez słowa.
Wzięła je do ręki, ważąc przez chwilę, jakby sprawdzała ich
ciężar. Jej spojrzenie było skupione, chłodne, uważne. Adam stał
naprzeciwko, wyraźnie spięty.
— Dobrze. Rozbierz się.
Spodnie i majtki.
Powiedziała to
spokojnie, bez podnoszenia głosu. Przełknął ślinę. Przez moment
stał nieruchomo, po czym zaczął robić to, co poleciła. Jego
ruchy były powolne, trochę niezdarne. Gdy skończył, spojrzał na
nią wyczekująco. Wskazała mu miejsce.
— Tam. Dłonie płasko
na ścianę i nie wolno ci ich oderwać.
Oparł się, tak jak
kazała. Przez chwilę przyglądała się uważnie witkom, obracając
je w palcach, sprawdzając ich długość, sztywność, drobne
nierówności kory. Jedną z nich odłożyła bez słowa, drugą
zatrzymała. Uniosła lekko i wykonała kilka próbnych ruchów w
powietrzu. Adam usłyszał cichy świst, przecięcie powietrza,
dźwięk na tyle wyraźny, że napięcie w jego ciele natychmiast się
pogłębiło. Stał nieruchomo, wsłuchany w każdy odgłos, świadomy
każdego nierównego oddechu. Zrobiła krok bliżej.
— Jestem bardzo
rozczarowana, tym jak mnie dziś potraktowałeś. Trzydzieści
uderzeń. Każde będziesz liczył.
Zanim zdążył
zareagować, witka przecięła powietrze i z głośnym trzaskiem
spadła na jego pośladki.
– Licz !
– Jeden – wykrztusił.
– Paulina, co ty wyprawiasz, daj spokój, to boli jak cholera.
Przesadzasz!
– Cisza! Chcę słyszeć
tylko, jak liczysz! To jest twoja kara.
Kolejne uderzenia spadały
regularnie, a na jego ciele momentalnie zaczęły pojawiać się
czerwone paski. Biła mocno. Adam stękał, pojękiwał, a jego głos
drżał z bólu. Liczył jednak dalej.
– Pięć … sześć…
Przy siódmym uderzeniu —
mocniejszym, bardziej zdecydowanym — rozległ się nagły trzask.
Krótki, ostry. Rózga pękła bez ostrzeżenia, jakby nie wytrzymała
nagromadzonej energii.
Spojrzała z chłodnym
rozczarowaniem na złamany koniec. Rzuciła ją na podłogę i
sięgnęła po drugą. Rozległ się głośny świst, który sprawił,
że Adam instynktownie zesztywniał.
— Osiem... Paulina
przestań, proszę... to...
Kolejne uderzenie było
jeszcze mocniejsze, a druga witka pękła z ostrym trzaskiem i spadła
na podłogę.
Spojrzała na nią bez
słowa, a potem na niego.
— Co za gówno mi dałeś
— powiedziała chłodno. — Obie bezużyteczne.
Adam odwrócił się w
jej stronę.
— Przesadzasz —
powiedział z wysiłkiem. — To nie jest już zabawne. One były
suche. A ty bijesz zbyt mocno.
Paulina zamarła. Przez
krótką chwilę wydawało się, że coś w niej pękło nie mniej
gwałtownie niż te gałęzie. Jej głos, gdy się odezwała, był
niski i twardy.
— Nie mów mi, co jest
zabawne, a co nie i jak mam reagować na brak szacunku. Ignorowałeś
mnie i poniżyłeś przy swoich znajomych!
Zrobiła krok w jego
stronę.
— Oprzyj się z
powrotem o ścianę i przestań się w końcu głupio tłumaczyć.
Kara nie jest po to, żeby było miło albo zabawnie. Jest po to,
żeby bolało i żebyś zrozumiał. Czekaj i nie ruszaj się.
Poprawił swoją pozycję.
Plecy miał napięte, dłonie oparte o chłodną powierzchnię,
oddech szybki i niespokojny. Słyszał, jak dziewczyna krąży po
mieszkaniu. Jej kroki były szybkie, nerwowe. Weszła do sypialni,
otwierała jakieś szuflady, coś przesuwała. Wracając, trzasnęła
drzwiami, jakby próbowała rozładować napięcie. W dłoni trzymała
czarny kabel — gruby i ciężki. Zwisał luźno, jakby był tylko
przedmiotem, a jednak jego obecność zmieniała wszystko. Jej twarz
była spokojna, ale oczy miały w sobie coś twardego,
nieustępliwego.
— Stań prosto i wypnij
tyłek — powiedziała lodowato.
Adam natychmiast wykonał
polecenie. Wiedział już, że w tej chwili nie chodzi o karę samą
w sobie, lecz o coś głębszego — o granice, o odpowiedzialność
za słowa, o konsekwencje.
Zatrzymała się tuż za
nim.
— Teraz już nie
będziesz mi mówił, że przesadzam — dodała spokojnie. — Teraz
będziesz tylko żałował.
W mieszkaniu znów
zapadła cisza. Gęsta, napięta, pełna tego, co niewypowiedziane.
Przewód uderzył go w pośladki, wydając głuchy, ciężki świst.
Adam zawył z bólu.
— Aah, kurwa! Co to
jest?
— Zwykły kabel
sygnałowy do gitary basowej. Solidny i gruby. Normalnie przenosi
dźwięk, dziś służy do czegoś innego.
— Proszę… Paulina,
dość… To jest chore. Co ty robisz?
— Licz dalej —
odpowiedziała chłodno. – Kara to kara. Masz nauczyć się
szacunku do mnie.
— Ja cię przecież
szanuję i ubóstwiam, tylko dziś...
Kiedy kolejny raz spadł
na pośladki, jego ciało zadrżało.
—Je–jedenaście...
Dyszał ciężko, mocno
opierając się o ścianę, a jego palce naciskały ją, jakby
chciały się w niej zatopić.
– Wypnij tyłek, ile
razy mam powtarzać?
— Dwanaście, aaa!
Ból po uderzeniu
rozchodził się głęboko po jego ciele. Odwrócił głowę przez
ramię, jego twarz była napięta, zlana potem, a oczy pełne łez i
niedowierzania.
– Ty… ty jesteś
nienormalna – syknął. – Zwariowałaś, Paulina.
Uniosła brew i powoli
opuściła kabel wzdłuż jego pleców, jakby celowo przedłużając
chwilę ciszy.
– Przeproś –
powiedziała spokojnie. – Dostaniesz za to dwadzieścia dodatkowych
razów.
– Co?! – Adam
odwrócił się gwałtownie. – Zwariowałaś. Przestań. To już
nie jest zabawne. To już jest... – urwał, szukając w jej twarzy
choćby śladu zawahania się, jednak nic nie znalazł. Było tam
tylko skupienie i chłodna konsekwencja.
– Na miejsce –
rozkazała. – Natychmiast. Wracaj do bicia!
Stał jeszcze przez
chwilę, jakby coś w nim się szarpało, ale w końcu – powoli –
znowu odwrócił się, mówiąc pod nosem coś, co przypominało
przeprosiny. Paulina nie czekała. Uderzyła. Bardzo mocno.
Krzyknął. Kolejne
uderzenie było jeszcze mocniejsze.
– Nie! – krzyknął
nagle, odskakując i chwytając się za pośladki. – Dość! Dość
z tym teatrzykiem! Co ty odpierdalasz?! Jesteś walnięta wariatko!
Zrobiła krok w jego
stronę. Nie podniosła głosu. Nie zmieniła wyrazu twarzy. Ale jej
spojrzenie było lodowate.
– Ubierz się. I wyjdź.
Adam stał bez ruchu, z
szeroko otwartymi oczami, jakby próbując jeszcze coś powiedzieć,
ale nie potrafił wydobyć z siebie słowa. W jej oczach nie było
litości. Tylko cisza i decyzja, której nie miał szans już
zmienić.
– Powiedziałam, wyjdź!
Głos Pauliny był niski,
wyjątkowo spokojny. Ten spokój był gorszy niż krzyk. Adam czuł
to natychmiast — to była cisza kogoś, kto już podjął decyzję.
Próbował coś jeszcze powiedzieć.
– Paulina ja tylko...
Nie chciałem cię obrazić. Posłuchaj mnie chwilę, ja...
– Nie. Nic mnie już
nie interesuje. Wyjdź, proszę.
W jej głosie nie było
przestrzeni na dyskusję. Tylko decyzja. Jego rzeczy: spodnie,
bokserki i buty leżały rozrzucone na podłodze. Klęknął i zaczął
je chaotycznie zbierać, walcząc z piekącym bólem, który przy
każdym ruchu przypominał mu o tym, co się stało. Palce mu drżały,
but wypadł z dłoni. Nie potrafił skupić wzroku, jakby wszystko
wokół było nagle zbyt jasne, zbyt głośne, zbyt bliskie.
– Paulina, proszę… –
zaczął jeszcze raz, już bardziej zdesperowany. – Przepraszam.
Naprawdę. Ja… ja cię kocham, ja tylko próbuję...
Odwróciła się do niego
powoli. Patrzyła z tak lodowatą obojętnością, że słowa same
zamarły mu w gardle.
– Nie interesuje mnie
twoje kocham. – Jej ton był suchy jak szkło. – Nie interesują
mnie twoje intencje, tłumaczenia, żale. Już nie.
Z grymasem bólu na
twarzy wciągnął spodnie. Włożył buty i kurtkę. Wciąż
próbował:
– Chcę tylko to
wyjaśnić. Proszę cię… powiedz mi, co mam zrobić, żeby... Ja
tylko chciałem powiedzieć, że to nie było normalne...
I wtedy padły te słowa.
Powiedziane tak, że zabrzmiały jak klątwa.
– Wypierdalaj. Z mojego
domu. Z mojego życia. Natychmiast.
Zrobiła krok w jego
stronę, wskazując mu drzwi. Poczuł, jakby coś uderzyło go prosto
w splot słoneczny. Stał chwilę w bezruchu, zdezorientowany, jakby
jego ciało próbowało odmówić wykonania tego jednego prostego
polecenia.
– Paulina… proszę.
Ja cię nie chcę stracić.
– Już mnie straciłeś.
– Jej głos ani na moment nie zadrżał. – Wyjdź!
Odwróciła się tak, jak
odwraca się od hałasu, który nie ma znaczenia. Jakby przestał
istnieć. Stała tyłem, w milczeniu, skupiona na nerwowym
poprawianiu zegarka. Szarpnął klamkę. Zanim zamknął za sobą
drzwi, spojrzał na nią jeszcze raz, w ostatniej nadziei, że
odwróci głowę. Nie odwróciła. Gdy drzwi zamknęły się z
głośnym uderzeniem, mieszkanie natychmiast ucichło, jakby ktoś
wyłączył całe tło dźwiękowe jej życia. Ciało miała napięte
do granic, ramiona uniesione tak, jakby jeszcze próbowała zachować
kontrolę, choć ta już od dawna wymykała się jej z rąk. Dopiero
po kilku sekundach rzuciła kabel na podłogę i ruszyła przed
siebie, powoli, bezwiednie, jakby poruszała się przez gęsty, obcy
krajobraz. Przekręciła zamek w drzwiach, poszła do sypialni i
opadła na łóżko. Skuliła się, podciągając nogi, a twarz
wcisnęła w dłonie. I wtedy emocje, dotąd spięte i zduszone,
przerwały tamę. Płakała długo i ciężko, tak jak nie płakała
jeszcze nigdy. Bez kontroli, bez hamowania, bez świadomego oddechu.
Jej ramiona drżały, a oddech rwał się w nierównych, bolesnych
seriach. Łzy spływały z policzków na pościel. Czuła, jak każdy
kolejny wstrząs rozrywa w niej coś, co wcześniej wydawało się
stabilne, nienaruszalne. Wspomnienia ostatnich minut wracały falami
– chaotycznie, boleśnie. Nie to, że go wyrzuciła i w praktyce
zerwała z nim. Najgorsze były słowa, które wypowiedział w swojej
bezradności, może głupocie, może strachu a może nieświadomie.
„Wariatka”. „Nienormalna”. Poczuła, jak kolejne łzy
wymykają się spod powiek, ostrzejsze niż poprzednie. To były
ciosy w najgłębszą część jej tożsamości, w to, co latami
ukrywała, co pozwalała ujrzeć tylko jemu, w tę część siebie,
która jest intensywna, wymagająca, nieoczywista. Zranił ją jako
kobietę, która kocha inaczej, głębiej, mocniej, poprzez zadawanie
bólu i cierpienia. A on to odrzucił. Leżała tak długo, aż płacz
zaczął słabnąć. Nie dlatego, że pojawił się spokój – lecz
dlatego, że ciało nie mogło już więcej. Oddech stał się
wolniejszy, stabilniejszy. Powoli odsuwała dłonie od twarzy, choć
policzki wciąż były mokre, a rzęsy sklejone. W ciszy, która
wróciła do pokoju, pojawiło się miejsce na pierwszą myśl. Nie
była wcale spokojna. Była zimna, twarda i bolesna. Przez dłuższą
chwilę leżała na boku, oddychając już równo, wpatrzona pustym
wzrokiem w przestrzeń przed sobą. W głowie pojawiały się kolejne
refleksje: o tym, że próbowała stworzyć z nim świat, którego
nie zrozumiał; o tym, że pragnęła w nim siły, której on nie
potrafił zbudować; o tym, że być może myliła wrażliwość z
gotowością. W końcu odetchnęła głębiej. W spojrzeniu, które
powoli wracało na jej twarz, można było dostrzec cień
determinacji. Ból przestawał być chaotyczny — układał się w
coś ostrzejszego, bardziej uporządkowanego, w myśl o przyszłości,
która musi wyglądać inaczej. W świadomość, że jeśli chce
pełni, nie może brać byle namiastki. Że potrzebuje kogoś, kto
nie będzie uciekał, nie będzie się bał jej intensywności, jej
natury, jej sadyzmu, jej dominacji. Kogoś, kto ją uniesie. A może
nawet – kto ją pochłonie równie mocno, jak ona pochłania
innych. W końcu wyszeptała, ciągle szlochając:
– Nie jestem
wariatką... Nie jestem...
Jej głos był ochrypły
od płaczu. Leżała jeszcze chwilę w ciszy, zanim powoli, bardzo
powoli, zaczął w niej kiełkować nowy rodzaj spokoju – ten,
który nie wynika z pogodzenia się, lecz z decyzji, by iść dalej.
-----
Rozdział XIII – Anons
Sopot, kwiecień 2008
Adam był dla niej kimś
szczególnym. Pierwszym mężczyzną, przed którym naprawdę się
otworzyła — pierwszym, któremu zaufała na tyle, by oddać mu
swoją intymność. Z nim przekroczyła granicę, za którą ciało i
emocje przestają być abstrakcją, a stają się doświadczeniem.
Dlatego zajmował w jej pamięci miejsce, którego nie dało się
łatwo zastąpić. Przy nim naprawdę czuła się centrum świata,
kimś jedynym i niepodważalnym. Jego uległość była naturalna,
niewymuszona; patrzył na nią tak, jakby poza nią nic nie istniało.
Dlatego dzień, w którym wszystko się rozpadło, bolał podwójnie.
Źle się ułożył od samego początku: impreza, za dużo wina,
rozmowy, które wciągały go bardziej niż ona. Ignorowanie — niby
przypadkowe, a jednak dotkliwe. Nawet jego lekceważący ton,
potrafiłaby jeszcze przełknąć. Podarowałaby mu część kary —
z niechęcią, ale podarowałaby, bo widziała, jak bolesne są
uderzenia kablem. Czuła już wtedy lekkie podniecenie, jeszcze kilka
razy, może kilkanaście i byłaby gotowa. Kazałaby mu jeszcze raz
przeprosić, a potem długo nie wypuściłaby go z łóżka. Jednak
słowa, które wtedy padły — wariatka, nienormalna — wbiły się
zbyt głęboko. Tego nie umiała już unieść. Próbował potem
nawiązać kontakt, pisał, dzwonił, tłumaczył się, przepraszał.
Pozostawała jednak nieubłagana. Coś pękło i nie dało się tego
skleić.
Po tym, jak zakończyła
z nim relację, przez kolejne dni funkcjonowała na autopilocie.
Skupiona na nauce, zajęciach, przygotowaniach do letniej sesji i
bardzo intensywnych treningach, próbowała zepchnąć bolesne
wspomnienia na dalszy plan, choć zdarzało jej się jeszcze popłakać
do poduszki. Im bardziej starała się nie myśleć o tym, co się
wydarzyło, tym silniejsze stawało się w niej poczucie niedosytu.
Napięcie, które w niej narastało, nie znikało — przeciwnie,
przybierało nową, niepokojącą formę. To już nie była tylko
ciekawość. To była potrzeba. Któregoś wieczora, leżąc w łóżku
z laptopem na kolanach, zaczęła przeglądać Internet. Początkowo
bez konkretnego celu, ale algorytmy już dobrze znały jej
wcześniejsze zapytania. Link za linkiem, wpis za wpisem – aż
trafiła na forum poświęcone kobiecej dominacji. Czytała
ostrożnie, z dystansem, zerkając przez ramię, choć przecież była
sama. Z każdą kolejną historią, opisem, wyznaniem – coś w niej
zaczynało rezonować. Te kobiety były różne – pewne siebie,
surowe, zmysłowe, wymagające, wulgarne lub po prostu sztuczne. I
choć niektóre ich praktyki wydawały się Paulinie ekstremalne, to
samo sedno – poczucie kontroli, siła, jaką dawała im relacja z
uległym mężczyzną – przyciągało ją jak magnes. Po kilku
dniach obserwowania z ukrycia postanowiła założyć konto. Długo
zastanawiała się nad pseudonimem. Nie chciała niczego oczywistego,
niczego, co brzmiałoby jak poza albo zaproszenie dla przypadkowych
ludzi. Szukała słowa, które byłoby dla niej znaczeniem, a nie
etykietą. W końcu jej myśli wróciły do Fenrira, o którym
usłyszała podczas jakiegoś fakultatywnego wykładu. Wilka z
nordyckich mitów — istoty związanej, skrępowanej, trzymanej na
uwięzi z obawy przed jego siłą. Nie był zły. Był zbyt potężny,
zbyt nieprzewidywalny, by pozwolić mu być wolnym. Fenrir nie prosił
o akceptację. Nie negocjował. Gdy w końcu zerwał więzy, świat
musiał się z nim zmierzyć. Wybrała w końcu Fenriss — z
podwójnym „s”, ostrzejsze w brzmieniu, bardziej jej, w jakiś
sposób kobiece. Podobało jej się, że to imię nie krzyczało, a
jednak niosło w sobie obietnicę czegoś niebezpiecznego. Siły,
którą można próbować powstrzymać, ale nie da się ujarzmić.
Wpisała je powoli. Poczuła krótkie, znajome ukłucie satysfakcji.
To było właściwe. Nie dlatego, że brzmiało groźnie — lecz
dlatego, że mówiło prawdę o niej samej.
Wpatrywała się w puste
pole tekstowe. Nie chciała krzyczeć. Chciała, żeby ktoś uważny
sam przeczytał między wierszami. Tuż przed snem, napisała kilka
zdań.
Jestem zadbana,
wysportowana i podobno atrakcyjna. Dopiero poznaję ten świata, ale
wiem już jedno: zadawanie bólu nie jest dla mnie grą ani fantazją
— jest potrzebą. Tak, jestem sadystką. Cenię inteligencję i
zdolność słuchania. Szukam mężczyzny, który rozumie uległość
nie jako słabość, lecz jako świadomy wybór. Kogoś, kto potrafi
oddać kontrolę i odnaleźć w tym sens. Nie obiecuję łagodności,
obiecuję konsekwencję. Ból jest językiem, którego będę
używała, mówiąc do Ciebie. Mogę szeptać... mogę krzyczeć.
PS
Nie szukam sponsora.
Szukam kogoś, kto mnie zrozumie i zaakceptuje.
Kliknęła „Opublikuj”
i zamknęła komputer. Nie chciała o tym myśleć, choć miała
cichą nadzieję, że ktoś w końcu odpisze. Następnego dnia
czekały ją dwa kolokwia i prezentacja. Jedno z kolokwiów było z
fonetyki i fonologii, które darzyła szczerą nienawiścią —
transkrypcja IPA, opozycje samogłoskowe, akcent zdaniowy. Drugie z
gramatyki opisowej. Do tego prezentacja na ćwiczeniach z morfologii:
o niemieckich czasownikach rozdzielnie złożonych, ich funkcji w
zdaniu i o tym, jak zmieniają rytm wypowiedzi. Przez kolejne dni
kompletnie zapomniała o swoim wpisie. Myśli zajmowały jej notatki,
wykłady, mordercze treningi i poczucie ciągłego zmęczenia.
Dopiero w piątkowe popołudnie, kiedy wróciła zmęczona po całym
dniu nauki i zdała sobie sprawę, że może wreszcie pozwolić sobie
na chwilę oddechu, zalogowała się na portal. Jej skrzynka
wiadomości eksplodowała treścią. Było ponad pięćdziesiąt
wiadomości. Wpatrywała się w ekran zaskoczona, zaintrygowana i
zadowolona. Zaczęła czytać. Szybko odkryła, jak wielu mężczyzn
nie potrafi nawet, napisać poprawnie kilku zdań. A to dla niej było
nie do zaakceptowania.
Od: jasiu123
Witaj pani, jestem młodym
prawiczkiem, wysoki, trochę ciałka, 18 cm w wzwodzie. Szukam
surowej dominy, proszę szansę…
Przeczytała raz. Potem
jeszcze raz, wolniej. Przez chwilę zastanawiała się, jak bardzo
rozmija się to z tym, czego szukała. Bez złości, bez pogardy —
raczej z chłodną pewnością.
— Nie przekonałeś
mnie, Jasiu — powiedziała cicho do siebie, zamykając okno
wiadomości.
Kliknęła: Kasuj.
Od: hejka90
Hej. Chcę cię poznać.
Jak mija dzionek?
— Jeśli to jest
maksimum wysiłku, to szkoda czasu.
Kliknęła: Kasuj.
Od: xXKowalXx
Cześć, fajnie napisane.
Lubię dominujące kobiety. Odezwiesz się?
Westchnęła cicho.
— Lubić to można zupę
pomidorową albo zimne piwo.
Kliknęła: Kasuj.
Od: misiek_33
Hej, nie wiem co napisać,
ale spróbuję. Szukam kogoś, kto wie, czego chce. Może pogadamy?
Zatrzymała się na
sekundę dłużej.
— Ja wiem, czego chcę.
Ty jeszcze nie. Wróć do mnie, jak się dowiesz.
Kliknęła: Kasuj.
Od: tomasz_sub
Dzień dobry, Pani
Fenriss. Mam 34 lata, od kilku lat interesuję się BDSM. Byłem w
relacjach femdom, znam podstawy zasad i komunikacji. Szukam kobiety
konsekwentnej, świadomej swojej roli, którą będę mógł
rozpieszczać i zadbać o jej stópki.
Przeczytała uważnie.
— Stópki? Ile ty masz
lat? Cztery?
Kliknęła: Kasuj.
Od: arcadio_k
Pani Fenriss,
przeczytałem Pani opis kilka razy. Mam doświadczenie w
długoterminowej relacji D/s. Interesuje mnie struktura, konsekwencja
i realna odpowiedzialność po obu stronach. Jeśli uzna Pani, że
warto, chętnie przedstawię się szerzej.
— Wreszcie ktoś, kto
nie błaga i nie pozuje.
Zawahała się,
zatrzymując kursor nad przyciskiem. Zostawiła wiadomość w
skrzynce.
Od: zmeczony_42
Witaj Pani, powiem
wprost. Jestem zmęczony. Wszędzie deklaracje, a potem brak odwagi.
Jeśli naprawdę jesteś tym, kim piszesz, chętnie Cię poznam.
Skrzywiła się lekko.
— Zmęczenie to nie
jest najlepsza rekomendacja.
Kliknęła: Kasuj.
Od: realista
Nie chciałbym Pani
urazić ale uważam, że prawdziwych domin już nie ma. Same
dziewczyny szukające łatwego zarobku i faceci, którzy podszywają
się. Jeśli jesteś inna, pokaż to.
Uśmiechnęła się
krótko, bez ciepła.
— Nie muszę niczego
udowadniać. Zwłaszcza tobie.
Kliknęła: Kasuj.
Przeglądała dalej.
Każdy miał nadzieję, że wyróżni się w jakiś sposób, że to
właśnie jego słowa, styl lub deklaracje przyciągną uwagę. Część
wiadomości kasowała odruchowo, nawet bez przeczytania do końca.
Kilka zostawiła — na później, do spokojniejszego przejrzenia,
ale ostatecznie też je skasowała. Nie miała ochoty czytać kolejny
raz o tym, jaki to świat domin jest fałszywy i obłudny. Nie
interesowały jej historie, o podszywających się facetach ani o
prostytutkach, które zajęły się dominacją. Jeden z kandydatów
popełniał rażące błędy ortograficzne – skreśliła go
natychmiast. Inny z kolei przechwalał się swoją znajomością
różnych forów i relacjonował, z kim już miał do czynienia, co
wywołało w Paulinie odruchową niechęć. Nie szukała kogoś, kto
patrzy na innych. Szukała kogoś, kto patrzy tylko na nią. Nie
znosiła porównań. Nie interesowało jej, jak ktoś wcześniej
służył innej Pani, ani co ona uważała za słuszne. To była jej
droga i jej zasady. Obok wiadomości od arcadio_k ostatecznie
zostawiła jeszcze tylko jedną.
Od: NiCK_from_theCave
Szanowna Pani Fenriss,
piszę bez pośpiechu. Nie szukam fantazji ani roli do odegrania. Mam
doświadczenie w relacji, w której kontrola była cicha, a
konsekwencja ważniejsza niż słowa. Lubię, kiedy granice są
jasne, a zasady nie podlegają negocjacjom. Jeśli uzna Pani, że
warto sprawdzić, czy nasze definicje się spotykają — jestem do
dyspozycji. Dojrzały, inteligentny, z klasą.
Przeczytała jeszcze
uważnie, bez pośpiechu, choć była już znużona.
— Dam ci szansę.
Zaczęła od Nicka.
Wydawał się wyważony, pozbawiony tej nerwowej potrzeby
imponowania, która od razu ją męczyła. Połączyli się na
Gadu–Gadu. Przez pierwsze wiadomości rozmowa toczyła się
spokojnie, rzeczowo. Pytał o granice, o oczekiwania, o to, jak
rozumie kontrolę. Odpowiadała krótko, precyzyjnie, coraz uważniej
czytając między wierszami. Pierwszy zgrzyt pojawił się szybko.
Zaznaczył niemal mimochodem, że nie może mieć śladów.
Dopytywała — dlaczego. Wtedy rozmowa zaczęła się plątać.
Uniki, półzdania, w końcu przyciśnięty jej konsekwentnymi
pytaniami, przyznał, że ma żonę. Że to skomplikowane, że
wszyscy tak robią, że przecież chodzi głównie o kontrolę, nie o
emocje. Odpisała chłodno. Napisała, że nie interesuje jej
relacja, w której musi pilnować cudzych zobowiązań. Że nie
zamierza ograniczać siebie ani swoich potrzeb. I że nie chce mieć
na sumieniu czyjegoś małżeństwa, jeśli coś pójdzie nie tak —
bo w jej świecie odpowiedzialność nie kończy się na
deklaracjach. Odpowiedź przyszła szybko i była już zupełnie inna
w tonie. Krótka, pretensjonalna. Zarzucił jej, że marnuje jego
czas, że za bardzo dramatyzuje i że spodziewał się kogoś mniej
zasadniczego. Uśmiechnęła się krzywo, czytając ostatnie zdanie.
Zniesmaczona zamknęła rozmowę, usunęła ją i zablokowała go.
Jeśli coś z tej wymiany było dla niej jasne, to to, że nie
szukała kogoś, kto boi się konsekwencji.
Nie załamała się,
następnego dnia czekała ją rozmowa z arcadio_k, czyli Arkadiuszem.
Najpierw na Gadu–Gadu. Pisali długo, zaskakująco lekko. Bez
nerwowego sprawdzania odpowiedzi, bez przeciągania ciszy na siłę.
To on zaproponował, żeby przenieść się na Skype’a. Zrobiła to
bez wahania i ściągnęła program. Ustalili, że porozmawiają
następnego dnia wieczorem, bo było już bardzo późno. Wróciła z
treningu zmęczona, ale przyjemnie rozgrzana. Długi prysznic spłukał
pot i napięcie, zostawiając na skórze charakterystyczny zapach
czystości i wysiłku. Przebrała się w miękkie, czarne legginsy
oraz luźną bluzę z kapturem i dużym logo Nike. Włosy miała
jeszcze lekko wilgotne, rozpuszczone, opadające swobodnie na
ramiona. Wyglądała świeżo i naturalnie — bez makijażu, bez
potrzeby poprawiania czegokolwiek. Jak ktoś, kto nie musi niczego
udowadniać. Pojawił się punktualnie na ekranie. Poprosił, żeby
mówiła do niego Arkadiusz — nie lubił zdrobnienia Arek.
Uśmiechnęła się na to drobne, ale znaczące zastrzeżenie. Był
miły, spokojny, elokwentny. Całkiem przystojny, choć w
nieoczywisty sposób. Miał w sobie coś znajomego — rysy twarzy,
sposób patrzenia, lekką melancholię, która na moment przywołała
w niej dalekie skojarzenie z Adamem. Nie na tyle jednak by zabolało.
Był nią wyraźnie zachwycony, mówił, że jej uroda przeszła
jego najśmielsze oczekiwania. Czarował ją inteligencją i tym, jak
opowiadał — o relacji, o oddaniu, o potrzebie służenia kobiecie
nie z lęku, lecz z wyboru. Mówił o misterium podporządkowania
się, jakby było czymś niemal sakralnym. O tym, że najważniejsze
jest jej zadowolenie. Że uśmiech na twarzy sadystki jest dla
uległego największą nagrodą, potwierdzeniem sensu wszystkiego, co
robi. Słuchała go w ciszy, oparta wygodnie o oparcie kanapy, z
kubkiem herbaty w dłoniach. Przez moment miała wrażenie, że
wszystko układa się zbyt dobrze — jakby ktoś idealnie trafił w
jej język, w jej sposób myślenia. Nie chciała, żeby ich rozmowa
szybko się urwała. Skończyli dopiero nad ranem. Cały następny
dzień chodziła niewyspana, ale w pewien sposób szczęśliwa, że w
końcu zaczyna to się jakoś układać. Przegadali tak jeszcze
kolejny wieczór, kończąc późno w nocy i umawiając się na
kolejny raz. Paulina była niemal pewna – zaproponuje mu spotkanie.
Trochę ją irytowało, że to nie on wyszedł z inicjatywą, ale w
końcu to ona była stroną dominującą. Wieczorem połączyła się
na Skype’a punktualnie. Najpierw raz. Potem drugi. Ekran pozostawał
pusty. Spróbowała ponownie, sprawdzając, czy nie pomyliła loginu.
Nic. Cisza. Przeszła na komunikator, na którym pisali wcześniej —
wysłała krótką wiadomość, neutralną, bez emocji. Nie została
odczytana. Kolejna również. Po chwili zajrzała na portal z
anonsami. Profil zniknął. Nie było po nim śladu, jakby nigdy nie
istniał. Poczuła narastającą irytację, a potem złość. Złość
na niego, ale też na siebie. Na to, że pozwoliła sobie uwierzyć,
że poświęciła czas, uwagę, swoje intymne myśli komuś, kto
okazał się niepoważny. Naiwność — to słowo przyszło jej do
głowy jako pierwsze. Nie lubiła go w odniesieniu do siebie. Minęło
kilka dni. Już prawie o nim nie myślała, kiedy odezwał się z
innego konta. Długi, nerwowy strumień zdań. Przeprosiny.
Tłumaczenia. Pisał, że stchórzył, że przestraszyły go emocje,
że chciał zaproponować jej spotkanie ale ta wizja sprawiła, iż
poczuł lęk, że rzeczywistość może mu ją zabrać, że nie był
gotów na to, co poczuł. Czytała to bez pośpiechu, z rosnącym
dystansem. Kiedy skończyła, uśmiechnęła się krótko, bez cienia
ciepła. Odpisała po swojemu — sucho, z lekką ironią, która nie
zostawiała miejsca na dalsze rozmowy. Napisała, że emocje nie są
usprawiedliwieniem dla znikania i że ucieczka nie jest cechą,
której szuka. Jedno zdanie na koniec, krótkie i ostateczne:
straciłeś swoją szansę. Zablokowała go. Bez zawahania się. Bez
potrzeby domykania czegokolwiek.
Przez kolejne dni nie
zaglądała na portal. Entuzjazm, który towarzyszył jej na
początku, wyraźnie osłabł. Zamiast ciekawości pojawiło się
zmęczenie — nie tyle samą ideą, ile ludźmi, ich chaosem,
niespójnością, brakiem odwagi. W myślach nazywała to wprost, bez
upiększeń: szukała chłopca do bicia, ale nie miała już ochoty
przedzierać się przez tłum przypadkowych, nieuważnych mężczyzn,
którzy mylili fantazję z odpowiedzialnością. Któregoś wieczora,
gdy skończyła naukę, pomyślała, że zamknie swoje konto. Bez
sentymentów. Zalogowała się z tym właśnie zamiarem. System od
razu wyświetlił powiadomienie: miała znowu ponad trzydzieści
nieprzeczytanych wiadomości. Westchnęła cicho, bardziej z irytacją
niż ciekawością i zaczęła je przeglądać. Część kasowała
od razu, już oceniając po samym tytule. Inne otwierała tylko po
to, by upewnić się, że decyzja jest słuszna — i również
usuwała. Prostackie, chaotyczne, roszczeniowe. Zbyt nachalne albo
przeciwnie: żałosne. Zatrzymała się dopiero przy dwóch. Jedną z
nich była wiadomość od użytkownika o nicku: AndyV70.
Od: AndyV70
Szanowna Pani Fenriss!
Od pewnego czasu szukam relacji opartej na zaufaniu i oddaniu, bez
gier, bez udawania, bez narracji pod publiczkę. Interesuje mnie
spójność między tym, co się myśli, mówi i robi. Jestem
mężczyzną znacznie starszym od Pani, ale mam nadzieję, że nie
będzie to powodem tego, że właśnie kasuje Pani tę wiadomość.
Dojrzałość ma pewne atuty, a przez 45 lat życie wiele mnie
nauczyło. Teraz czuję gotowość, by zrozumieć samego siebie
znacznie głębiej.
Prowadzę dużą firmę i
dlatego dyskrecja nie jest dla mnie dodatkiem, lecz warunkiem.
Oczekuję dojrzałości, odpowiedzialności i jasnych granic. Jestem
po rozwodzie, mam nastoletnie dzieci; ten etap mam uporządkowany.
Od lat noszę w sobie
pragnienie oddania kontroli — nie jako ucieczki, lecz jako wyboru.
Mam pewne doświadczenie, ale podchodzę do niego z pokorą i
ciekawością, nie z przekonaniem, że już wiem. Jeśli ceni Pani
spokój, konsekwencję i relację budowaną krok po kroku, być może
warto porozmawiać. Jeśli nie — zrozumiem i odejdę z pochyloną
głową.
AndyV70
Czytała tę wiadomość
kilkukrotnie. Uważnie. Było w niej coś, co zatrzymywało uwagę —
nie konkretne deklaracje, lecz ton. Spokój. Pewność bez
demonstracji siły. Wyważenie. Dojrzałość. Brak desperacji. Brak
maski. Odpisała. Przez kilka kolejnych dni pisali do siebie
regularnie, ale bez pośpiechu. Nie proponował komunikatorów, nie
sugerował rozmów wideo. Ona również tego nie potrzebowała.
Wymieniali długie, starannie formułowane maile, które bardziej
przypominały listy niż wiadomości wysyłane w biegu. Odpowiadał
uważnie, wracał do zdań, które wcześniej napisała, zadawał
pytania nie po to, by prowadzić rozmowę, lecz by ją pogłębić.
Pisali o granicach, o odpowiedzialności, o tym, czym dla niego jest
oddanie, a czym władza. Nie epatował słowami ani fantazjami.
Raczej porządkował rzeczy, nazywał je spokojnie, z dystansem
człowieka, który długo się wahał, zanim w ogóle zdecydował się
cokolwiek nazwać. Ona z kolei pisała coraz swobodniej, coraz
odważniej, z tą charakterystyczną dla siebie chłodną
szczerością. Nie grała. Nie testowała go tanimi prowokacjami. Po
tygodniu intensywnej korespondencji poczuła, że chce zobaczyć
twarz, którą nie raz widziała oczami wyobraźni. Nie była to
ciekawość podszyta ekscytacją, raczej potrzeba domknięcia obrazu.
Napisała krótko, że chciałaby zobaczyć jego zdjęcie. Tym razem
odpowiedź przyszła później niż zwykle. Minęły godziny. Potem
cały dzień. Cisza była wyraźna, ciężka, zupełnie inna niż
wcześniejsze, naturalne przerwy między mailami. W końcu późnym
wieczorem, pojawiła się wiadomość.
Wiesz, że boję się
takich rzeczy.
Rozumiała to. W ich
korespondencji wielokrotnie wspominał o swojej pozycji, rodzinie,
reputacji. Dla niej to była kwestia zaufania i sprawdzenia, czy ta
niewidzialna nić, którą poczuli od pierwszej wymiany wiadomości,
ma też swoje odbicie w rzeczywistości. W fizyczności.
Rozumiem, ale jeśli mamy
kiedykolwiek zrobić krok dalej, muszę wiedzieć z kim. Obiecuję
dyskrecję. Słowo.
Po kilku minutach dostała
wiadomość. Otworzyła otrzymany załącznik.
Wysoki. Elegancki.
Siwiejące skronie. Szpakowata broda. Marynarka z dobrze dobranym
krawatem. Tło – coś w stylu gali filmowej. Jego wzrok był
spokojny, ale uważny. Widać było, że nie jest amatorem zdjęć –
to było zrobione przy okazji jakiegoś oficjalnego wydarzenia,
zdecydowanie nie na potrzeby prywatnej korespondencji. Zamknęła
okno. Przez chwilę siedziała w milczeniu, patrząc przed siebie.
Wróciła do laptopa i bez większego zastanowienia zrobiła coś, co
zaskoczyło nawet ją samą. Wysłała swoje zdjęcie. Było z
wakacji. Miała na sobie lekką, lnianą sukienkę i duże okulary
przeciwsłoneczne. Siedziała w cieniu, trzymając w dłoniach
książkę. Uśmiechała się lekko, patrząc gdzieś poza kadr. Nie
wyglądała jak femme fatale. Wyglądała jak ona – prawdziwa,
zwyczajna, a może właśnie przez to bardziej autentyczna. Odpowiedź
przyszła szybko. Kilka serduszek. Potem jedno zdanie:
Jesteś piękna. I teraz
tym bardziej chcę Cię poznać.
Zanim zdążyła odpisać,
przyszła kolejna wiadomość.
Spotkajmy się. Proszę,
nie odwlekajmy już tego.
To było bezpośrednie.
Konkretne. I w jakimś sensie bardzo męskie, ale też ryzykowne.
Przez kolejne dni zwlekała z jednoznaczną odpowiedzią, udając
przed sobą samą, że musi się zastanowić. Tak naprawdę – bała
się. Kilka razy siadała do wiadomości, zaczynała pisać, po czym
kasowała tekst. Aż w końcu napisała:
Dobrze. Spotkam się z
Tobą.
Uśmiechnęła się do
siebie, wysyłając wiadomość. Nie kazał jej długo czekać.
Spacer, a potem kawa albo
herbata. Nic zobowiązującego. Po prostu miłe popołudnie. Sopot,
kościół św. Jerzego. Góra Monciaka. Czwartek o 16?
Sopot. Blisko. Znane
miejsce. Publiczne. Przemyślane. Spokojne. Bezpieczne. Odpisała po
chwili:
Do zobaczenia.
Miał na imię Andrzej.
-----
Rozdział XIV – Andrzej
Sopot, kwiecień 2008
Im bliżej było do
spotkania, tym Paulina czuła większy niepokój. Próbowała zająć
czymś myśli — sprzątaniem, prasowaniem, nawet układaniem
książek na półce — stres jednak narastał z każdą minutą.
Miała spotkać się z mężczyzną znacznie starszym od niej.
Dojrzałym, silniejszym fizycznie, większym. Nie był już
anonimowym rozmówcą z forum — znał jej najgłębsze sekrety.
Wiedział o niej więcej, niż jakikolwiek mężczyzna, z którym do
tej pory miała kontakt. Znał szczegóły jej pierwszego związku.
Po tym, jak zgodziła się na spotkanie, wymienili się numerami
telefonów. Miał piękny, ciepły, niski głos. Paulina nazwała go
radiowym. Odtąd wieczorami rozmawiali przez telefon. Opowiedziała
mu o Adamie. O tym, jak wyglądały ich wieczory, kiedy on klękał,
całował jej stopy, a ona powoli, instynktownie przejmowała nad nim
władzę. Opowiedziała mu nawet o ich ostatnim spotkaniu — o
połamanych witkach i kablu do gitary basowej, którym zaczęła go
bić. Słuchał uważnie, dopytywał, lecz nigdy nie oceniał. A
potem sam zaczął się otwierać. Zwierzał się ze swojego
nieudanego małżeństwa, z ukrytych pragnień, z tego, jak latami
udawał, że nie czuje potrzeby bycia zdominowanym. Mówił o
kobietach, które nie chciały lub nie potrafiły poprowadzić go
tam, dokąd sam nie miał odwagi pójść. W ich rozmowach nie było
wulgarności — była intymność, pewien rodzaj emocjonalnej
nagości, który bardziej obnażał niż jakikolwiek akt fizyczny.
Każda kolejna rozmowa wciągała ich coraz bardziej. Czasem
potrafili tak rozmawiać godzinami. Znali się naprawdę dobrze — a
jednak teraz, kiedy mieli się spotkać twarzą w twarz, wszystko
wydawało się bardziej realne. Groźniejsze. Paulina czuła, jak jej
ręce lekko się pocą. W myślach układała możliwe wersje
przebiegu spotkania. Jak się zachowa, jak się uśmiechnie, co
powie. To, co czuła, było mieszanką ekscytacji i niepokoju.
Przypomniała sobie jego zdjęcie – wysoki, szpakowaty, elegancki,
z tym spojrzeniem człowieka, który wie, czego chce. Spojrzała na
zegarek. Miała jeszcze godzinę. Jeszcze godzinę. Tylko godzinę.
Andrzej nie pamiętał,
kiedy ostatni raz był tak niespokojny przed spotkaniem. Przez całe
życie nauczył się zachowywać zimną krew – w salach
konferencyjnych, podczas ważnych biznesowych rozmów, w trudnych
negocjacjach, gdzie od jego decyzji zależały często miliony
złotych. A mimo to teraz czuł jak wewnętrzne napięcie ściska mu
żołądek. Fenriss była inna. Inna niż wszystkie kobiety, które
wcześniej poznał — zarówno w życiu prywatnym, jak i na tym
specyficznym, wąskim gruncie, gdzie szukał kogoś, kto potrafiłby
pokierować jego uległością. Miał za sobą kilka prób. Kobiety,
które nazywały się dominami, były często głośne, przerysowane.
Ich podejście do dominacji ograniczało się do przekleństw, taniej
agresji i sztucznie wykreowanej pozy. Niewiele z nich rozumiało,
czym naprawdę jest władza. Żadna nie rozumiała potęgi ciszy.
Właśnie dlatego Paulina go zaintrygowała. Ich rozmowy od początku
były inne. Żadnych tanich tekstów, żadnych pretensjonalnych
deklaracji. Była oszczędna w słowach, konkretna, ale z jakąś
wewnętrzną elegancją. Szybko mu też zaznaczyła: nie oczekuje
wsparcia, nie potrzebuje sponsora. To nie była gra — mówiła to
wprost. I choć w tamtej chwili tylko przytaknął, w głębi duszy
pomyślał, że jeśli będzie trzeba – jeśli on sam poczuje taką
potrzebę – chętnie będzie ją wspierał. Wiedział, że jest
studentką. Germanistyka, żaden prestiżowy kierunek. Kim mogła po
tym zostać? Nauczycielką? Tłumaczką? Pójść do jakiejś firmy
handlowej? Był ciekaw, czy postawiła tak jednoznacznie sprawę
sponsoringu z dumy. A może nie chciała wyjść na jedną z tych
wielu? Może będzie warto to poruszyć. Dyskretnie. Bardzo
dyskretnie. Zapłaci jej, jak będzie trzeba. Była tego warta.
Jednak to, co uderzyło go najmocniej, to jej zdjęcie. Dostał je w
rewanżu za swoje, fotografię z jednej z gal branżowych.
Dziewczyna w sukience, lato, wakacje. Na nosie okulary
przeciwsłoneczne. Zero pozowania. Zero sztuczności. Subtelna,
filigranowa. Eteryczna. Nie wyglądała jak żadna z tych, które
znał. Jej uroda miała w sobie coś nieuchwytnego, coś, co
sprawiało, że człowiek chciał się zatrzymać i patrzeć. Jakby
świat nagle zwalniał, żeby zdążyć ją dostrzec. Tak, znał jej
słowa. Wiedział, że potrafi być twarda. Że za tym delikatnym
spojrzeniem kryje się natura osoby, która lubi kontrolować,
zadawać ból, być okrutna. Właśnie dlatego był dziś tak
niespokojny, bo po raz pierwszy miał spotkać kobietę, która nie
tylko wiedziała, czego chce – ale też nie bała się tego chcieć.
Spojrzał na zegarek,
jeszcze tylko kwadrans.
---
Czekał przy kościele
św. Jerzego, oparty o kamienny murek otaczający placyk. Dzień był
chłodny jak na kwiecień, z zimnym powiewem wiatru niosącym zapach
morza. Rozglądał się uważnie, sprawdzając zegarek. Był
punktualny. Zawsze był. Zauważył ją od razu, gdy wyłoniła się
z jednej z bocznych uliczek. Miała na sobie klasyczny beżowy
trencz przewiązany w talii, jasny szalik delikatnie owinięty wokół
szyi, dopasowane dżinsy i brązowe, zamszowe botki na niewielkim
obcasie. To, co przyciągnęło jego uwagę najmocniej, to czarne,
skórzane rękawiczki na jej dłoniach. Eleganckie, lśniące –
subtelny, ale wyrazisty akcent. Zatrzymała się przed nim. Przez
ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały – jej stalowe oczy
były uważne, ale wypełnione lekko skrywaną niepewnością.
Wyciągnęła do niego dłoń.
– Paulina –
powiedziała, uśmiechając się nerwowo.
Ujął jej dłoń
delikatnie, nie całując, choć przez moment miał taką myśl. Nie
był pewien, czy to byłby właściwy gest. Skóra rękawiczki była
chłodna i gładka, a ten moment, choć prosty, zapisał się w jego
pamięci bardzo wyraźnie.
– Andrzej miło mi.
– To, co robimy?
Uśmiechnął się,
czując, jak napięcie ulatuje z niego powoli.
– Chodźmy na spacer. A
potem może herbata albo coś zjemy. Jeśli będziesz miała ochotę
i nie uciekniesz ode mnie.
Skinęła głową, wciąż
z tym delikatnym uśmiechem, który już wtedy wydał mu się
niepokojąco pociągający.
Ruszyli razem w dół
ulicy Bohaterów Monte Cassino. Atmosfera na początku była nieco
drętwa – zbyt wiele niewypowiedzianych myśli, za mało punktów
zaczepienia. Rozmawiali o pogodzie, o chłodnych kwietniowych
wieczorach, o zaskakująco rześkim wietrze znad morza. Szli
spokojnie, niespiesznie. Atmosfera, początkowo napięta, zaczynała
się nieznacznie rozluźniać.
– Wiesz, muszę ci
powiedzieć, że na żywo jesteś jeszcze piękniejsza niż na
zdjęciu.
Spojrzała na niego z
ukosa, z lekkim zaskoczeniem, które szybko ustąpiło miejsca
subtelnej satysfakcji. Jej policzki były delikatnie zaróżowione od
chłodu... albo od tych słów.
– A ty jesteś bardzo
elegancki – odparła z lekką przekorą. – Garnitur, krawat,
poszetka...
Andrzej zaśmiał się,
unosząc dłonie w obronnym geście.
– Wybacz. Prosto z
posiedzenia zarządu. Nie zdążyłem się przebrać, ale może to i
lepiej – dodał po chwili. – Bo inaczej mógłbym nie zrobić
takiego wrażenia.
Paulina zaśmiała się
krótko, melodyjnie, pozwalając sobie na dłuższe spojrzenie spod
rzęs. Rozmowa stawała się coraz bardziej naturalna. Nadal jednak
omijali te najważniejsze tematy, jakby instynktownie czuli, że
jeszcze nie czas – że coś musi się najpierw zbudować, a to co
mieli powiedzieć, zostało powiedziane podczas rozmów
telefonicznych. Nie zauważyli nawet, kiedy dotarli w okolice
Jelitkowa. Ulice z gwarem Sopotu dawno zostały za nimi, teraz wokół
było tylko morze, alejki i leniwa cisza późnego popołudnia.
– Jesteś głodna?
Paulina skinęła głową.
– Trochę tak.
– Znam tu jedną
knajpkę. Ciepło, przyjemnie, a herbata z imbirem rozgrzewa, jak
trzeba. Chodź.
Nie protestowała. Wciąż
się nie znali, ale już czuła, że lubi jego ton, jego sposób
mówienia, spokój. A on – patrząc na nią kątem oka –
wiedział, że wkracza w świat zupełnie inny niż wszystko, co
poznał do tej pory. Weszli do środka. Ciepłe światło lamp,
drewniane wnętrze i zapach świeżo parzonej kawy od razu otuliły
ich czymś przyjemnym. Zatrzymała się na chwilę, rozejrzała po
wnętrzu i zdjęła rękawiczki, które powoli wsunęła do torebki.
Andrzej podszedł, by pomóc jej zdjąć trencz. Jego ruchy były
opanowane – jakby od lat znał każdy rytuał uprzejmości, a
jednocześnie robił to z autentyczną dbałością. Usiedli przy
niewielkim stoliku, naprzeciwko siebie – tak, by mogli swobodnie
rozmawiać, a jednocześnie zachować ten subtelny dystans właściwy
pierwszym spotkaniom. Kelner przyniósł kartę, ale przez pierwsze
minuty nikt nawet do niej nie zajrzał. Kontynuowali rozmowę ze
spaceru. Paulina opowiadała mu o przygotowaniach do zawodów,
Andrzej o jednej z wypraw morskich na daleką Północ. Patrzył na
nią z coraz większym zachwytem. Jej filigranowa sylwetka, drobne
dłonie, delikatna twarz i pełne skupienia spojrzenie sprawiały, że
zdawała się być kimś zupełnie innym niż wszystkie kobiety,
które dotąd znał. Eteryczna – to słowo krążyło mu po głowie,
choć trudno mu było uchwycić jego pełne znaczenie. Była jak
cisza przed burzą, jak wiersz, którego jeszcze nie rozumiał, ale
którego brzmienie już go poruszało. Ona z kolei przyglądała mu
się z uważną ciekawością. W jego twarzy, w spojrzeniu, w
postawie było coś, co ją fascynowało. Dojrzały mężczyzna,
niewiele młodszy od jej ojca – pewny siebie, ale bez śladu
nachalności. Mimo olbrzymiej różnicy wieku i statusu społecznego
traktował ją z niezwykłą atencją. Nie próbował imponować, nie
przechwalał się, ale też nie był sztucznie skromny i służalczy.
W jego zachowaniu była elegancja, spokój i naturalność. A kiedy
słuchał jej, naprawdę słuchał – nie szukał okazji, by wtrącić
własne zdanie. To ją pozytywnie zaskakiwało. Zamówili herbatę z
imbirem i zupę rybną, z której słynęło to miejsce. Gdy kelner
odszedł, Andrzej uśmiechnął się lekko.
– Cieszę się, że się
spotkaliśmy. Naprawdę.
– Też się cieszę.
Choć muszę przyznać, że trochę się bałam.
– Ja bałem się
bardziej niż trochę.
– No dobrze, przyznam
się, bałam się jak cholera.
Spojrzał na nią
uważnie i powiedział spokojnym, ciepłym tonem:
– Ale teraz już chyba
jesteś spokojniejsza. Mam nadzieję, że czujesz się komfortowo
przy mnie.
Spojrzała mu w oczy i
lekko przytaknęła.
– Tak. Teraz już tak.
Masz widać dobrą energię.
Rozmowa toczyła się
dalej, z minuty na minutę stając się coraz bardziej osobista.
Restauracja była niemal pusta, światło przytłumione, atmosfera
sprzyjała szczerości. I w pewnym momencie, całkowicie naturalnie,
ich dialog zaczął schodzić na coraz bardziej delikatne tematy.
Zaczęli mówić o relacjach, o estetyce, o wyobrażeniach. Nie
padały żadne wulgarne słowa, ale oboje doskonale wiedzieli, o czym
tak naprawdę rozmawiają. Było w tym coś niesamowicie intymnego –
nie związanego z ciałem, a z czymś głębszym, z ukrytą dynamiką,
która powoli zaczynała się rysować między nimi.
– A ty? – zapytał
nagle Andrzej, niespodziewanie nawet dla siebie, jakby to pytanie
wypadło mu z ust mimochodem. – Co lubisz mieć na sobie? W takich
chwilach?
– Szczerze? – odparła
spokojnie. – Wszystko, co robiłam do tej pory, było bardzo
intuicyjne. Nie planowałam, nie przygotowywałam się. Nie miałam
scenariuszy ani strojów. Po prostu byłam sobą. I to wystarczało.
– Wierzę –
powiedział cicho Andrzej, patrząc na nią z czymś, co było
mieszanką podziwu i czułości. – Ale wiesz, ja mam słabość do
kobiet w skórach. Zawsze miałem. To nie chodzi tylko o wygląd.
Chodzi o ten klimat, estetykę, ikonografię. O władzę, która się
z tego wylewa.
Paulina oparła łokcie
na stole i spojrzała mu prosto w oczy.
– Myślisz, że
potrzebuję stroju, żeby mieć władzę?
– Nie. Nie o to mi
chodziło. Nie ty. Ty ją masz nawet wtedy, kiedy siedzisz przede mną
z kubkiem herbaty. Ale... może czasem warto zobaczyć siebie w innej
wersji. Nie po to, by udawać, tylko żeby odkryć coś nowego.
Paulina uśmiechnęła
się z pewnym uznaniem.
– Nie głupie. Chociaż
nigdy nie miałam w szafie niczego skórzanego, poza rękawiczkami.
– To już bardzo dobry
początek. I nawet dziś masz je ze sobą – mruknął Andrzej z
uśmiechem.
– Wiesz, mam bardzo
delikatne i wrażliwe dłonie. Ciągle mi marzną. A dzisiaj też nie
jest zbyt ciepło. Kwiecień potrafi być zdradliwy. A może...
faktycznie spróbuję. Dla siebie. Z ciekawości. Chyba mam jeszcze
jakąś spódniczkę, chociaż dawno jej nie nosiłam.
– I ubierzesz ją tylko
z ciekawości – dodał półżartem Andrzej.
Roześmiała się.
– Naturalnie, tylko z
ciekawości. Mam jeszcze spodnie ze skóry. Możesz wierzyć lub nie,
ale grałam w kapeli metalowej.
— Nie wierzę... ty? —
roześmiał się.
— Nie patrz tak. To nie
była żadna wielka kariera ani sceny z dymem i światłami —
powiedziała spokojnie. — Raczej kluby studenckie. Moi bracia i
ich koledzy. Próby w garażu moich rodziców...
— I nagle ty, w środku
tego całego hałasu?
— Dokładnie. Ktoś z
ich ekipy nawalił tuż przed próbą. Potrzebowali kogoś „na
już”. A ja… — wzruszyła ramionami — uczyłam się gry na
gitarze i pianinie, i byłam pod ręką. Dostałam gitarę basową.
Prosty rytm, ciężkie struny, zero popisów. Idealnie.
— A jak się
nazywaliście?
Parsknęła śmiechem.
— Wolfenstein.
— Jak ta gra?
— Tak — potwierdziła.
— Któryś z chłopaków był wtedy strasznie wkręcony w to.
— A gracie jeszcze? —
zapytał, już bardziej serio.
Paulina pokręciła
głową.
— Nie. To już
zamknięta karta, chociaż mam dobre wspomnienia. Każdy poszedł w
swoją stronę. Dwóch kolegów ciągle gra, moi bracia skupili się na pracy i nauce.
Na chwilę zapadła
cisza, miękka i niewymuszona. Andrzej przyglądał jej się uważnie,
jakby próbował dopasować nowy element do znanego już obrazu.
— Wiesz — powiedział
w końcu — zupełnie bym się tego po tobie nie spodziewał. A co
do garderoby, to chyba muszę Cię kiedyś zabrać na zakupy.
Odchyliła się nieco,
patrząc mu w oczy z uśmiechem.
– Dzięki, ale dam
sobie radę. Ubrania potrafię kupować sama – powiedziała z
lekkim przekomarzaniem w głosie.
Ich spojrzenia spotkały
się na dłużej. W powietrzu unosiło się napięcie – subtelne,
eleganckie, ale wyraźne. Lody zostały ostatecznie przełamane.
Powietrze między nimi wypełniło się obietnicą, że ta znajomość
nie skończy się na jednej rozmowie w restauracji. Paulina pochyliła
się lekko nad stolikiem, a jej głos nagle przybrał zupełnie inny
ton – głębszy, spokojniejszy, poważniejszy. Jej spojrzenie stało
się intensywniejsze. Patrzyła prosto w jego oczy
– Jak wyobrażasz sobie
nasze pierwsze spotkanie... no wiesz, takie w klimacie – zapytała
cicho. – Masz jakiś pomysł? Coś, co chciałbyś zrobić?
Andrzej przez chwilę
milczał, jakby ważył słowa. Odstawił filiżankę z herbatą,
którą trzymał w dłoni i spojrzał z powagą. Zniknęły żarty,
przekomarzania, nawet ten miękki uśmiech, którym do tej pory
zdobił niemal każde zdanie.
– Mam – powiedział w
końcu. – Ale zanim ci powiem, chcę, żebyś wiedziała jedno: nie
podchodzę do tego, jak do gry. Nie szukam scenariusza z Internetu.
Chcę, żeby to było nasze. Prawdziwe. Autentyczne.
Paulina skinęła głową,
nic nie mówiąc.
– Chciałbym, żebyś
weszła do pomieszczenia powoli – kontynuował. – Wiesz, pewnym
siebie krokiem. Bez słowa. Chciałbym klęczeć już wtedy na środku
pokoju. Nagi. Gotowy. Może lekko spięty. Może odrobinę
onieśmielony, bo zobaczę cię taką, jakiej nie znałem wcześniej.
Chciałbym, żebyś spojrzała na mnie bez pośpiechu. I żebym
wiedział, że to ty przejmujesz kontrolę. Nie pytasz, nie
tłumaczysz. Po prostu jesteś.
Zrobił krótką pauzę,
obserwując, jak Paulina lekko rozchyliła usta, wciąż nie
spuszczając z niego wzroku.
– Chciałbym, żebyś
mnie dotknęła. Niekoniecznie od razu fizycznie. Samym spojrzeniem,
głosem, poleceniem. Żebym poczuł, że jestem tam dla ciebie. Że
moje ciało, moja uwaga, moja gotowość... należą do ciebie. I
tylko do ciebie. A potem... potem zrobisz z tym, co zechcesz.
Zapadła cisza. Gęsta,
pełna napięcia. Jej palce przesunęły się powoli po filiżance,
a potem znów utkwiła w nim wzrok. Nie było w nim już rozbawienia.
Była czysta koncentracja.
– Wiesz, Andrzeju –
powiedziała cicho, z lekkim uśmiechem – chyba naprawdę dobrze
wiesz, czego chcesz. I chyba dobrze wyczuwasz, czego ja mogłabym
chcieć.
Oparła się nieco
wygodniej, krzyżując nogi, a w jej spojrzeniu błysnęło coś
nieuchwytnego.
– Może faktycznie
powinniśmy pomyśleć o tym pierwszym spotkaniu w takim klimacie.
Obiecaj mi, że nie będziesz naciskał. To ja zdecyduję, że jestem
już gotowa i że nadszedł czas.
– Jasne. To ty
decydujesz o tym.
Między nimi nie padło
już żadne słowo przez dłuższą chwilę, ale cisza nie była
niezręczna. Była intensywna, elektryczna. Ciepło świec w
restauracji, pustka wokół i niskie głosy dwóch osób, które
właśnie przestały być dla siebie przypadkowymi znajomymi z
Internetu.
– Jak mogę zasłużyć
na to, Paulino? Sprawić, że będziesz czuła się gotowa? –
zapytał, pochylając się nieznacznie do przodu, jakby samym gestem
chciał potwierdzić gotowość na każdą odpowiedź.
Jej wzrok przesunął się
po jego twarzy, jakby analizowała każdy szczegół – linie
zmarszczek wokół oczu, odcień zarostu, sposób, w jaki na nią
patrzył. Była spokojna, ale wyraźnie skoncentrowana.
– Zasłużyć... –
powtórzyła wolno. – To nie jest kwestia jednego gestu, jednej
rozmowy czy nawet jednego spotkania. To proces. Obserwuję. Słucham.
Sprawdzam.
Andrzej nie odpowiadał,
tylko kiwnął głową, dając znak, że rozumie.
– Musisz nauczyć się
być uważny – ciągnęła dalej. – Widzieć rzeczy, których
inni nie widzą. Rozpoznawać moje nastroje. Milczeć wtedy, kiedy
trzeba. I mówić wtedy, kiedy oczekuję, że coś powiesz. Nie
chodzi o ślepe posłuszeństwo. Tylko o wrażliwość. O obecność.
O oddanie, które nie potrzebuje scen, deklaracji, a jedynie
konsekwencji. Chcesz wiedzieć, jak zasłużyć? Słuchaj mnie, ale
nie tylko tego, co mówię. Słuchaj mnie całą swoją uwagą. Całym
sobą.
– Brzmi jak wyzwanie –
powiedział cicho.
Paulina wzruszyła
ramionami.
– Może dla kogoś, kto
naprawdę chce, to nie jest wyzwanie. To przywilej.
– I chcesz mi go dać?
– Nie wiem jeszcze –
odparła spokojnie. – Ale wiem jedno. Jeszcze nikt nie zapytał
mnie o to w taki sposób. I jeszcze nikt nie patrzył na mnie w taki
sposób, jak ty patrzysz teraz.
Spojrzała mu prosto w
oczy. W tym spojrzeniu była i delikatność, i siła. I coś, co
Andrzej po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł jako prawdziwe
poruszenie – jakby dotknął czegoś niebezpiecznego, ale pięknego
zarazem.
– Chodźmy już –
powiedziała po chwili, zerkając na zegarek. – Jest późno.
Skinął głową.
Zapłacił rachunek, zostawiając napiwek nieco wyższy niż
zazwyczaj. Kelner podziękował, ale on nie zwrócił już na niego
uwagi – cała atencja była skupiona na Paulinie. Wyszli razem na
chłodne, kwietniowe powietrze. Dzień miał się ku końcowi.
Szli powoli, bez
pośpiechu, tak jakby chcieli jeszcze trochę zatrzymać ten moment.
Paulina otuliła się szalikiem, a Andrzej, zerkając na nią,
pomyślał, że jeszcze nigdy żadna kobieta nie robiła na nim
takiego wrażenia. Przy kościele św. Jerzego zatrzymali się.
– To był bardzo miły
wieczór, Paulino – powiedział w końcu, z ciepłym uśmiechem. –
Dziękuję, że się zgodziłaś.
Spojrzała na niego
spokojnie, jakby jeszcze raz chciała się upewnić, że widzi
dokładnie to, co chce mu pokazać – wyważoną, pewną siebie
kobietę, która doskonale wie, czego chce.
– Dziękuję za spacer
i za obiad – odpowiedziała. – I za to, że byłeś autentyczny.
– Może cię podwieźć?
– Nie trzeba –
przerwała mu łagodnie, ale stanowczo. – Mieszkam blisko. Wolę
wrócić pieszo. Muszę poukładać sobie kilka rzeczy w głowie.
Kiwnął głową.
– Oczywiście.
Rozumiem.
– Do zobaczenia –
powiedziała cicho, patrząc mu przez ułamek sekundy w oczy. –
Uważaj na siebie.
Zanim zdążył
odpowiedzieć, szła już w stronę bocznej uliczki. Jej sylwetka
stopniowo znikała, a on został sam, patrząc za nią z mieszanką
szacunku, fascynacji i narastającego pragnienia.
Tej nocy nie zmrużył
już oka. Leżał w ciemnym pokoju swojego mieszkania. Niesamowita
dziewczyna – młoda, piękna, inteligentna. Zupełnie inna niż
ktokolwiek, kogo do tej pory spotkał. W półśnie przerabiał
wszystkie możliwe scenariusze ich pierwszego spotkania, próbując
zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Czy naprawdę zrobił na
niej dobre wrażenie? Czy jej uśmiechy były szczere, czy może
wynikały tylko z grzeczności? Wracał do ich rozmowy raz po raz,
analizując jej słowa, ton głosu, spojrzenia, które rzucała mu
znad filiżanki herbaty. Była jak sen – sen, z którego nie chciał
się obudzić. Eteryczna, ale twardo stąpająca po ziemi. Delikatna,
a jednocześnie pewna siebie i niepokojąco magnetyczna. Nosiła w
sobie jakąś tajemnicę, coś, co przyciągało go coraz bardziej. I
choć czuł, że balansuje na krawędzi, nie potrafił się cofnąć.
Zamknął oczy. W wyobraźni znów widział ją, idącą w jego
stronę z lekko nerwowym uśmiechem i nagle znów poczuł to samo
ukłucie w piersi.
Wiedział już, że chce
ją zobaczyć ponownie. Że musi. Równie mocno wiedział, że przy
niej trzeba bardzo uważać.
–––––
Rozdział XV – Grand
Hotel
Sopot, maj 2008
Od ich ostatniego
spotkania minęły 3 intensywne tygodnie. Dla Pauliny był to czas,
który nie zostawiał wiele miejsca na bezczynność. Sesja zbliżała
się nieubłaganie – nauka do egzaminów pochłaniała całe dnie i
wieczory. Do tego dochodziły treningi. Biegała regularnie, niemal
obsesyjnie, jakby ruch pomagał jej porządkować myśli. Na początku
maja startowała w Akademickich Mistrzostwach Polski – wyczerpujące
10 kilometrów, szalone tempo narzucone przez rywalki od pierwszych
metrów, ból kolana, który pojawił się na trasie i musiała go
ignorować. Kiedy napisała Andrzejowi, że wróciła z zawodów z
brązowym medalem, odpowiedział niemal natychmiast, z dumą i czymś
na kształt cichego zachwytu. Gratulował jej nie tylko wyniku, ale
wytrwałości, dyscypliny, siły – tej fizycznej i tej, którą
wyczuwał między wierszami. Ich rozmowy toczyły się
dalej, kilka razy w tygodniu, czasem późno w nocy. Bywały lekkie,
niemal codzienne: o pogodzie, zmęczeniu, o drobnych zwycięstwach i
irytacjach dnia, ale coraz częściej schodziły głębiej. Pisali o
granicach, o zaufaniu, o lękach, które pojawiają się wtedy, gdy
przestaje się udawać. Andrzej potrafił mówić o swojej uległości
bez egzaltacji, spokojnie, jak o czymś, co dojrzewało w nim latami.
Paulina odpowiadała mu szczerze, bez upiększeń – o potrzebie
kontroli, o tym, że ból jest dla niej językiem, a nie kaprysem.
Bywały momenty, w których ich konwersacja stawała się intymna do
tego stopnia, że odkładała telefon z przyspieszonym oddechem, jak
po długim biegu. A jednak wciąż trzymała dystans. Świadomy.
Kontrolowany.
W połowie maja, gdy
zdała wszystkie egzaminy, powietrze pachniało jednocześnie wiosną
i deszczem, a wieczory robiły się zaskakująco ciepłe, coś w niej
się domknęło. Pojawiło się poczucie, że rozmowy przestały
wystarczać. Że jeśli ma zrobić kolejny krok, to nadchodzi
najlepszy ku temu moment. Wymieniali już konkrety, padały
propozycje, coraz śmielsze sugestie i subtelne prowokacje. W końcu
podjęła decyzję: spotkają się. W klimacie, o którym tyle
mówili. Kiedy Andrzej
zaproponował, by przyjechała do jego mieszkania w Gdyni albo do
domku na wsi, gdzie mógłby im zapewnić całkowitą prywatność,
nie wahała się ani chwili. Odpowiedziała krótko i konkretnie:
„Nie. Zarezerwuj apartament w hotelu. Żaden dom, żadna prywatna
przestrzeń. Potrzebuję neutralnego gruntu.” Nie tłumaczyła się.
Nie negocjowała. A on nie próbował dociekać. Czuł, że to forma
kontroli – i choć z pozoru drobna, to absolutnie niepodlegająca
dyskusji. Po kilku minutach milczenia wysłał tylko wiadomość:
Zrobione. Apartament z
dużym łóżkiem, balkonem i widokiem na morze. Hotel w Sopocie, ten
najbardziej znany.
Paulina nie odpowiedziała
od razu. Dopiero kilka godzin później, lakonicznie:
Dobrze. Przyjadę
taksówką. Bądź na miejscu wcześniej.
---
Kilka dni przed
spotkaniem, próbując uspokoić narastające napięcie, zaczął
wysyłać jej jeszcze jakieś linki do tekstów o relacjach D/s, do
artykułów o psychologii uległości i dominacji, do sklepów z
akcesoriami. Niektóre strony były bardzo dosłowne, inne –
bardziej subtelne, estetyczne. Paulina większości nie komentowała.
Odpowiadała krótko, często ironicznie, czasem w ogóle milczała.
Jednej nocy otrzymał od niej wiadomość, po której zrozumiał, że
to spotkanie nie będzie zwyczajne.
Kup trzy trzcinki.
Wysyłam ci linki. Mają być dokładnie te.
I rzeczywiście — w
kolejnym mailu Andrzej otrzymał odnośniki do jednego ze sklepów.
Lista była krótka, konkretna i nie pozostawiała miejsca na
interpretacje. Pierwsza była cienka trzcinka — lekka, sprężysta,
z naturalnego rotangu, reagująca na każdy ruch dłoni. Druga:
sztywna trzcinka bambusowa, wyraźnie grubsza, twardsza, o długości
około siedemdziesięciu centymetrów — narzędzie zadające
głęboki ból. Trzecia różniła się od pozostałych: bardzo
elastyczna, lakierowana, z włókna syntetycznego o połyskującej
powierzchni i wzmocnionym rdzeniu z włókna szklanego,
zaprojektowana tak, by gromadzić energię i oddawać ją z
opóźnieniem. Każda z nich miała inne przeznaczenie. Każda mówiła
coś o jej podejściu — świadomym, uporządkowanym, pozbawionym
improwizacji. Przeczytał opisy. Potem jeszcze raz. Czuł, jak
przyspiesza mu puls. Jej polecenie było rzeczowe, niemal chłodne,
jakby kazała mu zamówić narzędzia pracy. Nie zadał żadnych
pytań. Złożył zamówienie niemal natychmiast. Wszystko miało
przyjść w jednym eleganckim, dyskretnym opakowaniu – które
polecił dostarczyć do domu. Tego wieczoru Paulina nie pisała już
nic więcej, ale on wiedział, że to tylko cisza przed burzą.
---
Biały Peugeot 406 z logo
jednej z trójmiejskich korporacji taksówkarskich powoli podjechał
pod podjazd Grand Hotelu w Sopocie. Opony cicho zaszeleściły na
wilgotnym, ciemniejącym bruku; gdzieś w tle słychać było
stłumiony szum morza i pojedyncze głosy spacerowiczów. Samochód
zatrzymał się miękko jakby z wyczuciem elegancji miejsca. Drzwi
otworzyły się i Paulina wysiadła. Przez ułamek sekundy stała
nieruchomo, jakby pozwalając, by przyjemne, nadmorskie powietrze
dotknęło jej twarzy. Kierowca wysiadł zaraz za nią, wyjął z
bagażnika niewielką walizkę i postawił ją ostrożnie na
chodniku, tuż przed jej stopami. Miała na sobie dość zwyczajny,
codzienny strój – wąskie, sprane jeansy, białe sportowe buty i
prostą koszulkę z logo popularnej sieciówki. Tej polskiej, która
od lat uparcie udawała zagraniczną, jakby obce brzmienie nazwy,
mogło dodać jej prestiżu i przysporzyć jeszcze więcej klientów.
Na ramieniu wisiała niewielka torebka, a długie blond włosy
opadały swobodnie na plecy, niesfornie poruszane lekkim wiatrem znad
zatoki. Nie miała makijażu. Jej cera była jasna, delikatna,
dziewczęca. Wyglądała naturalnie, zwyczajnie – a jednak jej
uroda wciąż przyciągała spojrzenia, nawet w miejscu, gdzie widok
pięknych kobiet nie należał do rzadkości. Była młoda,
filigranowa, piękna. Bez wysiłku. Bez demonstracji. Jakby nie była
jeszcze świadoma własnej siły albo wciąż nie czuła jeszcze
potrzeby jej ujawniania. Spojrzała na monumentalną bryłę budynku,
z jego secesyjną fasadą i ciężarem historii, a następnie weszła
do środka. Andrzej już na nią czekał – siedział w lobby na
fotelu obitym kremową skórą, popijając wodę z cytryną. Kiedy ją
zobaczył, od razu wstał. Był ubrany w klasyczne, ciemnogranatowe
chinosy, koszulę w jasnym błękicie i sportową marynarkę. Prosty,
ale staranny styl. Uśmiechnął się ciepło, choć jego spojrzenie
zdradzało napięcie.
– Paulina –
powiedział miękko, podchodząc do niej. – Cieszę się, że
jesteś. Dobrze cię widzieć. Pięknie wyglądasz.
– Dzień dobry,
Andrzeju – odpowiedziała z lekkim, nerwowym uśmiechem. –
Pomożesz mi z walizką? – rzuciła krótko, a on natychmiast
przejął bagaż i wsiedli razem do windy.
Gdy dotarli do
apartamentu, przesunął kartę, nacisnął klamkę i odruchowo
zrobił krok w bok, wpuszczając ją pierwszą. Apartament był
przestronny, wysoki, jasny. Pomimo zbliżającego się wieczora, duże
okna wpuszczały sporo światła, które miękko osiadało na jasnych
ścianach i ciężkich, lnianych zasłonach. Centralne miejsce
zajmowało szerokie łóżko z wysokim, tapicerowanym wezgłowiem,
przykryte idealnie gładką, białą pościelą. Po lewej stronie
stał elegancki szezlong, po prawej dwa głębokie fotele i niski
stolik z ciemnego drewna, na którym czekała karafka z wodą i dwa
kryształowe kieliszki. Z balkonu rozciągał się widok na morze —
spokojne, stalowoszare, z linią horyzontu rozmytą w lekkiej mgle.
Na redzie widać było stojące statki, ciemne sylwetki zawieszone
pomiędzy wodą a niebem, nieruchome i milczące. Słychać było
cichy szum fal i odległy krzyk mew.
Łazienka, widoczna
przez uchylone drzwi, lśniła jasnym kamieniem; duże lustra miały
subtelne podświetlenie, a armatura połyskiwała pozłacanym
chromem.
Zrobiła kilka kroków w
głąb pokoju.
– Ładnie tu –
powiedziała cicho, bez egzaltacji, raczej konstatując fakt, niż
wyrażając zachwyt.
– Nawet nie wiesz, kto
tu mieszkał. Ten apartament ma historię.
Spojrzała na niego spod
rzęs.
– Domyślam się –
odpowiedziała spokojnie. – I mam wrażenie, że ta osoba ma pewien
związek z kierunkiem moich studiów.
Przez sekundę patrzyli
na siebie w milczeniu, po czym oboje się roześmiali. Krótko,
lekko. Napięcie, które jeszcze chwilę wcześniej było ledwie
wyczuwalne, na moment się rozluźniło, jakby pokój pozwolił im na
to.
– Myślałem akurat o
de Gaulle’u – powiedział po chwili, już spokojniej. – Ale
tak, masz rację. Ten, o którym myślisz, też tu chyba mieszkał.
Jej spojrzenie ponownie
powędrowało po wnętrzu — po ścianach, po łóżku, po fotelach
— aż w końcu zatrzymało się na jednym z nich. Na czarnej,
skórzanej torbie. Leżała niedbale oparta o podłokietnik, wyraźnie
kontrastując z resztą eleganckiego wnętrza. Z jej wnętrza
wystawały trzy starannie owinięte trzcinki. Podeszła do nich
powoli. Nie dotknęła. Nachyliła się tylko odrobinę, jakby
chciała lepiej je zobaczyć. Jej twarz nie zdradzała zaskoczenia,
raczej skupienie. Uwaga. Ciekawość podszyta czymś znacznie
głębszym. Wyprostowała się i spojrzała na niego. Jej wzrok był
spokojny. Uważny. Już nie dziewczęcy.
– Ciekawa jestem, która
z nich będzie najlepsza.
Powiedziała to lekko,
niemal mimochodem, stojąc jeszcze przy fotelu. Andrzej spojrzał na
torbę, potem na wystające z niej trzcinki. Przez chwilę nie
odpowiedział, jakby chciał się upewnić, że dobrze ją usłyszał.
– Najlepsza… –
powtórzył wolno. – Co masz na myśli, mówiąc „najlepsza”?
– Najbardziej bolesna –
powiedziała wprost.
Zrobiła to z całkowitą
naturalnością. Z tym samym niewinnym wyrazem ślicznej buzi, z
jakim ktoś mógłby poprosić o najmocniejszą kawę albo
najostrzejsze przyprawy. Jakby nie mówiła o bólu, lecz o
technicznym szczególe, który po prostu ma znaczenie.
Andrzej poczuł, jak w
żołądku zaciska mu się węzeł.
– Czyli… zależy ci
na tym, żeby bolało – upewnił się cicho.
Paulina skinęła głową.
– Tak. Najbardziej, jak
się da. – Zawahała się ułamek sekundy, po czym dodała
spokojnie: – Wiesz, że lubię właśnie tak.
W pokoju zapadła cisza.
Słychać było jedynie stłumiony szum morza za oknem. Patrzył na
nią dłużej, jakby próbował pogodzić to, co słyszał, z tym, co
widział — filigranową sylwetkę, jasne oczy, spokojną, niemal
dziewczęcą twarz. Dopiero po chwili odchrząknął.
– A może chcesz coś
zjeść? – zapytał, wyraźnie zmieniając temat. – Mogę zamówić
lekką kolację do pokoju. Albo możemy zejść do restauracji.
Pokręciła głową.
– Nie. Nie teraz. I tak
czuję lekki stres.
Podeszła do okna i
spojrzała na morze. Fale miarowo rozbijały się o plażę, z
głuchym, kojącym rytmem, zostawiając na piasku jasne pasma piany,
które po chwili znikały, wciągane z powrotem przez wodę. Przez
moment wpatrywała się w ten ruch. Po chwili odwróciła się w jego
stronę. Jej spojrzenie było uważne.
– Wyjdź proszę na pół
godziny. Muszę się przygotować.
Skinął głową. Sięgnął
po marynarkę, a kiedy wychodził, zatrzymał się w progu.
– Czekam na dole. Jeśli
będziesz czegoś potrzebowała, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Nie odpowiedziała.
Usiadła na skraju łóżka, patrząc, jak zamyka za sobą drzwi. W
pokoju znów zapanowała cisza. Siedziała tak przez chwilę. Zdjęła
buty, a jej stopy zanurzyły się w miękkim, jasnym dywanie.
Przymknęła na moment oczy – chciała się uspokoić, ale czuła,
że jej serce wciąż bije zbyt szybko.
Wstała powoli, podeszła do
walizki i rozsunęła zamek. Wyjęła kosmetyczkę, rozłożyła
kilka drobiazgów na marmurowym blacie w łazience. Lekki podkład,
tusz do rzęs, delikatny cień. Jej ruchy były wprawne, wykonywane
szybko choć z wyczuwalną koncentracją. Spojrzała na swoje odbicie
w lustrze i uśmiechnęła się. Dziwnie było jej z myślą, że
przygotowuje się specjalnie dla niego. Wróciła do pokoju. Przez
chwilę stała nieruchomo, jakby porządkowała myśli, po czym
zaczęła się rozbierać. Zostawiła ubrania na oparciu fotela i
sięgnęła po rzeczy, które przywiozła z domu. Najpierw cieliste
rajstopy — cieniutkie, niemal niewidoczne, miękko przesuwające
się między palcami. Naciągała je powoli, wygładzając łydkach i
udach, aż stały się drugą skórą. Potem skórzana spódnica.
Czarna, gładka, sięgająca za kolano, idealnie układająca się na
wąskich biodrach. Skóra była chłodna w dotyku. Następnie włożyła
białą koszulę z kołnierzykiem, zapinaną na drobne guziki.
Prostą, elegancką — tę samą, w której siedziała kilka dni
temu w sali egzaminacyjnej, skupiona i poważna. Jej jasność
kontrastowała z czernią spódnicy, nadając całości niemal
akademicki, zdyscyplinowany charakter. Na końcu sięgnęła po
czarne, klasyczne szpilki. Miały prostą linię i staranne
wykończenie; pamiętały jeszcze bal maturalny, ale czas obszedł
się z nimi łagodnie. Wciąż wyglądały dobrze, niemal
nienagannie, jakby czekały na kolejną okazję, by stać się
częścią czegoś ważnego. Spojrzała na swoje odbicie. Wyglądała
dobrze. Może nawet więcej niż dobrze. Pięknie? – pomyślała,
przechylając głowę. Tak, podobała się sobie. Było w niej coś
ostrego, dorosłego. Podeszła do stolika przy oknie. Ułożyła na
nim starannie trzy wybrane wcześniej trzcinki. Obok nich położyła
coś jeszcze – drobiazg, który kupiła specjalnie z myślą o
Andrzeju. Starannie zapakowany w papier, owinięty czarną wstążką.
Poprawiła koszulę, wygładziła spódnicę. Jeszcze raz spojrzała
w lustro. Była gotowa.
Andrzej siedział na
miękkim fotelu w lobby. Czas płynął powoli, wręcz nieznośnie.
Spojrzał na zegarek. Jeszcze pięć minut. A może trzy? Nagle te
minuty wydawały się godzinami. Przypominał sobie jej głos, jej
spojrzenie. Wiedział, że Paulina nie będzie taka jak inne. I
wiedział też, że to, co zaraz się wydarzy, może odmienić
wszystko. Westchnął głęboko. Była gotowa? Nie. Ona była gotowa
od zawsze. Wstał, wyprostował się i przez chwilę poprawiał
kołnierz marynarki, jakby w tym geście próbował uspokoić rosnące
napięcie. Czuł to w klatce piersiowej – delikatny ciężar, który
pojawiał się tylko wtedy, gdy wkraczał w nieznane, chociaż
przecież tego właśnie chciał. Wyszedł na korytarz, podszedł do
windy i nacisnął przycisk. Gdy drzwi się otworzyły, wszedł do
środka i ruszył w górę.
Winda sunęła cicho.
Każde piętro, które mijał, wydawało się zbliżać go nie tylko
do apartamentu, ale i do czegoś znacznie większego. Do początku.
Do decyzji, której być może nie da się już cofnąć. Serce biło
mu coraz szybciej. Wysiadł. Stanął przed drzwiami. Zapukał.
Przez chwilę cisza wydawała się niepokojąco długa. A potem drzwi
powoli się uchyliły. Przez moment nie mógł wydobyć z siebie
głosu. Wyglądała inaczej. Nie jak dziewczyna, którą widział
zaledwie pół godziny wcześniej. Była tą samą osobą – ale
przekształconą. Pełną. Emanującą elegancją i spokojem, który
był bardziej złowieszczy niż łagodny.
Skórzana spódnica,
biała koszula, szpilki. Cieliste rajstopy. Włosy gładko
rozpuszczone, makijaż podkreślający oczy. Patrzyła na niego z
delikatnym uśmiechem, jakby bawił ją jego bezradny zachwyt.
– Wejdź –
powiedziała krótko.
Wszedł bez słowa. Czuł,
że zaczyna płytko oddychać. Powietrze w apartamencie miało inny
smak. Coś się już zaczęło – i nie było odwrotu.
Odwróciła się i z
gracją ruszyła w głąb pokoju, jakby doskonale wiedziała, że
każdy jej krok wywołuje w nim coraz większe napięcie. Andrzej
widział tylko jej nogi, od których trudno było mu oderwać wzrok.
Linia kolan była czysta, naturalna, przechodząca płynnie w łydki,
które od razu zdradzały, że to ciało było w ruchu. Mięśnie nie
były przesadnie zarysowane, ale wyraźne: sprężyste, zwarte,
reagujące na każdy krok. Przy każdym uniesieniu stopy łydka lekko
się napinała, mięsień krótko pracował, po czym znów miękko
się rozluźniał. Rajstopy tylko podkreślały ten ruch —
wygładzały powierzchnię, ale nie ukrywały struktury. Kostki były
smukłe i kształtne. Przy każdym kroku subtelnie rysowały się pod
cienką warstwą rajstop, odsłaniając linię, której nie dało się
nie śledzić spojrzeniem. Było w nich coś niepokojąco
pociągającego — tylko pozorna kruchość, napięcie ukryte tuż
pod powierzchnią.
Obcasy miękko dotykały
dywanu, ale on miał wrażenie, że słyszy każdy krok wyraźniej,
niż powinien. Jej nogi prowadziły ją płynnie, bez wysiłku, z
naturalną elegancją, która nie była wyuczona — była
instynktowna. Patrzył, jak linia łydki przechodzi w kostkę, jak
stopa układa się w bucie, i czuł, jak narasta, w nim podniecenie
powodując szybki i potężny wzwód.
Stanęła przy oknie,
odwróciła się i spojrzała na niego z chłodnym spokojem.
– Na co czekasz?
Rozbierz się – powiedziała sucho, niemal obojętnie.
Zareagował natychmiast,
choć drżały mu ręce. Zaczął odpinać guziki koszuli,
niezdarnie, nerwowo. Obserwowała go bez słowa, opierając się
biodrem o krawędź parapetu. W jej spojrzeniu była niecierpliwość
kogoś, kto oczekuje spełnienia rozkazu.
– Szybciej – rzuciła
krótko. – Nie mamy całego wieczora.
Zdejmował ubrania po
kolei, każdy ruch wykonując tak, jakby czas nagle zwolnił. Składał
rzeczy równo, wygładzał materiał dłonią i ostrożnie odkładał
je na podłogę, dokładnie tam, gdzie mu wskazała. Chciał zrobić
wszystko właściwie. Nie popełnić błędu. Kiedy w końcu został
nagi, podniósł na nią wzrok z wyraźną niepewnością. Stała
przed nim spokojna, obserwowała go z uwagą.
– Uklęknij –
powiedziała cicho.
Kolana dotknęły dywanu,
który wydał mu się zaskakująco szorstki. Dopiero wtedy poczuł,
jak bardzo jest odsłonięty. Jak bardzo różnią się ich pozycje.
Oddech mu się jeszcze bardziej spłycił, a w gardle narastało
napięcie — trudna do rozdzielenia mieszanina podniecenia, wstydu i
czegoś jeszcze, co przypominało respekt. Paulina przyglądała mu
się przez chwilę w milczeniu. Jej spojrzenie zatrzymało się na
moment na jego nabrzmiałym penisie — wystarczająco jednak długo,
by to zauważył.
– Widzę, że ci się
podoba – powiedziała z rozbawieniem.
Poczuł, jak twarz mu
płonie. Dopiero teraz dotarła do niego pełna świadomość własnej
bezbronności. Klęczał nagi na dywanie przed młodą, śliczną
dziewczyną, która stała nad nim ubrana, spokojna i coraz bardziej
rozbawiona jego reakcją. Nie miał gdzie uciec, nie miał za czym
się schować. Był tylko on, jego wzwód i jej spojrzenie. Spuścił
wzrok. Podeszła do stolika. Wzięła niewielki pakunek owinięty
białym papierem, przewiązany czarną satynową wstążką. Wróciła
do niego i wyciągnęła rękę.
– Weź. Rozpakuj.
Zrobił to powoli,
ostrożnie, jakby bał się, że jeden gwałtowny ruch mógłby coś
zepsuć. Papier delikatnie zaszeleścił, gdy rozchylił opakowanie,
a wstążka zsunęła się cicho na podłogę. W środku była obroża
— czarna, skórzana, gładka, z chłodnym metalowym zapięciem i
niewielkim kółkiem z przodu. Prosta. Jednoznaczna. Przez moment
tylko na nią patrzył. Serce biło mu szybciej, niż by chciał. To
nie był już rekwizyt ani pomysł — to było coś, co miało
znaleźć się na nim. Paulina wyciągnęła dłoń w jego stronę.
Zrozumiał od razu i podał ją oburącz, z lekkim wahaniem, jakby
oddawał coś więcej niż przedmiot. Uśmiechnęła się lekko —
niemal niezauważalnie. Podeszła bliżej. Jej obecność była nagle
bardzo bliska, bardzo wyraźna. Objęła palcami jego szyję; dotyk
był pewny, chłodny i spokojny. Zapięła obrożę z wyczuciem —
tak, by nie sprawiać bólu, ale na tyle ciasno, by nie pozostawić
mu żadnych złudzeń. Skóra przylgnęła do jego szyi, a metalowe
zapięcie cicho kliknęło. Poczuł ją natychmiast. Nie jako ciężar,
lecz jako obecność. Ograniczenie. Punkt odniesienia.
– Teraz już jesteś
gotowy – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Spojrzała z lekkim
rozbawieniem, które tylko pogłębiało jego poczucie uległości.
Wyciągnęła lekko jedną stopę do przodu, przenosząc na nią
ciężar ciała. Stała wciąż prosto, z dłonią opartą na
biodrze, patrząc z góry z chłodną, spokojną pewnością siebie.
Andrzej wiedział, co ma zrobić. To nie było pytanie, to nie była
to prośba – to był rozkaz, podany bez słów. Pochylił się
powoli, z bijącym sercem, jakby zbliżał się do czegoś świętego.
Jego usta dotknęły czubka czarnego buta. Delikatnie, niemal z
czcią, złożył pierwszy pocałunek. Potem kolejny – na czubku,
potem wzdłuż boku, aż do miejsca, gdzie zaczynał się obcas. Nie
odzywała się. Patrzyła tylko na niego, nie ruszając się,
pozwalając mu czcić ją tak, jak na to zasługiwała – w
milczeniu i bez słowa sprzeciwu.
– Dobrze –
powiedziała cicho po chwili. – Teraz drugi.
Wysunęła drugą nogę,
z tą samą gracją i spokojem. Andrzej od razu pochylił się i znów
złożył pocałunek. Jego wargi były suche, dłonie drżały, ale
ruchy miał pewne. Paulina czuła przez but moc jego oddania – i to
ją satysfakcjonowało bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Stała nieruchomo,
patrząc na nagiego mężczyznę, który klęczał przed nią z
pochyloną głową. Widok Andrzeja – dojrzałego, eleganckiego,
szanowanego – w tej bezbronnej, pełnej oddania pozycji, podziałał
na nią silniej, niż się spodziewała. Czuła narastające
napięcie, ale nie takie, które wywołuje niepokój. To było
napięcie władzy, pewność kontroli, świadomość, że oto ktoś,
kto w świecie zewnętrznym rozporządza ludźmi i decyzjami, tu i
teraz oddał jej całkowicie władzę nad sobą. Każdy pocałunek
składany na jej bucie był jak stempel potwierdzający jego
uległość. Czuła, jak narasta w niej poczucie absolutnej dominacji
– niewynikającej z siły fizycznej, lecz z tego, kim była. Z jej
inteligencji, spokoju, z chłodnej determinacji, którą emanowała.
Z każdym kolejnym pocałunkiem rosło w niej zadowolenie. Wiedziała,
że to, co on robi, nie jest grą ani chwilowym uniesieniem. To była
świadoma decyzja. Czuła satysfakcję, spełnienie, ale też coś
głębszego – ciepło wynikające z tego, że jej potrzeba
dominacji nie tylko znalazła ujście, ale została przyjęta z czcią
i zrozumieniem.
Nie odczuwała już
wstydu. Patrzyła na niego jak na prezent. Na mężczyznę, który –
mimo doświadczenia, wieku, życiowej pozycji – klęczał teraz
tylko dla niej. Dla jej przyjemności. Dla jej władzy. I właśnie
wtedy, w tej ciszy pełnej napięcia, uświadomiła sobie, że to nie
tylko akt uległości ze strony Andrzeja. To także jej triumf.
Cichy, zmysłowy, pełen siły – dokładnie taki, jakiego zawsze
pragnęła. Cofnęła nogę, nie patrząc już, jakby właśnie
wykonał coś oczywistego, ale dla niego to było więcej niż gest –
to był rytuał, początek czegoś, o czym śnił przez lata.
– Czy wiesz, co znaczy
być mi naprawdę posłusznym? – zapytała nagle.
Uniósł głowę. Jego
oczy były pełne napięcia i oczekiwania, ale też lekkiej
niepewności. Nie odpowiedział, tylko skinął głową.
– Nie chodzi tylko o
klęczenie. Ani o słowa. Chcę widzieć twój ból. Słyszeć twój
oddech, kiedy zrozumiesz, że nie ma już odwrotu.
Podeszła bliżej i
musnęła go delikatnie dłonią po policzku. Ten gest był niemal
czuły, a jednocześnie podkreślał absolutną władzę, jaką nad
nim miała. Wstrzymał oddech.
– Wstań. Oprzyj dłonie
o ścianę. Stopy rozstaw na szerokość ramion. Nie odwracaj się.
Stanęła za nim cicho.
Czuł, jak wstrzymuje oddech, jak jego ciało przygotowuje się na
pierwszy cios, który jednak nie nadszedł. Zamiast tego poczuł
lekki chłód jej dłoni, która najpierw musnęła jego plecy, potem
zsunęła się niżej – na pośladki. Gładziła je przez chwilę,
oceniając napięcie mięśni, kontrolując reakcje. Potem nagle –
poczuł mocne, płaskie uderzenie.
– Trzeba cię najpierw
trochę rozgrzać – powiedziała spokojnie. – Trzcinka najlepiej
działa na gorącym ciele.
Kolejne uderzenie – z
drugiej strony. Potem jeszcze jedno, jeszcze mocniejsze. Klap. Klap.
Każde kolejne było przemyślane, rytmiczne. Raz prawą, raz lewą
dłonią. Jej drobne dłonie były zaskakująco silne. Czuł, jak ból
miesza się z gorącem. Skóra zaczynała piec. Zaczerwienienie było
coraz bardziej widoczne. Po kilkunastu uderzeniach przerwała. Znów
przejechała dłonią po jego pośladkach, tym razem wbijając
paznokcie.
– Teraz jesteś gotowy
– szepnęła.
Odwróciła się
spokojnie i podeszła do stolika. Trzcinki leżały równo obok
siebie, ułożone starannie, jak narzędzia chirurga. Sięgnęła po
pierwszą – najcieńszą, lekką, giętką, z delikatną skórzaną
rączką. Testowo przecięła nią powietrze – świsnęła cicho i
ostro.
– Licz!
Nie zdążył
potwierdzić. Świst. Uderzenie. Spadł pierwszy cios.
– Jeden – powiedział
z wysiłkiem, głosem przygaszonym bólem.
Kolejny trafiony idealnie
w poprzedni ślad.
– Dwa.
– Trzy – już ciężej,
z krótkim sapnięciem.
– Cztery – zadrżał,
ale nie odwrócił się.
Ból zaczął piec,
rozlewać się głęboko.
– Pięć.
– Sześć – syknął.
Ręce mu zadrżały.
Trzcinka zatańczyła na
skórze z precyzją.
– Siedem – niemal
jęknął.
– Osiem – krótki
wdech, głośniejszy oddech.
– Dziewięć – głos
zadrżał.
Uderzenie mocniejsze,
jakby miało zakończyć pierwszy akt.
– Dziesięć –
powiedział, niemal krzyknął.
Paulina stała za nim
spokojnie, bez cienia emocji na twarzy. Jej wzrok nie opuszczał
miejsca, w które biła. Dziesięć uderzeń. Każde inne. Każde
bolesne.
– Nieźle, całkiem
nieźle. Jeszcze dwadzieścia – szepnęła.
Uniosła ponownie rękę.
– Jedenaście –
wychrypiał Andrzej, gdy trzcinka znów przecięła powietrze i z
impetem wylądowała na jego rozgrzanym ciele.
To już nie było tylko
pieczenie. To był ból – czysty, ostry, pulsujący, rozlewający
się od dolnej części pleców aż do ud. Ciało drżało pod każdym
kolejnym ciosem. W jego głowie dźwięczało tylko jedno: nie
zawieść jej. Wytrzymać. Dać radę.
– Dwanaście.
Nie spodziewał się, że
będzie biła aż tak mocno. Że będzie tak precyzyjna,
nieustępliwa. Pośród bólu pojawiła się nowa myśl – Paulina
nie gra. Nie bawi się. To już nie fantazja. To rzeczywistość. Jej
rzeczywistość. A on właśnie w niej się znalazł – nagi,
całkowicie odsłonięty, poddany.
– Trzynaście.
Trzcinka uderzyła tuż
nad poprzednim miejscem, pozostawiając wyraźny ślad. Zgiął nogi
w kolanach, ale nie cofnął się. Nie chciał usłyszeć jej złości.
Nie chciał jej rozczarować. A jednak – ból był trudny do
zniesienia. Głęboki, nieprzyjemny, prawdziwy.
– Czternaście.
Patrzyła na jego plecy i
pośladki, na zarys jego napiętych mięśni, na czerwone pasy, które
z każdą chwilą stawały się coraz bardziej wyraźne. Oddychała
głęboko.
– Piętnaście.
Była spokojna, skupiona.
Wiedziała, gdzie uderzyć, z jaką siłą, by naprawdę zabolało,
ale pod tą chłodną precyzją buzowało coś więcej –
ekscytacja. Czuła, jak z każdą sekundą narasta w niej podniecenie
i poczucie władzy, które ją upajało.
– Szesnaście.
Jej oddech stawał się
jeszcze cięższy. Palce zaciskały się mocniej na narzędziu,
którym zadawała mu ból. Widok dojrzałego mężczyzny, stojącego
nago i bezbronnie liczącego uderzenia, był dla niej jak narkotyk.
– Siedemnaście –
syknął Andrzej przez zaciśnięte zęby.
Przesunęła wolną ręką
po jego lędźwiach, jakby badała, ile jeszcze wytrzyma. Jego skóra
była gorąca, pulsująca, mokra od potu. Uderzyła znów.
– Osiemnaście.
Zachwiał się lekko, ale
szybko wrócił do pozycji. Zaciskał powieki. Wyczuwał jej obecność
całym ciałem. Każdy centymetr jego skóry krzyczał, ale wewnątrz
– nie chciał, żeby przestała.
– Dziewiętnaście.
Paulina była jak w
transie. Jej ciało reagowało – sutki stwardniały pod
biustonoszem, oddech przyspieszał. Była pewna siebie. Piękna.
Surowa. Władcza.
– Dwadzieścia.
Zatrzymała się.
Podeszła powoli i dotknęła ramienia. Oddychał ciężko, niemal
chrapliwie, był cały spocony. Chciał coś powiedzieć, ale nie
potrafił. Czuł się rozdarty między bólem a czymś, czego nie
potrafił jeszcze nazwać.
– Jeszcze dziesięć.
Dasz radę.
– Dwadzieścia jeden.
Ból przesłaniał już
wszystko. Wiedział, że musi. Bo to ona, dla niej.
– Dwadzieścia dwa.
Patrzyła, jak jego ciało
się napina i ugina. Był w jej rękach. I właśnie tam chciała go
mieć.
– Dwadzieścia trzy.
Nie mówiła już nic. Po
prostu biła. Każdy ruch był coraz bardziej zmysłowy, choć wciąż
brutalnie precyzyjny.
– Dwadzieścia cztery.
Dwadzieścia pięć.
Andrzej już prawie
płakał. Z poddania. Z bezsilności.
– Dwadzieścia sześć.
W jego głowie było
tylko jedno imię. Paulina.
– Dwadzieścia siedem.
Jej oczy świeciły.
Czuła się jak bogini. Jak najwyższa kapłanka.
– Dwadzieścia osiem.
Trzymała trzcinkę
lekko, ale uderzenie paliło jak ogień.
– Dwadzieścia
dziewięć.
Andrzej wstrzymał
oddech. Wiedział, że to już ostatni.
– Trzydzieści.
Zapadła cisza. Tylko
dźwięk jego ciężkiego oddechu. Stała za nim, cicho, spokojnie.
Rzuciła trzcinkę na podłogę.
Usiadła w fotelu i
założyła nogę na nogę, pozwalając skórzanej spódnicy lekko
się unieść, a szpilka zawisła w powietrzu, lekko kołysząc się
na końcu jej stopy. Wzięła głęboki wdech i poprawiła się,
opierając plecy, jakby zasiadała na tronie.
– Podejdź –
powiedziała cicho, ale nie było w tym ani prośby, ani zaproszenia.
To był rozkaz.
Powoli przeszedł na
czworaka. Czuł jak skóra na pośladkach, piecze przy każdym ruchu.
Każde dotknięcie dywanu było jak przypomnienie o jej sile i o jego
miejscu. Zatrzymał się przed nią, pochylając głowę. Czekał.
Paulina poruszyła stopą, unosząc lekko but na wysokość jego
oczu.
– Co byś dał, żeby
móc całować moje stopy? – zapytała spokojnie, patrząc na niego
z góry. Jej głos był miękki, niemal melodyjny.
Delikatnie poruszyła
nogą – nieznacznie, jakby testując jego reakcję. W powietrzu
zawisła cisza, przeciągająca się jak napięta struna. W jej
spojrzeniu nie było ani cienia wahania. Była piękna. Spokojna.
Nieugięta. Uniósł wzrok. Zatrzymał go na bucie – na czubku
szpilki, na delikatnym połysku skóry, która wcześniej była dla
niego tylko estetyką, a teraz – była symbolem władzy. Jej
władzy.
– Wszystko –
odpowiedział cicho, prawie szeptem. – Oddałbym wszystko.
Paulina uśmiechnęła
się. Nieznacznie. Wystarczająco, by wiedział, że to co usłyszała
zadowoliło ją.
Trwał w milczeniu na
czworakach, z głową pochyloną tuż przy jej stopie, czekając.
Spodziewał się przywileju, cichego pozwolenia. Nie nadchodziło.
Wciąż patrzyła, chłodno, z lekko przekrzywioną głową, jakby
obserwowała z zaciekawieniem, jak daleko może się posunąć jego
uległość. Palcami jednej dłoni delikatnie muskała podłokietnik
fotela, drugą oparła na kolanie.
– Jeszcze nie
zasłużyłeś – powiedziała spokojnie, bez cienia gniewu, ale z
tą charakterystyczną nutą lodowatej stanowczości. – Nie
cierpiałeś wystarczająco.
Zamilkła na krótką
chwilę, pozwalając jego nadziei rozpaść się w ciszy.
– Wracaj pod ścianę –
dodała chłodno.
Andrzej zadrżał, ale
nie zawahał się. Powoli, wciąż na czworakach, przepełznął z
powrotem na swoje dawne miejsce. Wstał, opierając dłonie na
chłodnej powierzchni. Wiedział, co nadchodzi. I wiedział, że nie
może zawieść. Nie po tym, co już zaszło.
Wstała leniwie z fotela.
Spokojnym, pewnym krokiem podeszła do stolika. Sięgnęła po
kolejną trzcinkę – tym razem bambusową. Była grubsza i cięższa.
O wiele bardziej zdradliwa.
Zbliżyła się i uniosła
rękę.
– Licz. Głośno i
wyraźnie.
Pierwsze uderzenie spadło
z niskim sykiem.
– Jeden!
Andrzej aż drgnął,
jego ramiona napięły się, a pośladki zadrżały. Ten ból był
inny – przeszywający, ostry, błyskawiczny. Jak gorąca igła
wbijająca się głęboko pod skórę.
– Dwa!
Zęby zacisnęły się w
jego szczęce, ale głos musiał wybrzmieć. Musiał być posłuszny.
– Trzy!
– Cztery !
Przy piątym jego kolana
ugięły się. Paulina stała za nim spokojnie, nie przyspieszając,
nie zwalniając. Każde uderzenie było dokładne, przemyślane,
niemal matematycznie wyliczone.
– Siedem!
– Osiem!
Dziewiąte uderzenie
trafiło w miejsce już wcześniej trafione. Andrzej aż zawył, mimo
że próbował się powstrzymać. Oddech nagle się urwał, jakby
ktoś go uderzył w przeponę. Paulina natychmiast uderzyła w to
samo miejsce.
– Dziewięć… –
jęknął. – Dziesięć…aah!
Jej twarz była spokojna,
jakby całkowicie zatopiła się w tej chwili. Każde uderzenie
niosło jego ból, a jej satysfakcję. To był rytuał dominacji.
Uniosła bambusową
trzcinkę i uderzyła jedenasty raz – znowu idealnie w to samo
miejsce, gdzie wcześniej zostawiła już ognistą smugę. Andrzej aż
zachwiał się na nogach.
– Jedenaście… –
wychrypiał, głos miał coraz słabszy, gardło wyschnięte, ale nie
śmiał poddać się.
Kolejne uderzenia były
metodyczne, dokładne, bez żadnej ulgi.
– Dwanaście…
– Trzynaście…
– Czternaście…
Każde z nich wypalało
kolejne linie bólu na jego ciele. Skóra była już zaczerwieniona,
miejscami ciemniejsza. Łzy zaczęły spływać mu po policzkach, ale
nie przestawał liczyć.
– Szesnaście…
Siedemnaście…
Przy dziewiętnastym jego
głos zadrżał.
– Dziewiętnaście…
– Dwadzieścia –
ledwo wykrztusił.
Paulina opuściła
trzcinkę i spokojnie podeszła do fotela. Usiadła ponownie,
zakładając nogę na nogę, zupełnie jakby zakończyła właśnie
formalną część jakiegoś rytuału.
– Do mnie –
powiedziała miękko, ale z tą samą niepodważalną stanowczością
co wcześniej.
Andrzej, oszołomiony,
wciąż drżący, przesunął się na kolanach. Spojrzała na niego z
góry – zobaczyła mokre ślady na jego policzkach.
Zamrugał, nie wiedząc,
czy powinien się wstydzić. Ale Paulina uśmiechnęła się –
lekko, niemal troskliwie.
– Ojej – powiedziała
teatralnie, z udawaną czułością. – Mój biedny… Aż tak
bardzo bolało?
Andrzej skinął głową,
cicho.
– Tak, Paulino…
bardzo… ale dla ciebie wytrzymam.
– Wiem – szepnęła,
po czym wysunęła stopę. – Przed tobą ostatnia trzcinka.
Jej głos stwardniał,
choć na ustach wciąż gościł uśmiech.
– Musisz wytrzymać.
Tylko piętnaście.
Uniósł głowę. W jego
oczach nie było już ani wstydu, ani dumy – tylko absolutne
oddanie.
– Tak, jestem gotowy.
Wstała powoli i sięgnęła
po ostatnią trzcinkę. Była najcieńsza z całej trójki –
sprężysta, z niemal metalicznym połyskiem, ciężka i najbardziej
bolesna. Cięła skórę, zostawiając cieniutkie, palące linie,
które piekły jak ogień.
Spojrzała na Andrzeja,
który znów zajął pozycję przy ścianie – oparty, lekko
pochylony, rozdygotany. Przesunęła wzrok po nagim ciele. Wiedziała,
że teraz będzie walczył nie tylko z bólem, ale z samym sobą. Że
każdy kolejny raz to będzie granica.
– Piętnaście –
przypomniała chłodno. – Wytrzymaj je. Dla mnie. Zależy mi na
tym.
Uniosła rękę. Pierwszy
raz spadł z niesamowitą siłą. Trzask przeciął powietrze, a
potem skórę – czerwona pręga pojawiła się natychmiast a po
chwili wypłynęła z niej kropla krwi. Andrzej zgiął kolana i
krzyknął z bólu.
– Jeden – wychrypiał,
już wiedząc, że to będzie zupełnie inny poziom.
Drugie uderzenie padło
nieco niżej. Ból był ostry, palący, przeszywający.
– Dwa…
Trzy… cztery… pięć…
Walczył z oddechem, z
mięśniami, które same próbowały go odciągnąć od ściany. Oczy
miał zamknięte, łzy znów zaczęły napływać, ale nie przestawał
liczyć.
– Sześć…
– Siedem…
– Osiem…
Z każdym uderzeniem jego
głos był cichszy, jakby wypalany razem z bólem. Paulina stała
pewnie, zimna i opanowana. Czuła jego słabość. Czuła swoją
władzę. Każdy krzyk, każde stłumione drgnięcie ciała było jak
muzyka dla niej.
– Dziewięć…
dziesięć…
Chwiał się już,
ramiona mu drżały, ale nie przerywał. Nie mógł. Nie dla niej.
– Jedenaście…
– Dwanaście…
Trzynaste uderzenie
trafiło dokładnie w któryś z poprzednich śladów i przecięło
skórę Andrzej krzyknął i zgiął kolana. Przez chwilę wyglądało,
jakby miał się osunąć.
– Trzy… trzynaście –
poprawił się, zaciskając zęby.
– Czternaście.
Ostatnie uderzenie
wymierzyła idealnie w najwrażliwsze miejsce. Wiedziała, że tam
zaboli najbardziej.
– Piętnaście –
wydusił i zaczął krzyczeć z bólu, chwytając się za pośladek.
Ciało było całe w pręgach, fioletowo–czerwone, spocone. W kilku
miejscach leciały małe stróżki krwi. Stał jednak nadal. Nie
zawiódł. Nie uciekł.
Paulina odłożyła
trzcinę i powoli podeszła. Dotknęła jego karku i wbiła
paznokcie.
– Dobrze –
powiedziała cicho. – Jesteś dzielny. Bardzo dzielny.
Zadrżał pod jej
dotykiem. Czuł wszystko – ból, dumę, podniecenie, upokorzenie i
błogość.
– Teraz możesz na
kolanach wrócić do moich stóp.
Z trudem osunął się,
opierając drżące ręce na podłodze. Powoli, z wysiłkiem, ruszył
w jej stronę. Ciało miał obolałe, poranione, ale jednocześnie
ogarnięte ekstazą uległości. Przez łzy widział ją jak w
obrazie – siedzącą w fotelu, z nogą na nodze, chłodną i
wyniosłą, jak bogini, do której właśnie się czołgał. I wtedy
nagle coś się zmieniło. Paulina zamarła. Patrzyła na niego, ale
jej wzrok nagle stracił ostrość. Napięcie i podniecenie, które
jeszcze przed chwilą czuła z każdą jego pręgą, z każdym
kolejnym uderzeniem – ulotniło się. Zamiast tego pojawiło się
coś innego. Obce. Lodowate. Zimny, świdrujący dreszcz przeszył
jej plecy, jakby nagle zrozumiała, co właśnie zrobiła. Jakby
jakiś głos w jej głowie wrzasnął: Dość!
Oddech przyspieszył.
Serce zaczęło bić jak szalone. Czuła, że robi się jej duszno.
Bez słowa zerwała się z fotela, chwyciła torebkę z łóżka i
wybiegła z pokoju, trzaskając drzwiami. Andrzej zamarł. Klęczał
nagi, z wyciągniętą dłonią. Chciał coś powiedzieć, zawołać
– ale nie potrafił. Jakby nie wiedział, co się stało.
Paulina biegła przez
korytarz. W szpilkach – z rozdartym sercem, z bijącym w uszach
lękiem. Potknęła się nagle, tracąc równowagę. Rozległ się
suchy, nieprzyjemny trzask. Jeden z obcasów pękł, jakby ktoś
złamał suchy patyk. Zaklęła, głos zadrżał jej niebezpiecznie
blisko płaczu. Nie zatrzymała się jednak ani na moment —
gwałtownym ruchem wysunęła stopy z butów, niemal je z siebie
zrzucając. Szpilki zostały na wykładzinie, porzucone bez żalu,
leżące na bokach, bezużyteczne. Dalej biegła już tylko w
rajstopach. Na schodach stopy uderzały o płytki, czasem
ześlizgiwały się o ułamek sekundy za długo. Zbiegała w dół w
pośpiechu, łapiąc poręcz, wypuszczając ją, znów chwytając —
każdy krok był próbą utrzymania równowagi. Serce waliło jej w
piersi, oddech rwał się, włosy opadły na twarz. Ze schodów
wypadła na parter, wprost do lobby. Posadzka lśniła wypolerowanym
marmurem. Gdy wbiegła na nią z rozpędu, poczuła, jak nogi chcą
się rozjechać. Zrobiła dwa nerwowe kroki, trzeci postawiła
krzywo, ramiona poszły w górę, jakby próbowała złapać
powietrze. Przez moment walczyła z prawami fizyki i własnym ciałem
— napięcie, korekta, szybkie przeniesienie ciężaru. Udało się.
Ledwie. Minęła parę japońskich turystów, w ostatniej chwili
unikając zderzenia. Kobieta cofnęła się odruchowo, mężczyzna
zdążył tylko unieść aparat; Paulina prześlizgnęła się między
nimi o włos, czując na ramieniu muśnięcie czyjegoś rękawa. Na
przeprosiny nie było czasu. Recepcjonista podniósł wzrok znad
blatu, zaskoczony widokiem młodej kobiety z rozwianymi włosami,
łzami w oczach, bez butów, pędzącej przez lobby jakby każdy krok
mógł być tym ostatnim. Do drzwi dotarła już bardziej ślizgiem
niż biegiem. Pchnęła je ramieniem. Nie zwracała uwagi na nic i na
nikogo. Liczyło się tylko jedno — uciec. Zniknąć. Zanim strach
zdąży ją dogonić. Przy samym wejściu stała
taksówka. Kierowca miał już odjeżdżać, ale zdążył jeszcze
zobaczyć, jak biegnie w jego stronę młoda kobieta z rozmazanym
makijażem i rozsypanym wnętrzem.
– Osiedle Mickiewicza –
powiedziała krótko. – Proszę… szybko.
Drzwi zatrzasnęły się,
a samochód ruszył z lekkim piskiem opon, zostawiając za sobą
fasadę hotelu i wszystkie nieodwracalne rzeczy, które się tam
właśnie wydarzyły.
-----
Rozdział XVI – Ukojenie
Sopot, maj 2008
Andrzej pozostał na
czworakach, jakby ciało odmówiło mu nagle posłuszeństwa. Przez
krótką chwilę nie potrafił się poruszyć ani nawet unieść
głowy. Piekący, pulsujący ból z pośladków rozlewał się
szeroką falą, wdzierając się coraz głębiej, aż do brzucha i
pleców. Każdy oddech potęgował to wrażenie, każdy ruch
zapowiadał kolejne ukłucie. Ból fizyczny szybko przestał być
najważniejszy, zaczynał ustępować miejsca niepokojowi —
gęstemu, lepkiemu, narastającemu w klatce piersiowej. Jeszcze
chwilę wcześniej czuł się jak ktoś wybrany, ofiarowany,
całkowicie oddany. Jak uległy czciciel u stóp bogini, który
wreszcie znalazł swoje miejsce. A teraz... Teraz był sam. W uszach
wybrzmiewał mu wciąż ostry dźwięk gwałtownie zamkniętych
drzwi. Ten trzask odbijał się w jego głowie z opóźnieniem jak
echo. Paulina wyszła. Wybiegła. Bez słowa. Bez ostrzeżenia. Bez
jednego spojrzenia za siebie. Serce zaczęło mu szybciej bić, był
zdezorientowany. Co się stało? Czy zrobił coś nie tak? Był zbyt
powolny? Zbyt nachalny? Zbyt niewystarczający? Przez głowę
przetaczały mu się chaotyczne myśli, każda gorsza od poprzedniej.
Może ją zawiódł. Może nie spełnił oczekiwań, o których nawet
nie zdążył się dowiedzieć. Może przekroczył granicę, nie
zauważając sygnału. Albo przeciwnie — nie poszedł wystarczająco
daleko, tam, gdzie chciała go zabrać. Z trudem uniósł się z
kolan. Nogi były zdrętwiałe, niepewne, jakby należały do kogoś
innego. Zachwiał się, musiał oprzeć dłoń o fotel. Każdy krok
był wysiłkiem, ciało protestowało, ale strach pchał go dalej.
Sięgnął po telefon i wybrał jej numer. Raz. Drugi. Trzeci. Po
kilku sygnałach włączała się poczta głosowa. Ekran gasł i znów
się rozświetlał, a wraz z nim narastało w nim przytłaczające
oszołomienie. Coś, co zaczęło się jak napięcie, zamieniało się
w ciężką, duszną pustkę. Co się stało? Dlaczego wyszła tak
nagle? Przecież wszystko było dobrze. Chyba dobre. A może nie?
Stał pośrodku apartamentu, nagi, obolały, z telefonem w dłoni, i
po raz pierwszy od dawna poczuł się naprawdę bezradny.
Wszedł do łazienki i
dopiero tam odważył się spojrzeć na swoje odbicie. Najpierw
podniósł wzrok tylko na moment, jakby bał się tego, co zobaczy.
Potem jednak obrócił się powoli, opierając dłonie o chłodny
blat umywalki. Pośladki były już wyraźnie fioletowe, niemal sine,
z nieregularnymi smugami ciemniejszego koloru, które z każdą
minutą stawały się bardziej widoczne. W kilku miejscach skóra
była rozcięta — cienkie strużki krwi spływały powoli po jego
udach, zostawiając ślady, które kontrastowały z ciałem. Patrzył
na to w milczeniu, z trudnym do nazwania uczuciem: mieszaniną bólu,
zdziwienia i czegoś jeszcze, co przypominało niedowierzanie. Wszedł
pod prysznic i odkręcił wodę. Strumień był letni, ale i tak
pieczenie przyszło natychmiast. Zasyczał cicho, zacisnął zęby.
Mył się ostrożnie, jakby każdy centymetr skóry wymagał osobnej
decyzji. Krew i pot spływały do odpływu, ale ból nie ustępował
— raczej zmieniał się, pulsował, przypominał o sobie przy
każdym dotknięciu. Gdy woda trafiła na najbardziej wrażliwe
miejsca, musiał na chwilę się zatrzymać, oprzeć czoło o kafelki
i poczekać, aż zawroty głowy miną. W końcu zakręcił kran.
Sięgnął po ręcznik hotelowy, przykładał go ostrożnie, zmieniał
miejsca, próbował zatamować sączenie się krwi. Potem przyszła
kolej na chusteczki i płatki kosmetyczne, wszystko, co mogło
posłużyć za prowizoryczny opatrunek. Każdy ruch wywoływał
grymas bólu, którego nie potrafił już całkiem ukryć. Oddychał
krótko, płytko, jakby w ten sposób mógł zmniejszyć napięcie. W
lustrze widział nie tylko obolałe ciało, ale też własną twarz —
bladą, skupioną, z cienką linią ust zaciśniętych z wysiłku.
Gdy skończył, stanął na chwilę oparty o umywalkę, z ręcznikiem
w dłoniach, poczuł nagle ogromne zmęczenie. Nie tylko fizyczne. I
znów wróciło pytanie, którego nie potrafił się pozbyć: co
właściwie poszło nie tak?
Ubrał się z trudem.
Każdy element garderoby był osobnym wyzwaniem, każdą czynność
musiał wykonywać powoli, ostrożnie, jakby ciało należało do
kogoś innego. Najpierw bokserki — materiał dotykający obolałej
skóry sprawił, że na moment przymknął oczy. Potem spodnie,
wsuwane centymetr po centymetrze, z krótkim, syczącym wdechem, gdy
materiał otarł się o wrażliwe miejsca. Koszulę zapiął krzywo,
poprawił dopiero po chwili, z irytacją, gdy ręce przestały mu
lekko drżeć. Dopiero wtedy rozejrzał się po pokoju. Jej rzeczy
wciąż tu były. Walizka stała przy ścianie, dokładnie tam, gdzie
ją postawiła po przyjeździe. Na fotelu leżały jej spodnie,
starannie złożone, obok cienki pasek. Na podłodze, równo
ustawione, jej sportowe buty. Na stoliku przy lustrze —
kosmetyczka, szczotka, gumka do włosów, ładowarka do telefonu.
Wszystko było uporządkowane. Zbyt uporządkowane, jak na kogoś,
kto wyszedł w pośpiechu. Powoli zaczął wszystko pakować. Składał
ubrania dokładnie, wygładzał materiał dłonią, układał je w
walizce tak, by nic się nie pogniotło. Każdy przedmiot, który
brał do ręki, przywoływał ją na nowo — gest, spojrzenie, ton
głosu. Jej obecność była wciąż wyczuwalna, jakby wyszła tylko
na chwilę. Sięgnął po flakon perfum. Odkręcił go bez
zastanowienia. Zapach był znajomy. Jej. Na moment zamknął oczy,
pozwalając, by aromat osiadł w pamięci, jakby mógł w ten sposób
zatrzymać ją, choć na kilka sekund dłużej. W tym samym momencie
ciszę w pokoju przerwało pukanie do drzwi. Serce podeszło mu do
gardła. Przez ułamek sekundy był pewien, że to ona. Że wróciła.
Że zaraz wszystko się wyjaśni, że padnie jakieś słowo,
cokolwiek. Otworzył drzwi szybko, niemal gwałtownie — z nadzieją,
której nie zdążył ukryć. W progu stał pracownik hotelu —
młody mężczyzna w służbowym stroju, z uprzejmie zakłopotaną
miną. W rękach trzymał parę czarnych szpilek.
– Znalezione na
korytarzu. Przypuszczam, że należą do pańskiej towarzyszki –
ton, jakim to powiedział, był chłodny, pozbawiony jakichkolwiek
emocji lub prób oceny a spojrzenie dyskretne, profesjonalne, takie,
które widziało już wiele i nie zadawało pytań.
Andrzej poczuł niemal
fizyczne ukłucie rozczarowania. Skinął głową i wziął buty w
milczeniu. Sięgnął po portfel, wyjął dwustuzłotowy banknot i
podał go mężczyźnie.
– Proszę. Za…
zrozumienie i… milczenie.
Recepcjonista przyjął
pieniądze bez słowa, z lekkim skinieniem głowy. Odwrócił się i
odszedł korytarzem, pozostawiając po sobie ciszę, która znów
zapadła w pokoju. Andrzej zamknął drzwi. Został sam. Z jej
walizką. Z jej zapachem. I z pytaniami, na które wciąż nie miał
odpowiedzi.
Zapakował jej szpilki na
samą górę walizki. Dopiero wtedy zauważył złamany obcas —
cienki, pęknięty tuż przy podstawie, jakby nie wytrzymał nagłego
ciężaru albo pośpiechu. Przez chwilę trzymał but w dłoni,
obracając go bezmyślnie, po czym ostrożnie ułożył obie pary
obok siebie, tak, by uszkodzenie nie było od razu widoczne. Powoli
zamknął walizkę. Potem wstał. Podniósł bagaż i rozejrzał się
po apartamencie raz jeszcze — po pustym już pokoju, w którym
jeszcze niedawno wszystko miało sens. Ruszył w stronę drzwi,
poruszając się wolno, sztywno, każdy krok odmierzając z
wysiłkiem. Ciało wciąż protestowało, ale trzymał się prosto.
Nie chciał, by cokolwiek — nawet ból — odebrało mu resztki
godności.
Nie wiedział, co się
wydarzyło. Nie wiedział, co stanie się dalej. Wiedział jednak
jedno — tego wieczora — i tego uczucia — nie zapomni nigdy.
---
Stary mercedes toczył
się spokojnie przez Sopot, miękko, bez szarpnięć, mijając
znajome ulice, latarnie i pustoszejące już o tej porze chodniki.
Kierowca prowadził pewnie i delikatnie, z wyczuciem kogoś, kto zna
każdy zakręt i każdą nierówność nawierzchni, nie musi się
spieszyć i nie musi niczego udowadniać. Silnik mruczał
nisko i jednostajnie, charakterystycznym, lekko chrapliwym dieslowskim dźwiękiem,
który był bardziej tłem niż hałasem. Jego wibracje przenosiły
się na wnętrze. Samochód płynął przez miasto miękko, a
zawieszenie sygnalizowało nierówności krótkimi, stłumionymi
stuknięciami. Nic nie było gwałtowne, nic nie szarpało — każdy
ruch był wygładzony, wyhamowany, prowadzony z cierpliwą pewnością
starej konstrukcji. W środku panował półmrok, rozproszony
światłami miasta. Fotele miały pokrowce z futerka, lekko wytarte,
miękkie w dotyku, przesiąknięte zapachem papierosów i taniej
choinki zapachowej, która dawno straciła intensywność, ale wciąż
była wyczuwalna. Za kierownicą siedział starszy mężczyzna z
siwym wąsem. Miał na sobie bordową koszulę, rozpiętą pod szyją
i skórzaną kamizelkę, wytartą po latach noszenia. Ręce trzymał
pewnie na kierownicy, z tym spokojem kogoś, kto przejeżdżał tymi
ulicami tysiące razy. Od czasu do czasu zerkał w lusterko wsteczne
— nie nachalnie, raczej z zawodowego przyzwyczajenia. Paulina
siedziała z tyłu, oparta o drzwi. Oddychała ciężko, nierówno.
Po chwili pochyliła się do przodu.
– Czy mógłby mi pan
podać jakąś chusteczkę? – zapytała cicho.
Taksówkarz sięgnął
bez słowa do schowka i podał jej papierową paczuszkę, rzucając
krótkie spojrzenie w lusterko. Paulina wyjęła jedną chusteczkę,
potem drugą. Próbowała zetrzeć rozmazany makijaż spod oczu, na
policzkach, przy linii rzęs, ale suchy papier tylko rozmazywał
ślady jeszcze bardziej. Zniecierpliwiona zacisnęła usta.
Kierowca zauważył to
bez komentarza. Jedną ręką sięgnął po małą butelkę wody i
podał ją do tyłu.
– Masz. Łatwiej
będzie.
Skinęła głową, nie
podnosząc wzroku. Odkręciła butelkę, zwilżyła jedną z
chusteczek i dopiero wtedy zaczęła delikatniej, dokładniej zmywać
tusz. Czarne smugi ustępowały powoli, zostawiając jasną skórę.
Ruchy miała nadal niecierpliwe, ale bardziej skupione, jakby ten
prosty gest pozwalał jej odzyskać odrobinę kontroli. Jakby
próbowała zetrzeć z twarzy nie tylko makijaż, ale i to, co
zostało jej pod powiekami, w pamięci, pod skórą.
Taksówkarz zerknął
jeszcze raz w lusterko.
– Wszystko w porządku?
Jakiś nerwowy klient, co?
Nie od razu zrozumiała,
o co mu chodzi. Uniosła wzrok, spojrzała w przestrzeń przed sobą,
po czym znów opuściła głowę. Nie odpowiedziała. Taksówkarz
cmoknął cicho, jakby to była dla niego wystarczająca odpowiedź.
– Spokojnie – dodał,
już bardziej poufale. – Tacy się trafiają. Ważne, że już po
wszystkim. Jesteś nowa w mieście?
Znów spojrzał w
lusterko. Tym razem dłużej. Paulina poczuła to spojrzenie, ale nie
skomentowała go. Złożyła zużytą chusteczkę, sięgnęła po
kolejną.
– Proszę jechać. I
proszę się skupić na drodze – powiedziała po chwili, tonem
chłodnym i oficjalnym.
Uniósł brew, ale
uśmiechnął się pod wąsem.
– Jak chcesz –
rzucił. – Ty mówisz, ja jadę.
Światła odbijały się
w szybach, miasto mijało ich powoli. Paulina patrzyła przez boczne
okno, coraz spokojniej oddychając.
Taksówkarz zerknął
jeszcze raz w lusterko. Nic więcej nie powiedział. Gdy podjechali
pod jej blok, sięgnęła po torebkę.
– Ile płacę?
– Daj spokój. Blisko,
a ja tu mieszkam za rogiem. Polecam się na przyszłość, wtedy mi
zapłacisz – powiedział, sięgając po wizytówkę i podając jej
ją przez ramię. Zawsze mogę gdzieś zawieść, przywieść, kiedy
trzeba. I ochronić.
Nie odpowiedziała. Tylko
kiwnęła głową, wyjęła z portfela banknot pięćdziesięciozłotowy
i podała mu.
– Proszę – mruknęła.
– Za dziś. Powinno wystarczyć.
Wysiadła ostrożnie.
Bose stopy natychmiast poczuły chropowatość chodnika — każdą
nierówność, chłód betonu i drobne kamyczki, które wbijały się
w cienki materiał rajstop. Rozejrzała się odruchowo, z bijącym
sercem, i poczuła wyraźną ulgę: o tej porze nie było nikogo.
Żadnych sąsiadów, żadnych znajomych twarzy, żadnych spojrzeń.
Pobiegła do klatki na tyle prędko, że taksówkarz nie zdążył
nawet odwrócić głowy ani powiedzieć słowa pożegnania. Drzwi
wejściowe ustąpiły pod jej dłonią, ciężkie skrzydło zamknęło
się za nią głucho, odcinając wieczorne powietrze i światła
ulicy. Wewnątrz było chłodno i pusto. Wcisnęła przycisk windy.
Czekanie trwało kilka sekund, ale wydawało się dłuższe. Wsiadła.
Kabina ruszyła w górę, powoli, bez pośpiechu, jakby zupełnie nie
rozumiała jej stanu. Oparła się o ścianę, zamknęła na moment
oczy. Klucz zadźwięczał w zamku głośniej, niż by chciała.
Weszła do mieszkania i natychmiast przekręciła zamek, potem drugi.
Dopiero wtedy mogła odetchnąć. Cisza była niemal zbyt wyraźna.
Gęsta, nienaturalna, jakby mieszkanie wstrzymało oddech razem z
nią.
Rozebrała się, stojąc
jeszcze przy drzwiach, jakby chciała jak najszybciej pozbyć się
tej warstwy, tego dnia, tego wieczoru. Została naga, stojąc na
chłodnych płytkach. Była w domu. Była bezpieczna. Poszła prosto
do łazienki. Stanęła pod prysznicem, odkręciła wodę i
pozwoliła, by gorące strumienie zmyły z niej napięcie. Ramiona
drżały. Zamykała oczy, pozwalając, by łzy mieszały się z wodą.
Z pralki, na której położyła telefon, dobiegał cichy, znajomy
dźwięk – wibracje telefonu. Nie odbierała go. Telefon wciąż
wibrował.
---
Andrzej wyszedł z hotelu
bocznym wyjściem, lekko utykając. Wieczór był chłodny, powietrze
czyste, niemal obojętne wobec tego, co miał za sobą. Volvo V70
stało niedaleko, na miejscu VIP, które wcześniej zarezerwował
razem z apartamentem — ciemne, solidne, znajome. Otworzył drzwi
charakterystycznym kliknięciem pilota i spojrzał na fotel kierowcy
z mieszaniną rezygnacji i determinacji, jakby to był ostatni etap
drogi, który trzeba po prostu przejść. Wsiadanie okazało się
bolesne. Każdy ruch wywoływał pieczenie, którego nie dało się
zignorować ani oswoić. Powoli osunął się na fotel, zaciskając
zęby, szukając takiej pozycji, która byłaby, choć odrobinę
znośniejsza. Oparł dłonie na kierownicy i przez chwilę nie
uruchamiał silnika. Wziął głęboki wdech, potem jeszcze jeden,
pozwalając, by oddech uspokoił ciało. W głowie wciąż kłębiły
się pytania. Dlaczego wyszła? Czy zrobił coś nie tak? Czy zawiódł
— i jeśli tak, to w którym momencie? W końcu przekręcił
kluczyk. Silnik zadrżał cicho, jakby i on nie miał ochoty na
powrót. Ruszył powoli, ostrożnie, starając się nie napinać
mięśni bardziej, niż było to konieczne. Każdy nierówny fragment
asfaltu przypominał mu o intensywności tego wieczoru — nie jak
wyrzut, raczej jak echo. W drodze do domu sięgał kilkukrotnie po
telefon. Dzwonił. Jeden sygnał, drugi, trzeci, kolejne, poczta
głosowa. Znów. I jeszcze raz. W końcu, bez gniewu i bez gestu
rozpaczy, odłożył aparat na fotel pasażera. Nie potrafił się
złościć. Myśli i tak wracały tylko do niej — do Pauliny.
Zjawiskowej. Niepokojącej. Pięknej. Tak bardzo innej od wszystkich,
których znał. Gdy dojeżdżał do Kamiennej Góry w Gdyni, miasto
zaczęło wyraźnie zmieniać swój charakter na bardziej kameralny.
Strome ulice, jasne elewacje willi schowanych wśród drzew, rzadziej
ustawione latarnie — wszystko tu miało inny rytm, bardziej
intymny, niemal domowy. Zatrzymał się przed znakiem STOP, na jednym
ze skrzyżowań. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie szumem
liści i odległym dźwiękiem morza, który czasem docierał tu
nocą. Spojrzał w lusterko. Twarz miał zmęczoną, z wyraźnymi
cieniami pod oczami, ale spokojną — jakby coś w nim się już
ułożyło, osiadło na właściwym miejscu. Nie było w niej
rozpaczy ani gniewu. Raczej akceptacja, jeszcze świeża, ale
wyraźna. Ból nie zniknął; wciąż był obecny, palący,
przypominający o sobie przy każdym ruchu. A jednak miał w sobie
teraz coś innego — jakąś dziwną czystość, prostotę odczucia,
jakby noc zostawiła na nim ślad nie tylko na skórze, ale też
głębiej. Ruszył powoli pod górę, w stronę swojego domu.
Zerknął jeszcze raz na ekran telefonu. Nic. Westchnął cicho i
skręcił w znajomą uliczkę.
– Paulineczko… –
wyszeptał w ciemność. – Proszę...
---
Wyszła spod prysznica,
otulona jeszcze parującym ciepłem wody. Skóra wciąż była
rozgrzana, jakby chciała zatrzymać ten stan odcięcia od świata,
choć na chwilę dłużej. Założyła luźny, szary dres Nike —
wygodny, miękki, luźny, jakby chciała się w nim schować,
zniknąć, stać się mniej widoczna.
W kuchni otworzyła
butelkę czerwonego wina. Korek wyszedł cicho, bez oporu. Nalała
sobie do kieliszka i przeniosła go do salonu. Usiadła na kanapie,
podciągając nogi pod siebie, opierając plecy o poduszki. Przez
chwilę po prostu siedziała, patrząc przed siebie.
W mieszkaniu panowała
cisza. Głęboka, niemal nienaturalna. Telefon leżał obok niej.
Ekran co chwilę rozświetlał się nowym powiadomieniem. Dzwonił.
Pisał. Nie odbierała. Udawała, że nie widzi, choć każdy dźwięk
i każdy błysk docierał do niej wyraźnie. Wzięła łyk wina —
długi, głęboki, jakby próbowała nim coś w sobie uciszyć.
Alkohol rozlał się ciepłem w żołądku, ale nie przyniósł ulgi.
Odstawiła kieliszek na
stolik i w końcu sięgnęła po telefon. Przez chwilę tylko
patrzyła w ekran. Palce zawisły nad klawiaturą. W głowie kłębiły
się setki słów: wyjaśnienia, półprawdy, próby wytłumaczenia
tego, co się stało i czego sama jeszcze do końca nie rozumiała.
Żadne z nich nie wydawało się wystarczająco prawdziwe. Ani
uczciwe. Ani bezpieczne. W końcu napisała tylko jedno słowo:
Wysłała. Odłożyła
telefon, jakby parzył. Sięgnęła po kieliszek i wzięła kolejny
łyk. Kolejny pozwoliła łzom spłynąć po policzkach. Bez
pośpiechu. Bez tłumienia. Siedząc w ciszy, w miękkim dresie, z
winem w dłoni, wiedziała jedno: to słowo było za małe. Na nic
więcej nie była jeszcze gotowa.
---
Andrzej właśnie
podjechał pod swój dom. Zaparkował, opierając czoło na
kierownicy, zamknął na chwilę oczy. Był zmęczony.
Zdezorientowany. I samotny. Nagle – powiadomienie. Krótkie, niemal
niepozorne wibracje telefonu. Spojrzał na ekran.
Przepraszam.
Jedno słowo. Od niej.
Bez chwili wahania
chwycił telefon, natychmiast zadzwonił. Sygnał. Drugi. Trzeci.
Odrzuciła połączenie. Po chwili kolejna wiadomość.
Nie dzwoń. Przyjedź.
Osiedle Mickiewicza 4/37. Potrzebuję Cię.
Spojrzał na ekran
jeszcze raz, tylko po to, by się upewnić, że dobrze zrozumiał
wiadomość. Potem w jego głowie zapadła cisza. Ta gęsta, niemal
absolutna, w której wszystko nagle staje się jasne. Ból, który
jeszcze chwilę wcześniej był nie do zniesienia, cofnął się na
dalszy plan, jakby ktoś po prostu wyłączył jego dźwięk. Wcisnął
sprzęgło, wrzucił jedynkę. Volvo ruszyło gładko, bez
szarpnięcia — ciężkie, stabilne, posłuszne. Nie było pisku
opon ani gwałtownych manewrów. Pędził przez miasto szybko, ale
pewnie, z tym charakterystycznym spokojem, które dawało stateczne
szwedzkie kombi, nawet przy dużej prędkości sprawiające wrażenie
opanowanego. Silnik pracował równo, zawieszenie tłumiło
nierówności, a ulice mijały za szybą w długich, jasnych smugach.
W głowie miał tylko jedną myśl: ona go potrzebuje. Teraz.
Zaparkował pod jej blokiem, zostawiając samochód lekko pod kątem,
jakby nie chciał tracić ani sekundy na poprawki. Zgasił silnik,
wysiadł. Ból wrócił na moment ostrym ukłuciem, ale zignorował
go bez wysiłku. Liczyło się tylko to, że zaraz ją zobaczy.
Domofon. Krótkie brzęczenie. Drzwi ustąpiły. Winda wiozła go na
czwarte piętro z irytującą powolnością. Stał w kabinie w
milczeniu, nieruchomy, skupiony. Gdy drzwi się rozsunęły,
przeszedł korytarz kilkoma szybkimi krokami. Zapukał. Po chwili
drzwi się otworzyły. Stała w nich. W luźnym dresie, bez makijażu.
Włosy miała jeszcze lekko wilgotne. Jej oczy były podkrążone,
zaczerwienione — wyraźnie było widać, że płakała. Wyglądała
na zmęczoną, jakby noc odebrała jej część sił, przygasiła
światło. A jednak, mimo tego, nadal była piękna. Może nawet
bardziej — prawdziwa, krucha, bez żadnej osłony. Patrzyli na
siebie w ciszy. I w tej ciszy było już wszystko.
– Twoje rzeczy –
powiedział tylko, wstawiając walizkę przez próg. Nie
odpowiedziała. Tylko cofnęła się w głąb mieszkania. Wszedł i
zamknął drzwi. Podeszła i bez słowa objęła. Wtuliła się w
niego nagle, jakby pękło w niej coś, co do tej pory trzymało ją
w ryzach. Jej dłonie zacisnęły się na jego plecach. Zaczęła
płakać. Cicho. Bardziej w sobie niż na zewnątrz, ale Andrzej
poczuł wilgoć jej łez na swojej koszuli. Przytulił ją mocniej.
Bez słów. Jego ręka powędrowała do jej głowy, zaczął głaskać
ją delikatnie po włosach, zataczając łagodne kręgi opuszkami
palców. Nie pytał o nic. Nie oceniał. Był. Paulina wciąż
drżała. W jego ramionach nieco się rozluźniła, ale łzy nie
przestawały spływać jej po policzkach. Oddychała szybko, nerwowo,
jakby próbowała złapać oddech po przebiegnięciu maratonu. Wciąż
obejmował ją, kołysząc lekko, jakby chciał wyciszyć jej drżące
ciało samym rytmem swojego oddechu.
– Przepraszam –
wyszeptała w końcu. – Przepraszam... Nie powinniśmy byli się
spotykać... zmarnowałam tylko twój czas. Jestem beznadziejna...
Odsunął się lekko,
tylko tyle, by móc spojrzeć jej w oczy. Ujął delikatnie jej twarz
w dłonie. Była blada, zmęczona, piękna.
– Za co mnie
przepraszasz? – zapytał łagodnie.
– Uciekłam... jak
jakaś wariatka. Naprawdę jestem nienormalna. – powiedziała,
głosem zaskakująco spokojnym jak na to, co właśnie przeżywała.
– Zostawiłam cię.
Samego. Zakrwawionego. Bo... bo się wystraszyłam. Nie ciebie.
Siebie. Tego, co zrobiłam. Tego, co poczułam. Jak się poczułam,
kiedy to robiłam. Przeraziłam się własnych emocji. Że... że
mogłabym... – zacięła się, nie kończąc zdania.
Andrzej westchnął
cicho. Pokręcił głową z ciepłym, pełnym zrozumienia uśmiechem.
– Paulineczko... To nie
jest coś, co można zmierzyć, ocenić. To był mój wybór. Mój
dar. Dla ciebie. Dla tej jedynej kobiety na świecie, którą uznałem
za wartą czegoś więcej, niż tylko pustych gestów. Dla ciebie
chciałem cierpieć.
– Ale...
– Nie. Posłuchaj mnie
– przerwał jej delikatnie. – To, co mnie bolało, było tym, co
mnie oczyściło. Każdy ból, każde uderzenie. Czułem je, tak, ale
przy tobie poczułem się też prawdziwie obecny. Żywy. Taki, jakim
chcę być. Dałaś mi coś, czego nie potrafiłem znaleźć przez
lata. I nie chodzi tylko o dominację. Chodzi o ciebie. O to, że to
ty jesteś tą osobą, którą chciałem wpuścić do tego miejsca w
sobie, którego nikt nie poznał. I nie żałuję ani sekundy. Ani
jednego uderzenia.
Paulina wpatrywała się
w niego w ciszy, z lekko otwartymi ustami, jakby każde jego słowo
rozpuszczało w niej kolejne warstwy napięcia. Emocje opadały, a
jej ciało powoli rozluźniało się. Jego obecność, jego słowa,
ich rytm działały na nią jak balsam.
– Nie sądziłam, że
to powiesz – wyszeptała.
– I pewnie jeszcze
wiele rzeczy cię zaskoczy – odpowiedział, uśmiechając się
ciepło. – Ale jedno zapamiętaj: przy tobie czuję, że żyję.
Nie przerażaj się swoją siłą. Ona mnie nie niszczy. Ona mnie
prowadzi.
Przymknęła oczy.
Przesunęła dłonią po jego ramieniu, a potem oparła głowę na
jego klatce piersiowej. Uspokajała się. Oddychała coraz wolniej.
Usiedli na sofie, tuż obok siebie, z kieliszkami czerwonego wina w
dłoniach. W mieszkaniu panował półmrok, rozświetlany jedynie
słabym światłem stojącej w kącie lampy. Andrzej co chwilę
wiercił się i przesuwał z jednej strony na drugą, krzywiąc się
z wyraźnym dyskomfortem. Paulina spojrzała na niego, uśmiechając
się pierwszy raz od dłuższego czasu.
– Zdejmij spodnie.
Muszę to obejrzeć.
Andrzej posłusznie
rozpiął pasek i zsunął spodnie. Paulina odłożyła kieliszek i
delikatnie, z nieoczekiwaną czułością, zsunęła jego bokserki,
by dokładnie przyjrzeć się śladom. Na jego fioletowych pośladkach
widniały ciemnoczerwone pręgi, niektóre już lekko opuchnięte, o
nieregularnych krawędziach. W kilku miejscach skóra była rozcięta
— płytko, ale na tyle, by wymagało to oczyszczenia. Poszła po
apteczkę. Gdy wróciła, nasączyła wacik środkiem odkażającym i
usiadła obok niego. Jej ruchy były spokojne, bardzo ostrożne.
Dotykała skóry tak, jakby bała się sprawić mu choćby minimalny
dodatkowy dyskomfort. Gdy przyłożyła wacik, Andrzej drgnął i
syknął cicho, nieświadomie napinając się.
– Spokojnie… już,
już – powiedziała miękko. – Wiem, że szczypie.
Na chwilę przerwała,
pochyliła się i delikatnie dmuchnęła na podrażnione miejsce,
jakby chciała zabrać ze sobą część pieczenia. Jej gest był
prosty, niemal dziecięcy, ale działał — napięcie w jego ciele
odrobinę zelżało.
– Wytrzymaj jeszcze
chwilę – szepnęła. – Zaraz będzie lepiej.
Wróciła do oczyszczania
ran, powoli, z wyczuciem, uważnie obserwując każdy jego oddech,
każde poruszenie. Gdy skończyła, przyłożyła opatrunki w
najbardziej wrażliwych miejscach, wygładzając brzegi plastra
palcami, by nic nie ciągnęło ani nie drażniło skóry. Na koniec,
zupełnie odruchowo, lekko pogładziła jego biodro —
uspokajającym, ciepłym gestem.
– Gotowe –
powiedziała cicho. – Teraz już tylko odpoczynek.
Jej głos był spokojny.
Pewny. I pełen troski. Andrzej usiadł ponownie, tym razem bokiem,
oszczędzając obolałe miejsce. Podała mu kieliszek. Przez chwilę
milczeli, popijając wino, jakby oboje potrzebowali oddechu po tym,
co się wydarzyło.
– Wiesz, myślałem o
tym bólu – odezwał się w końcu Andrzej. – Był silniejszy,
niż się spodziewałem. Nieprzyjemny, ale jednocześnie miał
znaczenie. Czułem, że coś ci oddaję. Że jestem dokładnie tam,
gdzie chcę być. Dla ciebie.
Paulina wpatrywała się
w wino w swoim kieliszku, delikatnie poruszając nim w dłoni.
– Dla mnie to było…
– zaczęła powoli, szukając słów. – Intensywne. Władza.
Kontrola. Poczucie siły. To mnie zaskoczyło. Podniecało bardziej,
niż się spodziewałam.
Zamilkła na moment.
– Ale na końcu pojawił
się lęk – dodała ciszej. – Bałam się, że przekroczyłam
granicę. Że mogłam cię skrzywdzić, złamać. Że poniosło mnie
za daleko.
Podniosła na niego
wzrok. Uważny. Prawdziwy.
– Złamać? Nie
złamałaś mnie – przerwał łagodnie. – Złamałaś tylko coś
we mnie, co było pancerzem. Zburzyłaś fasadę. I nie chcę jej z
powrotem. To był dar. Chcę, byś to zapamiętała.
Spojrzała na niego
długo. Jej oczy były już spokojne, wciąż lekko wilgotne, ale
teraz błysnęło w nich coś innego — uważne, chłodne
rozbawienie. Przytuliła się do niego, powoli, jakby celowo
wydłużała ten gest.
– Wiesz, jeśli
naprawdę oddałeś mi ten pancerz, to następnym razem mogę
sprawdzić, co jeszcze da się z ciebie zdjąć. I czy nadal będziesz
to nazywał darem. Nie boisz się tego?
Zamilkła na moment,
obserwując jego reakcję.
– Może, kiedy opadną
emocje… powtórzymy to – powiedziała już lżej. – Ale tym
razem bez ucieczki.
– Będę czekał. I
będę gotowy. Daj mi tylko trochę czasu, żebym się wykurował i
pozbierał siły.
– Dobrze, będę
czekała, wrócisz, gdy będziesz gotowy – odparła.
Milczeli przez chwilę.
Patrzyła na niego – mężczyznę silnego, dojrzałego, a
jednocześnie całkowicie jej poddanego. Było w tym coś niezwykle
pięknego. Poczuła ciepło rozchodzące się w jej wnętrzu. Była
już spokojna. Zasnęła z głową na jego kolanach. Oddychała już
równo, ale wciąż z tym lekkim napięciem, które zdradzało, że
sen nie przyszedł łatwo. Delikatnie głaskał ją po policzku i po
włosach, uważnie, jakby każdy dotyk mógł ją obudzić. Patrzył
na jej śliczną twarz, teraz pozbawioną masek i kontroli, miękką,
niemal dziewczęcą. Sam prawie nie spał; raczej zapadał w półsen,
czujny, zawieszony gdzieś pomiędzy myślami a ciszą, reagując na
każdy jej ruch. Gdy niespokojnie poruszyła się przez sen, poprawił
koc, którym ją okrył, naciągnął go wyżej, jakby chciał
odgrodzić ją od reszty świata. W tym momencie była krucha —
bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej ją widział — i ta kruchość
poruszała go głębiej niż jakiekolwiek słowa. Został u niej do
rana, otaczając ją troską i czułością, trzymając blisko, nie
mówiąc zbyt wiele, bo nie było potrzeby. Gdy nad ranem poruszyła
się spokojniej i otworzyła oczy, zobaczyła jego uważne spojrzenie
i cichy uśmiech. Był tam. Nadal przy niej. I to wystarczyło, by
poczuła bezpieczeństwo, jakiego wciąż potrzebowała.
---
Kilka dni później
obchodziła urodziny. Andrzej zadzwonił, żeby złożyć życzenia.
Rozmowa była krótka; zaproponowała, żeby przyjechał, jeśli ma
ochotę. Był po dwudziestu minutach. Gdy wszedł do mieszkania,
trzymał w rękach starannie zapakowany pakunek — prosty,
elegancki, przewiązany elegancką wstążką. Bez demonstracji.
Paulina rozwinęła papier spokojnie, z uważnością, jaką miała
tylko wtedy, gdy coś naprawdę ją interesowało. W środku była
para czarnych szpilek. Klasyczna linia, cienki obcas, doskonałe
proporcje. Przez chwilę tylko na nie patrzyła, potem wzięła jeden
but do ręki i spojrzała na wytłoczone na podeszwie logo.
– Gianvito Rossi? –
zapytała, marszcząc lekko czoło. – Znam Gino Rossi, ale to…
Uniósł kącik ust.
– Inna historia. Włoska
marka, jeszcze młoda, dopiero dwa lata na rynku, ale robi się o
nich coraz głośniej.
Obróciła but w palcach,
przyglądając się obcasowi, linii noska, wykończeniu skóry.
– Widać –
powiedziała krótko. – Są piękne. Dziękuję.
– Pomyślałem, że to
coś dla ciebie – odparł spokojnie. – Tym bardziej że swoje
zgubiłaś… trochę jak Kopciuszek.
Uniósł na nią wzrok z
lekkim uśmiechem. Paulina odpowiedziała mu spojrzeniem, w którym
pojawił się błysk rozbawienia.
– Skoro już mnie
porównujesz do Kopciuszka – powiedziała miękko, ale z wyraźną
nutą prowokacji – to na kolana. I załóż mi je.
Usiadła w fotelu,
wygodnie, pewnie, jakby to było najbardziej naturalne polecenie na
świecie. Wyciągnęła nogę do przodu. Andrzej nie zawahał się
ani chwili. Uklęknął przed nią i sięgnął po jej stopę.
Delikatnie zsunął skarpetkę, powoli, odsłaniając jasną, gładką
skórę. Stopa była smukła, pięknie uformowana, z długimi palcami
i subtelnym łukiem — wyglądała niemal idealnie, jakby stworzona
do takich butów.
Ujął ją ostrożnie w
dłonie i wsunął pierwszą szpilkę, prowadząc stopę dokładnie
tam, gdzie powinna się znaleźć. Skóra buta objęła ją miękko,
precyzyjnie. Potem sięgnął po drugą. Gdy skończył, na moment
pozostał na kolanach, jakby chciał się upewnić, że wszystko jest
na swoim miejscu. Paulina wstała. Zrobiła kilka kroków po pokoju,
powoli, z wyczuciem, pozwalając, by obcasy zabrzmiały cicho na
panelach. Przeszła przed lustro, obróciła się lekko, przyglądając
się swojemu odbiciu. Buty leżały idealnie — podkreślały linię
nóg, dodawały jej wzrostu i jeszcze więcej pewności siebie.
– Pasują perfekcyjnie
– powiedział cicho, z wyraźnym zachwytem.
Odwróciła się w jego
stronę, uśmiechając się.
– Bo jestem perfekcyjna
– odparła bez cienia fałszywej skromności.
Przez krótką chwilę
byli po prostu blisko. Ona — piękna, świadoma swojej siły, pewna
każdego gestu. On — dojrzały, oddany, szczęśliwy, że znów
może być przy niej, dokładnie tam, gdzie chciał być. I nie
potrzebowali niczego więcej.
–––
Rozdział XVII –
Studenckie wakacje
Mazury / Sopot – czerwiec /
lipiec 2008
Zaczęły się wakacje.
Paulina dała się namówić na prawie dwutygodniowy wypad z
koleżankami z roku do niewielkiego domku na Mazurach. Przekonało ją
głównie damskie towarzystwo i fakt, że poza nimi miało być tylko
dwóch chłopaków — obaj już zajęci, bez potencjału na
niepotrzebne napięcia. Nie miała ochoty ani na wakacyjne romanse,
ani na cokolwiek, co wymagałoby tłumaczeń lub kompromisów.
Wiedziała już, czego oczekuje od mężczyzn i miała coraz
silniejsze poczucie, że tylko Andrzej potrafi jej to teraz dać. Z
koleżankami nie łączyła jej żadna szczególna bliskość. Była
to raczej luźna znajomość z wykładów i ćwiczeń, oparta na
codziennej uprzejmości i wspólnych doświadczeniach studenckiego
życia. A jednak ucieszyła się z tej propozycji. Doceniła ją —
szczerze, bez ironii — jako okazję do wyjazdu, zmiany otoczenia.
Było prosto i sympatycznie, zaskakująco fajnie. Po kilku dniach
opalania się, dojechał chłopak jednej z znajomych — zapalony
żeglarz. Mieli zarezerwowany niewielki jacht, a on od pierwszej
chwili ogłosił się kapitanem i z właściwą sobie swadą przejął
dowodzenie nad żeńską załogą. Drugiego z chłopaków mianował
swoim zastępcą, co przypieczętował krótkim, uroczystym uściskiem
dłoni. Uczył je podstaw żeglowania, wydawał komendy z nieco
przesadnym patosem, pozwalał sterować. Śmiał się głośno, gdy
wiatr nagle zmieniał kierunek, a dziewczyny zaczynały panikować.
Paulina próbowała co jakiś czas, półżartem, podważać ten
pokładowy patriarchat — rzucała ironiczne uwagi, proponowała
demokratyczne głosowanie. Reakcja była natychmiastowa: groźba
wyrzucenia buntowniczki za burtę i ostrzeżenie, że jezioro jest
zimne, a rewolucjoniści pierwsi idą do wody. Wieczorami siedzieli
na tarasie domku, rozmawiali, pili piwo i dużo śmiali się.
Po powrocie zatrudniła się w jednym z nadmorskich barów — tym samym,
w którym pracowała latem przez ostatnie dwa sezony. Znała to
miejsce, ludzi, tempo pracy. Chciała popracować do połowy sierpnia
i odłożyć trochę pieniędzy. Wiedziała, że w drugiej połowie
miesiąca wyjedzie do Niemiec, na jeden z uczelnianych programów i
zamieszka u niemieckiej rodziny. Na razie jednak nie zaprzątała
sobie tym głowy. Teraz liczyło się lato, praca i piękna pogoda. W
tym czasie jej relacja z Andrzejem rozwijała się powoli, ale
wyraźnie. Spotykali się od czasu do czasu — nieregularnie, często
w przerwach między jej zmianami w pracy, a jego obowiązkami
zawodowymi. Każde spotkanie miało jednak w sobie intensywność,
skupienie, coś na kształt wspólnego rytmu. Paulina odzyskiwała
pewność siebie. Zaczynała co raz lepiej rozumieć, że to, co
kiedyś brała za impuls albo chwilową fascynację, było po prostu
częścią jej natury. Andrzej pozostawał sobą: uważny, elegancki,
powściągliwy. Traktował ją z szacunkiem, bez teatralnych gestów,
ale z wyraźnym podziwem. Zachwycał się nią — urodą, sposobem
poruszania się, tym, jak potrafiła być jednocześnie zdystansowana
i obecna. Te słowa nie brzmiały jak komplementy; raczej jak
potwierdzenia faktu. Z czasem zaczął przynosić drobne upominki.
Nic nachalnego — perfumy, książkę w pięknej oprawie, pończochy,
a raz nawet, długie skórzane rękawiczki. Mówił, że po prostu je
zobaczył i od razu pomyślał o niej. Paulina przyjmowała to z
wdzięcznością, ale po którymś razie zatrzymała go spojrzeniem.
Powiedziała spokojnie, bez pretensji, że nie chce czuć się jak
czyjaś utrzymanka. Że pracuje, zarabia, chce mieć poczucie
równowagi. Że prezenty są miłe, ale tylko wtedy, gdy nie budują
zależności. Andrzej przyjął to bez urazy. Skinął głową,
zrozumiał. To jeszcze bardziej ją do niego przekonało. Zaczynała
doceniać go nie tylko jako partnera w tej szczególnej, intymnej
przestrzeni, którą wspólnie odkrywali, ale jako człowieka —
dojrzałego, czułego, uważnego. W jego obecności było coś
rzadkiego: spokój, który nie domagał się niczego w zamian, a w
jego oddaniu — cisza, w której mogła być sobą. Tuż przed jej
wyjazdem do Niemiec postanowili ponownie spotkać się „w
klimacie”. Był upalny lipcowy dzień, powietrze stało w miejscu,
a miasto męczyło nawet nocą. Tym razem Paulina dała się namówić
na wyjazd do jego domku na wsi. Miejsce zaskoczyło ją od razu. Dom
był elegancki, w skandynawskim stylu, dobrze zaprojektowany —
jasne drewno, duże okna, wyważone proporcje. Ogród zadbany,
rozległy, osłonięty od innych działek tak skutecznie, że miało
się wrażenie całkowitego odcięcia od świata. Cisza była tu inna
niż w mieście: głębsza, prawdziwsza. Pierwszego dnia po
przyjeździe siedzieli pół nocy przy ognisku. Ogień dawał miękkie
światło, rozmowa płynęła wolno, bez pośpiechu. Mówili długo —
o jej studiach, o planach, o rzeczach, które zwykle zostają
niedopowiedziane. Andrzej masował jej stopy, jakby to było
naturalnym przedłużeniem tej rozmowy, a nie zaproszeniem do
czegokolwiek więcej. I wtedy Paulina nagle zmieniła ton.
Powiedziała, że granice między nimi zawsze były dorozumiane, ale
teraz czuje potrzebę, by je jasno zdefiniować. Powiedziała mu, że
nie może liczyć na żaden kontakt intymny z nią — nie teraz, nie
w tej relacji, nie w tym świecie. Że nie wolno mu o to nawet prosić,
ani dotykać jej bez pozwolenia. Że jest poddanym, a nie
kochankiem.
– Jestem twoją panią,
a nie kochanką – powiedziała lodowato.
Te słowa uderzyły w
niego mocniej, niż się spodziewała. Zobaczyła to w jego twarzy, w
nagłym skupieniu, w sposobie, w jaki wziął oddech. Długo w nim
rezonowały — jak coś, co wreszcie nazywa to, co on i tak od dawna
czuł i szanował. Potwierdził bez wahania, że to dla niego
najnaturalniejsze. Że właśnie tak to rozumie i że uszanuje jej
decyzję.
Następnego dnia długo
odsypiali nocną rozmowę. Potem wyszli na spacer. Miała na sobie
letnią sukienkę i białe sportowe buty. Słońce było wysoko,
ścieżka prowadziła między polami i drzewami. Szedł obok niej w
ciszy podziwiał jej zgrabne, umięśnione nogi. Gdy wrócili do
domku, zatrzymała się nagle. Podeszła bliżej i wyszeptała mu do
ucha jedno zdanie — krótkie, jednoznaczne. Chciała, żeby się
rozebrał. Nie było w tym pośpiechu ani nerwowości. Sięgnęła po
trzcinki, jakby robiła coś, co od dawna było zaplanowane. Tym
razem nie uciekła. Andrzej krzyczał naprawdę głośno — dźwięk
niósł się po ogrodzie i ginął w letnim powietrzu. Nie cofnął
się. Nie poprosił, by przestała. Zauważyła to i doceniła. Gdy
wreszcie skończyła, spojrzała na niego z uznaniem. Z czymś, co
nie było ani litością, ani triumfem. Przytuliła, pozwalając, by
napięcie z niego zeszło, a potem pomogła położyć na brzuchu.
Jej dotyk był teraz delikatny, uspokajający. Zdezynfekowała rany,
jak ktoś, kto bierze odpowiedzialność za to, co zrobił. Mówiła
do niego spokojnie, cicho, aż jego oddech znów się wyrównał. Gdy
doszedł do siebie uklęknął przed nią, wciąż nagi. Zaczęła go
stymulować bosą stopą i już po niespełna trzech minutach
napięcie w końcu pękło — szybko, gwałtownie, jakby ciało
wreszcie dostało pozwolenie na ulgę. Nie było w tym wstydu, tylko
bezbronna reakcja na wszystko, co wcześniej przyjął. Potem
pozwoliła mu oprzeć czoło na kolanach. Byli szczęśliwi.
---
Schwerin – sierpień /
wrzesień 2008
W czasie wakacji studenci
germanistyki wyjeżdżali w ramach uczelnianego programu do Niemiec.
Paulina śmiała się, że jeśli miejsca były losowane, to los
najwyraźniej nie miał dla niej najlepszych kart, a fortuna
postanowiła zachować dystans. Marzyła o Bawarii i Monachium, o
piwiarniach, górach na horyzoncie i tym szczególnym porządku,
który zawsze ją tam pociągał. Ewentualnie widziała się we
Frankfurcie — szybkim, nowoczesnym, albo przynajmniej w Lipsku, z
jego studencką energią, muzyką i historią wyczuwalną na każdym
rogu. Nawet Stuttgart czy Kolonia wydawały się sensownym
kompromisem. O Freiburgu nie śmiała marzyć. Tymczasem trafiła do
Schwerina — miasta w Meklemburgii, formalnie stolicy landu, w
praktyce miejsca, które sprawiało wrażenie odległego od
wszystkiego.
– Jeśli to był los –
żartowała przed wyjazdem – to raczej ten złośliwy. Bo to nawet
nie jest prowincja. To jest prowincja prowincji. Jeden plus, że w
miarę blisko.
Ojciec początkowo chciał
ją odwieźć na miejsce. Uważał, że tak będzie bezpieczniej,
rozsądniej, bardziej po bożemu. Paulina jednak uparła się, że
poradzi sobie sama. Po kilku rozmowach przekonała go w końcu.
Swojego Fiata zostawiła pod domem rodziców. To oni odwieźli ją na
dworzec. Pożegnanie było krótkie, bez zbędnych dramatów. Pociąg
ruszył punktualnie. Najpierw Berlin. Jechała jednym z
międzynarodowych składów. Kilka godzin patrzenia przez okno,
zmieniający się krajobraz, krótkie rozmowy w przedziale, zapach
kawy z wagonu restauracyjnego. Do Berlina przyjechała na Ostbahnhof
— to tam kończył bieg pociąg z Polski. Dworzec był duży,
nowoczesny, pełen ruchu i języków, które mieszały się w jeden,
ciągły szum. Miała sporo czasu. Wsiadła w S–Bahn w stronę
stacji Berlin Hauptbahnhof. Kilka przystanków, szybki przejazd przez
środek miasta, widoki zza okna, które migały zbyt krótko, by je
zapamiętać. Dworzec robił wrażenie — ogromna, przeszklona
konstrukcja, pełna światła, przestrzeni i ludzi w drodze. Miała
jeszcze trochę czasu przed odjazdem regionalnego pociągu do
Schwerina. Zeszła na poziom ze sklepami i bez większego namysłu
sięgnęła po Ritter Sport i Haribo. Dopiero przy kasie uświadomiła
sobie ironię. Uśmiechnęła się pod nosem. Jedyna słuszna
czekolada dla mnie — pomyślała. W końcu nazwisko zobowiązuje.
Pociąg do Schwerina
odjechał punktualnie. Regionalny skład był wyraźnie luźniejszy
niż międzynarodowy pociąg, którym przyjechała z Polski.
Siedzenia wygodniejsze a ludzie mówili ciszej. Im dalej na północ,
tym więcej zieleni, jezior i niskiej zabudowy. Świat wyraźnie
zwalniał. Dojechała na Schwerin Hauptbahnhof — niewielki,
schludny dworzec, zupełnie inny niż berlińskie kolosy. Gdy
wysiadła na peron z plecakiem zarzuconym na ramię, od razu
zobaczyła pana Wirtza czekającego nieco z boku, z kartką w dłoni
i uważnym spojrzeniem. Resztę tej historii Manfred lubił później
opowiadać sam — najpierw żonie, potem synom, a na końcu sąsiadom
i chyba wszystkim możliwym kolegom przy piwie. Zawsze zaczynał tak
samo: od tego, że z pociągu wysiadła dziewczyna o urodzie modelki,
z plecakiem prawie większym od niej, który niemal ją przygniatał.
Stała na peronie trochę niepewnie, rozglądała się uważnie.
Opowiadał, że pomachał do niej, a ona zapytała, czy jest panem
Manfredem Wirtzem. Odpowiedział, że tak, ale dodał, że chyba
pomyliła pociągi, bo to Schwerin, a ona powinna była dojechać do
Paryża. Podkreślał przy tym, że wcale się nie speszyła —
spojrzała na niego spokojnie i odparła, że jest tylko skromną
studentką, przyjechała się uczyć, a nie pozować do zdjęć. Za
każdym razem, gdy Wirtz dochodził do tego momentu, Paulina kręciła
głową, śmiała się cicho i próbowała go uciszyć, mówiąc, że
przesadza. Ale robiła to bez prawdziwego sprzeciwu — raczej z tym
przyjemnym zawstydzeniem, które zdradzało, że ta historia jednak
jej się podoba. Prawie od razu polubiła go — za jego zaskakującą
bezpośredniość, ciepło i szczególny rodzaj życzliwości.
Wieczorem siedziała już
na wąskim łóżku w małym, schludnym pokoju gościnnym. Patrzyła
na równo ustawione meble, jasne zasłony w oknie, neutralne kolory
ścian. Wszystko było na swoim miejscu, aż do przesady. Musiała
przyznać — choć niechętnie — że warunki miała bardzo dobre.
Pokój był czysty, spokojny, niemal sterylny w swojej niemieckiej
poprawności. Wysłała krótką wiadomość do rodziców, odłożyła
telefon na stolik nocny i położyła się, patrząc w sufit. Była
daleko od wszystkiego, co znała. I choć wciąż miała poczucie,
że Schwerin nie będzie jej miastem marzeń, coś w tym miejscu
zaczynało ją intrygować. Rodzina Wirtzów była typowo niemiecka
w najlepszym tego słowa znaczeniu. Pani Ingrid urodzona jeszcze
przed wojną, zorganizowana i pragmatyczna, prowadziła dom z cichą
konsekwencją kogoś, kto całe życie opierał się na porządku.
Gotowała solidnie, bez kulinarnej fantazji, ale wszystko miało swój
rytm i miejsce. Obiad był zawsze o tej samej porze, serwetki równo
złożone, a na stole świeże kwiaty w wazonie. Oboje z mężem
przez wiele lat pracowali jako nauczyciele w Berlinie Wschodnim. Po
przejściu na emeryturę przenieśli się do Schwerina — do domu po
jej rodzicach. Budynek był stary, typowy dla tej części Niemiec —
solidna cegła, stromy dach, wąskie schody, zadbany ogród i cisza,
która zapadała zaraz po zmroku. Tu życie było spokojniejsze,
wolniejsze, pozbawione miejskiego napięcia. Dokładnie tego szukali
po latach pracy. Ale to pan Manfred zaskoczył Paulinę
najbardziej. Emerytowany nauczyciel języka niemieckiego, ponad
siedemdziesięcioletni mężczyzna, mówił czystym Standarddeutsch,
bliskim językowi scenicznemu — bez dialektu, bez regionalnych
odchyleń leksykalnych. Jego wymowa była jednak twarda, północna,
pozbawiona melodyjności południowych Niemiec, ale za to niezwykle
klarowna. Każde słowo było wyraźne, dokładnie osadzone, jakby
wciąż stał przed klasą.
– Wiesz, Paulina –
mówił z błyskiem w oku – jeśli nauczysz się mówić
standardem, bez dialektu, zrozumie cię każdy Niemiec. I żaden nie
zapyta, skąd jesteś.
Rzeczywiście —
gramatycznie i leksykalnie Paulina mówiła już bezbłędnie. A
jednak, ku jego cichej satysfakcji, w jej wymowie szybko zaczęło
pobrzmiewać coś jeszcze: lekka północna twardość, oszczędna
intonacja, subtelny rytm Meklemburgii. Nie dialekt — raczej cień
miejsca, w którym akurat żyła. Manfred zauważał to od razu, ale
nigdy jej nie poprawiał. Uważał, że to naturalne. Standard
otwiera drzwi — a akcent zdradza drogę, którą się przyszło.
Ćwiczyli codziennie. Czytali gazety na głos, tłumaczyli artykuły,
rozkładali zdania na części pierwsze. Pan Wirtz uwielbiał zadawać
jej podchwytliwe pytania gramatyczne i grać w Stadt, Land, Fluss,
zawsze z przesadną powagą. Wieczorami siadali przy kuchennym stole
i analizowali frazeologizmy, idiomy, różnice regionalne. Paulina
chłonęła wszystko z intensywnością, która go wyraźnie
cieszyła. W krótkim czasie, gdy akcent stał się niemal lokalny,
Ingrid śmiała się, że brzmi jak dziewczyna z sąsiedztwa i
dodawała, że z tymi blond włosami jest wręcz nie do odróżnienia.
Synowie Wirtzów dawno
wyjechali z domu. Starszy, Maximilian — zwany po prostu Maxem —
skończył architekturę w Berlinie, ale osiadł w Stuttgarcie. Pan
Wirtz opowiadał o nim z rozbawieniem, podkreślając, że ożenił
się z katoliczką, po czym niemal natychmiast zastrzegał, unosząc
dłonie w geście obronnym, że oczywiście absolutnie nic do tego
nie ma. Dodawał jednak, półżartem, że trudno o większy kontrast
niż chłopak ze wschodu mieszkający w Badenii–Wirtembergii.
Zniżając głos, jakby zdradzał sekret, wspominał, że synowa ma
na imię Katharina i jest bardzo miłą, porządną dziewczyną —
tylko z zupełnie innego świata. Paulina uśmiechała się, a on,
zachęcony jej uwagą, wracał pamięcią do ich pierwszego
spotkania. Opowiadał, że gdy przyjechała do nich po raz pierwszy,
żona zrobiła kartoffelsalat taki, jaki — jego zdaniem —
powinien być: z majonezem. Katharina spróbowała, po czym zupełnie
poważnie zapytała, czy w domu jest ocet. Max miał wtedy tylko
westchnąć. Okazało się bowiem, że na południu kartoffelsalat
podaje się na ciepło i z octem, a majonez uchodzi tam niemal za
kulinarną egzotykę. Paulina parsknęła śmiechem, a Manfred,
zachęcony jej reakcją, dorzucał kolejne przykłady. Opowiadał o
południowych zwyczajach powitalnych, o tym ich wszechobecnym Grüß
Gott, które padało przy każdej okazji. Wspominał, że Ingrid
przez pierwszy dzień zupełnie nie wiedziała, co na to odpowiadać,
zanim zrozumiała, że to po prostu sposób witania się, bez
dodatkowych znaczeń. Dodawał, że Max twierdził, iż z czasem się
do tego przyzwyczaił. Z kolei młodszy syn, Johannes, pracował w
niemieckiej ambasadzie w Australii i miał żonę z Nowej Zelandii.
Pan Wirtz śmiał się, że dalej już naprawdę nie dało się od
tego uciec. Opowiadał, że byli tam z w odwiedzinach: daleko, ale
pięknie — strasznie pięknie. Paulina słuchała tych opowieści z
lekkim zaskoczeniem, uderzona otwartością swojego gospodarza.
Zupełnie inaczej wyobrażała sobie byłego nauczyciela z NRD —
bardziej zamkniętego, surowego, ostrożnego w słowach. Tymczasem
Manfred Wirtz okazywał się człowiekiem ciekawym świata i ludzi, z
wyraźną radością opowiadania o własnych doświadczeniach.
Pewnego dnia, kiedy szła
pobiegać, pan Wirtz zapytał, czy mógłby się do niej przyłączyć.
Zaskoczyło ją to — znała jego wiek, widziała lekko zaokrąglony
brzuch i przez chwilę nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Z
grzeczności jednak nie zaprotestowała. Manfred miał jednak
zupełnie inny plan. Zniknął w garażu, po chwili wyprowadził
stary, ale zadbany rower, dopompował koła i stwierdził z
zadowoleniem, że trochę ruchu nikomu nie zaszkodzi. Od tamtej pory
ona biegała, a on towarzyszył jej na rowerze, pedałując spokojnie
obok, komentując pogodę albo opowiadając anegdoty o sąsiadach,
których właśnie mijali. Przez resztę jej pobytu byli niemal
nierozłączni. Manfred zabierał ją na długie trasy wokół
jezior, pokazywał okolicę, a raz zaprosił ją nawet na piwo do
swojej ulubionej knajpki, gdzie z nieukrywaną dumą przedstawił ją
kolegom jako „swoją studentkę z Polski”. Ingrid, gdy
wychodzili, rzuciła jeszcze z kuchni, że ma go pilnować — dwa
piwa i do domu. Paulina potraktowała to zaskakująco serio. Kiedy
próbował zamówić trzecie, bez wahania pokręciła głową. Śmiał
się potem, że on ją uczy niemieckiego, a ona trzyma z jego żoną.
Pod koniec sierpnia
przyjechał Max — starszy syn Wirtzów — razem z żoną i trójką
swoich chłopców. Narzekali na kilometrowe korki i ciągnące się w
nieskończoność remonty. Max żartował, że owszem, z
Badenii–Wirtembergii jest bliżej do Włoch, ale na letni
odpoczynek nie ma nic lepszego niż Bałtyk i wakacje na Rugii.
Katharina niemal od razu zaproponowała Paulinie, żeby do nich
dołączyła na kilka dni. Tłumaczyła to półżartem, mówiąc, że
przynajmniej trochę odpocznie od jej teścia, który z pewnością
zdążył ją już zamęczyć, a ona sama nie będzie skazana
wyłącznie na męskie towarzystwo. Pojechała z nimi bez wahania.
Dni mijały na plaży — w słońcu i wietrze znad morza. Grała z
chłopcami w piłkę, a właściwie to oni uczyli ją grać, z powagą
oznajmiając, że dziewczyny zwykle nie potrafią, ale ona „może
się jeszcze nauczyć”. Śmiała się, biegała po piasku,
pochłaniała kolejne bułki ze śledziem, a wieczorami wracała
zmęczona i zadowolona.
---
Gdynia, sierpień / wrzesień 2008
Andrzej intensywnie
pracował — spotkania zarządu, ważne telefony, decyzje, które
musiały zapaść niezależnie od nastroju. Wieczory były samotne,
zbyt ciche jak na tempo dnia. W myślach nieustannie pojawiała się
Paulina — filigranowa, delikatna, a jednocześnie przerażająco
silna. Czuł jej obecność nawet wtedy, gdy jej nie było. Może
właśnie wtedy najbardziej. Pozostawali w stałym kontakcie, niemal
codziennym. Gadu–Gadu było ich głównym kanałem komunikacji —
krótkie wiadomości w ciągu dnia, dłuższe rozmowy wieczorami,
kiedy świat zwalniał. Czasem dzwonili do siebie. Zawsze mówił
spokojnie, ciepło, bez pośpiechu. Paulina, z natury powściągliwa,
coraz częściej łapała się na tym, że czeka na jego głos.
Rozmawiali o drobiazgach — o pogodzie nad Bałtykiem, o książkach,
o tym, co kto jadł na obiad. Innym razem schodzili głębiej: do
marzeń, lęków, granic, które trzeba było nazywać, żeby ich nie
przekroczyć. Któregoś wieczoru, wróciła do swojego pobytu na
Mazurach, do żeglowania niewielkim jachtem, wiatru na jeziorze i
tej szczególnej ciszy, która pojawia się dopiero wtedy, gdy jest
się na wodzie. Andrzej zapamiętał to uważnie. Wrócił do tematu
kilka dni później, już bardziej konkretnie. Zaczął mówić o
fiordach, o swojej fascynacji żeglowaniem po północnych morzach, o
ciemnej i chłodnej wodzie, o skałach schodzących prosto do morza.
O nowoczesnym, dużym jachcie, o ekskluzywnym biurze podróży.
Paulina słuchała uważnie, ale bez entuzjazmu. Była sceptyczna.
Pytała rzeczowo — jak długo miałby trwać rejs, jak to w ogóle
sobie wyobraża. Jej ton był spokojny, niemal chłodny, jakby od
początku chciała zachować dystans. Andrzej odpowiadał bez
nacisku. Mówił, że będzie miała własną kajutę, przestrzeń
tylko dla siebie i że to nie przygoda na oślep, lecz przemyślany
rejs — piękne widoki, cisza. Dopiero gdy zobaczyła koszt,
wszystko się zatrzymało. Powiedziała mu wprost, bez owijania w
bawełnę, że absolutnie nie ma mowy, by za nią zapłacił. Nie
wybierze się w rejs, którego sama nie byłaby w stanie
sfinansować. Nawet nie ma tyle oszczędności, ale też nie pozwoli,
by on traktował ją jak kogoś, kogo trzeba utrzymywać. Nie było w
tym pretensji ani wyrzutu — raczej stanowczość i zasada, której
trzymała się od zawsze. Próbował spokojnie tłumaczyć, że to
nie jest kwestia pieniędzy, że to dla niego żaden problem, że
chce ją tam zabrać jako swojego gościa i ważną dla siebie osobę,
że nie chce nic w zamian. Ona jednak nie ustępowała. Mówiła, że
nie chce być ciężarem, że to nie w jej stylu. Była po prostu
skromną dziewczyną, która nie chciała go naciągać, nawet
nieświadomie. Musiał długo z nią negocjować. Tłumaczył, że
ten rejs i tak by się odbył, że nie zmienia niczego w jego życiu
finansowym, a dla niego ważne jest tylko to, by była obok i
spędziła miło czas. Mówił, że to zaproszenie, nie zobowiązanie.
Że nie musi nic oddawać, niczego kompensować. Że to nie
transakcja. Wahała się jeszcze długo. Słuchała. Zadawała
kolejne pytania, jakby próbowała znaleźć racjonalny pretekst, by
odmówić. W końcu, po jednej z rozmów, powiedziała cicho, że się
zgadza. Andrzej był wniebowzięty. Ustalili szczegóły. W połowie
września pan Wirtz odwiózł ją na dworzec w Schwerinie. Pożegnanie
było ciepłe. Powiedział, że będą razem z Ingrid zawsze miło ją
wspominać i nawet trochę tęsknić. Żartował, że żałuje, że
ożenił już obu synów a sam też jest związany. Paulina obiecała,
że pozostanie z nimi w kontakcie. Wsiadła do pociągu do Berlina.
Andrzej czekał już tam na nią na peronie — punktualny, jak
zawsze. Stamtąd mieli pojechać razem do Hamburga. Plan był prosty:
trzy dni w tym mieście, potem rejs. Dwa tygodnie razem na morzu.
Potem wracała na studia. Zaczynał się ostatni rok licencjatu —
rok, który miał wiele zmienić.
---
Hamburg, wrzesień 2008
Podczas jednego z długich
spacerów po mieście trafili na ogromny, kilkupiętrowy sklep,
którego witryna nie pozostawiała wątpliwości co do charakteru
miejsca. Światło było przytłumione, a za szybą widać było
starannie zaaranżowane ekspozycje — bardziej przypominające
galerię niż zwykły sklep. Paulina zatrzymała się odruchowo.
Przyjrzała się wnętrzu z wyraźnym zainteresowaniem, po czym
spojrzała na Andrzeja pytająco.
– Wejdziemy? –
zapytała, jakby chodziło o muzeum albo księgarnię.
Przytaknął bez wahania.
W jego oczach pojawił się błysk, trudny do jednoznacznego
odczytania — mieszanina podziwu, napięcia i czujnej ciekawości. W
środku panował półmrok i specyficzny spokój. Przestrzeń była
zaprojektowana z dbałością o detale. Jedno z pięter poświęcono
w całości akcesoriom BDSM. Skórzane uprzęże wisiały na
metalowych ramach jak elementy rzeźby, pejcze i baty ułożono z
niemal muzealną precyzją, kajdanki połyskiwały chłodnym
światłem. Wszystko wyglądało solidnie, estetycznie, bez taniej
prowokacji. Poruszała się powoli między regałami. Zatrzymywała
się, dotykała skóry, przesuwała palcami po paskach, sprawdzając
ich fakturę i ciężar. Oceniała wykonanie z uwagą kogoś, kto
rozumie różnicę między przedmiotem a narzędziem. Jej twarz była
skupiona, spokojna, nie zdradzała emocji. Andrzej szedł kilka
kroków z tyłu, obserwując, jak naturalnie czuje się w tej
przestrzeni — jakby to miejsce wcale jej nie onieśmielało, a
wręcz przeciwnie.
Między półkami
panowała cisza, przerywana tylko cichym dźwiękiem kroków i
delikatnym brzękiem metalowych elementów. Atmosfera była gęsta,
ale nie ciężka. Paulina od czasu do czasu zerkała na niego, jakby
sprawdzała reakcję. Zatrzymała się przy jednej ze szklanych
gablot, w której było kilka modeli klatek chastity. Przez chwilę
przyglądała się zawartości, jakby coś ważyła w myślach, po
czym podeszła do Andrzeja. Stanęła blisko. Położyła mu dłoń
na torsie i spojrzała spod rzęs.
– Powinieneś to nosić
– powiedziała cicho.
– To… ważne dla
ciebie? – zapytał po chwili.
Paulina skinęła głową
bez wahania.
– Tak, bardzo. Bo to
porządkuje role – odpowiedziała spokojnie. – I daje mi pewność.
Lubię wiedzieć, że coś jest wyłącznie dla mnie.
– W takim razie
postanowione – odpowiedział całując ją w dłoń.
Wybrali razem model —
prosty w formie, z czarnego, matowego metalu, solidny, bez
ozdobników.
Poszli dalej, w stronę
części sklepu, gdzie ekspozycje stawały się bardziej surowe w
formie. Ściana była wyłożona ciemnym drewnem, a na metalowych
hakach wisiały baty i pejcze — różnej długości, grubości, o
odmiennym charakterze. Wszystko uporządkowane, wyeksponowane z
niemal rzemieślniczą dumą. Andrzej zwolnił krok.
– Możemy… coś
wybrać? – zapytał cicho, jakby nie chciał zakłócić skupienia,
z jakim Paulina przyglądała się przedmiotom.
Odwróciła się do niego
i uśmiechnęła — lekko, z błyskiem w oczach.
– Możemy.
Podeszła bliżej
ekspozycji i zaczęła wybierać. Najpierw sięgnęła po krótki,
solidnie wykonany flogger — gęsty, z miękkiej, dobrze wyprawionej
skóry, ciężki w dłoni, wyważony. Sprawdziła go, unosząc i
opuszczając, jakby testowała narzędzie pracy. Potem dwa
singletaile — smukłe, długie, wykonane z ciemnej skóry, proste w
formie, bez zbędnych ozdób. Każdy inny: jeden bardziej elastyczny,
drugi wyraźnie sztywniejszy.
Wzięła jeden z nich i
bez ostrzeżenia musnęła nim Andrzeja po ramieniu. Roześmiała się krótko, niemal dziewczęco.
– W końcu będę miała
prawdziwy bat – powiedziała z wyraźną satysfakcją.
Jej radość była
zaraźliwa. Andrzej patrzył na nią z uwagą, w której mieszało
się poruszenie i podziw. Widok Pauliny tak skupionej, a jednocześnie
wyraźnie rozbawionej, działał na niego silniej niż cokolwiek
innego w tym miejscu. Poczuł rosnące podniecenie.
Do wybranych batów
dołożyli jeszcze kajdanki i wosk. Ale to, co poruszyło ją
najbardziej, czekało na końcu. Kiedy tylko weszli na piętro z
odzieżą, poczuła przyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa.
Skóra, lateks, winyl, koronki – wszystko uporządkowane i
perfekcyjnie wyeksponowane. Atmosfera butiku była elegancka, wręcz
salonowa – żadnej tandety, żadnego przesadnego kiczu. Odpowiednie
światło, spokojna muzyka, zapach skóry w powietrzu.
Przechodziła pomiędzy
wieszakami z powoli rosnącym uśmiechem. Zatrzymywała się przy
niektórych rzeczach – dopracowanych, dopasowanych gorsetach,
długich rękawiczkach, skórzanych sukienkach – ale jej wzrok raz
po raz uciekał w stronę jednego z manekinów ustawionych na
podwyższeniu w tylnej części sali. Czarny, skórzany catsuit.
Gładki, błyszczący, z wysokim kołnierzem i zamkiem. Wyrafinowany,
prosty i jednocześnie pełen siły. Paulina podeszła do
ekspedientki – młodej kobiety o krótkich, ciemnych włosach i
czerwonych ustach.
– Czy mogę
przymierzyć?
– Oczywiście. Proszę
za mną. Potrzebuje pani pomocy przy zamku?
– Poradzę sobie.
Zasunęła za sobą
zasłonę. W przymierzalni było ciepło i cicho. Materiał sunął
po skórze gładko, bez oporu. Gdy spojrzała w lustro, zatrzymała
się na dłużej. Leżał idealnie — jakby był uszyty na
miarę. Obróciła się lekko bokiem, przyglądając się własnej
sylwetce, liniom bioder, temu, jak skóra układa się przy każdym
ruchu. Uniosła włosy, jakby sprawdzała, jak wyglądałaby z
upięciem; odsłonięty kark wydał jej się nagle ważny. W
podbrzuszu pojawiło się delikatne mrowienie. Uśmiechnęła się do
odbicia. Podobała się sobie. Andrzej czekał na zewnątrz, siedząc
na eleganckiej kanapie z purpurowym, welurowym obiciem. Widział
tylko zasłonę, ale jego uwaga była całkowicie skupiona na tym, co
działo się za nią. Po kilku minutach kotara rozsunęła się.
Paulina wyszła powoli, na wysokich czarnych szpilkach, które wzięła
z półki, wchodząc do przymierzalni. Zatrzymała się naprzeciwko
niego, nie mówiąc ani słowa. Catsuit podkreślał jej sylwetkę z
surową elegancją. Poczuł, że na moment zabrakło mu słów. Była
zjawiskowa — zmysłowa i powściągliwa jednocześnie. Nie
przypominała studentki. Nie przypominała nikogo, kogo znał.
– Jakby był szyty na
panią – powiedziała ekspedientka z uznaniem, zerkając na nią
uważnie.
Paulina skinęła głową,
po czym podeszła bliżej Andrzeja. Spojrzała mu w oczy.
– Za to zapłacę sama
– powiedziała spokojnie.
Próbował zaprotestować,
uśmiechnąć się, coś wyjaśnić, ale urwał, gdy uniosła wzrok.
Jej spojrzenie było chłodne, zdecydowane — bez gniewu, bez
wahania.
– To już postanowione
– dodała, po czym złagodziła ton, z cieniem ironii. – Najwyżej
przez rok będę jeździła do rodziców na obiady i chodziła w tych
samych butach.
Uśmiechnęła się
krótko. Andrzej tylko przytaknął. Wiedział, że nie ma sensu
dyskutować. Wróciła do kabiny. Po chwili wyszła już w swoich
codziennych ubraniach — jasna koszulka, lekkie spodnie, sportowe
buty. Znów wyglądała jak studentka na wakacjach, trochę
niepozorna, trochę zmęczona chodzeniem po mieście. Przy kasie
ekspedientka jeszcze raz zerknęła na wybrane rzeczy, potem na
Paulinę. Sięgnęła na wieszak i po chwili położyła obok
rachunku parę krótkich, czarnych skórzanych rękawiczek.
– To od nas, z
podziękowaniem za duże zakupy – powiedziała z półuśmiechem. –
I warto chronić tak piękne dłonie. Zwłaszcza, jeśli używa się
bata.
Paulina uśmiechnęła
się lekko rozbawiona. Skinęła głową w geście podziękowania,
bez zawstydzenia, bez kokieterii. Andrzej zauważył, że przyjęła
ten komentarz z naturalnością, która znów niemal wytrąciła go z
równowagi. Zapłacili. Torby były cięższe, niż się spodziewał.
Gdy wyszli ze sklepu, zatrzymała się, podeszła bliżej i
pocałowała go w policzek.
– Dziękuję, że mnie
tu zabrałeś. Bo zabrałeś, prawda? To nie był przypadek, że
szliśmy właśnie tędy – powiedziała uśmiechając się.
– Nic przez tobą nie
ukryję.
Przytuliła się do niego
jeszcze na moment i powiedziała, żeby poszli coś zjeść.
Wieczorem, w hotelu, nie
pozwoliła mu wejść do sypialni, dopóki się nie przygotuje. On w
tym czasie rozpakowywał nowo zakupione akcesoria, nie do końca
wierząc, że to wszystko dzieje się naprawdę. Kiedy w końcu
usłyszał, że może wejść – serce waliło mu jak młot. Stała
przy oknie, w catsuicie, na wysokich obcasach, z pejczem w dłoni.
– Podejdź i uklęknij
– powiedziała spokojnie, ale twardo.
To była długa, bezsenna
noc. Pełna bólu, napięcia i łez, które przychodziły falami —
nie tylko z ciała, ale z głowy. Paulina potrafiła balansować
między surowością a ciepłem z precyzją, która go zaskakiwała.
Jakby doskonale wiedziała, kiedy nacisnąć mocniej, a kiedy
odpuścić dokładnie na tyle, by nie pękł. Kiedy był już na
granicy, wycofywała się nagle, zostawiając go w zawieszeniu.
Chwilę później wracała — spokojniejsza, cichsza — i to
działało silniej niż sam ból.
Andrzej miał świadomość,
że jest prowadzony. I że chce być prowadzony. Zaskakiwało go, jak
trafnie dobierała proporcje: napięcia i ulgi, dystansu i bliskości.
Jak potrafiła modulować jego pragnienie, podniecenie i zmęczenie,
tak by — mimo obolałego ciała — chciał iść dla niej jeszcze
dalej. Była w tym intuicja, ale też coś więcej: atencja.
Obserwowała go. Reagowała. Uczyła się go w czasie rzeczywistym.
Fizycznie czuł się całkowicie wyczerpany. Mięśnie pulsowały,
skóra była poorana śladami od batów, każdy ruch przypominał o
tym, co się wydarzyło. A jednocześnie w głowie działo się coś
zupełnie innego. Po długich okresach napięcia przychodziły
gwałtowne wyrzuty endorfin — naturalnych substancji
przeciwbólowych — które przynosiły chwilowe ukojenie, niemal
euforię. Do tego dochodziła dopamina: uczucie nagrody, spełnienia,
sensu. Ten paradoks — ból i przyjemność jednocześnie —
sprawiał, że jego emocje były wyostrzone, niemal krystalicznie
czyste.
Kiedy wszystko się
skończyło, długo jeszcze klęczał przed nią. Nie z obowiązku. Z
potrzeby. Paulina zajęła się nim uważnie, bez pośpiechu. Jej
dotyk był ciepły, zupełnie inny niż to co robiła wcześniej. I
właśnie ta zmiana — ten kontrast — uderzył go najmocniej.
Zrozumiał wtedy, że to nie była tylko noc bólu. To była noc
kontroli, zaufania i precyzyjnie prowadzonego doświadczenia. A ona
była w tym niesamowita, tak jakby dopiero teraz pokazała mu pełnię
swoich umiejętności.
---
Jacht o nazwie Nordlys wypłynął
z Hamburga o świcie. Nowoczesna jednostka sunęła po Łabie lekko i
cicho, jakby nurt rzeki sam ustępował jej miejsca. Był to luksus
zaprojektowany z myślą o ciszy i przestrzeni — jasne pokłady z
tekowego drewna, panoramiczny salon, kabiny z dużymi oknami,
dyskretna, doskonale zgrana załoga. Na pokładzie było piętnaścioro
pasażerów: głównie starsi wiekiem zamożni Niemcy, ludzie
stateczni, zajęci sobą, książkami, rozmowami prowadzonymi
półgłosem. Płynęli na północ, w stronę Norwegii, a potem
wzdłuż fiordów. Krajobraz zmieniał się powoli. Woda ciemniała,
powietrze stawało się chłodniejsze, a ściany skał rosły z
każdym dniem. Nordlis wpływał w wąskie gardła fiordów, gdzie
pionowe zbocza opadały prosto do morza, a światło odbijało się
od kamieni w sposób niemal nierealny. Paulina była zachwycona.
Stała długo przy relingu, z dłońmi opartymi o chłodne metalowe
poręcze, wpatrzona w surową geometrię skał. Podobały jej się
małe miasteczka — kolorowe domy, porty, kawiarnie nad wodą,
krótkie spacery po nabrzeżach. Chłonęła to wszystko spokojnie,
bez potrzeby zaliczania atrakcji. Jednego dnia zaproponowano wejście
na jedną z najsłynniejszych skał regionu — Preikestolen,
monumentalny klif zawieszony wysoko nad fiordem. Spojrzała w górę,
wysłuchała opisu trasy i pokręciła głową z uśmiechem.
– Za żadne skarby.
Na jachcie byli też
Holendrzy — małżeństwo po czterdziestce, spokojni, z poczuciem
humoru i lekkim dystansem do świata. To z nimi Paulina i Andrzej
spędzali najwięcej czasu. Wspólne kolacje, rozmowy o podróżach,
o miejscach, do których warto wracać. Definiowali się
konsekwentnie jako para przyjaciół.
Dni mijały w rytmie
morza. Poranki z kawą na rufie. Popołudnia na pokładzie, kiedy
jacht sunął niemal bezszelestnie między ścianami skał. Wieczory
w cichych zatokach, z nastrojowym światłem i rozmowami, które nie
musiały do niczego prowadzić. O jego pozycji w tej relacji
przypominał mu tylko jeden, dyskretny element — klatka chastity.
Wystarczało. Byli zgodni co do jednego: ten rejs nie był miejscem
na intensywność. Był miejscem na równowagę. Andrzej coraz
częściej łapał się na tym, że patrzy na Paulinę nie tylko z
zachwytem, ale z cichą zależnością. Jej spokój, jej
konsekwencja, sposób, w jaki potrafiła być obecna — wszystko to
działało na niego silniej niż jakiekolwiek deklaracje. Czuł, że
oddaje jej kolejne warstwy siebie, nawet wtedy, gdy nic się nie
działo. Dwa tygodnie minęły niepostrzeżenie. Gdy odwiózł ją
pod dom, wysiadła z samochodu powoli. Przez chwilę stała jeszcze
przy drzwiach, jakby porządkowała myśli.
– Dziękuję za te dwa
tygodnie. I… miałeś rację. Gdybyś się tak nie upierał, nigdy
bym tego nie przeżyła.
Uśmiechnęła się. Bez
patosu. Bez wielkich słów. Zabrała plecak, który pomógł jej
wyjąć z bagażnika. Nie chciała pomocy przy wniesieniu a on tylko
skinął głową. Patrzył, jak znika w drzwiach, i wiedział, że
to, co się w nim zmieniło, nie cofnie się samo. Że to
przywiązanie, ta cicha zależność, będą teraz częścią jego
codzienności. Za dwa dni zaczynał się rok akademicki.
-----
Rozdział XVIII – Święta
Gdynia Orłowo –
grudzień 2023
Po wyjściu Andrzeja
jeszcze długo siedziała w salonie, trzymając w dłoni pustą
filiżankę po herbacie. Myślała o ich rozmowie. O jego spokoju. O
tym, jak potrafił być obecny, nie domagając się niczego w zamian.
Jego obecność przypomniała jej, że nie wszystko musi być walką
o kontrolę. Że siła nie zawsze wymaga nacisku. Że można trzymać
kogoś krótko — i jednocześnie nie ranić. Wciąż nie miała
zamiaru odpuszczać. Wiedziała, kim jest i czego chce. Władza nad
mężczyzną była dla niej naturalna, instynktowna. Ale coraz
wyraźniej czuła, że ostatnio poszła trochę za daleko. Zbyt
szybko wystawiła Łukasza na silny ból. Zbyt perfidnie manipulowała
napięciem, lękiem, oczekiwaniem. Zbyt łatwo przyszło jej
psychiczne znęcanie się — obserwowanie, jak się rozpada i składa
na nowo, dokładnie tak, jak ona tego chciała. I właśnie ta
łatwość ją zaniepokoiła. Nie miała wyrzutów sumienia. Nie
wstydziła się tego, co potrafiła. Ale gdzieś pod tą chłodną
pewnością pojawiło się pytanie, którego wcześniej sobie nie
zadawała: czy ona jeszcze umie być delikatna — czy tylko potrafi
kontrolować i bić? Czy pamięta, jak to jest prowadzić kogoś z
wyczuciem, a nie od razu łamać? Myśli same wróciły do Łukasza.
Do jego entuzjazmu, do tej gotowości, z jaką rzucał się w to
wszystko. Był ładnym, dobrym chłopakiem. Chętnym lecz — w jej
ocenie — za słabym. Niezależnie od tego co deklarował. Bała
się, że prędzej czy później nie wytrzyma ciężaru kobiety
takiej jak ona. Że jej spokój, jej okrucieństwo, jej konsekwencja
go przerosną. Podczas ostatniego spotkania była już łagodniejsza.
Świadomie. Nie zrobiła mu krzywdy. Pozwoliła mu być blisko,
pozwoliła dotykać, pieścić, czuć jej skórę pod palcami. To, że
nie dała mu ulgi, nie miało znaczenia — miał świadomość, że
cierpliwość jest częścią tej drogi. Że nie wszystko dostaje się
od razu. I że to ona decyduje, kiedy. Jedno wiedziała na pewno:
jeśli miała dalej iść tą drogą, musiała nauczyć się nie
tylko brać — ale też świadomie nie zabierać za dużo. To było
nowe. Absolutnie, nie chodziło o to, by zrezygnować z tego, kim
była, ale może warto dać Łukaszowi choć jedną małą szansę,
przestać testować na każdym kroku. Po prostu... pozwolić mu
bardziej być. Obserwować. I zobaczyć, czy to coś więcej niż
fascynacja. Mimo, że nie do końca był w jej typie, pociągał ją
jako mężczyzna. Miała zaskakującą potrzebę bliskości, a jednak
nie potrafiła przestać być sobą. Nie chciała.
Zerknęła na telefon,
odczytała ostatnią wiadomość i przez chwilę się wahała. Potem
zaczęła pisać.
Nie przyjeżdżaj po mnie
w Wigilię. Będę po Ciebie o 15.
Wysłała.
Łukasz przez dłuższą
chwilę wpatrywał się w ekran telefonu, jakby próbował
rozszyfrować coś więcej między wierszami. Treść wiadomości
była prosta, rzeczowa, pozbawiona czułości. Żadnego „proszę”,
żadnego „chciałabym” – tylko polecenie. A jednak cieszył
się, że zabierze go do swojego rodzinnego domu. Na Wigilię. Ten
gest był dla niego ważny, bo był jak uchylenie drzwi, przez które
być może będzie mógł nie tylko wejść ale i zostać na dłużej.
Odetchnął głęboko i szybko wystukał odpowiedź:
Dziękuję Paulinko. Czy
powinienem jakoś specjalnie się przygotować? Może kupić prezenty
dla Twojej rodziny? Kocham Cię. Jak nigdy nikogo wcześniej.
Wysłał wiadomość z
nadzieją, że jego słowa zostaną ciepło przyjęte. Czekał.
Patrzył na ekran, jakby miał się tam wydarzyć jakiś cud. Po
kilku minutach telefon zawibrował. Serce zabiło mu szybciej.
Odblokował ekran.
Nie
To jedno, lakoniczne
słowo było jak ostry chłód uderzający w twarz. Bez tłumaczenia.
Po prostu – „nie”. A jednak nie był w stanie się złościć.
Paulina taka już była. Surowa, oszczędna w słowach,
nieprzewidywalna. Piękna i wyjątkowa. Poczuł jednak coś dziwnego
– mieszaninę ulgi i smutku. Przynajmniej wiedział, że nie musi
przynosić prezentów, że niczego nie zepsuje swoją nadgorliwością.
A jednocześnie wciąż czuł, że nie jest tak blisko jakby chciał.
Dzień przed wyjazdem zerkał nerwowo na telefon. Czuł napięcie,
niepokój, ale i nadzieję. Czekał. I w końcu – powiadomienie,
które wyrwało go z zamyślenia. Szybko otworzył wiadomość. Treść
była krótka.
Zostajemy na noc, weź to
pod uwagę pakując się.
Serce zabiło mu mocniej.
Odczytał ją jeszcze kilka razy, jakby próbował doszukać się
ukrytego znaczenia, jakiegoś emocjonalnego podtekstu. Nic nie
znalazł. Mimo to uśmiechnął się. Kolejny krok. Może mały,
może chłodny – ale prowadzący do niej. Odpisał niemal
natychmiast, z nadzieją, że choć słowa zostaną przeczytane z
odrobiną ciepła:
Dziękuję za informację,
Paulinko. Będę przygotowany. Czekam jutro, punktualnie.
Przez chwilę tylko wpatrywał się w ekran. Nie liczył na
odpowiedź. Ale potrzebował tego jednego zdania, żeby pokazać, że
wciąż tam jest. Że się nie wycofuje. Że chce.
---
Sopot – grudzień 2023
Zszedł pod blok
kilka minut wcześniej. Stał przy wejściu, z niewielką torbą
przewieszoną przez ramię, próbując wyglądać spokojnie, choć w
środku czuł lekkie napięcie. Słońce było już nisko, niebo
zaczynało ciemnieć, a powietrze miało w sobie chłodny,
grudniowy ciężar. Punktualnie o piętnastej usłyszał niski,
głęboki dźwięk silnika. Na uliczkę powoli wytoczyło się białe
Audi RS4 Avant. Samochód zatrzymał się dokładnie przed nim.
Otworzył drzwi. Gdy zobaczyła jego torbę powiedziała, aby położył
ja na tylnej kanapie. Wnętrze auta przywitało go zapachem tapicerki
zmieszanym z jej perfumami — ciepłymi, głębokimi, natychmiast
rozpoznawalnymi. Fotel był niski, idealnie wyprofilowany, pewnie
trzymał ciało. Z systemu audio cicho płynęła muzyka. Chris Rea,
Driving Home for Christmas — idealnie wyważone wysokie i niskie
tony, głębokie, niemal intymne. Dopiero gdy wsiadł mógł się jej
przyjrzeć. Futro, które miała na sobie, było ciemne, miękkie,
otulało. Gdy się poruszyła, rozchyliło się lekko i zdążył zobaczyć to, co było pod spodem: dopasowaną, bordową
sukienkę sięgającą za kolano. Na nogach miała czarne, delikatnie
połyskujące rajstopy i eleganckie kozaki. Wysunęła w jego
stronę policzek. Pocałował ją ostrożnie. Potem ujął jej dłoń
w rękawiczce i również dotknął ustami.
– Pięknie wyglądasz –
powiedział cicho.
Spojrzała na niego kątem
oka, bez uśmiechu, ale z czymś, co było bardzo blisko wyrazu
aprobaty.
Ruszyli. Audi płynnie
włączyło się do ruchu, silnik pracował równo, niemal bez
wysiłku.
– Zdecydowałam się
jechać swoim autem – odezwała się po chwili. – Mam prezenty w
bagażniku. Nie chciało mi się przepakowywać.
Przytaknął i
oparł się wygodniej, patrząc na drogę przed nimi. Był
obok niej i to w zupełności wystarczało mu do szczęścia.
Wyglądała oszałamiająco. Elegancka, zmysłowa, pewna siebie.
Każdy detal był dopracowany, a jej obecność zdawała się
dominować przestrzeń – spokojna, stanowcza, pełna
niewypowiedzianej siły.
Ku jego zaskoczeniu
uśmiechnęła się. W jej oczach dostrzegł ciepło, które nieco
rozproszyło napięcie. Czuł się uprzywilejowany, że mógł być
z nią, nawet, a może zwłaszcza w roli uległego.
Muzyka, która
towarzyszyła im od momentu wyjazdu, nagle się urwała. Zamiast niej
w radio pojawiły się reklamy — obce, natarczywe głosy, zupełnie
niepasujące do nastroju. Paulina nacisnęła przycisk
na kierownicy i wyciszyła dźwięk. Dopiero wtedy odezwała się
pierwsza. Głos miała spokojny, niemal neutralny, jakby pytała o
coś oczywistego, technicznego. A jednak w tonie dało się wyczuć
nutę ciekawości — i coś jeszcze, głębszego, nie do końca
nazwanego, jakby sama nie była pewna, czy chce usłyszeć odpowiedź.
– Łukasz, żałujesz,
że jesteśmy… hmm… parą? – zapytała, wciąż patrząc na
drogę.
Jej spojrzenie zdawało
się odległe, niemal nieobecne, jakby odpowiedź nie miała
większego znaczenia. A jednak miała. Zamarł na chwilę. W głowie
pojawiła się plątanina myśli, wspomnień i emocji, ale szybko je
opanował, prostując się lekko na siedzeniu.
– Nie, Paulinko.
Absolutnie nie. Skąd takie pytanie ? – powiedział z naciskiem, a
jego głos był czysty i szczery. – Jesteś najlepszym, co mnie
spotkało. Jesteś piękna, mądra, intrygująca… Nie wyobrażam
sobie już życia bez ciebie. Przepraszam, jeśli cię kiedyś
zasmuciłem, czy zawiodłem. Chcę, żebyś wiedziała, że cię
kocham. I zrobię wszystko, byś była szczęśliwa. Będę starał
się dla Ciebie.
– Naprawdę zrobisz
wszystko, żebym była szczęśliwa? – zapytała niemal szeptem,
przeciągając ostatnie słowo.
– Tak, Paulinko –
odpowiedział bez chwili zawahania.
Delikatnie położył
swoją dłoń na jej dłoni, okrytej elegancką rękawiczką. Poczuł
chłód i miękkość skóry. Zatrzymała samochód na czerwonym
świetle. Wtedy obróciła głowę, spojrzała mu prosto w oczy. Jej
spojrzenie stwardniało – nie było w nim już ani uśmiechu, ani
żartu. Było jak ostrze – chłodne, twarde i precyzyjne.
– Chciałam jeszcze
wrócić do tego co było w Lidzbarku. Nie zasłużyłam sobie na
takie traktowanie – powiedziała powoli, wyraźnie akcentując
każde słowo, jakby chciała wbić je głęboko w jego świadomość.
– Robię to wszystko
dla twojego dobra. Dla nas. Dla tej relacji, którą ty mam wrażenie,
że traktujesz jak jakąś grę i zachowujesz się jak ktoś, kto
myśli tylko o sobie.
Łukasz przełknął
ślinę. Wiedział, że nie ma jak się bronić. Jej słowa były jak
chłodne ostrze – nie podnosiła głosu, nie krzyczała, ale to
właśnie ten chłód uderzał najmocniej.
– Paulinko, przepraszam
– zaczął cicho, a jego głos zdradzał emocje, których nie był
w stanie ukryć. – Wiem, że robię błędy. Wiem, że czasami nie
potrafię się skupić na tym, co naprawdę ważne – na tobie. Na
nas. Przepraszam, że cię zawiodłem.
Nie odpowiedziała od
razu. Patrzyła przed siebie, jakby zastanawiała się, czy jego
słowa mają jakąkolwiek wartość. A potem odwróciła głowę i
spojrzała z wyraźną powagą.
– Łukasz –
powiedziała z wyraźnym tonem ostrzeżenia – nigdy więcej mnie
nie zawiedź. Bo kolejnej szansy może już nie być. Ja też
obiecuję, że nie będę rzucała cię na zbyt głęboką wodę, ale
swoje miejsce musisz znać.
– Paulinko...
przysięgam. Jesteś dla mnie wszystkim. Nigdy więcej cię nie
zawiodę i dziękuję za wyrozumiałość.
– Co jest najważniejsze
w naszej relacji?
– Ty, Paulinko –
odpowiedział stanowczo, patrząc jej w oczy. – Twoje szczęście.
Twoje zadowolenie. To jest dla mnie najważniejsze. Chcę, żebyś
była szczęśliwa, żebyś widziała we mnie kogoś, kto spełnia
twoje oczekiwania.
– Dobrze, Łukaszu.
Zapamiętaj to. Bo jeśli jeszcze raz zapomnisz… – urwała,
pozwalając ciszy dokończyć resztę.
Nie musiała mówić
więcej. Ton jej głosu był wystarczający — spokojny, niski,
pozbawiony emocji, a przez to jeszcze bardziej jednoznaczny. Każde
zawahanie się, każdy krok wstecz, każda próba wycofania się
miałyby swoje konsekwencje. Wiedział o tym doskonale.
– Obiecuję, Paulinko –
wyszeptał z przekonaniem. – Już nigdy cię nie zawiodę.
Skinęła głową, wciąż
patrząc przed siebie. Przez chwilę milczeli. Silnik pracował
cicho, światła latarni przesuwały się po masce auta.
Po chwili jej głos
zabrzmiał nieco inaczej, łagodniej.
– Chciałam się tylko
upewnić. Teraz… teraz po prostu cieszmy się świętami.
Audi zwolniło, skręcając
z głównej ulicy w spokojniejszą, obsadzoną starymi drzewami
aleję. Podjeżdżali już pod dom jej rodziców. Był to klasyczny,
zadbany sopocki budynek z początku XX wieku — jasna elewacja,
wysoki dach, szeroki ganek, okna z białymi szprosami. Paulina
zaparkowała na podjeździe. Na podjeździe stało już kilka
samochodów, jak to zwykle bywa przy świątecznych spotkaniach. Sam
dom był pięknie przystrojony: przy wejściu paliły się lampki, w
oknach migotały ciepłe światełka, a zza firanek przebijał się
blask wnętrza. Całość sprawiała wrażenie miejsca żywego,
pełnego ludzi i rozmów, które czekały tuż za drzwiami.
Wyłączyła silnik.
Przez moment nikt się nie odezwał. Odpięła pasy, poprawiła futro
i sięgnęła po klamkę. Łukasz spojrzał przez przednią szybę.
Dla niej to był po prostu dom rodzinny. Dla niego — coś znacznie
więcej. Wejście w jej świat. Kolejny etap. Próba, w której
bardzo nie chciał zawieść.
– Chodź –
powiedziała krótko, wysiadając pierwsza.
Obeszła samochód i
otworzyła bagażnik. W środku było ciasno — torby, pudełka
owinięte w papier, starannie ułożone prezenty.
– Weź na razie tylko
moją walizkę. Resztę zabierzemy potem. Niech dzieci tego nie widzą.
Zamknęła bagażnik
przyciskiem na wewnętrznej części pokrywy i ruszyła w stronę
domu, nie oglądając się. Chwycił walizkę i poszedł za
nią, czując, jak napięcie powoli ustępuje miejsca czemuś innemu
— wejściu w zupełnie inną przestrzeń.
Drzwi frontowe otworzyły
się i na progu stanął wysoki, siwy mężczyzna w eleganckim
świątecznym swetrze.
– Witaj, córeczko –
powiedział, obejmując Paulinę z ciepłym, lecz opanowanym
uśmiechem.
Paulina odwzajemniła
gest krótko, a potem zwróciła się do Łukasza:
– Tato, to Łukasz.
Opowiadałam ci.
Łukasz skinął głową
i podał mu rękę.
– Miło mi pana poznać.
– Jerzy – przedstawił
się ojciec, mierząc go uważnym spojrzeniem. – Wejdźcie,
zapraszam.
Ledwie zdążyli wejść
do salonu, gdy od strony korytarza dobiegł tupot małych stóp. Po
chwili wpadła do środka dwójka młodszych dzieci, wołając
jednocześnie, niemal na wyścigi:
— Ciocia Paulina!
Mały chłopiec dopadł
ją pierwszy. Objął w pasie z całą siłą, na jaką było go
stać i odchylił głowę, patrząc z nabożnym zachwytem.
— Ciociu… ty
wyglądasz jak księżniczka. Czy ty się ze mną ożenisz?
Dziewczynka natychmiast
go poprawiła, tonem starszej siostry, która wie lepiej:
— Głupi jesteś. Nie
ożeni. Ona za ciebie wyjdzie.
Paulina parsknęła cicho
śmiechem i pochyliła się ku chłopcu.
— Wiesz co, Mikuś, już
mnie o to pytałeś. I mówiłam ci, że musisz poczekać, aż
będziesz wyższy ode mnie.
Zmrużyła oczy, udając
namysł.
— Tylko że wtedy ja
pewnie będę już stara i nie będziesz mnie chciał.
— Będę! —
zaprotestował natychmiast, zupełnie serio. — Bo jesteś piękna.
I naprawdę wyglądasz jak księżniczka.
Coś w jej spojrzeniu
zmiękło. Przytuliła go mocno.
— Jesteś prawdziwym
dżentelmenem, wiesz? — powiedziała ciepło, muskając ustami jego
włosy.
Dopiero potem podszedł
do niej nieco starszy chłopiec. Przywitał się już spokojniej, bez
biegu i krzyków, jak ktoś, kto balansuje między dziecięcą
spontanicznością a pierwszym poczuciem dorosłości.
Na kanapie siedziała
jeszcze nastolatka, z telefonem w dłoni. Uniosła wzrok znad
ekranu, uśmiechnęła się do Pauliny swobodnie, niemal po
partnersku.
— Cześć, ciocia —
rzuciła, odkładając na chwilę telefon.
— Cześć Julka —
odpowiedziała Paulina, odwzajemniając uśmiech.
Rozejrzała się po
pokoju.
— A gdzie Kuba? —
zapytała po chwili.
— Wyszedł jakieś
półtorej godziny temu — odezwał się jeden z jej braci. — Ma
dziewczynę, ale oficjalnie nic nie wiemy. Ma wrócić przed
siedemnastą.
— No proszę. Czas
leci.
Dopiero wtedy spojrzała
na Łukasza, jakby na moment przypomniała sobie o jego obecności w
tym całym rodzinnym mikrokosmosie. W jej spojrzeniu było coś
uspokajającego, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że to, co
właśnie zobaczył, było tylko fragmentem większej całości.
— To moi bracia, Filip
i Dawid — powiedziała, wskazując na mężczyzn siedzących przy
stole.
Powitania były wyraźnie
chłodniejsze niż te dziecięce. Uścisnęli Łukaszowi
dłoń z uprzejmym uśmiechem, bez zbędnych słów, za to z uważnym
spojrzeniem, które mówiło więcej niż grzecznościowe formułki.
Oceniali go w ciszy.
Po chwili do salonu
weszła mama. Łukasz od razu zauważył, po kim
odziedziczyła urodę. Była kobietą dojrzałą, ale wciąż bardzo
elegancką — o prostej sylwetce, starannie ułożonych włosach i
rysach, które mimo upływu lat zachowały wyrazistość. Nie była
to podobizna jeden do jednego, raczej znajome podobieństwo: ten sam
kształt twarzy, podobny układ ust, to samo powściągliwe
spojrzenie.
— Mamo, to Łukasz —
powiedziała Paulina spokojnie, bez dodatkowych komentarzy.
Kobieta podała mu rękę,
uścisk miała pewny, krótki.
— Witaj — rzuciła
chłodno.
— Miło mi panią
poznać — odpowiedział Łukasz z lekkim ukłonem.
— Mam nadzieję, że
dobrze się tu poczujesz.
Skinął głową.
— Dziękuję. To dla
mnie zaszczyt.
Zanim rozmowa zdążyła
pójść dalej, Paulina zwróciła się jeszcze w jego stronę,
wskazując na dwie kobiety stojące nieopodal.
— A to Ania i Marta —
żony moich braci.
Powitania były szybkie,
uprzejme, pozbawione przesadnej serdeczności. Uśmiechy, uściski
dłoni, kilka grzecznościowych słów. Ania była drobna, spokojna,
z łagodnym spojrzeniem; Marta sprawiała wrażenie bardziej
bezpośredniej, pewniejszej siebie. Obie przyjrzały się Łukaszowi
z krótką, niemal automatyczną ciekawością, po czym wróciły do
rozmowy, jakby uznały, że nie warto poświęcać mu więcej czasu.
– Chodź, pokażę ci
pokój, w którym mieszkałam – powiedziała, chwytając go za rękę
i prowadząc w stronę schodów.
Kiedy byli już na
półpiętrze, zza ich pleców dobiegł cienki, dziecięcy głos:
— Ciociu, a pobawisz
się ze mną?
Paulina odwróciła się
i uśmiechnęła.
— Jasne, Helenko —
odpowiedziała ciepło. — Ale najpierw muszę pokazać wujkowi
pokój, dobrze?
— Ze mną też! —
zawołał natychmiast Mikołaj. — Ja też chcę się pobawić!
— Wiem, Mikuś. Zaraz
do was wrócę
Weszli na górę
szerokimi, drewnianymi schodami z rzeźbioną poręczą, wygładzoną
latami dotyku. Dom był cichy, słychać było tylko stłumione głosy
z salonu i skrzypienie stopni pod ich krokami. Łukasz czuł
narastającą ciekawość, zmieszaną z delikatnym napięciem —
jakby wchodził w przestrzeń bardziej osobistą, niż początkowo
się spodziewał. Paulina zatrzymała się
przy jednych z drzwi.
— To tutaj.
Pokój był jasny,
urządzony w ciepłych, pastelowych barwach. Stało w nim duże łóżko
z prostym zagłówkiem, obok ustawione przy oknie biurko. Na półkach
wciąż leżały książki, kilka starych zeszytów, drobiazgi, które
wyglądały tak, jakby tylko na chwilę zostały zapomniane. Było w
nim coś spokojnego i znajomego — ślad dziewczyny, którą była
kiedyś, zanim wszystko zaczęło się zmieniać.
Rozejrzał się,
dostrzegając zdjęcia, książki i drobne dekoracje nadające
wnętrzu osobisty charakter.
Paulina spojrzała na
niego z delikatnym uśmiechem.
– Będziemy tu spali –
oznajmiła. A teraz, skoro już zobaczyłeś mój pokój, idź na dół
po walizkę.
– Oczywiście,
Paulinko.
Wrócił po chwili z
bagażami. Ułożył je obok łóżka. Paulina zaczęła rozpakowywać
rzeczy, a obok fotela ustawiła eleganckie szpilki. Nadal miała na
sobie kozaki.
Spojrzała na niego
znacząco. Nie musiała nic mówić. Klęknął i zaczął
z największą starannością zdejmować buty. Gdy ujął jej stopę,
poczuł jedwabistą gładkość czarnych, lekko połyskujących
rajstop. Przez moment masował stopę, by pochylić się po chwili i złożyć delikatny pocałunek.
Pozwalała mu na to w
milczeniu, z chłodnym spokojem. W końcu skinęła głową, dając
znak, by sięgnął po szpilki i założył je. Zrobił to z równą
uwagą i szacunkiem jak przy zdejmowaniu kozaków.
Kiedy skończył,
pochylił się raz jeszcze i pocałował jej nowe buty.
– Paulinko, jesteś
moją panią i boginią – powiedział cicho. – Zrobię dla
ciebie wszystko.
Spojrzała na niego
chłodno, ale z błyskiem zmysłowości w oku.
– Tak powinno być,
Łukaszu. W końcu jesteś tu po to, żeby mi służyć, prawda?
Nigdy nie zapominaj, o tym. A ja, jako twoja pani, zasługuję na to,
co najlepsze: na twoje oddanie i gotowość do spełniania każdego
mojego kaprysu. Zadbaj o to, żebym nigdy nie musiała ci przypominać
o twoim miejscu.
– Tak, moja Pani –
odparł Łukasz z pełnym oddania spojrzeniem.
Uśmiechnęła i wstała.
Łukasz stanął obok niej. W lustrze naprzeciwko dostrzegli swój
obraz.
– Spójrz na nas,
Łukaszu – powiedziała cicho. – Jesteśmy idealną parą. Ty –
wysoki, silny, gotowy, by mnie chronić i mi służyć. Ja delikatna
i elegancka.
Zerknęła na swój
zegarek.
– Powinniśmy już
zejść na dół i dołączyć do reszty.
Kolacja wigilijna
przeciągała się długo, dokładnie tak, jak bywało w domach, w
których przy stole zbiera się kilka pokoleń. Duża jadalnia
zapełniła się zapachami potraw i gwarem rozmów. Długi stół,
nakryty białym obrusem, uginał się pod półmiskami, a dzieci co
chwilę wybuchały śmiechem, przerywając rozmowy dorosłych.
— A widzicie —
odezwał się w pewnym momencie ojciec Pauliny, rozglądając się po
wszystkich z zadowoleniem — mówiłem, że taki stół kiedyś się
przyda.
Ktoś zaśmiał się
głośno, ktoś inny przytaknął, a dzieci natychmiast podchwyciły
ton, śmiejąc się jeszcze głośniej, choć nie do końca wiedziały
z czego. Mikołaj, najwyraźniej zmęczony siedzeniem na krześle,
przykleił się do Pauliny i po chwili bezceremonialnie usiadł jej
na kolanach. Oparł głowę o jej ramię, jakby to było
najoczywistsze miejsce na świecie. Paulina objęła go odruchowo,
poprawiając mu rękaw swetra. Łukasz obserwował to wszystko. Był
obecny, uprzejmie włączany do rozmów, ale czuł wyraźną,
nienazwaną rezerwę. Jakby jeszcze nie do końca należał do tego
kręgu, jakby wciąż był kimś, kogo się sprawdza, obcym ciałem.
W pewnym momencie do
Pauliny podszedł jeden z braci. Nachylił się i szepnął coś
do ucha. Skinęła głową, uśmiechnęła się krótko, po czym
sięgnęła do torebki. Wyjęła kluczyki od samochodu i podała je
Łukaszowi.
— Pomożesz Dawidowi?
Zanim zdążył
odpowiedzieć, zwróciła się już do Mikołaja.
— Chodź, Mikuś —
powiedziała, zsuwając go z kolan. — Idziemy zobaczyć, czy
Gwiazdor już jedzie z prezentami.
Chwyciła go za rękę, a
drugą dłoń bez wahania podała Helenie. Dziewczynka ścisnęła ją
mocno i niemal pociągnęła w stronę drzwi.
— Babciu! — zawołała
jeszcze przez ramię. — Chodź z nami!
W jadalni znów rozległ
się śmiech, a Paulina, prowadząc dzieci w stronę korytarza,
odwróciła się na moment i spojrzała na Łukasza.
Na górze było ciszej.
Wzięła Mikołaja na ręce i podeszli do okna. Chłopiec przykleił
nos do szyby, wypatrując czegoś na niebie.
— Jeszcze chwila… —
powiedziała szeptem. — Widzisz? Tam, nad drzewami.
— To ta? — zapytał z
przejęciem.
— Tak. Pierwsza
gwiazdka zawsze każe na siebie chwilę poczekać.
Nie zdążyli jednak
dopatrzyć się jej do końca. Z dołu rozległ się dźwięk dzwonka
— wyraźny, niecierpliwy. Paulina postawiła chłopca na podłodze
i razem, niemal biegiem, zeszli po schodach.
— Nie uwierzycie —
odezwał się ojciec Pauliny, gdy tylko znaleźli się w salonie. —
Był Święty Mikołaj. Zostawił prezenty i powiedział, że bardzo
się spieszy do innych domów.
Dzieci zapiszczały
jednocześnie. Dawid już stał przy choince, zakładając na głowę
czerwoną czapkę.
— To ja byłem z nim
umówiony — oznajmił z powagą. — Powierzył mi zadanie rozdania
prezentów.
Do pomocy natychmiast
zgłosiły się Helena i Mikołaj. Kucali przy choince, wyciągając
spod gałęzi kolejne paczki i podając je dalej, z powagą
niepasującą do ich wieku. Papier szeleścił, ktoś się śmiał,
ktoś inny wołał czyjeś imię.
Paulina rozpakowywała
swoje prezenty spokojnie, bez pośpiechu. Były drobiazgi od rodziny,
książka, ciepły szal. W końcu trafiła na niewielkie, eleganckie
pudełko od Łukasza. Otworzyła je i na moment zamilkła. W środku
leżały kolczyki — niewielkie, złote, o prostej formie. Gładkie,
lekko połyskujące, z delikatnym zaokrągleniem, które sprawiało,
że wyglądały elegancko i uniwersalnie. Nienachalne, ale ładne;
takie, które można nosić na co dzień i od święta, bez
zastanawiania się, czy pasują.
Wstała i podeszła do
lustra. Przypięła je, poprawiła włosy, spojrzała na swoje
odbicie.
— Ładnie? —
zapytała, odwracając się w jego stronę.
— Bardzo —
odpowiedział Łukasz szczerze.
— Dziękuję —
powiedziała cicho, całując do w policzek.
Chwilę później Helenka
podała Łukaszowi paczkę. Paulina spojrzała na niego z uśmiechem,
który nie pozostawiał wątpliwości.
— Otwórz.
W środku był zegarek — Nomos Glashütte. Prosta, jasna tarcza, cienkie
indeksy, smukła koperta i czarny skórzany pasek. Elegancki,
minimalistyczny, bardzo stonowany. Klasyczny model, solidnie
wykonany, wysokiej jakości, ale bez ostentacji.
Łukasz na moment
zaniemówił. Był zachwycony — i jednocześnie wyraźnie
skrępowany.
— Paulina… to jest…
— urwał, nie kończąc myśli.
— Mówiłeś, że takie
ci się podobają. Noś go z przyjemnością — powiedziała
spokojnie. — I bez wyrzutów sumienia.
– Dziękuję, Paulinko
– odparł wzruszony.
Założył zegarek i
spojrzał na niego wzrokiem pełnym zachwytu. Gdy nadszedł moment
składania życzeń, podeszła bardzo blisko powiedziała niemal
szeptem, prosto do jego ucha:
– Życzę ci, byś
zawsze znajdował w sobie siłę, by być tym, kim chcesz i
powinieneś. Byś z każdym dniem stawał się jeszcze lepszy. Dla
mnie.
– Paulinko, a ja życzę
ci, abyś była zawsze szczęśliwa i spełniona. Obiecuję, że będę
się starał jeszcze bardziej.
Ich usta spotkały się w
czułym pocałunku. Gdy oderwali się od siebie, Łukasz poczuł
subtelne przypomnienie swojej roli – delikatny ucisk klatki
chastity. Ktoś z domowników podszedł do telewizora i ściszył
rozmowy jednym ruchem pilota. Na ekranie pojawiło się wnętrze
katedry — wysokie sklepienia, kamienne filary, ciepłe światło
świec odbijające się od złoconych detali. Publiczność ubrana
odświętnie: płaszcze przerzucone przez oparcia ławek, eleganckie
sukienki, ciemne marynarki. Na podium artyści, chór i orkiestra,
wszystko spokojne, dostojne, niemal teatralne.
— Patrzcie, kto jest —
odezwał się nagle Dawid, pochylając się bliżej ekranu.
Łukasz zerknął na
Paulinę, a potem znów na telewizor. Zawahał się ułamek sekundy,
jakby chciał się upewnić, że dobrze widzi.
— Właśnie miałem cię kiedyś zapytać… czy to… — urwał.
— Tak — potwierdziła
Paulina bez wahania. — Nasz gitarzysta i drugi wokal. Stachu.
Kamera zrobiła
zbliżenie: mężczyzna w ciemnym garniturze, z gitarą, skupiony,
pewny siebie. Śpiewał czysto, bez wysiłku, jakby scena była jego
naturalnym środowiskiem.
— Teraz jest na topie —
dorzucił Dawid z nutą rozbawienia. — Koncerty, juror w jakimś
talent show, zapraszają go do śniadaniówek i Wojewódzkiego. Celebryta pełną gębą. A
Filip miał przecież znacznie lepszy głos i charyzmę, tylko wybrał grzebanie ludziom w kolanach.
— Był ze mną na
studniówce. Filip tak go zestresował, że bał się mnie dotknąć
przez cały wieczór. Nawet przy polonezie ledwo trzymał moją dłoń.
Zapadła krótka cisza.
Najstarszy brat, który do tej pory milczał, uniósł wzrok znad
stołu i rzucił niby od niechcenia:
— Różni chłopcy
różnie reagują — powiedział twardo. — I nie każdy powinien
się do ciebie zbliżać.
Nie spojrzał na Łukasza,
ale sens wypowiedzi zawisł w powietrzu. Paulina zerknęła na niego
z ostrzegawczym błyskiem w oku, po czym znów przeniosła uwagę na
ekran. Kolęda popłynęła dalej, a rozmowy przy stole ucichły — wszyscy słuchali muzyki.
— Ciociu Paulino… —
odezwał się nagle Mikołaj, ciągnąc ją lekko za rękaw. —
Pomożesz mi poukładać klocki? One są trudne.
— Jasne, Mikuś. Pokaż,
co tam masz. Ale wielki dźwig, musiałeś być chyba bardzo grzeczny
w tym roku.
Zsunęła się z krzesła
i usiadła z nim na dywanie, a po chwili dołączyły kolejne dzieci.
Helenka przyniosła swoje pudełko, rozsypując elementy z
entuzjazmem, Kuba — ku zaskoczeniu wszystkich — odłożył na
chwilę telefon i przysiadł obok, próbując pomagać wyszukiwać
potrzebne klocki. Tylko Julka została na kanapie, skulona, z twarzą
oświetloną ekranem, jakby świat obok niej wciąż nie istniał.
Paulina klęczała pośród
kolorowych klocków, tłumacząc, poprawiając, chwaląc każde udane
połączenie. Wokół niej zrobiło się gwarno, żywo, dziecięco —
zupełnie inny rytm niż ten przy stole. Łukasz zauważył to od
razu — i uderzyło go z siłą, której się nie spodziewał. Ta
sama Paulina, która potrafiła być chłodna, bezlitosna w
zadawaniu bólu i w rozbieraniu go z iluzji, teraz siedziała na
podłodze wśród rozsypanych klocków, roześmiana, cierpliwa.
Dzieci lgnęły do niej instynktownie, jakby wyczuwały w niej coś
bezpiecznego i niepodważalnego zarazem. Patrzył na jej dłonie —
te same, które potrafiły karać — jak teraz układały elementy,
poprawiały konstrukcje, delikatnie prowadziły małe palce. Ten
kontrast nie burzył jej obrazu. Przeciwnie. Spinał go w całość.
I właśnie w tej sprzeczności — w umiejętności bycia
jednocześnie surową i ciepłą, dominującą i opiekuńczą —
dostrzegł coś, co zachwyciło go bardziej niż wszystko, co znał
dotąd. Po kolędach na stole pojawiły się ciasta — makowiec,
sernik, piernik z marmoladą — a obok kawa i wino. Ojciec Pauliny
krążył między pokojami z wyraźną satysfakcją, objaśniając,
kto gdzie śpi, kto z kim, jak wszystko zostało poukładane tak,
żeby nikt nikomu nie przeszkadzał. Najwięcej uwagi poświęcił
dzieciom — mówił o tym z dumą, jakby logistyka snu była
osobnym, świątecznym sukcesem.
Gdy zegar przesunął się
ku późnej godzinie, przebrany już w piżamę Mikołaj podszedł do
Pauliny.
— Ciociu, a poczytasz
mi przed snem? Ty tak fajnie czytasz.
Uśmiechnęła się i
kiwnęła głową.
— Jedną bajkę. Tylko
jedną.
Poszli do pokoju, w
którym spały najmłodsze dzieci. Łukasz został jeszcze chwilę
przy stole, ale po kilku minutach poczuł, że siedzi tam jakby obok
i nikt nie zwraca na niego uwagi. Wstał więc i podszedł cicho pod
drzwi. Zatrzymał się w progu.
Paulina siedziała na
brzegu łóżka. Czytała spokojnie, zmieniając głos w zależności
od postaci — raz obniżała go i spowalniała, raz rozjaśniała i
przyspieszała. Dzieci były już na granicy snu; Helenka tuliła
misia, Mikołaj walczył jeszcze przez chwilę z opadającymi
powiekami. Kiedy skończyła, poprosił o buziaka na dobranoc.
Pochyliła się, dotknęła jego czoła i zgasiła lampkę.
Na korytarzu Łukasz
odezwał się ściszonym głosem:
— Uwielbiają cię.
Widać, że masz z nimi coś wyjątkowego.
Spojrzała na niego z
zaskakująco smutną miną.
— Nie zawsze jestem
straszną sadystką. Czasem mam też ludzką
twarz.
— I w dodatku piękną
— dodał bez wahania.
Z czasem dom zaczął się
wyciszać. Mama Pauliny razem z Martą szykowały się na pasterkę;
słychać było jeszcze krótkie pożegnania, szelest płaszczy,
dźwięk zamykanych drzwi. Paulina i Łukasz zostali jeszcze chwilę
z resztą rodziny, aż w końcu zapadła decyzja o udaniu się do
pokoju.
Weszli na górę. Wskazała mu łazienkę.
— Tam. Możesz wziąć
szybki prysznic.
Kiedy wykąpany wyszedł
na korytarz, usłyszał podniesione głosy. Paulina stała naprzeciw
Filipa; mówiła krótko, twardo.
— ...wyluzuj w końcu i
nie mieszaj się. Nie mam już od dawna dziewiętnastu lat.
Zobaczyła Łukasza i
natychmiast zmieniła ton — na jeszcze ostrzejszy, nieznoszący
sprzeciwu.
— A ty co tak stoisz?
Idź do pokoju. I czekaj tam na mnie.
Nie dodała nic więcej.
Odwróciła się z powrotem do brata. Łukasz posłuchał bez
słowa. Przez zamknięte drzwi słyszał jeszcze gwałtowną rozmowę.
Wróciła po kilkunastu
minutach. Spojrzał na nią z podziwem. Nadal miała na sobie tę
samą elegancką sukienkę. Jej obecność wypełniła pokój
subtelnym zapachem perfum, a spojrzenie sugerowało, że ma wobec
niego konkretne oczekiwania.
– Pomóż mi to zdjąć.
Podszedł do niej i z
najwyższą starannością pomógł zsunąć materiał, który opadł
na podłogę, odsłaniając czarną, koronkową bieliznę. Biustonosz
idealnie podkreślał niewielkie piersi, a majtki z haftem dodawały
subtelnej zmysłowości. Jej nogi, otulone eleganckimi rajstopami,
przyciągały wzrok.
– A teraz, zdejmij moje
rajstopy – powiedziała z tą samą łagodną stanowczością.
Uklęknął przed nią i
z najwyższą ostrożnością zaczął je zsuwać, przesuwając
dłońmi wzdłuż nóg. Kiedy skończył, spojrzała na niego z
satysfakcją.
– Dziękuję –
rzuciła chłodno i poszła do łazienki.
Wróciła w piżamie,
zaskakująco prostej i lekkiej, niemal niewinnej w swoim kroju.
Miękka, jasnoszara bluza z długim rękawem miała na piersi
niewielki haft z misiem — lekko przekrzywionym, jakby uśmiechał
się porozumiewawczo. Materiał był gruby i przyjemny w dotyku,
wyraźnie wybrany z myślą o cieple, nie o efektach. Do tego
dopasowane spodnie z tej samej dzianiny, luźniejsze przy kostkach.
Nic prowokującego. Nic, co miałoby robić wrażenie. A jednak,
kiedy stanęła w drzwiach, Łukasz od razu poczuł ukłucie podniecenia stłumione przez klatkę chastity. Wilgotne
jeszcze włosy opadały jej swobodnie na ramiona, a sposób, w jaki
poruszała się, sprawiał, że wyglądała zaskakująco zmysłowo —
nie przez strój, lecz mimo niego. Jakby to, co zwyczajne, tylko
podkreślało jej naturalność. Spokój. Pewność siebie.
Zatrzymała się na moment i spojrzała na niego uważnie.
— No co? — zapytała
z lekkim rozbawieniem. — Chyba nadaje się do spania? Mamy tradycję
jedzenia śniadań świątecznych w piżamach, nie będę świeciła
przecież przy rodzinie tyłkiem i koronkami.
— Szkoda, że wcześniej
mi nie powiedziałaś o tym zwyczaju. Przygotowałbym się.
— Ciebie to nie dotyczy
— odparła bez cienia wahania. — Ze mną będziesz zawsze spał
nago a jutro po prostu ubierzesz się.
— Wiesz, wyglądasz…
pięknie — powiedział szczerze, ciszej, niż zamierzał. — Nawet
w takiej piżamie. A może właśnie w takiej najbardziej.
Nie odpowiedziała od
razu. Wsunęła się tylko pod kołdrę i ułożyła na boku, plecami
do niego.
— Chodź —
powiedziała cicho. — Przytul mnie.
Zrobił to ostrożnie,
jakby bał się naruszyć coś kruchego. Jej plecy były ciepłe,
miękkie, a jednocześnie napięte, jakby całe ciało czekało.
Odnalazła jego dłoń i poprowadziła ją tak, by spoczęła na jej
piersi. Zaczął ją delikatnie pieścić, czując, jak jej ciało
reaguje na każdy ruch. Potem wsunął dłoń pod bluzę czując pod
palcami jedwabiście gładką skórę. Zaczął delikatnie drażnić
jej sutek, czując jak szybko twardnieje. Pozwalała mu trwać w tym
momencie, w półmroku, w ciszy przerywanej tylko oddechem i
delikatnym szelestem pościeli. Gdy ułożyła się na plecach,
spojrzała na niego uważnie. Jej dłoń znów odnalazła jego i
skierowała ją niżej, zatrzymując na podbrzuszu. Zsunął jej
delikatnie spodnie a ona niemal natychmiast oplotła jego plecy
nogami, przyciągając go do siebie. Oddychała coraz głębiej, jej
ciało drżało. Wbiła mu paznokcie w plecy, a gdy osiągnęła
spełnienie, jęknęła cicho, osuwając się z powrotem na poduszkę.
Jeszcze dwukrotnie tej nocy przywołała go cicho, bez słów, samym
ruchem dłoni i spojrzeniem. Za każdym razem odpowiadał z tym samym
skupieniem, uważny i oddany, ignorując zmęczenie oraz tępy,
uporczywy dyskomfort, który przypominał mu o granicach narzuconych
na jego ciało. Liczyła się tylko ona — jej oddech, jej napięcie,
jej powolne odprężenie, które przychodziło zawsze wtedy, gdy tego
chciała. Po trzecim razie po prostu odwróciła się i wsunęła w
jego ramiona, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie.
Była spokojna, rozluźniona, nasycona w sposób, który nie
potrzebował żadnych słów. Jej oddech stopniowo się wyrównywał,
a na ustach pojawił się ledwie uchwytny uśmiech. Zasnęła tak,
czując jego obecność — pewną, gotową, całkowicie oddaną.
Świadomość, że jest przy niej, czujny i dostępny, wystarczyła,
by noc domknęła się w ciszy i spełnieniu. Drżał całym ciałem.
Wiedział, kim jest i po co tu jest — że jego rolą jest służyć,
być dyspozycyjnym, cichym. A jednak napięcie narastało w nim
nieubłaganie, gęstniało z każdą minutą i coraz trudniej było
je utrzymać w ryzach. Myśl o tym, by się odezwać, by choćby
zasugerować własną potrzebę budziła strach. Bał się gniewu,
ale jeszcze bardziej bał się rozczarowania w jej oczach. Nie chciał
zawieść jej po raz kolejny. Nie chciał być tym, który prosi,
który potrzebuje, który nie wytrzymuje. Leżał więc nieruchomo,
wpatrzony w ciemność, wsłuchany w jej spokojny oddech, próbując
uspokoić myśli. Sen długo nie nadchodził. Zamiast niego była
czujność, napięcie i ciche, uparte pragnienie, by sprostać temu,
czego od niego oczekiwała — nawet jeśli oznaczało to bezsenność
aż do świtu.
Obudziła się czując
ciepło jego ciała. Przez chwilę leżała w milczeniu, wsłuchując
się w spokojny oddech. Uśmiechnęła się i zaczęła go zaczepiać,
delikatnie przesuwając dłonią po jego torsie. Jej palce miękko
sunęły po skórze, wywołując dreszcz przyjemności.
– Dzień dobry –
szepnęła zmysłowo, przysuwając się jeszcze bliżej. Jej usta
odnalazły jego szyję, gdzie zaczęła składać delikatne, ale
pełne pasji pocałunki. Choć od razu poczuł znajomy ból z powodu
klatki chastity, starał się nie okazywać najmniejszego
dyskomfortu. Odpowiadał na jej pieszczoty z czułością i oddaniem.
Wiedział, że jego cierpienie jest częścią roli, którą przyjął
– być uległym, być jej.
Paulina wyczuwała, jak
jego ciało reaguje. Pocałunki stawały się coraz intensywniejsze,
a dłonie zsunęły się niżej, badając jego ciało z mieszaniną
czułości i władzy. Czuła satysfakcję, widząc, jak poddaje się
temu dotykowi, mimo wyraźnego dyskomfortu. Miała nad nim kontrolę
i wiedziała o tym doskonale. Łukasz cierpliwie znosił ból. Choć
stawał się on coraz bardziej dotkliwy, pragnął spełniać jej
pragnienia, bez względu na siebie. W głębi serca wiedział, że
nie poprosi o zdjęcie klatki – obiecał to i traktował tę
obietnicę jak świętość.
Doskonale rozumiał, że
Paulina może go testować. Była kobietą, która lubiła sprawdzać
granice. Czerpała satysfakcję z kontroli, z władzy, z wiedzy, że
potrafi podporządkować mężczyznę całkowicie. Wiedział, że
każdy pocałunek, każdy gest mógł być nie tylko wyrazem uczucia,
ale także próbą. A on chciał ten egzamin zdać celująco i bez
najmniejszego zawahania. Chciał być dla niej godnym sługą, kimś,
komu mogła zaufać w każdej chwili – nawet, a może zwłaszcza
wtedy, gdy granice przesuwały się coraz dalej.
Paulina, wciąż pełna
zmysłowej energii, powoli usiadła na jego biodrach. Jej uda otuliły
go, czuł bijące od niej ciepło, zapach perfum, który wypełniał
przestrzeń wokół nich niczym mgła – słodka, ciężka,
zniewalająca. Spojrzała mu w oczy, intensywnie, jakby chciała
zajrzeć mu do samego środka duszy. W tym spojrzeniu było coś
więcej niż tylko pożądanie – była tam władza, pewność
siebie i coś, co sprawiało, że czuł się przy niej jednocześnie
słaby i bezpieczny.
– Łukasz – szepnęła,
muskając paznokciami jego tors – w nocy było mi tak dobrze.
Jej uda napięły się
lekko, obejmując go mocniej. Ruchy były powolne, jakby doskonale
wiedziała, jaki efekt wywołują.
– Masz naprawdę mocny
uścisk i dobry dosiad, Paulinko – powiedział z lekkim uśmiechem.
– Czy to zasługa jazdy konnej? Jeździłaś kiedyś?
Spojrzała na niego z
figlarnym błyskiem w oku, uśmiech poszerzył się nieco,
przybierając subtelnie drapieżną formę.
– Zdarzało mi się już
jeździć... głównie na uległych – odparła z nutą tajemniczości,
pochylając się nad nim i muskając jego policzek ustami.
Głos był cichy, ale w
jego brzmieniu kryła się moc. Przyciągnęła go jeszcze bliżej,
jakby chciała na chwilę zanurzyć ich oboje w tej chwili dominacji
i pożądania. Ale po sekundzie zmieniła ton, odsunęła się
odrobinę, jakby rozmowa o jej władzy była jedynie wstępem przed
czymś bardziej osobistym...
– Dziękuję ci za
wczorajszy prezent, Łukaszu. Trafiłeś idealnie w mój gust. Cieszę
się, że już tak dobrze mnie znasz.
W świetle poranka
wyglądała zjawiskowo – delikatna, ale pewna siebie. Kobieta,
która zna swoją wartość. Zsunęła się pozostawiając na jego skórze ledwie wyczuwalną pustkę, która od
razu wywołała w nim tęsknotę za jej bliskością. Wstała z łóżka
i bez słowa, z naturalną elegancją, skierowała się do łazienki.
Gdy drzwi zamknęły się za nią cicho, pozostał sam. Patrzył w
sufit, a myśli zaczęły krążyć wokół jednego – Paulina.
Próbował zrozumieć, co dokładnie czuje. Czuł się zniewolony.
Fizycznie i emocjonalnie. Myśl o klatce, którą nosił na jej
rozkaz, powracała z coraz większym ciężarem. Każdy ruch, każda
zmiana pozycji przypominała, że jego ciało – jego pragnienia –
są teraz poza kontrolą. Ta klatka była nie tylko przedmiotem, lecz
symbolem. Znakiem jego całkowitego oddania, ale i utraty wolności.
Początkowo była to gra, ekscytująca i pociągająca. Teraz jednak
stawała się czymś więcej – testem wytrzymałości, lojalności,
granic. Paulina nie pytała, czy mu wygodnie. Nie pytała, czy boli.
Ona wiedziała i ignorowała. A mimo to nie potrafił sobie wyobrazić
już życia bez niej. Jej obecność była jak powietrze – duszące
i niezbędne zarazem. Wiedział, że jest jego miłością, jego
panią, jego obsesją. Oddał jej nie tylko serce, ale też duszę i
ciało. A ona to przyjęła, bez litości nie pozostawiając mu
złudzeń. Bo żadna inna kobieta, którą znał, nie dorównywała
Paulinie. Żadna nie miała tej klasy, tej mocy, tej chłodnej
zmysłowości, która potrafiła zamienić jego codzienność w
rytuał uwielbienia. I choć nie mówiła tego głośno, wiedział
jedno: miała wszystko, czego pragnęła. A on? On miał ją.
I to mu musiało wystarczyć.
Po śniadaniu wrócili do
pokoju. Poszła przebrać się i po chwili weszła do pokoju
ubrana w skórzaną spódniczkę, sięgającą tuż nad kolana.
Miękka, lśniąca skóra opinała jej biodra, poruszając się
subtelnie przy każdym kroku. Czarny materiał przyciągał wzrok,
podkreślając smukłą talię i zmysłową linię nóg. Okrywały je
bordowe rajstopy, które tworzyły wyrazisty kontrast z czernią
spódnicy. Ich delikatny połysk wysmuklał optycznie łydki i
przyciągał uwagę do kształtu ud, nadając całej stylizacji
wyrazistości i charakteru. Górę stroju stanowił dopasowany, szary
golf z miękkiej dzianiny, który przylegał do jej ciała niczym
druga skóra. Materiał miękko podkreślał linię ramion i talii,
nadając elegancki, a zarazem nieco surowy wygląd. Stylizacja była
prosta, ale dopracowana w każdym detalu.
Włosy miała starannie
upięte w gładki kok, odsłaniający szyję, a nowe kolczyki lśniły
subtelnie przy każdym ruchu głowy. Cienki łańcuszek z wisiorkiem w kształcie wilka delikatnie migotał na tle materiału golfu a na nadgarstku
połyskiwała bransoletka – drobna, ale wyrafinowana.
– Pójdziemy na spacer?
Chciałabym, żebyś zobaczył okolicę, w której dorastałam. Nie
bywałeś chyba często w tej części miasta?
– Chętnie –
odpowiedział z entuzjazmem, ale zanim zdążył dodać coś więcej,
podniosła dłoń, jakby chciała zaznaczyć drobne zastrzeżenie.
– Tylko nie idźmy zbyt
daleko – mam tylko te buty na obcasie.
– W takim razie, jak
tylko wrócimy, zrobię ci masaż. Tak dobry, że zapomnisz o
zmęczeniu.
Zaśmiała się cicho i
spojrzała na niego z czułością.
– Jesteś kochany –
powiedziała, całując go lekko w policzek.
Uklęknął przed nią, z
właściwym sobie namaszczeniem. Wziął eleganckie, czarne kozaki i
starannie wsunął je na jej stopy, upewniając się, że leżą
idealnie. Lśniąca skóra butów układała się perfekcyjnie, a on,
czując znajome podniecenie, z trudem skrywał emocje.
Gdy zeszli na dół, od razu sięgnął po futro i pomógł je ubrać. Dopilnował, by
ułożyło się idealnie. Paulina, nie patrząc na niego, lekko
poprawiła kołnierz. Wiedział już, że to będzie piękny spacer.
Bo był z nią. A to wystarczało. Zawinęła wokół szyi miękki,
ciepły szal, który idealnie współgrał z resztą jej stylizacji.
Następnie sięgnęła po czapkę, a na końcu wsunęła dłonie w rękawiczki. Skóra była miękka i elastyczna, idealnie
dopasowując się do jej drobnych dłoni, co sprawiło, że całość
prezentowała się perfekcyjnie. Kiedy byli gotowi ujęła jego dłoń
i poprowadziła ku drzwiom.
– Pokażę ci piękne
miejsce.
Grudniowy poranek był
mroźny, ale miał w sobie niepowtarzalny urok. Powietrze było
przejrzyste i rześkie, a ziemię pokrywała cienka warstwa śniegu,
która skrzyła się w bladym słońcu. Ruszyli razem w stronę
jednego z pobliskich pagórków. Paulina szła pewnie, mimo obcasów.
Jej krok był szybki, energiczny, a jednocześnie elegancki. Droga
wiodła wzdłuż stadionu lekkoatletycznego po czym zaczęła piąć
się górę, przez aleję drzew, których nagie gałęzie tworzyły
nad ich głowami naturalne sklepienie – jakby świat sprzysiągł
się, by uczynić tę chwilę jeszcze bardziej wyjątkową.
Na szczycie pagórka
rozciągał się widok zapierający dech w piersiach. W oddali było
widać panoramę miasta i fragment Zatoki Gdańskiej.
– To tutaj –
powiedziała, zatrzymując się. – Zawsze uwielbiałam to miejsce.
Jest takie spokojne. Zawsze uważałam je za moje.
Łukasz objął ją
delikatnie, przyciągając do siebie. Jej ciało wtuliło się w
niego naturalnie, jakby ta chwila była wpisana w jakiś dawno
ustalony porządek rzeczy. Trwali tak przez moment w milczeniu,
otuleni ciszą i pięknem otaczającego ich pejzażu.
– Paulinko – zaczął
ostrożnie, lecz szczerze – chciałem ci podziękować za ten
zegarek. To dokładnie ten styl, który zawsze mi się podobał…
Ale jest mi trochę głupio, bo wiem, że był bardzo drogi.
– Łukasz –
powiedziała miękko, ale zdecydowanie – nie przejmuj się tym, ile
kosztował. Chciałam, żebyś miał ode mnie coś wyjątkowego. Coś,
co ci się podoba. Ścisnęła lekko jego
dłoń.
– Dla mnie to
przyjemność widzieć, jak go nosisz. I że wiesz, że został
wybrany właśnie dla ciebie.
– Dziękuję, kochanie
– odpowiedział z wdzięcznością, czując napływającą ulgę i
wzruszenie. Przyciągnął ją mocno do siebie i objął z całym
uczuciem, jakie w sobie nosił. Odwzajemniła uścisk i przez moment
po prostu byli razem – w blasku zimowego słońca.
Szli jakiś czas
w milczeniu. Paulina zatrzymała się nagle na wąskiej, zasypanej
śniegiem ścieżce. Odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy —
uważnie, przenikliwie, tak jakby chciała upewnić się, że jest tu
naprawdę, całym sobą.
— Nie myśl, że o
tobie zapomniałam. Wiem, jak bardzo jest ci trudno. Wiem, że
milczysz, że zaciskasz zęby, że może nawet cierpisz.
Jej głos nie był ani
surowy, ani czuły. Był spokojny. Pewny.
— Ale pomyśl —
dodała po chwili. — Robisz to dla mnie. A nagroda… — uniosła
kącik ust w ledwie dostrzegalnym uśmiechu — …nagroda cię nie
minie. Obiecuję.
Nie odpowiedział
słowami. Zatrzymał się, ujął jej dłoń i pochylił się,
całując ją z namaszczeniem. Ten gest był prosty, niemal
staromodny, ale pełen znaczenia.
— Dziękuję —
wyszeptał.
Ruszyli dalej, ramię w
ramię, przez cichy, ośnieżony las. Śnieg skrzypiał pod butami,
powietrze było ostre i czyste, a niebo miało jasnoszary odcień.
— Idealna pogoda na
kulig — rzuciła, jakby mimochodem.
Podchwycił temat
natychmiast.
— Mógłbym cię
ciągnąć na sankach — powiedział, z nutą rozbawienia w głosie.
— Siedziałabyś wygodnie… a ja…
Zawahał się na ułamek
sekundy.
— …ciągnąłbym cię
jak koń.
— Kusząca wizja —
przyznała. — Nawet bardzo.
— Założyłabyś wtedy to futro? — zapytał ostrożnie.
— Tak — odpowiedziała
bez wahania. — Albo ten długi skórzany płaszcz. Ten z futrzanym
wykończeniem. Ciepły, ciężki. Idealny na zimę.
Poczuł, jak coś w nim
drgnęło, nagłe ukłucie podniecenia, które musiał natychmiast
ukryć.
— Nie wiedziałem, że
masz coś takiego — przyznał.
— Bo nigdy nie pytałeś
— odparła spokojnie. — Mam jeszcze inne. Dłuższe. Krótsze.
Różne.
Zastanowił się przez
chwilę, po czym zapytał:
– A jak ja powinienem
się ubrać, żeby wyglądać przy tobie odpowiednio, Paulinko?
Spojrzała na niego
chłodno, choć usta wygięły się w ledwo zauważalnym, drwiącym
uśmiechu.
– Nago –
odpowiedziała bez zająknięcia, tonem, który nie dopuszczał
dyskusji.
Zamarł na moment,
niepewny, czy dobrze usłyszał.
– Jak to, nago? –
zapytał ostrożnie.
– Tak. Przy mnie to
najlepszy strój. Nie potrzebuję oglądać cię w marynarkach czy
eleganckich spodniach. Jesteś moją własnością. I masz mi służyć
– nie podobać się innym. Twój strój to twoje posłuszeństwo.
Twoje oddanie. A nagość tylko to podkreśla.
Jej słowa były lodowate
w swojej precyzji, a zarazem niesamowicie zmysłowe. Poczuł dreszcz.
Nie tylko z chłodu – z czegoś znacznie głębszego.
– Ale… przecież jest
zimno i… a ludzie? – zapytał, zaniepokojony.
– Przecież nie na
ulicy głuptasie. W moim ogrodzie – powiedziała, posyłając mu
spojrzenie pełne rozbawionej pobłażliwości. – To przestrzeń, w
której obowiązują moje zasady.
– Ale przecież będzie
mi zimno – mruknął, próbując bronić resztek swojej
racjonalności.
Paulina spojrzała na
niego, mrużąc oczy.
– Zimno to tylko stan
umysłu – odparła spokojnie. – Jeśli naprawdę chcesz mi
służyć, nauczysz się nie myśleć o sobie. Twoje ciało ma być
dla mnie.
Zbliżyła się, jej
rękawiczka dotknęła jego policzka.
– Zaufaj mi – dodała
cicho. – Zawsze znajdę sposób, żeby cię rozgrzać.
Spróbował zażartować,
choć czuł się już niemal bezbronny.
– Paulinko… naprawdę
nie uważasz, że to trochę nie fair? Ty będziesz w ciepłym,
luksusowym płaszczu, a ja nagi i zmarznięty?
– Łukasz –
powiedziała stanowczo – to ja decyduję, co jest fair. Ty nie
jesteś tu po to, by oceniać, tylko by być i służyć. Rozumiesz?
Delikatnie przesunęła
palcami po jego policzku, zatrzymując się na jego brodzie.
– Nagi, odsłonięty,
wystawiony na warunki atmosferyczne – pokazujesz, że jesteś mój.
Że jesteś gotowy oddać wszystko, nawet komfort, by mnie zadowolić.
– A będziesz miała
pejcz w ręku? – zapytał nagle, starając się wyczuć
jej reakcję, choć sam nie był pewien, czy bardziej mówi to z
ciekawości, czy z potrzeby emocjonalnego potwierdzenia jej władzy.
– Pejcz? – powtórzyła
wolno, smakując to słowo jak wino. – Będzie w mojej ręce, jeśli
uznam, że się przyda, Łukaszu.
Jej głos był spokojny,
niemal łagodny, ale kryło się w nim coś niepodważalnego. Ton,
który nie wymagał zgody ani aprobaty – jedynie posłuszeństwa.
– Jeśli uznam, że to,
co masz zrobić, wymaga dodatkowej motywacji, wtedy go na pewno
użyję. Nie martw się. Zawsze wiem, czego potrzebujesz – nawet
jeśli ty sam jeszcze tego nie wiesz. A pejcz? On jest tylko jednym z
wielu narzędzi, którymi się posługuję.
– Paulinko, to brzmi
trochę przerażająco – powiedział Łukasz z wymuszonym
uśmiechem, próbując dodać sytuacji lekkości. – Ja nagi na
mrozie, a ty cała w skórze, z pejczem w ręku...
Paulina zmrużyła lekko
oczy i przyglądała mu się uważnie, z błyskiem rozbawienia w
spojrzeniu.
– Przerażająco,
mówisz? Może właśnie o to chodzi...
Zrobiła krok do przodu.
Jej obecność stała się przytłaczająca, intensywna, dominująca.
Zatrzymała się bardzo blisko. Ich ciała niemal się stykały.
– Ooo tak – dodała,
przeciągając słowa. – Ja cała w skórze. Dopasowany płaszcz,
rękawiczki, kozaki, pejcz w dłoni, a ty? Nagi. Wystawiony na chłód.
I na moją łaskę. Czy to nie brzmi pięknie? Podniecająco?
Przesunęła dłonią po
jego ramieniu – powoli, ale pewnie.
– Więc tak, użyję
pejcza, by cię motywować – wyszeptała – albo tylko po to, by
przypomnieć ci, kto tu rządzi. A może nie będzie wcale mi
potrzebny. Ale tego jeszcze dziś nie wiemy, prawda?
Łukasz przełknął
ślinę. W jego oczach pojawiło się napięcie, ale i fascynacja.
– Aż mi ciarki po
plecach przeszły – powiedział szczerze, jego głos lekko zadrżał.
– I dobrze –
odpowiedziała miękko, niemal szeptem, ale z niepodważalną
pewnością siebie. – Tak właśnie powinno być.
Zbliżyła się jeszcze
bardziej. Jej oddech musnął jego szyję, a usta znalazły się
zaledwie kilka milimetrów od jego skóry.
– Te ciarki to dopiero
początek. Wydawało ci się, że już tak wiele przy mnie
przeszedłeś? Jeśli tak, to tylko wydawało.
Zatrzymała się na
chwilę, patrząc mu prosto w oczy, jakby badała, ile jeszcze
wytrzyma. Potem, jakby to wszystko było tylko drobną grą przed
kolejnym rozdziałem, dodała tonem nieco bardziej rzeczowym – ale
wciąż pełnym kontroli:
– A teraz... wracajmy
do domu.
-----
Rozdział XIX – Poznaj mojego tatę
Trójmiasto, grudzień 2023
Wrócili do domu krótko przed obiadem. Po skończonym posiłku pożegnali się z jej rodziną. Gdy Paulina podjeżdżała pod jego blok zaproponował spotkanie.
– Co powiesz na to, żebyśmy się jutro spotkali? – zapytał z nadzieją w głosie.
– Dziękuję, ale jutro chciałabym odpocząć. Potrzebuję chwili dla siebie.
Skinął głową, akceptując jej decyzję, choć czuł lekkie ukłucie rozczarowania.
– Wiesz, jest jeszcze coś. Bardzo by mi zależało, żebyś jeszcze przed Sylwestrem poznała mojego tatę.
– Tak?
– Tak. Kiedy powiedziałem mu, że spędzam święta z tobą, oznajmił, że koniecznie musi cię poznać. Powiedział to w taki sposób, że… no, po prostu wiem, że to dla niego ważne. I dla mnie też. Może nawet jeszcze bardziej.
Na moment zapadła cisza. Paulina odwróciła wzrok w stronę okna, jakby porządkowała myśli.
– Jeśli to dla ciebie ważne – powiedziała w końcu – to oczywiście, zgadzam się.
– Na pewno znajdziesz czas?
– Tak. Umówmy się z nim jeszcze przed końcem roku
Odetchnął, jakby z jego ramion spadł niewidzialny ciężar.
– Dziękuję – powiedział cicho.
Rozmawiali również o nadchodzącym Sylwestrze. Postanowili, że spędzą go razem, ale nie mieli jeszcze konkretnego pomysłu. Paulinie było to obojętne i oboje zgodzili się, że ponieważ czasu zostało niewiele, mogą spędzić go nawet w domowym zaciszu oglądając koncert w telewizji. Tym bardziej, że jak powiedziała – nie lubiła noworocznych imprez, a przynajmniej będą mogli pośmiać się. Pożegnali się delikatnym pocałunkiem. Czuł ciepło jej ciała, czuł jak jej usta delikatne go dotykają, ale świadomość, że jego własne potrzeby pozostają niespełnione, ciążyła mu coraz bardziej. Gdy wszedł do domu, jego myśli były już pełne frustracji i rozgoryczenia. Próbował skupić się na czymś innym, ale co chwila wracał do myśli, że Paulina, mimo deklaracji że pamięta o nim, całkowicie go ignoruje. Z drugiej strony wiedział, że na świecie nie ma drugiej takiej kobiety. Była jego największym skarbem, uosobieniem wszystkiego, czego pragnął. Była jego boginią, idealną i nieosiągalną w swojej perfekcji, a jednocześnie tak bliską, że każda chwila spędzona z nią, wydawała się bezcennym darem. Czuł, że to wszystko ma głębszy sens. Była kochaną sadystką, która poznała jego granice chyba lepiej niż on sam. Wiedział, że jej dominacja, jej kontrola nad jego pragnieniami, były ważną częścią tego, co ich łączyło. To właśnie ona sprawiała, że ich relacja była tak intensywna, tak pełna emocji, które nie mogłyby istnieć bez tego delikatnego, a jednocześnie brutalnego balansu władzy, namiętności i okrucieństwa. Każde jej spojrzenie, każdy gest przypominały mu, jak bardzo jest oddany i jak wiele jest w stanie znieść. Choć ból był realny, a frustracja wciąż narastała, wiedział, że nie zamieniłby tej relacji na żadną inną. Paulina sprawiała bowiem, że czuł się żywy jak nigdy dotąd. Czuł, że jego miejsce jest przy niej, niezależnie od tego, jak wiele go to kosztuje.
Rozebrał się powoli, zrzucając ubrania na bok i położył na łóżku. Przez chwilę patrzył w sufit, próbując uspokoić myśli, które wciąż krążyły wokół niej. Dłoń, niemal mimowolnie, przesunęła się w dół, zatrzymując się na klatce, która otaczała jego męskość. Poczuł chłód metalu pod palcami, gładką, zimną powierzchnię, która wydawała się teraz jeszcze bardziej nieprzystępna. Klatka była ciasna, przypominała mu o jego ograniczeniach – tych fizycznych i tych emocjonalnych. Każdy dotyk przypominał, jak bardzo jego ciało zostało zamknięte, jak bardzo jego pragnienia zostały zduszone. Czuł lekkie napięcie, jakby ta klatka nieco się zaciskała, mimo że wiedział, że to tylko wyobraźnia. Z każdym głębszym oddechem narastało w nim pragnienie uwolnienia, ale także świadomość, że to uwolnienie nie przyjdzie zbyt łatwo, że nie zależy już wyłącznie od jego decyzji. Kiedy dłoń poruszyła się delikatnie po powierzchni metalu, poczuł coś więcej niż tylko fizyczne ograniczenie – poczuł mieszankę emocji, odrobinę bólu, dużo frustracji, ale także dziwną satysfakcję. Była to satysfakcja wynikająca z oddania, z poddania się jej woli. Z jednej strony, było to źródło cierpienia, ale z drugiej, coś, co dawało mu poczucie przynależności i celu.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Z lekkim wahaniem sięgnął po urządzenie, które leżało obok na nocnym stoliku. Na ekranie widniała wiadomość od Michała:
Słuchaj brachu, taka sprawa. Wypadli nam znajomi z Sylwestra, a może wy chcecie popłynąć z nami promem? Wiesz, ten co pływa do Szwecji, ale tym razem zacumuje gdzieś na Zatoce. Będą jeszcze inni nasi znajomi, ale są spoko. Zapytaj swojej pięknej kobiety.
Pomysł wydawał się interesujący. Postanowił, że musi to odpowiednio przedstawić. W końcu, to ona będzie decydować, ale przecież Sylwester na promie, z dobrą muzyką i towarzystwem, mógłby być dla nich ciekawym przeżyciem i dobrą alternatywą dla Zenka Martyniuka i Braci Golec. I to mimo tego, że mówiła, że nie lubi takich imprez, wiedział, że koncertów w telewizji nie lubi jeszcze bardziej. Odpisał Michałowi:
Brzmi ciekawie, dam ci znać, jak tylko porozmawiam z Paulinką. Dzięki za propozycję!
Od razu zdecydował się zadzwonić. Kiedy tylko usłyszał głos po drugiej stronie, poczuł, że niepokój trochę ustępuje. Przedstawił propozycję Michała, starając się, by brzmiało to jak najbardziej atrakcyjnie – Sylwester na promie, fajna zabawa, dobre towarzystwo.
Przez chwilę milczała, rozważając pomysł, a on niemal mógł poczuć, jak analizuje wszystkie za i przeciw. W końcu zgodziła się.
– W sumie i tak nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, więc czemu nie?
Z ulgą i radością w głosie podziękował jej za decyzję, obiecując, że zadba o wszystkie szczegóły. Kiedy rozmowa dobiegła końca, od razu napisał do Michała:
Jesteśmy na tak! Paulinka się zgodziła. Czekamy na szczegóły!
Michał przeczytał wiadomość i uśmiechnął się pod nosem. Nie spodziewał się, że zgodzą się tak szybko, a raczej, że Paulina zgodzi się. Odkąd ich poznał, było jasne, kto rządzi w tym związku. Kobieta emanowała władzą i pewnością siebie, to ona ustalała zasady, chociaż Łukasz wydawał się być zadowolony z roli, którą dla niego wyznaczyła. Kto by nie był. On sam byłby na pewno, gdyby tylko miał ku temu szansę.
– Tak, jesteście... wy... – powiedział w myślach do siebie, mocno akcentując ostatnie słowo.
Przez chwilę zastanawiał się, jak to jest być z kobietą, która potrafiła w pełni kontrolować sytuację, a jednocześnie roztacza wokół siebie tak wiele uroku. W głębi duszy poczuł ukłucie zazdrości. Ile by dał, żeby być z kimś takim, z kimś, kto potrafiłby przejąć stery w relacji, zaskakiwać, fascynować na każdym kroku. Była dla niego intrygującą zagadką. Widział jak jednym spojrzeniem niemal mroziła Łukasza, który nerwowo próbował robić wszystko, żeby tylko była zadowolona. Nie mógł przestać myśleć o tym, jak wygląda ich życie, jakie emocje kryją się za tą fasadą, którą widział podczas wspólnego weekendu. Było coś w ich relacji, co sprawiało, że chciał przyglądać się jej bliżej i bliżej. Uśmiech rozszerzył się na jego twarzy, czuł dumę z własnej spostrzegawczości. Od początku przeczuwał, że to związek femdom. Paulina mogła sprawiać wrażenie uprzejmej, nawet przyjaznej, ale kto potrafił patrzeć głębiej, ten widział, że to ona dominuje. A ten kluczyk na łańcuszku? Kumaci wiedzieli, co to oznacza. Michał był dumny, że zalicza się właśnie do tych kumatych, którzy rozumieją takie sygnały. Miał doświadczenie, no dobrze, może to za dużo powiedziane. Nieudane spotkanie z dziewczyną znalezioną w Internecie, jakaś pseudo sesja, z której uciekł po kilku minutach. A w teorii? Był ekspertem. Obejrzał setki filmów, odwiedził niezliczone strony. Niestety, prawie wszystko co wartościowe pochodziło zza zachodniej granicy. Może kiedyś wybierze się do jakiegoś prawdziwego klubu BDSM w Niemczech, a nie brudnej kawalerki na Fordonie.
Przypomniał sobie ich rozmowę. Inteligentna wymiana zdań, pełna dwuznaczności. Ona wiedziała, co sugerował, on wiedział, że ona to rozumie. Była niezwykle przenikliwa. Z każdą myślą czuł, że musi pociągnąć tę rozmowę dalej, wrócić do niej. Może uda mu się zbliżyć. Wiedział, że jeśli kiedyś nadarzy się okazja, zrobi wszystko, by stać się częścią jej świata, choćby miało to oznaczać, że podda się w pełni, tak jak Łukasz. Jednak myśli o niej nie mogły obejść się bez refleksji o jego własnym związku. Anka. Kochał ją, ale to już nie to, co kiedyś. Ich relacja była stabilna i przewidywalna. To właśnie ta przewidywalność zaczynała go coraz bardziej męczyć. Brakowało mu iskry, uczucia niepewności, które teraz odnajdywał w Paulinie. Ostatni weekend, ten na zamku, był jednak zaskakująco namiętny. W głębi duszy wiedział jednak co napędzało jego podniecenie i że nie powinien był porównywać ich do siebie – były tak różne, jak tylko dwie kobiety mogą być. Paulina opanowała jego myśli, sprawiając, że zaczął pragnąć czegoś więcej, czegoś innego. Ten głos w jego głowie, który podsycał fascynację, był coraz głośniejszy zagłuszając tlące się poczucie winy.
---
W piątkowe popołudnie napięcie w Łukaszu rosło z każdą minutą. Wiedział, jak wiele znaczyło to spotkanie – dla niego, ale i dla obrazu, jaki pragnął, by zobaczył jego ojciec. Był dla niego nie tylko ważną osobą, ale również pewnego rodzaju recenzentem. Wyprowadził się z domu kiedy był jeszcze nastolatkiem, a aktualnie mieszkał z o dwadzieścia lat młodszą partnerką. Mimo wieku wciąż uważał siebie za atrakcyjnego, Łukasz odnosił czasem wrażenie, że prowadzi z nim cichą grę, jakby mówił: popatrz, jestem starszy, a mam ładniejszą partnerkę od ciebie. Ale dziś... dziś jeśli przyjąć jego reguły gry nie miał szans. Kilka minut przed siedemnastą zaparkował pod domem Pauliny. Czuł przyspieszone bicie serca, gdy tylko spojrzał na drzwi, za którymi miała się pojawić. Kobieta, którą chciał dziś przedstawić ojcu, kończyła właśnie ostatnie poprawki makijażu. Wybrała subtelne, ciepłe barwy – satynowy podkład o naturalnym wykończeniu idealnie stapiał się z cerą, nadając skórze świeżość i miękki blask. Delikatny róż jedynie zaznaczał kości policzkowe, a oczy, podkreślone cieniami w odcieniach brązu i cienką, grafitową kreską, zyskały głębię i wyrazistość.
Gdy kosmetyczny rytuał dobiegł końca, sięgnęła po komplet bielizny od La Perla. Czerń koronki była wyrafinowana i zmysłowa. Ten ukryty detal dawał poczucie luksusu i wewnętrznej siły – czegoś, co nosiła wyłącznie dla siebie. Następnie ubrała przygotowaną wcześniej sukienkę od Armaniego – granatową, zapinaną wysoko pod szyją na niewielkie, złote guziki. Dopasowany krój podkreślał smukłą talię, a miękki materiał układał się gładko na biodrach, kończąc się tuż poniżej kolan. Całość była stonowana, elegancka, a jednocześnie przyciągała uwagę dokładnie tam, gdzie trzeba. Na nogi wsunęła jedwabiste rajstopy i wysokie kozaki, wykonane z doskonale wyprawionej, lekko połyskującej skóry. Elegancja bez demonstracji, ponadczasowe dzieło włoskich rzemieślników. Włosy spięła w gładki kok, odsłaniając szyję. Złote kolczyki i cienki zegarek na skórzanym pasku dopełniały całości, nie konkurując z resztą stroju. Sięgnęła jeszcze po okulary leżące na toaletce. Oprawki były eleganckie, w ciemnym odcieniu szarości przechodzącej w głęboką czerń. Dyskretne szkła korekcyjne osadzone były cienko, bez zbędnego ciężaru, dzięki czemu nie zaburzały rysów twarzy. Założyła je powoli, poprawiając delikatnie na nosie. W tej chwili jej spojrzenie stało się inne – bardziej skupione, chłodniejsze, a jednocześnie niepokojąco atrakcyjne. Okulary pasowały do niej idealnie: podkreślały inteligencję, kontrolę i elegancję, jakby były naturalnym przedłużeniem jej stylu, a nie zwykłym dodatkiem. Na koniec sięgnęła po płaszcz. Długi, czarny, wykonany z miękkiej, szlachetnej skóry, zapinany na rząd starannie dobranych guzików. Jego linia była wyraźnie zarysowana – ramiona mocne, talia subtelnie podkreślona. Kołnierz obszyty był delikatnym futerkiem, podobnie jak mankiety rękawów, co nadawało całości nie tylko elegancji, ale i ciepła. Do płaszcza dobrała rękawiczki – skórzane, idealnie dopasowane, ocieplane i wykończone futerkiem przy nadgarstkach. Chwyciła torebkę – czarną YSL na cienkim, złotym łańcuszku. Przed wyjściem spojrzała jeszcze w lustro. Widziała kobietę opanowaną i nieprzeniknioną. Na jej ustach pojawił się ledwie zauważalny cień uśmiechu. Doskonale wiedziała, jakie zrobi wrażenie. Zamknęła za sobą drzwi i poprawiła kołnierz. Skóra cicho skrzypnęła, gdy uniosła ramiona, futerko przy szyi ułożyło się miękko.
Gdy odwróciła się w jego stronę, Łukasz zamarł. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby zapomniał, co miał powiedzieć. Stał bez ruchu, z dłonią wciąż zawieszoną w pół gestu, wpatrzony w nią z czymś pomiędzy zachwytem a bezradnością.
– Wyglądasz tak, że… że aż kolana same mi się uginają. Naprawdę. W tej chwili powinienem chyba uklęknąć.
Spojrzała na niego spod lekko uniesionych brwi. W okularach jej spojrzenie było jeszcze bardziej skupione, ostrzejsze, niemal prowokujące.
– Co cię powstrzymuje?
Rozejrzał się odruchowo. Uliczka była pusta, cicha, przygaszone światła latarni rysowały długie cienie. Bez słowa podszedł bliżej i opadł na kolana, jakby ten ruch był najnaturalniejszą odpowiedzią. Uśmiechnęła się. Powoli wyciągnęła dłoń i pogładziła go po policzku. Nachylił się i ucałował ją z namaszczeniem, zatrzymując usta na chwilę dłużej, niż wymagałby zwykły gest.
– No, wstawaj już wariacie. Otrzep spodnie.
Podniósł się posłusznie, wciąż patrząc na nią z tym samym, nieco oszołomionym wyrazem twarzy. Dopiero teraz, gdy byli tak blisko, nachylił się i pocałował ją krótko w policzek, jakby sprawdzał, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Przez moment przyglądał się jej twarzy, zatrzymując wzrok na oprawkach.
– Nie wiedziałem, że nosisz okulary…
– Od dawna noszę soczewki – odparła spokojnie. – Przecież wiesz. Musiałeś zauważyć w łazience, ale dziś miałam ochotę na okulary.
Uśmiechnął się pod nosem, wciąż nie spuszczając z niej wzroku.
– Jesteś absolutnie piękna i bosko wyglądasz w tym płaszczu.
Poprawiła oprawki płynnym ruchem. Było w tym geście coś hipnotyzującego – jakby zamknęła jednocześnie tysiąc słów w jednym spojrzeniu zza szkieł.
Otworzył drzwi samochodu. Gdy wsiadała, płaszcz przesunął się po siedzeniu, a czarne kozaki zniknęły pod deską rozdzielczą. Zamykając drzwi poczuł, jak drżą mu dłonie.
Usiadł za kierownicą. Spojrzał raz jeszcze. Była doskonała. Z jej spokojem i pewnością siebie, z wyważoną jak nuta perfum elegancją, stanowiła kontrast do jego rozedrganych emocji.
– Cieszę się, że ci się podobam – powiedziała, nie patrząc na niego. – A teraz jedźmy. Nie chcemy się przecież spóźnić.
Wiedział, że to będzie wieczór, który zapamięta na długo. Nie tylko dlatego, że ojciec pozna Paulinę, ale dlatego, że w tej chwili, obok niego, siedziała kobieta, która potrafiła być zarówno spokojem, jak i burzą. I nigdy nie wiedział, którą wersję spotka jako następną.
Droga mijała spokojnie, choć dla niego każde kolejne skrzyżowanie, każda zmiana świateł była pretekstem, by jeszcze coś opowiedzieć, zapełnić ciszę, której się obawiał. Opowiadał o pracy, o drobnych codziennych sprawach, o znajomych. Mówił spokojnie, choć wewnątrz czuł napięcie.
Gdy dotarli na miejsce, przed wejściem do restauracji czekał już tata Łukasza wraz ze swoją partnerką. Starszy mężczyzna, wysoki, dobrze zbudowany, ubrany w ciemny płaszcz i szalik w stonowanej tonacji, od razu uniósł dłoń w geście powitania, a jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Kobieta stojąca obok – dużo młodsza, jasnowłosa, w beżowym płaszczu i jedwabnej apaszce – miała w sobie ciepło i łagodność, które natychmiast wprowadzały przyjazną atmosferę.
– Cześć, tato! Cześć, Ela! – powiedział Łukasz z wyraźną radością. – Poznajcie, to jest Paulina.
– Paulina, ładne imię. Muszę przyznać, że wyglądasz niezwykle elegancko – odezwał się mężczyzna, zatrzymując na niej wzrok nieco dłużej, niż wymagałaby sama grzeczność.
– Łukasz zawsze miał gust, ale tym razem, jeśli powiem, że przesadził, to i tak będzie za mało.
– Dziękuję, panie Robercie. To bardzo miłe z pana strony.
– Po prostu, Robercie.
Skinęła głową w podziękowaniu, nie dodając nic więcej – wystarczyło spojrzenie, drobne uniesienie kącików ust. Weszli do środka i usiedli przy wcześniej zarezerwowanym stoliku. Kelner pojawił się niemal natychmiast. Paulina zamówiła wodę z cytryną, nie patrząc na kartę.
Rozmowa zaczęła się od banalnych tematów – pogoda, warunki na drodze, święta, plany na Sylwestra. Robert opowiadał o swoim udziale w konsultacjach dotyczących nowego projektu energetycznego, a Ela z ożywieniem dzieliła się wrażeniami z wystawy, którą odwiedziła w ubiegły weekend. Paulina, choć wyraźnie zachowywała dystans, potrafiła zadać właściwe pytanie w odpowiednim momencie – a jej komentarze były trafne, zwięzłe, wyważone. Nie musiała mówić dużo, by być słuchaną. Łukasz w tym czasie dbał, by wszystkim było wygodnie. Wstał, gdy Eli spadła serwetka, zaproponował dolewkę wina, odsunął krzesło, gdy Paulina wychodziła do łazienki. Wszystko to robił jakby instynktownie. Gdy kelner zabrał talerze po przystawkach Robert, popijając swoje wino, spojrzał na kobietę siedzącą naprzeciw.
– Powiedz mi, Paulino – zaczął z uśmiechem – czy Łukasz jest grzeczny? Nie sprawia ci zbyt wielu kłopotów?
Spojrzenie spod delikatnych oprawek okularów spoczęło na rozmówcy z lekkim błyskiem, choć ton pozostał opanowany.
– Cóż, stara się jak może. Ale czasami wymaga delikatnego przypomnienia, żeby trzymać się wyznaczonych ram.
Cisza, która zapadła po tych słowach, trwała zaledwie kilka sekund. Robert roześmiał się serdecznie, nie kryjąc rozbawienia.
– No proszę – powiedział, zerkając z sympatią na syna. – Zawsze miałem nadzieję, że w końcu trafi na kogoś, kto potrafi go ustawić w pionie. Trzymaj go krótko, a będzie chodził jak w zegarku. Taka moja rada.
Ela uśmiechnęła się nie kryjąc rozbawienia.
– Daj spokój, przecież wygląda na bardzo oddanego i wcale nie trzeba trzymać go krótko.
Łukasz tylko się uśmiechnął lekko zmieszany. Czuł na sobie spojrzenie Pauliny, przenikliwe i pełne tej cichej dominacji, której nie trzeba było deklarować słowami.
– Paulina ma swoje metody. A ja staram się jak najczęściej z nią zgadzać, żeby nie musiała ich za często używać.
– Ooo, musisz mi zdradzić te metody, może wykorzystam je na Robercie – rzuciła Ela żartobliwie, dotykając lekko ramienia partnera.
– Metody to jedno, ale klucz tkwi w podejściu. Każda z nas ma w sobie coś, co potrafi zdziałać cuda. Trzeba tylko wiedzieć, kiedy i jak tego użyć.
Rozmowę przerwało pojawienie się niosącego talerze kelnera. Wśród gości zapanowała krótka cisza, przerywana tylko dźwiękiem sztućców.
– A ty, Paulino – odezwał się Robert, odkładając widelec – czym zajmujesz się na co dzień?
– Paulina jest psycholo... – zaczął Łukasz z zapałem, ale jego wypowiedź została uprzejmie, lecz stanowczo przerwana.
– Łukasz, potrafię sama odpowiedzieć – rzuciła, nie odwracając głowy w jego stronę. Jej spojrzenie spoczęło na Robercie.
– Pracuję na Uniwersytecie w Berlinie, na Wydziale Psychologii.
– Ooo – podchwycił Robert z rosnącym zainteresowaniem – a na czym dokładnie polega twoja praca?
– Prowadzę zajęcia ze studentami, a poza tym pomagam ludziom odnaleźć swoje prawdziwe ja – odparła swobodnie, odrywając wzrok od talerza.
– Dzięki mnie odkrywają potrzeby, których wcześniej nie byli świadomi, te, które czasem chowają się głęboko pod warstwą przyzwyczajeń i mechanizmów obronnych. Moi klienci często nie wiedzą, czego tak naprawdę pragną. A kiedy zaczynamy spotkania to cóż... takie spotkanie potrafi zdziałać cuda.
– Wygląda na to, że lubisz swoją pracę. Mówisz o niej z taką pasją – wtrąciła Ela.
– Czy lubię? – powtórzyła spokojnie. – To mało powiedziane. Uwielbiam to, co robię. Możliwość wpływania na ludzi, pomagania im w zrozumieniu siebie i swoich potrzeb. To daje mi ogromną satysfakcję. Zwłaszcza gdy widzę efekty. Gdy ktoś po raz pierwszy mówi, że teraz rozumie, że jest szczęśliwy, w jakiś sposób spełniony. Wtedy wiem, że warto było.
– I, jak sądzę, Paulinka potrafi być w tym bardzo skuteczna – dodał Łukasz z cichym uznaniem.
Zerknęła na niego wzrokiem pełnym zadowolenia. Potem znów zwróciła się do Roberta.
– Skuteczność to coś, na co stawiam. Nie zostawiam rzeczy przypadkowi. Jeśli już coś robię, musi to być skuteczne. I przemyślane.
– Brzmi, jakby twoja praca była pełna wyzwań.
– Zdecydowanie – odpowiedziała, unosząc swój kieliszek z winem. – Ale właśnie te wyzwania sprawiają, że każdy dzień jest wyjątkowy.
Zapanowała krótka, przyjemna cisza. W powietrzu unosił się zapach pieczonej cielęciny, aromatycznego risotto i świeżych ziół.
Po posiłku rozmowa zeszła na lżejsze tematy. Było kilka żartów, wspomnienie wakacji i opowieść Eli o nowym psie sąsiadów, który potrafi szczekać przez całą noc.
Podczas pożegnania, Robert pocałował ją w dłoń.
– Było mi bardzo miło cię poznać. Mam nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie. A ty Łukasz, dbaj o nią i słuchaj się bo będziesz miał ze mną do czynienia – pogroził synowi palcem, robiąc groźną minę.
– Dziękuję Robercie. Również było mi bardzo miło – odparła z nienaganną grzecznością.
Łukasz pomógł jej założyć płaszcz. Poprawił kołnierz, upewnił się, że futerko przy mankietach dobrze się układa, jakby ten gest był czymś więcej niż zwykłą uprzejmością. Skinęła lekko głową, przyjmując to bez słowa.
Gdy opuścili restaurację i wsiedli do samochodu, przez chwilę panowała cisza. Radio grało coś spokojnego, niemal ambientowego – dźwięk, który nie narzucał się, a jedynie wypełniał przestrzeń. Paulina siedziała wyprostowana, spokojna. Po kilku minutach położyła dłoń na jego udzie. Naturalnie. Jakby to było najbardziej oczywiste miejsce. Głaskała – raz w jedną, raz w drugą stronę. Łukasz zesztywniał na moment, po czym wyraźnie przyspieszył oddech. Skupił wzrok na drodze, ale jego ciało zdradzało wszystko. Reakcja była natychmiastowa, nie do pomylenia. Czuła ją doskonale mimo klatki – i ani na chwilę nie zmieniła rytmu dłoni. W końcu spojrzał na nią kątem oka. Potem jeszcze raz. A potem już nie potrafił ukryć tego spojrzenia – było w nim napięcie, prośba, coś niemal błagalnego.
Odwróciła powoli głowę. Uśmiechnęła się chłodno,
– Jeśli chcesz mogę zdjąć ją nawet dzisiaj, ale muszę dostać coś w zamian.
– Co byś chciała w zamian Paulinko? – zapytał, starając się, by głos brzmiał spokojnie.
W odpowiedzi chwyciła jego dłoń. Delikatnie, ale zdecydowanie. Uniosła ją na chwilę, jakby badała jej ciężar, po czym spojrzała na niego spod rzęs – niewinnie, niemal dziewczęco, w sposób, który był najbardziej zwodniczy.
– Przecież mnie znasz.
Puściła go i znów położyła swoją rękę na jego udzie. Przez chwilę milczał, jakby naprawdę intensywnie zastanawiał się, czym może zrewanżować się. Jechał wolniej, niż wymagała droga. Jej dłoń wciąż spoczywała na jego udzie, poruszała się niemal leniwie – wystarczająco jednak, by dało się ją ignorować.
– To może… – zaczął ostrożnie, z nutą udawanego luzu – zrobię ci masaż stóp?
Rzuciła mu krótkie spojrzenie i zaśmiała się cicho.
– Proszę cię. Masaż stóp i tak byś mi zrobił. Bez żadnych negocjacji, wystarczyłoby moje polecenie i już byś klęczał.
Przełknął ślinę, wyraźnie szukając kolejnego pomysłu. Dłoń Pauliny przesuwała się coraz bliżej rozporka, niemal od niechcenia, jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z efektu, jaki wywołuje.
– To może zrobię ci dobrą kolację? Coś wyjątkowego.
Spojrzała na niego z rozbawieniem.
– Przecież dopiero co byliśmy na kolacji.
– No tak, ale ja miałem na myśli… inny dzień – spróbował się poprawić szybko.
Zaśmiała się cicho i pokręciła głową.
– Nie interesuje mnie inny dzień, Łukaszu.
Zawiesiła na nim spojrzenie.
– Innego dnia i tak zrobisz mi kolację. Taką, jaką będę chciała i kiedy będę chciała.
Jego usta rozchyliły się lekko, jakby chciał zaprotestować, ale wiedział, że nie ma sensu.
– Dobrze… – westchnął. – To… coś innego. Może… zajmę się tobą. Bardziej bezpośrednio.
– Nie – powiedziała po prostu. – Dziś nie mam na to ochoty. Próbuj dalej.
Wypuścił powietrze z krótkim, bezradnym śmiechem.
– Ty naprawdę nie ułatwiasz mi życia.
– A czy kiedykolwiek obiecywałam, że będę?
– To co mam zrobić? – zapytał w końcu, niemal bezradnie, nie odrywając wzroku od drogi.
Roześmiała się cicho. Ten śmiech nie był złośliwy, raczej lekki, jakby naprawdę dobrze się bawiła.
– No, jak nie zgadniesz, to trudno – powiedziała spokojnie. – Będziesz musiał jeszcze poczekać. Z uwolnieniem. I z ulgą.
– Paulinko… – westchnął. – Proszę cię. Chociaż jakaś podpowiedź.
– Już ci podpowiedziałam, że mnie znasz. I że wiesz, czego mogłabym chcieć.
Te słowa trafiły w niego mocniej, niż się spodziewał. Poczuł krótkie, ostre ukłucie gdzieś pod żebrami, a zaraz potem dreszcz, który przeszedł mu po plecach, aż do karku. Przez moment milczał.
– Ból? – zapytał w końcu, ostrożnie, jakby sprawdzał grunt.
– Tak – powiedziała miękko. – Trochę bólu musi być. Mam na to teraz ochotę. Co ty na to?
– A sprawi ci to przyjemność?
Tym razem to Łukasz położył dłoń na jej dłoni. Ostrożnie, jakby sprawdzał, czy mu na to pozwoli. Zaczął delikatnie gładzić kciukiem grzbiet jej rękawiczki, wyczuwając gładką skórę, miękkość futerka przy nadgarstku.
Paulina odwróciła głowę. Spojrzała na niego uważnie, długo, jakby chciała zobaczyć, czy naprawdę rozumie, o co pyta. Jej spojrzenie nie było już chłodne – raczej skupione, przenikliwe. Dłoń nie cofnęła się ani o centymetr.
– Tak – powiedziała cicho.
– W takim razie tak – powiedział w końcu, jakby to słowo miało coś rozstrzygnąć.
– Co „tak”, Łukaszu?
Zawahał się, po czym dodał szybciej, trochę nerwowo:
– No… tak. Zgadzam się.
– Nie – odparła spokojnie. – To tak nie działa. – Musisz mnie poprosić. Dzisiaj masz na to moją zgodę.
Spojrzał na nią, a w jego oczach pojawiło się coś pomiędzy napięciem a bezradnością. Jakby grunt pod nogami powoli mu się usuwał, a on nie bardzo wiedział, gdzie powinien postawić kolejny krok.
– Poprosić…?
– Tak. – Uśmiechnęła się niemal niewinnie.
– Musisz mnie poprosić o to, żebym zdjęła ci klatkę. A w zamian będziesz gotowy pocierpieć dla mnie.
Te słowa zawisły w powietrzu. Poczuł jak coś ściska go w środku. Zrozumiał, że nie chodzi o prostą zgodę czy odmowę. Że właśnie został wciągnięty na dobre w jej grę.
– Ty… ty robisz to specjalnie – powiedział, próbując się uśmiechnąć, ale wyszło to bardziej jak bezradny grymas.
– Oczywiście – odparła spokojnie. – Przecież o tym wiesz. Lubię to.
Ścisnął kierownicę mocniej, po czym znów na nią spojrzał. Jej twarz była opanowana, oczy czujne, usta lekko rozchylone w ledwie widocznym uśmiechu. Czuł, jak każde kolejne słowo, które każe mu wypowiedzieć, odbiera mu resztki kontroli.
– Paulinko, ty naprawdę doprowadzasz mnie do szału.
– Wiem – odpowiedziała łagodnie. – I właśnie dlatego proszę, żebyś zrobił to porządnie.
Milczał przez chwilę, coraz wyraźniej czując, że nie ma już gdzie uciec. Im bardziej próbował się bronić, tym głębiej zapadał w jej reguły. Nabrał powietrza, jakby w oznakach kapitulacji.
– Paulinko, pro...
Nie pozwoliła mu dokończyć. Uniosła dłoń i lekko przyłożyła palec do jego ust.
– Teraz nie. Zrobisz to w domu. Na kolanach.
W tej samej chwili skręcali już w jej ulicę. Zaparkował pod płotem, silnik zgasł. Wysiedli z samochodu i weszli do domu.
Pomógł jej zdjąć płaszcz, delikatnie zsuwając go z ramion. Futrzany kołnierz musnął mu palce. Paulina odłożyła rękawiczki i torebkę na komodę, jakby robiła to odruchowo, bez pośpiechu. Weszli do salonu. I wtedy zdębiał. Na stole leżał czarny bat. Krótki singletail, elegancki w swojej prostocie. Rękojeść była starannie opleciona gładką skórą, zakończona niewielką, dyskretną pętelką na nadgarstek. Trzonek przechodził płynnie w wąski, idealnie wyważony rzemień, który zwężał się ku końcowi.
Końcówka była miękka — ostatnie centymetry rzemienia miały cieńszą, bardziej elastyczną strukturę, jakby skóra została tam specjalnie wypracowana, wygładzona długim używaniem albo świadomie dobrana na etapie wykonania.
Spojrzał na bat, potem na nią. W jego oczach pojawiło się coś pomiędzy niedowierzaniem a lękiem.
– Ty… ty od początku to zaplanowałaś – powiedział cicho. – Wiedziałaś, że to się tak skończy.
Roześmiała się, nie próbując nawet zaprzeczyć. Podeszła i położyła mu dłoń na policzku. Jej spojrzenie było miękkie, ale nie dawało żadnych złudzeń. Nie odpowiedziała wprost na jego słowa.
– A teraz uklęknij. I ładnie poproś mnie.
Uklęknął. Czuł chłód pod kolanami, ale był on niczym w porównaniu z napięciem, które ściskało go od środka. Podniósł wzrok.
Paulina patrzyła na niego z wyraźnym zaciekawieniem. W jej oczach było coś spokojnego, niemal badawczego, jakby obserwowała, dokąd sam dojdzie.
– Paulinko… Proszę cię. Zdejmij mi klatkę. I… proszę, użyj tego bata na mnie.
Przez chwilę nic nie mówiła. Przechyliła lekko głowę, jakby naprawdę się zastanawiała. Ta krótka pauza była dla niego trudniejsza niż jakakolwiek odpowiedź.
– Dobrze – powiedziała w końcu spokojnie. – Rozbierz się.
Spojrzał na nią pytająco, jakby chciał upewnić się, że dobrze usłyszał.
Klasnęła cicho w dłonie, z wyraźną nutą rozbawienia.
– No już. Szybko. Wszystkie ubrania.
Zaczął powoli rozbierać się, niemal mechanicznie. Serce waliło mu jak młot, dłonie znowu lekko drżały, kiedy odkładał kolejne części garderoby. Każdy ruch potęgował poczucie odsłonięcia, bezbronności, ale i nieuchronności tego, co miało nadejść. Gdy skończył, sięgnęła po leżący na stole bat i zaczęła bawić się nim, obracając rzemień między palcami, jakby sprawdzając jego ciężar, elastyczność. Skóra cicho trzeszczała przy każdym ruchu.
Nie musiała nic mówić. Sama obecność bata w jej dłoniach wystarczała, by Łukasz poczuł, że właśnie przekroczył kolejną granicę – i że zrobił to całkowicie świadomie.
Kiedy rozebrał się i stanął nagi w ciszy salonu, Paulina wskazała mu środek pokoju.
– Tutaj. Lekko się pochyl. Wypnij się.
Zrobił, jak poleciła, czując narastające napięcie, ale też coś w rodzaju dziwnego skupienia. Podeszła bliżej. Najpierw położyła dłoń na jego biodrze, jakby sprawdzała ustawienie, a potem kilka razy klepnęła go otwartą dłonią. Niezbyt mocno – raczej stanowczo, z wyraźną intencją. Przy jednym z ruchów paznokcie lekko wbiły się w skórę, zostawiając po sobie krótkie, ostre ukłucie.
Pochyliła się i szepnęła mu do ucha:
– Nie bój się. To nie będzie takie straszne.
Odsunęła się o krok. Przez chwilę słyszał tylko własny oddech i cichy szelest skóry, gdy bat poruszył się w jej dłoniach. Potem przyszły uderzenia – kilkanaście, jedno po drugim, w równym tempie. Były szczypiące, wyraźnie odczuwalne, ale nie brutalne. Bardziej irytujące niż bolesne, drażniące nerwy, zostawiające po sobie ciepło. Szybko zorientował się, że rzeczywiście wcale nie są takie straszne, jak podpowiadała mu wyobraźnia. Nie musiał nic liczyć, nie musiał się napinać. Z każdym kolejnym uderzeniem napięcie w nim nie tyle rosło, co zmieniało formę – z lęku w coś bardziej znośnego, oswojonego.
Paulina prowadziła wszystko spokojnie, bez pośpiechu, jakby dokładnie wiedziała, gdzie jest granica, której nie zamierza dziś przekraczać. Dla niego było to bardziej doświadczenie kontroli i oddania niż samego bólu – i właśnie to zaskakiwało go najbardziej.
Odłożyła bat na stolik i spokojnie usiadła w fotelu, opierając się wygodnie. Przez chwilę obserwowała go w milczeniu, jakby dopiero teraz naprawdę miała czas, by się nim nacieszyć.
– Zdejmij mi kozaki.
Podszedł i uklęknął przed nią bez wahania. Palce wciąż lekko mu drżały, gdy rozpinał starannie dopracowane zapięcia. Skóra butów ustępowała powoli, odsłaniając jej łydki w eleganckich, gładkich rajstopach. Gdy zsunął buty, ustawił je równo obok fotela, jakby bał się zrobić to niedbale.
– Możesz teraz zdjąć klatkę – powiedziała.
Zamarł na ułamek sekundy. Potem wykonał polecenie. Metaliczny dźwięk zamka był cichy, ale w tej chwili wydawał się nienaturalnie głośny. Niemal w tym samym momencie telefon Pauliny zabrzęczał krótko, ostrzegawczo – aplikacja zasygnalizowała zmianę.
– No proszę – powiedziała z rozbawieniem.
Wyciągnęła nogę i delikatnie trąciła go stopą.
– Spokojnie – dodała miękko. – Jeszcze nic się nie zaczęło.
Stopa cofnęła się powoli, a on pozostał na kolanach, czując wyraźnie, że to, co właśnie dostał, było tylko zapowiedzią. Jeszcze kilka razy musnęła go stopą – lekko, niemal od niechcenia, jakby sprawdzała, jak reaguje. Zobaczyła drżenie, którego nie potrafił już ukryć. Nie było w nim histerii ani strachu, raczej napięcie, skupienie, gotowość.
Spojrzała na niego uważnie.
– Masz wybór – powiedziała spokojnie. – Albo zrobię to moją stopą, albo radź sobie sam.
Zawiesiła głos, po czym skinęła głową w stronę stołu.
– Jeśli wybierzesz moją stopę… – jej spojrzenie na moment zatrzymało się na bacie – …to będzie kosztowało cię jeszcze dziesięć uderzeń. Ale docenię to.
Uniósł wzrok. Przez ułamek sekundy widać było w nim wahanie, ale zniknęło niemal natychmiast.
– Poproszę stopą – powiedział cicho.
Uśmiechnęła się.
– Dobry wybór.
Wstała i sięgnęła po bat. Łukasz szybko wrócił do wcześniejszej pozycji – jakby jego ciało samo pamiętało, co ma zrobić.
Te kolejne dziesięć było inne, bardziej kłujące, drażniące. Nadal do zniesienia, ale wyraźniej zaznaczające swoją obecność. Wyrwał mu się nawet cichy jęk, krótki, niekontrolowany. Usłyszał jej chichot. Wróciła na fotel a on ponownie znalazł się przed nią, klęcząc, z opuszczonym wzrokiem. Przez chwilę panowała cisza. Poruszyła powoli stopą. Najpierw niemal niedostrzegalnie, jakby tylko sprawdzała odległość, kąt, reakcję. Cienki materiał rajstop przesuwał się miękko, z ledwie wyczuwalnym oporem, a każdy ruch był jak wyćwiczony – ani za szybki, ani za mocny. Jej stopa była ciepła, gładka, prowadzona z pełną świadomością efektu, jaki wywołuje. Krótkie, wprawne ruchy, potem pauza. Znów ruch. Znów przerwa. Jakby prowadziła go po cienkiej granicy, celowo nie pozwalając jej przekroczyć zbyt wcześnie – i właśnie dlatego wszystko w nim reagowało natychmiast.
Oddech szybko stał się ciężki, nierówny. Ramiona napięły się, palce same zacisnęły na udach. Całe ciało zdradzało, jak bardzo jest podatny na ten pozornie łagodny kontakt. Napięcie narastało gwałtownie, bez etapu wstępnego – jak coś, co od dawna było gotowe, tylko czekało na sygnał.
Czas przestał mieć znaczenie. Minęła może minuta. Może dwie. Wszystko wydarzyło się szybko, niemal zbyt szybko, jakby jego reakcja wyprzedzała myśl. Paulina szybko cofnęła nogę, jakby odcinała impuls jednym ruchem. Uniósł wzrok – zawstydzony, rozbity, jakby jeszcze nie do końca wrócił do rzeczywistości. Patrzyła na niego rozbawiona.
– Dzisiaj mam dobry humor. Idź do kuchni po gąbkę i papierowy ręcznik.
Zatrzymała na nim wzrok odrobinę dłużej, jakby chciała zapamiętać ten moment.
– Następnym razem – dodała cicho – użyjesz swojego języka do wyczyszczenia podłogi.
Przyglądała mu się w ciszy gdy wycierał podłogę, po czym odezwała się tonem tak neutralnym, jakby mówiła o czymś zupełnie codziennym.
– Chciałbyś mieć zdjętą klatkę również na promie, gdy będziemy na tej noworocznej imprezie? Oczywiście nie cały czas.
– Tak bardzo. Proszę. Też… za dziesięć?
Roześmiała się krótko.
– Mądry chłopiec. Wstań.
Wskazała batem środek pokoju. Posłusznie zajął miejsce. Pierwsze uderzenia były podobne do wcześniejszych – szczypiące, wyraźnie odczuwalne, ale jeszcze do zniesienia. Łukasz zacisnął zęby, był skupiony. Od szóstego nagle zwiększyła siłę. Zaskoczenie było natychmiastowe. Odruchowo spróbował się odsunąć, zasłonić ręką, lecz Paulina była szybsza. Bat dosięgał celu bez problemu, pomimo prób uników. Przy ostatnim uderzeniu rzemień trafił go w dłoń, którą próbował się osłonić.
– Nie. To musimy powtórzyć.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Dłoń pulsowała bólem, ale nie zaprotestował. Wrócił na miejsce.
Ostatnie było jeszcze mocniejsze. Wyraźniejsze. Osunął się na podłogę, cicho jęknął i odruchowo potarł skórę, próbując złapać oddech. Podeszła i stanęła nad nim. Położyła stopę na jego biodrze.
– Nie dramatyzuj. To był przecież miękki bat.
– Łatwo ci powiedzieć. To naprawdę boli.
– Wiem. Dokładnie taki efekt chciałam osiągnąć.
Przesunęła stopę po jego ciele. Jeszcze raz. I jeszcze. Zbliżyła się do penisa i zaczęła delikatnie go pocierać. Oddychał ciężko, próbując się uspokoić.
– Wystarczy – powiedziała po chwili, cofając nogę. – Wstawaj i marsz do łazienki umyć się.
Kiedy skończył podeszła i założyła mu klatkę. W jej spojrzeniu pojawił się błysk.
– A teraz czas, żebyś jechał do siebie. Zanim nabiorę ochoty na więcej. I jeszcze więcej. I będzie naprawdę bolało.
Skinął nerwowo głową. Wiedział, że to nie była obietnica – raczej ostrzeżenie, które należało potraktować poważnie.
– Widzimy się jutro – dodała.
Kiedy wracał do domu, myślał tylko o jednym: ten bat nie był tak straszny, jak sobie to wyobrażał. Chyba że… Paulinie zdarzało się uderzyć mocniej. Wtedy było ciężko. Bardzo. Moja kochana sadystka.
-----
Rozdział XX – Na morzu
Prom Stena Line, grudzień 2023
Paulina, zastanawiała się nad tym, co spakować na nadchodzący wyjazd. Wzięła do ręki telefon i napisała krótką wiadomość:
Łukasz, co na imprezę? Spodnie i top czy sukienka?
W obu będziesz wyglądała przepięknie.
Widząc jego odpowiedź, uśmiechnęła się z lekkim sarkazmem, po czym odpisała:
Ale mi pomogłeś, Łukaszu... no naprawdę.
Dodała ironiczny uśmieszek na końcu wiadomości i odłożyła telefon.
Zastanawiała się przez chwilę, co wybrać. Wiedziała, że właściwie to wygląda dobrze we wszystkim, ale zależało jej na czymś, co będzie odpowiednie do atmosfery sylwestrowego wieczoru. Wstała i podeszła do garderoby. Otworzyła drzwi, odsłaniając rząd starannie zawieszonych sukienek, topów, spodni, koszul i spódnic. Zaczęła przeglądać ubrania, oceniając, które z nich będą najlepsze na nadchodzącą imprezę. Najpierw przyjrzała się kilku eleganckim sukienkom. Jedna z nich, czarna, dopasowana, z subtelnym dekoltem, od razu przyciągnęła jej uwagę. Idealnie nadawała się na wieczorne wyjście – elegancka, ale nieprzesadzona, z delikatnym połyskiem, który tak lubiła. Następnie spojrzała na spodnie. Wśród nich znalazła swoje ulubione, dopasowane, czarne spodnie ze skóry, które idealnie podkreślały jej figurę. Zastanawiała się, czy nie zestawić ich z jedną z eleganckich, jedwabnych koszul w odcieniu głębokiej czerwieni. Przeglądając dalej, natknęła się na jeszcze kilka innych opcji – koronkowy top, który mógłby dodać nieco więcej zmysłowości, oraz bardziej swobodną sukienkę w odcieniu granatu, idealną na mniej formalną imprezę, a przy tym nieprzyzwoicie krótką.
Nagle jej wzrok zatrzymał się na jednym z wieszaków, na którym wisiał wyjątkowy jednoczęściowy komplet z czarnej satyny. Był to elegancki kombinezon, który od razu przyciągnął jej uwagę. Miał dopasowaną górę na szerokich ramiączkach. Dekolt nie był duży, ale wystarczająco głęboki, by dodać całej stylizacji nutę zmysłowości. Materiał, z którego był wykonany, lekko połyskiwał, nadając całości eleganckiego i luksusowego charakteru. Spodnie były lekko rozszerzane ku dołowi, tworząc klasyczny, ale jednocześnie nowoczesny krój. Talia była zaznaczona waskim paskiem, który subtelnie podkreślał sylwetkę, dodając całości harmonii i wyrafinowania. Uśmiechnęła się, widząc, jak idealnie ten komplet odpowiadał jej stylowi i oczekiwaniom. Był elegancki, ale zarazem wygodny, idealny na tę okazję. Chciała wyglądać zjawiskowo, ale nie przesadnie formalnie. Zdjęła ubranie z wieszaka i starannie włożyła do pokrowca. Wiedziała, że będzie czuła się w nim pewnie i swobodnie, a jednocześnie przyciągnie wzrok każdego, kto tylko na nią spojrzy. A to miał być dokładnie taki efekt, na jaki liczyła. Kończyła pakowanie, sprawdzając raz jeszcze, czy na pewno niczego nie zapomniała. Walizka była już prawie pełna, starannie ułożone ubrania, kosmetyki i niezbędne akcesoria czekały na zamknięcie. Spojrzała na zegarek. Miała jeszcze godzinę, zanim Łukasz miał po nią przyjechać. Zamknęła bagaż, upewniając się, że jest dobrze zabezpieczony, po czym przeszła się po mieszkaniu, sprawdzając, czy nie zostawiła niczego włączonego. Kiedy upewniła się, że wszystko jest w porządku i nie ma żadnych brudnych naczyń, poszła przebrać się.
Zdecydowała się na dopasowane, ciemne jeansy, idealnie nadające się na podróż, a jednocześnie wystarczająco eleganckie, by czuć się w nich stylowo. Do tego dobrała czarny, lekko przezroczysty na rękawach top, który dodawał nuty zmysłowości. Całość uzupełniła krótką skórzaną kurtką w kolorze ciemnego granatu, która nadawała jej wyglądowi nieco rockowego charakteru, ale jednocześnie była na tyle uniwersalna, że pasowała do wielu okazji i na tyle lekka, że można było na nią ubrać płaszcz. Na nogi włożyła stylowe, czarne botki na niskim obcasie – wygodne, ale jednocześnie eleganckie. Na koniec sięgnęła po biżuterię – złoty łańcuszek z małą zawieszką ze stylizowanym symbolem wilka, który subtelnie błyszczał, oraz kilka cienkich bransoletek na nadgarstek. Przeglądając się w lustrze, uśmiechnęła się z zadowoleniem.
Łukasz przyjechał punktualnie. Kiedy zaparkował przed domem, niemal od razu otworzyła mu drzwi, tak jakby czekała za nimi. Po krótkim przywitaniu Łukasz zabrał walizkę i włożył do bagażnika. Podróż do terminala promowego zajęła im niecałe pół godziny. Po dotarciu na miejsce, formalności związane z zaokrętowaniem przebiegły bezproblemowo. Po kilkunastu minutach stali już na pokładzie promu. Oboje czuli lekki dreszczyk emocji – impreza sylwestrowa na morzu była dla nich czymś zupełnie nowym. Prom był duży i nowoczesny, a na jego pokładzie panował gwar przygotowań do nadchodzącej imprezy. Odebrali karty i skierowali się w stronę swojej kajuty. Była niewielka, ale schludna i funkcjonalnie urządzona, z oświetleniem, które nadawało wnętrzu namiastkę przytulności. Pomimo ograniczonej przestrzeni, wszystko było starannie przemyślane – od praktycznych schowków, po niewielkie, ale wygodne łóżko, które dominowało przestrzeń.
Paulina wskoczyła na łóżko i ułożyła się wygodnie na pościeli. Szybko odnalazła go spojrzeniem, a w oczach pojawił się zalotny błysk.
– Jak ci się podoba nasz nowy domek na wodzie? – zapytała z nutą zmysłowości w głosie, wyciągając dłoń w jego stronę. Ton i spojrzenie były jednocześnie ciepłe i prowokacyjne, jakby chciała sprawdzić, jak partner zareaguje na jej zaproszenie. Podszedł powoli i uklęknął, patrząc na nią z oddaniem. Uśmiechając się tajemniczo, delikatnie pogładziła jego twarz. Jej dotyk był miękki i delikatny. Przesunęła palcami: najpierw po jego policzku, potem po włosach aż dłoń zatrzymała się na karku, delikatnie go przyciągając, jakby chciała obdarzyć go chwilą bliskości.
W tym samym momencie tę chwilę intymności przerwał dźwięk powiadomienia w telefonie Łukasza. Oboje spojrzeli na ekran, na którym pojawiła się wiadomość od Michała:
Już na promie? Jeśli tak, to pokój A215, wpadajcie, dobra whisky czeka.
Westchnęła lekko, jej spojrzenie na chwilę straciło swoją intensywność, ale zaraz potem uśmiechnęła się.
– Wygląda na to, że mamy zaproszenie, ale nie musimy od razu iść, prawda? – powiedziała, przesuwając palcami po jego szyi, jakby przypominając mu, że to ona decyduje, kiedy i jak spędzą swój czas.
– Kusisz, kusicielko… – powiedział z uśmiechem, zbliżając się ponownie.
Jej oczy błyszczały z satysfakcją. Patrzyła, jak Łukasz pochyla się ku niej, a ich twarze znalazły się tak blisko, że czuł ciepło jej oddechu na swojej skórze. W momencie, gdy ich usta się zetknęły, delikatnie położyła dłonie na jego karku, przyciągając go bliżej siebie.
Pocałunek był powolny, pełen intensywności, ale również wyrafinowanej gry, w której ona zawsze miała przewagę. Jej usta były miękkie i ciepłe, a każda sekunda wydawała się przeciągać, jakby czas przestał istnieć. Gdy w końcu rozdzielili się, spojrzała mu w oczy.
– Wiesz, może jednak chodźmy zobaczyć, co Michał dla nas przygotował. Klatkę zdejmę ci później.
Weszli do kabiny Michała i Ani, gdzie od razu przywitała ich wesoła atmosfera. W środku, oprócz gospodarzy, znajdowały się jeszcze dwie osoby, które z ciekawością spojrzały na nowych gości.
Michał, z szerokim uśmiechem, zaczął ich przedstawiać.
– Paulina, Łukasz, poznajcie naszych wieloletnich przyjaciół. Aga i Piotrek.
Aga była średniego wzrostu, o prostych, ciemnych włosach sięgających ramion. Uśmiechnęła się ciepło. Miała na sobie luźny, wygodny sweter w kolorze jasnego beżu i ciemne legginsy. Piotrek, wysoki i szczupły, miał krótko przycięte włosy i lekki zarost. Ubrany był w prostą, ale dobrze dopasowaną koszulkę i dżinsy.
– Miło was poznać! – powiedziała Aga, podchodząc z uśmiechem do Pauliny.
– Cześć, cieszę się, że dołączyliście – dodał Piotrek, podając rękę Łukaszowi. – Zapowiada się super wieczór.
Michał przywitał Paulinę uśmiechem, który miał w sobie coś tajemniczego. Podszedł bliżej i złożył na jej policzku krótki pocałunek.
– Cieszę się, że tak szybko zdecydowaliście się na ten rejs – powiedział, patrząc jej prosto w oczy z ledwo dostrzegalnym błyskiem. Następnie sięgnął po butelkę whisky i zaczął rozlewać jej zawartość do szklanek, które stały na stole. Kiedy już każda z nich była pełna, uniósł swoją, szykując się do toastu.
– Za udany wieczór i za świetną zabawę – powiedział z uśmiechem, patrząc po zebranych.
– Nie opowiesz nam nic o tej whisky, Michale? – zapytała Paulina, uśmiechając się prowokacyjnie. Spojrzał na nią, przez moment nie odrywając wzroku, a potem jego uśmiech poszerzył się, jakby rozważał, czy podjąć to wyzwanie.
– A może jest coś, co szczególnie chcesz usłyszeć, Paulino? – odpowiedział nieco zadziornie, wyraźnie bawiąc się sytuacją.
– Jestem przekonana, że historia, którą sam nam o niej opowiesz, będzie pasjonująca. Piotr, który wyczuł prowokację, szybko podchwycił temat.
– No dawaj, Michu, opowiadaj – zachęcił, unosząc swoją szklankę.
Michał zerknął na Paulinę, po czym przeniósł wzrok na kolegę, udając chwilę namysłu, choć jego uśmiech zdradzał, że już doskonale wie, co powie. Wziął łyk, rozkoszując się smakiem alkoholu, zanim odpowiedział.
– No dobrze – zaczął, opierając się o stół – skoro wszyscy są ciekawi...
Paulina uniosła na niego wzrok znad szklanki, jakby właśnie usłyszała drobne nadużycie.
– Nie aż tak, jakby ci się zdawało. Ale widzę, że bardzo chcesz opowiedzieć, więc nie będziemy psuć ci tej przyjemności.
– Czyli mam od ciebie pozwolenie?
– Masz publiczność – poprawiła go. – To nie to samo, ale niech będzie.
Piotr uniósł szklankę.
– Michał, nazywajmy rzeczy po imieniu: ona jest całkiem niezła w te gierki i ma zdecydowaną przewagę.
– Dzięki, Piotrula – mruknął Michał. – Bardzo wspierające.
– Staram się – odparł tamten. – Rzadko mamy w towarzystwie kogoś, kto nie przytakuje na każde twoje zdanie.
Paulina uśmiechnęła się lekko.
– Przytakiwaniem zwykle płaci się za święty spokój. A ja dziś mam ochotę na rozmowę.
Michał spojrzał na nią uważniej.
– Dobra – powiedział w końcu. – Skoro tak to posłuchajcie w końcu, dlaczego ta whisky naprawdę jest warta uwagi.
– O – odparła Paulina. – Widzisz? Wystarczyło przestać zakładać, że wszyscy są ciekawi. Teraz możesz mówić.
Piotr zaśmiał się głośno.
– Przepadłeś, Michał.
– Też mam takie wrażenie – westchnął. – Ten rejs będzie mnie chyba długo prześladował.
– Spokojnie – powiedziała Paulina, unosząc szklankę. – Dopiero się rozkręcam, a my wciąż stoimy w porcie.
– Właściwie… – zaczął wolniej – i tak chciałem wam o niej opowiedzieć. Naprawdę. Nie dlatego, że wypada, tylko dlatego, że czasem warto spróbować czegoś, co nie jest oczywiste. Ale dzięki Paulina za tę nieoczywistą zachętę.
Zawiesił głos na chwilę, a potem sięgnął po szklankę.
– Ta whisky pochodzi z małej, rodzinnej destylarni na północy Szkocji. Rocznik, którego już się nie kupi w otwartej sprzedaży. Krótka seria, dojrzewała w beczkach po sherry. Dzięki temu jest jednocześnie miękka i wyrazista. Słodycz pojawia się pierwsza, ale zaraz potem coś ją przełamuje. Jakby ktoś celowo nie pozwalał jej być zbyt komfortową.
Spojrzał po zebranych, ale to na Paulinie zatrzymał wzrok odrobinę dłużej.
– I właśnie to jest w niej najlepsze – ciągnął. – Nie sam smak, tylko to napięcie. To poczucie, że masz przed sobą coś, co może się rozwinąć… albo zniknąć, jeśli się tym nie zajmiesz odpowiednio.
Przesunął szklankę w dłoni, obserwując bursztynowy płyn.
– Whisky, podobnie jak relacja, potrzebuje czasu. I odwagi. Bo zawsze jest moment, w którym trzeba zdecydować: zostać przy tym, co znane, czy spróbować czegoś, co może cię zaskoczyć.
Jego głos był teraz niższy, spokojniejszy. Piotr uniósł brew, po czym zaśmiał się krótko i podniósł szklankę.
– No dobrze, skoro już tak filozoficznie… to wypijmy za relacje.
– Za spotkanie – powiedziała Paulina.
Kiedy się napiła, znów spojrzała na Michała. Tym razem bez prowokacji. Czuła, że w tej historii o whisky było coś jeszcze. Coś, co nie padło wprost, ale było wyraźnie obecne między zdaniami, w pauzach, w spojrzeniach. I Michał też to wiedział. Był również przekonany, że ona to zauważyła – i że właśnie dlatego ta opowieść miała sens.
Alkohol coraz wyraźniej zaznaczał swoją obecność. Nie gwałtownie, raczej podstępnie, jak ciepła fala, która nie burzy, tylko rozluźnia granice. Michał pił już w drodze na prom. Umówił się z Anką, że to ona będzie prowadzić. Sam, z uśmiechem od ucha do ucha, już w samochodzie otworzył piersiówkę, jakby rozpoczynał prywatny rytuał. Z alkoholem nigdy nie miał problemu. Paradoksalnie – zajmując się jego sprzedażą, znał umiar, mechanizmy, konsekwencje. Wiedział, gdzie zwykle należy się zatrzymać. Ale dziś… dziś było inaczej. Dziś chciał przesunąć granicę. Pozwolić sobie na więcej. Na lekkomyślność, na rozkojarzenie, na ten specyficzny stan, w którym myśli stają się wolniejsze, a pragnienia wyraźniejsze. Nie chodziło o upicie się. Chodziło o świadome pozwolenie sobie na to, by nie trzymać wszystkiego pod kontrolą. O wieczór, który nie musi być bezpieczny, by był interesujący. I gdzieś pod tym wszystkim był jeszcze jeden powód – Paulina. Jej obecność, to ciche porozumienie, które zawisło w powietrzu. Michał pił, bo chciał być bliżej tego stanu, w którym wszystko robi się mniej jednoznaczne i nie miał zamiaru się dziś powstrzymywać. Świat zaczął zwalniać niemal niezauważalnie. Najpierw drobne rzeczy: rytm rozmów rozpadł się na pojedyncze dźwięki, śmiech gdzieś obok stał się głuchy, jakby dochodził zza ściany. Potem ruchy – gesty innych ludzi zaczęły ciągnąć się dłużej, nienaturalnie miękko. Czuł, jak trunek rozlewa się w nim ciepłem, ale nie był to już zwykły alkoholowy szum. To było raczej zanurzenie, powolne odcinanie kolejnych warstw rzeczywistości. Patrzył na nią. Jej usta poruszały się, wyraźnie, rytmicznie, jakby mówiła coś ważnego. Widział dokładnie kształt słów, napięcie w kącikach ust, momenty, w których robiła krótką pauzę, ale dźwięk już nie docierał. Zniknął całkowicie. Został tylko ruch – i dziwne, niemal niepokojące wrażenie, że wypowiada jego imię. Michał. Bezgłośnie, powoli. Jakby mówiła je tylko do niego. Zawiesił się w tym obrazie. Myśl odpłynęła gdzieś na bok, rozpuściła się. Przestał analizować, przestał się zastanawiać, przestał być „tu”. Kabina delikatnie falowała, świat wirował, jakby ktoś poruszał nim bardzo ostrożnie. Wszystko traciło znaczenie – poza jednym punktem stałym. Pauliną. Jej sylwetka była jedyną rzeczą, która nie drżała, nie rozmywała się. Spokojna, wyraźna, osadzona w miejscu. Jak kotwica. Jak centrum. I wtedy, nagle, dźwięk wrócił.
– Michał… halo? Jesteś z nami? Kontrola lotu do majora Toma.
Jakby ktoś przekręcił przełącznik. Barwy odzyskały nasycenie, kontury się wyostrzyły. Głosy znów miały swoje źródła, śmiech zabrzmiał normalnie. Mrugnął kilka razy, wracając do siebie. Paulina uśmiechała się do niego. Ten uśmiech był ciepły, trochę rozbawiony – jakby doskonale wiedziała, gdzie przed chwilą był.
– Mogę jeszcze prosić o tę whisky? – zapytała spokojnie.
Odpowiedział uśmiechem. Tym razem w pełni obecnym. Sięgnął po butelkę, czując w dłoni jej chłód, i nalał powoli, uważnie, jakby ten gest był naturalnym przedłużeniem chwili, z której dopiero co się wynurzył.
– Oczywiście – powiedział.
Kiedy podał jej szklankę, miał wrażenie, że świat znów trzyma się razem. Choć wiedział, że wystarczy jedno spojrzenie, jeden ruch jej ust, by znów zaczął się rozmywać. W pewnym momencie Piotr zerknął na telefon i uniósł wzrok.
– Ej, zauważyliście, która godzina? – rzucił. – Za godzinę zaczyna się impreza.
Ta prosta uwaga wystarczyła, by rozmowy na chwilę ucichły. Spojrzenia powędrowały ku zegarkom i telefonom, jakby wszyscy jednocześnie uświadomili sobie upływ czasu. W kabinie pojawił się lekki ruch. Wieczór wchodził w kolejną fazę.
---
Paulina wyszła z łazienki lekkim obrotem, jakby dokładnie wiedziała, że ten moment należy do niej. Ruch był płynny, naturalny, pozbawiony pośpiechu. Satynowy kombinezon perfekcyjnie układał się na jej ciele, reagując na każdy krok miękkim połyskiem materiału. Dopasowany krój podkreślał smukłą talię i długą linię nóg, a delikatnie rozszerzające się ku dołowi nogawki, dodawały sylwetce elegancji i klasycznego szyku. Czarne, jedwabiste rajstopy pogłębiały efekt – wygładzały linię stóp i nadawały całości chłodnej, wieczorowej elegancji. Szpilki Louboutina, czarne i lakierowane, błyszczały przy każdym ruchu, a charakterystyczna czerwona podeszwa wprowadzała nutę drapieżności, balansując między luksusem a prowokacją. Kiedy się odwróciła, Łukasz mimowolnie wstrzymał oddech. Tył kombinezonu był mocno wycięty, odsłaniając jej plecy aż do linii talii. Skóra miała niemal porcelanowy odcień – gładka, jasna, nieskazitelna. Pod cienką warstwą światła rysowały się jednak wyraźnie mięśnie. To nie była kruchość – to była dyscyplina ciała, które zna wysiłek i rytm ciężkich treningów. Ramiączka kombinezonu ledwie dotykały skóry, podtrzymując materiał, który opadał miękko, podkreślając naturalną linię kręgosłupa. Biodra i pośladki, idealnie wymodelowane, były wyraźnie zaznaczone przez dopasowany krój spodni. Biżuteria z wyczuciem dopełniała całości. Długie, smukłe kolczyki poruszały się lekko, łapiąc światło przy każdym kroku. Na nadgarstku połyskiwała cienka złota bransoletka, dyskretna, ale wyrafinowana.
Patrzył na nią nie próbując nawet ukryć fascynacji. Była uosobieniem kontroli i zmysłowości jednocześnie – silna, świadoma piękna własnego ciała. Nie tylko wyglądała olśniewająco. Ona dokładnie wiedziała, co to z nim robi.
– Jesteś niesamowita, Paulinko – powiedział cicho, niemal z niedowierzaniem. – Naprawdę. Boska.
Uśmiechnęła się. Bawiła się wisiorkiem zawieszonym na cienkim łańcuszku, pozwalając mu kołysać się między palcami. Potem uniosła na niego wzrok spod rzęs – powoli, z rozmysłem.
– Niesamowita? – powtórzyła, jakby smakowała to słowo. – To ciekawe, co mężczyźni mają na myśli, kiedy tak mówią.
Zrobiła krok bliżej. Jej dłoń musnęła jego przedramię, jakby przypadkiem. Dotyk był krótki, ale wystarczający, by napięcie natychmiast się pogłębiło.
– Dzisiaj dostaniesz odrobinę wolności, zasłużyłeś na nią – powiedziała cicho. – I jestem bardzo ciekawa, co z nią zrobisz.
Przechyliła głowę, obserwując go uważnie, jakby chciała zobaczyć, dokąd poprowadzi go ta myśl.
Łukasz zawahał się przez ułamek sekundy, po czym przesunął dłoń po biodrze i zatrzymał ją na pośladku. Skrzywił się lekko.
– Wiesz… – powiedział ciszej – nie było lekko. Naprawdę.
Przesunął palce nieco ostrożniej. – Nadal to czuję. Te ostatnie razy bolały.
Spojrzał na nią, jakby szukał potwierdzenia, że ma prawo to powiedzieć. Uśmiechnęła się z rozbawieniem, niemal pobłażliwie. Wyciągnęła rękę i bezceremonialnie odsunęła jego dłoń.
– Łukaszu, przestań to analizować w nieskończoność. Poradziłeś sobie całkiem dobrze, a ja wcale nie biłam mocno.
Uniósła na niego wzrok spod rzęs, z tym samym prowokującym spokojem.
– Powiedz mi lepiej… – dodała niemal szeptem – czy będziesz o mnie myślał, kiedy będziesz się onanizował?
Jej uśmiech był zalotny, ale w oczach czaiło się coś prowokującego, niemal wyzywającego. Poczuł, jak robi mu się gorąco. Spuścił wzrok na moment, wyraźnie zawstydzony, po czym znowu na nią spojrzał.
– Ty… dobrze wiesz, jak na mnie działasz. Znowu to robisz... specjalnie.
– Oczywiście – odpowiedziała zmysłowym, niskim głosem.
Przez chwilę milczeli. Zebrał się w sobie, jakby próbował odzyskać choć fragment równowagi.
– A może… – zaczął ostrożnie – może miałabyś ochotę… po prostu… być ze mną... tak… no wiesz… normalnie.
Zamilkł, jakby sam nie był do końca zadowolony z tego słowa, ale nie cofnął go.
Paulina powtórzyła je powoli:
– Normalnie?
Jej głos był spokojny, niemal obojętny. Zrobiła krok w bok, wydłużając ciszę dokładnie o tyle, żeby zaczęła go uwierać.
– To znaczy jak? – dodała po chwili.
Westchnął cicho.
– Nie chodzi mi o jakieś role czy gry – powiedział, próbując brzmieć rzeczowo. – Tylko o bliskość. O bycie razem, bez tego całego napięcia… bez testów. Jak kobieta i mężczyzna. Chciałem zapytać, czy w ogóle bierzesz to pod uwagę. Chociaż na chwilę.
Uśmiechnęła się, ale w jej spojrzeniu nie było ani krzty ciepła. Podniosła rękę i poprawiła mu kołnierz koszuli.
– Łukaszu, ty naprawdę myślisz, że można mnie po prostu mieć?
Jej palce zatrzymały się na moment na jego klatce piersiowej, po czym powoli cofnęły.
– Że wystarczy chcieć, nazwać coś normalnym i nagle to się wydarzy? Taka kobieta jak ja nigdy nie będzie czyimś wariantem komfortowym. Bo bliskość nie polega na tym, że wszystko robi się łatwiejsze, tylko na tym, że ktoś jest gotów unieść to, jakie to jest naprawdę.
Jej dłoń znów musnęła jego ramię, tym razem wolniej, bardziej świadomie.
– A ty – spojrzała mu prosto w oczy – wciąż łudzisz się, że możesz posiąść taką kobietę jak ja?
Zostawiła go z tym zdaniem, uśmiechając się, jakby cała rozmowa była tylko elegancką grą, w której od początku znała wynik końcowy. Poprawiła ramiączko kombinezonu, a potem sięgnęła po małą, klasyczną torebkę – czarną, z miękkiej skóry jagnięcej, pikowaną w charakterystyczne romby, ozdobioną złotym logo z podwójnym C i łańcuszkiem przeplecionym skórą. Dyskretny luksus, ponadczasowa elegancja. Skinęła głową w stronę drzwi.
– Chodźmy, zanim mi się tu za bardzo rozczulisz.
Wyszła pierwsza. Poszedł za nią z lekko spuszczoną głową. Wciąż czuł echo jej słów – nie jak policzek, raczej jak ciche, niepokojące pęknięcie gdzieś głębiej. Było mu smutno, choć nie pozwolił, by to uczucie wyszło na powierzchnię. Wyprostował się, przybrał neutralny wyraz twarzy, jakby nic się nie wydarzyło. Tylko on sam wiedział, ile kosztuje go ten spokój. Już za chwilę światła, muzyka i gwar miały ich pochłonąć, rozpuścić w tłumie i ruchu – a jednak wiedział, że tej jednej rozmowy nie da się po prostu zostawić za sobą. Szła przed nim, pewnym siebie krokiem. Nie oglądała się. Jakby dokładnie wiedziała, że i tak będzie dla niego jedynym stałym punktem w tym nadchodzącym, lśniącym chaosie.
Wysokie wnętrze było udekorowane z wyraźnym wyczuciem stylu: jasne tkaniny opadały miękko z sufitu, przełamane pasmami delikatnych świateł, które migotały jak rozproszone gwiazdy. Girlandy świetlne oplatały balustrady i kolumny, odbijając się w połyskujących powierzchniach podłogi. Złoto, czerń i głęboki granat tworzyły elegancką, nocną paletę barw. Muzyka pulsowała już w tle, rytm który dopiero się rozkręcał, zapraszając do ruchu. Na parkiecie gromadzili się pierwsi goście, rozmowy splatały się ze śmiechem, kieliszki połyskiwały w dłoniach. Cała sala drżała lekkim napięciem oczekiwania, szczególnym momentem tuż przed tym, gdy wieczór naprawdę się zaczyna.
Gdy Paulina weszła w tę przestrzeń, światło jednego z reflektorów na moment jakby zatrzymało się na niej, potem ruszyło dalej. Michał, który zauważył ich z daleka, od razu podszedł bliżej, a jego wzrok niemal natychmiast skupił się na kobiecie.
– Paulina, wyglądasz absolutnie... absolutnie... po prostu absolutnie – powiedział, śmiejąc się.
Jego spojrzenie przez chwilę zatrzymało się na jej satynowym kombinezonie i eleganckich szpilkach, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół tej stylizacji.
– Dziękuję, Michale – odpowiedziała, przyjmując komplement z charakterystyczną dla siebie powściągliwością. – Widzę, że wszyscy są gotowi na zabawę.
DJ wszedł za konsoletę pewnym krokiem i chwycił mikrofon. Rozmowy zaczęły cichnąć, jakby sala sama wyczuła, że właśnie coś się zaczyna.
– Dobry wieczór! – jego głos przebił się przez gwar, niosąc się echem po całej przestrzeni. – Gotowi powitać Nowy Rok?
Odpowiedział mu wybuch okrzyków, śmiechu i oklasków. Ktoś zagwizdał, ktoś inny uniósł kieliszek wysoko w górę. DJ uśmiechnął się szeroko i bez dalszych zapowiedzi puścił jakiś dyskotekowy hit. Bas uderzył głęboko, światła ożyły, zaczęły krążyć i pulsować w rytmie muzyki. Parkiet zapełnił się niemal natychmiast. Ludzie ruszyli do tańca, początkowo niepewnie, po chwili coraz swobodniej. Rytm wciągał, narzucał tempo, sprawiał, że ciało samo odnajdywało właściwy ruch. Paulina spojrzała na Łukasza i krótkim ruchem głowy wskazała parkiet. Playlista przechodziła płynnie między kolejnymi przebojami, mieszając znane refreny z nowoczesnymi bitami. Muzyka narastała falami, raz przyspieszała, raz pozwalała złapać oddech, by po chwili znów porwać wszystkich do ruchu. Światła odbijały się w kieliszkach, na biżuterii, w oczach. Sala balowa żyła własnym rytmem. Pary krążyły między parkietem a stolikami. Jedni tańczyli bez przerwy, inni przystawali na chwilę, by sięgnąć po drinka, coś przekąsić, zamienić kilka słów, po czym znów wracać w wir zabawy. W powietrzu mieszały się zapachy perfum, alkoholu i rozgrzanych ciał. Śmiech i rozmowy tworzyły przyjemny, gęsty szum, który idealnie stapiał się z dźwiękami dobiegającymi z głośników. Co chwilę ktoś wznosił jakiś toast, a wieczór rozkręcał się na dobre. Prom zatrzymal sie na redzie, a sala balowa pulsowała życiem, jakby na tę jedną noc świat zamknął się w rytmie muzyki, świateł i tańca. Wieczór niósł ich sam, bez planu, bez pośpiechu. Paulina coraz częściej zatrzymywała się obok Anki – przy parkiecie, przy stoliku, czasem tylko na moment, by wymienić spojrzenie i krótki komentarz. Lubiła nie tylko jej naturalną lekkość w tańcu, ale przede wszystkim umiejętność szybkiego podchwytywania myśli i obracania ich w żart. Śmiały się często, jak osoby które naprawdę dobrze bawią się sytuacją. Z boku wyglądało to naturalnie: dwie kobiety, które szybko znalazły wspólny język. Kilka zdań, śmiech, drobne gesty. Bez poufałości ale i bez zbytniego dystansu – dokładnie tyle, ile trzeba. Łukasz obserwował je z przyjemnością. Michał również, choć w jego spojrzeniu było coś więcej niż tylko życzliwe zainteresowanie. Wykorzystując chwilę, gdy została sama podszedł do niej.
– Chodź na chwilę do baru. Zobaczymy, czy mają tu tak dobrą whisky jak ja.
– Stawiasz tezę, którą już na pewno obaliłeś w swojej głowie.
Uśmiechnął się i delikatnie ją objął, prowadząc w stronę jednego z barów. Przy blacie wskazał jej wysoki hoker, sam stanął obok.
– Jakie macie single malty? – zapytał zaskakująco rzeczowo barmana.
Ten wymienił kilka pozycji. Słuchał, dopytał krótko o jedną z nich, po czym podjął decyzję bez wahania.
– Dwie. Bez lodu. Kiedy szklanki stanęły przed nimi, podał jedną Paulinie.
Przez chwilę pili w ciszy. Muzyka, która tu docierała była lekko przytłumiona, bar pulsował własnym rytmem, spokojniejszym niż parkiet.
– I? Co o niej sądzisz?
Paulina zakręciła powoli płynem w szklance, przyjrzała się kolorowi, potem uniosła do ust jeszcze raz. Nie spieszyła się z odpowiedzią.
– Z winem czuję się jednak pewniej – powiedziała w końcu. – Tam potrafię rozebrać smak na części, nazwać go, ustawić w porządku. Whisky jest dla mniej bardziej nieoczywista. Ale ta… ta nie próbuje być miła. Jest sucha, trochę zamknięta na początku. Dopiero po chwili puszcza. Jakby trzeba było dać jej moment, zanim zdecyduje, co pokaże. Spojrzała na niego, jakby sprawdzając reakcję.
– Dokładnie tak. Najpierw dystans, potem głębia. I zero pośpiechu.
Uniósł szklankę jeszcze raz.
– Wiesz, właśnie dlatego ją lubię.
– Przyprowadziłeś mnie tu po to, żeby znowu rozmawiać o whisky? – zapytała z lekkim rozbawieniem, unosząc na niego spojrzenie znad szklanki. Zaskoczyła go tym pytaniem. Na moment stracił pewność siebie, jakby przyłapała go na czymś oczywistym.
– Nie… – zaczął, po czym urwał i uśmiechnął się krótko. – Chciałem po prostu… pogadać. Jak minął ci ten rok?
Paulina przez chwilę milczała. Znów zakręciła whisky w szklance, obserwując, jak bursztynowy płyn osiada na ściankach.
– Pracowity – powiedziała w końcu. – I bardziej stresujący, niż się spodziewałam.
Zrobiła krótką pauzę.
– W Niemczech wydarzyło się coś nieprzyjemnego, coś co wpędziło mnie w jakieś irracjonalne poczucie winy.
– Co się stało? Czy mogę jakoś pomóc?
– Nie, zostawmy to – przerwała mu spokojnie. – To nie jest temat na ten wieczór. Już wszystko dobrze, opowiem ci o tym przy innej okazji. Może opowiem, nie naciskaj. Proszę.
Jej ton był uprzejmy, ale stanowczy. Skinął głową bez sprzeciwu.
– W porządku – powiedział po chwili. – Jeśli tylko będziesz chciała pogadać, wal śmiało. A jak ci się podoba ostatni wieczór starego roku?
Spojrzała na migoczącą w oddali salę, na światła i ludzi krążących między parkietem a barem.
– Jest interesujący. Inny niż planowałam. A ty dobrze się bawisz?
– Tak – odpowiedział bez wahania. – Choć raczej nie przez sam bal. Bardziej przez rozmowy, które normalnie by się nie wydarzyły. Wiesz Paulina, cieszę sie, że cię poznałem.
– Koniec roku sprzyja iluzjom sensu – odparła spokojnie ignorując jego ostatnie słowa. – Ludzie myślą, że coś się domyka tylko dlatego, że zmienia się data.
W tej samej chwili obok nich pojawił się nagle Łukasz.
– Paulinko… – zaczął, nachylając się w ich stronę. Nie spojrzała na niego od razu. Dopiła łyk, odstawiła szklankę.
– Rozmawiam teraz z Michałem – powiedziała chłodno. – Idź potańczyć jeszcze, nie zostawiaj Anki samej na parkiecie. Aga i Piotrek też gdzieś zgubili się. Poszukaj ich.
– Ja tylko chciałem…
– Naprawdę – przerwała mu, już ostrzej. – Parkiet jest tam.
Zawahał się ułamek sekundy, potem skinął głową i odszedł, wtapiając się w tłum. Michał spojrzał za nim.
– Dobrze ułożony – rzucił półżartem. – Widać, że reaguje na komendy.
Odwróciła się do niego natychmiast. W jej spojrzeniu nie było ani cienia rozbawienia.
– Nie przesadzaj – powiedziała cicho. – Daleko mu do moich standardów.
– Rozumiem – odpowiedział po chwili. – Czyli to jeszcze nie ten poziom.
– Jeszcze długo nie.
– Nie chodzi ci więc o samo posłuszeństwo. Bardziej o myślenie. O reakcję?
– Właśnie. Posłuszeństwo bez myślenia jest puste. Interesuje mnie ktoś, kto rozumie, co robi, nawet wtedy, gdy się podporządkowuje. Zwłaszcza wtedy.
– A wyobrażasz sobie inny układ? Taki, w którym jesteście równi?
Jej spojrzenie stwardniało. Odpowiedziała chłodno, niemal rzeczowo:
– Nie. Nie ma takiej możliwości. Nie interesuje mnie równość. Interesuje mnie pełna dominacja.
Zatrzymał się na tym słowie, powtórzył je w myślach, a potem uniósł wzrok.
– Czyli potwierdzasz, że lubisz dominować?
Uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
– Przecież wiesz i jestem przekonana, że właśnie dlatego tak na ciebie działam, i tu rozmawiamy. Mam rację?
– Dobrze, że alkohol trochę mnie znieczulił – przyznał. – Inaczej byłoby trudniej udawać, że to mnie nie porusza.
Ich spojrzenia spotkały się na chwilę.
– Zastanawiam się, co według ciebie naprawdę decyduje o sile kobiety w relacji. Sama władza? Czy raczej to, jak potrafi się nią posługiwać?
– Sama władza bywa prymitywna. Bez kontroli prowadzi do chaosu. A kontrola bez realnej władzy jest tylko iluzją. Dobrze wygląda, ale nie działa.
– Uległość to słabość czy siła? Uniósła na niego wzrok. W jej oczach pojawił się błysk, jakby pytanie trafiło dokładnie tam, gdzie chciał.
– Uległość może być jedną z najtrudniejszych form siły – powiedziała cicho. – Bo wymaga zaufania. I odwagi.
Zawiesiła głos na chwilę.
– Oddanie kontroli nie jest ucieczką. Jest świadomą decyzją.
Między nimi znów zapadła cisza – krótka, gęsta, znacząca. Michał nie próbował jej wypełniać. Wiedział, że w tej rozmowie najważniejsze rzeczy i tak dzieją się pomiędzy słowami.
– Wydaje mi się, że niektórzy ludzie nigdy nie zrozumieją prawdziwego znaczenia takich relacji – powiedział z nutą refleksji, unosząc swoją szklankę w geście toastu. – Ale to właśnie czyni je tak wyjątkowymi, prawda?
– To prawda, Michale. Tylko ci, którzy naprawdę rozumieją te zasady, potrafią w pełni docenić ich piękno.
Tym razem rozmowę przerwało przyjście Ani. Paulina spojrzała na nią, po czym zeskoczyła z hokera.
– Pójdę poszukać Łukasza. Chyba znów byłam dla niego zbyt ostra.
Uśmiechnęła się, skinęła głową i odeszła w stronę parkietu, nie oglądając się za siebie. Zniknęła w tłumie, jakby ta rozmowa już się dla niej zamknęła.
Ania spojrzała za nią, po czym odwróciła się do męża.
– O czym rozmawialiście? – zapytała swobodnie. – Widzę po tobie, że to nie była pogawędka o pogodzie.
Michał wzruszył ramionami, próbując wrócić do neutralnego tonu.
– Różne rzeczy. Koniec roku, takie tam.
Ania uśmiechnęła się półgębkiem.
– Tylko uważaj – rzuciła lekko. – Paulina potrafi na pewno zadawać pytania, po których człowiek zaczyna się zastanawiać, co właściwie powiedział.
Zmarszczył brwi.
– Co masz na myśli?
– No wiesz… – zawahała się na moment, jakby dopiero teraz przyszło jej do głowy, że to może być nowa informacja. – Ona ma doktorat z psychologii...
To było jak uderzenie. Zamarł. Twarz momentalnie straciła kolor. Przez krótką chwilę wyglądał, jakby ktoś zabrał mu grunt spod nóg.
– Co…? – wydusił. – Psychologii?
Ania skinęła głową, już wyraźnie zaniepokojona jego reakcją.
– Tak, przecież mówiła o tym. Pewnie nie sluchałeś, albo byłeś w łazience. Michał, wszystko w porządku?
Nie odpowiedział. Odsunął się od baru, jakby nagle zabrakło mu przestrzeni. Przetarł dłonią twarz, szybkim, nerwowym ruchem.
– Kurwa… – wymknęło mu się półgłosem. – Ja pierdolę…
– Michał? – Ania podniosła głos. – Co się dzieje? Hej, wszystko dobrze? Strasznie zbladłeś! Wypiłeś za dużo? Niedobrze ci? Michał!
Nie spojrzał na nią. Odwrócił się gwałtownie i ruszył przed siebie – za szybko, zbyt nerwowo, jakby nagle zabrakło mu powietrza. Wpadł w kogoś przy pierwszym zakręcie korytarza, barkiem uderzył w czyjeś ramię.
– Przepraszam, sorry, sorry… – wyrzucił z siebie automatycznie, nie zwalniając kroku.
– Ej! Uważaj! – krzyknął ktoś oburzonym głosem za jego plecami.
Nie zareagował. Przeciskał się dalej między ludźmi stojącymi w przejściu, potrącił kolejną osobę, ktoś zaklął głośno, ktoś inny odskoczył, chroniąc drinka.
– Kurwa… przepraszam – rzucił jeszcze raz, już bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Muzyka docierała tu przytłumiona, rozbita na basowe uderzenia, które tylko potęgowały chaos w jego głowie. Zaczął biec.
– To niemożliwe… Pojebało mi się. Ubzdurałem to sobie.
Zakręcił ostro i wpadł na schody. Stopnie były strome. Zszedł o jeden za dużo, za szybko. Noga mu się obsunęła.
– Kurwa! – syknął.
Złapał się poręczy w ostatniej chwili. Zimny metal wbił mu się w dłoń. Przez moment stał nieruchomo, ciężko oddychając, z głową spuszczoną, jakby próbował powstrzymać wir myśli.
– Spokojnie… – wyszeptał. – To bez sensu. Zaraz wszystko sprawdzę.
Puścił poręcz i pobiegł dalej. Wciąż powtarzając pod nosem przekleństwa wpadł jak burza do kajuty, a jego myśli były w totalnym chaosie. Usiadł ciężko na łóżku, wyciągnął telefon i natychmiast otworzył przeglądarkę. Jednak działanie Wi–Fi na promie było słabe, a strona, którą próbował otworzyć, ładowała się nieznośnie wolno. Czuł, jak frustracja i niepokój narastają w nim z każdą sekundą. Ekran telefonu przez dłuższy czas pozostawał biały, jakby celowo przedłużał jego agonię. Zaciskał dłoń tak mocno, że knykcie mu zbielały, modląc się w duchu, by zawartość w końcu się załadowała.
– No dalej, dalej, rusz dupę, kurwaaa! – powtarzał, niemal błagając urządzenie, by współpracowało.
W głowie przewijały mu się różne myśli. Wiedział, że od tego, co zobaczy na tej stronie, może zależeć bardzo wiele. W końcu, po dłuższej chwili napięcia, na ekranie pojawił się stylizowany napis: Dominia Studio Berlin. Bez wahania potwierdził, że ma 18 lat, klikając odpowiedni przycisk. Jednak, ku jego rosnącej frustracji, strona znowu zaczęła się ładować, tym razem jeszcze wolniej. Ekran migał, jakby celowo opóźniał moment, który tak bardzo chciał przyspieszyć. Opadł na łóżko, jedną ręką ściskał telefon, drugą przetarł czoło, czując, jak zimny pot zaczyna mu spływać po skroniach. Z każdym kolejnym obrotem ikony ładowania, jego niepokój narastał, aż w końcu zaczął się zastanawiać, czy strona w ogóle się załaduje w warunkach, jakie oferowało promowe Wi–Fi.
W końcu otworzyła się. Dominia Studio Berlin było ekskluzywnym klubem BDSM, zlokalizowanym w dzielnicy Spandau, znanym z wyjątkowej dyskrecji i zaawansowanych usług dla klientów szukających specyficznych doznań. Strona główna była oszczędna, niemal ascetyczna. Ciemne tło, na górze logo – wilk, stylizowany, geometryczny, patrzący nieco w bok.
Poniżej krótki manifest: ,,Władza jest Kobietą".
Menu było krótkie i precyzyjne: O miejscu. Zasady. Zespół. Galeria. Kontakt.
Niżej, na pierwszym ekranie, pojawiały się aktualności – lakoniczne, ale mówiące wystarczająco dużo.
Nowa przestrzeń: Pokój przesłuchań, inspirowany „Rokiem 1984” .
Wydarzenia: zwolniło się jedno miejsce na wiosenny Sklavenkamp. Tylko informacja i link.
Gość specjalny: wizyta Maîtresse Noëmi z Paryża – ostatnie wolne terminy na sesje.
Michał znał tę stronę od lat. Wracał do niej regularnie, czasem bez konkretnego powodu. Lubił jej ton – chłodny, profesjonalny, pozbawiony taniej prowokacji. Podobały mu się pracujące tu dziewczyny, mimo że niewielka część z nich, nie pokazywała twarzy. Kiedyś nawet planował wizytę. Myślał o niej poważnie. Nawet bardzo. Odkładał ją jednak konsekwentnie – zawsze znajdował racjonalne „ale”. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie ten moment.
Kliknął w zakładkę: Zespół.
Po chwili strona załadowała się, pojawiła się siatka miniaturek – równe kadry, stonowane, utrzymane w tej samej estetyce co cała strona. Bez opisów, bez ozdobników. Pod każdym zdjęciem imiona, tytuły, pseudonimy. Jak lista. Na samym szczycie – wyraźnie oddzielona od pozostałych – widniała jedna pozycja. Lady Fenriss. Postać stała w półcieniu. Twarz pozostawała niewidoczna, zarysowana jedynie linią światła na kości policzkowej i ustach. Reszta ginęła w cieniu, jakby celowo cofnięta, odebrana widzowi. Z bijącym sercem, kliknął w link, który prowadził do szczegółowego opisu. Przez chwilę ekran pozostał czarny, po czym wyświetlił się opis:
Jestem współwłaścicielką Dominia Studio Berlin. Dominacja jest moją naturą, nie maską. Ból traktuję jako skuteczne narzędzie. Używam go świadomie, bo wiem, co robi z ciałem i umysłem. Interesuje mnie reakcja, moment utraty kontroli i to, co pojawia się zaraz po tym.
Studiowałam psychologię, dzięki czemu świetnie rozumiem mechanizmy uległości, strachu i napięcia. Ta wiedza pomaga mi prowadzić moje sesje konsekwentnie i bez niepotrzebnego chaosu. Nie improwizuję. Precyzyjnie zadaję ból, odczuwając przy tym sadystyczną przyjemność. Obserwuję ciało: oddech, napięcie mięśni, moment, w którym opór zamienia się w pełną akceptację mojej władzy.
Uważam siebie za osobę atrakcyjną i świadomą własnej wartości. Klasa nie jest dla mnie dodatkiem – jest podstawą. Dotyczy sposobu poruszania się, mówienia, reagowania. Dotyczy także tego, czego oczekuję od innych.
W relacji interesuje mnie pełna uległość. Oczekuję dobrych manier. Brak kultury i nieumiejętność panowania nad sobą dyskwalifikują.
Uważam, że uległość nie zwalnia z myślenia ani z odpowiedzialności. Przeciwnie – podnosi poprzeczkę. Liczy się sposób, w jaki ktoś słucha, reaguje, czeka.
Jeśli ktoś nie potrafi zachować się zgodnie z protokołem, nie jest gotowy na spotkanie ze mną. Nie ma od tego wyjątków.
Dane:
wiek: 38 lat
wzrost: 165 cm
waga: 53 kg
sylwetka: wysportowana
stopa: 38
Z rosnącym niepokojem i narastającą fascynacją, kliknął w galerię zdjęć. Ekran rozjaśnił się, ukazując starannie wyreżyserowane fotografie. Każde z nich prezentowało kobietę ubraną w eleganckie, skórzane stroje. W jej dłoniach często znajdowały się pejcz lub trzcinka, a na niektórych ujęciach była otoczona przez nagich, uległych mężczyzn, którzy klęczeli u jej stóp lub czekali na rozkazy. Jednak żadne z tych zdjęć nie pokazywało twarzy. Wszystko było starannie zakryte – albo przez cień, albo przez kadr, który zasłaniał najważniejsze detale. Mimo to, Michał dostrzegł coś, co wzbudziło w nim niepokój. Te długie, blond włosy, które delikatnie opadały na ramiona, wyraźna linia szczęki.
– Ja pierdole, przecież to ona... to musi być ona.
Kliknął przycisk: Umów się na spotkanie. Ekran telefonu zadrżał, a po chwili pojawiło się oświadczenie, które przeczytał z rosnącym zaskoczeniem i frustracją:
Drodzy Ulegli,
Po wielu intensywnych latach zdecydowałam się zwolnić tempo. Obecnie spotykam się wyłącznie z wąskim gronem sprawdzonych i lojalnych uległych, którzy na przestrzeni czasu udowodnili mi swoje oddanie.
W związku z tą decyzją nie przyjmuję już nowych osób – nie ma możliwości spotkania ze mną. To nie koniec mojej działalności, lecz naturalny etap – świadomy wybór dalszej drogi.
Jednocześnie zachęcam do kontaktu z wyjątkowymi kobietami, które tworzą Dominia Studio Berlin. Każda z nich jest doświadczoną, utalentowaną dominą, pracującą z pełnym zaangażowaniem, profesjonalizmem i szacunkiem do zasad, które od lat stanowią fundament naszej filozofii. Z pewnością znajdziecie wśród nich osobę, która poprowadzi Was drogą bólu i cierpienia, w sposób odpowiedni i satysfakcjonujący.
Dziękuję za zaufanie, którym mnie obdarzaliście przez lata, za niezapomniane sesje, za każdą wylaną łzę i kroplę potu.
Lady Fenriss
Michał wpatrywał się w wyświetlacz, jakby litery mogły jeszcze zmienić znaczenie, jeśli da im wystarczająco dużo czasu.
– Jezu… Paulina... kim ty jesteś? – wyszeptał do siebie, ledwie poruszając ustami.
Wszystko, co dotąd uważał za drobne sygnały, niedopowiedzenia, specyficzny sposób bycia, nagle ułożyło się w jedną, niepokojąco spójną całość. Jej chłód. Pewność. Ten rodzaj spojrzenia. Odłożył telefon na stolik. Przez chwilę siedział bez ruchu, wsłuchany w odgłosy statku, w przytłumione dźwięki muzyki dobiegające z oddali. Świat toczył się dalej, beztrosko, a on miał wrażenie, że coś w nim właśnie przestawiło się.
– Ja pierdolę... Lady Fenriss...
Sięgnął po butelkę whisky. Nie nalał do szklanki. Nawet o tym nie pomyślał. Odkręcił korek i przechylił ją bez wahania, pozwalając, by alkohol spłynął prosto do gardła. Piekło. Dobrze. Tego właśnie potrzebował. Odstawił ją z głuchym stuknięciem i oparł się ciężko o ścianę. Zamknął oczy na krótką chwilę.
– O kurwa…
----- Koniec części drugiej -----
Komentarze
Prześlij komentarz